Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przykre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przykre. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

Co się stało z Karmelem?

Karmel został sam. Mimo żałoby należało się zastanowić nad dalszym działaniem. Szczury ze względu na swoją silnie stadną naturę nie mogą żyć samotnie, mając za towarzysza jedynie człowieka, tak jak robią to psy czy koty. Dla szczura niezbędne jest towarzystwo osobnika tego samego gatunku, w przeciwnym razie zwiększa się ryzyko depresji, obniżenia odporności, a co za tym idzie - chorób.

Zwykle jeśli komuś wymiera stado i zostaje jedna sztuka dżumy light, opcje są dwie: doszczurzyć się (stworzyć nowe stado dla samotnika, który stracił bliskich, przeprowadzając uprzednio prawidłowe łączenie) lub też wydać szczura do innego, istniejącego już stada (gdzie również należy przeprowadzić poprawne łączenie). Brutalne realia są takie, że bardziej niż dotychczasowego właściciela, szczur potrzebuje kompana do iskania, zaczepiania, wyrywania jedzenia i obsikiwania się nawzajem. Tego nie jest w stanie zapewnić mu nawet najbardziej zaaferowany sprawą człowiek.

Karmel podjął tę trudną decyzję za mnie, zanim zdążyłam zastanowić się nad posiadanymi opcjami. Po tygodniu od odejścia Masła przestał przeszukiwać klatkę. Zrezygnował też z wybiegów. Swój czas spędzał albo w ulubionym hamaczku albo na moich kolanach. 

Widząc jak traci zainteresowanie jedzeniem, poprawną toaletą, a w ostateczności nawet swoim hamaczkiem, sięgnęłam po telefon i karmę ratunkową, która budziła jeszcze w tamtym czasie jakiekolwiek zainteresowanie cukrowego.



Pomimo moich prób i chęci, Karmel niknął w oczach. Jego masa ciała spadała proporcjonalnie do chęci robienia czegokolwiek poza spaniem. Zaczął się u niego również postępujący niedowład kończyn. Po konsultacji z weterynarzem klatka została przearanżowana tak, by ograniczyć wspinanie się na słabych łapkach i zwiększyć komfort nieosłoniętych tłuszczykiem mięśni i stawów. Wszystko zostało wyłożone jeszcze grubszą warstwą kocyków i pluszu. Młody przyjmował tyle kalorii ile dało się w niego wcisnąć oraz całą masę suplementów, ponieważ poza oczywistymi oznakami sędziwego wieku, nie dolegało mu nic, co mogłoby zostać określone w gabinecie jako "stan chorobowy". Diagnoza brzmiała - starość.

Moja babcia mawiała, że starość jest gorszą siostrą bliźniaczką śmierci. Śmierć czasami przegrywała z człowiekiem grę w szachy o ludzkie życie, natomiast starość grała tak długo aż człowiek nie poddał się sam, akceptując swój los.

Wiedziałam dokąd zmierza ten scenariusz, widziałam go już wielokrotnie. Zastanawiało mnie tylko dlaczego zmuszana jestem do przeglądania go tak często.

Pomimo nieuniknionego, zależało mi, żeby Karmel spędził ostatnie tygodnie, miesiące, czy lata swojego życia w jak najlepszych warunkach, otoczony ciepłymi, puchatymi pyszczkami i mniej puchatymi ogonami. Nikt nie chce starzeć się w samotności. Postanowiłam wydać puchatego dziadka do sprawdzonego wcześniej stada szczurzych staruszków, którzy tak jak on, całe dnie spędzali na urynoterapii, ugniataniu kocyka i graniu w bingo słonecznikiem. Miałabym stały kontakt z nim i nowymi właścicielami. Problemem był jednak stan Karmela. Gryzoń był za słaby na łączenie z innym stadem. Szczury mogłyby wyrządzić ewidentnie "uszkodzonemu" koledze krzywdę w ramach odrzucania najsłabszych osobników. Do łączenia potrzebny był zdrowy, tłusty szczur, mogący się w razie konieczności obronić. Tymczasem płynny cukier trzymał się w pionowej pozycji jedynie siłą woli. Walka trwała kilka tygodni, jednak pogarszający się stan ostatniego majtka uświadomił mi, że ten okręt dawno zatonął i należało porzucić mrzonki o dopłynięciu do brzegu. Z dniem, w którym Karmel całkowicie odmówił jedzenia, ruch sprawiał mu niewyobrażalny problem, a jego oczy pozostawały zamknięte przez 90% dnia i nocy, wiedziałam że czeka mnie ponowna wizyta u weterynarza i prawdopodobnie kolejna trudna decyzja zakończona łzami, wyrzutami sumienia i podpisanymi dokumentami, których formułkę znałam już na pamięć.


Wpakowałam ostatnie 3 lata mojej opieki do transportera, mając świadomość, że drogę powrotną prawdopodobnie odbędę już z pustym pudłem i utwierdziłam się w przekonaniu, że zwierzęta jakie posiadam będą moimi ostatnimi i nigdy już nie zdecyduję się na ponowną emocjonalną dewastację pod powłoką powłóczystego spojrzenia i miłego futerka.


Moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Ostatni szczur opuścił pokład, pozostawiając po sobie pustą klatkę, w połowie pełną miskę z jedzeniem i w pełni zdewastowaną właścicielkę tego dobytku.

Została mi Morfina.


sobota, 30 lipca 2022

Co się stało z Masłem?

Po śmierci Popcorna w listopadzie 2021 (wcześniejszy post), na pokładzie pozostali Masło z Karmelem. 

Ze szczurami - jak i z większością gryzoni - jest jeden, podstawowy problem. Zwierzęta te mają bardzo krótką linię życia. Dłuższą w porównaniu ze swoimi nieudomowionymi przodkami, ale wciąż kończącą się na 3-4 roku życia. Posiadacz glizdogonów doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc po przekroczeniu przez nich drugiego roku życia, obserwuje je uważniej niż zwykle. Jak jedzą, czy jedzą, ile jedzą, ile z tego ląduje w kuwecie, jak wygląda kuweta. Codzienne przeglądy zajmują coraz więcej czasu. Każdy upadek z hamaczka, każdy pisk, staje się podejrzany i potencjalnie niebezpieczny dla puchatego dziadzi, który do tej pory odstawiał bungee na ogonie dwa razy dziennie i popychał tynk drewnem. 

Masło z początkiem grudnia, a więc krótko po pochowaniu szczurzego brata, zaczął pochrząkiwać oraz rezygnować z jedzenia, które wcześniej bardzo mu smakowało. W chwili, w której zauważyłam nietypowe zachowanie tłuszczyka, chwyciłam za telefon i umówiłam najbliższą wizytę u weterynarza ze specjalizacją w zwierzętach egzotycznych (tak, szczury dalej traktowane są jako zwierzęta egzotyczne, jak zresztą wszystkie gryzonie). W oczekiwaniu na podróż do Katowic, zakupiłam ratunkową karmę i starałam się utrzymać ewidentnie już chore zwierzę w jak najlepszej kondycji do momentu, aż nie obejrzy go specjalista. Zielona papka musiała smakować lepiej niż wyglądała, bo została dobrze przyjęta przez konesera orzeszków, rozwiązując w ten sposób problem ograniczonych posiłków.


Pochrząkiwanie szybko przerodziło się w świszczenie i problemy z oddychaniem. Na tym etapie wiedziałam już, że diagnoza weterynarza może być dla mnie ciężka do przyjęcia, a cała wycieczka traumatyczna. Byłam świadoma co działo się z Masłem, w przeciwieństwie do Karmela, który spędzał dnie na dogrzewaniu jednego brata i przetrząsaniu klatki w poszukiwaniu drugiego, który gdzieś sobie poszedł i długo nie wracał.

Jak przekazać zwierzęciu, że powinno na wszelki wypadek pożegnać się z kompanem, ponieważ nie ma gwarancji, że jeszcze będzie mieć taką okazję? Niestety nie uczą tego na żadnych studiach. Tego zakresu wiedzy nie obejmują żadne kursy. 

Siódmego grudnia wyciągnęłam Maślanego z klatki i umieściłam go w transporterze, by pełni nadziei wyruszyć do Katowic.


Procedury nakazywały pozostawienie zwierzęcia w opisanym transporterze i czekanie na diagnozę poza gabinetem. Jest to częsta praktyka pocovidowa, która przyspiesza również pracę lekarza i sprawdza się przy dużej liczbie pacjentów. Wywiad zbierany jest wtedy w recepcji.

Poczekalnia była przepełniona, więc zdecydowałam się wyjść na zewnątrz i zaczekać na wieści na świeżym powietrzu. Umysł był zajęty kontrolowaniem przepływu mieszanki złych myśli i paniki, więc nogi otrzymały wolną wolę i skierowały się na świąteczny jarmark, który odbywał się w okolicy. Przechadzając się między ręcznie zdobionymi bombkami, drewnianymi zabawkami oraz teatrzykami kukiełek za szkłem, wsłuchując się w wesołe świąteczne piosenki, otrzymałam telefon z diagnozą - "ze szczurem jest źle, będzie musiał zostać u nas na tlenoterapii o dogrzewaniu".

(Obraz powiększa się po kliknięciu)

Rokowania były ostrożne i z tą myślą wróciłam tego dnia do domu.

Nazajutrz zadzwonił telefon. Mimo terapii nastąpiło pogorszenie, należało podjąć decyzję o dalszym leczeniu "na siłę", co było powiązane ze zwiększającym się bólem i dyskomfortem pacjenta przy szansie powrotu do zdrowia zbliżonej do zera lub też o humanitarnym skróceniu jego cierpienia.

Spojrzałam na Karmela, który spazmatycznie przeszukiwał klatkę, nawołując braci. Czując się jak morderca i ostatni zdrajca, pojechałam ponownie do Katowic.

Dostałam czas na pożegnanie się. Tyle czasu ile tylko potrzebowałam, ale ktoś, kto był kiedyś w mojej sytuacji doskonale wie, że żadna ilość czasu nie jest "wystarczająca". Nie wiem ile tam siedziałam. Pół godziny, godzinę, pięć?

Wracałam do domu z pustym transporterem, przesiąkniętą łzami maseczką i uczuciem braku spełnionego obowiązku. Deja vu.

Jakiś czas później otrzymałam od Esthimy, pełniącej usługi pogrzebowe dla zwierząt, certyfikat kremacji oraz serduszko.






Żadne kwiaty nigdy nie wyrosły.
Mam wstręt do świątecznych jarmarków.


wtorek, 8 lutego 2022

Co się stało z Popcornem?

Jak większość z Was wie, trojaczki trafiły do mnie z miotu niespodzianki – matka albinoska, ojciec nieznany. Biorąc pod uwagę pochodzenie matki (sklep zoologiczny) istniało wysokie prawdopodobieństwo chowu wsobnego, czyli kazirodczego - takiego, w którym młode pochodzą z osobników ze sobą spokrewnionych - młode brata i siostry czy matki i syna. Pomijając etyczność takiego chowu, istnieje wiele jego medycznych przeciwwskazań, do których wlicza się między innymi znaczne obciążenia genowe wśród młodych. 

U trojaczków był to jednak wypadek, spowodowany prawdopodobnie nieostrożnością lub ignorancją ze strony sklepu/ przewoźnika/ „hodowcy”, nie celowe działanie, efekty pozostają jednak niezmienione, młode były obciążone genetycznie.

Jeśli każdy człowiek nosi jakąś klątwę, moją są tłuszczaki. Gdybym była posiadaczem nadprzyrodzonej mocy, byłaby nią zdolność do mutacji zdrowych komórek. Jestem magnesem na zwierzęta hodujące tego rodzaju guzy, niezależnie od gatunku. 

Popcorn jako ostatni nieoperowany szczur postanowił dłużej nie pozostawać w tyle i sam zaopatrzył się w całkiem pokaźny okaz tłuszczaka na prawym boku tuż za przednią łapą.



Masa jako zmiana szybko rosnąca została usunięta operacyjnie dnia 4.11.2021 r. (poprzednie szczury operowane w dniach: 26.03.2021 r. - Karmel, 12.08.2021 r. - Masło). 


Szczur senny, aczkolwiek wybudzony wrócił do domu po udanym zabiegu, z zaleceniami dogrzewania, obserwacji oraz lekami na kolejne dni. Pod moim czujnym okiem Pykkurydz drzemał sobie na zabezpieczonym termoforze, w otwartym transporterze robiącym za izolatkę, w której miał spędzić kolejne 10 dni.

*** Trigger Warning: Rana szyta *** 


Specjalnie z tej okazji zamówiłam materiałowy kołnierz w jego rozmiarze, kierowana doświadczeniami z samoróbek, które sprawdzały się raczej średnio i szybko ulegały destrukcji.


Zaopatrzona w kawę i energetyki oraz urlop od wszelkich prac i obowiązków na kolejne 10 dni, byłam gotowa do czuwania przy uszkodzonym gnojku w dzień i w nocy. Z drobnymi przerwami na trzygodzinny sen i dziesięciominutowe kąpiele, ponieważ przy całej reszcie mógł mi towarzyszyć transporter. Nastawiona na stanie się jednością ze szczurem na najbliższe dni, ponieważ puchaty bejbik chory i wymagający atencji. Całe te przygotowania i plany okazały się jednak zbędne. W jednej sekundzie szczurza klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo, w kolejnej już nie. Organizm kukurydza nie wytrzymał obciążenia związanego z operacją i mimo zastosowania narkozy wziewnej oraz wszelkich innych środków zarachowania oraz podjęcia mojej interwencji po zatrzymaniu funkcji życiowych, nie udało się przywrócić szczura do życia. 

Następnego dnia po ciało przyjechał przedstawiciel zwierzęcego krematorium, zabrał Popcorna, zawiniętego w kocyk, w pudełku po butach, w foliowej torbie, zapieczętowanej i opisanej danymi zwierzaka. Miły pan w schludnym stroju i jeszcze bardziej schludnym samochodzie odjechał z małym pakunkiem, zostawiając mnie z przekrwionymi oczami, olbrzymią dziurą w sercu i jeszcze większymi niż sama dziura wyrzutami sumienia. Człowiek chyba zawsze się w takich sytuacjach obwinia. Analizuje wybór weterynarza, momentu, słuszność podjętej decyzji, warunków, jakie stworzył, wypomina sobie wszystko co mógł zrobić, ignorując wszystko co zdołał zrobić. Umniejszanie sobie w takich chwilach leży w naszej naturze. 

Mniej więcej tydzień później otrzymałam certyfikat kremacji, który poza wspomnieniami i zdjęciami stanowił jedyną pamiątkę po istocie, która chociaż nie była ze mną tak długo, zdążyła zagnieździć się w moim sercu, jakby żyła tam od zawsze. Nie wiem czy jest to dobre miejsce na darmową reklamę, ale jestem bardzo wdzięczna za profesjonalizm i empatię Esthimy, za co chciałabym im całą sobą podziękować.

(Obraz powiększy się po kliknięciu w niego)

Popcorn został skremowany w kremacji zbiorczej. Przyznaję, mimo największych chęci, nie było mnie w danym momencie stać na kremację indywidualną z odzyskaniem prochów i choć sama siebie karcę za to zaniedbane, mój budżet był już mocno naderwany operacjami poprzednich osobników ferajny. Wątpię jednak, żeby młody miał mi to za złe, niezależnie od rodzaju pochówku, był on przeprowadzony z pełnym szacunkiem. 

Nie wierzę w życie po życiu, ani reinkarnację, ale jeśli ma to dla kogoś znaczenie, może żyć w poczuciu, że Popcorn biega sobie teraz za tęczowym mostem czy w innej krainie szczęśliwości, gramoląc się niezgrabnie Damianowi do kaptura, jak to miał w zwyczaju za życia. Jak obaj mieli.

Mówi się, że umarli nie wiedzą jaki ból zadają żyjącym i że opłakiwać powinno się raczej tych, którzy zostali – z kraterem w duszy i wyrwą w psychice. Jest w tym jakaś twarda, stalowa racja.

Zbierałam się do tego posta od miesięcy, jednak niezależnie od czasu, wszystko jest świeże jakby to zdarzyło się wczoraj.


wtorek, 20 kwietnia 2021

Sięgnęliście kiedyś światła?

Próbowaliście kiedyś dosięgnąć światła?

Takiego milutkiego, ciepłego, oświetlającego drogę światła?

Ja miałam to szczęście, że moje pojawiło się samo, w odpowiednim momencie, miejscu i czasie. Znało się na naukach ścisłych, z którymi ja miałam problemy, więc nauczyciele przydzielili je do mnie w ramach "wyrównywania możliwości wśród uczniów klas niższych". To światło było bardzo cierpliwe, otwarte i miało w sobie niesamowite pokłady energii. Okazywało łagodność, wrażliwość i troskę, choć miało w sobie dość mocy, by oślepić każdego, kto próbował ogrzać się w jego blasku.


Ponieważ nikt nie lubi żyć w ciemności, wokół tej wielkiej kuli światła zawsze znajdowało się pełno mniejszych, przytłumionych światełek, które nie potrafiły wykrzesać z siebie zbyt wiele i pożyczały część energii od żywej gwiazdy, o niezliczonych pokładach entuzjazmu i życzliwości.


To światło pomagało mi nawet wtedy, kiedy nie musiało i nigdy nie zostałam przez nie odepchnięta.


Kula światła zniknęła mi z oczu na jakiś czas, a kiedy ponownie się pojawiła, nie była już tak jasna i ciepła. Właściwie w niczym nie przypominała już dawnej gwiazdy. Była popękana i stłumiona, jakby ktoś upuścił ją zbyt wiele razy.


Przywrócenie jej dawnego blasku okazało się niemożliwe. Tak jak picie z filiżanki, sklejanej raz po raz przez wieki. Od tej pory to ona wymagała wsparcia i opieki. Drobne światła, które kiedyś ją otaczały, przepadły. Zostało tylko kilka małych świetlików, słabych i nikłych. Małe światełka trzymały się blisko, wspierając dawną gwiazdę i licząc, że kiedyś zobaczą jeszcze ten dawny, oślepiający blask. Jedyne co jednak zobaczyły, to słaby płomień, który czasem migotał i gasł. Kula światła choć popękana, krucha i niknąca, wciąż była jednak ważna, a jej światło tak samo ciepłe dla tych, którzy postanowili przy niej zostać i dać jej szansę. To wciąż było to samo światło, tylko ukryte i zapomniane. Potrzebowało jedynie ciepła i zrozumienia, jakie samo kiedyś dawało.


Z czasem blask się ustabilizował. Nie nikł już i nie migotał i chociaż był zaledwie cieniem swojej dawnej formy, dawał oparcie innym, jeśli tego potrzebowali. Nie był już wielką, płonącą gwiazdą, ale małą, uszkodzoną lampką, której otoczka coraz mniej przypominała szkło, a coraz bardziej metal. To sprawiało, że mała, dzielna lampka wydzielała z siebie mniej światła, ale jednocześnie stawała się również mniej krucha i podatna na uszkodzenia.


To co wydawało się metalem, okazało się jednak bardzo matowym szkłem. Pewnego dnia znaleziono kulę kompletnie rozbitą. Nie było potrzeby szukania winnych, kula rozbiła się sama i odmówiła sklejenia. Światło, które do niedawna tliło się w jej wnętrzu, zgasło.



Czasem jeszcze zapominam.


Zapominam, że ta gwiazda nie zabłyśnie ponownie...


... że to tylko iluzja...


... że raz zgaszony ogień już nigdy nie zapłonie.



Czasem jeszcze zapominam, że to światło już nigdy mi nie odpowie, że teraz jest jedynie wspomnieniem.


To światło było mi rodziną, przyjacielem i przewodnikiem przez wiele lat. 

Teraz przyszło mi się z nim pożegnać.

Chciałabym krzyczeć, ale jestem zbyt zmęczona.

Chciałabym się wściekać, ale to wywołuje zbyt duży ból.

Chciałabym płakać, ale nie mam już czym.

Czegokolwiek bym nie robiła, niczego to nie zmieni. Muszę pogodzić się z brakiem tego światła. Bez niego świat jest dużo cichszy i ciemniejszy, ale wciąż mam przy sobie cząstkę tej gwiazdy, która kiedyś została mi podarowana, zupełnie bezinteresownie, tylko dlatego, że moje światło nigdy nie było dość jasne.

Tej jednej rzeczy nikt mi nie odbierze.

Czas nie leczy ran. Pozwala nam je jednak zakrywać niewidzialnym plastrem, żebyśmy nie musieli na nie stale patrzeć.

Potrzebuję czasu.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Potrzebuję jeszcze trochę czasu

Myślę, że ukrywanie dłużej tego faktu niczego nie wniesie, a zrodzi tylko więcej pytań i wątpliwości, więc postanowiliśmy podzielić się z Wami pewnymi informacjami. Mogą one być dla Was trudne, ale takie były również dla nas. 2020 uznany został wyklętym rokiem, ale to jego następca zebrał w naszym przypadku największe żniwa.

Jeśli chodzi o straty w ludziach i zwierzętach, to pragnę rozwiać wszelkie domysły dotyczące Morfiny i gryzoni. Na tym froncie wszystko jest w porządku. Tylko w tym roku straciliśmy jednak cztery grupowe koty, w tym znaną Wam Mercy, kozę Krysię i jednego leśnego psa - Agrafkę. Styczeń odebrał nam też dwóch, ważnych dla nas ludzi - dziadka (z weselnych historii) i Damiana.

Zaczynając od zwierząt, nowotwory i niewydolność nerek w długiej i nierównej walce pokonały cztery z naszych kotów. Koza Krysia została zatruta przez życzliwe sąsiedztwo, które w ten sam sposób wykończyło również dwie owce należące do tych samych właścicieli - sprawa została zgłoszona na policję, ale ze względu na brak świadków, prawdopodobnie nie zostanie rozwiązana. Agrafce udało się podkopać pod ogrodzonym podwórkiem i jej zwiedzanie okolicy miało swój finał pod kołami samochodu.

Na początku lutego dziadek przegrał walkę z koroną i jej powikłaniami. Organizm nie wytrzymał tak długiego i uciążliwego obciążenia.

Czwartego stycznia dostaliśmy informację o śmierci Damiana. Ciężko opisać słowami jak czuliśmy się po tamtej wiadomości. Osobiście nie jestem w stanie przypomnieć sobie jak wyglądały pierwsze tygodnie po otrzymanym telefonie. Wiem jednak, że były one bardzo trudne. Zamroczenie po takim ciosie będzie nam towarzyszyło jeszcze przez długi czas i na pewno nigdy nie zniknie do końca. Nie był to wypadek, a świadoma decyzja podjęta przez Damiana, o której my nie wiedzieliśmy do samego końca, a której realizacja, jak się później okazało, planowana była z dużym wyprzedzeniem.

Są to jedne z głównych powodów mojej niskiej aktywności. Nie mogę powiedzieć, żeby izolacja oraz przyspieszony tryb egzaminów magisterskich w obecnej sytuacji były bardzo pomocne, ale tak wyglądają realia.

niedziela, 28 lutego 2021

Granice są nieprzekraczalne

"Temu psu można zrobić wszystko", słyszeliście to kiedyś?

Osobiście uważam, że każda istota żywa dowolnego gatunku ma swoje granice i jeśli się te granice przekroczy, należy się liczyć z przykrymi konsekwencjami. To samo dotyczy ludzi. Nawet największą oazę spokoju można sprowokować, jeśli tylko ma się w sobie wystarczająco dużo upierdliwości i braku poszanowania barier i szacunku dla drugiej osoby. Najbardziej szokuje zawsze reakcja tych najcichszych i najspokojniejszych. Tych, którzy byli uważani za lilie wodne na tafli jeziora. Nikt nie spodziewa się tego, co następuje po przekroczeniu granicy. Wybuch mnicha robi dużo większe wrażenie niż codzienne ataki agresji u kogoś, dla kogo jest to typowe.

Z jednej strony uwielbiam patrzeć jak ktoś bardzo nietaktowny i uciążliwy jest w ten sposób sprowadzany na ziemię i zmuszany do nauki prawidłowych interakcji z drugim żyjącym organizmem, czy to w przypadku ludzi, czy zwierząt. Z drugiej jednak strony, często pociąga to za sobą przykre konsekwencje dla "atakującego", mimo że była to jedynie obrona. Niesprawiedliwa ocena sytuacji jest dużo częstsza w przypadku psów. Nie mogą one wytłumaczyć swojego zachowania i cała wina za zdarzenie jest przelewana na nie.

O ile pozwalam ludziom (małym i dużym) na kontakt z Morfiną, tak wiem, że mimo swojego przyjaznego usposobienia, nawet ona ma czasem dość. Moim obowiązkiem jest nie dopuścić, żeby ktokolwiek naruszył jej granice, które zmusiłyby ją do podjęcia akcji, której podjąć by nie chciała, ale do której podjęcia zostałaby zmuszona. Jeśli widzę, że po kilkugodzinnej zabawie z dziećmi mój pies jest zmęczony, ponieważ ma już swoje lata i przypadłości, odsuwam pędraki na bok i tłumaczę dlaczego futro potrzebuje półgodzinnej drzemki, w której nie powinno się jej przeszkadzać. Zrozumienie i empatia drugiej strony są bardzo ważne i zazwyczaj respektowanie potrzeb innej istoty przychodzi nam bez większych problemów. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy wymagamy od drugiej osoby czy zwierzęcia porzucenia wszelkich granic i w pełni dostosowania się do naszych osobistych potrzeb i wymagań.

Podam Wam przykład, który wydarzył się nie tak dawno temu, a który był bardzo widowiskowy i stosunkowo niebezpieczny.

Pewien dżentelmen, chcąc się pochwalić swoim dobrze wyszkolonym i ułożonym psem sporej rasy, zaczął popisywać się przed płcią piękną jego zdolnościami. Mężczyzna wielokrotnie wchodził w polemikę ze swoją matką, która zauważyła pierwsze objawy przemęczenia u psa i zaproponowała odseparowanie zwierzęcia i podanie mu wody. Właściciel był jednak nieustępliwy, powtarzając jak mantry zdania: "prawdziwy pies to się nigdy nie męczy", "on bez wody to może i kilka dni" oraz mój osobisty faworyt "on nie wie co to zmęczenie, przecież to szkolony pies". Jakby szkolenie miało na celu eliminację podstawowych potrzeb życiowych. Pies wykonywał komendy coraz mniej ochoczo i ku frustracji swojego właściciela, nie wykazywał oczekiwanego poziomu energii. Po dłuższym klepaniu, demonstracji kłów i wsadzania ręki do psiego pyska, zwierzę zawarczało, czym wywołało mały popłoch i zdziwienie zarówno mężczyzny, jak i zgromadzonej dookoła płci pięknej. Kobiety zaczęły przekonywać jegomościa, że to co widziały w zupełności im wystarczy, a pies powinien odpocząć. Sygnał ostrzegawczy był tak wyraźny, że postronne osoby postanowiły się wycofać, jednak nie podziałał on na właściciela, który kontynuował próby wyegzekwowania od zwierzęcia dokładnie tego, czego chciał. Jakież było zdziwienie owego dżentelmena, kiedy psia paszcza zatrzasnęła się ze zgrzytem na jego dłoni. Było dużo krwi, jeszcze więcej paniki i w ostatecznym rozrachunku, około dziesięciu szwów. Okazało się, że pies to nie robot i nie można "zrobić mu wszystkiego". Rehabilitacja ręki była kosztowna, ale bardziej kosztowna była ponowna praca z trenerem i zaufanie psu, który raz już ugryzł rękę, która karmiła. 

Finał historii nie był tak dewastujący, jak mógłby być, ponieważ mężczyzna zrozumiał swój błąd i zamiast pozbyć się "agresora" postanowił popracować przede wszystkim nad sobą, jednak takie sytuacje zazwyczaj kończą się w dużo mniej przyjemny dla obu stron sposób. Wina nie leżała po stronie psa, ale pies był obwiniany. Łatka "agresywnego" została do niego przyklejona na stałe i nie był już mile widzianym gościem na tłumnych spotkaniach.

Wszystko to przez przekroczenie bardzo cienkiej, czerwonej linii, której ludzie często nie zauważają i zdarza im się po niej deptać.


sobota, 28 listopada 2020

Come back Anonimki

Dawno nie było tu nic o Anonimce. Nie dlatego, że kobieta postanowiła przejść na zdrowy, pozbawiony frustracji i nienawiści do świata styl życia. Nie, nie. Dusza rebeliantki ma się dobrze i jest w szczytowej formie. 

Okres powakacyjny był dla nas czasem wzmożonej migracji zwierząt, dla których stanowiliśmy dom tymczasowy. Stacjonowali u mnie również wczasowicze, których właściciele udali się na wakacje. Wzrost populacji puchatków został bardzo szybko odnotowany przez monitoring osiedlowy i wieści dotarły do głównego snajpera nadzorującego, który nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia faktem przybycia nowych lokatorów.

Do skrzynki trafiło kilka liścików, jak na przykład te postrzępione dzieło sztuki:


Kobieta dodatkowo otwarła trzecie oko oraz wszystkie czakry i zawładnęła mocą widzenia przez ściany, kiedy pewnego dnia konieczna była interwencja w sprawie jednego z psów. Zwierzę miało drgawki i było znoszone w kocu przez trzech ludzi (w tym mnie), dwa bloki od mojego obecnego miejsca zamieszkania. Psa niestety nie udało się uratować. Cała akcja wyrządziła niewyobrażalne szkody na zdrowiu i psychice Anonimki, ponieważ, jak się później dowiedzieliśmy, "hałas wywołany przez znoszących psa ludzi musiał być niewyobrażalny, a widok paskudny, poza tym mogło na to wpaść dziecko i trauma gotowa".

Anonimka szybko zapomniała o swoich dawnych przeprosinach oraz obietnicy poprawy i błyskawicznie wróciła do dawnych nawyków, które najwyraźniej są silniejsze od niej.

Kobieta wdała się w kilka przepychanek (słownych i fizycznych) z resztą sąsiadów i pewnego dnia zawitała do niej policja, którą tak usilnie próbowała mieć zawsze po swojej stronie. Okazało się bowiem, że nieuzasadnione wezwanie funkcjonariuszy jest karane, a powód "boję się o życie swoje i swoich dzieci, ponieważ sąsiedzi trzymają w mieszkaniu niebezpieczne zwierzęta egzotyczne" nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla policji, zwłaszcza kiedy spodziewają się co najmniej aligatora, a na miejscu zastają kilka psów, stadko gryzoni i kozę w klatce, oczekującą na przewóz.

Koło fortuny kręci się więc dalej i najwidoczniej nie ma zamiaru się zatrzymać.

piątek, 2 października 2020

Podsklepowy pies stróżujący

Jestem posiadaczką trzech świnek skarbonek, z których jedna jest tak naprawdę owcą.


W każdej z tych skarbonek znajdują się drobne nominały, które obciążałyby tylko portfel, więc kiedy miedziaki zaczynają wysypywać się z pleców gipsowej trzody, przeliczam je i wymieniam na lżejsze papierki.

Mając kieszenie wypchane grosikami, których łączna wartość wynosiła 30 zł, wyszłam z misją wymiany drobniaków w okolicznych sklepikach i mniejszych marketach. Moja kurtka stawała się lżejsza, a chmury ciemniejsze, kiedy zauważyłam małego kundelka przywiązanego do rynny. Psiak wpatrywał się w drzwi automatyczne i próbował wtulić się w ścianę sklepu, która nie osłaniała go jednak od wiatru. Skierowałam się do kasy i po wymianie 10 zł, zwiedziłam sklep. Pół godziny później psiak dalej czekał na swoją panią. Jako że zaczynało już padać, postanowiłam poczekać z trzęsącą się kulką na właściciela i osłonić psa przed deszczem. Staliśmy sobie pod wspólnym parasolem dobre czterdzieści minut i kiedy moja cierpliwość się skończyła, weszłam do sklepu ponownie, pytając kasjerki czy nie wie przypadkiem czyja jest ta mała sarenka, moknąca na zewnątrz.

- A, tak, tak - odpowiedziała kasjerka, wychylając się zza lady - Już wołam.

Został uruchomiony intercom i po chwili z zaplecza wyszła kobieta w koszulce sugerującej, że była ona pracownikiem sklepu. Rozejrzałam się niepewnie, ale nikt więcej się nie pojawił.

- No słucham, słucham - rzuciła kobieta.

- Ja szukam właściciela tego nieszczęścia, które moknie na zewnątrz. Już tak od dobrej godziny tam siedzi.

- A coś się dzieje?

- No... pies moknie, zimno mu, poza tym zbliża się burza.

- Nic mu nie będzie, przyzwyczajony jest.

- A może pani zawołać właściciela? Wie pani kto to?

- No ja jestem właścicielem, dlatego wiem, że psu nic nie będzie.

- Ale jak pani jest właścicielem, przecież pani tu pracuje.

- No i pies czeka grzecznie aż skończę pracę i pójdziemy do domu.

- To mam rozumieć, że pies tam stoi już którąś godzinę w taką pogodę?

- No.

- Ale pani żartuje teraz?

- Proszę pani, na ogródku jakby był, to taką samą miałby pogodę.

- Tyle, że na ogródku może by się schował pod jakimś dachem, tam przecież jest ulewa, ten pies nawet nie ma futra za dużo, co pani?

- On nie jest taki delikatny.

- On się cały trzęsie.

- Nie ma pani większych problemów?

- Pani poważnie nie widzi w tym problemu?

- W domu by tęsknił za mną, a tak to mnie widzi.

- Przez szybę, w domu miałby ciepło.

Dyskusja trwała dłuższą chwilę i przypadkowo został w nią zaangażowany pozostały personel sklepu, który w połowie przyznał mi rację. Psiak został wciągnięty do środka i uwiązany przy koszykach, a ja miałam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy kobieta przychodząc do pracy przywiązywała psa przy sklepie na osiem godzin, bez możliwości ruchu, bez jedzenia i wody, bez żadnej osłony przed słońcem, deszczem i wiatrem.

Tak się jednak nie stało, piesek dalej był widywany podczas pracy jego właścicielki, aż pewnego dnia ktoś odpiął smycz i pies zniknął. Monitoring nie zarejestrował czy ktoś wypuścił psa, czy ukradł go spod sklepu, ale zwierzę przepadło. Szukało go wiele osób, zostały przeczesane schroniska, kto mógł udostępniał apel w mediach społecznościowych, została nawet zaoferowana nagroda pieniężna dla znalazcy.

Psa nigdy nie odnaleziono, ale prawdopodobnie został wywieziony poza teren miasta. To były sekundy, nikt nie zauważył, kamery nie sięgały tak daleko. Można było tego uniknąć, wybierając bezpieczeństwo i wygodę psa nad jego ewentualną tęsknotą, ale szkoda została wyrządzona, a ktoś w wyniku złej decyzji stracił przyjaciela, prawdopodobnie na zawsze.


poniedziałek, 21 września 2020

Bohaterowie kasy fiskalnej

Bardzo doceniam pracę ekspedientek i wszystkich osób pracujących w sklepach, zwłaszcza w marketach czy sieciach odzieżowych. Kiedy usłyszałam o tym, że część znanych sklepów odzieżowych wymusza na pracowniku dwanaście godzin stojącej pracy i surowo zakazane jest nawet podparcie się, kiedy w sklepie nie ma żadnych klientów, zaczęłam się zastanawiać kto będzie w przyszłości płacił za rehabilitację tych osób. Kręgosłup ma swoje granice, o czym często zdarza się nam zapominać.

Tutaj mała prośba.

Jeśli zauważymy, że jakaś rzecz spadła na podłogę i jesteśmy w stanie ją podnieść, to ten jeden przysiad nie zrobi nam krzywdy. To nic w porównaniu z pracownikiem, który z wymuszonym uśmiechem stoi już siódmą godzinę i pyta wesoło czy może w czymś pomóc. Nie bądźmy ch*jkami.

"Oni tu pracują, za to im płacą" czy "ciężka praca to jest na kopalni, a nie w sklepie", lub też "było się uczyć" - są najbardziej żenującymi, niedojrzałymi i "lamerskimi" tekstami, jakie można sobie wyobrazić w tej sytuacji. Zegnij się, podnieś, powieś, odejdź. Godności jeszcze nikt od tego nie stracił, a może tej miłej pani kręgosłup strzeli dzięki temu nieco później.

Dzisiaj, korzystając z wolnego poranka, przeszłam się na większe zakupy do marketu. Obeszłam z koszykiem dwie alejki, kiedy ujrzałam lekkie poruszenie wśród pracowników. Towar był wykładany w pośpiechu, ludzie popędzali się nawzajem i rzucali krótkimi hasłami, jak: "która już jest?", "jak chcesz iść do wc, to teraz, zaraz tu wpadną", "Chryste, za piętnaście minut będzie szkolna przerwa", "wykładajcie najpierw napoje i chipsy, na to się rzucą pierwsi, zostaw te warzywa", "Ktoś widział Ewę? Gdzie jest Ewa, miała wejść na kasę".

Niemal słyszałam dudnienie wojennych bębnów. Pracownicy spoglądali niepewnie w stronę drzwi, przyglądając się budynkowi szkoły po drugiej stronie ulicy.

Widząc ogólny popłoch i przygotowania do starcia, postanowiłam się zgęścić i skierować się w stronę kasy. Zanim dotarłam jednak do taśmy, do sklepu wlała się fala młodych ludzi w wieku 9 - 15 lat, przeprowadzając masowy atak na uzupełnione półki. Pracownicy skrzętnie usunęli się z drogi i zajęli taktyczne miejsca przy taśmach. Paczki z jedzeniem, które spadły na ziemię, zostały tam już nawet po odejściu szarańczy. Przepychanka przy ladzie, bo "zaraz się kończy przerwa" zmusiły ekspedientkę do wycofywania towaru, który błędnie został przypisany nowym właścicielom. Byłam pod wrażeniem chaosu, jaki wywołała około piętnastoosobowa grupka młodocianych, jednocześnie czułam jednak współczucie dla pracowników.

Zapłaciłam i odsunęłam się na bok z moim kratowanym pojazdem, żeby tam w spokoju przepakować swoje zakupy do toreb, obserwując przy okazji tę nierówną walkę.

Nie dane mi było zobaczyć finiszu, ale domyślam się, że ten maraton nie był dla kasjerek nowością i muszą przechodzić przez niego nawet kilka razy dziennie.

Doceniam cierpliwość i siłę psychiczną tych osób. Osobiście miałam ochotę przestawić towarzystwo i ustawić je w rządku, kiedy w wyniku pośpiechu na podłodze swój żywot zakończyła szklana butelka z piwem, którego ze względu na wiek brygada i tak nie mogła kupić.

piątek, 18 września 2020

Uważajcie na kolory

Słyszałam ostatnio historię o psie, który został kopnięty, ponieważ miał na sobie kolorową obrożę. Tęczową, ściślej rzecz ujmując. Nie jestem człowiekiem małej wiary, ale zdarzenie wydało mi się absurdalne, nawet biorąc pod uwagę obecną sytuację w Polsce. Może po prostu za bardzo wierzę w ludzi i odrzucam od siebie myśl, że mogą istnieć jednostki myślące tak płytko i agresywnie.

Do czasu aż spotkała mnie podobna sytuacja.

W ostatnim czasie przez mój dom przewinęło się wiele tymczasów. Niektóre z nich zostawały na chwilę, innymi zajmowałam się nieco dłużej. Część psów trafiała pod moją opiekę z pełnym oprzyrządowaniem, w postaci: szelek, smyczy, kantarów, szczotek, grzebieni itp. Jednakże były też zwierzęta, które nie posiadały nic poza obrożą, a czasem nawet i tego brakowało. Wychodząc z tymi psami używałam więc rzeczy Morfiny lub innych tymczasów. Nie zawsze pasowały one do siebie kolorystycznie, ale nie zwracałam na to uwagi tak długo, jak długo spełniały one swoją funkcję.

Pewnego dnia wyszłam na zewnątrz z trzema psami. Starałam się dzielić spacery tak, żeby masa wyprowadzanych przeze mnie zwierząt nie przekraczała jednorazowo 150 kg. Tym razem były to trzy samce. Dwa masywne i jeden mniejszy, nie przekraczający 30 kg. Podczas przechadzki zostałam zaczepiona przez przechodnia i zapytana o możliwość pogłaskania zwierząt. Zgodziłam się na dotykanie, ponieważ wszystkie trzy psy miały z ludźmi dobre stosunki i nie przeszkadzał im dotyk obcej ręki.

- A to suka jest? - spytał mężczyzna, pochylając się do zwierząt i wskazując najmniejszego psa.

- Nie, to wszystkie psy.

- A to czemu na różowej smyczy?

- A to nie może?

- Nie no może, ale wygląda w tym jak pedałek.

- Bo ma różową smycz? To samce już nie mogą mieć kolorowych smyczy?

- Nie no mogą, ale różową?

- Kolor jak każdy inny.

- No spoko, tylko wygląda jak pedałek. Żeby tylko gejkiem nie został, bo się pozostałe ucieszą, hehe.

Nie skomentowałam. Po prostu bez słowa zwinęłam psy, odciągając je od wyciągniętej ręki człowieka i ruszyłam przed siebie. Może powinnam była przyjąć to jako prześmieszny żart, może powinnam zaregować jakoś inaczej, ale z jakiegoś powodu wydało mi się to potwornie żenujące i musiałam tę żenadę natychmiast rozchodzić.

W podobny sposób reagowałam zawsze na "Ej, patrz jak ją wącha pod ogonem, chyba ma ochotę, zaraz jej mi*etę zrobi".

Po prostu nie.

Po tej sytuacji jakoś bardziej dotarła do mnie historia nieszczęsnego psa, który oberwał butem, ponieważ miał na szyi drażniące kogoś kolory.

Co do tęczowej obroży, właściciel psa zgłosił zajście na policję, ale nie wiem jak sprawa się rozwinęła i czy sprawca został pociągnięty do odpowiedzialności. Samemu psu nic się na szczęście nie stało. Przynajmniej jeśli mówimy o urazach fizycznych.

Pamiętajmy więc wszyscy, żeby ostrożnie dobierać kolory które nosimy my, nasze ewentualne dzieci i zwierzęta, żebyśmy przypadkiem komuś nie zasugerowali czegoś niewłaściwego.

Ponieważ jak wiadomo, to my powinniśmy dostosowywać się do głupiego, nie głupi do nas.



sobota, 12 września 2020

Leśne psy i ich pochodzenie

Odkąd Damian przyprowadził pod arkę sześć psów, zwierzęta zaczęły uznawać go za swojego wybawiciela i chlebodawcę. Pilnowały go, kiedy szedł do sklepu i nie opuszczały go na krok, kiedy wychodził pobiegać. Były jego ochroniarzami i aniołami stróżami niezależnie od godziny i pogody. Sytuacja stała się na tyle absurdalna, że nowi wczasowicze uznawali Damiana za właściciela całego zaprzęgu i często zadawali mu pytania, na które on nie potrafił odpowiedzieć.

Od szamanki dowiedzieliśmy się, że dwa z sześciu psów miały swój dom i były po prostu zwierzętami wolnowychodzącymi pensjonatu. Brak identyfikatora nie miał dla nikogo znaczenia, ponieważ "psy same znały drogę do domu". Jedyną posiadaczką znaczka w okolicy zdawała się być Morfina, ponieważ mieszkańcy nie przyjmowali takich praktyk.

Pozostała czwórka była podrzutkami.

- Ludzie przyjeżdżają na wakacje z psem, a wyjeżdżają już bez psa - rzekła kobieta - Te, które przeżyją, łączą się w stada i razem organizują sobie jedzenie. Czasem pogrzebią w śmietnikach, czasem podkarmią ich przejezdni, ale najgorsze są zimy. W zimę przyjeżdża mało osób, a zostawianych jest sporo psów. Wiele z nich siedzi tam, gdzie zostały zostawione i czekają na swoich ludzi, chociaż oni nigdy nie wracają.

Staruszka opowiedziała nam o przypadku psa, który czekał przy ścieżce tak długo aż zmarł z głodu, ponieważ odmawiał przyjmowania jedzenia od obcych i nie dało się go ruszyć z miejsca. Padł więc gdzie stał, zerkając tęsknie za każdym przejeżdżającym samochodem i przechodzącym człowiekiem.

- Niektóre się nie potrafią pozbierać - dodała - Są takie, które tracą nadzieję już po kilku dniach i takie, co wolą paść z głodu niż zaakceptować to, że ich człowiek odjechał bez nich celowo.

Psem, który długo nie mógł pogodzić się z losem była Agrafka. Mała, czarna suczka, która zawsze trzymała się w pewnej odległości od ludzi, ale podążała za stadem, wyjadając resztki. Pies został porzucony przy rzece cztery lata temu, ale nawoływać swoich ludzi przestał dopiero po roku. 

Był też Borys, który przyjął swoje osamotnienie jako coś normalnego i od razu przyłączył się do innych bezpańskich psów. Mieszaniec Husky widywany był też samotnie, kiedy spacerował główną drogą albo rozgrzebywał królicze nory na skraju lasu. Kojarzyli go ludzie z kilku bardzo odległych od siebie miejsc, więc musiał przemierzać długie dystanse w poszukiwaniu jedzenia i nie trzymać się tylko jednego terytorium.

Mucha musiała mieć jakieś jamnicze korzenie, na co wskazywały krótkie łapki i klapnięte, przydługie uszy. Suczka była mistrzynią żebrania o jedzenie i dzięki temu właściwie nie głodowała.

Adaś był z nich wszystkich największy. Przypominał kombinację Bernardyna i Chow chowa. Nie bał się ludzi, ale bez potrzeby się do nich nie zbliżał, tak jak mieli to w zwyczaju robić Borys i Mucha. Pies porywał jedzenie i uciekał z nim na bok, unikając interakcji. Schodził wszystkim z drogi i wolał nie podchodzić do posesji.

Suczki musiały być albo wykastrowane, albo niepłodne, ponieważ nigdy nie widziano młodych żadnej z nich. W lesie szczenięta były rzadkością, mimo iż psy trzymały się w stadzie razem z egzemplarzami posiadającymi właścicieli.

Imiona psom nadali mieszkańcy, ponieważ nikt nie wiedział jak wabiły się naprawdę. Zwierzęta nocowały w pustostanach i ruinach albo zagrzebywały się w opuszczonych norach.

- Rok temu był tu jeszcze taki jeden podobny do Waszego, tylko krótkie futro miał. Musiał już być stary i mieć coś z uszami, bo nie reagował na nic, jakby był głuchy. Kiedyś nie usłyszał samochodu i go rozjechało w nocy, jak było go słabo widać.

- I nikt nic z tym nie robi? - spytała Agnieszka.

- A co ma robić i kto? - odparła staruszka - Wójtowi nie w głowie ganianie za psami po lesie. Czasem myśliwi przygarniają co się nada i to wszystko. One tu spędzą resztę swojego życia. Ale może to i lepiej. Jakby ich drugi raz tak zostawić, to już by mogły tego nie znieść, a tak to jakoś sobie radzą.

Moja głowa nie potrafiła dopuścić do siebie wizji zdezorientowanej Morfiny, stojącej przy drodze i patrzącej na odjeżdżający samochód. To było ponad mnie. Nawet gdybym leżała związana i otumaniona w bagażniku, zrobiłabym wszystko, żeby ją odnaleźć, choćbym miała spędzić resztę życia w tym lesie, przeczesując go kawałek po kawałku, bo nie mogłabym żyć ze świadomością, że mój pies mógłby poczuć się porzucony i samotny.

Spojrzeliśmy po sobie w ciszy i chociaż żadne z nas nie odezwało się już słowem, wiedzieliśmy wszyscy, że sprawę należało jakoś rozwiązać. Nie mieliśmy jeszcze żadnego planu, ale decyzja o tym, że psów nie można było tak zostawić właściwie zapadła.


środa, 9 września 2020

Historia Bogusia

Historia gościnna

______

Kiedy byłem młodszy, byłem małym, rozpieszczonym ch*jkiem. Byłem tym, którego w amerykańskich serialach nazywa się "bully". Byłem tyranem, który prześladował inne dzieciaki, bo nie miały tyle pieniędzy co ja, bo wyglądały biedniej, bo coś z nimi było nie tak. Nie byłem rasistą tylko dlatego, że ceniłem sobie Michaela Jordana i Olisadebe. Wyhaczałem najmniejsze słabości i wyolbrzymiałem je do rozmiaru byczych jaj tylko po to, żeby móc nabijać się z kmiotków dłużej i intensywniej. Nie szanowałem chyba nikogo, za to uważałem, że każdy powinien szanować mnie. Miałem dzianych rodziców, przyjaciół, wypasione mieszkanie, forsy jak lodu i wszystko czego mogłem chcieć na wyciągnięcie palców.

W gimnazjum naśmiewałem się z grubych, piegowatych, kalekich i jąkał, w liceum doszło do tego jeszcze kilku gejów, więc mnie i moim koleżkom nie brakowało obiektów do okazywania dominacji. Nie znosiłem życiowych przegrywów i robiłem wszystko, żeby oni o tym wiedzieli. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że stanę się jednym z nich.

Kiedy byłem w klasie licealnej, moi rodzice wzięli rozwód. Firma upadła, pieniądze się rozeszły, a ja wylądowałem u dziadków, mając do dyspozycji tylko mały pokój. Przyjaciele się zmyli i pewnie gdybym był na ich miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo. Zostałem całkiem sam z plikiem kart, które kiedyś były pięknym zamkiem. Swoją frustrację wyładowywałem na innych. Stałem się jeszcze gorszym uczniem niż byłem, moje problemy z agresją wezbrały na sile. Właściwie nie było dnia, żebym nie wracał poobijany z bójek, które sam wywoływałem. Miałem wtedy za złe całemu światu, obwiniałem każdego za sytuację, do której nie byłem przyzwyczajony i która nie była dla mnie komfortowa. Oczywiście nie widziałem w tym swojej winy.

Skończyłem liceum, ale moja matura nie pozwalała mi na żadne studia. Te wrota również zostały przede mną zamknięte. Długi czas wegetowałem, nie mając na siebie żadnego pomysłu. Byłem markotnym, wulgarnym, zagubionym gnojkiem, którego nikt nie nauczył jak być dorosłym i nienawidziłem za to wszystkich dookoła.

Byłem wtedy w bardzo mrocznym miejscu. Na niczym mi właściwie nie zależało. Niczego nie chciałem, do niczego nie dążyłem. Idealny przykład wpływu samotności na człowieka, który nigdy nie musiał być sam.

Znalazłem swoją pierwszą pracę. Robiłem to, co mi kazano. Z nikim nie rozmawiałem i nie szukałem kontaktów. Nie zarabiałem nawet minimalnej krajowej. Wracałem do domu dziadków, wiedząc że nigdy nie będzie mnie stać na własne mieszkanie, zabijałem czas i kładłem się spać. Możliwe, że miałem wtedy coś na wzór depresji, ale nigdy nie została ona zdiagnozowana. Wtedy uważałem, że tylko psychole potrzebują lekarzy od mieszania w głowie, a ja nie byłem psycholem.

Nie pamiętam dokładnie jak i kiedy to się stało, ale poznałem kogoś. Ten ktoś wygryzł sobie małą dziurkę w mojej warowni i władował się do środka. Wszedł z latarką w mój cień i to bez zaproszenia. Kobieta, którą ledwo znałem postanowiła przejąć kontrolę nad okrętem, który od dawna nigdzie nie wypływał, a którego ja byłem kapitanem. Nigdy nie pozwoliłbym, żeby rządziła mną baba, ale wpuściłem ją do swojego życia na moich własnych zasadach. Przynajmniej tak mi się wtedy  wydawało.

Weronika była moim przeciwieństwem. Miła, radosna, pełna marzeń i nadziei, może trochę naiwna. Była jak świecący kawałek jakiegoś cennego kamienia, którego z jakiegoś powodu nie chciałem wypuścić z ręki. Nie wiem dlaczego się do mnie przykleiła, ale zrobiła to w najlepszym możliwym momencie. Wyciągała mnie z domu i opowiadała o rzeczach, których nigdy nie uznałbym za ciekawe, ale były takie przez jej entuzjazm i lekką obsesję. Werka cały czas próbowała nowych rzeczy, chciała się samodoskonalić, kształtować siebie w wielu dziedzinach. Uwielbiała dopinać wszystko na ostatni guzik, nie odpuszczała dopóki coś na czym skupiała całą swoją uwagę nie było takie, jakie zaplanowała. Motywowała mnie, żebym też taki był. Chciała, żebym miał jakieś pasje i żebym pomagał innym je odnajdywać. Zacząłem interesować się starymi pozytywkami, ponieważ ona je kolekcjonowała. Wiele z nich wymagało naprawy, więc nauczyłem się jak je reperować. Zacząłem czytać książki i patrzeć w gwiazdy zamiast pod swoje nogi. Wszystko po to, żeby jej zaimponować. Chciałem, żeby była ze mnie dumna, ponieważ sprawiła, że zaczęło mi zależeć.

Pokochałem tę dziewczynę. Nie zakochałem się w niej, ale ją pokochałem, jeśli ma to jakiś sens. Była moją bratnią duszą, moją siostrą, matką i córką w jednym, moją kumpelą, moim kompanem, największym fanem i idolem. Opie*rzała mnie, kiedy przeginałem i chwaliła, kiedy zasłużyłem. Zawsze mogłem na nią liczyć, a ona zawsze mogła liczyć na mnie. Nie mogłem znieść myśli, że mogłaby się poczuć źle, że ktokolwiek mógłby sprawić jej przykrość. Za życiową misję postawiłem sobie bycie jej tarczą, jej rycerzem w lśniącej zbroi. Nie miałem zamiaru jej przywłaszczyć, chciałem jedynie, żeby była szczęśliwa. Nie ważne z kim, nie ważne gdzie, nie ważne jak daleko ode mnie. Chciałem jej szczęścia bardziej niż czegokolwiek na świecie, potrzebowałem go bardziej niż tlenu. Weronika była bardzo atrakcyjną kobietą i podobało mi się w niej wiele rzeczy, ale nigdy nie wykonałem w jej stronę żadnego ruchu, który mógłby sprawić, że poczułaby się niekomfortowo. Nie musiała być moją dziewczyną, narzeczoną, żoną, czy kochanką. Wystarczała mi jej przyjaźń, która żywiła mnie przez lata. Było to niezrozumiałe dla samców alfa, którzy uważali mnie za zfriendzonowanego simpa, ale lałem na nich tak długo, jak długo miałem tego anioła w ludzkiej skórze po swojej stronie. Nie mogłem jej zdobyć, nie była rzeczą ani niczyją własnością. Nie odstraszałem od niej adoratorów, ale upewniałem się, że amant rozumie powagę sytuacji. Jeśli któryś z nich za mało się starał albo robił coś, co nie podobało się Weronice, otrzymywał darmowy bilet do dentysty lub lekarza pierwszego kontaktu. Doskonale sprawdzałem się jako bodyguard i wingman, ale byłem też dobrym partnerem do gry w uno i trzymania włóczki, żeby się nie zapętliła podczas dziergania szalika. Chodzenie po podpaski i tampony było dla mnie taką samą rutyną, jak kupowanie co miesiąc litra lodów pistacjowych. Pracowaliśmy jak stare, dobre małżeństwo, które darzyło się pełnym zaufaniem i mogło na siebie liczyć w każdej sytuacji.

Podczas oglądania powtórki jakiegoś meczu siatkówki zeszło nam się na wyznania i tworzenie listy życzeń. Na szczycie listy Werki znajdował się wyjazd do Ameryki, żeby zobaczyć na żywo obiekt jej westchnień w dziedzinie robotyki, a mianowicie animatroniki, które można było znaleźć tylko w tamtejszych restauracjach. Jej fascynacja maszynami wszelakimi była godna podziwu, chociaż ja sam byłem zbyt mało obeznany, żeby w pełni docenić ich wartość. Obiecałem sobie, że odłożę na bilet dla niej i osoby towarzyszącej, z którą będzie chciała pojechać i zaskoczę ją w jej urodziny. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pracował tak ciężko i brał tyle nadgodzin. Co prawda nie udało mi się uzbierać całej kwoty w rok, ale wręczyłem jej spóźniony prezent pół roku później. Jej radość była wszystkim, czego mogłem chcieć i oczekiwać. Godzinami wisiała na telefonie, podskakując i opowiadając całej swojej rodzinie i wszystkim znajomym gdzie się wybierała. To szczęście udzieliło mi się tak bardzo, że zacząłem cieszyć się na ten wyjazd bardziej niż ona. Chciałem, żeby wyruszyła w tę podróż z chłopakiem, który w tamtym czasie bardzo jej się podobał, jednak on nie do końca odwzajemniał to uczucie. Ona jednak zaprzeczyła i powiedziała, że nigdzie się beze mnie nie rusza. Stwierdziła, że mogłem nie czuć tego samego zapału co ona na wieść o robotach, ale chciała być tam z kimś bliskim, a ja byłem wtedy najbliżej niej. Byłem poruszony i oczywiście zgodziłem się z nią pojechać. Występ mechanicznej myszy i jej bandy był lepszy niż się spodziewałem, ale moja uwaga skupiała się na dziecku w skórze dorosłego, które właśnie spełniało swoje marzenia i którego oczy świeciły się jaśniej niż reflektory na scenie z animatronikami.

Po powrocie stworzyliśmy słój na marzenia. Każdy miał swój pojemnik do którego wrzucaliśmy karteczki z zapisanymi pragnieniami. To mogły być błahostki jak pizza czy naleśniki i plany wielkie jak podróż do Ameryki. Każdego miesiąca wyciągaliśmy pięć karteczek ze słoika drugiej osoby i wybieraliśmy z nich jedno życzenie, na którego spełnieniu skupialiśmy się dopóki nie zostało ono wykonane. Czasem był to przytulas, a czasem koncert. Nigdy jednak nie było wiadomo czym zostaniemy zaskoczeni i na tym polegała cała zabawa, która trwała latami.

Któregoś dnia Weronika spytała mnie czy dałbym jej odejść, gdyby ostatecznie kogoś usidliła. Odparłem zgodnie z prawdą, że jeśli tylko tego chciała, mogła odejść. Sama, z chłopakiem, dziewczyną, zespołem Mariachi, obojętnie. Ważne, żeby była szczęśliwa. Jeśli nie chciała mnie więcej znać i wolała się skupić na sobie, zrozumiałbym jeśli tylko byłaby szczęśliwa. To wtedy zauważyłem jak bardzo zmieniłem się tylko pod wpływem tego jednego człowieka. Ta odpowiedź jej nie zadowoliła i dostałem w łeb za myślenie, że mogłaby kiedykolwiek zerwać ze mną kontakt.

Werka była przy mnie również kiedy zmarła moja babcia i kiedy pół roku później dołączył do niej dziadek. Ja byłem przy niej, kiedy opuścił ją jej ukochany pies i porzucił chłopak, którego traktowała jak króla, a który okazał się zwykłym f*utem. Zastanawiałem się czasami co musiałoby się stać, żebym przestał być po jej stronie. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, nie byłem w stanie wyobrazić sobie takiego scenariusza.

Nauczyłem się cieszyć z małych rzeczy i nie wymagać od życia tych większych, ponieważ tak naprawdę ich nie potrzebowałem. Zobaczyłem świat od tej drugiej strony i ani trochę nie tęskniłem za dawnym sobą. Brzydziłem się tego, jakim człowiekiem byłem.

Pewnego dnia Weronika weszła jak zwykle do mieszkania, rozsiadła się na kanapie i rzuciła mimochodem hasło "musimy pogadać". Mogło to oznaczać, że zrobiłem coś głupiego albo że ona miała zamiar zrobić coś głupiego. Z jej ust padły dwa wyrazy, które zatrzymały mi na chwilę serce i możliwość logicznego myślenia. "Mam raka". Przeszedłem przez wszystkie psychologiczne fazy umierania Kubler-Ross na raz. Nie pamiętam kolejnych kilkunastu minut, chyba siedziałem na kanapie, próbując sobie wmówić, że to tylko kiepski żart albo sen, z którego zaraz się obudzę. Zaraz później objąłem Werkę i obiecałem jej, że wszystko będzie absolutnie w porządku. Kazałem jej opowiedzieć o szczegółach. Musieliśmy wiedzieć z jakiego rodzaju nowotworem mieliśmy do czynienia i jak mógł być groźny. Nie obchodziło mnie jak wiele pieniędzy mogło pochłonąć leczenie ani jak wielu specjalistów musieliśmy odwiedzić. Byłem gotowy przeczytać każdą książkę w tej tematyce, wyciągnąć lekarzy spod ziemi i wybudować własną maszynę do uleczania. Wiedziałem, że będę walczył, choćbym miał znaleźć rozwiązanie na księżycu.

Weronika walczyła z rakiem chemioterapią. Byłem przy niej, kiedy słaniała się na nogach i kiedy wypluwała swój żołądek w sedesie. Zmuszałem ją do jedzenia i odwoziłem na kolejne wlewy w nadziei, że pokonamy to cholerstwo, tak jak pokonywaliśmy każde poprzednie. Nie było mowy o poddaniu się, nie było mowy o przegranej. Remisja, nawrót, przerzut, remisja, nawrót. Walka ją wykańczała, a ja byłem bezradny. Mogłem tylko przy niej być, nie mogłem zrobić nic więcej. Czułem się zupełnie bezsilny. Próbowałem ją motywować i pocieszać, ale ona robiła dokładnie to samo. Byłem tak uparty, że nie potrafiłem dopuścić do siebie, że to może się nie udać. Nie każda wojna kończyła się wygraną. Czasem ludzie umierali.

Kiedyś spytałem Werkę dlaczego właściwie wyciągnęła do mnie rękę. Nie było we mnie nic, co mogłaby uznać za warte uwagi. Byłem tylko oschłym kretynem z problemami z agresją. Ona odpowiedziała mi wtedy, że lubi naprawiać uszkodzone rzeczy, dlatego tak interesowała się robotyką. Wierzyła, że wszystko da się zreperować, jeśli tylko poświęci się temu wystarczająco dużo czasu i troski, a ja wyglądałem na uszkodzonego.

To była jedna z ostatnich rozmów, jakie przeprowadziliśmy. Poleciła mi jeszcze już nigdy się nie psuć i znaleźć kogoś, kto będzie w stanie mnie naprawić, gdyby coś się uszkodziło. To było jednak niewykonalne. Nikt nie mógł mi jej zastąpić, nie zamierzałem nawet próbować szukać takiej osoby. Znowu zostałem sam, nie miałem do kogo się odwrócić. Jej pogrzeb był jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń jakie przeżyłem. Nie pamiętam ile czasu spędziłem na jej grobie, modląc się, żeby nikt nie zauważył moich zaszklonych oczu, bo przecież chłopu płakać nie wypada. Tylko, że ja nie byłem już z kamienia. Wszystkie wesołe wspomnienia stały się nagle wyciskaczami łez, więc starałem się ich unikać. Na próżno. Przypomniałem sobie o słoju z życzeniami, które już nigdy nie miały być zrealizowane, na które zabrakło nam czasu.

Żeby nie zamknąć się w sobie i tym samym nie zniweczyć całej pracy, jaką Weronika włożyła w naprawianie mnie, postanowiłem odnaleźć ludzi, których kiedyś w jakikolwiek sposób skrzywdziłem i przeprosić ich za bycie gnojkiem, którym byłem. Nie chciałem rozdrapywać ich starych ran, nie liczyłem też na przebaczenie, chciałem im tylko powiedzieć, że to ze mną było coś nie tak, nie z nimi. Wielu kontaktów nie udało mi się odnaleźć, część ludzi odkładała słuchawkę, blokowała moje wiadomości albo dawała ujście swoim emocjom, czemu się wcale nie dziwiłem, zasłużyłem na to. Słowa "było minęło" albo "ok, przyjmuję przeprosiny" padały rzadko, ale byłem bardzo zdeterminowany, żeby dotrzeć do każdego i nie pominąć nikogo. To na pewno spodobałoby się Werce, mimo że nie mogła już tego zobaczyć. To było coś w rodzaju chęci oczyszczenia. Miałem też zajęcie na kilka tygodni.

Któregoś dnia skontaktowałem się z gościem, którego pamiętałem z liceum. Chodziliśmy do jednej klasy. Niektórzy ludzie dobrze się maskowali. Ciężko było znaleźć w nich ukryte wstydliwości, wady czy lęki, żeby móc wykorzystać je przeciw nim. W klasie mieliśmy jednak dwóch gejów, którzy nie mogli być dla nas łatwiejszym celem. U jednego z nich odzywała się sekretarka, więc pomyślałem, że albo zmienił numer, albo nie odbierał obcych połączeń. Drugi z nich odpowiedział na sms-a, chcąc wiedzieć kim jestem i czego chcę. Odpisałem i poprosiłem o krótką rozmowę telefoniczną. Zdziwiłem się, ale facet wykazał chęć kontaktu i mogłem przeprosić go za wszystko, czego żałowałem, a czego nie mogłem już cofnąć. Kiedy usłyszałem, że nie chowa do mnie urazy, zapytałem czy ma może numer do chłopaka, z którym kręcił w liceum, ponieważ nie odbierał, a jego również chciałem przeprosić. "Trochę się spóźniłeś" - usłyszałem, "on nie żyje od ponad dziesięciu lat". Zatkało mnie. Nagle wróciła do mnie cała sytuacja z Weroniką. Nie wiem jak długo milczałem, ale głos w słuchawce sprowadził mnie na ziemię. Mnie i cały ten bagaż, który wylał się w niekontrolowany sposób przez moje oczy. Potwornie nie lubiłem się rozklejać, zwłaszcza przy ludziach, ale to było silniejsze ode mnie. Nie wiedziałem dlaczego chłopak zmarł, ale skoro odszedł zaraz po skończeniu liceum, to los zabrał go przedwcześnie, tak samo jak odebrał mi Werkę. Gość, z którym rozmawiałem spędził ze mną wtedy przy słuchawce jeszcze dobre piętnaście minut zanim się rozłączyłem. Był w porządku, co tylko zwiększyło moje wyrzuty sumienia. Umówiliśmy się na piwo i okazało się, że mieliśmy ze sobą coś wspólnego. Oboje straciliśmy kogoś, bez kogo trudno nam było żyć. Oboje nie posiadaliśmy żadnej rodziny. Oboje nie byliśmy zdolni do zastąpienia tej utraconej osoby. On nie był jednak do końca samotny. Coś w nim sprawiało, że łatwo się do niego mówiło. Nie wiem czy był po prostu dobrym słuchaczem, czy było to coś jeszcze, ale zaczęliśmy spotykać się, żeby po prostu pogadać o wszystkim i o niczym. Spodziewałem się, że będzie mnie nienawidził, ale on uznał, że każdy popełnia błędy i nie ma co tego roztrząsać. Ważne było, że starałem się to zmienić. Nie przypominał już chłopaka z liceum, ale jednocześnie wciąż nim był. 

Podczas któregoś spotkania wychyliłem trochę za dużo i spytałem go kiedy minie ten niewyobrażalny ból po stracie i kiedy odejdzie ta denerwująca pustka. "Nigdy" - powiedział "a przynajmniej ja nigdy się jej nie pozbyłem". Nie zgadzałem się na to, nie miałem zamiaru czuć się tak podle przez resztę życia. Zastanawiałem się w jaki sposób on mógł z tym egzystować. Codziennie rano wstawać, wiedząc że nigdy już nie ujrzy się twarzy, która napędzała całą resztę dnia. Być pogodnym i miłym, kiedy chciało się krzyczeć. Ignorować to wszystko w imię czego? W imię jakich wartości? Nie byłem w stanie pojąć dlaczego człowiek, którego prześladowałem, który nigdy nie otrzymał ode mnie niczego dobrego postanowił mnie wysłuchać i wesprzeć, dać mi szansę, przedstawić bliskim, przejąć się czymś, co go nie dotyczyło.

Zrozumiałem dość szybko jak na mój ograniczony umysł. On był jak Weronika. To był ten sam rodzaj człowieka, który świadomie lub nie, obrał sobie za cel naprawianie innych. Nawet jeśli nic z tego nie miał. Też chciałem być takim człowiekiem dla kogoś innego. Wciąż brakuje mi kilku ważnych cech.

Mówię o tym wszystkim chyba głównie dlatego, żeby pokazać, że bycie ograniczonym cymbałem nie musi być dożywotnie. Po latach dotarło do mnie, że byłem niepewnym siebie małolatem, który wyżywał się na słabszych, żeby przypadkiem nikt nie dowiedział się o moich własnych słabościach. Jednak nie jest silnym ten, kto atakuje słabszych, lecz ten, który staje przeciwko silniejszym w ich obronie.

Weronika pewnie byłaby dumna. Szkoda, że nie zdążyła poznać Damiana, dogadaliby się, jestem tego pewny.

~ Boguś.

piątek, 28 sierpnia 2020

Człowiek

Ustalmy coś. Jesteś człowiekiem.

Ja jestem człowiekiem, Ty jesteś człowiekiem, osoby które Cię otaczają są ludźmi.


Niezależnie od tego jakiego koloru są Twoje włosy, oczy, skóra, jakiej jesteś narodowości, płci, wyznania, orientacji, co lubisz jeść, gdzie chodzić i z kim przebywać, ile ważysz, mierzysz, piszesz prawą lub lewą ręką - jesteś człowiekiem.


Czy jesteś dobrym człowiekiem zależy od wielu czynników indywidualnych, na które masz wpływ. Ty decydujesz jaką jesteś osobą i Twój kolor, płeć, wyznanie, narodowość, czy orientacja nie mają tutaj żadnego znaczenia.


Możesz być dobrym muzułmaninem lub złym katolikiem.

Możesz być wyrozumiałym Rosjaninem lub aroganckim Polakiem.

Możesz być empatycznym gejem lub zarozumiałą lesbijką.


Cechy i predyspozycje, na które nie masz wpływu, nie łączą się bezpośrednio z cechami, na które masz pływ.

Got it?

Muzułmanin ≠ zamachowiec

Gej ≠ pedofil

Polak ≠ złodziej

Osoba czarnoskóra ≠ przestępca

Tylko pedofil = pedofil

Tylko morderca = morderca

Człowiek = człowiek

Muzułmanin, gej, Polak, czy osoba czarnoskóra stanowczo są ludźmi. Takimi jak Ty czy ja.


Człowiek to jednostka, osobny byt, indywiduum. Jednostki tworzą grupy, ale nie odpowiadają za wszystkich jej członków, ergo nie da się jednoznacznie ocenić jednostki przez pryzmat grupy.

Jeśli w klasie jest 15 uczniów dwójkowych, 5 trójkowych i 1 piątkowa, to nie znaczy, że wszystkie osoby w klasie słabo się uczą. Nie znaczy to też, że wszystkie uczą się dobrze. Znaczy to tylko tyle, że w klasie jest 21 uczniów. Łączą ich tylko wspólne przedmioty i chęć przejścia do następnej klasy. Można więc powiedzieć, że wszystkie te dzieci mają wspólny cel, ale każde z nich inaczej sobie z nim radzi.

Jeśli w misce pełnej cukierków trzy z nich są zatrute, nie znaczy, że stoi przed Tobą miska pełna zatrutych cukierków. Jeśli nie odpowiada Ci ewentualna szkoda dla organizmu, zostaw cukierki w spokoju, a nie krzycz na miskę, że chciała Cię zabić.


Skoro wszyscy jesteśmy ludźmi (co ustaliliśmy wcześniej) i skoro każdy z nas różni się w jakiś sposób od drugiej osoby, to dlaczego tak usilnie staramy się wzajemnie sklasyfikować? Dlaczego próbuje się ustalić hierarchię, wyższość jednej grupy społecznej nad drugą?

W przeszłości wielokrotnie próbowano już tego dokonać i z tego co pamiętam za każdym razem kończyło się to tragedią.

Odbierając innym człowieczeństwo tak naprawdę odbierasz je sobie.

Rasizm, seksizm i homofobia bawią tylko jedną stronę. Druga, będąca tarczą strzelniczą dla ignorancji, może długo udawać, że wcale to do niej nie trafia, że jej to nie dotyka i absolutnie się tym nie przejmuje, ale każdy taki strzał to igła wbijana w psychikę takiego człowieka. Złamana kość zrasta się mocniejsza, ale to nie znaczy, że do złamania nigdy nie doszło.


Jak długo (nawet bardzo odporny psychicznie) człowiek może znosić upokorzenia, wytykanie palcami na ulicy, nieprzychylne określenia pod swoim adresem, akty przemocy? Tydzień? Miesiąc? Rok? Dziesięć lat?

Wiele osób nie potrafi żyć w ten sposób, więc decyduje się nie żyć wcale.

Wiesz, że według badań wykonanych na zlecenie Kampanii Przeciw Homofobii 69,4 % młodzieży LGBT ma myśli samobójcze, a 49,6 % ma objawy depresji? A to wyniki badań tylko w samej Polsce. Dla pozostałych mniejszości statystyki przedstawiają się podobnie.

Homofobia, rasizm i wszelkie przejawy podziału zabijają po cichu.

Atak werbalny nie jest mniej szkodliwy od ataku fizycznego i potrafi wyrządzić sporo złego.

To co teraz powiem może być kontrowersyjne, ale ani trochę mnie to nie obchodzi. Jeśli kiedykolwiek zaatakowałeś kogokolwiek słowem lub czynem tylko dlatego, że nie podobała Ci się aparycja czy sposób bycia drugiego człowieka i ten człowiek w żaden sposób nie uprzykrzał Ci życia, jesteś oprawcą. Jeśli ten człowiek pod naciskiem ludzi, takich jak Ty, nie widział już sensu swojego istnienia i postanowił odebrać sobie życie, jesteś katem i masz jego krew na rękach.

Tak, ta osoba podjęła decyzję, ale Ty byłeś wśród tłumu, który krzyczał "zrób to!".


Niezależnie od tego czy wierzysz w życie pozagrobowe, reinkarnację, czy wieczną nicość, ciało, w którym się teraz znajdujesz, masz jedno. Życie, które obecnie posiadasz już nigdy się nie powtórzy. Nie w ten sam sposób.

Teraźniejszość stanie się przeszłością szybciej niż myślisz.

Czy naprawdę chcesz marnować ten cenny czas na nienawiść?

Bo wiesz, nie ma go zbyt wiele.

Musisz zadać sobie pytanie czy kiedy będziesz na łożu śmierci będziesz dumny ze swoich przeszłych działań, czy będziesz tego żałować.

Czy powiesz do siebie "tak, dobrze, że skopałem tego pedała 10 lat temu" albo "jak fajnie, że doprowadziłem tę Azjatkę do płaczu", czy też "całe szczęście, że ten czarny się powiesił"?

Czy nie będzie to miało żadnego znaczenia?

Dla tych ludzi miało.

Kiedyś Cię tu nie będzie.

Kiedyś wszyscy umrzemy.

Tak chcesz być zapamiętany?

Może teraz o tym nie myślisz, ale ktoś kiedyś przejdzie obok Twojego grobu, kiedy żadne świeckie sprawy nie będą Cię już dotyczyć, kiedy to wszystko, co wydawało się tak ważne, nie będzie już miało żadnego znaczenia i spojrzy na Twoją mogiłę z taką samą nienawiścią, z jaką Ty patrzyłeś na tych wszystkich ludzi, którzy nie wpasowali się w Twoje standardy "bycia człowiekiem".

Bo nienawiść buduje nienawiść i może żyć dłużej niż Ty. O wiele, wiele dłużej.

I jeśli myślisz "po śmierci i tak będzie mi wszystko jedno, a przynajmniej uprzykrzyłem życie kilku osobom za to kim są i czego nie mogą zmienić", to nie jesteś człowiekiem. Nie dla mnie. Można urodzić się człowiekiem, ale umrzeć kanalią.


A teraz do wszystkich leworęcznych, nietolerujących laktozy, puszystych, szczupłych, niskich, wysokich, niepełnosprawnych i w pełni sprawnych, cis, nieheteronormatywnych, niebinarnych, jasnych, ciemnych, chrześcijan, buddystów, hunduistów, pogan, muzułmanów i wszelkich jednostek, o których mówi się "inni".

Jesteście ludźmi. 

Wszyscy bez wyjątku i każdy jeden z Was.

Prezydent może Wam mówić, że nie jesteście ludźmi.

Matka może Wam mówić, że nie jesteście ludźmi.

Cała rzesza homo sapiens może Wam mówić, że nie jesteście ludźmi.

Ale jesteście.

Niezależnie od tego jak postrzegają Was inni, ponieważ ich punkt widzenia nie jest odnośnikiem prawdy. Mogę długo upierać się, że truskawka jest ananasem, ale ona dalej pozostanie truskawką.

Tak długo jak nikogo nie krzywdzicie, tak długo macie prawo być sobą. Kimkolwiek jesteście.

Ta nienawiść kiedyś umrze, razem z tymi, którzy nie potrafią bez niej żyć.

Jestem z Wami, bądźcie silni w czasach gdzie słowna napaść tłumaczona jest wolnością słowa. Ta wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego człowieka i należy o tym pamiętać. Niezależnie od przekonań politycznych, religijnych i kulturowych.

Człowiek = człowiek.

End of story.