Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legendy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2020

Krótka historia lisa i królika

W pewnym lesie, ukrytym przed światem, żyło dwóch przyjaciół.

Jeden z nich był smukłym lisem o płomiennym futrze, a drugi - popielatym królikiem. Lis i królik żyli obok siebie od lat dziecięcych i bardzo cenili swoje towarzystwo. Zajmowali sąsiadujące ze sobą nory i spędzali razem czas, kiedy deszcz uniemożliwiał im wędrówkę.

(Grafika własna. Kliknięcie powiększa obraz.)

Ta nietypowa przyjaźń była uznawana przez inne zwierzęta za wynaturzenie i czasem dwójka ssaków zastanawiała się co to właściwie może znaczyć.

- Rugo - zwrócił się szarak do towarzysza, kiedy oboje siedzieli skuleni pod wielkim dębem i przyglądali się niszczycielskiej ulewie - Znowu się z kimś gryzłeś? Futro masz zmierzwione.

- Nie moja wina Tokilu - odparł lis - Nie szukam zaczepki. To oni zaczynają.

- Poszło o teren? Jedzenie? A może lisicę? - drążył królik, lecz odpowiedziała mu cisza - Czyli znowu o mnie.

- O zasady Tokilu, o zasady. W lesie jest tyle królików, że jedzenia drapieżnikom nie braknie, jeśli zostawią w spokoju jednego.

- Nie uważasz, że to dziwne? - zamyślił się Tokilu - To, że jeden królik jest Ci kompanem, a inny obiadem?

- Deszcz jest dziwny - odparł Rugo - Kto to widział, żeby woda spadała z nieba?

- Rugo...

- Często dziwne jest dla nas tylko to, czego nie rozumiemy. Jeśli to pojmiemy, przestaje być dziwne. Jesteś moim przyjacielem, a tylko przy okazji królikiem. Żaden z nas nie wybierał ciała, w którym przyszło mu się urodzić.

Deszcz powoli przemijał, zabierając ze sobą troski zwierząt i kłębiące się w ich głowach myśli.

Mijały dni, tygodnie, miesiące i nic się nie zmieniało. Rugo dalej bronił Tokilu, a Tokilu dalej troszczył się o Rugo. Ślady lisich łap odnajdywano obok króliczych, chociaż wiatr i deszcz zacierały je regularnie.

Pewnego dnia spokój zwierząt został zmącony, kiedy rozpędzony Tokilu wpadł prosto pod łapy swojego lisiego przyjaciela.

- Rugo! Całe szczęście! - wysapał szarak, kuląc się i chowając za kompana - Coś mnie goni! Chce pożreć! Jest wielkie i szybkie!

Lis zasłonił sobą królika, gotowy nadstawić karku dla przyjaciela, ale w powietrzu nie wyczuwał niczego niepokojącego.

- Niczego nie widzę, ani nie słyszę - powiedział po chwili.

- Było tuż za mną! - wychylił się Tokilu, nastawiając uszu.

- Może to zgubiłeś. Co tak właściwie Cię goniło?

- Nie wiem. To nie był lis, wilk, ani nawet pies. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego.

- Dziwne, ale ja też spotkałem dzisiaj coś dziwnego. Zauważyłem to w jeziorze, ale kiedy próbowałem podejść, odsuwało się na głębiny. Wyglądało jak lis, chociaż mieszkało pod wodą.

- Lis z jeziora?

- Może to lisia syrenka albo lisi wodnik.

- Nie ma czegoś takiego jak lisia syrenka - zganił przyjaciela Tokilu - Za dużo czasu spędzasz na słońcu.

- To nie ja się wystraszyłem wiatru - odburknął Rugo.

- Naprawdę coś mnie goniło!

- Widziałeś to?

- Tylko cień, ale ten cień był prawdziwy! Był wielki i miał spiczaste uczy albo rogi!

Od tego czasu Rugo często udawał się nad jezioro, żeby zachęcić wodnego kolegę do opuszczenia kryjówki, lecz ten zawsze uciekał po tafli wody i chociaż lis wypływał coraz dalej, nie udawało mu się dosięgnąć syrenki. Często na przemoczonego Rugo wpadał też Tokilu, który uciekał przed nieznanym nikomu zagrożeniem.

- To bez sensu - stwierdził Rugo - Ja usilnie staram się coś dogonić, podczas kiedy Ty bardzo starasz się przed czymś uciec.

- Zamieńmy się - zaproponował Tokilu - Ja pójdę nad jezioro, zobaczyć tego wodnego lisa, a Ty pójdziesz na polanę, gdzie zazwyczaj spotykam to straszne zwierzę, kiedy tylko ciepło zachodzącego słońca zaczyna łaskotać mnie po plecach.

Tak zrobili i kiedy dotarli każdy na wyznaczone miejsce, zrozumieli.

Tokilu obchodził jezioro dookoła i spoglądał na taflę wody z każdej możliwej strony, ale widział w niej tylko swoje odbicie.

Rugo czekał cierpliwie na polanie, ale zachodzące słońce wydłużało tylko jego własny cień.

- Cały czas próbowałeś dogonić siebie - zaśmiał się Tokilu, kiedy zwierzęta się spotkały - To było Twoje odbicie w jeziorze, zdeformowane przez niestałą wodę.

- A Ty próbowałeś przed sobą uciec - dogryzł królikowi lis - Cień Twoich uszu Cię wystraszył i podążał za Tobą, kiedy biegłeś.

Zakończeń tej historii może być wiele, tak jak wiele może być w niej wniosków, morałów i konkluzji.

Jeśli pomyśleliście, że lis pewnie finalnie zjadł królika - nazywa się to uprzedzeniami.

Jeśli stwierdziliście, że zwierzęta skończyły jako gulasz, czapka na zimę lub element dekoracyjny mieszkania - nazywa się to pesymizmem.

Jeśli wierzycie, że żyły długo i szczęśliwie do późnej starości - cóż, optymizm też jest potrzebny.

To tylko legenda, bajka dla dzieci, historia wymyślona - stwierdzi realista.

Nie jest jednak ważne co myślicie o samej historii i jakie widzicie w niej zakończenie. Czasami jeśli zostawi się otwarte drzwi, daje to dużo więcej możliwości niż "przejść przez drzwi" i "przez drzwi nie przechodzić". Można je pomalować, wyjąć z zawiasów czy porąbać siekierą.

Nawet niedokończone opowieści mogą nieść ze sobą morały.

Jednych ta historia uczy współpracy, drugim pokazuje otwartość, a jeszcze innych utwierdza w przekonaniu, że często spędzamy czas na ucieczce przed sobą lub poszukiwaniu tej wersji siebie, która nie istnieje.

Interpretacja opowieści jest tutaj dowolna. Tak jak dowolny jest w niej udział.

Zakończeń i wniosków jest dokładnie tyle, ile jest woli czytelnika, by je odnaleźć.

_____________________

Tłum. z języka rosyjskiego: własne, #Connor, #Misha

piątek, 6 marca 2020

Dwie watahy i dwa wilki

Historia pochodzi z babcinego dziennika i została przetłumaczona z kombinacji języka polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego. Zrobiliśmy co mogliśmy. Dziękuję za pomoc chłopaki, sama bym sobie nie poradziła.
#Misha, #Artem, #Connor.


~~~~~

Historia ta ma korzenie głębokie jak korzenie starych dębów i sięga czasów, kiedy po dalekim wschodzie chodziły jeszcze tury z rogami wielkimi jak młode drzewa i ciałami potężnymi jak skały. Mieszkały one na nizinach, gdzie las przechodził w tundrę, a ich jedynym wrogiem były wilki. Żaden łowca nie zapuszczał się bowiem w tak niegościnne rejony, by polować na zwierzynę, której nie mogło unieść sześciu rosłych mężczyzn. 

Tak było dawniej, zanim najpotężniejsza wataha znana Verkhoyi* rozłamała się w wyniku waśni na dwa klany - Tiya i Brati.

Tiya była watahą małych i wątłych wilków o długich i smukłych łapach. Wilki te były słabe, ale bardzo szybkie. Członkowie stada unikali konfliktów i ratowali się ucieczką. Nie dosięgała ich broń łowców i z czasem stały się niezauważalne dla oczu innych niż sokole. Ich cienie były szybsze niż wiatr kładący trawy i nazywano ich cichymi łowcami.

Brati byli inni. Klan stanowiły potężne wilki, sięgające rosłemu mężczyźnie do ramion. Olbrzymie basiory i wadery były silne, ale przez to powolne. Poruszały się ciężko i nie było w nich grama gracji. Mogły łamać drzewa i siłować się z niedźwiedziami, ale kiedy biegły słyszała je cała tundra. Po ich przemarszu w ziemi tworzyły się wyżłobienia, w których mieściły się ludzkie dzieci.

Tiya unikali Brati, a Brati unikali Tiya.

Watahy nie wchodziły sobie w drogę. Tiya bali się wilków olbrzymów, które swoimi łapami łamały kości poległych zwierząt. Brati nie byli jednak w stanie dogonić mniejszych i zwinniejszych pobratymców. Spoglądali na nich z wyższością i traktowali jak leśne szczury. Hańbą dla wilka było przemykać się jak łasica i ważyć tyle co większy lis.

Dwa rody żyły więc osobno i osobno polowały.

Tiya żywili się wiewiórkami, zającami i drobnymi ofiarami, a Brati otaczali i zabijali niedźwiedzie i inne potężne, lecz powolne stworzenia.

Żadne z nich nie polowało jednak na tury.

Dla Brati były one za szybkie.
Dla Tiya zbyt potężne.

Wkrótce tereny otulił srogi mróz, przynosząc ze sobą białą śmierć - zimę. Śnieg i brak pożywienia powaliły na kolana wszelką zwierzynę łowną i skazały drapieżniki na głód. Jedynymi żyjącymi ofiarami były tury, których ciepło stada i własne futro pozwalały im przetrwać. Dzikie bydło było bezpieczne - daleko od ludzkich osad, zbyt silne dla jednej watahy i zbyt szybkie dla drugiej.

W lesie mieszkał stary samotny wilk, biały jak śnieg, który go otaczał. Ta zima miała być dla niego ostatnią. Makar, gdyż tak zwał się basior, zgromadził wokół siebie szczenięta obu klanów i spojrzał na nie. Wszystkie były tych samych rozmiarów i niczym nie różniły się od swoich braci. Cechy przynależności do klanów pojawiały się bowiem później.

- Spójrzcie na siebie - rzekł Makar - Widzicie jakieś różnice?

Wilczki słyszały go, ale tylko dwa słuchały z uwagą. Można bowiem słuchać słów, ale nie słyszeć ich znaczenia.

- Jedne z nas mają futra czarne, inne szare lub brązowe - odezwał się Bolshoy, który należał do Brati.
- Jedne z nas mają oczy brunatne, inne szare lub błękitne - dodał Molniya, który należał do Tiya.
- Czy futro różni wilka, czy robią to jego oczy? - zapytał Makar - Ni futro, ni oczy dadzą mu jedzenie i nie nakarmią one jego stada.

Zmierzch rozgonił szczenięta do swoich klanów, lecz dwa młode zostały, słuchając opowieści starego wilka.

- Kiedyś Wasze watahy były jednym i razem polowały na zwierzynę, na którą teraz żaden nawet nie spojrzy. Zwierzynę, która pozostaje jedynym pożywieniem w obliczu morderczej zimy.
- Dlaczego teraz nie polują razem? - zapytał Molniya.
- Pycha - odpowiedział Makar - Pycha ich podzieliła. Drążyła w nich jak rzeka w skale, aż w końcu ta skała pękła na pół. Dawniej dwaj bracia dowodzili watahą. Jeden z nich był małego wzrostu, ale wielkiego ducha. Kiedy biegł, sprawiał wrażenie jakby latał. On to prowadził część watahy i płoszył tury, odcinając najsłabsze osobniki od stada i zapędzając je na skały, gdzie czekała już druga część watahy, na czele z jego bratem. Ten był wilkiem tytanem. Jego łapy nie służyły jednak do biegu, a do gruchotania kości. Co dostało się w jego szczeki, już nigdy ich nie opuszczało. Miło było patrzeć na taką współpracę. Szybsze wilki sprowadzały ofiarę, podczas gdy silniejsze pozbawiały jej życia. Każdy miał swoje zadanie i każdy był najedzony.
- Czemu więc przestały? - zapytał Bolshoy.
- Pycha - powtórzył stary wilk - Każdy z braci twierdził, że jest ważniejszy dla watahy, a ich waśnie w końcu doprowadziły do rozłamu na dwa klany. Żaden z nich nie chciał odpuścić i nawet kiedy umarli, ich potomkowie kontynuowali dzieło swych przodków i nie dopuszczali do siebie myśli o połączeniu klanów.
- Który klan okazał się lepszy? - zapytał Bolshoy.
- Żaden - odpowiedział Makar - Razem były niezwyciężone. Siały grozę. Były potężne i nieuchwytne. Osobno były słabe i powolne. Nic nie znaczyły. Dwóch braci popełniło wielki błąd, pozwalając dumie kierować swoim losem. Tam, gdzie umiera wielu, nie jest ważne kto ma rację. Nikt nie jest wygrany. Nie da się biec szybko po piasku ani zagryźć ognia. Można być wolnym, będąc okutym w łańcuchy lub uwięzionym, nie będąc spętanym. To moje ostatnie słowa i to moja ostatnia noc.

Szczenięta wróciły do swoich klanów i żyły dalej według ich zasad. Słowa starego wilka umierały w nich, tak jak umarł tej nocy sam Makar.
Ziarna zasiane w sercu muszą mieć warunki, by wykiełkować. Porzucone nigdy nie przerodzą się w roślinę.

Młode, które przeżyły zimę przerodziły się w dorosłe wilki i zastąpiły starsze osobniki. Mróz nie ustępował i zbierał coraz liczniejsze żniwa. Watahy głodowały. Klan Brati stawał się słaby, a Tiya powolny. Wilki traciły to, z czego słynęły. Czas i zimno zabierały z nich życie, każdego dnia po kawałku. Ich płacz niósł się wśród koron drzew i docierał aż do gór. Nikogo on jednak nie obchodził. Nikt go nie słyszał. Klany ignorowały bolesne wycie swoich braci po drugiej stronie rzeki. Słuchały go dziesiątki wilków, ale słyszeć zdawały się tylko dwa.


Grafika własna. Kliknij, żeby powiększyć.

Los nieco później zepchnął te dwa wilki w jedno miejsce, gdzie padł bardzo stary tur. Jego rozkładające się szczątki zwabiły oba klany. Alfa każdej watahy nakazał stadu się rozdzielić i przeszukać okolicę. W obliczu głodu, każda śmierć przynosiła życie.

Kiedy Bolshoy dotarł do truchła, stał już przy nim Molniya, który widząc wilka olbrzyma chwycił kawałek mięsa i rzucił się do ucieczki.

- Dlaczego? - zapytał Bolshoy i Molniya zatrzymał się, nie podchodząc jednak do tytana.
- Dlaczego? - powtórzył pytanie Molniya - Bo nie jesteśmy jedni. Jesteśmy różni. Bardzo różni.
- Czy futro różni wilka, czy robią to jego oczy? - zapytał Bolshoy i Molniya poznał szczeniaka, zaklętego teraz w ciele wielkiego basiora.
- Tam, gdzie umiera wielu, nikt nie jest wygrany - odpowiedział Molniya i zaczął zbliżać się do olbrzyma, ignorując swój pierwotny instynkt, który nakazywał mu uciekać.
- Nie jesteśmy wrogami, to nasza wspólna wojna. Ty znalazłeś tura jako pierwszy, więc jest on Twój - rzekł Bolshoy.
- Nie uniosę całego. Całe Tiya go nie uniesie. Podzielimy go po połowie. W ten sposób najedzą się wszyscy - zdecydował Molniya i tak też wilki zrobiły.

Alfom obu klanów się to nie spodobało.

- Głupiś! - warczał lider Brati - Mielibyśmy jedzenia na zapas!
- Tiya znaleźli tura pierwsi. Mieli do niego prawo. Bez niego stado wymarłoby z głodu - tłumaczył się Bolshoy.
- No to co? Kogo oni obchodzą? Nędzne, chuderlawe kreatury już dawno powinny wyginąć i ustąpić miejsca prawdziwym wilkom. Zabierają nam tylko pokarm.
- Skąd wiadomo jaki jest ten prawdziwy wilk? 
- Natura zawsze wybiera większych i silniejszych!
- Natura z nas kpi. Jesteśmy potężni, to prawda, ale jesteśmy też powolni. Zbyt wolni, by dogonić jakąkolwiek ofiarę. Potrzebujemy więcej jedzenia niż oni, ale nie potrafimy go zdobyć.

- Nie potrzebujemy łaski od nich! - warczał lider Tiya - Trzeba było zwołać watahę. Każdy zabrałby kawałek i dla niego nic by nie zostało.
- Nie potrzeba nam tyle jedzenia. Oni umarliby bez niego - bronił się Molniya.
- Nic to! Nie są nikomu potrzebni. Jedzą więcej niż niedźwiedzie. Tam gdzie leżą, tworzą się wyrwy tak wielkie, że po deszczach mogą nas utopić. Zabierają nam tylko pokarm. Nie pomaga się wrogom.
- Wrogiem naszym jest głód, nie wilk, który dzieli się jedzeniem, podczas gdy mógł je odebrać siłą.

Bolshoy i Molniya zostali wygnani jako zdrajcy. Nie oni jednak zdradzili watahę. Zdradziła ją pycha. Duma odebrała klanom pożywienie i nadzieję. Skazała ich na głód. Nawet kiedy klany ujrzały jak dwa wilki, zupełnie od siebie różne, współpracują przy polowaniu jak niegdyś czyniła wataha, nie potrafili porzucić tradycji, w której zostali wychowani. Uczono ich nienawiści do tych, którzy nie byli tacy sami i chociaż nikt z nich nie znał podłoża sporu, wszyscy na taki warunek przystali.

Watahy wymierały, a głód obdzierał je z dumy, którą tak starały się bronić. Mądrzejsze osobniki odchodziły od klanów i przystawały do watahy, której przewodziły dwa basiory, oba na równych prawach. Wilki uczyły się na nowo jak współpracować i szanować się wzajemnie, tak by każdy miał swoje zadanie i był najedzony. Polowania na tury wróciły do łask, po wielu latach bezczynności.

Bolshoy tępił w stadzie wyniosłość dawnych Brati i uczył ich szacunku względem towarzyszy. Molniya był przykładem dla dawnych Tiya i uczył wilki zaufania wobec olbrzymów. Oba wilki stanowiły nowy porządek, w którym nie było miejsca na spory, a walka ustępowała łagodności. Szybkość była cechą jednego, a siła drugiego, mądrość była ich wspólna. Wataha rosła w siłę i wkrótce stała się potęgą, która przetrwała wielką zimę, czego nie udało się dokonać klanom. Tiya i Brati przestały istnieć wraz z ostatnim wilkiem padłym z głodu. Nie zabił ich jednak ani Bolshoy, ani Molniya, ani nawet wielka zima. Zabiła ich własna pycha i poczucie dumy.

Wataha Bratiya** żyła jeszcze długo po swoich przywódcach i kontynuowała ich historię. Historię o tym, jak to, co dwóch rozdzieliło, zostało połączone przez dwóch. Historię o tym, jak trudno odwrócić się od całego stada i kierować się własnym zdaniem, ale jak słuszna może to być decyzja. Historię o tym, że nie każda tradycja niesie ze sobą prawdę.

To racja, że trudno jednym patykiem zawrócić rwącą rzekę, ale jeśli dołączy się drugi patyk, a później trzeci i kolejny, to nie są to już patyki, a potężna tama.

Tama z pewnością może zawrócić rwącą rzekę. Najpierw jednak należy zacząć od jednego patyka, tak jak każda wataha zaczyna się od jednego wilka.


~~~~~

* Może tu chodzić o Góry Wierchojańskie, znajdujące się w Rosji. Nie mamy pewności.
** tłum. ros. Bracia
Molniya oznacza "błyskawicę", Bolshoy oznacza "wielki".

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Babcia, święta i dużo piór

Kiedy byłam mała, wszystkie święta w mojej rodzinie obchodzone były hucznie.
Boże Narodzenie, Wielkanoc, urodziny, rocznice, nawet tłusty czwartek. Babcia była iskrą, która podpalała lont, klejem, który trzymał to wszystko ze sobą. Za każdym razem dzwoniła ze swojego bardzo starego telefonu stacjonarnego z pozwijanym kabelkiem i poświęcała kilka godzin, żeby zaprosić wszystkich na uroczystość. Większa część rodziny nigdy jej nie odmawiała. 
Po obdzwonieniu rodziny babcia robiła listę obowiązków, ubierała fartuszek i szła do kuchni, z której nie wychodziła właściwie do samego świętowania. Podczas kiedy wszyscy bawili się, jedli i pili, babcia wraz z moją mamą, kilkoma ciotkami i czasem swoim rodzeństwem uwijały się w kuchni, myjąc brudne naczynia, podgrzewając potrawy i donosząc te brakujące na stół. To zawsze były kobiety, nigdy po kuchni nie panoszył się mężczyzna.

Właściwie babcia spędzała w tej kwiecistej niebieskiej podomce większość swojego życia.
Tak ją zapamiętałam, przynajmniej w czasach kiedy była jeszcze w stanie gotować.

Pewnej Wigilii babcia bardzo źle się poczuła. Nie odwołała przyjazdu rodziny, ale nie była w stanie godzinami stać w kuchni. Całą pracę wzięła na siebie moja mama wraz z babcinymi siostrami. Jeden z gości, kiedy dowiedział się o złym samopoczuciu babci, przyjechał kilka godzin wcześniej, by pomóc w obowiązkach. Był to mój kuzyn z którym obecnie nie mam już niestety kontaktu. Z tego co wiem zamieszkał za granicą. 
Chłopak był wielozadaniowy. Biegał do sklepu po zapomniane produkty, lepił pierogi i opiekował się dziećmi, które biegały po całym domu i przeszkadzały w pracy, ponieważ zjadała je nuda.
Mój dziadek (mąż mojej babci) narzekał na zaistniałą sytuację i wypominał babci, że to ona powinna zajmować się przygotowaniami.
- Chłop jesteś, a przy garach stoisz, to nie jest Twoja zadanie - marudził dziadek, leżąc cały dzień przed telewizorem w samych bokserkach.

Tak go swoją drogą zapamiętałam. Jako człowieka, który ze wszystkich osób na świecie najbardziej zdawał się nienawidzić własnej żony i zawsze paradował po mieszkaniu w samej bieliźnie, zazwyczaj z papierosem w dłoni.

- U mnie kobietom się pomaga jak są zmęczone, albo chore - odparł kuzyn, co bardzo dziadka zabolało.
- Baba z Ciebie - machnął na chłopaka ręką - Ona udaje przecież, żeby się od roboty wymigać.
- Babcia nie udaje - powiedziałam głośno, wbrew zakazowi wtrącania się w rozmowy dorosłych.
- Adwokat - powiedział dziadek - Następna taka sama rośnie. Nie podsłuchuj jak dorośli rozmawiają, idź do kuchni lepiej pomóż.
- Ona jest za mała, żeby coś tam robić. Za dużo tam teraz zamieszania, ostrych narzędzi i palników - odparł kuzyn, lecz dziadek tylko pokręcił głową i poszedł do babci, by zamęczać ją swoją opinią o tym co działo się w jego domu.
Pomimo złego samopoczucia, babcia zwlokła się z łóżka i nalegała na przydzielenie jej lżejszych zadań, takich jak krojenie jarzyn do sałatki, czy mieszanie farszu.

Wieczorem zjechali się goście, wszyscy zasiedli do stołu i zaczęły się typowe rozmowy o religii, polityce i piłce nożnej przy alkoholu. 
- Coś niewyraźnie wyglądasz, dobrze się czujesz? - pytali niektórzy babcię, dla której były to chyba pierwsze święta spędzone przy stole, a nie w trasie pomiędzy kuchnią, a korytarzem.
- Symulantka - odpowiadał dziadek, ignorując ganiące go spojrzenia.
- Może się połóż - sugerowali zatroskani goście.
- Ale ta ryba to w tym roku jakaś inna wyszła - mówili.
- Pierogi kupne? Takie lekko gumiaste - dopowiadali inni.
Część gości wykazywała oznaki troski i zaniepokojenia wyglądem i zachowaniem babci, ale większa część skupiała się tylko na narzekaniu na jakość potraw, czy skromniejszy wystrój mieszkania.

Kilka lat później, kiedy wykryto u babci raka (wtedy jeszcze niezłośliwego), babcia zrezygnowała z wielkich przyjęć i zapraszania rodziny na święta. Lubiła spotykać się z bliskimi, którzy mieszkali za daleko, by odwiedzać ich częściej i był to właściwie jedyny czas w roku, kiedy mogła spędzić chwile ze swoim rodzeństwem, lecz była już wtedy za słaba na takie rzeczy.

Babcia była moim mentorem. Moim moralnym guru, osobą do której chodziłam z problemami i która wiedziała o rzeczach, o których nie mówiłam nikomu innemu. Robiła mi za matkę, ojca i wszystko pomiędzy. Rozmawiała ze mną jak z dorosłym człowiekiem nawet kiedy byłam dzieckiem, ponieważ uważała, że byłam na tyle dojrzała, żeby ją zrozumieć i zapamiętać jej rady.
Nie mówiła mi o wszystkim, ale robiła to z troski. Miała ciężkie życie i nie chciała nim nikogo obciążać, ani zadręczać innych własnymi problemami.
Nie musiała nic mówić, wiele rzeczy dostrzegałam sama.
Ona zresztą też. Czasem wiedziała o czymś, o czym dopiero miałam zamiar jej powiedzieć, albo wyprzedzała mnie kiedy widziała, że nie chcę o tym mówić.
Nie rozumiała wszystkiego i nie zgadzała się ze wszystkim, ale była w stanie zaakceptować naprawdę wiele, a nawet naciągnąć własny punkt widzenia wbrew swojemu własnemu światopoglądowi. Była pod tym względem bardzo elastyczna.

Podczas pierwszych skromniejszych świąt, kiedy przy stole siedzieliśmy tylko ja z siostrą i mamą, rodzeństwem mojej mamy wraz z ich dziećmi, oraz babcią i dziadkiem, babcia wyszła w nocy na balkon żeby zapalić. Podeszłam do niej, bo trzeci papieros z rzędu sugerował mi, że coś ją gryzło.
Zabrałam ze sobą koc, stanęłam obok niej i zarzucając jej na plecy warstwę ochronną, stanęłam w kierunku przeciwnym do wydmuchiwanego dymu papierosowego.
- Zmarzniesz babcia i chora będziesz - powiedziałam, widząc jak babcia przyglądała się widocznym na niebie gwiazdom. Często to robiła.
- Jesteś zła, Paulinka? - spytała i na początku zupełnie nie wiedziałam o co jej chodziło.
- O to, że w tym roku nie ma prawdziwych świąt? - dodała po chwili. 
Wcale nie uważałam takich świąt za gorsze. Byłam nawet wdzięczna z faktu uniknięcia pytań o chłopaka, moich planów na przyszłość, czy całowania przez ciotki, wyposażone zawsze w bordowe szminki, które trzeba było zmywać z twarzy bardzo długo.
- Nie - odpowiedziałam - Co z tego, że teraz nie mamy wielkiej choinki, zasłaniającej pół pokoju, góry jedzenia, które i tak się zawsze wyrzucało, bo było go za dużo i kłótni przy wódce. Jakoś za tym nie tęsknie, teraz jest ciszej i spokojniej.
- W święta chodzi o to, żeby być z bliskimi - odpowiedziała babcia - wielu z nich dzisiaj nie widziałaś.
- To się zobaczymy przy innej okazji - odparłam. 
Z większością z nich i tak nie miałam żadnego wspólnego tematu.
- Przynajmniej mamy na głowie dwóch pijanych, a nie dziesięciu - dodałam, słysząc jak w pokoju obok ululany dziadek chrapał ze swoim ululanym synem.
- Pamiętasz te święta co się gorzej czułam i siedziałam ze wszystkimi? - spytała babcia.
- No pamiętam.
- To były najgorsze święta jakie pamiętam.
- Aż tak źle się czułaś?
- Nie, nie przez to. Po prostu dotarło do mnie, że niektórzy strasznie mnie drażnią i kiedy przebywałam obok nich, a nie z nimi, bo byłam zajęta kuchnią, to wydawali się bardziej znośni. To było bardziej męczące niż jakbym normalnie wszystko przygotowywała.
- No nie wyglądałaś na najszczęśliwszą.
- Święta powinno się spędzać z bliskimi. Tylko nie zawsze tymi bliskimi jest rodzina. Przynajmniej nie cała. Teraz bym już tyle osób nie zaprosiła. Moje rodzeństwo tak i tych z buska, ale nie wszystkich. Tylko też tak głupio zaprosić część, a część nie jak się zawsze zapraszało wszystkich.
- Oni Cię nigdy nie zaprosili do siebie. Nawet Twoje rodzeństwo - odpowiedziałam.
- I tak bym nie miała jak pojechać. Stary by mnie nie zawiózł, a pociągiem bym sobie nie dała już rady.
- Nie jest ważne czy byś pojechała. Nigdy Cię nawet nie zaprosili, bo wiedzieli, że co roku Ty urządzasz wielką imprezę. Jak się dowiedzieli, że w tym roku tak nie jest, to mogli chociaż z grzeczności zaprosić Cię do siebie. Za to, że tyle lat to Ty ich u siebie gościłaś i wokół nich biegałaś.
- Widocznie oni do tego mają inny stosunek niż ja Paulinka - odparła babcia, chociaż widziałam, że trafia w nią coraz więcej rzeczy i że trochę ją to boli.
- Jakie masz marzenie przed nowym rokiem? - spytała babcia i było to jej coroczne pytanie. W naszej tradycji oprócz postanowień noworocznych, których nikt nigdy nie dotrzymywał, tuż przed końcem roku wymyślało się jakieś marzenie, które miało człowieka prowadzić przez następny rok. To nie musiało być marzenie do spełnienia, miało po prostu siedzieć sobie w głowie i być.
- Nie mam - odparłam, bo myślenie o czymś, co nigdy nie miało się spełnić jakoś nie napawało mnie optymizmem.
- Masz, musisz mieć.
- Po co? Żeby myśleć o nich cały rok i wiedzieć, że się nie spełnią?
- To mi powiedz jakie, a ja Ci powiem czy się spełni, czy nie.
- Czy kiedyś Twoje marzenie się spełniło? Takie większe?
Babcia zamyśliła się przez chwilę i zaciągając się papierosem, odparła:
- Było kilka.
- To powiedz chociaż jedno.
- Nie wierzysz mi? - spytała.
- Tego nie powiedziałam.
- Zawsze chciałam, żeby ktoś chciał ze mną gadać na starość i żeby potrafił zmienić mój punkt widzenia. Nie muszę się z tym zgadzać ani nic, ale żebym kogoś posłuchała i pomimo mojego wieku i tego w co wierzę, a w co nie, stwierdziła "to nie jest dla mnie, ale rozumiem skąd przychodzi".
- Dziwne masz marzenia - odpowiedziałam.
- Marzenia z założenia są dziwne. Wcale nie muszą być realne. Możesz mieć marzenie, żeby pewnego dnia wyrosły Ci skrzydła na których będziesz mogła odlecieć. Co się właściwie dzieje z ludźmi tak naprawdę. 
- Taa - odpowiedziałam, wiedząc że babcia jest silnie powiązana z religią jako praktykująca chrześcijanka. Wizja stawania się aniołem po śmierci, czy posiadania własnego anioła nie była jej obca.
Mnie już bardziej.
Anioły były dla mnie na tym samym poziomie realności co jednorożce, albo wielkanocny zajączek.
I ona o tym wiedziała.
- Nieważne w co wierzysz, tak właśnie jest - kontynuowała babcia, widząc moją niepewną minę - Mówiłam Ci kiedyś o człowieku, który wybłagał skrzydła?
Nie znałam tej historii, więc pokręciłam głową i wciskając się pod babciny koc przygotowałam się na legendę, których moja babcia była skarbnicą.
- No więc był człowiek, który najbardziej na świecie pragnął latać. Codziennie prosił więc Boga o skrzydła, żeby jego marzenie mogło się spełnić. Człowiek ten nie potrafił cieszyć się z niczego innego, ponieważ wiedział, że tylko skrzydła są mu w stanie przynieść prawdziwe szczęście. Mężczyzna przeklinał Boga za to, że ten nie chciał mu pomóc. Przecież modlił się tak długo i wytrwale, pomagał innym i robił wszystko by na to zasłużyć.  Człowiek pewnego dnia zwrócił się do Boga i spytał dlaczego nie może dostać tej jednej rzeczy, na której tak mu zależy. Był gotowy oddać wszystko za swoje marzenie. Wtedy Bóg powiedział mu "Przecież masz swoje skrzydła. Cały czas są na Twoich plecach". Mężczyzna zorientował się, że Bóg ma rację i nagle poczuł ogromny ciężar skrzydeł, chociaż do tej pory nosił je na plecach bez najmniejszego problemu. Zaczęły mu ciążyć, zahaczać o meble w domu i strącać przedmioty. Były trudne w utrzymaniu czystości i po ich rozłożeniu zajmowały bardzo dużo miejsca. Człowiek zaczął narzekać na swoje skrzydła, chociaż do tej pory pragnął ich najbardziej na świecie. Okazały się dla niego tak nieporęczne i ciężkie, że zaczął je przycinać. Codziennie ucinał po kawałku aż nie zostały mu tylko bezużyteczne kikuty, na których nie dało się latać. Mężczyzna nawet nie spróbował się wznieść, chociaż miał ku temu okazję. Skrzydła odrastały, ale człowiek za każdym razem je skracał i nigdy z nich nie skorzystał, odkładając to na później.
- Bał się polecieć - dokończyłam za babcię.
- Te skrzydła to marzenia, wola walki, czy cokolwiek, co popycha nas do przodu. Można to nazywać jak się chce, można wierzyć w Boga, albo nie, ale każdy jest w stanie wyhodować sobie te skrzydła. Tworzą się kiedy pokonamy jakąś dużą trudność, kiedy się nie poddajemy i postanawiamy przeciwstawić się lękom, czemuś co przygniata nas do ziemi, czy nawet całemu światu. Każdy może te skrzydła rozwinąć, ale nie każdy jest w stanie na nich polecieć. Trzeba być bardzo silnym, upartym i zdecydowanym, żeby się na nich wznieść. Rozumiesz? - zakończyła babcia.
- Tak - odparłam.
- Nie podcinaj sobie tych skrzydeł dziecko. Może nigdy na nich nie polecisz, ale wcale nie są takie ciężkie, żeby trzeba je było niszczyć. Pewnego dnia mogą już nie odrosnąć i co wtedy zrobisz?
- Są samoloty, paralotnie, balony, spadochrony - wybrnęłam - Dzisiaj jest wiele opcji, żeby polecieć.
- Tak, ale nie lecisz wtedy sama - odpowiedziała babcia - To ktoś leci, a Ty tylko lecisz z nim. Nawet jeśli byś miała spaść i się poturbować, to warto spróbować jednak polecieć. Żaden człowiek nie nauczył się chodzić bez upadnięcia, nie ma łowcy, któremu ani razu nie uciekła zwierzyna. Lepiej jest te skrzydła stracić, próbując na nich polecieć, niż je sobie samemu obcinać, albo pozwolić, by ktoś Ci je obcinał. Na to też nie możesz pozwolić. Takiej osobie trzeba nakopać do dupska i kazać się zająć własnymi skrzydłami.
- Skoro tak jest, to czemu Ty dajesz sobie je podcinać? - spytałam - Jak powiesz, że jesteś za stara żeby latać, to schowam Ci fajki.
- Kto powiedział, że daję? - odparła babcia - Jeśli myślisz o dziadku, to ten stary cap podcina tylko sztuczne pióra, imitację, zamiennik. Moje prawdziwe piórka są pod spodem i mają już tyle lat, że zwykłe nożyczki sobie z nimi nie poradzą. Tylko latanie na nich jest trudne. Mówiłam Ci, nie każdy może polecieć. To nie znaczy, że takie skrzydła są bezużyteczne. Można się nimi powachlować jak jest gorąco, albo osłonić kogoś przed deszczem... albo chlasnąć kogoś w plecy z zaskoczenia - dodała nagle babcia.
Wizja babci chlaszczącej kogoś po plecach zawsze poprawiała mi humor, więc uśmiechnęłam się i babcia widząc mój uśmiech spytała ponownie:
- No, to jakie masz marzenie?

Powiedziałam jej, a ona wyznała mi swoje.

Jej marzenie nigdy się niestety nie spełniło i moje dotychczas również nie, ale może warto mieć nadzieję i potrzymać je w głowie jeszcze kolejny rok.
A potem następny.
I kolejny.
W końcu chyba lepiej umrzeć ze skrzydłami, niż z jednym piórem trzymanym w dłoni na pamiątkę tego, że kiedyś się je miało.


wtorek, 23 kwietnia 2019

Kwiat światła księżyca

Drobna uwaga zanim przejdziemy dalej.
Ta historia pochodzi z dziennika i utrzymuje elementy (nie wiem jak duże) pewnej chińskiej legendy. Oryginalna historia prawdopodobnie jest nieco inna i została zmieniona na przestrzeni czasu zanim znalazła się w dzienniku. Nie mam jednak informacji o jej oryginalnym źródle.


~~~~~~~~~~~~~~~~

W pewnej wiosce, w dalekiej krainie mieszkał wyśmienity myśliwy. Dostarczał on najlepsze zdobycze swojemu władcy. Ofiarowywał mu futra, tusze i schwytane zwierzęta. Polował tylko na największe i najpiękniejsze okazy ponieważ wiedział, że tylko w ten sposób może przypodobać się władcy i zaskarbić sobie jego wdzięczność. W zamian mężczyzna otrzymywał zgodę by mniejsze i nie tak okazałe sztuki pozostawiać dla siebie. W ten sposób mógł on wykarmić swoją rodzinę. Myśliwy posiadał jedno dziecko - córkę. Poza nią nie miał na świecie nikogo, robił więc wszystko by zapewnić małej dziewczynce najlepsze warunki. Nie było to proste, ponieważ wymagania władcy wciąż rosły. Myśliwy był zmuszony polować na coraz większe i niebezpieczniejsze zwierzęta. Kusił tym los i pewnego dnia szczęście przestało mu sprzyjać.
W gęstwinie drzew mężczyzna dojrzał największego dzika jakiego kiedykolwiek widział. Zwierzę miało gęste, złote futro i wielkością dorównywało dorosłemu niedźwiedziowi. Jego kły mogłyby kosić drzewa, a potężne racice miażdżyć powalone pnie. Myśliwy nie mógł przepuścić takiej okazji. Sięgnął po łuk i zakradł się cicho do zwierza, a kiedy był już wystarczająco blisko naciągnął strzałę i celując w olbrzymie stworzenie wystrzelił. Grot wbił się w skórę dzika, lecz jego gęsta szczecina ochroniła go przed śmiertelną raną. Rozsierdzone zwierzę natarło na ukrytego w gęstwinach mężczyznę i zadało mu wiele głębokich ran nim uspokoiło się i odeszło. Z zakrwawionymi szablami i strzałą wbitą w bok.
Myśliwy przeżył, ale kiedy dotarł do wioski padł wykończony u progu swego domu. Widząc to mała dziewczynka, która była jego córką pomogła ojcu wejść do środka i zajęła się opatrywaniem jego ran. 
Dziecko opiekowało się ojcem jak najlepiej potrafiło, lecz mimo usilnych starań rany wciąż krwawiły i nie zasklepiały się. Zrozpaczona dziewczynka po trzech dniach walki o życie myśliwego wybrała się do zielarki. Kobieta ta była najstarsza w całej wiosce i wiedziała o ranach i ich leczeniu więcej niż ktokolwiek inny. 
- Przez swoją zachłanność Twojego ojca czeka śmierć. Należy znać umiar pomimo posiadania umiejętności - rzekła zielarka.
- Nie, proszę. Musi być jakieś wyjście. Zrobię cokolwiek, zrobię wszystko! - zawodziła dziewczynka, zalewając się łzami.
- Jest jedna rzecz. Bardzo rzadki kwiat, którego lecznicze właściwości goją nawet najgłębsze rany. Kwiat ten rośnie jednak tylko podczas pełni i zwie się kwiatem światła księżyca. Podaruję Ci jedno nasionko. Po wyrośnięciu z niego rośliny musisz przyrządzić wywar i polać nim rany ojca. Kwiat ten jest jednak niezwykły. Nie wystarczy samo światło księżyca, musi być nawieziony czymś najczystszym i najbardziej drogocennym. Czymś niesłychanie szlachetnym.
- Znajdę coś takiego, dziękuję! - odparła dziewczynka i zabierając nasionko wybiegła z domu zielarki.
- Musisz się spieszyć! - krzyknęła za nią kobieta - Do pełni została Ci tylko jedna noc i jeden dzień!
Dziecko wiedziało, że czeka je wyścig z czasem. Nagrodą miało być jednak życie jej ojca. Dziewczynka pobiegła do domu, spakowała prowiant i wodę, a nasionko owinęła w materiał i zabrała ze sobą. Córka podeszła do myśliwego i obiecując mu znalezienie lekarstwa przytuliła go mocno. Opuściła dom i chorego z zamysłem udania się w góry. Dziecko pamiętało, że kiedyś ojciec opowiadał jej o źródle tak czystym i nieskalanym, że nawet zwierzęta z szacunku do czegoś tak pięknego nie chciały z niego pić. Woda z tego źródła byłaby idealna do nawiezienia nasionka. Była jedyną godną kwiatu substancją jaką znała.
Dziewczynka wkroczyła na leśną ścieżkę, kierując się na widoczne znad koron drzew szczyty gór. Im głębiej wchodziła w las, tym ciemniej się stawało. Dzień ustępował nocy. Wiedziała, że kiedy księżyc po raz kolejny pojawi się na niebie będzie musiała zasadzić nasionko. Do tego czasu musiała więc znaleźć źródełko. Z rozmyślań wyrwał ją żałosny krzyk, jakiego nie słyszała nigdy dotąd. Nie należał on do człowieka, ale nie wiedziała jakie zwierzę mogło wydawać z siebie takie jęki. Ojciec nigdy nie zabierał jej na polowania, to było zbyt niebezpieczne. Nie wiedziała więc nic o mieszkających w lesie stworzeniach. Córka myśliwego znalazła się na skraju niewielkiego urwiska. Na drugą stronę prowadziła powalona kłoda. Dziewczynka cieszyła się, że drzewo upadło w ten sposób, w przeciwnym razie nie udałoby jej się przeprawić na drugą stronę. Wyrwa nie była głęboka, ale była stanowczo zbyt szeroka by mogła ją przeskoczyć. Dziecko wspięło się delikatnie na prowizoryczny most i zaczęło ostrożnie stawiać kroki na chyboczącej się kłodzie. Córka spojrzała w dół i w rozpadlinie ujrzała parę migoczących oczu. To stamtąd dobiegało zawodzenie.
- Kim jesteś? - krzyknęła, by dodać sobie odwagi.
- Ja spadłem i nie mogę się wydostać. Zgubiłem też mamę, proszę pomóż mi!
Dziewczynka postanowiła pomóc nieznajomemu, lecz kiedy światło księżyca oświetliło wyrwę ujrzała w niej małego niedźwiadka. Miś widząc trwogę na twarzy dziecka krzyknął:
- Nie bój się, nic Ci nie zrobię. Pomóż mi, proszę!
- Ale Ty jesteś niedźwiedziem. Niedźwiedzie nie potrafią mówić, żadne zwierzę nie potrafi.
- Oczywiście, że potrafimy. To ludzie nie potrafią słuchać. To, że nas nie rozumieją nie oznacza jeszcze, że nie mówimy. Pomożesz mi wyjść? I znaleźć mamę? 
Mimo strachu dziecko postanowiło pomóc małemu niedźwiadkowi. Dziewczynka nie chciała nawet myśleć jak ona by się czuła gdyby zgubiła tatę i utknęła w rozpadlinie w środku lasu. Jej krótkie rączki nie były jednak w stanie dosięgnąć misia.
- Poczekaj tu, sprowadzę pomoc - rzekła - Sama i tak bym Cię nie wciągnęła, jesteś dla mnie za ciężki. Obiecuję, że tu wrócę, dobrze?
- Ale wróć! - odparł miś, patrząc na dziecko niknące w mroku.
Córka myśliwego długo krążyła po lesie szukając pomocy. Nie mogła wrócić do wioski, ponieważ nikt nie pomógłby niedźwiedziowi. Kiedy już traciła nadzieję natknęła się na lisa, który widząc człowieka czmychnął powiewając srebrzystą kitą.
- Poczekaj! Potrzebuję pomocy, nie zrobię Ci krzywdy. W rozpadlinie utknął mały niedźwiedź! - wołała za lisem dziewczynka, lecz ten nie przystając ani na chwilę odparł:
- Czas. Musisz się spieszyć.
I zniknął za drzewami.
- No przecież nie zostawię go samego - powiedziało do siebie dziecko i słysząc nietypowy dźwięk uderzania o siebie dwóch przedmiotów pobiegło w kierunku z którego dochodził.
Przed dziewczynką rozciągała się polana na której walczyły dwa jelenie. Ich poroże uderzało o siebie i zakleszczone zwierzęta przepychały się z jednego końca polany na drugi. Córka myśliwego krzyknęła na zwierzęta, jednak te jej nie słyszały zajęte własnymi sprawami. Dziewczynka weszła więc na jabłoń i zrywając owoce rzucała nimi w walczące jelenie.
- Człowiek! - krzyknął w końcu jeden z nich.
- To mały człowiek - odparł drugi.
- Co mały człowiek robi w lesie, w środku nocy? - spytał pierwszy.
- Szuka pomocy - odparła dziewczynka nim zdążył zrobić to drugi jeleń - Tam w rozpadlinie utknął mały niedźwiadek i nie może wyjść. Wy macie takie piękne, wielkie poroże i jesteście tacy silni. Na pewno udałoby Wam się go stamtąd wyciągnąć. Pomożecie mi?
- Pomóc człowiekowi? - spytał jeden z jeleni.
- Pomóc niedźwiedziowi? - odezwał się drugi.
- Oboje jesteście naszymi wrogami - odparły razem.
- Ja Was nie skrzywdzę, a jestem pewna że jeśli pomożecie misiowi to on również nie. Może powie też swojej mamie, że pomogły mu dwa piękne i silne jelenie i należy im się szacunek - rzekła dziewczynka.
- Szacunek, to piękne - odparł jeleń.
- Ale szacunkiem się nie najemy. Jesteśmy głodni, trawa nam zbrzydła. Jeśli dasz nam coś do jedzenia, a to nam zasmakuje to Ci pomożemy - dopowiedział drugi.
- Tu jest pełno jabłek, mogę je Wam pozrzucać - ucieszyło się dziecko.
- Nie, nie chcemy jabłek - rzekł jeleń.
- Sami możemy je pozrzucać wystarczy, że uderzymy w drzewo - dodał drugi.
Dziewczynka zeszła z drzewa, zajrzała do swojej torby i poczęstowała jelenie warzywami i owocami które zabrała ze sobą w podróż. Najedzone zwierzęta poszły za nią we wskazane miejsce i schylając głowy pomogły wydostać się niedźwiadkowi z rozpadliny. Miś wspiął się po ich porożu i zeskoczył na trawę. Dziewczynka podziękowała jeleniom, a te kłaniając się odeszły by dokończyć przerwaną potyczkę. Wiedziała, że niedźwiadek szuka mamy i nie chciała zostawiać go samego, ale bardzo się spieszyła. Zaproponowała misiowi by poszedł z nią i po drodze rozglądał się za swoją mamą, na co ten przystał.
Szli całą noc i cały poranek dnia następnego. Zjedli resztę zapasów i wciąż nie znaleźli ani mamy misia, ani źródełka mimo, że znajdowali się już wysoko w górach.
- Stąd będzie lepiej widać - zapewniała niedźwiadka córka myśliwego - Na pewno znajdziemy Twoją mamę i moje źródełko.
- Dlaczego szukasz tego źródełka? Przecież przez las płynie rzeka, z niej też można się napić - spytał miś.
- Woda z tego źródełka jest czysta i wyjątkowa. Jest mi potrzebna do podlania nasionka kwiatu, który wyrasta tylko w blasku pełni księżyca.
- Po co Ci ten kwiat?
- Jest potrzebny mojemu ojcu. Zaatakował go wielki dzik i jego rany nie chcą się goić, ten kwiat mu pomoże. Tak powiedziała zielarka.
- To niemożliwe. Dzik nikogo nie atakuje bez powodu. Twój tata musiał go czymś rozgniewać.
- Strzelił do niego, ale dzik był zbyt duży by paść od jednej strzały.
- Dlaczego to zrobił?
- Jest myśliwym, strzela do zwierząt i zanosi je władcy, a on w zamian pozwala mu polować na króliki i sarny.
- Jest więc mordercą.
- Wcale nie, robi to żebyśmy mogli jeść.
- Władca robi to dla trofeum. Trofeum którego nawet sam nie zdobywa. Twój tata przynosząc mu coraz rzadsze i większe zwierzęta tylko zwiększa jego apetyt. Oboje postępują głupio. Głupio i zachłannie. Jeśli Twój tata wyzdrowieje może zabić moją mamę, albo mnie. Może zabić tego dzika, który jest miły i daje nam żołędzie. Nie chcę żeby on wyzdrowiał.
- Nie mów tak, to mój tata. Porozmawiam z nim. Myślę, że po takim zdarzeniu sam nie będzie już chciał polować - odparła dziewczynka i spojrzała na kamień, na którym wygrzewał się lis.
- Czas - odparło srebrzyste zwierzę - Czas ucieka - po czym czmychnęło za drzewa.
- Potrzebujemy pomocy, sami nie zdążymy. Nie wiemy gdzie jest Twoja mama ani moje źródełko - rzekła dziewczynka, kiedy na gałęzi obok przysiadła sroka.
- Ja mogę pomóc. Mogę się rozejrzeć, na niebie więcej widać. Tam, z góry. Nie za darmo. Chcę futro dzika. Nie zwykłego dzika, złotego dzika. Jego futro jest gęste i piękne, wystarczy jedna kępka. Muszę ocieplić swoje gniazdo.
- Nie mamy czasu by szukać dzika - odparło dziecko - Poza tym on może mnie zabić! Próbował zabić mojego tatę!
- Tylko dlatego, że Twój tata próbował zabić jego. Dzik jest miły, na pewno da Ci futro.
- Dlaczego sama go nie zdobędziesz?
- Dzik mnie nie widzi. Jest za duży i ma słaby wzrok. Albo futro, albo nie lecę. Popilnuję małego misia. A Ty idź do dzika, idź, idź! - skrzeczała sroka i dziewczynka nie widząc innego wyjścia zeszła do lasu. Nie musiała długo szukać, na drzewach znajdowały się ślady krwi, a głęboko w ziemi osadzone były ślady wielkich racic. Dziecko poszło za śladami i odnalazło odyńca który leżał pod drzewem.
- Panie dziku - odparła dziewczynka przejęta strachem na widok ogromnego zwierzęcia - Potrzebuję pana futra. Czy mogłabym dostać trochę? Sroka chce ocieplić swoje gniazdo i dopóki tego nie zrobi nie pomoże mi wypatrzeć mamy zgubionego niedźwiadka i źródełka. Potrzebuję go żeby wyleczyć tatę...
- Z ran które mu zadałem - przerwał dziecku dzik swoim potężnym głosem.
- Skąd Ty... skąd pan to wie? - spytała córka myśliwego cofając się za drzewa.
- Pachniesz jak on. Wzrok mam słaby, ale węch mi to rekompensuje. Dlaczego miałbym pomagać komuś kto próbował mnie zabić?
- Ty też... znaczy pan też próbował go zabić, więc chyba jesteście kwita - odparła dziewczynka.
- Nie pomogę Ci.
- Proszę, to tylko trochę futra.
- Nie chodzi o futro, a o zasady. Nie pomagam mordercom.
- Ale on umrze bez mojej pomocy, a ja nie mogę pomóc jeśli inni mi nie pomogą.
- Tak, wiem i przykro mi, jednak zdania nie zmienię.
Dziewczynka wytarła spływające po policzkach łzy i już chciała odejść kiedy zauważyła strzałę swego ojca wystającą z boku zwierzęcia.
- Mogę Ci to wyjąć i opatrzyć ranę.
- To nie zmieni mojego zdania - odparł dzik przyglądając się małej istotce.
- Tak, wiem. Jednak jeśli strzała będzie w środku będzie Ci zadawać ból i nie pozwoli się zagoić ranie.
Odyniec pozwolił dziecku podejść, a ono wyjęło strzałę i owinęło ranę własną chustą.
- Co teraz zrobisz? - spytał dzik.
- Wrócę na górę - westchnęła dziewczynka - I znajdę inny sposób żeby znaleźć drogę.
- Weź futro - odparł dzik - Twoja odwaga i determinacja zasługują na nagrodę. Nie robię tego dla Twojego ojca, żebyśmy mieli jasność. Robię to bo mi pomogłaś chociaż wcale nie musiałaś.
Uradowana córka zabrała kępkę złotego futra i pobiegła do sroki. Ptak wzbił się na ciemniejące niebo i wypatrzył z powietrza niedźwiedzicę, oraz drogę do źródła. Dziewczynka rozstała się z misiem i popędziła we wskazanym przez srokę kierunku. Jej drobne nóżki nie poddawały się mimo iż trawił je ból i dziecko dotarło na szczyt wzgórza w momencie, kiedy na ciemnym niebie pojawiła się pełnia. W ziemi wydrążone było koryto, jednak brakowało w nim wody. Dawne źródło wyschło. Została po nim tylko pamięć.
Córka opadła na kolana i rzewnie zapłakała tuląc zawinięte w materiał nasionko.
- Czas - usłyszała obok cichutki głos - Czas Cię wyprzedził.
Dziecko podniosło głowę i ujrzało lisa, przyglądającego się jej. Jego srebrne futro lśniło w blasku księżyca.
- Nic już nie mogę zrobić. Nie zdążę znaleźć innego źródełka, do tego tak czystego jak to. Mój tata umrze.
- Straciłaś czas. Dlaczego? - dopytywał lis.
- Bo musiałam im pomóc. Misiowi i dzikowi, i...
- Dlaczego?
- Bo tak trzeba. 
- Mogłaś go zostawić. Wtedy byś zdążyła.
- Ale nie mogłam!
- Dlaczego? Wiesz dlaczego?
- Nie wiem! - wyrzuciła z siebie zapłakana dziewczynka.
- A ja wiem - odparł lis - Ja wiem dlaczego. Wiem czemu pomogłaś misiowi, chociaż mogłaś go zostawić i czemu nakarmiłaś te jelenie swoim jedzeniem. Wiem też czemu nie zostawiłaś niedźwiadka nawet kiedy nazwał Twojego ojca mordercą i dlaczego pomogłaś dzikowi mimo, że nie chciał Ci dać swojego futra. Zrobiłaś to wszystko bo masz czyste serce. Bardzo czyste, najczystsze. A wiesz skąd się biorą łzy? Pojawiają się kiedy jesteśmy smutni, albo radośni. Kiedy jest nam przykro, albo za mocno się śmiejemy. Łzy oznaczają emocje, uczucia. Te same uczucia trzymamy w sercu. 
Dziewczynka spojrzała na lisa próbując zrozumieć jego słowa, a on kontynuował.
- Nie potrzebujesz wody ze źródełka, już dałaś nasionku najczystszą i najszlachetniejszą substancję. Spójrz, jest całe mokre od łez. No otwórz dłoń.
Kiedy dziecko wykonało polecenie lisa ujrzało w swoich małych rączkach nie nasionko lecz piękny kwiat, który mienił się kolorami w świetle pełni. Uradowana chciała przytulić srebrzyste stworzenie, ale kiedy się rozejrzała nie było go już przy niej.
Dziecko owinęło starannie kwiat materiałem i najdelikatniej jak potrafiło zbiegło ze zbocza. Schodząc z gór i mijając las oraz polanę wróciło do wioski. Słońce już wstawało, a dziewczynka choć zmęczona i głodna z radością wbiegła do domu i przyrządziła kwiat według zaleceń zielarki. Kilka godzin później ojciec dziewczynki obudził się i po raz pierwszy od kilku dni przytulił swoją ukochaną córkę.
To, że mógł to zrobić nie było jednak zasługą zielarki, ani magicznego kwiatu. Wszystko zawdzięczał czystemu sercu i miłości własnego dziecka.
Bo to jest właśnie najszlachetniejsza substancja, która pomaga wyrosnąć wielu rzeczom, niekoniecznie dla nas widocznym.







piątek, 11 stycznia 2019

Biały jeleń

Historia z babcinego dziennika.

Pewnym królestwem rządził despotyczny i okrutny król. Tron został przez niego przejęty siłą i morderstwem, dokonanym na członkach królewskiej rodziny. Król był młodszym z dwóch książąt, a prawo przyznawało panowanie starszemu potomkowi. Pozbywając się brata, matki, oraz ojca w okrutny sposób, władca zyskał tron, potęgę o której marzył i strach poddanych, którzy nie śmieli mu się przeciwstawić.

Król słynął na swych ziemiach z zamiłowań do brutalnego traktowania wszelkich stworzeń, w tym również ludzi. Większość zamkowych komnat stanowiły sale tortur dla jeńców wojennych, oraz poddanych którzy odważyli się podważyć słuszność rządów władcy, lub źle o nim wypowiadać.
Królestwem rządził strach, a w obawie o własne życie ludzie wielbili władcę, wbrew własnym przekonaniom.
Królowi wkrótce po objęciu rządów narodziło się dwóch synów. Bliźnięta były do siebie bardzo podobne i tylko ich matka potrafiła je odróżnić.
Jeden z nich dostał na imię Izbor, a drugi Zamir.
Wieść o narodzinach książąt ściągnęła na zamek zarówno pospólstwo, plebs i patrycjat, jak również przybyszy z sąsiednich królestw. Wszyscy chcieli ofiarować coś nowym członkom królewskiej rodziny i przypodobać się w ten sposób okrutnemu władcy. Ludność świętowała i obsypywała noworodki podarkami. Nie kierowało nimi jednak szczęście, lecz strach przed gniewem króla. Ci, którzy mimo największych chęci nie byli w stanie nic ofiarować, lub ich podarunki nie spodobały się panującemu, kończyli na chłoście i w podziemnych komnatach. Królowa nie miała prawa głosu. Odcięto jej język, kiedy młoda dziewczyna została ofiarowana królowi i pojęta za żonę. Według króla kobiety nie powinny przemawiać, postanowił więc upewnić się, że królowa nigdy nie zdradzi żadnego sekretu, ani nie rozpocznie buntu. Kobieta była szczęśliwa, że narodziło się dwóch chłopców, bała się, że dziewczynki mogłyby podzielić jej los.
Kiedy na zamku trwało świętowanie, przez królewską bramę przeszła starsza kobieta, wspierana o lasce i odziana w łachmany. Staruszka miała na ramieniu łasicę, która rozglądała się badawczo po okolicy i węszyła małym noskiem. Biedaczka wspięła się po schodach, przytrzymując ubranie i dwa zawiniątka, które niosła przy piersi. Kiedy weszła do komnat, obecni tam mieszkańcy rozstępowali się, by przepuścić kobietę przed królewskie oblicze. Mieszkańcy znali staruszkę. Była okoliczną zielarką i zajmowała się w głównej mierze lecznictwem zwierząt i osób potrzebujących. W bogatszych warstwach społecznych uchodziła za szarlatankę i wiedźmę, jednak nigdy nie zdołano udowodnić jej domniemanych czarów. Nikt nie wiedział gdzie dokładnie mieszka kobieta, ani skąd pochodzi, lecz pojawiała się zawsze kiedy była potrzebna. Wszelkie próby śledzenia jej kończyły się fiaskiem.
Staruszka zbliżyła się do tronu i skinęła głową.
- Proszę wybaczyć Wasza Wysokość, jednak ze względu na mój podeszły wiek nie mogę uklęknąć, by oddać należny hołd królewskiej rodzinie. Przyjmij jednak wyrazy mojego uznania i skromne podarki jakie przyniosłam dla Twych synów -
Król podejrzliwie spoglądał na zielarkę. Nigdy nie widział kobiety, choć wiele o niej słyszał. Mimo, że jej nie ufał pozwolił zbliżyć się staruszce do kołyski, gotowy wezwać straż, gdyby nie spodobały mu się działania kobiety.
- Nie będę żywił urazy o ten brak szacunku, jeśli Twoje podarki okażą się wartościowe - odpowiedział, przyglądając się bacznie staruszce wyciągającej spod ubrań zawinięte w szmaty szczenięta.
- Mój prezent nie ma wartości materialnej, lecz zapewniam że jest wartościowy. Nie mam bogactw, którymi mogłabym obsypać te dzieci, lecz tego w życiu im nie zabraknie. Chcę podarować im cenniejszy dar. Miłość, której mogą nie doświadczyć i opiekę, której nigdy nie mogą mieć zbyt wiele - rzekła zielarka, kładąc dwa, identyczne pieski w kołysce. Dzieci odruchowo wtuliły się w miękką sierść i przytuliły główki do szczeniąt.
- Dajesz moim synom psy? - uniósł się król, gotów zesłać staruszkę do podziemnych komnat.
- To nie są zwykłe psy Wasza Miłość. To szczenięta narodzone z najlepszej suki w królestwie. Spełnią każde oczekiwania, przejdą najcięższe próby. Przede wszystkim jednak będą strzegły Twych dzieci. Ich byt jest przecież najważniejszy -
Król zasiadł ponownie na tronie, przyjrzał się kołysce i śpiącym w niej stworzeniom i odrzekł:
- W porządku. Twój podarek, mimo że bardzo skromny zostaje przyjęty. Psy, kiedy podrosną nadadzą się do polowań z moimi synami, może nawet uda się je wyszkolić do zabijania wrogów -
- Bardzo się cieszę, Wasza Miłość. Gratuluję Ci synów - odparła staruszka, a jej łasica przeskoczyła na drugie ramię i patrząc królowej w oczy otwierała pyszczek, jakby szeptała "I Tobie również silna matko. Tobie przede wszystkim".
Po trzech dniach ludzie opuścili zamek, a uroczystości zakończyły się. Wszystko wróciło do normy. Książęta rosły w siłę, a razem z nimi rosły też i psy.
Chłopców dalej łączyło niezwykłe podobieństwo, któremu nie dawała się zwieść jedynie matka. Psy odróżniali jedynie ich właściciele. Zarówno ludzcy, jak i zwierzęcy bracia byli nierozłączni. Najlepsi rzemieślnicy wykonali dla królewskich zwierząt obroże ze skóry, z wypalonymi na niej imionami: Audax i Fortis. W ten sposób łatwiej było obcym ludziom rozróżnić który pies należy do którego księcia.
Audax był opiekunem Izbora, a Fortis Zamira.
Psy wielokrotnie ratowały dzieci z opresji. Wyciągały je, kiedy wpadały do zamarzniętej rzeki, czy zbliżały się niebezpiecznie do płomieni. Zwierzęta obserwowały pierwsze kroki właścicieli i słyszały ich pierwsze słowa.
Kiedy książęta dorosły, król wysłał swych synów na polowanie.
- Jako, że nie mam pojęcia, który z Was przyszedł na świat pierwszy, będziecie walczyć o władzę. Ten, który wróci z większą zdobyczą, będzie mógł ściąć brata i przejąć tron, kiedy ja będę już zbyt stary żeby panować -
Zarówno królowa, jak i jej synowie próbowali przeciwstawić się woli ojca. Przekonać, że drugi z książąt może żyć, kiedy pierwszy zasiądzie na tronie. Król jednak nie znosił sprzeciwu i zagroził mordem całej trójki, jeśli nie podporządkują się rozkazowi.
Bliźnięta nie miały wyboru, chcąc ratować siebie nawzajem, oraz matkę, wyruszyły konno do lasu, zabierając ze sobą psy. Królowa oczekiwała na zamku, zalewając się łzami i żywiła nadzieję, że synowie wymyślą jakiś sposób i nie ulegną tradycji okrutnego ojca.
Królewscy potomkowie długo nie wracali i kiedy król zamierzał już wysłać za nimi pościg, na dziedzińcu rozległo się ujadanie psów i rżenie koni.
Książęta zsiadły z koni i zrzuciły z ich grzbietu pokaźnego, białego jelenia.
Król obszedł zwierzę dookoła i przemówił zadowolony:
- Dobrze więc. Który z Was upolował to olbrzymie zwierzę, a który wrócił z niczym? -
Bracia spojrzeli po sobie i i odpowiedzieli jednocześnie:
- To był Izbor -
- To był Zamir -
Władca nie słynął z cierpliwości, toteż zabawy jego dzieci nie podobały mu się ani trochę.
- Jeśli nie powiecie prawdy, ukażę Was obu - rzekł.
- Nie możemy określić kto dokładnie zabił jelenia. Zarówno ja jak i Izbor wypuściliśmy strzałę w tym samym czasie - odparł Zamir.
- Oba groty przebiły serce - dodał Izbor, wskazując na dwie strzały, sterczące u lewego boku zwierzęcia - Co więcej, oba psy wytropiły jelenia i zapędziły go do doliny, odcinając mu drogę ucieczki -
Kierowany gniewem król nie przyjmował takiego rozwiązania. Czuł się oszukany i wiedział, że synowie celowo rozprawili się z zadaniem w ten sposób. Postanowił więc ich ukarać.
- Wasz brak szacunku do woli ojca nie będzie tolerowany - odparł - Weźmiecie swoje psy, wyprowadzicie je w las i zabijecie. Nie chcę mieć krwi na dziedzińcu, to przyciąga robactwo. Sami zdecydujecie jak to zrobicie i czy każdy z Was zabije własnego psa, czy psa swojego brata. Skoro jesteście tak nierozłączni, razem podejmiecie tę decyzję. Macie przywieść mi ich głowy, jako dowód że i tym razem nie uniknęliście zadania. Kiedy wrócicie, wymyślę jak rozwiązać problem przejęcia tronu -
Chłopcy byli zrozpaczeni, wiedzieli jednak, że jeśli spróbują dyskutować z ojcem, pozbawi on życia wszystkich. Otarli więc łzy i ruszyli konno do lasu, zabierając ze sobą nieświadome niczego zwierzęta. Kiedy dotarli do polany, zsiedli z koni, przytulili psy, żegnając je po raz ostatni i wyciągnęli miecze, powstrzymując łzy i przemożną chęć wbicia ostrzy we własne serca. Książęta żadnego innego stworzenia nie kochały w życiu tak mocno. Ufne psy patrzyły właścicielom prosto w oczy. Bez strachu, pokładając wiarę w dzieciach, które nigdy ich wcześniej nie skrzywdziły.
Zanim ostrza przecięły szyje zwierząt, na polanie pojawiła się łasica. Przyglądała się rzezi i węszyła zapach świeżej krwi, która barwiła trawę i spływała po rękach chłopców. 
Ktoś stracił tej nocy życie, by ocaleć mógł ktoś.
Królowa czekała na dziedzińcu, mimo że mroźny wiatr przeszywał ją do kości. Czekała na swoich synów, gotowa pocieszyć ich po stracie swoich najwierniejszych przyjaciół. Wiedziała jak trudna musiała być dla bliźniąt ta wyprawa i jak wiele ich kosztowała. Nie chciała krzywdy swoich dzieci i gdyby mogła, zrobiłaby wszystko by przejąć ich karę i okrutne zadania.
Żadna matka nie może spokojnie patrzeć na cierpienie jej dzieci.
Noc postępowała, a książęta nie wracały. Królowa z coraz większa trwogą wypatrywała chłopców w całkowitej ciemności. Nasłuchiwała rżenia koni i przyglądała się drzewom zanurzonym w mroku.
Z czerni nocy wysuwały się powoli znajome kształty. Grzywy, kopyta i masywne ciała. Konie bez jeźdźców zmierzały do zamku. Kiedy królowa ujrzała samotne zwierzęta wpadła w rozpacz i rozkazała skinieniem ręki otworzyć bramę, by mogła wybiec im naprzeciw. Kobieta potykała się o kamienie i nierówną drogę, lecz biegła co sił przed siebie, łudząc się, że zawodzi ją wzrok i dzieci nie było widać na grzbietach koni z daleka. Kiedy dotarła do zwierząt, książąt na nich nie ujrzała. Dwa psy, idące tuż za końmi przywitały ją merdaniem i wesołym poszczekiwaniem. Pyski zwierząt zbroczone były krwią. Królowa pragnęła krzyczeć, lecz nie mogła. Klątwa jej męża prześladowała ją nawet w takiej sytuacji. Brak języka mógł przyczynić się do zguby jej dzieci, jeśli jeszcze żyły gdzieś w tym lesie. Kobieta dosiadła jednego z koni i pognała na zamek, gdzie najlepiej jak potrafiła wyjaśniła gestami co się wydarzyło. Nie było czasu na spisywanie słów, należało zwołać straże i ruszyć w pościg. Na dziedzińcu, przyciągnięty zamieszaniem pojawił się król. Kiedy dowiedział się, że jego synowie nie wrócili i do zamku przybyły same zwierzęta wpadł w szał. Rozkazał zabić zarówno konie, jak i psy, a żonie wrócić do zamku. Ta jednak nie posłuchała. Zawróciła konia i ruszyła galopem do lasu, zostawiając za sobą rozjuszonego męża i strażników, którzy mogli słuchać tylko rozkazów króla. Jedyną pomocą, na którą mogła liczyć były dwa, poplamione krwią psy jej dzieci. Audax i Fortis biegły za koniem i nie opuszczały jeźdźca na krok.
Psy zaprowadziły królową na polanę. Mimo potoku krwi, na miejscu nie było ciał. Kobieta odnalazła jedynie ubrania bliźniąt i ich miecze. Opadła na kolana i załkała. Zaniepokojone psy skakały wokół niej i ocierały się o ubrania, jakby chciały jej coś powiedzieć. Matka była jednak zbyt zrozpaczona, by zrozumieć co pragnęły przekazać zwierzęta. Ich oczy były dla niej dziwne i nienaturalne, jakby jaśniejsze i pełne zrozumienia. Mogłaby przysiąc, że zna dobrze to spojrzenie, chociaż zbliżała się do psów rzadko. Audax i Fortis wpychali nosy w ręce kobiety i przynosili jej ubrania dzieci, popiskując przy tym. Psy nie ruszały się z miejsca, nie tropiły dalej. Ślady chłopców urywały się tutaj. Musiało dopaść ich jakieś zwierzę. To tłumaczyłoby krew, jednak nie ubranie, które nie było nawet poszarpane. Żadne zwierzę nie pożera swojej ofiary, pozbywając się wcześniej ubrań.
Działo się tu coś, czego kobieta nie potrafiła zrozumieć, mimo że bardzo chciała.
Królowa spojrzała na pyski zwierząt i pojęła. Świadomość tego, co się stało uderzyła ją, niemal powalając na ziemię.
W oddali słychać było rżące konie. Pościg, z królem na czele był już w lesie. Musiała to jakoś wytłumaczyć mężowi i nie pozwolić mu wpaść w gniew. Kiedy król pojawił się na miejscu i zsiadł z konia, królowa wiedziała już że jej nie wysłucha. Biła od niego złość, tak potężna, że kobieta cofnęła się przed mężem, zasłaniając twarz i usiłując ruchem ust wypowiedzieć słowa, które nie mogły opuścić jej gardła. Władca dobył miecza i zamierzył się na kobietę, lecz nim zdołał zadać cios, oba psy rzuciły się na rosłego mężczyznę, przygniatając go do poplamionej krwią trawy. Gwardia królewska pospieszyła królowi z pomocą i udało im się odciągnąć ujadające i gryzące zwierzęta.
- Przytrzymajcie je - rozkazał monarcha, podnosząc się z ziemi - I ją też - dodał, wskazując na królową.
Psy wiły się i rzucały, chcąc się oswobodzić, jednak ucieczka nie była możliwa. Król spojrzał w oczy zwierząt i kiedy nie ujrzał w nich niczego, pozbawił psy głów dwoma, szybkimi uderzeniami miecza. Krew ponownie popłynęła polaną, mieszając się ze łzami królowej, której usta składały wyrazy, niesłyszalne dla nikogo.
Mężczyzna uśmiechnął się, podniósł łeb jednego z martwych stworzeń i  przyjrzał się mętniejącym oczom. Z odciętej szyi zsunęła się skórzana obroża, lecz kiedy król odrzucił na bok psi łeb i schylił się po obrożę, po raz pierwszy w życiu poczuł strach. Nie znał tego uczucia, było mu ono obce jak miłość i ciężkie do zniesienia. Władca obrócił w rękach przedmiot i spojrzał na wypalone na nim imię. "Izbor". Król uznając to za żart, lub podłą sztuczkę wziął do ręki głowę drugiego psa i przyjrzał się zawieszonej na szyi obroży. "Zamir" głosił napis i kiedy mężczyzna spojrzał na swoją żonę zrozumiał. Głowa psa opadła na ziemię i potoczyła się, zbliżając do drugiej.
Królowa wiedziała. Zrozumiała to wcześniej, jednak nie mogła przekazać tego słowami. "To nasi synowie" mówiło jej zaszklone spojrzenie "Zamordowałeś nasze dzieci". Na polanie zapadła cisza tak przemożna, że raniła uszy zebranych ludzi. Słychać było tylko szybkie wciąganie powietrza małej łasicy, która zwabiona zapachem krwi siedziała przy starym, powalonym drzewie i węszyła. Kiedy oczy zwierzęcia spotkały się z oczami króla zerwał się wiatr tak silny, że strażnicy, by nie upaść musieli przylgnąć do ziemi. Królowa zasłoniła rękami twarz i wsłuchiwała się w rżenie uciekających koni, które przepłoszyła wichura.
Trwało to dłuższą chwilę, a kiedy przyroda uspokoiła się i wszystko wokół zamilkło kobieta podniosła głowę i ujrzała przed sobą pięknego, białego jelenia. Wyglądał tak samo, jak ten upolowany wcześniej przez jej synów, miał nawet na sobie ślady po strzałach, a stróżki krwi płynęły z jego rany. "To niemożliwe" tłumaczyła sobie, "Ten jeleń był martwy, widziałam go przecież na dziedzińcu". Zwierzę rozglądało się niepewnie dookoła i kiedy spojrzało na leżącą na ziemi kobietę, królowa wiedziała już wszystko. "To stało się ponownie". Leżące na ziemi szaty i korona utwierdziły ją w przekonaniu, że na środku polany stał król. Królowa nie wiedziała jak to możliwe i dlaczego poprzednim razem spotkało to jej synów, ale była tego pewna. Strażników nie było na miejscu, musieli uciec, lub pobiec za spłoszonymi końmi. Władczyni miała pełną świadomość, że musi ukryć męża. W takim stanie nie mógł pokazać się na zamku, zabito by go. Niewiele myśląc, królowa oderwała kawałek szaty ze swojego rękawa i owinęła nim ranę zwierzęcia.
"Cóżeś uczynił?" mówiły poruszające się usta "Cóżeś Ty uczynił".
Na zamku ogłoszono żałobę po królu i dwójce książąt. Poszukiwania królowej trwały dalej i lud wierzył, że ich władczyni się odnajdzie i powróci, by rządzić królestwem i odmienić los ludzi.
Królowa ukrywała się jednak w lesie, pilnując by biały jeleń nie znalazł się w zasięgu oczu myśliwych i poszukującej jej straży. Matka własnymi rękami pochowała synów zamienionych w psy na polanie, w miejscu ich śmierci. Kiedy kolejnej nocy zasypiała, marznąc z zimna, wtulona w korę drzewa, poczuła ruch tuż obok siebie. Kiedy się obejrzała, ujrzała jelenia, osłaniającego ją od wiatru i ogrzewającego ją własnym ciałem. Dla kobiety był to pierwszy w życiu przejaw troski jej męża i nie była pewna, czy król zrobił to dobrowolnie, czy pokierował nim jakiś instynkt, którego nigdy dotąd nie przejawiał. Między drzewami królowa dostrzegła łasicę, przekrzywiającą głowę i przyglądającą jej się. To było to samo stworzenie, jakie kilka dni temu widziała na polanie. Wiedziała do kogo należy zwierzę i liczyła że zaprowadzi ją ono do właścicielki. Tylko zielarka mogła naprawić to co się stało, może nawet miała z tym coś wspólnego. Posądzano ją przecież o czary, a to co wydarzyło się w ostatnich dniach nie było niczym naturalnym. Przemarznięta kobieta szła za łasicą i po pewnym czasie ujrzała we mgle zgarbioną postać. Zwierzątko wskoczyło na staruszkę i przytuliło się do jej karku.
"Błagam" wykrzyczała królowa, lecz z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk "Niech to się skończy. Wiem, że masz z tym coś wspólnego, ale nie dbam o to. Proszę, zrobię wszystko, żeby odzyskać synów".
- Wszystko? - ożywiła się staruszka - Uważaj Wasza Miłość na co się godzisz. Krew można spłacić tylko krwią. Żeby kogoś wskrzesić, ktoś inny musi umrzeć -
"To znaczy, że możesz to zrobić?" poruszała ustami królowa "Możesz wrócić im życie?"
- Tak, ale tylko dlatego, że tak naprawdę nie umarli. Ich życia są zawieszone, jednak by ich przywrócić potrzebna jest śmierć. Krwi z krwi. To może być tylko rodzina -
"Zgadzam się, weź mnie. Zabij mnie, jeśli tego potrzebujesz, tylko przywróć moich synów do życia. Proszę, oddaj moim dzieciom życie"
- To szlachetne z Twojej strony, ale żądasz ode mnie dwóch żyć, a ofiarujesz jedno -
"Mój mąż. Ten biały jeleń, w którego go zmieniłaś. Zabierz i jego"
- Mylisz mnie z kimś Wasza Miłość, ja niczego nie zrobiłam. Ja tylko chcę Ci pomóc naprawić to, co stało się przez okrucieństwo Twego męża. Nie mogę go zabrać wbrew jego woli. Musi ofiarować swoje życie dobrowolnie -
"Nie zrobi tego. On nigdy by się dla nikogo nie poświęcił. Jest okrutny i zły, nie oddałby swojego życia, nawet za własnych synów. On ich zabił, zamordował ich i zrobiłby to ponownie"
- Odwróć się - odrzekła staruszka.
Królowa zrobiła to i ujrzała za sobą białego jelenia, skłaniającego głowę z olbrzymim porożem.
- Czasem, żeby kogoś odmienić, trzeba to zrobić naprawdę. Okazałaś mężowi miłość i przywiązanie, nawet kiedy ten zabił Ci synów. Nie porzuciłaś go, ani nie oddałaś w ręce myśliwych, chociaż mogłaś to zrobić. Twoje dobro dotarło nawet do jego skamieniałego serca. Miłością zwalcza się okrucieństwo. Teraz przemawia przez niego pokora i skrucha -
Królowa spojrzała na klęczącego jelenia i dotknęła ręką jego głowy.
"Teraz jest szansa zapłacić za winy"
- Umrzeć ktoś musi, żeby żyć mógł ktoś - rzekła staruszka i porywisty wiatr przerwał dalsze słowa. Stało się to, co musiało się stać.
Następnego dnia ciało królowej odnaleziono w lesie. Wsparte było ono na martwym jeleniu, którego głowa spoczywała na kolanach kobiety. Tego samego dnia odnaleziono również królewskich synów, którzy nie potrafili wytłumaczyć nikomu gdzie byli, oraz co działo się w tym czasie.
Bracia panowali w zgodzie i miłości aż do późnej starości i razem rządzili królestwem. Lud uwielbiał swych królów, bo mądrością i łagodnością przewyższali wszystkich dotychczasowych. Nie pamiętali jak umarli ich rodzice, ani co stało się z psami, jednak z nieznanego sobie powodu postanowili nadać królestwu nowy herb, który również stworzyli wspólnie.
Widniał na nim jeleń, dwa psy i łasica.