Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

poniedziałek, 21 września 2020

Bohaterowie kasy fiskalnej

Bardzo doceniam pracę ekspedientek i wszystkich osób pracujących w sklepach, zwłaszcza w marketach czy sieciach odzieżowych. Kiedy usłyszałam o tym, że część znanych sklepów odzieżowych wymusza na pracowniku dwanaście godzin stojącej pracy i surowo zakazane jest nawet podparcie się, kiedy w sklepie nie ma żadnych klientów, zaczęłam się zastanawiać kto będzie w przyszłości płacił za rehabilitację tych osób. Kręgosłup ma swoje granice, o czym często zdarza się nam zapominać.

Tutaj mała prośba.

Jeśli zauważymy, że jakaś rzecz spadła na podłogę i jesteśmy w stanie ją podnieść, to ten jeden przysiad nie zrobi nam krzywdy. To nic w porównaniu z pracownikiem, który z wymuszonym uśmiechem stoi już siódmą godzinę i pyta wesoło czy może w czymś pomóc. Nie bądźmy ch*jkami.

"Oni tu pracują, za to im płacą" czy "ciężka praca to jest na kopalni, a nie w sklepie", lub też "było się uczyć" - są najbardziej żenującymi, niedojrzałymi i "lamerskimi" tekstami, jakie można sobie wyobrazić w tej sytuacji. Zegnij się, podnieś, powieś, odejdź. Godności jeszcze nikt od tego nie stracił, a może tej miłej pani kręgosłup strzeli dzięki temu nieco później.

Dzisiaj, korzystając z wolnego poranka, przeszłam się na większe zakupy do marketu. Obeszłam z koszykiem dwie alejki, kiedy ujrzałam lekkie poruszenie wśród pracowników. Towar był wykładany w pośpiechu, ludzie popędzali się nawzajem i rzucali krótkimi hasłami, jak: "która już jest?", "jak chcesz iść do wc, to teraz, zaraz tu wpadną", "Chryste, za piętnaście minut będzie szkolna przerwa", "wykładajcie najpierw napoje i chipsy, na to się rzucą pierwsi, zostaw te warzywa", "Ktoś widział Ewę? Gdzie jest Ewa, miała wejść na kasę".

Niemal słyszałam dudnienie wojennych bębnów. Pracownicy spoglądali niepewnie w stronę drzwi, przyglądając się budynkowi szkoły po drugiej stronie ulicy.

Widząc ogólny popłoch i przygotowania do starcia, postanowiłam się zgęścić i skierować się w stronę kasy. Zanim dotarłam jednak do taśmy, do sklepu wlała się fala młodych ludzi w wieku 9 - 15 lat, przeprowadzając masowy atak na uzupełnione półki. Pracownicy skrzętnie usunęli się z drogi i zajęli taktyczne miejsca przy taśmach. Paczki z jedzeniem, które spadły na ziemię, zostały tam już nawet po odejściu szarańczy. Przepychanka przy ladzie, bo "zaraz się kończy przerwa" zmusiły ekspedientkę do wycofywania towaru, który błędnie został przypisany nowym właścicielom. Byłam pod wrażeniem chaosu, jaki wywołała około piętnastoosobowa grupka młodocianych, jednocześnie czułam jednak współczucie dla pracowników.

Zapłaciłam i odsunęłam się na bok z moim kratowanym pojazdem, żeby tam w spokoju przepakować swoje zakupy do toreb, obserwując przy okazji tę nierówną walkę.

Nie dane mi było zobaczyć finiszu, ale domyślam się, że ten maraton nie był dla kasjerek nowością i muszą przechodzić przez niego nawet kilka razy dziennie.

Doceniam cierpliwość i siłę psychiczną tych osób. Osobiście miałam ochotę przestawić towarzystwo i ustawić je w rządku, kiedy w wyniku pośpiechu na podłodze swój żywot zakończyła szklana butelka z piwem, którego ze względu na wiek brygada i tak nie mogła kupić.

niedziela, 20 września 2020

Problem z temperaturą

Jako że został mi rok studiów magisterskich, od razu po powrocie z wakacji wpadłam w wir badań laboratoryjnych, potrzebnych mi do napisania pracy magisterskiej. Zaczęłam od razu, ponieważ październik zaczyna się dla mnie projektem unijnym, co w połączeniu z moim planem zajęć, daje niewiele czasu na eksperymenty własne, które bywają bardzo niewdzięczne. Badania potrafią zająć cały dzień, nie zostawiając żadnych efektów albo dając fałszywe wyniki. Często trzeba więc pracę zaczynać od nowa, ponieważ coś może pójść nie tak, nawet na ostatnim etapie testów. Należy się też uzbroić w cierpliwość, czekając na zakończenie przepływów, którym nigdzie się nie spieszy.

W związku z pandemią, na uczelnię mogą wejść tylko osoby, które mają przepustkę i dobry argument, by się tam znaleźć. Przy pierwszych drzwiach następuje kontrola temperatury, nacieranie się środkami antywirusowymi o zapachu benzyny oraz krótki wywiad, który sprowadza się do ustalenia celu przyjścia, nazwiska promotora i ewentualnego czasu wyjścia.

Sprzęt, którego potrzebuję rozłożony jest w trzech równoległych salach. Badania przeprowadzam samodzielnie, więc zanim wyjdę, muszę upewnić się czy wszystkie maszyny są stabilne, znajdują się w odpowiednich trybach pracy, stanowiska pozostają czyste, a drzwi zamknięte. W razie wybuchu, przecieku czy ewentualnej powodzi, cała odpowiedzialność spada na tego, kto ostatni opuścił laboratorium.

Zazwyczaj spędzam przy maszynach sześć do ośmiu godzin dziennie, wychodząc tylko, żeby coś zjeść (w salach panuje całkowity zakaz spożywania posiłków) oraz kiedy muszę wyjść do toalety. Nawet jeśli bywa nudno, to przynajmniej jest spokojnie, co docenia każdy introwertyk.

Oprócz mnie na piętrze widuję tylko jedną dziewczynę, pracującą w sali pyłowej. Laboratorium, w którym pracuje, mijam tylko w drodze do toalety, ale jej wory pod oczami, ślepe wpatrywanie się w wyniki, które nie pokrywają się z wiedzą książkową i krótkie drzemki na blacie sugerują mi, że ona również walczy z pracą czy to inżynierską, czy magisterską. Chociaż nigdy nie rozmawiałyśmy, czułam się mniej osamotniona na tym polu bitwy.

Twarzą w twarz spotkałyśmy się dopiero, kiedy zatrzymano nas w obie w drodze do laboratorium. Zostałyśmy poproszone o podwinięcie rękawa bluzki i pokazanie nadgarstków. Zazwyczaj temperatura była mierzona bezdotykowo z czoła, ale tym razem, z niewiadomych nikomu powodów, wprowadzono zmiany i postanowiono przestawić się na mierzenie z ręki, ponieważ jak się dowiedzieliśmy "tam jest bardziej stabilna temperatura". Nie jestem specjalistą od medycyny ludzkiej, ale pierwszy raz słyszałam taką teorię. Przez zmianę procedur zatrzymywana była co druga wchodząca osoba.

- Proszę sobie usiąść i się schłodzić i zaraz zmierzymy ponownie - rzekł strażnik, wskazując mi ławkę, na której siedziała już znajoma mi dziewczyna, wpatrująca się z niepokojem w zegarek.

Termometr podświetlił się na czerwono i wyrzucił z siebie komunikat "too high", ale kiedy zapytałam od ilu właściwie jest te "too high" w stopniach Celsjusza, nie uzyskałam odpowiedzi.

Usiadłam w pewnej odległości od dziewczyny i poprawiając maskę, spytałam czy ona również czeka z powodu zbyt wysokiej temperatury. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie. Termometr wskazywał u niej "to low".

- Niemożliwe - odparłam - musiał się zepsuć albo ma słabe baterie.

Wzruszyłyśmy ramionami i postanowiłyśmy poczekać, tak jak nam kazano. Kolejne pomiary były przeprowadzane co pięć minut, ale wyświetlacz postanowił, że czerwony jest jego kolorem i nie miał zamiaru zmienić w tym temacie zdania.

- Może jednak spróbujemy z czoła - zasugerowała dziewczyna - ja mogę mieć za słabe krążenie, koleżanka za silne i już będzie inna temperatura, do tej pory przecież wchodziłyśmy.

- Proszę czekać dalej albo iść do domu - rzucił strażnik.

Czekałyśmy więc dalej i patrzyłyśmy jak nieubłaganie uciekały nam kolejne minuty. Powinnyśmy zacząć swoje badania już pół godziny temu, jeśli chciałyśmy wyjść o normalnej godzinie i zdążyć na autobus powrotny.

- Niech pan nam zmierzy normalnie na czole, to nic nie da, że będziemy piętnaście razy miały z ręki mierzone. 

- To samo wyjdzie przecież.

- Co panu szkodzi? Mniej roboty dla pana i dla nas.

- Śpieszy się gdzieś?

- Tak się składa, że tak. Proszę mi normalnie zmierzyć z czoła. Jak dzisiaj tam nie wejdę i nie wyłączę maszyn, to nie jestem w stanie obiecać, że jutro ten budynek będzie jeszcze stał.

Strażnik wstał z miejsca, narzekając pod nosem, że mu "takie młode będzie zwracać uwagę jak ma wykonywać swoją robotę, jak on przecież wie lepiej", ale podszedł do nas i wycelował termometr w czoło najpierw moje, a następnie koleżanki. Wyświetlacz zzieleniał i wyświetlił magiczne 36,6 oraz 36,8, więc mężczyzna spojrzał na nas podejrzliwie i wykonał jeszcze dwa pomiary kontrolne, "tak na wszelki wypadek", po czym rad, nie rad, musiał wpuścić nas do środka.

Za każdym razem, kiedy przy wejściu spotykamy akurat tego człowieka, upiera się on przy pomiarach z ręki i dopiero po kilku nieudanych próbach i zapewnieniu, że akurat nam należy mierzyć z czoła, odpuszcza i wykonuje pomiar jak cała reszta strażników na innych zmianach.

Nie mam pojęcia skąd bierze się ten upór, ale mam wrażenie, że ta zabawa potrwa jeszcze jakiś czas, na zmianę z zabawą "jak działa to ustrojstwo, za moich czasów to się normalnie pod pachę wsadzało".

piątek, 18 września 2020

Uważajcie na kolory

Słyszałam ostatnio historię o psie, który został kopnięty, ponieważ miał na sobie kolorową obrożę. Tęczową, ściślej rzecz ujmując. Nie jestem człowiekiem małej wiary, ale zdarzenie wydało mi się absurdalne, nawet biorąc pod uwagę obecną sytuację w Polsce. Może po prostu za bardzo wierzę w ludzi i odrzucam od siebie myśl, że mogą istnieć jednostki myślące tak płytko i agresywnie.

Do czasu aż spotkała mnie podobna sytuacja.

W ostatnim czasie przez mój dom przewinęło się wiele tymczasów. Niektóre z nich zostawały na chwilę, innymi zajmowałam się nieco dłużej. Część psów trafiała pod moją opiekę z pełnym oprzyrządowaniem, w postaci: szelek, smyczy, kantarów, szczotek, grzebieni itp. Jednakże były też zwierzęta, które nie posiadały nic poza obrożą, a czasem nawet i tego brakowało. Wychodząc z tymi psami używałam więc rzeczy Morfiny lub innych tymczasów. Nie zawsze pasowały one do siebie kolorystycznie, ale nie zwracałam na to uwagi tak długo, jak długo spełniały one swoją funkcję.

Pewnego dnia wyszłam na zewnątrz z trzema psami. Starałam się dzielić spacery tak, żeby masa wyprowadzanych przeze mnie zwierząt nie przekraczała jednorazowo 150 kg. Tym razem były to trzy samce. Dwa masywne i jeden mniejszy, nie przekraczający 30 kg. Podczas przechadzki zostałam zaczepiona przez przechodnia i zapytana o możliwość pogłaskania zwierząt. Zgodziłam się na dotykanie, ponieważ wszystkie trzy psy miały z ludźmi dobre stosunki i nie przeszkadzał im dotyk obcej ręki.

- A to suka jest? - spytał mężczyzna, pochylając się do zwierząt i wskazując najmniejszego psa.

- Nie, to wszystkie psy.

- A to czemu na różowej smyczy?

- A to nie może?

- Nie no może, ale wygląda w tym jak pedałek.

- Bo ma różową smycz? To samce już nie mogą mieć kolorowych smyczy?

- Nie no mogą, ale różową?

- Kolor jak każdy inny.

- No spoko, tylko wygląda jak pedałek. Żeby tylko gejkiem nie został, bo się pozostałe ucieszą, hehe.

Nie skomentowałam. Po prostu bez słowa zwinęłam psy, odciągając je od wyciągniętej ręki człowieka i ruszyłam przed siebie. Może powinnam była przyjąć to jako prześmieszny żart, może powinnam zaregować jakoś inaczej, ale z jakiegoś powodu wydało mi się to potwornie żenujące i musiałam tę żenadę natychmiast rozchodzić.

W podobny sposób reagowałam zawsze na "Ej, patrz jak ją wącha pod ogonem, chyba ma ochotę, zaraz jej mi*etę zrobi".

Po prostu nie.

Po tej sytuacji jakoś bardziej dotarła do mnie historia nieszczęsnego psa, który oberwał butem, ponieważ miał na szyi drażniące kogoś kolory.

Co do tęczowej obroży, właściciel psa zgłosił zajście na policję, ale nie wiem jak sprawa się rozwinęła i czy sprawca został pociągnięty do odpowiedzialności. Samemu psu nic się na szczęście nie stało. Przynajmniej jeśli mówimy o urazach fizycznych.

Pamiętajmy więc wszyscy, żeby ostrożnie dobierać kolory które nosimy my, nasze ewentualne dzieci i zwierzęta, żebyśmy przypadkiem komuś nie zasugerowali czegoś niewłaściwego.

Ponieważ jak wiadomo, to my powinniśmy dostosowywać się do głupiego, nie głupi do nas.



środa, 16 września 2020

Gdzie się podziały leśne psy?

Nasz plan opuszczenia arki był prosty: 

spakować się ➡️ wysprzątać arkę ➡️ załadować zwierzęta do samochodu ➡️ upewnić się, że wszystko zostało zabrane ➡️ wsiąść do samochodu ➡️ odjechać w siną dal

Niestety, jak się okazało, nastąpiły pewne komplikacje w realizacji tego planu.

Po pierwsze żadne z puchatków nie miało zamiaru zapakować się do pojazdu i dotyczyło to zarówno Morfiny, jak i leśnych pyśków. Świniak nauczony doświadczeniem ośmiogodzinnej jazdy postanowił odmówić i udawać największe zmęczenie i senność w dziejach ludzkości, natomiast reszta towarzystwa była zbyt nieufna, żeby dać się uprowadzić. Zignorowane zostały nawet kotlety rozłożone w samochodzie. Zostawić psów w lesie jednak nie mogliśmy, więc postanowiliśmy przejść do planu awaryjnego, a mianowicie ciastka uspokajające z tryptofanem - niezbędnik każdego posiadacza psa lękliwego.

Owinięte w szynkę ciastka zostały zaaplikowane i w nadziei czekaliśmy na efekty. Takie wynalazki nie działają oczywiście na każdego psa, ale mieliśmy nadzieję, że oprócz Morfiny, która po piątym ciachu była już skłonna do skakania przez płonące obręcze, znajdzie się jeszcze jakiś psiak czuły na składniki uspokajające.

Ciacha podziałały tylko na Borysa, który zrelaksowany i lekko przyćpany zasiadł w bagażniku, rozglądając się po wnętrzu samochodu. Z mocą szynki i lekkiej perswazji do pojazdu udało się zaciągnąć także Agrafkę i Adasia, którzy weszli do maszyny zła tylko dlatego, że wszedł tam przywódca, który teraz był w stanie ukojenia i odnajdywał swoje zen w innym wymiarze. Nie mieliśmy pewności jak psy zareagują na jakikolwiek ruch samochodu, ale planowaliśmy podrzucić całą trójkę do domu tymczasowego znajomej w Warszawie. Byliśmy przygotowani na walkę, podrapania i pogryzienia. Dla pewności Morfina, trojaczki i Kotlet jechali w drugim samochodzie.

Poza śpiewem godowym pingwinów, podróż odbyła się spokojnie. Żaden pies nie próbował nas atakować, a część z nich ucięła sobie nawet krótką drzemkę. Wszystkie pyśki znalazły się na miejscu i podczas kiedy Borys zaczynał odzyskiwać świadomość tego, gdzie się znalazł, reszta wybrała się na zwiedzanie i zapoznawanie z pozostałą częścią psich lokatorów.

Z tego co nam wiadomo, Agrafka i Adaś znaleźli już nowe domy, natomiast Borys zamieszka na stałe w stolicy, ponieważ nawiązuje bardzo dobre relacje z resztą tymczasów.

Tak, musieliśmy rozdzielić stado, ale było to nieuniknione. Mało kto decyduje się na adopcję aż trzech psów jednocześnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wymiary dwóch z nich. Naszym zdaniem jest to jednak niska cena za stały, kochający dom, regularne posiłki i opiekę weterynaryjną, na którą psy nie mogły liczyć w lesie.

Zanim znajdą się obrońcy psiej wolności, te psy zostały tam porzucone. Nie były na wakacjach. Musiały walczyć o pożywienie i utrzymanie się przy życiu podczas chłodu, pożarów i powodzi. I tak, niestety na ich miejsce pewnie pojawią się kolejne zwierzęta, które nie uzyskają pomocy. Nie na wszystko mamy niestety wpływ. Cieszy nas jednak, że przynajmniej tej czwórce się udało i nie muszą się już martwić o to kiedy będą jadły i czy będą miały gdzie spać. Bo żaden pies nie powinien się o to martwić.


wtorek, 15 września 2020

Korale, koraliki

Duże zagęszczenie ludzi w arce generowało pewne korzyści. Sprzątanie zajmowało mało czasu i sprowadzało się do zmywania naczyń, prania ubrań i sporadycznego przemywania powierzchni płaskich. Zaoszczędzony czas mogliśmy poświęcić na dowolne aktywności. Mogły być one wykonywane pojedynczo lub w grupach, ale jedna z nich była objęta pewną restrykcją. Spacery czy wyjścia do sklepu musiały odbywać się w towarzystwie przynajmniej jednej osoby. Okolica bywała nieprzyjazna zwłaszcza po zmierzchu, kiedy na drogę wychodziły dzikie zwierzęta i wstawieni miłośnicy samogonu, szukający zaczepki. W lesie nie było zasięgu i wezwanie pomocy w razie wypadku czy wpakowania się w kłopoty graniczyło z cudem. Woleliśmy być ostrożni niż żałować i z czasem zwiększyliśmy nawet minimalny próg wyjść po zmroku do trzech osób.

Odnajdywaliśmy w lesie przeróżne rzeczy, a jedną z dziwniejszych były drewniane schody prowadzące na drzewo.


Nic nie było tam zawieszone, ale zgromadzone wokół deski sugerowały nam, że konstrukcja może być jeszcze udoskonalona.

Dziwności nie sprowadzały się jednak tylko do obiektów i przedmiotów.

Pewnego razu Ruda wróciła z zakupów wzburzona, nie oglądając się na idącego za nią Oliego, któremu w przeciwieństwie do towarzyszki dopisywał dobry humor. 

- Coś się stało? - spytał Damian, odbierając torby.

- Nie - odparła Ruda, chociaż jej wyraz twarzy wskazywał na coś zupełnie innego.

- Oli?

- Wychodzi, że Ruda jest ze mną w ciąży - zaśmiał się Oli.

- Co?

- Po drodze złapała nas jakaś kobiecina i próbowała nam wcisnąć korale. Nie przyjmowała odmowy, więc Ruda jej powiedziała, żeby sobie znalazła innych kupców, bo nie jesteśmy zainteresowani. Babeczka powiedziała wtedy, że powinniśmy być, bo to są ciążowe korale, które się nosi, żeby dziecko się dobrze chowało, a przecież widzi, że Ruda przy nadziei i ona po dziecku wyczuwa, że będzie miało urodę po ojcu.

- Że niby po tobie?

- Spojrzała na mnie. W każdym razie Ruda się zirytowała, wykrzyczała że wcale w ciąży nie jest, bo przecież nawet nie ma brzucha, na co kobieta, że jeszcze nie widać, bo ciąża wczesna i żeby nie była tak nerwowa, bo dziecko się z czkawką urodzi.

- Gratulacje - rzekł Szyszek - Wychodzi na to, że będę wujkiem.

- Jak to będzie dziewczynka, nazwiemy ją Marcelinka?

- Nie grzesz...

- Odpuściła wam w końcu te korale?

- Chyba tak, ale szła za nami właściwie pod samą bramę.

- A to nie ona tam stoi?

- O...

- Niech pamięta o piciu wody z cytryną! - krzyknęła kobieta przez płot - I kotów niech nie dotyka. W takim stanie nie wolno.

Zanim Ruda ruszyła w kierunku kobiety celem udokumentowania braku swojej ciąży, Agnieszka zatrzymała ją w pół drogi, dzięki czemu nikt tego dnia nie został ranny.

Korale były nam oferowane jeszcze wielokrotnie, o różnych porach. Z naszych obserwacji wynikało, że godziny pracy kobiety oscylowały w przedziale 6:00-23:20. Korale nabierały też różnej mocy w zależności od potencjalnych kupców. Działały dobrze na serce, układ oddechowy i pokarmowy, likwidowały problemy z cerą i alergię. Niestety nie dane nam było przekonać się o skuteczności produktu, ponieważ nigdy nie daliśmy się na niego skusić.

poniedziałek, 14 września 2020

Morfina vs ognicho

Nadszedł dzień, w którym Morfina odkryła ogień. Nie był to zwykły ogień, lecz ogień pilnujący kiełbasek. Córa sztormów jeszcze nigdy nie widziała takiego zjawiska, ale jak przystało na nieustraszonego pogromcę żywiołów, nie zlękła się czerwonego, syczącego światełka. W końcu spała obok takiego każdej nocy i nie wydawał się ani trochę groźny.

Pies zaciągnął się wonią ogniska i opiekanych parówek, po czym postanowił wynegocjować z płomieniami oddanie kilku kiełbasek. Zorientowaliśmy się, że w psim umyśle zapadła decyzja o próbie zdobycia jedzenia, kiedy Świniak wpatrywał się namiętnie w żar ognia, śliniąc się przy tym tak, że w miejscu gdzie siedział, trawa zaczynała rosnąć szybciej. Jako że żywa pochodnia była nam bardzo nie na rękę, postawiliśmy przy ognisku wartownika w postaci Oliego i odgrodziliśmy Morfinę smyczą, gdyż jak wiadomo granicy przez smycz wyznaczonej nie wolno było przekroczyć. Puchate wiedziało o tym doskonale, ponieważ pewnego dnia samo sobie taką zasadę ustaliło. Rozczarowanie pojawiło się na psim pysku, lecz chwilę później pojawiła się w nim smycz. Nikt nie powiedział bowiem, że granicy nie można przesunąć, a jeśli się ją przesunie, to się jej nie przekroczy. Wszystkie zasady zachowane.

Morświn zbliżył się ze smyczą do kiełbasek, ale żar i dym buchające z ogniska sprowokowały go do kilku okrążeń wokół palącego się drewna. Puchate miało jednak problem. Gdziekolwiek by się nie ustawiło, płonące koło było dla niej za ciepłe i szczypało w oczy. Zrealizowany został więc plan drugi. Odciągnięcie ognia od parówek i przejęcie ich zanim ciepłe wróci do kółeczka. Pomysł był dość interesujący, ale okazało się, że ogień wcale nie miał zamiaru gonić biegającej dookoła niego Morfiny i wolał zająć się skwierczącym jedzeniem na patyku.

Zwierz walczył długo, ale ostatecznie został pokonany i musiał uznać swoją porażkę, obrażając się na ogień, który nie był dla niej miły i nie chciał się dzielić. Świniak położył się nawet plecami do niego, żeby pokazać, iż przegrana wcale jej nie rusza.

1:0 dla ogniska.

niedziela, 13 września 2020

Co się stało z Muchą?

Bywały dni, że psy nie przychodziły do nas wcale. Odnajdywaliśmy je w lesie, ale nie podchodziły pod płot. Domyślaliśmy się, że były dokarmiane również przez innych przejezdnych i po prostu nie miały potrzeby pojawiania się na wyżerkę u nas.

Kiedy ich nieobecność trwała dłużej niż trzy dni, zaczynaliśmy się martwić. Potrafiły zjeść tyle, że właściwie pozbawiały nas posiłków innych niż ziemniaki z ogniska, ale nie mieliśmy im tego za złe. Dostawczaki z mięsem jeździły w okolicy regularnie, a nam dieta oparta głównie na bulwach nie sprawiała większego problemu.

Pewnego dnia stado wróciło po dłuższej nieobecności i zaczęło skomleć pod płotem, więc opróżniliśmy lodówkę i wytoczyliśmy na zewnątrz góry jedzenia. Wśród zgromadzonych były także psy pensjonatu, jednak brakowało tam Muchy. Suczka nie pojawiła się również następnego dnia i omijała poranne bieganie z Damianem, więc postanowiliśmy jej poszukać, w nadziei że po prostu przeniosła się bliżej rzeki i nic złego jej się nie stało. Niestety nasze poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. Mucha zapadła się pod ziemię.

Któregoś poranka zobaczyliśmy mężczyznę, kręcącego się przy naszym ogrodzeniu. Miał aparycję typowego hipisa i nie ulegało wątpliwości, że należał do grupki, która przyjechała na "koncert ziemi" przy rzece.

- Możemy w czymś pomóc? - spytał Szyszek, widząc zaglądającego nam na podwórko człowieka.

- O, dzień dobry! Ja wiem, że to musi dziwnie wyglądać, że ja tak dookoła płotu skaczę, ale zauważyłem tego psa i ja go często widuję jak biega z innymi psami i takim wysokim chłopakiem - odparł mężczyzna, wskazując na śpiącą na trawie Morfinę - On tu mieszka?

- A o co chodzi?

- Bo chyba znalazłem jego pieska.

Dopiero wtedy zauważyliśmy Muchę, zaplątaną w zbyt luźną koszulę hipisa. Przybysz trzymał psa na rękach jak niemowlaka. Suczka wyglądała na zadowoloną.

- Mucha! Damian chodź tu, Mucha wróciła!

- Czyli to jednak wasze. Trochę domów obszedłem i miałem nadzieję, że coś znajomego zobaczę.

Zgromadziliśmy się przy ogrodzeniu, żeby wymiziać zgubę. Mucha merdała ogonem i lizała nas po rękach, popiskując cicho.

- Przyplątała się do naszych kamperów i podjadała kurczaka. Mam nadzieję, że jej nie zaszkodzi, ale nie mieliśmy nic dla psów, a ona tak ładnie prosiła. 

- Ona się żywi właściwie wszystkim - odparł Oli - Nic jej nie będzie po kurczaku.

- To dobrze. Miałem kiedyś dokładnie takiego samego psa. Jak ją zobaczyłem, to pomyślałem, że reinkarnacja Myszy normalnie. Tak samo się zachowuje, tak samo skomli i wciska się na kolana. Musiałem ją uśpić pół roku temu, bo męczyła się z rakiem, ale to był najukochańszy pies na świecie - rzekł mężczyzna - No to już nie zawracam głowy. Przyszedłem ją tylko oddać, bo pewnie się martwiliście gdzie jest.

- Tak właściwie to nie jest nasz pies - powiedział Damian - Nasz jest tylko ten, który leży na podwórku. To przybłędy, które ktoś porzucił w lesie, a my je tylko dokarmiamy i tak się złożyło, że się koło nas kręcą.

- To znaczy, że to nie są wasze psy?

- Nie, tak jak mówię, mamy jednego. Gdyby były nasze nie biegałyby samopas po lesie. Właściwie szukamy im domów, nie chcemy ich tu tak zostawiać, więc myśleliśmy żeby je podrzucić do jakiegoś wolnego domu tymczasowego u znajomych.

- Ją też?

- Całą czwórkę. Tyle zauważyliśmy w lesie. Dwa z nich są własnością pensjonatu, więc je musimy zostawić.

- Bo jeśli ona szuka domu... to ja mógłbym ją przygarnąć? Znam się na psach, miałem ich już kilka, mogę przejść jakąś weryfikację albo coś, ale bardzo chciałbym ją zabrać do domu. Ona też się chyba nie pogniewa. Byłaby szczęśliwa, naprawdę.

Zaprosiliśmy mężczyznę do środka i przeprowadziliśmy z nim godzinną rozmowę. Przez cały ten czas Mucha była przyklejona do kolan swojego ludzkiego towarzysza i domagała się od niego pieszczot. Można było wywnioskować, że człowiek miał pojęcie o opiece nad psem i naprawdę zależało mu na adopcji suczki, której warunki bytowe póki co sprowadzały się do żebrania po ludziach o jedzenie i sypiania na altanach opuszczonych domów. Mężczyzna opowiedział nam o swoim poprzednim psie i zapewnił, że otoczy Muchę opieką.

Już następnego dnia minęliśmy się na spacerze. Mucha maszerowała za nowym właścicielem w prowizorycznej obroży, która była połączeniem kilku plecionych bransoletek, na smyczy zrobionej z linki do mocowania bagażu. Suczka była wykąpana, bo już pierwszej nocy wcisnęła się człowiekowi do łóżka. Nie bała się zamkniętej przestrzeni kampera, nie przeszkadzała jej też plecionka na szyi i ograniczenie do prowizorycznej smyczy.

Tym szczęśliwym trafem nowy dom znalazł jeden z czterech psów, które zdecydowaliśmy się zabrać z lasu.