Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez udziału zwierzat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez udziału zwierzat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2025

Hobby? A kto ma na to czas.

Ze względu na permanentny brak czasu związany bezpośrednio z moją pracą, dojazdami, brakiem prawa jazdy, koniecznością opieki nad starszym psem oraz ogólnym przemęczeniem, skutkującym zasypianiem w miejscach najbardziej do tego nieprzystosowanych, rozwinęłam wiele zainteresowań, które wcześniej porzuciłam z powodu mniejszego braku czasu.

Ma sens? Nie? Super.

Hobby moje, bo tak odtąd te zainteresowania będziemy nazywać, wymagają (jak zresztą niemal każde hobby) zaangażowania, czasu, nakładu pieniężnego, energii, czasu, pogłębiania wiedzy, miejsca oraz czasu.

Czyli wszystkich rzeczy, którymi nie dysponuję, ale próbuję sama siebie przekonać, że jest inaczej.

Przykład nr 1 - książki.

Czytam, kiedy tylko mam czas, czyli głównie w autobusie, toalecie i kolejce do weterynarza. Pochłaniam wszystko, co oparte na faktach i dotyczy seryjnych morderców, kanibali, ludzi popełniających zbrodnie wszelakie, psychopatów, socjopatów i wszystkich tych, których czyny nie mieszczą się w głowie typowemu mieszkańcowi tej planety. Bardzo gładko przechodzi przeze mnie również kategoria fantasy, więc jak coś ma trochę magii albo jednorożce (a najlepiej jedno i drugie), to również znajdzie miejsce na mojej półce. Gdzieś między literaturą queerową, a rzeźnikiem skazanym na czterdziestokrotne dożywocie.

Są też mangi. Bardzo dużo mang. W różnej tematyce. Również dorosłej. Tak.

Ta cała makulatura zajmuje dużo miejsca w mojej niedużej przestrzeni życiowej, ale postanowiłam jakoś z tym żyć i wypierać fakt, że regał nie udźwignie kolejnego tomu. Mogłabym wypożyczać książki albo czytać je na nośnikach cyfrowych, ale po pierwsze nie ma lepszego zapachu niż świeżutka książka prosto z drukarni, a po drugie jestem tak samo książkowym molem, co smokiem. Lubię nie tylko czytać, ale też gromadzić to co czytam.

Przykład nr 2 - rośliny.

W ten temat wciągnęłam się zupełnie przypadkiem wiosną 2023 roku i kompletnie przepadłam. Mimo, że hobby jest dość świeże, mam w swojej kolekcji rośliny egzotyczne oraz kolekcjonerskie, które posiadają własną fontannę, lampę, kwietnik (zasłaniający mi w całości jedno okno) oraz znaczną część mojego pokoju. Dokształcam się, czytam poradniki, spędzam godziny na researchu dotyczącym podłoża, lumenów, nawozów, wilgotności, pH gleby, pasożytów, chorób grzybowych i wirusowych, żeby zapewnić moim zielonym (i nie tylko) dzieciom jak najlepsze możliwe warunki.

Naliczyłam 35 doniczek, różnej wielkości w moim pokoju o powierzchni 2 m x 3 m. Czy mam na to wszystko miejsce? Nie. Czy mnie to bardzo obchodzi? Również nie. Czy mnie to powstrzyma przed dalszym zalesianiem mojego skromnego centrum dowodzenia? Zgadnijcie. Na szczęście jest jeszcze praca, do której skrupulatnie przenoszę część mojego zagajnika, tłumacząc to sobie zwiększeniem natlenienia pomieszczenia, w którym zmuszona jestem intensywnie myśleć. Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

Przykład nr 3 - Pokemony.

Ależ to dziecinne, prawda? Taka duża, a jeszcze ją bawią nieistniejące stworki, które posiadają władzę nad żywiołami. Zamiast się zająć poważnymi rzeczami i... nie. Znaczy tak, to jest dziecinne, ale nie, nie czuję się z tego powodu mniej dojrzała, dorosła, bardziej niedorzeczna czy głupsza. Pokemony były obecne w moim życiu odkąd pierwszy raz zobaczyłam je w telewizji mając ledwie 6 lat. W tamtych czasach, czyli w czasach bezinternecia, konsoli na dyskietki, telefonów komórkowych z antenką i guziczkami oraz telewizorami z wielkim tyłem, zbierało się naklejki z Pokemonami z rogalików i tazosy z czipsów. Obecnie rynek kieszonkowych potworków jest jednocześnie o wiele bogatszy i uboższy. Pierwsze wydania kart kolekcjonerskich mają wartość dobrego samochodu, a ich podróbki są tak dokładne, że często przy ich otwarciu obecnych jest kilku specjalistów od oceny stanu i możliwego fałszerstwa przedmiotu. Stare edycje (czyli mniej więcej te w moim wieku) to zabawa dla ludzi dużo bogatszych ode mnie. Ja zadowalam się kartami obecnych serii, chociaż jestem też na finiszu dodatku fossil z 1999 roku. Robię to, ponieważ rozpakowywanie i zbieranie kart niespodzianek przynosi mi podobną radość co znajdowanie plastikowych krążków i pachnących rogalem naklejek w dzieciństwie. Słowem: sentyment i nostalgia.

Gram również w Pokemon Go na telefonie (nie, ta aplikacja jeszcze nie umarła, co więcej jest coraz bardziej rozbudowywana) oraz Pokemon Sleep. Nic tak nie motywuje do pójścia spać jak informacja, że Twój Raichu jest już zmęczony i najchętniej strzeliłby komara, a nie może, bo Ty czytasz właśnie jak przyrządzić tatara z człowieka na piętnaście sposób.

Czy średnia wieku uczestników raidów w grze jest trzykrotnie mniejsza od mojego? Tak. Czy mnie to obchodzi? Ani trochę. Biorąc pod uwagę fakt, że urodziłam się kilka lat po wystartowaniu Pokemonów, a te dzieciaczki są w fandomie od niedawna, mam pełne prawo do uczestnictwa we wszelkich atrakcjach jakie w tym temacie powstaną.

Prawda jest taka, że młodsi już nie będziemy. Możemy być tylko starsi, bardziej zmęczeni, schorowani, mniej podekscytowani i zmotywowani. Jeśli znajdujemy radość w czymś dziecinnym, co nie wyrządza nikomu krzywdy, to w czym problem? "Później" może nigdy nie nadejść, a "kiedyś" już było. Oglądanie muminków w żaden sposób nie przeszkadza w byciu wspaniałym prawnikiem.

Mam więc trzy główne hobby, które upycham gdzieś między gotowaniem Morfinie potrawki z królika, a myciem zębów. Oprócz tego jest też sporadyczny haft diamentowy, haft materiałowy, kulinarne podboje kuchni, kończące się zazwyczaj fiaskiem, próby szydełkowania i powrotu do szkiców sprzed lat, lego oraz modele booknooków.

Weekendy zdarza mi się również spędzać na sesjach D&D. Niewtajemniczeni proszeni są o wygooglowanie sobie tego skrótu, ponieważ opowiedzenie o mistrzach gry, szablonach postaci, dwudziestościennych kostkach i rzutach na percepcję wymagałoby jeszcze co najmniej dziesięciu postów i to po wyrzuceniu krytyka na elokwencję.


P.S. W hobby wcale nie musicie być dobrzy, serio, nikt tego nie sprawdza. Kochasz malować, ale szczytem Twoich możliwości są ludziki z patyków? Super. Ludziki z patyków też są fajne. Masz zajawkę na roślinki, ale uśmiercasz nawet mlecze za oknem? Mlecze to trudna sprawa, kiedyś się uda, może zacznij od pokrzywy? Uspokaja Cię szydełkowanie, ale od dwóch lat tworzysz jeden bardzo dziurawy i krzywy szalik? Przewiewność jest w cenie, poza tym słyszałeś kiedyś o chciaku? Ważne, żeby to co robisz sprawiało Ci radość i wcale nie musisz być w tym ekspertem. Liczy się frajda, a frajda jest dla osób w każdym wieku.

Amen.

niedziela, 14 stycznia 2024

Co się ze mną stało?

Od ostatniego postu minął ponad rok.

Co się ze mną działo?

Stoczyłam się. Znajduję się na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Pod sobą mam tylko popękany beton, tęczowe ślady benzyny i rozkładające się liście, wymieszane z niedojedzonymi resztkami kebaba z żarciowozu. Wpadłam w ciąg, a ciąg wpadł we mnie. Na nic pięć lat studiów, czeka mnie tylko życiowa poniewierka i życie na łasce tych, którym się powiodło. Jestem odpadem systemu. To na mnie wskazują palcem rodzice, którzy chcą pokazać swoim dzieciom ścieżkę, jaką absolutnie nie powinno się podążać.

A tak naprawdę to nie.

Ale trzymało w napięciu?

Prawda jest taka, że po obronie magistra, przez krótki czas pracowałam gastronomii, żeby następnie radośnie przenieść się do świata, w którym obsługiwane przeze mnie sprzęty kosztują więcej niż czteropokojowe mieszkanie w centrum Warszawy. Pracuję w zawodzie, co oznacza, że osiem godzin dziennie spędzam w białym fartuchu, ważąc, dawkując, obliczając, gapiąc się w szalone nazwy chemicznych substancji i wkurzając się na urządzenia, które chcą współpracować tylko wtedy, kiedy akurat tego od nich nie wymagam. Od, mniej więcej, dwóch lat pracuję w laboratorium. Kocham tę pracę, kocham ludzi z którymi pracuję, kocham swoje kierownictwo (wiem, rzadki przypadek), kocham fakt, że nie mam bezpośredniego kontaktu z klientem (praca w gastronomii uświadomiła mi, że nie jestem ekstrawertykiem, a nasz gatunek jest sobie winien tylko zagładę), kocham skórę przeżartą acetonem i mój kremik ze śluzu ślimaków, który walczy dzielnie o ratowanie moich spierzchniętych i popękanych przez środki chemiczne dłoni, ale stanowczo te starcia przegrywa. Obecnie nie zamieniłabym tej pracy na inną. Dojazdy to koszmar, ale samo stanowisko i panująca wokół atmosfera dają mi to, czego chciałam, choć nie do końca o tym wiedziałam. Nie mogę narzekać na nudę czy monotonię, czyli dwóch największych wrogów każdej kariery.

Czy zmieniam świat? Raczej nie, ale dzięki mnie wielu ludzi ma mniej pracy i spokojniejszy sen. Tyle mi wystarcza. Nie każdy musi być astronautą czy światowej sławy chirurgiem, żeby czuć się dobrze z tym co robi w życiu. Chciałam mieć na plecach fartuch, na dłoniach rękawiczki i możliwość pracy 'solo', opierającej się na indywidualnym rozwiązywaniu problemu przy jednoczesnym towarzystwie innych, indywidualnie pracujących jednostek, które mogą jednak stanowić wsparcie w sytuacjach, w których wszystko wybucha nam w rękach. Chciałam biegać między jedną salą a drugą, przy pisku urządzeń, śpiewających pieśń swych braci i nawołujących inne urządzenia do przyłączenia się. Do tego klimatyzacja, środki rakotwórcze, niebezpieczne formulacje, owocowe czwartki i jedziemy dalej.

W moim otoczeniu prywatnym pojawili się (i wciąż pojawiają) nowi ludzie. Grupa po znacznym okrojeniu zaczyna się ponownie rozrastać. Odradza się niczym feniks, ze zgliszczy jakie zostawiła za sobą przeszłość. Jak wiele osób zostanie? Czy na długo? Tego nie wiem i po wydarzeniach ostatnich lat niczego nie biorę już za pewnik, na nic się nie nastawiam i przyjmuję wszystko takim, jakie jest. 

A jest inne. Nie jest lepsze, ani gorsze. Jest po prostu inne. Nigdy nie będzie już takie samo, tak jak ja nigdy nie będę już taka sama. Ludzie rodzą się i umierają jak zawsze. Niektórych z tych ludzi los jednak stawia przed nami w mniej lub bardziej odpowiedniej chwili, daje 2 zł i każe się dobrze bawić, doskonale wiedząc co nastąpi za chwilę.

My jednak nie wiemy. Mamy 2 zł i musi nam ono wystarczyć. Na pięć minut, miesiąc lub 12 lat.

Niezmiennym elementem mojego życia są w dalszym ciągu Morfina, rodzynki w serniku i korki na drogach.


Chciałabym w tym miejscu serdecznie pozdrowić profesora pierwszego roku chemii organicznej, który za życiowy cel obrał sobie uświadamianie mi jak bardzo mój sposób rozumowania przedmiotu nie pokrywa się z jego własnym, idealnym i jedynym słusznym, oraz jak szybko powinnam usunąć swoją osobę z sali wykładowej i jego życia, dla dobra własnego honoru, jak i profesorskiej poczytalności. W ramach wdzięczności dedykuję szanownemu profesorowi nadzwyczajnemu, nieocenionemu, szlachetnemu z bułki wiecznie miękkiej zrodzonemu wiersz Juliana Tuwima, zatytułowany „Całujcie mnie wszyscy w du*ę”.

Z wyrazami szacunku, ja.

wtorek, 2 marca 2021

Sklepowa olimpiada dla faworyta gatunku

W czasach, w których osiemdziesiąt procent doby spędzam zamknięta w czterech ścianach własnego pokoju, moją główną rozrywką stało się wyjście do osiedlowego sklepu z płazem i bierny udział w organizowanych tam turniejach, zatytułowanych: "Kto pierwszy wprowadzi kasjerkę w tryb zagłady". Nagrody dla zwycięzców olimpiady są bardzo zróżnicowane, od wyrwania nerki po karnet na przejażdżkę wózkiem na ziemniaki. Osobiście udziału w zawodach nie biorę, ponieważ z jakiegoś powodu nie wykształciła się u mnie potrzeba uprzykrzania życia innym, ale często jestem publiką w starciach o podium.

Jeśli myślicie, że najbardziej irytującym klientem jest pan Wiesiu, który swoją rozbujaną aparycją próbuje wynegocjować zniżkę na małpkę, inwokując sprzedawczyni "odę do kierowniczki", to niestety jesteście w błędzie. Pan Wiesiu plasuje się dopiero w okolicach dziesiątego miejsca. Sama nie wiem czy faworytami są niszczące towar purchlęta, niepodlegające żadnej kontroli rodzicielskiej, czy walczące o promocję na galaretkę babcie, które nie potrafią przyznać się do błędu i złego dopasowania cenówek do towaru, więc wykłócają się o różnicę piętnastu groszy z tłumaczącą im zasady wielosztuk kasjerką, której chęć życia zamiata podłogi już o dziesiątej rano. Bitwa staje się wojną w momencie, w którym na całym osiedlu brakuje prądu, więc okoliczne sklepy działają na kalkulatorach, czytnikach kodów kreskowych na baterie i zawieszkach "płatność tylko gotówką". Dla pracownika dwie godziny w takich warunkach zmieniają się w dwanaście. Między obsługiwaniem klientów w ciemnościach i pilnowaniem ich lepkich rączek, należy jeszcze odpowiedzieć na pytania kwestii filozoficznej, rzucane raz po raz przez odwiedzających sklep. "A kiedy prąd wróci?", "A czemu nie można kartą?", "A tu musi być tak ciemno? Ja nic nie widzę", "Po ile cuksy? A nie ma tych niebieskich?", A to kamery nie działają? To można kraść, hehe", "A pani to pan czy pani, bo takie długie włosy to nie wiem?", "A można bez maseczki?", "A tak po ciemku to się pani nie boi, że ktoś panią od tyłu zajdzie?", "A bez kalkulatora to już nie policzy w głowie, co? Na maturze się oszukiwało?" oraz wiele innych perełek, których ze względu na resztki szacunku do siebie nie należy wymieniać. Ukrywanie zażenowania i zmęczenia przychodzi łatwiej pod maseczką i za szybą z pleksi, ale wyczuwalna chęć mordu byłaby w stanie zasilić pół osiedla przez najbliższych kilka godzin, gdyby tylko ktoś podłączył do kasjera odpowiednie przewody.

Ciosem ostatecznym okazuje się informacja o wybrednym złodzieju, który ukradł dwa lizaki, po czym orientując się, że nie są one pożądanych przez niego smaków, przyszedł je sobie wymienić na inne, przez co został przyłapany. Myślę, że to właśnie ten człowiek zasługuje na podium i medal z ziemniaka. Zapracował.

sobota, 27 lutego 2021

Jak prawie dostać w pysk za dom Hogwartu

Noc. Syberia. Lokalizacja: południowa Polska. Późny powrót do domu. Oczekiwanie na autobus. 

Wciskam się w kąt przystanku, mrużąc oczy i usiłując odeprzeć atak łupieżu nieba. Podchodzi do mnie jegomość, lekko al dente, rozstawia się szpagatem najszerzej jak potrafi i trzymając dumnie swój szalik, zaczyna do mnie przemawiać:

- A ty, gościu, to chyba pomyliłeś ulice.

Woń Bociana przechodzi nawet przez maseczkę FFP2, więc odsuwam się na bezpieczną odległość i dając poliglocie do zrozumienia, że nie szukam dziś rozrywki, próbuję obejść człowieka gumę dookoła, uważając przy tym, żeby nie potknąć się o jego rozcyrklowane nogi.

- A ty gdzie? Jeszcze z tobą nie skończyłem. Skończyłem? - rzuca ofiara sfermentowanych ziemniaków i kukurydzy, po czym ponownie zastępuje mi drogę. W tym czasie z zaplecza nadciąga reszta niedogotowanej watahy, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi.

- Co masz na szyi gościu, co?

- Szalik - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Następuje cisza pełna konsternacji i na czole lidera rozbujanej ekipy pojawiają się dwie zmarszczki. Widać, że audio nie zgadza mu się z wizualizacją, więc patrząc na moje zamaskowane, owinięte szalikiem oblicze, o dwa rozmiary za dużą kurtkę i czarne śniegowce, pyta:

- A ty baba?

- Tak?

- Na pewno?

- Tak.

- Ku#wa, no kobiet nie biję. Ale weź zmień barwy, bo ku#wa wstyd po ulicy chodzić.

Prawdopodobnie zdezorientowanie wylewa mi się przez oczy, więc mężczyzna patrzy na mnie jak na odklejeńca i wskazuje na szalik.

- No jaki jesteś klub?

- Klub?

- No szalik z czego masz?

- Gryffindor.

- Korona Kielce, tfu.

- Pierwsze słyszę.

- Nie strzelaj tu głupa, tylko zdejm to gówno i wypier#alaj.

Nie mając siły na dyskusję, postanawiam wziąć sobie jakże cenne rady do serca, schować szalik do plecaka i przejść się na drugi koniec przystanku, którego nie obejmuje już niestety daszek budynku.

- Najlepiej to wywal, o albo spal - rzuca za mną król dzielnicy w szaliku o niezidentyfikowanych kolorach i zerkając na mnie z ukosa, dołącza do kolegów.

Zastanawia mnie czy szalik Slytherinu byłby bezpieczniejszą opcją, ale googlując kolory klubów piłkarskich w mojej okolicy, stwierdzam że odpada większość znanych mi kombinacji.

Autobus podjeżdża, więc ładuję się do środka, czekam na zamknięcie drzwi, owijam się szalikiem ponownie i łapię kontakt wzrokowy z fanami kopania gumy, stojącymi na zewnątrz. Nie wiem czy szyba drga przez ruch silnika pojazdu, czy przez skumulowaną nienawiść, sączącą się z zasypanego puchem mroku, ale autobus rusza, zostawiając bohaterów nocy za sobą, razem z resztkami mojej energii.




sobota, 9 stycznia 2021

2021

"Nowy rok, nowa ja", znacie to?

Co roku ta sama zabawa z postanowieniami noworocznymi, którym sprosta tylko bardzo mała grupka bardzo zawziętych i upartych osób. Reszta albo podda się w połowie, albo zostanie pokonana przez nieosiągalne cele i uderzy czołem o zbyt wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Nie mówię tego, żeby kogokolwiek zniechęcić. Jeśli to Wasza tradycja, jeśli daje Wam to motywację i bodziec do działania, to lećcie i rozwijajcie skrzydła. Siłownie co prawda będą jeszcze zamknięte przez jakiś czas, ale zawsze zostają aktywności na świeżym powietrzu lub zabawa w domu na goglach do wirtualnej rzeczywistości. 

Ja osobiście odpuszczam sobie jakiekolwiek obietnice względem siebie w tym roku. 2020 zdewastował mnie fizycznie i psychicznie do tego stopnia, że obawiam się, iż najmniejsze niepowodzenie i przerost ambicji może poskutkować roztrzaskaniem kruchej szyby poczytalności, po której stąpałam przez ostatnich kilkanaście miesięcy i która nadaje się do jak najszybszej renowacji, ponieważ dwadzieścia dwadzieścia rzucało w nią cegłami z uporem narodowców po zobaczeniu tęczowej flagi.

Cieszę się, że ten rok się skończył i chociaż wiem, że jest to granica umowna, ustalona przez ludzi i że w praktyce niczego to dla świata nie zmienia, to jednak pozostaje to psychiczne poczucie odcięcia się od wszystkiego, co nas w poprzednim roku spotkało i rozpoczęcia od nowej, czystej karty.

Ten rok nie będzie moim rokiem. Nie dlatego, że podchodzę do tego pesymistycznie, a dlatego, że nie chcę, żeby nim był. Chcę podejść do niego na spokojnie, bez większego entuzjazmu i ewentualnie dać się mile zaskoczyć. Wolałabym, żeby był to rok wszystkich, a nie jednego człowieka. Chciałabym, żeby każdy wyniósł z tego roku coś pozytywnego. To może być mały kawałek ciasta, którym nikt się nie naje, ale po którym zostanie miłe wspomnienie. Dużo milsze od rozbitego talerza i burczącego brzucha.

W tym roku ja przysiądę sobie na gałęzi albo jeszcze lepiej na ziemi, na wypadek, gdybym przypadkiem miała spaść i popatrzę jak latają inne ptaki. Będę je dopingować i jeśli zajdzie taka potrzeba, będę im pomagać, ale sama skrzydłem nie ruszę, choćbym miała hemoroidów dostać od tego siedzenia i chronicznego kataru od trawy dookoła. Czasem trzeba sobie odpuścić i zrozumieć, że to wcale nie jest nic złego. Regeneracja jest równie ważna co sam wysiłek, o ile nie ważniejsza. Z każdego rollercoastera trzeba kiedyś zejść i znaleźć ławeczkę, najlepiej stabilną, odkażoną i pustą, bo dystans społeczny należy zachować.

W tym roku życzę Wam więc pomyślnych wiatrów, jeśli macie zamiar polatać, spokojnych wód, jeśli macie zamiar popływać i żeby Wam w życiu sprężyna z kanapy w tyłek nie wlazła, jeśli chcecie się tylko poprzyglądać.

Miłego roku. Pisane małymi, żeby 2020 nie usłyszał i się przypadkiem nie wrócił.


piątek, 11 grudnia 2020

Bodyguard za piątaka

Bardzo często wracam z laboratorium w godzinach późnowieczornych. Na zewnątrz ciemno robi się już w okolicach siedemnastej, a przystanek autobusowy oświetla jedna latarnia i neony pobliskich sklepików, więc zazwyczaj ludzie czekają na autobus w ciemności.

- Pani kierowniczko! - usłyszałam znajomy mi głos i zza rogu wyłonili się Bonnie i Clyde XXI wieku. Znajome twarze powitały mnie uśmiechem i pytaniem, które nie zmieniało się odkąd pierwszy raz zobaczyłam tę dwójkę kilka lat temu - Ma kierowniczka coś do jedzenia? Jak kierowniczce minął dzień?

- Nie mam przy sobie, ale i tak idę do budki z frytkami, to mają panowie szczęście - odpowiedziałam, przechodząc na drugą stronę chodnika.

Mężczyźni byli ubrani skromnie, nie mieli domu ani połowy zębów, a jeden z nich mógł właśnie przekraczać sześćdziesiątkę, ale zawsze trzymali się razem i nigdy nie naprzykrzali się obcym. Zawsze mili, zawsze trzeźwi, zawsze proszący tylko o jedzenie, nigdy o pieniądze, panowie rozpoznawali mnie już nawet w maseczce i owijce z szalika. Mieli też sokoli wzrok, skoro wypatrzyli mnie już z przystanku.

Postawiłam zmarzniętym towarzyszom frytki, oni pobłogosławili mnie, moje dzieci i wnuki moich wnuków i udałam się na przystanek, skąd dalej widziałam panów dzierżących ciepłe paczuszki i koczujących pod sklepem, osłaniającym ich nieco od wiatru.

Cisza nocy została jednak szybko zmącona przez trzech, rozbujanych jegomości, podbijających do każdej osoby na przystanku i rzucających pretensje w jedynie sobie znanym języku. Mimo ignorowania, stroszących się w stylu koguta, mężczyzn, podchodzili oni coraz bliżej, dając oczekującym do zrozumienia, że nie podoba im się obecność pasażerów na przystanku. Kiedy nadeszła moja kolej na zlekceważenie degustatorów tanich trunków osiedlowych, zauważyłam dwóch ninja, przemykających truchtem pod osłoną nocy, niezważających na czerwone światło przejścia dla pieszych.

- Ale ku*wa odpie*dolcie się od naszej kierowniczki! - rzucił mniejszy jegomość, który w piorunującym tempie skończył swoją porcję frytek.

- Won stąd! - dorzucił drugi i kiedy byłam już przekonana, że resztki uzębienia moich rycerzy za chwilę znajdą się na asfalcie, napromilowani panowie zmierzyli wrogów swoim zachwianym skanem prawilności, unieśli ręce w międzynarodowym geście, oznaczającym "to nie ja, ja nic nie wiem" i oddalili się w stronę sklepów, by tam dręczyć kolejne osoby swoimi uwagami odnośnie "wyeble", czymkolwiek to było. Będąc w niemałym szoku, że dwóch wątłych panów właśnie całkowicie zdominowało większych od siebie rywali, napakowanych białkiem i proteinami z puszki, podziękowałam i rozejrzałam się po stojących na przystanku ludziach, którzy pod maskami musieli mieć podobny wyraz twarzy do mojego.

- A pani kierowniczka to kiedy ma autobus? Bo my tu poczekamy, żeby pani nikt nie zaczepiał - przemówił niższy z rycerzy, podczas gdy wyższy przytakiwał i spoglądał wrogo w stronę sklepów.

- Za kilka minut, ale naprawdę nie trzeba. Oni już chyba nie wrócą.

- Ale my poczekamy, nam się nie spieszy.

Mój żółty dyliżans nadjechał, a ja zostałam oddelegowana przez moją ochronę, na którą wydałam tego dnia całe pięć złotych z groszami. Podziękowałam, pomachałam i wróciłam do domu, zastanawiając się co się właściwie zdarzyło.


piątek, 4 grudnia 2020

Sposób na koncentrację

Walczycie ze zdalnym nauczaniem? Macie problemy z koncentracją? Ściana Waszego pokoju, którą widzicie codziennie od lat, jest ciekawsza od tego, co próbuje przekazać Wam nauczyciel? Krople deszczu, spływające po szybie, stają się fascynujące w momencie włączenia przez profesora mikrofonu? Łóżko przyciąga Was pozaziemską siłą przyciągania?

Mnie też. Dlatego podczas większości wykładów gram w pewną grę, która pomaga mi skupić się na wypowiadanych przez prowadzącego słowach i nie odpływać w krainę zapomnienia. Każdy wykładowca ma swoje ulubione hasła, których nadużywa na zajęciach. Za każdym razem, kiedy usłyszymy dane słowo, możemy się nagrodzić.

Przykład poniżej.

Piętnasta minuta wykładu:


Sto dziesiąta minuta wykładu:


Zastosować można tu właściwie wszystko. Pianki, żelki, czekoladki. Zdrowszą opcją są orzechy czy kawałki owoców. Należy uważać na wybór dobroci, ponieważ jak widać na załączonym obrazku, już tydzień takich zabaw może nas znacząco przybliżyć do cukrzycy.

Dla tych bardziej odważnych proponowane są shoty. Jest to prosty i przyjemny sposób na skasowanie sobie pamięci na resztę dnia już po dwudziestu minutach wykładu oraz konieczność spędzenia następnego dnia w bliskim towarzystwie sedesu. Dla każdego coś dobrego.

Jeśli zastanawiacie się czy kiedykolwiek próbowałam opcji z alkoholem, odpowiem - nie, ale spytajcie Rudą, dlaczego reaguje torsjami na zdanie "jak państwo widzą na załączonym obrazku", bo to bardzo ciekawy przykład odruchu warunkowego.

czwartek, 3 grudnia 2020

Kieliszek z labretami

Kiedy miałam osiem lat, moja ciocia zabrała mnie do kosmetyczki i wbrew woli mojej mamy oraz mojej, przekłuła mi uszy. Zabieg był wykonany pistoletem, w średnio sterylnych warunkach, przez osobę do tego nieupoważnioną. Co złego jest w pistoletach, spytacie? Profesjonalny piercer przebija igłą, która nie rozrywa i nie miażdży tkanek, jak dzieje się w przypadku przekłuwania pistoletem, który wbija tępo zakończony kolczyk w ciało na siłę. Tworzą się zrosty, infekcje, przekłucie goi się dłużej, a czasem wcale. Była to jednak tańsza opcja i w tamtych czasach nikt nie był jeszcze na tyle uświadomiony, żeby się tym przejmować. Ciocia chciała, żebym wyglądała ładnie i dziewczęco na komunii, więc zrobiła to bez większego namysłu, nie pytając mnie o zdanie, ponieważ "każda dziewczynka chce mieć kolczyki". 

Ważna uwaga jeśli chodzi o przekłucia: wszystko powinno być sterylne, a personel powinien mieć założone rękawiczki, przekłucie powinno być wykonane igłą, a pierwsza biżuteria musi być tytanowa, ponieważ inne metale (nawet szlachetne, takie jak złoto czy srebro) zawierają w sobie nikiel, który często powoduje reakcje alergiczne. Kolczyka nie należy wyjmować przez kilka miesięcy, do momentu całkowitego zagojenia. Należy dbać o higienę wokół miejsca przekłucia, stosując srebro koloidalne lub inne odpowiednie do tego specyfiki. Nie należy dotykać miejsca przekłucia niezdezynfekowanymi rękami ani obracać kolczykiem. Kolczyk w uchu powinien być prostym labretem, nieco dłuższym niż standardowy, by zostawić miejsce na opuchliznę. Wszelkie motylkowe zapięcia odpadają.

Kosmetyczka złamała wtedy wszystkie powyższe zasady, efektem czego moje ucho zaczęło wchłaniać kolczyk już trzeciego dnia. Niewyobrażalny ból, krwawienia i stany zapalne ciągnęły się za mną latami, a na komunii wyglądałam jak ofiara przemocy domowej. Miałam osiem lat i byłam dzieckiem puszczy, więc infekcje w przekłuciach stały się moim znakiem rozpoznawczym. Nie potrzebowałam tych kolczyków i nigdy o nie nie prosiłam. Kojarzyły mi się tylko z bólem i cierpieniem, haczyły o wszystko i sprawiały mi same kłopoty, a do tego żywe rany wcale nie wyglądały ładnie. Przekłucie było nie do zaleczenia, więc wyciągnęliśmy biżuterię w nadziei, że dziurka się zagoi i zarośnie. Tak się jednak nie stało i przekłucie leczyłam aż do wieku nastoletniego, kiedy to moje uszy zaczęły powoli wybaczać mi zbrodnię, jakiej się na nich dopuszczono.

Z pomocą piercera udało mi się całkowicie zagoić przekłucia, ale moje uszy reagują agresją na wiele czynników, dlatego muszę poświęcać im więcej czasu i uwagi, żebyśmy mogli żyć w symbiozie.

Do czego zmierzam, po tym nieco przydługim wstępie.

Moja wieczorna rutyna polega na przemywaniu przekłuć, dezynfekcji tytanowych labretów, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, nawilżeniu przekłucia przynajmniej trzema specyfikami, masażu płatków ucha i aplikacji biżuterii.

Kolczyki najprościej dezynfekuje mi się za pomocą alkoholu i kieliszka. Jako że sytuacja w kraju jest obecnie mocno nastawiona na odkażanie, w domu na każdym blacie stoi butelka spirytusu z zamontowaną pompką, co znacząco ułatwia mi sprawę. Zostawiam kieliszek z biżuterią na blacie, zalewam go alkoholem, a sama idę do łazienki, wykonywać nad moimi uszami serię magicznych rytuałów. Tak wygląda każdy dzień. Dla mnie stało się to normą, której nie poświęcam większej uwagi.

Pewnego dnia Ruda zaproponowała libację. Jako że był środek tygodnia, odmówiłam, tłumacząc się wykładami i pracą projektową. Ognistowłose zmierzyło mnie wzrokiem z góry do dołu i rzekło:

- Przecież codziennie shotujesz, więc powinnaś być uodporniona.

Nie miałam pojęcia o co jej chodziło, więc stałyśmy tak chwilę w wielkiej konsternacji, patrząc sobie głęboko w oczy, aż nie naszło mnie olśnienie.

- Chcesz mi powiedzieć, że od tygodni obserwujesz jak migruję do pokoju z kieliszkiem spirytusu i słówka nie pisnęłaś w tej sprawie?

- Dorosła jesteś, nie?

- Ty poważnie myślisz, że ja co wieczór ładuję sobie kielicha z 96% spirolu i idę pisać pracę?

- No.

- I to dla ciebie było całkowicie normalne i nie wzbudziło to ani trochę twoich podejrzeń?

- No.

- Za kogo ty mnie masz?

- Za kogoś, kto mógłby przejść do większego kalibru, bo burbon stygnie.

Sprawa została oczywiście wyjaśniona, a nadzieje Rudej na chlanie życia pogrzebane, ale chciałabym kiedyś podchodzić do wszystkich aspektów życia z taką lekkością i oczywistością, jak to dziecko z piekieł.



niedziela, 29 listopada 2020

Nie dawajcie rudym patelni

Nie miał trudnego poranka ten, kogo nigdy nie obudziły dźwięki wystrzału, dobiegające z kuchni, o siódmej trzydzieści, po których nastąpiło siarczyste "ku*wa". Wiedziałam, że robię błąd, wstając z łóżka i zmierzając w kierunku odgłosów walki i moje przypuszczenia okazały się słuszne, kiedy ujrzałam rudą potworę, nieco ponad metr pięćdziesiąt, w piżamie i przyłbicy, w jednej dłoni dzierżącą pokrywkę, w drugiej szpatułkę. Na patelni szalał skwierczący olej, na którym przypalało się coś, co określiłabym jako wkładka filcowa do butów, wysmarowana dżemem. Ogniowłose walczyło dzielnie, odpierając ataki wroga tarczą z pokrywki i dźgając go mieczem ze szpatułki. Nie chciałam wiedzieć i nie chciałam widzieć, ale ciekawość była silniejsza niż mój instynkt samozachowawczy, więc spytałam:

- Co robisz?

- Śniadanie, nie widać? - padło z ust rycerza.

- Masz taki rzadki talent sprawiania, że ciężko zgadnąć co właściwie gotujesz.

- Przymknij się.

- A ta przyłbica to ci po co?

- Żeby mi w ryj nie strzelało tłuszczem?

- A nie możesz po prostu przykręcić gazu?

- Nie masz czasem wykładów?

- Za pół godziny.

- To wyjazd?

Instynkt podpowiedział mi, że ta delikatna sugestia może być moją ostatnią, więc postanowiłam posłuchać, zabierając ze sobą psa.

Wykłady rozpoczęły się i kiedy nadeszła właśnie moja kolej do zaprezentowania tematu, pokój zaczął sinieć. Obłok gęstej, szarej mgły migrował coraz dalej, a ja mogłam się tylko modlić o to, że kuchnia to przeżyje, a ja nie stracę całkowitej widoczności przez gryzący w oczy dym.

To, co powstało z eksperymentalnej kuchni molekularnej było... zjadliwe. Będąc na spacerze z psem znalazłam jednak dowód tego, że Ruda nie była jedyną osobą, której chęci kulinarne przerosły możliwości i posiadane umiejętności.

Niech ta spalona na węgiel czosnkowa bagietka przypomina nam o wszystkich poległych przepisach, których los wysłał lotem szybowym na trawnik, skąd nie było już powrotu.



czwartek, 26 listopada 2020

Kiedy życie nokautuje jeszcze przed 10 rano

O 9:20 wślizguję się do lokalnego spożywczaka, celem nagromadzenia zapasów przed godzinami dla seniorów. Wykłady są długie, a w brzuchu burczy od samego słuchania o entalpii i izotopach, więc biurko zawalone jedzeniem jest koniecznością. Przechadzam się między półkami, zerkając na listę zakupów, kiedy do sklepu wchodzi dziewczynka, sięgająca mi biodra. Wiek skrzata określam na maksymalnie sześć / siedem lat. Dziecko o aparycji małego Yody, któremu spod maseczki, owijki szalika i czapki, widać tylko same oczy, patrzy przez chwilę na płyn dezynfekujący, zawieszony zbyt wysoko, by mogło do niego dosięgnąć, po czym podchodzi do obsługi sklepu i pyta czy ktoś zechciałby pomóc z naciśnięciem pompki. Po przetarciu rąk dziewczynka wyciąga z kieszeni kurtki kartkę, bierze w dłoń koszyk, do którego zmieściłaby się cała jaj drobna osóbka i pakuje do niego produkty z listy. Raz prosi mnie o podanie wyżej położonego jogurtu, sprawdza datę na wieczku, wkłada go do koszyka i odchodzi. Chwilę później mijam karzełka na makaronach, kiedy ten wykłóca się przez telefon, dwukrotnie większy od jego twarzy, że do carbonary nie pasują muszelki i może przystać na świderki lub spaghetti. Ponowny telefon młodociana wykonuje na chemii, ponieważ z jej obliczeń wynika, iż bardziej opłaca się kupić większą paczkę kapsułek do zmywarki 2 w 1, niż mniejszą 3 w 1, bo "to i tak jeden syf". Stoję osłupiała, obserwując jak mała gadzina podchodzi do kasy, taszcząc za sobą koszyk, wykłada produkty na ladę, w międzyczasie pytając o skład ciasta na wagę, wkłada kartę do terminala, wklepuje pin, wypycha plecak i lnianą torbę zakupionymi produktami, po czym przeglądając paragon fiskalny, wychodzi, podczas kiedy ja zastanawiam się czy wolę żelki miśki, czy ślimaczki.

Podchodzę zrezygnowana do kasy, zastanawiając się nad sensem istnienia i podziwiając pędraka na szóstym poziomie, który ogarnia w życie bardziej niż ja, w jego wieku biegając po drzewach jak dzikie zwierzę i zastanawiając się jak określić czy słońce po prawej to poranek, czy już wieczór.

Przeraża mnie myśl, że to dziecko, które nie sięgało nawet do średniego regału, prawdopodobnie ma większe szanse na przeżycie zombie apokalipsy niż ja. Pewnie za rok będzie ludziom pomagać wypełniać rozliczenia podatkowe, podczas gdy ja będę się zastanawiać czy do ciasta drożdżowego koniecznie potrzebne mi są drożdże. 

środa, 25 listopada 2020

Ok, I did it and I have no regrets

Wiecie po co człowiekowi włosy? Teoretycznie - do utrzymywania stałej temperatury ciała i ochrony przed urazami. Praktycznie - do niczego. Ewolucyjnie mamy ich coraz mniej i są nam one coraz mniej potrzebne.

Prawda jest taka, że włosy są potwornie uciążliwe. Te na głowie mają za zadanie "dodać nam uroku", więc chociaż wymagają od nas pielęgnacji, mycia, suszenia, nawilżania, rozczesywania, prostowania, usuwania z twarzy przy każdym powiewie wiatru, wypluwania z ust po nocy migrowania po łóżku i udrażniania z nich rur w łazience, to poświęcamy im wiele czasu i uwagi, w zamian dostając akceptowalne odbicie w lustrze, nienaganne zdjęcia do dowodu i możliwość bawienia się nimi podczas czytania jakiegoś nudnego artykułu.

Czy jest to opłacalne? Część osób stwierdzi, że tak i nie wyobraża sobie życia bez nich. Ja powiem tylko, że w piekle mówią po niemiecku, piszą cyrylicą i aplikują wszystkim odżywki na porost włosów.

Moje włosy są jak moje zęby. Cokolwiek bym z nimi nie robiła, nie zmieni to faktu, że są słabe, uszkadzają się bez powodu, kosztują mnie krocie i robią wszystko, żeby mnie zabić (kto nigdy nie zahaczył włosami o klamkę i nie zaliczył bliskiego kontaktu z podłogą, ten nie wie nic o życiu). O ile zęby są mi potrzebne i pełnią dla mnie ważną funkcję - rozdrabniają ogromne ilości jedzenia, jakie w siebie wrzucam, tak włosy żyją sobie na mojej głowie wolne od podatków i jakichkolwiek zobowiązań. Wypłukiwanie z nich szamponu trwa dłużej niż moja magisterka, podczas ich suszenia mogę obejrzeć wszystkie sezony "Esmeraldy" i przeczytać trzy rozdziały książki, a do ułożenia ich powinnam zatrudnić zawodowe tkaczki.

Jako że niemożliwym było dojście do kompromisu, postanowiłam się ich pozbyć. Całkiem. Do zera. Chciałam to zrobić od dawna, z czystej ciekawości i poczucia komfortu, a jedyną blokadą byli dla mnie inni ludzie. No bo jak to będzie wyglądać, prawda? Baba tak na łyso? No nie wypada. Mając to na uwadze, wzięłam nożyczki, przypominające sekatory do żywopłotu, ponieważ fryzjerskich w domu brak, wypożyczyłam maszynkę do włosów na kilka godzin i przystąpiłam do działania, przekonując siebie, że nic nie tracę, ponieważ ten rok i tak jest czasem wydłużonej izolacji i ludzi spotykam tylko sporadycznie w laboratorium, do którego pozwalają nam wchodzić kilka razy w miesiącu.

Godzinę później było już po wszystkim, moja skóra głowy spotkała się z powietrzem, a ja z niesamowitą lekkością.


Czy żałowałam tej decyzji? Ani przez moment. 

Mycie i suszenie głowy zajmuje mi maksymalnie pięć minut, zapomniałam gdzie w domu leży szczotka do włosów, nic nie owija mi się wokół szyi przez sen, nie atakuje mi kolczyków, nie wcina w zamek kurtki, nie blokuje moich rur. Nawyk poprawiania mojego fantomowego kucyka ma się dobrze, ale są to przyzwyczajenia ukształtowane latami posiadania włosów i mogą one nigdy nie zniknąć zupełnie. 

Chwila, a co z minusami takiej operacji? 

Reakcje otoczenia były różne, od "czy ciebie do reszty po*ebało", przez "próbujesz zwrócić na siebie uwagę", po "bardzo dobrze, że to zrobiłaś". 

Jest to jednak moje ciało i najważniejsze, żebym to ja czuła się w nim komfortowo i swobodnie. Społeczeństwo nie ma nic do gadania w tej sprawie.

Bez włosów nie jest zimno?

Termoizolacyjne właściwości włosów są mocno przereklamowane. Nie odczułam znaczącej różnicy cieplnej między włosami do łopatek, a ich zupełnym brakiem. Pewnie zależy to też od ich gęstości, ale od czego jest czapka, kaptur, chusta, kocyk, względnie jakiekolwiek nakrycie głowy.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to rozwiązanie dla każdego. Nie wszyscy będą się czuli komfortowo, ponieważ włosy dodają im pewności siebie, a ich utrata może przyciągać ciekawskie spojrzenia i skutkować nieprzychylnymi komentarzami. Są też osoby, które zwyczajnie lubią swoje włosy (jeśli kochacie swoje kudełki, życzę im jak najlepiej. Niech rosną w sile i chwale, przynosząc Wam dumę). Niektóre stanowiska pracy wręcz zabraniają takich modyfikacji, co w moim osobistym poczuciu jest bardzo krzywdzące lecz niestety utrwaliło się w kulturze stanowisk urzędowych. "Profesjonalny wygląd" ogranicza się do schludnego ubioru, pięknych, naturalnie wyglądających włosów, braku tatuaży i jakichkolwiek modyfikacji ciała. Jeśli o mnie chodzi, zaufałabym wytatuowanemu prawnikowi tak samo, jak temu z czystą skórą. Posiada w końcu takie same wykształcenie i kwalifikacje do wykonywania tego zawodu. Czasy mamy jednak takie, a nie inne i w dalszym ciągu zwraca się na to uwagę.

Dla mnie w każdym razie jest to niesamowity komfort i regeneracja dla mojego biednego, przesuszonego skalpu, który jest teraz w najlepszej formie od wielu lat. Jest to proces odwracalny i chociaż trwa on trochę czasu, można być pewnym, że włosy odrosną. Bardzo polecam wszystkim, którzy nie są fanami posiadania nitek z własnym DNA na głowie i nie są do nich przywiązani oraz tym, dla których troska o coś tak problematycznego po prostu nie jest warta zachodu. Oszczędność czasu i energii jest naprawdę spora.

Nie namawiam, nie zachęcam, ale dla mnie miodzio.

poniedziałek, 12 października 2020

Wiedza tajemna

Dotarło do mnie, że posiadam ogromne pokłady wiedzy bezużytecznej. Wiem jak dokładnie wygląda w środku makieta rekina, użyta do nakręcenia "Szczęk" w 1975 roku i kiedy przenosi się do Niemiec firma produkująca Lentilky, ale spytajcie mnie jakie są główne właściwości membran polimerowych, z których robiłam specjalizację, a będę musiała się poważnie zastanowić.

Oglądaliśmy ostatnio horror. Zdalnie. Jedna osoba udostępniała ekran, a reszta oglądała go na ekranie swojego komputera lub komórki w domu. Podczas komentowania głupich decyzji głównej postaci, temat zszedł na planszę Ouija (taka tabliczka z literkami do kontaktu z duchami). Kobieta na ekranie przecięła dłoń szklanką, przez co kilka kropel krwi dostało się na planszę.

- Przewalone - powiedziałam - krew jej kapnęła.

- To źle? - spytał ktoś na czacie.

- No plansza nie może mieć kontaktu z krwią.

- Dlaczego?

- Takie są zasady. Tak samo jak w pomieszczeniu nie może być dzieci i zwierząt, powinieneś się zawsze pożegnać przed zakończeniem seansu i przerwać go od razu jak wskaźnik zaczyna tworzyć symbol nieskończoności albo szóstkę. Nie powinno się też odkupować używanej planszy ani przeprowadzać seansu w pojedynkę.

- ... a Ty skąd to właściwie wiesz?

Właściwie to nie wiedziałam skąd. Musiałam kiedyś zabłądzić o trzeciej w nocy na YT i znaleźć takie informacje między filmikami o wyciskaniu pryszczy, a wymianie królowej pszczół w pasiece. Nie interesuję się żadną z powyższych rzeczy, ale każdy w życiu chociaż raz wszedł w tryb zombie, kiedy obojętne było co się ogląda, byle leciało w tle.

Strach pomyśleć jakie jeszcze informacje mogą być zakamuflowane w odmętach mojego umysłu...

Tak poza tym, wiedzieliście że jest rodzaj mumifikacji, którą przeprowadza się w miodzie jeszcze za życia? Wygooglujcie sobie "Mellified man".

Przyjemnej lektury.

wtorek, 6 października 2020

Magiczny olej

Ósma rano. Za pięć minut wykład, więc moje nieprzytomne oblicze kieruje się do kuchni, żeby popełnić śniadanie. Decyduję się na omlet i rozpoczynam poszukiwania natłuszczacza. Niestety w szafkach i lodówce nie znajduję niczego przydatnego. Ostatecznie odkrywam ukrytą butelkę pod stertą garnków i niewiele myśląc wlewam kapkę zawartości na patelnię.


Wrzucam jajo, zakrywam, czekam, wykładam, zjadam. Dobre. Nawet bardzo dobre. Ma jakiś dziwny owocowy posmaczek, ale najwidoczniej to wina specyficznego oleju. Decyduję się na dokładkę, a następnie jeszcze jedną, bo trzy jajka to akurat tyle, żeby utrzymać mnie przy życiu do obiadu. Wykład przebiega płynnie i jakoś lżej mi wchodzi. Postanawiam dodać owocowy olej do sałatki przy obiedzie.

- Kto otworzył te berbeluchę? - dobiega głos z kuchni, więc zabieram wykład ze sobą i wchodzę do pomieszczenia.

- Że olej? Ja. Omlet robiłam.

Patrzymy sobie głęboko w oczy, w tle sączy się łagodny głos profesora, który stara się wytłumaczyć nam jakieś rosyjskie przedsięwzięcie wodociągowe, a na mojej twarzy zaczyna malować się uśmiech, ponieważ powoli dociera do mnie czym jest zawartość butelki.

Usmażyłam sobie trzy omlety na mocnym alkoholu, o ósmej rano, na czczo, mając przed sobą cały dzień wykładów.

To będzie dobry dzień.

niedziela, 27 września 2020

Ile kolorów ma tęcza? Więcej niż myślisz.

Każdy zapewne zna flagę osób należących do społeczności LGBT. Nie każdy wie jednak, że tęczowa flaga, jak i akronim LGBT są "parasolami" - ogólnymi określeniami pod którymi kryje się spora różnorodność.

Wiele osób uważa, że heteroseksualizm i homoseksualizm są jedynymi istniejącymi orientacjami. Część z tych osób wyklucza nawet istnienie homoseksualizmu. Prawda jest jednak taka, że samych orientacji jest bardzo wiele, a do tego dochodzą jeszcze tożsamości płciowe i subkultury.

Flaga LGBT

By File: Nuvola LGBT flag.svg
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11842131

W oryginale tęczowa flaga miała osiem kolorów, które symbolizowały kolejno:

  • ciepły różowy – seksualność
  • czerwony – światło
  • pomarańczowy – ukojenie bólu i cierpień
  • żółty – słońce
  • zielony – więź z naturą
  • niebieski turkusowy – sztukę
  • niebieski indygo – spokój i harmonię
  • fioletowy – duchowość

Dzisiejsza flaga składa się z sześciu kolorów. Wykluczony został kolor różowy i turkusowy (miasto Filadelfia ma dodatkowe pasy w swojej fladze - brązowy i czarny).

Można by pomyśleć, że kolory zostały usunięte w wyniku zewnętrznej interwencji czy wewnętrznych konfliktów, powód jest jednak bardzo błahy. Kolor różowy zniknął z flagi w wyniku braku tkaniny w latach siedemdziesiątych. Turkus został usunięty, ponieważ gdy wieszano flagę pionowo, słup zasłaniał jeden z pasków przez ich nieparzystą ilość. Sześć kolorów na fladze okazało się więc dużo wygodniejszych.

Heteroseksualizm

Zaczniemy od terminu, który każdy zna najlepiej.

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej płci (biologicznej i kulturowej).



Druga wersja tej flagi:


Straight Ally

Nie jest to co prawda orientacja sama w sobie, ale oznacza osoby heteroseksualne wspierające wszystkie inne orientacje i walczące o ich prawa.


By SVG file authored by AnonMoos,
abstract flag design by http://straight-allies-for-equality.tumblr.com/
 Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=37435526


Bycie osobą heteroseksualną nie oznacza konieczności bycia ignorantem i zamykania się w swojej szklanej bańce. Tak samo jak bycie białym nie oznacza konieczności bycia rasistą.

Homoseksualizm

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby tej samej płci (biologicznej i kulturowej).

Geje - homoseksualni mężczyźni, czyli mężczyźni odczuwający seksualny, romantyczny lub/i emocjonalny pociąg do mężczyzn.

Brak własnej flagi poza flagą ogólną LGBT lub flagą miśków, która oznacza subkulturę homoseksualną, opartą na pociągu emocjonalnym, psychicznym i seksualnym do mężczyzn o określonym typie budowy ciała: masywnych i owłosionych.

By Fibonacci. - Own work, CC BY-SA 3.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2027338


Lesbijki - homoseksualne kobiety, czyli kobiety odczuwające seksualny, romantyczny lub/i emocjonalny pociąg do kobiet.

Nie istnieje jedna oficjalna flaga lesbijek, jednak ta zamieszczona poniżej jest najczęściej używana i znaczna większość wyraża poparcie dla jej formy.

By Taqwomen/ShimmeringAtoms
- https://official-lesbian-flag.tumblr.com/post/176505133364/official-lesbian-flag-been-doing-some-research, CC0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=79582187


Inne istniejące wersje są często problematyczne.

By xles - Own work, CC BY-SA 4.0,
 https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=41430367

Twórcy flagi z ustami - Natalie McCray - zdarzało się publikować bifobiczne, transfobiczne i rasistowskie treści, dlatego społeczność stara się odciąć od tej flagi.

By Ensix - Approximate vectorization of Labrys Pride Flag.gif based on elements from Labrys-symbol.svg / Labrys-symbol-transparent.svgThis vector image includes elements that have been taken or adapted from this file:  Labrys-symbol.svg., CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=65723493

Coraz więcej osób stara się też odejść od flagi z labrysem. Jako powód podawany jest fakt, że flagę w 1999 roku zaprojektował heteronormatywny mężczyzna, jednak większym problemem zdaje się być oryginalne pochodzenie czarnego trójkąta, który był używany podczas II Wojny Światowej przez nazistów w obozach koncentracyjnych do oznaczania lesbijek (homoseksualni mężczyźni byli oznaczani różowym trójkątem), prostytutek, Romów, narkomanów, alkoholików i osób bezdomnych.

By Lydia - http://archive.is/0rFRD, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=79533339

Flaga powstała w 2018 roku, zainspirowana wierszem Safony nie jest tak rozpowszechniona, przez to używa jej bardzo mało osób.

Biseksualizm


By Michael Page - https://web.archive.org/web/20120204070907/http://www.biflag.com/Activism.asp,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=527339


Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej lub/i tej samej płci (biologicznej i kulturowej).

Panseksualizm


By This SVG version: KiwiNeko14.
Original idea: Tumblr blog PansexualFlag. - Web archive of pansexualflag.tumblr.com [1] ; [2],
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27249837


Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej lub/i tej samej płci (biologicznej i kulturowej), a także do osób nieidentyfikujących się jako żadna z płci (niebinarnych) i transpłciowych.

Panseksualizm określany jest jako ślepota płciowa, ponieważ osoby panseksualne wchodzą w relacje międzyludzkie i tworzą związki z osobami niezależnie od ich płci biologicznej i tożsamości płciowej. Zakochują się w osobie i jej charakterze. Płeć jest im obojętna.

Poliseksualizm


By McLennonSon - Praca własna, CC BY-SA 4.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=38241562

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do kilku, ale nie wszystkich płci kulturowych (społecznych).

Aseksualizm


By AnonMoos (SVG file); AVEN (flag design) -
This vector image includes elements that have been taken or adapted from this file:  Asexual flag.png.,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11521997


Brak odczuwania pociągu seksualnego wobec innych osób, niezależnie od ich płci i tożsamości.

Osoby aseksualne tworzą związki, które nie są oparte na doznaniach fizycznych, a jedynie na emocjonalnej więzi.

Aromantyzm


By Cameron Whimsey - http://cameronwhimsy.tumblr.com/post/75868343112/ive-been-reading-up-on-a-lot-of-the-discussion,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=42814668


Brak odczuwania pociągu romantycznego wobec innych osób, niezależnie od ich płci i tożsamości.

W przeciwieństwie do osób aseksualnych, osoby aromantyczne mogą opierać związek na doznaniach fizycznych lub innej formie więzi poza romantyczną i emocjonalną.

Queer

Flaga nie została jednoznacznie ustalona i istnieje różnorodność jej projektów.

Osoby, u których pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny nie jest stały. Te osoby nie identyfikują się jako osoby heteroseksualne, ale nie są też w stanie przypisać jest jednoznacznie do żadnych wymienionych wyżej orientacji seksualnych.

Transpłciowość


By SVG file Dlloyd based on Monica Helms design - Description above retrieved from page "File talk:Transgender Pride flag.svg" at en.wikipedia.The flag was flown from a large public flagpole in San Francisco's Castro District beginning November 19, 2012 in commemoration of the Transgender Day of Remembrance ("Transgender Flag Flies In San Francisco's Castro District After Outrage From Activists" by Aaron Sankin, HuffingtonPost, November 20, 2012).On 19 August 2014, Monica Helms donated the original Transgender Pride Flag to the Smithsonian National Museum of American History., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=530503


Nie jest co prawda orientacją, ale flaga osób transpłciowych jest bardzo popularna i uznałam, że warto ją tutaj przytoczyć.

Osoby transpłciowe to osoby, które nie utożsamiają się ze swoją płcią biologiczną.


MAP




Istnieje wiele odmian tej flagi. 

Więcej można zobaczyć tutaj: Flagi MAP

Należy zgłaszać organizatorom Marszy Równości obecność takich flag w paradach.

MAP NIE należą do społeczności LGBT, chociaż od wielu lat próbują się do niej przypisywać wbrew woli jej pozostałych członków. Jest to otwarta społeczność pedofili, kierująca się zasadą "love is love", która została przez nich błędnie zrozumiana.

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do dzieci czy zwierząt nie jest orientacją seksualną, jest zaburzeniem, które należy leczyć. Dziecko czy zwierzę nie jest w stanie wyrazić w pełni świadomej zgody, w przeciwieństwie do osoby dorosłej. To główna zasada w odniesieniu do wszystkich związków dowolnych orientacji - świadoma zgoda obu stron.

W tym poście zamieszczone są tylko najbardziej rozpoznawalne flagi i orientacje (nie mylić w płciami i tożsamościami płciowymi). Jest ich znacznie więcej, lecz postanowiłam przybliżyć jedynie te, z którymi można spotkać się najczęściej.


piątek, 25 września 2020

Kubek to kubek

Mam bliską znajomą. Dziewczyna jest nieco szorstka w obyciu, ale tak ukształtował się jej charakter. Nie jest też kanonem "dziewczęcości" według powszechnie rozumianych standardów. Jest piękną kobietą, temu nie można zaprzeczyć, ale ktoś, kto przywykł do długowłosych, delikatnych, taktownych dziewczyn w sukienkach raczej nie zawiesi na niej oka. 

Niejednokrotnie byłam świadkiem dyskusji między nią, a obcymi ludźmi lub znajomymi znajomych, którzy z jakiego niejasnego dla mnie powodu byli bardzo ciekawi jej życiowych wyborów i starali się wpłynąć na jej decyzje, chociaż nie mieli z nimi zupełnie nic wspólnego i w żaden sposób ich one nie dotyczyły.

- Dlaczego nie nosisz makijażu? - pytali - Wyglądałabyś tak ładnie w make-up'ie.

- Byś chociaż mogła nosić jakąś biżuterię.

- Co to w ogóle za praca dla kobiety. Mechanik samochodowy? Nie mogłaś zostać jakąś fryzjerką albo kosmetyczką?

- Gdzie ty znajdziesz męża z takimi tatuażami?

- Kiedy dzieci? No przecież jesteś kobietą, do tego cię stworzyła natura.

- Mogłabyś się częściej uśmiechać.

- Dlaczego nosisz takie męskie ubrania? Kieszenie? Przecież w damskich spodniach też są kieszenie tylko mniejsze.

- Mogłabyś zapuścić te włosy trochę dłuższe.

- Długo jeszcze masz zamiar grać niedostępną? Nikt na ciebie nie zwróci uwagi. Będziesz sama na starość.

- Nigdy nie będziesz szczęśliwa, jeśli nie...

- Nigdy nie zrozumiesz, dopóki...

- Nigdy nie będziesz wiedzieć, bo...

Za każdym razem padała tylko jedna odpowiedź:

- Zajmij się swoim kubkiem, ja swojego pilnuję.

To zdanie oznaczało tyle, co "zajmij się swoim życiem i pozwól mi zająć się moim".

Jeśli zbyt dużo uwagi poświęcało się kubkowi drugiej osoby, ktoś mógł dosypać coś do naszego lub do niego napluć, herbata mogła wyparować, rozlać się lub zostać skradziona.

Żyjmy tak jak chcemy. Nie dajmy sobą kierować. Nie kierujmy też jednak innymi. Nie istniejemy po to, by wpasowywać się w czyjś kanon piękna, czyjeś ambicje, wyobrażenia, pomysły i fantazje.

Może czas zrezygnować z niewygodnych pytań w pogaduszkach o pogodzie?

Jeśli masz dziecko i jesteś z niego dumna, to świetnie. Gratulacje, wiele osób cieszy się twoim szczęściem. Niektórzy jednak nie mogą lub nie chcą mieć dzieci z przeróżnych powodów, w które nie należy wnikać, bo może być to temat wrażliwy.

To samo dotyczy wizerunku, zawodu i planów na przyszłość.

Każdy ma na siebie inny pomysł i żaden z tych pomysłów nie jest gorszy od drugiego tylko dlatego, że nam osobiście on nie odpowiada. Nauczmy się wszyscy patrzeć w swój kubek, żeby przypadkiem nic z niego nie uciekło. Inni sobie doskonale poradzą ze swoimi kubkami bez naszej ingerencji.


środa, 23 września 2020

Kto najlepiej się bawi na imprezach dla dzieci?

Istnieją dorośli, którzy nigdy w pełni nie dorastają i dzieci, które stają się dorosłe zbyt szybko. Osobiście wolę być tym pierwszym i nie zastanawiać się co jest stosowne i co wypada w moim wieku - oczywiście w granicach rozsądku i dobrego smaku.

Kilka miesięcy temu w mojej rodzinie odbyło się coś na wzór kinder party. Przedział wiekowy był dość spory, więc zatrudniony na ten dzień animator musiał nie tylko ogarnąć ośmioro dzieci o różnych gustach, ale i w różnym wieku. Do tego dochodziło też kilka osób na wózkach, ale mężczyzna stwierdził, że miewał już takie przypadki i że na pewno sobie poradzi.

Poradził sobie świetnie, chociaż część młodocianych odmówiła udziału w tej "dziecinadzie dla maluchów" i przyglądała się wszystkiemu z boku. Ze względu na nieparzystą liczbę uczestników często brakowało komuś pary. Wtedy na scenę wchodziłam ja. Nieważne czy trzeba było budować wieżę z klocków na czas czy strzelać z gumowego łuku, byłam gotowa. Najstarsze dziecko, biorące udział w zabawie, miało trzynaście lat, najmłodsze cztery. Pośród tych karzełków znajdowałam się też ja. 176 cm wzrostu, lat grubo ponad dwadzieścia, z balonowym mieczem, okładająca grupę piratów, która napadła na nasz okręt z koca. Dorośli przychodzili popatrzeć, kiedy robili sobie przerwę na papierosa i nie wiem czy bawili się przy tych obserwacjach tak dobrze jak ja - biorąca czynny udział w grze - ale jeśli tak, to na zdrowie.

Zwrot sytuacji nastąpił, kiedy animator wywlókł z samochodu uzbrojenie w formie gogli, kilkunastu pistoletów Nerfa i całego pudła mięciutkich, piankowych naboi. Z oczywistych względów każdy chciał mieć w drużynie mnie. Byłam idealną tarczą dla dzieci stojących za mną, ale przy okazji posiadałam też niezłego cela.

- Jaka szkoda, że jesteście za duzi, żeby się bawić - droczył się animator - potrzeba nam kilku dodatkowych rąk, żeby mieć nad nimi przewagę.

Przynęta zadziałała i oporne do tej pory dzieci rzuciły się na broń. Reszta była chaosem, a piankowe naboje latały w powietrzu jak confetti, trafiając przypadkowych przechodniów i palących dorosłych.

Nie wiem czy po wszystkim udało nam się wysprzątać cały plac, ale od tego momentu w zabawach brały udział już wszystkie dzieci, które nagle przestawały być zażenowane taką formą rozrywki. I ja. Nikt chyba nie myślał, że odpuściłabym wyścigi samochodzikami napędzanymi powietrzem z balonów.