Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

niedziela, 13 stycznia 2019

Profesor jeżyk i jego prawdziwe oblicze

Kiedy byłam jeszcze na poprzednim kierunku studiów - matematyce stosowanej... nie pytajcie, każdy popełnia błędy... mieliśmy nauczyciela, który wykładał podstawy programowania.
To był człowiek o ciężkim charakterze. Właściwie nie dało się go lubić. Był arogancki, uwielbiał poniżać i pokazywać jak mało obchodzi go własna praca i jak bardzo jej nienawidzi. Najbardziej jednak nie znosił studentów. Miało się wrażenie, że przeszkadzali mu w robocie i byli tam specjalnie, żeby zrobić mu na złość. Gość miał zamiłowanie do przechadzania się po sali i prawienia filozofii niezwiązanych z tematem zajęć. Od czasu do czasu rzucał również przelotne:
"Nie każdy musi być inżynierem i trzy czwarte z Was nim nie zostanie, postaram się o to".
Bardzo motywujące.
Można było uznać go za osobę chcącą przepuścić tylko elitę, najlepszych z najlepszych, przeprowadzić naturalną selekcję i postawić poprzeczkę wysoko, by podnieść umiejętności zespołu, któremu uda się przebrnąć przez jego tortury i z podniesioną głową powiedzieć "Tak, zrobiłem to".
Można też było uznać go za dupka.
Obie opcje były dopuszczalne.
Profesor nie lubił nikogo i z wzajemnością. Różnica między nami, a nim (oprócz oczywistego doświadczenia) była taka, że my mimo nie najlepszych stosunków traktowaliśmy co z szacunkiem. Nie mogliśmy liczyć w tym aspekcie na rewanż.
Pamiętam dzień, w którym zyskał odrobinę sympatii, a wiele osób zmieniło o nim zdanie, mimo że dalej był tym samym wrednym, znęcającym się psychicznie sobą.
W stosunkach profesor-student nic nie uległo zmianie ani wtedy, ani później, ale kilka osób po tym dniu nienawidziło go troszkę mniej.
Nie mieliśmy tego dnia zajęć z programowania, jako że był to wtorek. Wtorki były dla nas świętem narodowym tylko dlatego, że nie musieliśmy patrzeć na jego stężałą bólem twarz i słuchać narzekania na studentów, którym sam kiedyś był, ale często o tym zapominał. Wielbiliśmy więc wtorki, wtorki były najlepsze.
Żałowaliśmy jedynie, że w ten konkretny, jedyny wtorek nie było nas na jego zajęciach.
Tego dnia bowiem wydarzyło się coś, co zmieniło podejście do tego człowieka wielu ludzi, uważających go za kompletnego socjopatę, którego bawił ból i nieszczęście innych.
Wykładowca przechadzał się po sali i zaglądał przez ramię pracujących przy komputerach studentów, by rzucać nieprzychylne uwagi na temat ich postępów, jak to miał w zwyczaju. Kiedy zadzwoniła komórka, studenci którzy nie zdążyli być jeszcze zrównani tego dnia z ziemią odetchnęli z ulgą. Mężczyzna nigdy nie pytał, czy może odebrać telefon, po prostu to robił, uważając to za swoje święte prawo i w nosie mając kulturę zachowania estetyki pracy.
Grupa studencka słyszała tylko jedną stronę połączenia - profesora, ale mimo to szybko pojęła temat rozmowy.
Wyglądała ona mniej więcej tak:
- Ale jak to włamanie, kto? -
- ... -
- Tak, rozumiem, zaraz tam będę, ale proszę mi powiedzieć gdzie są psy? -
- ... -
- Nie obchodzi mnie co zginęło, rozumie pani? Pytam gdzie są teraz zwierzęta. Nic im się nie stało? -
- ... -
- Znaczy są całe, tak? Nie są ranne, nic im nie jest? Było ich trzy. Dwa małe i jeden duży -
- ... -
- Co znaczy, że pani nie wie, to niech się pani dowie. Nie, nie obchodzi mnie stan domu, pytam czy psom nic się nie stało i proszę mi odpowiedzieć na to pytanie -
- ... -
- Proszę pani mam w dupie sprzęty i meble, co z psami? -
- ... -
- Są całe? Dzięki Bogu. Wystraszone? No zapewne, nie dziwię im się -
- ... -
- Tak, w domu są kamery i jak zobaczę, że ten sukinsyn choćby je dotknął to interwencja policji nie będzie potrzebna, rozumie pani? -
- ... -
- Co to znaczy zostawić to służbom... To mój dom proszę pani. Skradzionymi przedmiotami niech zajmą się gliniarze, ale całą resztą zajmę się ja -
- ... - 
- Jak mam się niby uspokoić? Ktoś włamał się do mojego domu! -
- ... -
- Tak, już jadę, muszę znaleźć zastępstwo. Będę za góra pół godziny, niech mają oko na psy i do nich nie podchodzą. Tylko je bardziej zestresują -
Połączenie zostało rozłączone, a profesor bez słowa wyjaśnienia opuścił salę i nie pojawił się w niej ponownie. Na zastępstwo przysłano doktorantkę z sąsiedniego wydziału i wszystkim taka opcja bardzo odpowiadała.
Wieść o nietypowej rozmowie szybko rozeszła się po Uczelni, jak to świeżutkie ploteczki mają w zwyczaju i mimo, że profesor nie podjął nigdy tego tematu i udawał, że nie wie iż rozmawia o tym cały budynek, zyskał kilka punktów od prozwierzęcej części grona studenckiego.
Dalej był dupkiem, ale dupkiem o dobrym serduszku.
Niewiele osób by się tego po nim spodziewało, ale okazało się, że oprócz twardej i odstraszającej obudowy pan "jestem taki ostry i nieugięty" w środku jest mięciutki i ma trzy, urocze pieski za które dałby się pokroić.
Od tej pory przezywaliśmy go jeżyk (Z zewnątrz kolczasty, w środku delikatny) i za każdym razem, kiedy z jego ust przypadkiem padało jakiekolwiek zdanie o zwierzętach, jedyną słuszną odpowiedzią było masowe "Aww", co bardzo działało mu na nerwy.
Karne kartkówki były tego warte.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz