Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z humorem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z humorem. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2025

Ja tylko słoiczki chciałam...

Nie jestem już nastolatką. Jeśli widzisz mnie o trzeciej nad ranem na zewnątrz, w piżamie, dwóch różnych skarpetkach, wzdychającą do psa, który robi już trzeci skłon w ciągu ostatniej minuty, to wiesz że pobudka za kilka godzin nie będzie łagodna, o ile litościwie Morfinie jelita rozpatrzą pozytywnie wniosek o kontynuację snu.

Sytuacja opisana powyżej zdarza się niestety częściej niż średnia statystyczna, ponieważ pies mój postanowił stać w kolejce po futro kiedy rozdawali zdrowy układ pokarmowy. Prawidłowe trawienie to zbędna burżuazja.

Nauczona trzynastoletnim doświadczeniem wiem oczywiście jakie kroki należy w takiej sytuacji podjąć. Maślan sodu do pyska, elektrolity do wody, termofor na brzuch, post ścisły w postaci słoiczków dla dzieci lub marchwianki (w zależności od stanu lodówki) do ustania agresywnej ekspozycji treści żołądkowo-jelitowych w formie nieprzetrawionej eksplozji.

Dnia pewnego, rozpoczętego przedwcześnie o 1:27 symfonią beknięć i pompnięć, sygnalizujących utratę kontroli psa nad okrężnicą, wybrałam się do marketu celem zakupu słoiczków dla ludzkich pociech pozbawionych jeszcze zębów i kredytu na mieszkanie. Odziana tego dnia byłam w spodnie dresowe marki "kwasimodo" oraz dziurawy pulowerek sezon wiosna-lato-jesień-zima. Postawiłam na nowoczesność przełamaną niechlujstwem i nutą 'nieśpięod72h no5'. Na głowie Beethoven, pod oczami opuchlizna, w dłoni torba plastikowa znanej sieci sprzętów RTV i AGD, pozdrawiam serdecznie, bo przecież płacić za nową nie będę. Gdybym spytała przypadkowego przechodnia o złotóweczkę, pewnie nie wzbudziłoby to żadnego zdziwienia. Prezentowałam się zatem godnie i światowo.

Weszłam do sklepu dwie minuty po jego otwarciu i skierowałam się zmęczonym krokiem w stronę działu dla purchląt, mrużąc oczy atakowane ostrym światłem i wesołymi opakowaniami uśmiechniętych bobasów. Energii wystarczyło mi na sprawdzenie składu pod kątem obecności w nim poru lub cebuli, która jest passé. Na oparach dotarłam do taśmy, przy której stała uśmiechnięta pani kasjerka. Widząc mój stan i zakupy składające się z kilkunastu słoiczków ze zmielonymi warzywami, ewentualnie indykiem, kobieta obdarzyła mnie współczującym spojrzeniem i zaczęła kasować produkty, podczas gdy ja w swojej głowie kalkulowałam już czy zdążę wrócić do domu przed wielką awarią jelita grubego.

- Oj, jak ja bym chciała, żeby moje tak jadły te słoiczki, a one plują tym dalej niż widzą.

Niestety z lekkim opóźnieniem dotarło do mnie, że rozpoczęła się konwersacja, ponieważ mózg mój zajęty był już rozwiązywaniem problemu dziurawej, jak się okazało, torby znanej sieci sprzętów RTV i AGD, nie pozdrawiam. Wykrzesałam z siebie coś na znak uśmiechu, przytaknęłam i miałam nadzieję, że to nie było pytanie.

- Chłopiec czy dziewczynka?

- Dziewczynka - odpowiedziałam odruchowo, nie wdając się w szczegóły dotyczące gatunku.

- Fajnie, dziewczynki zawsze grzeczniejsze, a wcina to? Smakuje jej?

- Mhm, tak.

- A ile ma lat?

- Trzynaście.

Wszystko zwolniło, włącznie z procesami myślowymi biednej kobiety, która zapewne zastanawiała się właśnie czy nie zrozumiała żartu, czy powinna wezwać opiekę społeczną, ponieważ nagle zaśmierdziało patologią. Nie było czasu na wyjaśnienia z dwóch powodów. Jeden: w domu czekał na mnie bardzo gazowany pies, którego ciśnienie czułam na skórze dwa kilometry dalej, dwa: mam wrażenie, że nic co mogłabym powiedzieć nie poprawiłoby znacząco niezręcznej sytuacji w której obie się z kobietą znalazłyśmy. Czas reakcji minął, bomba wybuchła saperowi w rękach.

Pożegnałam się ładnie, chowając słoiczki po kieszeniach, ponieważ plastikowa siateczka okazała się bardziej dziurawa niż mój mózg piętnaście sekund temu i wyszłam ze sklepu, mając nadzieję, że w najbliższych dniach MOPS nie zapuka do moich drzwi, domagając się wyjaśnień.


wtorek, 10 czerwca 2025

Hobby? A kto ma na to czas.

Ze względu na permanentny brak czasu związany bezpośrednio z moją pracą, dojazdami, brakiem prawa jazdy, koniecznością opieki nad starszym psem oraz ogólnym przemęczeniem, skutkującym zasypianiem w miejscach najbardziej do tego nieprzystosowanych, rozwinęłam wiele zainteresowań, które wcześniej porzuciłam z powodu mniejszego braku czasu.

Ma sens? Nie? Super.

Hobby moje, bo tak odtąd te zainteresowania będziemy nazywać, wymagają (jak zresztą niemal każde hobby) zaangażowania, czasu, nakładu pieniężnego, energii, czasu, pogłębiania wiedzy, miejsca oraz czasu.

Czyli wszystkich rzeczy, którymi nie dysponuję, ale próbuję sama siebie przekonać, że jest inaczej.

Przykład nr 1 - książki.

Czytam, kiedy tylko mam czas, czyli głównie w autobusie, toalecie i kolejce do weterynarza. Pochłaniam wszystko, co oparte na faktach i dotyczy seryjnych morderców, kanibali, ludzi popełniających zbrodnie wszelakie, psychopatów, socjopatów i wszystkich tych, których czyny nie mieszczą się w głowie typowemu mieszkańcowi tej planety. Bardzo gładko przechodzi przeze mnie również kategoria fantasy, więc jak coś ma trochę magii albo jednorożce (a najlepiej jedno i drugie), to również znajdzie miejsce na mojej półce. Gdzieś między literaturą queerową, a rzeźnikiem skazanym na czterdziestokrotne dożywocie.

Są też mangi. Bardzo dużo mang. W różnej tematyce. Również dorosłej. Tak.

Ta cała makulatura zajmuje dużo miejsca w mojej niedużej przestrzeni życiowej, ale postanowiłam jakoś z tym żyć i wypierać fakt, że regał nie udźwignie kolejnego tomu. Mogłabym wypożyczać książki albo czytać je na nośnikach cyfrowych, ale po pierwsze nie ma lepszego zapachu niż świeżutka książka prosto z drukarni, a po drugie jestem tak samo książkowym molem, co smokiem. Lubię nie tylko czytać, ale też gromadzić to co czytam.

Przykład nr 2 - rośliny.

W ten temat wciągnęłam się zupełnie przypadkiem wiosną 2023 roku i kompletnie przepadłam. Mimo, że hobby jest dość świeże, mam w swojej kolekcji rośliny egzotyczne oraz kolekcjonerskie, które posiadają własną fontannę, lampę, kwietnik (zasłaniający mi w całości jedno okno) oraz znaczną część mojego pokoju. Dokształcam się, czytam poradniki, spędzam godziny na researchu dotyczącym podłoża, lumenów, nawozów, wilgotności, pH gleby, pasożytów, chorób grzybowych i wirusowych, żeby zapewnić moim zielonym (i nie tylko) dzieciom jak najlepsze możliwe warunki.

Naliczyłam 35 doniczek, różnej wielkości w moim pokoju o powierzchni 2 m x 3 m. Czy mam na to wszystko miejsce? Nie. Czy mnie to bardzo obchodzi? Również nie. Czy mnie to powstrzyma przed dalszym zalesianiem mojego skromnego centrum dowodzenia? Zgadnijcie. Na szczęście jest jeszcze praca, do której skrupulatnie przenoszę część mojego zagajnika, tłumacząc to sobie zwiększeniem natlenienia pomieszczenia, w którym zmuszona jestem intensywnie myśleć. Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

Przykład nr 3 - Pokemony.

Ależ to dziecinne, prawda? Taka duża, a jeszcze ją bawią nieistniejące stworki, które posiadają władzę nad żywiołami. Zamiast się zająć poważnymi rzeczami i... nie. Znaczy tak, to jest dziecinne, ale nie, nie czuję się z tego powodu mniej dojrzała, dorosła, bardziej niedorzeczna czy głupsza. Pokemony były obecne w moim życiu odkąd pierwszy raz zobaczyłam je w telewizji mając ledwie 6 lat. W tamtych czasach, czyli w czasach bezinternecia, konsoli na dyskietki, telefonów komórkowych z antenką i guziczkami oraz telewizorami z wielkim tyłem, zbierało się naklejki z Pokemonami z rogalików i tazosy z czipsów. Obecnie rynek kieszonkowych potworków jest jednocześnie o wiele bogatszy i uboższy. Pierwsze wydania kart kolekcjonerskich mają wartość dobrego samochodu, a ich podróbki są tak dokładne, że często przy ich otwarciu obecnych jest kilku specjalistów od oceny stanu i możliwego fałszerstwa przedmiotu. Stare edycje (czyli mniej więcej te w moim wieku) to zabawa dla ludzi dużo bogatszych ode mnie. Ja zadowalam się kartami obecnych serii, chociaż jestem też na finiszu dodatku fossil z 1999 roku. Robię to, ponieważ rozpakowywanie i zbieranie kart niespodzianek przynosi mi podobną radość co znajdowanie plastikowych krążków i pachnących rogalem naklejek w dzieciństwie. Słowem: sentyment i nostalgia.

Gram również w Pokemon Go na telefonie (nie, ta aplikacja jeszcze nie umarła, co więcej jest coraz bardziej rozbudowywana) oraz Pokemon Sleep. Nic tak nie motywuje do pójścia spać jak informacja, że Twój Raichu jest już zmęczony i najchętniej strzeliłby komara, a nie może, bo Ty czytasz właśnie jak przyrządzić tatara z człowieka na piętnaście sposób.

Czy średnia wieku uczestników raidów w grze jest trzykrotnie mniejsza od mojego? Tak. Czy mnie to obchodzi? Ani trochę. Biorąc pod uwagę fakt, że urodziłam się kilka lat po wystartowaniu Pokemonów, a te dzieciaczki są w fandomie od niedawna, mam pełne prawo do uczestnictwa we wszelkich atrakcjach jakie w tym temacie powstaną.

Prawda jest taka, że młodsi już nie będziemy. Możemy być tylko starsi, bardziej zmęczeni, schorowani, mniej podekscytowani i zmotywowani. Jeśli znajdujemy radość w czymś dziecinnym, co nie wyrządza nikomu krzywdy, to w czym problem? "Później" może nigdy nie nadejść, a "kiedyś" już było. Oglądanie muminków w żaden sposób nie przeszkadza w byciu wspaniałym prawnikiem.

Mam więc trzy główne hobby, które upycham gdzieś między gotowaniem Morfinie potrawki z królika, a myciem zębów. Oprócz tego jest też sporadyczny haft diamentowy, haft materiałowy, kulinarne podboje kuchni, kończące się zazwyczaj fiaskiem, próby szydełkowania i powrotu do szkiców sprzed lat, lego oraz modele booknooków.

Weekendy zdarza mi się również spędzać na sesjach D&D. Niewtajemniczeni proszeni są o wygooglowanie sobie tego skrótu, ponieważ opowiedzenie o mistrzach gry, szablonach postaci, dwudziestościennych kostkach i rzutach na percepcję wymagałoby jeszcze co najmniej dziesięciu postów i to po wyrzuceniu krytyka na elokwencję.


P.S. W hobby wcale nie musicie być dobrzy, serio, nikt tego nie sprawdza. Kochasz malować, ale szczytem Twoich możliwości są ludziki z patyków? Super. Ludziki z patyków też są fajne. Masz zajawkę na roślinki, ale uśmiercasz nawet mlecze za oknem? Mlecze to trudna sprawa, kiedyś się uda, może zacznij od pokrzywy? Uspokaja Cię szydełkowanie, ale od dwóch lat tworzysz jeden bardzo dziurawy i krzywy szalik? Przewiewność jest w cenie, poza tym słyszałeś kiedyś o chciaku? Ważne, żeby to co robisz sprawiało Ci radość i wcale nie musisz być w tym ekspertem. Liczy się frajda, a frajda jest dla osób w każdym wieku.

Amen.

piątek, 11 grudnia 2020

Bodyguard za piątaka

Bardzo często wracam z laboratorium w godzinach późnowieczornych. Na zewnątrz ciemno robi się już w okolicach siedemnastej, a przystanek autobusowy oświetla jedna latarnia i neony pobliskich sklepików, więc zazwyczaj ludzie czekają na autobus w ciemności.

- Pani kierowniczko! - usłyszałam znajomy mi głos i zza rogu wyłonili się Bonnie i Clyde XXI wieku. Znajome twarze powitały mnie uśmiechem i pytaniem, które nie zmieniało się odkąd pierwszy raz zobaczyłam tę dwójkę kilka lat temu - Ma kierowniczka coś do jedzenia? Jak kierowniczce minął dzień?

- Nie mam przy sobie, ale i tak idę do budki z frytkami, to mają panowie szczęście - odpowiedziałam, przechodząc na drugą stronę chodnika.

Mężczyźni byli ubrani skromnie, nie mieli domu ani połowy zębów, a jeden z nich mógł właśnie przekraczać sześćdziesiątkę, ale zawsze trzymali się razem i nigdy nie naprzykrzali się obcym. Zawsze mili, zawsze trzeźwi, zawsze proszący tylko o jedzenie, nigdy o pieniądze, panowie rozpoznawali mnie już nawet w maseczce i owijce z szalika. Mieli też sokoli wzrok, skoro wypatrzyli mnie już z przystanku.

Postawiłam zmarzniętym towarzyszom frytki, oni pobłogosławili mnie, moje dzieci i wnuki moich wnuków i udałam się na przystanek, skąd dalej widziałam panów dzierżących ciepłe paczuszki i koczujących pod sklepem, osłaniającym ich nieco od wiatru.

Cisza nocy została jednak szybko zmącona przez trzech, rozbujanych jegomości, podbijających do każdej osoby na przystanku i rzucających pretensje w jedynie sobie znanym języku. Mimo ignorowania, stroszących się w stylu koguta, mężczyzn, podchodzili oni coraz bliżej, dając oczekującym do zrozumienia, że nie podoba im się obecność pasażerów na przystanku. Kiedy nadeszła moja kolej na zlekceważenie degustatorów tanich trunków osiedlowych, zauważyłam dwóch ninja, przemykających truchtem pod osłoną nocy, niezważających na czerwone światło przejścia dla pieszych.

- Ale ku*wa odpie*dolcie się od naszej kierowniczki! - rzucił mniejszy jegomość, który w piorunującym tempie skończył swoją porcję frytek.

- Won stąd! - dorzucił drugi i kiedy byłam już przekonana, że resztki uzębienia moich rycerzy za chwilę znajdą się na asfalcie, napromilowani panowie zmierzyli wrogów swoim zachwianym skanem prawilności, unieśli ręce w międzynarodowym geście, oznaczającym "to nie ja, ja nic nie wiem" i oddalili się w stronę sklepów, by tam dręczyć kolejne osoby swoimi uwagami odnośnie "wyeble", czymkolwiek to było. Będąc w niemałym szoku, że dwóch wątłych panów właśnie całkowicie zdominowało większych od siebie rywali, napakowanych białkiem i proteinami z puszki, podziękowałam i rozejrzałam się po stojących na przystanku ludziach, którzy pod maskami musieli mieć podobny wyraz twarzy do mojego.

- A pani kierowniczka to kiedy ma autobus? Bo my tu poczekamy, żeby pani nikt nie zaczepiał - przemówił niższy z rycerzy, podczas gdy wyższy przytakiwał i spoglądał wrogo w stronę sklepów.

- Za kilka minut, ale naprawdę nie trzeba. Oni już chyba nie wrócą.

- Ale my poczekamy, nam się nie spieszy.

Mój żółty dyliżans nadjechał, a ja zostałam oddelegowana przez moją ochronę, na którą wydałam tego dnia całe pięć złotych z groszami. Podziękowałam, pomachałam i wróciłam do domu, zastanawiając się co się właściwie zdarzyło.


piątek, 4 grudnia 2020

Sposób na koncentrację

Walczycie ze zdalnym nauczaniem? Macie problemy z koncentracją? Ściana Waszego pokoju, którą widzicie codziennie od lat, jest ciekawsza od tego, co próbuje przekazać Wam nauczyciel? Krople deszczu, spływające po szybie, stają się fascynujące w momencie włączenia przez profesora mikrofonu? Łóżko przyciąga Was pozaziemską siłą przyciągania?

Mnie też. Dlatego podczas większości wykładów gram w pewną grę, która pomaga mi skupić się na wypowiadanych przez prowadzącego słowach i nie odpływać w krainę zapomnienia. Każdy wykładowca ma swoje ulubione hasła, których nadużywa na zajęciach. Za każdym razem, kiedy usłyszymy dane słowo, możemy się nagrodzić.

Przykład poniżej.

Piętnasta minuta wykładu:


Sto dziesiąta minuta wykładu:


Zastosować można tu właściwie wszystko. Pianki, żelki, czekoladki. Zdrowszą opcją są orzechy czy kawałki owoców. Należy uważać na wybór dobroci, ponieważ jak widać na załączonym obrazku, już tydzień takich zabaw może nas znacząco przybliżyć do cukrzycy.

Dla tych bardziej odważnych proponowane są shoty. Jest to prosty i przyjemny sposób na skasowanie sobie pamięci na resztę dnia już po dwudziestu minutach wykładu oraz konieczność spędzenia następnego dnia w bliskim towarzystwie sedesu. Dla każdego coś dobrego.

Jeśli zastanawiacie się czy kiedykolwiek próbowałam opcji z alkoholem, odpowiem - nie, ale spytajcie Rudą, dlaczego reaguje torsjami na zdanie "jak państwo widzą na załączonym obrazku", bo to bardzo ciekawy przykład odruchu warunkowego.

czwartek, 3 grudnia 2020

Kieliszek z labretami

Kiedy miałam osiem lat, moja ciocia zabrała mnie do kosmetyczki i wbrew woli mojej mamy oraz mojej, przekłuła mi uszy. Zabieg był wykonany pistoletem, w średnio sterylnych warunkach, przez osobę do tego nieupoważnioną. Co złego jest w pistoletach, spytacie? Profesjonalny piercer przebija igłą, która nie rozrywa i nie miażdży tkanek, jak dzieje się w przypadku przekłuwania pistoletem, który wbija tępo zakończony kolczyk w ciało na siłę. Tworzą się zrosty, infekcje, przekłucie goi się dłużej, a czasem wcale. Była to jednak tańsza opcja i w tamtych czasach nikt nie był jeszcze na tyle uświadomiony, żeby się tym przejmować. Ciocia chciała, żebym wyglądała ładnie i dziewczęco na komunii, więc zrobiła to bez większego namysłu, nie pytając mnie o zdanie, ponieważ "każda dziewczynka chce mieć kolczyki". 

Ważna uwaga jeśli chodzi o przekłucia: wszystko powinno być sterylne, a personel powinien mieć założone rękawiczki, przekłucie powinno być wykonane igłą, a pierwsza biżuteria musi być tytanowa, ponieważ inne metale (nawet szlachetne, takie jak złoto czy srebro) zawierają w sobie nikiel, który często powoduje reakcje alergiczne. Kolczyka nie należy wyjmować przez kilka miesięcy, do momentu całkowitego zagojenia. Należy dbać o higienę wokół miejsca przekłucia, stosując srebro koloidalne lub inne odpowiednie do tego specyfiki. Nie należy dotykać miejsca przekłucia niezdezynfekowanymi rękami ani obracać kolczykiem. Kolczyk w uchu powinien być prostym labretem, nieco dłuższym niż standardowy, by zostawić miejsce na opuchliznę. Wszelkie motylkowe zapięcia odpadają.

Kosmetyczka złamała wtedy wszystkie powyższe zasady, efektem czego moje ucho zaczęło wchłaniać kolczyk już trzeciego dnia. Niewyobrażalny ból, krwawienia i stany zapalne ciągnęły się za mną latami, a na komunii wyglądałam jak ofiara przemocy domowej. Miałam osiem lat i byłam dzieckiem puszczy, więc infekcje w przekłuciach stały się moim znakiem rozpoznawczym. Nie potrzebowałam tych kolczyków i nigdy o nie nie prosiłam. Kojarzyły mi się tylko z bólem i cierpieniem, haczyły o wszystko i sprawiały mi same kłopoty, a do tego żywe rany wcale nie wyglądały ładnie. Przekłucie było nie do zaleczenia, więc wyciągnęliśmy biżuterię w nadziei, że dziurka się zagoi i zarośnie. Tak się jednak nie stało i przekłucie leczyłam aż do wieku nastoletniego, kiedy to moje uszy zaczęły powoli wybaczać mi zbrodnię, jakiej się na nich dopuszczono.

Z pomocą piercera udało mi się całkowicie zagoić przekłucia, ale moje uszy reagują agresją na wiele czynników, dlatego muszę poświęcać im więcej czasu i uwagi, żebyśmy mogli żyć w symbiozie.

Do czego zmierzam, po tym nieco przydługim wstępie.

Moja wieczorna rutyna polega na przemywaniu przekłuć, dezynfekcji tytanowych labretów, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, nawilżeniu przekłucia przynajmniej trzema specyfikami, masażu płatków ucha i aplikacji biżuterii.

Kolczyki najprościej dezynfekuje mi się za pomocą alkoholu i kieliszka. Jako że sytuacja w kraju jest obecnie mocno nastawiona na odkażanie, w domu na każdym blacie stoi butelka spirytusu z zamontowaną pompką, co znacząco ułatwia mi sprawę. Zostawiam kieliszek z biżuterią na blacie, zalewam go alkoholem, a sama idę do łazienki, wykonywać nad moimi uszami serię magicznych rytuałów. Tak wygląda każdy dzień. Dla mnie stało się to normą, której nie poświęcam większej uwagi.

Pewnego dnia Ruda zaproponowała libację. Jako że był środek tygodnia, odmówiłam, tłumacząc się wykładami i pracą projektową. Ognistowłose zmierzyło mnie wzrokiem z góry do dołu i rzekło:

- Przecież codziennie shotujesz, więc powinnaś być uodporniona.

Nie miałam pojęcia o co jej chodziło, więc stałyśmy tak chwilę w wielkiej konsternacji, patrząc sobie głęboko w oczy, aż nie naszło mnie olśnienie.

- Chcesz mi powiedzieć, że od tygodni obserwujesz jak migruję do pokoju z kieliszkiem spirytusu i słówka nie pisnęłaś w tej sprawie?

- Dorosła jesteś, nie?

- Ty poważnie myślisz, że ja co wieczór ładuję sobie kielicha z 96% spirolu i idę pisać pracę?

- No.

- I to dla ciebie było całkowicie normalne i nie wzbudziło to ani trochę twoich podejrzeń?

- No.

- Za kogo ty mnie masz?

- Za kogoś, kto mógłby przejść do większego kalibru, bo burbon stygnie.

Sprawa została oczywiście wyjaśniona, a nadzieje Rudej na chlanie życia pogrzebane, ale chciałabym kiedyś podchodzić do wszystkich aspektów życia z taką lekkością i oczywistością, jak to dziecko z piekieł.



wtorek, 1 grudnia 2020

Golden to stan umysłu

Mam dość wysokie łóżko na stelażu, pod którym składuję transportery, ręczniki dla zwierząt i aktualnie nieużywane szczurze mebelki. Tuż obok niego znajduje się legowisko Morfiny, na którym śpi ona od wielkiego święta, ponieważ przez większość czasu jest jej po prostu za ciepło i zdecydowanie preferuje kuchenne kafelki.

Dzisiejszej nocy (technicznie czwarta rano to dla mnie środek nocy) usłyszałam psi pisk, więc kierowana instynktem matki zerwałam się z łóżka i ruszyłam na zwiad pomieszczeń, rozglądając się za skomlącym kłakiem. Przeszłam przez pokój przechodni, korytarz i kuchnię, zajrzałam nawet do zamkniętej łazienki, na wypadek, gdyby włosiane nauczyło się przechodzić przez portale, ale psa nigdzie nie było. Lekko spanikowana zaczęłam więc nawoływać. Odpowiedział mi zduszony pisk, dochodzący z mojego pokoju. Pustego pokoju. Dość trudno przeoczyć trzydzieści kilogramów zwierza na sześciu metrach kwadratowych, więc wytężyłam wzrok i odnalazłam łapę, wystającą spod mojego łóżka. Kiedy się schyliłam, ujrzałam najbardziej umęczony wyraz psiego pyska, jaki w życiu widziałam. Ten wzrok przepełniony był oburzeniem i pretensją oraz jasnym przekazem "utkłam, pomóż". Morfinie udało się wypełznąć z pułapki dopiero po podniesieniu rusztowania. Nie wiem ile tam leżała ani jak się tam dostała, ale zdegustowana blond ninja zażądała spaceru, mimo że zdawała sobie sprawę, iż na zewnątrz temperatura odpowiadała tej na Alasce. Zupełnie jakbym to ja wcisnęła ją tam specjalnie podczas jej niewinnego snu.

niedziela, 29 listopada 2020

Nie dawajcie rudym patelni

Nie miał trudnego poranka ten, kogo nigdy nie obudziły dźwięki wystrzału, dobiegające z kuchni, o siódmej trzydzieści, po których nastąpiło siarczyste "ku*wa". Wiedziałam, że robię błąd, wstając z łóżka i zmierzając w kierunku odgłosów walki i moje przypuszczenia okazały się słuszne, kiedy ujrzałam rudą potworę, nieco ponad metr pięćdziesiąt, w piżamie i przyłbicy, w jednej dłoni dzierżącą pokrywkę, w drugiej szpatułkę. Na patelni szalał skwierczący olej, na którym przypalało się coś, co określiłabym jako wkładka filcowa do butów, wysmarowana dżemem. Ogniowłose walczyło dzielnie, odpierając ataki wroga tarczą z pokrywki i dźgając go mieczem ze szpatułki. Nie chciałam wiedzieć i nie chciałam widzieć, ale ciekawość była silniejsza niż mój instynkt samozachowawczy, więc spytałam:

- Co robisz?

- Śniadanie, nie widać? - padło z ust rycerza.

- Masz taki rzadki talent sprawiania, że ciężko zgadnąć co właściwie gotujesz.

- Przymknij się.

- A ta przyłbica to ci po co?

- Żeby mi w ryj nie strzelało tłuszczem?

- A nie możesz po prostu przykręcić gazu?

- Nie masz czasem wykładów?

- Za pół godziny.

- To wyjazd?

Instynkt podpowiedział mi, że ta delikatna sugestia może być moją ostatnią, więc postanowiłam posłuchać, zabierając ze sobą psa.

Wykłady rozpoczęły się i kiedy nadeszła właśnie moja kolej do zaprezentowania tematu, pokój zaczął sinieć. Obłok gęstej, szarej mgły migrował coraz dalej, a ja mogłam się tylko modlić o to, że kuchnia to przeżyje, a ja nie stracę całkowitej widoczności przez gryzący w oczy dym.

To, co powstało z eksperymentalnej kuchni molekularnej było... zjadliwe. Będąc na spacerze z psem znalazłam jednak dowód tego, że Ruda nie była jedyną osobą, której chęci kulinarne przerosły możliwości i posiadane umiejętności.

Niech ta spalona na węgiel czosnkowa bagietka przypomina nam o wszystkich poległych przepisach, których los wysłał lotem szybowym na trawnik, skąd nie było już powrotu.



sobota, 28 listopada 2020

Historia kozy Krysi

Chcieliście historię kozy Krysi, będzie historia kozy Krysi.

Podczas łapanki kotów w Bełchatowie, na którą pojechaliśmy z Damianem i Mateuszem, zgarnęliśmy kilka dodatkowych podrzutków. Ludzie z pobliskich domostw, widząc nasze poczynania, wołali nas do siebie i oferowali własne koty (zazwyczaj bardzo młode), które nie pełniły dla nich żadnej funkcji. Część kociaków była sierotkami, które pewnego dnia po prostu przyplątały się na czyjeś podwórko, część stanowiła nadwyżkę "hodowlaną", no bo jak tu kotki raz nie dopuścić, jeszcze inne były starymi kocurami, którym nie w głowie było bieganie za myszami, więc straciły swój ochronny immunitet i musiały pożegnać się z miejscówką na ganku. Coś, co pierwotnie miało być łapanką czterech kotów, stało się obwoźnym schroniskiem dla ponad dziesięciu sztuk sfilcowanych, niemiłosiernie brudnych i często chorych zwierząt.

Wieść o tym, że po okolicy jeździ Van, zbierający "niepotrzebne" zwierzęta szybko się rozniosła i w wolnych kenelach znalazło się miejsce jeszcze dla dwóch psów. Postanowiliśmy zostawić ludziom namiary na pobliskie domy tymczasowe, spakować klatki i transportery i zabrać się stamtąd, zanim wieści dotarłyby do dalej położonych domów. Mieliśmy ograniczoną liczbę klatek i miejsc w samochodzie.

Zanim zdążyliśmy odjechać, ujrzeliśmy mężczyznę, truchtającego środkiem drogi, zmierzającego w naszym kierunku. Człowiek niósł na rekach coś, co wyglądało jak średniej wielkości pudel. Spojrzeliśmy po sobie i gotowi odmówić zabrania psa ze względu na brak wolnych miejsc w transporcie, wyszliśmy mężczyźnie naprzeciw. Coś, co początkowo wzięliśmy za pudla, okazało się być jednak kozą.

- Możecie ją zabrać? Drogo nie wezmę. - rzekł jegomość.

- Ale my nie skupujemy zwierząt, zabieramy je do domów tymczasowych i fundacji. Tak właściwie to przyjechaliśmy tylko po kilka i już mamy nadwyżkę. - odpowiedział Damian.

- Dobra, to za darmo ją weźcie.

- Ale to jest koza.

- No koza, a co?

- My zabieramy tylko zwierzęta domowe, nie hodowlane.

- Małe jest, dużo wam miejsca nie zajmie.

- Nie mamy wolnych klatek.

- Ja coś załatwię jak wam potrzeba klatki.

- Ale... - usiłował zaprzeczyć Damian, lecz widząc moje dłonie przyklejone do miękkiego futerka koźlątka, zorientował się, że decyzja została już podjęta. Koza jechała z nami.

- A właściwie dlaczego się jej pan pozbywa? - spytał Mateusz, wyciągając z kieszeni telefon.

- I tak cały dzień przy słupie stoi, nie mam co z nią zrobić, dostałem ją kiedyś w formie żartu od kolegów, ogródek mi obżera. Ja konie trzymam, nie mam miejsca i czasu dla kozy. 

- Mati, nie mamy komu podrzucić kozy. - rzucił Damian, licząc zapewne na jakiekolwiek wsparcie ze strony kolegi.

- Już to ogarniam, daj mi sekundę - odpowiedział Mateusz, przeszukując komórkę i chwilę później koza spoczywała już na moich rękach, podczas gdy panowie składali przyniesioną przez właściciela, starą, zardzewiałą klatkę, która musiała nam jakoś wystarczyć.

- Syn ją nazwał Krysia, ale można zmienić, dla niej to różnicy nie zrobi - powiedział mężczyzna, otwierając skrzypiące drzwiczki prowizorycznego transportera.

- Nie pomaga pan - odparł Damian i po wyłożeniu klatki kocem, koza trafiła na nasz bagażnik, razem z pozostałym zwierzyńcem.

- Magda ją weźmie - rzekł Mateusz, zapinając pasy - ale może ją przyjąć dopiero za trzy dni, więc po drodze trafi do Adama w Busku. Ktoś po nią przyjedzie wieczorem.

- A do tego czasu gdzie ją mamy trzymać? Ja muszę wyładować jeszcze pozostałe zoo.

- No najlepiej jakby u kogoś te kilka godzin przeleżała.

- Krysia, ty byłaś za zabraniem kozy, więc bierzesz za nią odpowiedzialność.

- Wolne żarty, ja w bloku mieszkam, jak to sobie wyobrażasz? - spytałam, widząc oczami wyobraźni konwulsyjne drgawki Anonimki i sensację całej dzielnicy, wywołaną pojawieniem się koźlątka.

- Jak każdy z nas, u ciebie będzie najprościej ją przechować, dopóki ktoś od Adama po nią nie podjedzie.

- Dzielicie imię, to zobowiązuje - dodał Mateusz, więc zastanawiając się jak wyjaśnię to pozostałym lokatorom, zaczęłam układać w głowie plan działania.

Wchodząc z kozą Krysią do bloku, czułam się jak Daenerys dzierżąca w dłoniach małe smoki i wywołałam tym podobny poziom zainteresowania ze strony sąsiadów. Koza Krysia okazała się być strasznym bucem, który obgryzł większą część koca i postanowił krzyczeć na obwąchujące klatkę psy przez czterdzieści pięć minut, bez przerwy. Podłożone pod kenel podkłady higieniczne, których funkcją było uchronienie paneli przed ewentualnym zalaniem, również zostały częściowo zjedzone, mimo podkarmiania małego demona jabłkami i marchewką.

Na transport Krysia czekała zaledwie półtorej godziny, ale było to dla mnie bardzo długie półtorej godziny, w czasie której musiałam wyciągać z koziego pyska kawałki podkładu, odciągać ciekawskie psie nosy od klatki i odwracać uwagę Morfiny, która zdążyła już zaadoptować upośledzone psie dziecko z różkami i postanowiła wrzucać do klatki swoje zabawki, żeby uspokoić trochę rozwrzeszczanego pudla.

Koza Krysia finalnie trafiła do swojego domu tymczasowego i obecnie ma się dobrze, niszcząc i dewastując podwórko jej nowej opiekunki.


Trasa pokonana przez kozę Krysię:


czwartek, 26 listopada 2020

Kiedy życie nokautuje jeszcze przed 10 rano

O 9:20 wślizguję się do lokalnego spożywczaka, celem nagromadzenia zapasów przed godzinami dla seniorów. Wykłady są długie, a w brzuchu burczy od samego słuchania o entalpii i izotopach, więc biurko zawalone jedzeniem jest koniecznością. Przechadzam się między półkami, zerkając na listę zakupów, kiedy do sklepu wchodzi dziewczynka, sięgająca mi biodra. Wiek skrzata określam na maksymalnie sześć / siedem lat. Dziecko o aparycji małego Yody, któremu spod maseczki, owijki szalika i czapki, widać tylko same oczy, patrzy przez chwilę na płyn dezynfekujący, zawieszony zbyt wysoko, by mogło do niego dosięgnąć, po czym podchodzi do obsługi sklepu i pyta czy ktoś zechciałby pomóc z naciśnięciem pompki. Po przetarciu rąk dziewczynka wyciąga z kieszeni kurtki kartkę, bierze w dłoń koszyk, do którego zmieściłaby się cała jaj drobna osóbka i pakuje do niego produkty z listy. Raz prosi mnie o podanie wyżej położonego jogurtu, sprawdza datę na wieczku, wkłada go do koszyka i odchodzi. Chwilę później mijam karzełka na makaronach, kiedy ten wykłóca się przez telefon, dwukrotnie większy od jego twarzy, że do carbonary nie pasują muszelki i może przystać na świderki lub spaghetti. Ponowny telefon młodociana wykonuje na chemii, ponieważ z jej obliczeń wynika, iż bardziej opłaca się kupić większą paczkę kapsułek do zmywarki 2 w 1, niż mniejszą 3 w 1, bo "to i tak jeden syf". Stoję osłupiała, obserwując jak mała gadzina podchodzi do kasy, taszcząc za sobą koszyk, wykłada produkty na ladę, w międzyczasie pytając o skład ciasta na wagę, wkłada kartę do terminala, wklepuje pin, wypycha plecak i lnianą torbę zakupionymi produktami, po czym przeglądając paragon fiskalny, wychodzi, podczas kiedy ja zastanawiam się czy wolę żelki miśki, czy ślimaczki.

Podchodzę zrezygnowana do kasy, zastanawiając się nad sensem istnienia i podziwiając pędraka na szóstym poziomie, który ogarnia w życie bardziej niż ja, w jego wieku biegając po drzewach jak dzikie zwierzę i zastanawiając się jak określić czy słońce po prawej to poranek, czy już wieczór.

Przeraża mnie myśl, że to dziecko, które nie sięgało nawet do średniego regału, prawdopodobnie ma większe szanse na przeżycie zombie apokalipsy niż ja. Pewnie za rok będzie ludziom pomagać wypełniać rozliczenia podatkowe, podczas gdy ja będę się zastanawiać czy do ciasta drożdżowego koniecznie potrzebne mi są drożdże. 

poniedziałek, 12 października 2020

Wiedza tajemna

Dotarło do mnie, że posiadam ogromne pokłady wiedzy bezużytecznej. Wiem jak dokładnie wygląda w środku makieta rekina, użyta do nakręcenia "Szczęk" w 1975 roku i kiedy przenosi się do Niemiec firma produkująca Lentilky, ale spytajcie mnie jakie są główne właściwości membran polimerowych, z których robiłam specjalizację, a będę musiała się poważnie zastanowić.

Oglądaliśmy ostatnio horror. Zdalnie. Jedna osoba udostępniała ekran, a reszta oglądała go na ekranie swojego komputera lub komórki w domu. Podczas komentowania głupich decyzji głównej postaci, temat zszedł na planszę Ouija (taka tabliczka z literkami do kontaktu z duchami). Kobieta na ekranie przecięła dłoń szklanką, przez co kilka kropel krwi dostało się na planszę.

- Przewalone - powiedziałam - krew jej kapnęła.

- To źle? - spytał ktoś na czacie.

- No plansza nie może mieć kontaktu z krwią.

- Dlaczego?

- Takie są zasady. Tak samo jak w pomieszczeniu nie może być dzieci i zwierząt, powinieneś się zawsze pożegnać przed zakończeniem seansu i przerwać go od razu jak wskaźnik zaczyna tworzyć symbol nieskończoności albo szóstkę. Nie powinno się też odkupować używanej planszy ani przeprowadzać seansu w pojedynkę.

- ... a Ty skąd to właściwie wiesz?

Właściwie to nie wiedziałam skąd. Musiałam kiedyś zabłądzić o trzeciej w nocy na YT i znaleźć takie informacje między filmikami o wyciskaniu pryszczy, a wymianie królowej pszczół w pasiece. Nie interesuję się żadną z powyższych rzeczy, ale każdy w życiu chociaż raz wszedł w tryb zombie, kiedy obojętne było co się ogląda, byle leciało w tle.

Strach pomyśleć jakie jeszcze informacje mogą być zakamuflowane w odmętach mojego umysłu...

Tak poza tym, wiedzieliście że jest rodzaj mumifikacji, którą przeprowadza się w miodzie jeszcze za życia? Wygooglujcie sobie "Mellified man".

Przyjemnej lektury.

sobota, 10 października 2020

Pies пока

Obecnie nasza uczelnia objęta jest hybrydowym systemem nauczania, co oznacza, że część zajęć odbywa się zdalnie (wykłady, ćwiczenia, projekty), natomiast pozostała część, stanowiąca mniejszość, odbywa się kontaktowo (laboratoria). Naukę domową, z użyciem komunikatorów mamy więc przez cztery dni w tygodniu. Zazwyczaj są to panele wykładowe od 8:30 do 17:00 z małymi przerwami, w których każdy z nas zdąży zrobić sobie coś do jedzenia, wyjść do łazienki, czy zapaść w pięciominutową drzemkę. Ja te przerwy wykorzystuję na szybki przemarsz z psem wokół bloku. 

Morfina przez ostatnie pół roku nauczyła się nowego schematu. Czasem przychodzi mi poprzeszkadzać, ale wie już kiedy jest pora na szybki spacer, średni spacer i dłuższy spacer, podczas którego usiłuję wytłumaczyć prowadzącemu dlaczego samochody przejeżdżają przez moje mieszkanie.

Nie wiedziałam jednak, że puchata wyuczyła się komend głosowych, których wcale nie miałam zamiaru jej uczyć, a które podłapała jako sygnał zakończenia wykładu, co równało się wyjściu na spacer.

Dzięki temu Morfina reaguje teraz na "do widzenia", "goodbye" i "пока" tak samo jak reaguje na słowa "spacerek", "idziemy" i zdanie "szukaj smyczy". Mój pies nauczył się pożegnania w trzech językach i zrozumiał to jako sygnał do opuszczenia mieszkania. Zajęło jej to pół roku i dokonała tego bez mojej ingerencji. Wadą całej sytuacji jest jednak to, że czasem puchata wychwytuje te słowa w tekście przeze mnie czytanym i domaga się wyjścia, kiedy wykład wcale się jeszcze nie zakończył. "Goodbye" to dla niej "goodbye", obojętnie w jakim pada kontekście i czy był to tylko cytat podany przez Johna z czytanki, czy moje własne pożegnanie.
Cóż, wszystko ma swoje wady.

Mogę powiedzieć, że zdalne nauczanie objęło też rozwój mojego psa, mimo że tej opcji nie było w pakiecie. Zastanawiam się nad puszczaniem jej na głos całych wykładów. Może za kolejne pół roku będzie mogła robić za mnie notatki.



czwartek, 8 października 2020

Deratyzacja

Podczas trwania szczurzego wybiegu rozlega się pukanie do drzwi. Gryzonie rozlane na łóżku, testują maksymalną powierzchnię, jaką mogą sobą zająć, więc zabieram towarzystwo i upychając łaciate kluchy w kieszeń bluzy, maszeruję w stronę drzwi.

- Dzień dobry - odzywa się mężczyzna w roboczym ubraniu - potrzebujemy klucze do piwnicy bo... - przerywa, patrząc na mój falujący pod bluzą brzuch. Z kieszeni wyłania się ogon, nos i cała głowa - ... bo deratyzację będziemy przeprowadzać - kontynuuje po chwili, nie odrywając oczu od planujących ucieczkę szczurów.

- Do suszarni też? - pytam, przebierając w pęku kluczy.

- Też, też - odpowiada, zerkając na migrujące po moim ubraniu gryzonie.

Wręczam mężczyźnie klucze, przytrzymując maślanego księcia na ramieniu i kontrolując MMA, które dzieje się w moim kapturze między pozostałą dwójką.

- U pani też by się przydała mała deratyzacja może.

Uśmiecham się pobłażliwie do tego lekko suchego żartu i odprowadzam zmieszanego człowieka wzrokiem. Chwilę później klucze wracają do mnie już z ręki innego człowieka, który rozgląda się zaciekawiony po korytarzu, najwidoczniej ciekaw szczurzej kolonii z opowieści kolegi.

- Ale trafiliśmy, co? - przemawia w końcu - Te pani się nie obrażą na nas, co? Żeby nas nie zeżarły jak te myszy tego Popiela. A gdzie one są tak właściwie?

- Poszły do piwnicy polować.

Mężczyzna oddaje mi klucze i odchodzi. Powaga na twarzy sugeruje mi, że zdanie weszło nie tak jak powinno, ale jest już za późno, żeby to naprawić. Stoję więc przy uchylonych drzwiach w niezręcznej ciszy, kiedy z klatki schodowej dochodzi mnie głośne:

- Białe całe i z pięć ich było, takie jak się na kacu widzi!


wtorek, 6 października 2020

Magiczny olej

Ósma rano. Za pięć minut wykład, więc moje nieprzytomne oblicze kieruje się do kuchni, żeby popełnić śniadanie. Decyduję się na omlet i rozpoczynam poszukiwania natłuszczacza. Niestety w szafkach i lodówce nie znajduję niczego przydatnego. Ostatecznie odkrywam ukrytą butelkę pod stertą garnków i niewiele myśląc wlewam kapkę zawartości na patelnię.


Wrzucam jajo, zakrywam, czekam, wykładam, zjadam. Dobre. Nawet bardzo dobre. Ma jakiś dziwny owocowy posmaczek, ale najwidoczniej to wina specyficznego oleju. Decyduję się na dokładkę, a następnie jeszcze jedną, bo trzy jajka to akurat tyle, żeby utrzymać mnie przy życiu do obiadu. Wykład przebiega płynnie i jakoś lżej mi wchodzi. Postanawiam dodać owocowy olej do sałatki przy obiedzie.

- Kto otworzył te berbeluchę? - dobiega głos z kuchni, więc zabieram wykład ze sobą i wchodzę do pomieszczenia.

- Że olej? Ja. Omlet robiłam.

Patrzymy sobie głęboko w oczy, w tle sączy się łagodny głos profesora, który stara się wytłumaczyć nam jakieś rosyjskie przedsięwzięcie wodociągowe, a na mojej twarzy zaczyna malować się uśmiech, ponieważ powoli dociera do mnie czym jest zawartość butelki.

Usmażyłam sobie trzy omlety na mocnym alkoholu, o ósmej rano, na czczo, mając przed sobą cały dzień wykładów.

To będzie dobry dzień.

poniedziałek, 28 września 2020

Nie znam tych psów

Będąc pewnego dnia na spacerze z dwoma psami - Morfiną i jej starszym towarzyszem tej samej rasy, natknęłam się na przemarsz młodzieży do lat pięciu z rodzicami. Dzieci ujrzawszy dwie beżowe wełny zaczęły pytać rodziców czy mogą psy pogłaskać. Opiekunowie krasnali zauważyli słusznie, że muszą spytać o to właściciela małych koni, więc brygada złożona z kilku do kilkunastu dzieci (straciłam rachubę, za szybko się poruszały) zaczęła mnie otaczać i pytać jeden przez drugiego czy szanse na utratę ręki przy bliskim kontakcie są wysokie.

Kilka minut później dwa psy leżały rozłożone na chodniku, podczas gdy całe ich futro było pokryte małymi, ludzkimi rączkami. Zwracając dzieciom uwagę, że należy głaskać delikatnie i nie pod włos, starałam się jednocześnie odpowiadać na pytania rodziców. A ile mają? A to rodzeństwo? Będą szczeniaczki? Dużo jedzą? Dużo wychodzi sierści? Jak się wabią?

W całym zamieszaniu przez przypadek błędnie przypisałam imiona kluchom, których widoczne były dla mnie tylko kończyny i zostałam dość szybko zdemaskowana przez większą latorośl, sięgającą do obroży Morfiny. Poprawiłam się, tym razem wskazując prawidłowo na sukę i psa, po czym wróciłam do konwersacji. 

Jedna z kobiet zaczęła mi się jednak baczniej przyglądać i po chwili milczenia zdecydowała się przemówić.

- A to pani psy są?

- Jedno moje, drugie jest u mnie chwilowo - odparłam.

- A co to znaczy chwilowo?

- Do czasu aż nie wrócą właściciele.

- To skąd pani wie, że pies nie jest agresywny w stosunku do dzieci, jeśli nie jest pani? Nie zna go pani tak dobrze.

- Znam go dobrze, wychodzę z nim od dziewięciu lat, po prostu razem nie mieszkamy na co dzień.

- To pani go nie zna dobrze, jak pani nawet imiona myli.

- Proszę pani, normalnie nie mylę, ale teraz jest taki tłok i zamieszanie, że ja nawet tych psów dobrze nie widzę poza kawałkiem futra i smyczą.

- No ja nie wiem, nie wiem - rzekła, po czym zabrała swoją (jak mniemam) pociechę i odeszła kilka kroków, żeby w odległości dwóch metrów patrzeć na resztę swoich znajomych i tam na nich zaczekać.

Kobieta rzuciła jeszcze, że "z tymi większymi psami to nigdy nic nie wiadomo", jakby to w jakikolwiek sposób miało uratować sytuację i zaczęła przyglądać się swoim butom.

Pozostali pogłaskali jeszcze chwilę zwierzęta i popędzani presją czekającej, również zwinęli młodocianych.

Wychodzi na to, że właściwie nie znam tych psów. Psów, z którymi na domiar złego "nigdy nic nie wiadomo". Czuję jak moje życie balansuje na krawędzi.




niedziela, 27 września 2020

Kamerą przez świat, salon, schody...

Zdalne nauczanie. Ktokolwiek brał udział, ten wie. Część osób siedzi przed ekranem w koszuli i spodniach od piżamy, część zabiera wykład na spacer z psem, pozostali w tym czasie usiłują walczyć z zamykającymi się powiekami i brakiem koncentracji, spowodowanymi przesiadywaniem w tym samym pomieszczeniu od miesięcy.

Czasem coś się zawiesi, czasem ktoś się nie wyciszy dzwoniąc po pizzę, czasem na plan główny wchodzą zwierzęta domagające się uwagi.

Zdarzają się wpadki.

Podczas pewnego wczesnoporannego wykładu przeżuwałam leniwie śniadanie złożone z parówki i jogurtu - te dwie rzeczy znalazłam w lodówce i starałam się skupić na schemacie piaskownika, który pojawił się na ekranie.

- Miko, odejdź - szepnęła profesor, przerywając wywód - przepraszam, mój pies. Kontynuując, jak państwo widzą, woda popłuczna jest wynoszona wbrew gradientowi ciśnień...

Pies zaczepiał kobietę i starał się wcisnąć na jej kolana, lecz ona starała się go ignorować i nie przerywać zajęć. Doskonale rozumiałam tę walkę. Moje własne nieszczęście musiałam odgradzać krzesłem, żeby zachować osobistą przestrzeń, a i tak świdrowało mnie spojrzeniem godzinami, żebrząc o atencję.

Nagle nastała cisza, a na ekranie oprócz piaskownika znalazła się zielona ściana. Twarz prowadzącej zniknęła.

- Miko, nie! - usłyszeliśmy chwilę później i wyrwanych ze snu zostało kilku odpływających studentów.

Widok uległ zmianie i po chwili mogliśmy podziwiać żyrandol oraz kawałek karnisza. Laptop został zabrany w podróż. Zwiedziliśmy salon, przedpokój i część kuchni przy akompaniamencie kroków i nawoływań pani profesor. Spotkanie stało się bardzo aktywne i podczas kiedy czat starał się dowiedzieć co się właściwie dzieje, sceneria zmieniała się co kilka sekund. Na ekranie trwało trzęsienie ziemi, a rytmiczne trzaskanie uświadomiło nam, że znaleźliśmy się na schodach. Nie była to przyjemna podróż dla użytkowników słuchawek, więc wszyscy przełączyli się na głośniki. Mówiąc jeden przez drugiego próbowaliśmy łagodnym głosem przekonać psa do oddania laptopa, lecz on ciągnął nas długą prostą przez korytarz. W tle dalej słyszeliśmy zasapany głos wykładowcy.

Cały maraton trwał tylko kilka minut, ale wymagał on ponownego uruchomienia platformy, ponieważ prowadząca miała problem ze zrozumieniem tego, co mówiliśmy, a przez środek jej ekranu przechodziła czarna pręga.

Pręga co prawda nie zniknęła, ale wykład dokończyliśmy. Okazało się, że pies nieopatrznie zaplątał łapę w kabel laptopa, który podłączony był do ładowania i kiedy spanikowany Miko chciał wyswobodzić się z uwięzi, zabrał sprzęt ze sobą, starając się jednocześnie od niego uciec. Kabel o dziwo zamiast odczepić się od gniazda ładowania, postanowił w nim zostać i mocno się trzymać.

Dzięki tej wyprawie poznaliśmy dokładne umeblowanie domu prowadzącej wykład, stan jej domowych roślin i ilość schodów prowadzących na piętro. Jeden z ciekawszych wykładów jakie pamiętam. Piaskowniki weszły do głowy bez problemu.

środa, 23 września 2020

Kto najlepiej się bawi na imprezach dla dzieci?

Istnieją dorośli, którzy nigdy w pełni nie dorastają i dzieci, które stają się dorosłe zbyt szybko. Osobiście wolę być tym pierwszym i nie zastanawiać się co jest stosowne i co wypada w moim wieku - oczywiście w granicach rozsądku i dobrego smaku.

Kilka miesięcy temu w mojej rodzinie odbyło się coś na wzór kinder party. Przedział wiekowy był dość spory, więc zatrudniony na ten dzień animator musiał nie tylko ogarnąć ośmioro dzieci o różnych gustach, ale i w różnym wieku. Do tego dochodziło też kilka osób na wózkach, ale mężczyzna stwierdził, że miewał już takie przypadki i że na pewno sobie poradzi.

Poradził sobie świetnie, chociaż część młodocianych odmówiła udziału w tej "dziecinadzie dla maluchów" i przyglądała się wszystkiemu z boku. Ze względu na nieparzystą liczbę uczestników często brakowało komuś pary. Wtedy na scenę wchodziłam ja. Nieważne czy trzeba było budować wieżę z klocków na czas czy strzelać z gumowego łuku, byłam gotowa. Najstarsze dziecko, biorące udział w zabawie, miało trzynaście lat, najmłodsze cztery. Pośród tych karzełków znajdowałam się też ja. 176 cm wzrostu, lat grubo ponad dwadzieścia, z balonowym mieczem, okładająca grupę piratów, która napadła na nasz okręt z koca. Dorośli przychodzili popatrzeć, kiedy robili sobie przerwę na papierosa i nie wiem czy bawili się przy tych obserwacjach tak dobrze jak ja - biorąca czynny udział w grze - ale jeśli tak, to na zdrowie.

Zwrot sytuacji nastąpił, kiedy animator wywlókł z samochodu uzbrojenie w formie gogli, kilkunastu pistoletów Nerfa i całego pudła mięciutkich, piankowych naboi. Z oczywistych względów każdy chciał mieć w drużynie mnie. Byłam idealną tarczą dla dzieci stojących za mną, ale przy okazji posiadałam też niezłego cela.

- Jaka szkoda, że jesteście za duzi, żeby się bawić - droczył się animator - potrzeba nam kilku dodatkowych rąk, żeby mieć nad nimi przewagę.

Przynęta zadziałała i oporne do tej pory dzieci rzuciły się na broń. Reszta była chaosem, a piankowe naboje latały w powietrzu jak confetti, trafiając przypadkowych przechodniów i palących dorosłych.

Nie wiem czy po wszystkim udało nam się wysprzątać cały plac, ale od tego momentu w zabawach brały udział już wszystkie dzieci, które nagle przestawały być zażenowane taką formą rozrywki. I ja. Nikt chyba nie myślał, że odpuściłabym wyścigi samochodzikami napędzanymi powietrzem z balonów.

wtorek, 22 września 2020

Tu coś nastąpiło

Głuchnę, więc zdarza mi się nie słyszeć dzwonka domofonu albo pukania do drzwi. Na szczęście mam psa z bardzo dobrym słuchem, który informuje mnie, że ktoś czeka u bram, patrząc wymownie na wrota świata zewnętrznego.

Czekałam ostatnio na kuriera i paczka przyszła w momencie, kiedy ja tarzałam się z psem po ziemi. Jako że miałam na sobie czarną bluzkę, wyglądałam jak ostatni menel, otoczony w panierce z psich włosów, ale stwierdziłam, że gość na pewno niejedno widział, więc postanowiłam otworzyć tak jak stałam.

- Dobry - rzucił mężczyzna, oglądając paczkę - pani XX?

- Tak, to ja.

- To pani pies? - spytał kurier, zerkając na schowaną za moimi nogami Morfinę, która wyczuła człowieka i nie mogła odpuścić potencjalnego mizianka.

Spojrzałam na tego kłaka, którego osiem lat temu postanowiłam przywlec do domu i nazwać. Stwierdziłam, że chyba moje.

- No mój - odpowiadam - Karmię, poję, mieszka tutaj, więc raczej mój.

- A to jest Goldenek, nie?

Pomyślałam sobie "o, fan rasy", ale zaraz potem nastąpiło:

- One są tak samo słodkie jak głupie.

- To znaczy?

- No jak? Potwornie ciężko je się uczy czegokolwiek i dadzą się sprzedać za jedzenie. Mojego kolegi Golden to trzy lata ma i dalej nie ogarnia gdzie się ma załatwiać.

- Z tym jedzeniem to może i racja, ale ten pies jak chce wyjść, to używa dzwonka.

- Dzwonka?

- Dzwonka. 

- Niszczy wszystko na pewno.

- Nie.

- Jak pani wychodzi?

- Idzie spać.

- Kradnie jedzenie ze stołu.

- Może leżeć na ziemi i nie ruszy.

- Ma dziwne ataki agresji bez powodu.

- Jest pan pewien, że pana kolega ma Goldena?

- No wygląda tak samo. O, boi się burzy na pewno.

- Jak znaczna część psów ras wszelakich.

- Gubi sierść.

- I to ma świadczyć o jej małej inteligencji?

- Są żarłoczne, a jak coś jest żarłoczne, to nie jest za mądre.

Zlustrowałam samca metr siedemdziesiąt o wadze typowej dla metra dziewięćdziesiąt i zanim się odezwałam, gość sam chyba połączył wątki, bo kazał mi się podpisać i odszedł dziarskim krokiem w stronę samochodu, wracając po chwili po pieniądze, których zapomniał.

Przez jakiś czas obserwowałam też manewry pojazdu kurierskiego, który kierował się pod prąd, mimo wielkiego znaku o drodze jednokierunkowej.

Chyba nie muszę dodawać nic więcej.

niedziela, 20 września 2020

Problem z temperaturą

Jako że został mi rok studiów magisterskich, od razu po powrocie z wakacji wpadłam w wir badań laboratoryjnych, potrzebnych mi do napisania pracy magisterskiej. Zaczęłam od razu, ponieważ październik zaczyna się dla mnie projektem unijnym, co w połączeniu z moim planem zajęć, daje niewiele czasu na eksperymenty własne, które bywają bardzo niewdzięczne. Badania potrafią zająć cały dzień, nie zostawiając żadnych efektów albo dając fałszywe wyniki. Często trzeba więc pracę zaczynać od nowa, ponieważ coś może pójść nie tak, nawet na ostatnim etapie testów. Należy się też uzbroić w cierpliwość, czekając na zakończenie przepływów, którym nigdzie się nie spieszy.

W związku z pandemią, na uczelnię mogą wejść tylko osoby, które mają przepustkę i dobry argument, by się tam znaleźć. Przy pierwszych drzwiach następuje kontrola temperatury, nacieranie się środkami antywirusowymi o zapachu benzyny oraz krótki wywiad, który sprowadza się do ustalenia celu przyjścia, nazwiska promotora i ewentualnego czasu wyjścia.

Sprzęt, którego potrzebuję rozłożony jest w trzech równoległych salach. Badania przeprowadzam samodzielnie, więc zanim wyjdę, muszę upewnić się czy wszystkie maszyny są stabilne, znajdują się w odpowiednich trybach pracy, stanowiska pozostają czyste, a drzwi zamknięte. W razie wybuchu, przecieku czy ewentualnej powodzi, cała odpowiedzialność spada na tego, kto ostatni opuścił laboratorium.

Zazwyczaj spędzam przy maszynach sześć do ośmiu godzin dziennie, wychodząc tylko, żeby coś zjeść (w salach panuje całkowity zakaz spożywania posiłków) oraz kiedy muszę wyjść do toalety. Nawet jeśli bywa nudno, to przynajmniej jest spokojnie, co docenia każdy introwertyk.

Oprócz mnie na piętrze widuję tylko jedną dziewczynę, pracującą w sali pyłowej. Laboratorium, w którym pracuje, mijam tylko w drodze do toalety, ale jej wory pod oczami, ślepe wpatrywanie się w wyniki, które nie pokrywają się z wiedzą książkową i krótkie drzemki na blacie sugerują mi, że ona również walczy z pracą czy to inżynierską, czy magisterską. Chociaż nigdy nie rozmawiałyśmy, czułam się mniej osamotniona na tym polu bitwy.

Twarzą w twarz spotkałyśmy się dopiero, kiedy zatrzymano nas w obie w drodze do laboratorium. Zostałyśmy poproszone o podwinięcie rękawa bluzki i pokazanie nadgarstków. Zazwyczaj temperatura była mierzona bezdotykowo z czoła, ale tym razem, z niewiadomych nikomu powodów, wprowadzono zmiany i postanowiono przestawić się na mierzenie z ręki, ponieważ jak się dowiedzieliśmy "tam jest bardziej stabilna temperatura". Nie jestem specjalistą od medycyny ludzkiej, ale pierwszy raz słyszałam taką teorię. Przez zmianę procedur zatrzymywana była co druga wchodząca osoba.

- Proszę sobie usiąść i się schłodzić i zaraz zmierzymy ponownie - rzekł strażnik, wskazując mi ławkę, na której siedziała już znajoma mi dziewczyna, wpatrująca się z niepokojem w zegarek.

Termometr podświetlił się na czerwono i wyrzucił z siebie komunikat "too high", ale kiedy zapytałam od ilu właściwie jest te "too high" w stopniach Celsjusza, nie uzyskałam odpowiedzi.

Usiadłam w pewnej odległości od dziewczyny i poprawiając maskę, spytałam czy ona również czeka z powodu zbyt wysokiej temperatury. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie. Termometr wskazywał u niej "to low".

- Niemożliwe - odparłam - musiał się zepsuć albo ma słabe baterie.

Wzruszyłyśmy ramionami i postanowiłyśmy poczekać, tak jak nam kazano. Kolejne pomiary były przeprowadzane co pięć minut, ale wyświetlacz postanowił, że czerwony jest jego kolorem i nie miał zamiaru zmienić w tym temacie zdania.

- Może jednak spróbujemy z czoła - zasugerowała dziewczyna - ja mogę mieć za słabe krążenie, koleżanka za silne i już będzie inna temperatura, do tej pory przecież wchodziłyśmy.

- Proszę czekać dalej albo iść do domu - rzucił strażnik.

Czekałyśmy więc dalej i patrzyłyśmy jak nieubłaganie uciekały nam kolejne minuty. Powinnyśmy zacząć swoje badania już pół godziny temu, jeśli chciałyśmy wyjść o normalnej godzinie i zdążyć na autobus powrotny.

- Niech pan nam zmierzy normalnie na czole, to nic nie da, że będziemy piętnaście razy miały z ręki mierzone. 

- To samo wyjdzie przecież.

- Co panu szkodzi? Mniej roboty dla pana i dla nas.

- Śpieszy się gdzieś?

- Tak się składa, że tak. Proszę mi normalnie zmierzyć z czoła. Jak dzisiaj tam nie wejdę i nie wyłączę maszyn, to nie jestem w stanie obiecać, że jutro ten budynek będzie jeszcze stał.

Strażnik wstał z miejsca, narzekając pod nosem, że mu "takie młode będzie zwracać uwagę jak ma wykonywać swoją robotę, jak on przecież wie lepiej", ale podszedł do nas i wycelował termometr w czoło najpierw moje, a następnie koleżanki. Wyświetlacz zzieleniał i wyświetlił magiczne 36,6 oraz 36,8, więc mężczyzna spojrzał na nas podejrzliwie i wykonał jeszcze dwa pomiary kontrolne, "tak na wszelki wypadek", po czym rad, nie rad, musiał wpuścić nas do środka.

Za każdym razem, kiedy przy wejściu spotykamy akurat tego człowieka, upiera się on przy pomiarach z ręki i dopiero po kilku nieudanych próbach i zapewnieniu, że akurat nam należy mierzyć z czoła, odpuszcza i wykonuje pomiar jak cała reszta strażników na innych zmianach.

Nie mam pojęcia skąd bierze się ten upór, ale mam wrażenie, że ta zabawa potrwa jeszcze jakiś czas, na zmianę z zabawą "jak działa to ustrojstwo, za moich czasów to się normalnie pod pachę wsadzało".

wtorek, 15 września 2020

Korale, koraliki

Duże zagęszczenie ludzi w arce generowało pewne korzyści. Sprzątanie zajmowało mało czasu i sprowadzało się do zmywania naczyń, prania ubrań i sporadycznego przemywania powierzchni płaskich. Zaoszczędzony czas mogliśmy poświęcić na dowolne aktywności. Mogły być one wykonywane pojedynczo lub w grupach, ale jedna z nich była objęta pewną restrykcją. Spacery czy wyjścia do sklepu musiały odbywać się w towarzystwie przynajmniej jednej osoby. Okolica bywała nieprzyjazna zwłaszcza po zmierzchu, kiedy na drogę wychodziły dzikie zwierzęta i wstawieni miłośnicy samogonu, szukający zaczepki. W lesie nie było zasięgu i wezwanie pomocy w razie wypadku czy wpakowania się w kłopoty graniczyło z cudem. Woleliśmy być ostrożni niż żałować i z czasem zwiększyliśmy nawet minimalny próg wyjść po zmroku do trzech osób.

Odnajdywaliśmy w lesie przeróżne rzeczy, a jedną z dziwniejszych były drewniane schody prowadzące na drzewo.


Nic nie było tam zawieszone, ale zgromadzone wokół deski sugerowały nam, że konstrukcja może być jeszcze udoskonalona.

Dziwności nie sprowadzały się jednak tylko do obiektów i przedmiotów.

Pewnego razu Ruda wróciła z zakupów wzburzona, nie oglądając się na idącego za nią Oliego, któremu w przeciwieństwie do towarzyszki dopisywał dobry humor. 

- Coś się stało? - spytał Damian, odbierając torby.

- Nie - odparła Ruda, chociaż jej wyraz twarzy wskazywał na coś zupełnie innego.

- Oli?

- Wychodzi, że Ruda jest ze mną w ciąży - zaśmiał się Oli.

- Co?

- Po drodze złapała nas jakaś kobiecina i próbowała nam wcisnąć korale. Nie przyjmowała odmowy, więc Ruda jej powiedziała, żeby sobie znalazła innych kupców, bo nie jesteśmy zainteresowani. Babeczka powiedziała wtedy, że powinniśmy być, bo to są ciążowe korale, które się nosi, żeby dziecko się dobrze chowało, a przecież widzi, że Ruda przy nadziei i ona po dziecku wyczuwa, że będzie miało urodę po ojcu.

- Że niby po tobie?

- Spojrzała na mnie. W każdym razie Ruda się zirytowała, wykrzyczała że wcale w ciąży nie jest, bo przecież nawet nie ma brzucha, na co kobieta, że jeszcze nie widać, bo ciąża wczesna i żeby nie była tak nerwowa, bo dziecko się z czkawką urodzi.

- Gratulacje - rzekł Szyszek - Wychodzi na to, że będę wujkiem.

- Jak to będzie dziewczynka, nazwiemy ją Marcelinka?

- Nie grzesz...

- Odpuściła wam w końcu te korale?

- Chyba tak, ale szła za nami właściwie pod samą bramę.

- A to nie ona tam stoi?

- O...

- Niech pamięta o piciu wody z cytryną! - krzyknęła kobieta przez płot - I kotów niech nie dotyka. W takim stanie nie wolno.

Zanim Ruda ruszyła w kierunku kobiety celem udokumentowania braku swojej ciąży, Agnieszka zatrzymała ją w pół drogi, dzięki czemu nikt tego dnia nie został ranny.

Korale były nam oferowane jeszcze wielokrotnie, o różnych porach. Z naszych obserwacji wynikało, że godziny pracy kobiety oscylowały w przedziale 6:00-23:20. Korale nabierały też różnej mocy w zależności od potencjalnych kupców. Działały dobrze na serce, układ oddechowy i pokarmowy, likwidowały problemy z cerą i alergię. Niestety nie dane nam było przekonać się o skuteczności produktu, ponieważ nigdy nie daliśmy się na niego skusić.

poniedziałek, 14 września 2020

Morfina vs ognicho

Nadszedł dzień, w którym Morfina odkryła ogień. Nie był to zwykły ogień, lecz ogień pilnujący kiełbasek. Córa sztormów jeszcze nigdy nie widziała takiego zjawiska, ale jak przystało na nieustraszonego pogromcę żywiołów, nie zlękła się czerwonego, syczącego światełka. W końcu spała obok takiego każdej nocy i nie wydawał się ani trochę groźny.

Pies zaciągnął się wonią ogniska i opiekanych parówek, po czym postanowił wynegocjować z płomieniami oddanie kilku kiełbasek. Zorientowaliśmy się, że w psim umyśle zapadła decyzja o próbie zdobycia jedzenia, kiedy Świniak wpatrywał się namiętnie w żar ognia, śliniąc się przy tym tak, że w miejscu gdzie siedział, trawa zaczynała rosnąć szybciej. Jako że żywa pochodnia była nam bardzo nie na rękę, postawiliśmy przy ognisku wartownika w postaci Oliego i odgrodziliśmy Morfinę smyczą, gdyż jak wiadomo granicy przez smycz wyznaczonej nie wolno było przekroczyć. Puchate wiedziało o tym doskonale, ponieważ pewnego dnia samo sobie taką zasadę ustaliło. Rozczarowanie pojawiło się na psim pysku, lecz chwilę później pojawiła się w nim smycz. Nikt nie powiedział bowiem, że granicy nie można przesunąć, a jeśli się ją przesunie, to się jej nie przekroczy. Wszystkie zasady zachowane.

Morświn zbliżył się ze smyczą do kiełbasek, ale żar i dym buchające z ogniska sprowokowały go do kilku okrążeń wokół palącego się drewna. Puchate miało jednak problem. Gdziekolwiek by się nie ustawiło, płonące koło było dla niej za ciepłe i szczypało w oczy. Zrealizowany został więc plan drugi. Odciągnięcie ognia od parówek i przejęcie ich zanim ciepłe wróci do kółeczka. Pomysł był dość interesujący, ale okazało się, że ogień wcale nie miał zamiaru gonić biegającej dookoła niego Morfiny i wolał zająć się skwierczącym jedzeniem na patyku.

Zwierz walczył długo, ale ostatecznie został pokonany i musiał uznać swoją porażkę, obrażając się na ogień, który nie był dla niej miły i nie chciał się dzielić. Świniak położył się nawet plecami do niego, żeby pokazać, iż przegrana wcale jej nie rusza.

1:0 dla ogniska.