Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara w ludzkosc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara w ludzkosc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 marca 2021

Sklepowa olimpiada dla faworyta gatunku

W czasach, w których osiemdziesiąt procent doby spędzam zamknięta w czterech ścianach własnego pokoju, moją główną rozrywką stało się wyjście do osiedlowego sklepu z płazem i bierny udział w organizowanych tam turniejach, zatytułowanych: "Kto pierwszy wprowadzi kasjerkę w tryb zagłady". Nagrody dla zwycięzców olimpiady są bardzo zróżnicowane, od wyrwania nerki po karnet na przejażdżkę wózkiem na ziemniaki. Osobiście udziału w zawodach nie biorę, ponieważ z jakiegoś powodu nie wykształciła się u mnie potrzeba uprzykrzania życia innym, ale często jestem publiką w starciach o podium.

Jeśli myślicie, że najbardziej irytującym klientem jest pan Wiesiu, który swoją rozbujaną aparycją próbuje wynegocjować zniżkę na małpkę, inwokując sprzedawczyni "odę do kierowniczki", to niestety jesteście w błędzie. Pan Wiesiu plasuje się dopiero w okolicach dziesiątego miejsca. Sama nie wiem czy faworytami są niszczące towar purchlęta, niepodlegające żadnej kontroli rodzicielskiej, czy walczące o promocję na galaretkę babcie, które nie potrafią przyznać się do błędu i złego dopasowania cenówek do towaru, więc wykłócają się o różnicę piętnastu groszy z tłumaczącą im zasady wielosztuk kasjerką, której chęć życia zamiata podłogi już o dziesiątej rano. Bitwa staje się wojną w momencie, w którym na całym osiedlu brakuje prądu, więc okoliczne sklepy działają na kalkulatorach, czytnikach kodów kreskowych na baterie i zawieszkach "płatność tylko gotówką". Dla pracownika dwie godziny w takich warunkach zmieniają się w dwanaście. Między obsługiwaniem klientów w ciemnościach i pilnowaniem ich lepkich rączek, należy jeszcze odpowiedzieć na pytania kwestii filozoficznej, rzucane raz po raz przez odwiedzających sklep. "A kiedy prąd wróci?", "A czemu nie można kartą?", "A tu musi być tak ciemno? Ja nic nie widzę", "Po ile cuksy? A nie ma tych niebieskich?", A to kamery nie działają? To można kraść, hehe", "A pani to pan czy pani, bo takie długie włosy to nie wiem?", "A można bez maseczki?", "A tak po ciemku to się pani nie boi, że ktoś panią od tyłu zajdzie?", "A bez kalkulatora to już nie policzy w głowie, co? Na maturze się oszukiwało?" oraz wiele innych perełek, których ze względu na resztki szacunku do siebie nie należy wymieniać. Ukrywanie zażenowania i zmęczenia przychodzi łatwiej pod maseczką i za szybą z pleksi, ale wyczuwalna chęć mordu byłaby w stanie zasilić pół osiedla przez najbliższych kilka godzin, gdyby tylko ktoś podłączył do kasjera odpowiednie przewody.

Ciosem ostatecznym okazuje się informacja o wybrednym złodzieju, który ukradł dwa lizaki, po czym orientując się, że nie są one pożądanych przez niego smaków, przyszedł je sobie wymienić na inne, przez co został przyłapany. Myślę, że to właśnie ten człowiek zasługuje na podium i medal z ziemniaka. Zapracował.

niedziela, 28 lutego 2021

Granice są nieprzekraczalne

"Temu psu można zrobić wszystko", słyszeliście to kiedyś?

Osobiście uważam, że każda istota żywa dowolnego gatunku ma swoje granice i jeśli się te granice przekroczy, należy się liczyć z przykrymi konsekwencjami. To samo dotyczy ludzi. Nawet największą oazę spokoju można sprowokować, jeśli tylko ma się w sobie wystarczająco dużo upierdliwości i braku poszanowania barier i szacunku dla drugiej osoby. Najbardziej szokuje zawsze reakcja tych najcichszych i najspokojniejszych. Tych, którzy byli uważani za lilie wodne na tafli jeziora. Nikt nie spodziewa się tego, co następuje po przekroczeniu granicy. Wybuch mnicha robi dużo większe wrażenie niż codzienne ataki agresji u kogoś, dla kogo jest to typowe.

Z jednej strony uwielbiam patrzeć jak ktoś bardzo nietaktowny i uciążliwy jest w ten sposób sprowadzany na ziemię i zmuszany do nauki prawidłowych interakcji z drugim żyjącym organizmem, czy to w przypadku ludzi, czy zwierząt. Z drugiej jednak strony, często pociąga to za sobą przykre konsekwencje dla "atakującego", mimo że była to jedynie obrona. Niesprawiedliwa ocena sytuacji jest dużo częstsza w przypadku psów. Nie mogą one wytłumaczyć swojego zachowania i cała wina za zdarzenie jest przelewana na nie.

O ile pozwalam ludziom (małym i dużym) na kontakt z Morfiną, tak wiem, że mimo swojego przyjaznego usposobienia, nawet ona ma czasem dość. Moim obowiązkiem jest nie dopuścić, żeby ktokolwiek naruszył jej granice, które zmusiłyby ją do podjęcia akcji, której podjąć by nie chciała, ale do której podjęcia zostałaby zmuszona. Jeśli widzę, że po kilkugodzinnej zabawie z dziećmi mój pies jest zmęczony, ponieważ ma już swoje lata i przypadłości, odsuwam pędraki na bok i tłumaczę dlaczego futro potrzebuje półgodzinnej drzemki, w której nie powinno się jej przeszkadzać. Zrozumienie i empatia drugiej strony są bardzo ważne i zazwyczaj respektowanie potrzeb innej istoty przychodzi nam bez większych problemów. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy wymagamy od drugiej osoby czy zwierzęcia porzucenia wszelkich granic i w pełni dostosowania się do naszych osobistych potrzeb i wymagań.

Podam Wam przykład, który wydarzył się nie tak dawno temu, a który był bardzo widowiskowy i stosunkowo niebezpieczny.

Pewien dżentelmen, chcąc się pochwalić swoim dobrze wyszkolonym i ułożonym psem sporej rasy, zaczął popisywać się przed płcią piękną jego zdolnościami. Mężczyzna wielokrotnie wchodził w polemikę ze swoją matką, która zauważyła pierwsze objawy przemęczenia u psa i zaproponowała odseparowanie zwierzęcia i podanie mu wody. Właściciel był jednak nieustępliwy, powtarzając jak mantry zdania: "prawdziwy pies to się nigdy nie męczy", "on bez wody to może i kilka dni" oraz mój osobisty faworyt "on nie wie co to zmęczenie, przecież to szkolony pies". Jakby szkolenie miało na celu eliminację podstawowych potrzeb życiowych. Pies wykonywał komendy coraz mniej ochoczo i ku frustracji swojego właściciela, nie wykazywał oczekiwanego poziomu energii. Po dłuższym klepaniu, demonstracji kłów i wsadzania ręki do psiego pyska, zwierzę zawarczało, czym wywołało mały popłoch i zdziwienie zarówno mężczyzny, jak i zgromadzonej dookoła płci pięknej. Kobiety zaczęły przekonywać jegomościa, że to co widziały w zupełności im wystarczy, a pies powinien odpocząć. Sygnał ostrzegawczy był tak wyraźny, że postronne osoby postanowiły się wycofać, jednak nie podziałał on na właściciela, który kontynuował próby wyegzekwowania od zwierzęcia dokładnie tego, czego chciał. Jakież było zdziwienie owego dżentelmena, kiedy psia paszcza zatrzasnęła się ze zgrzytem na jego dłoni. Było dużo krwi, jeszcze więcej paniki i w ostatecznym rozrachunku, około dziesięciu szwów. Okazało się, że pies to nie robot i nie można "zrobić mu wszystkiego". Rehabilitacja ręki była kosztowna, ale bardziej kosztowna była ponowna praca z trenerem i zaufanie psu, który raz już ugryzł rękę, która karmiła. 

Finał historii nie był tak dewastujący, jak mógłby być, ponieważ mężczyzna zrozumiał swój błąd i zamiast pozbyć się "agresora" postanowił popracować przede wszystkim nad sobą, jednak takie sytuacje zazwyczaj kończą się w dużo mniej przyjemny dla obu stron sposób. Wina nie leżała po stronie psa, ale pies był obwiniany. Łatka "agresywnego" została do niego przyklejona na stałe i nie był już mile widzianym gościem na tłumnych spotkaniach.

Wszystko to przez przekroczenie bardzo cienkiej, czerwonej linii, której ludzie często nie zauważają i zdarza im się po niej deptać.


sobota, 27 lutego 2021

Jak prawie dostać w pysk za dom Hogwartu

Noc. Syberia. Lokalizacja: południowa Polska. Późny powrót do domu. Oczekiwanie na autobus. 

Wciskam się w kąt przystanku, mrużąc oczy i usiłując odeprzeć atak łupieżu nieba. Podchodzi do mnie jegomość, lekko al dente, rozstawia się szpagatem najszerzej jak potrafi i trzymając dumnie swój szalik, zaczyna do mnie przemawiać:

- A ty, gościu, to chyba pomyliłeś ulice.

Woń Bociana przechodzi nawet przez maseczkę FFP2, więc odsuwam się na bezpieczną odległość i dając poliglocie do zrozumienia, że nie szukam dziś rozrywki, próbuję obejść człowieka gumę dookoła, uważając przy tym, żeby nie potknąć się o jego rozcyrklowane nogi.

- A ty gdzie? Jeszcze z tobą nie skończyłem. Skończyłem? - rzuca ofiara sfermentowanych ziemniaków i kukurydzy, po czym ponownie zastępuje mi drogę. W tym czasie z zaplecza nadciąga reszta niedogotowanej watahy, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi.

- Co masz na szyi gościu, co?

- Szalik - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Następuje cisza pełna konsternacji i na czole lidera rozbujanej ekipy pojawiają się dwie zmarszczki. Widać, że audio nie zgadza mu się z wizualizacją, więc patrząc na moje zamaskowane, owinięte szalikiem oblicze, o dwa rozmiary za dużą kurtkę i czarne śniegowce, pyta:

- A ty baba?

- Tak?

- Na pewno?

- Tak.

- Ku#wa, no kobiet nie biję. Ale weź zmień barwy, bo ku#wa wstyd po ulicy chodzić.

Prawdopodobnie zdezorientowanie wylewa mi się przez oczy, więc mężczyzna patrzy na mnie jak na odklejeńca i wskazuje na szalik.

- No jaki jesteś klub?

- Klub?

- No szalik z czego masz?

- Gryffindor.

- Korona Kielce, tfu.

- Pierwsze słyszę.

- Nie strzelaj tu głupa, tylko zdejm to gówno i wypier#alaj.

Nie mając siły na dyskusję, postanawiam wziąć sobie jakże cenne rady do serca, schować szalik do plecaka i przejść się na drugi koniec przystanku, którego nie obejmuje już niestety daszek budynku.

- Najlepiej to wywal, o albo spal - rzuca za mną król dzielnicy w szaliku o niezidentyfikowanych kolorach i zerkając na mnie z ukosa, dołącza do kolegów.

Zastanawia mnie czy szalik Slytherinu byłby bezpieczniejszą opcją, ale googlując kolory klubów piłkarskich w mojej okolicy, stwierdzam że odpada większość znanych mi kombinacji.

Autobus podjeżdża, więc ładuję się do środka, czekam na zamknięcie drzwi, owijam się szalikiem ponownie i łapię kontakt wzrokowy z fanami kopania gumy, stojącymi na zewnątrz. Nie wiem czy szyba drga przez ruch silnika pojazdu, czy przez skumulowaną nienawiść, sączącą się z zasypanego puchem mroku, ale autobus rusza, zostawiając bohaterów nocy za sobą, razem z resztkami mojej energii.




piątek, 11 grudnia 2020

Bodyguard za piątaka

Bardzo często wracam z laboratorium w godzinach późnowieczornych. Na zewnątrz ciemno robi się już w okolicach siedemnastej, a przystanek autobusowy oświetla jedna latarnia i neony pobliskich sklepików, więc zazwyczaj ludzie czekają na autobus w ciemności.

- Pani kierowniczko! - usłyszałam znajomy mi głos i zza rogu wyłonili się Bonnie i Clyde XXI wieku. Znajome twarze powitały mnie uśmiechem i pytaniem, które nie zmieniało się odkąd pierwszy raz zobaczyłam tę dwójkę kilka lat temu - Ma kierowniczka coś do jedzenia? Jak kierowniczce minął dzień?

- Nie mam przy sobie, ale i tak idę do budki z frytkami, to mają panowie szczęście - odpowiedziałam, przechodząc na drugą stronę chodnika.

Mężczyźni byli ubrani skromnie, nie mieli domu ani połowy zębów, a jeden z nich mógł właśnie przekraczać sześćdziesiątkę, ale zawsze trzymali się razem i nigdy nie naprzykrzali się obcym. Zawsze mili, zawsze trzeźwi, zawsze proszący tylko o jedzenie, nigdy o pieniądze, panowie rozpoznawali mnie już nawet w maseczce i owijce z szalika. Mieli też sokoli wzrok, skoro wypatrzyli mnie już z przystanku.

Postawiłam zmarzniętym towarzyszom frytki, oni pobłogosławili mnie, moje dzieci i wnuki moich wnuków i udałam się na przystanek, skąd dalej widziałam panów dzierżących ciepłe paczuszki i koczujących pod sklepem, osłaniającym ich nieco od wiatru.

Cisza nocy została jednak szybko zmącona przez trzech, rozbujanych jegomości, podbijających do każdej osoby na przystanku i rzucających pretensje w jedynie sobie znanym języku. Mimo ignorowania, stroszących się w stylu koguta, mężczyzn, podchodzili oni coraz bliżej, dając oczekującym do zrozumienia, że nie podoba im się obecność pasażerów na przystanku. Kiedy nadeszła moja kolej na zlekceważenie degustatorów tanich trunków osiedlowych, zauważyłam dwóch ninja, przemykających truchtem pod osłoną nocy, niezważających na czerwone światło przejścia dla pieszych.

- Ale ku*wa odpie*dolcie się od naszej kierowniczki! - rzucił mniejszy jegomość, który w piorunującym tempie skończył swoją porcję frytek.

- Won stąd! - dorzucił drugi i kiedy byłam już przekonana, że resztki uzębienia moich rycerzy za chwilę znajdą się na asfalcie, napromilowani panowie zmierzyli wrogów swoim zachwianym skanem prawilności, unieśli ręce w międzynarodowym geście, oznaczającym "to nie ja, ja nic nie wiem" i oddalili się w stronę sklepów, by tam dręczyć kolejne osoby swoimi uwagami odnośnie "wyeble", czymkolwiek to było. Będąc w niemałym szoku, że dwóch wątłych panów właśnie całkowicie zdominowało większych od siebie rywali, napakowanych białkiem i proteinami z puszki, podziękowałam i rozejrzałam się po stojących na przystanku ludziach, którzy pod maskami musieli mieć podobny wyraz twarzy do mojego.

- A pani kierowniczka to kiedy ma autobus? Bo my tu poczekamy, żeby pani nikt nie zaczepiał - przemówił niższy z rycerzy, podczas gdy wyższy przytakiwał i spoglądał wrogo w stronę sklepów.

- Za kilka minut, ale naprawdę nie trzeba. Oni już chyba nie wrócą.

- Ale my poczekamy, nam się nie spieszy.

Mój żółty dyliżans nadjechał, a ja zostałam oddelegowana przez moją ochronę, na którą wydałam tego dnia całe pięć złotych z groszami. Podziękowałam, pomachałam i wróciłam do domu, zastanawiając się co się właściwie zdarzyło.


czwartek, 3 grudnia 2020

Gabinetowe potyczki

Gabinety weterynaryjne w moim mieście podjęły pewne działania prewencyjne i od dłuższego czasu przyjmują tylko pacjentów umówionych na wizytę, a w poczekalni mogą przebywać maksymalnie dwie osoby, które są zaopatrzone w maseczkę. Bez wcześniejszego ustalenia terminu przyjmowane są jedynie nagłe przypadki, reszta musi liczyć się z dodatkowymi kosztami, nałożonymi w formie kary.

Pewnego dnia, kiedy oczekiwałam z Morfiną na badania tarczycowe, do poczekalni wszedł mężczyzna z owczarkiem. Zignorował wielką wywieszkę o konieczności zakrywania twarzy i wprowadził ujadającego psa do środka. Poinformowany, że musi poczekać na zewnątrz, ponieważ w poczekalni na dany moment przebywała już maksymalna ilość osób, wzruszył ramionami i spytał kto ostatni w kolejce. Tłumaczenia o zapisach godzinowych potraktował obojętnie i kontynuował szarpanie się z psem, który miał ochotę pożreć zarówno Morfinę, jak i trzęsącego się w transporterze kota.

Po rozmowie z technikiem mężczyzna zaczął być agresywny, co tylko rozjuszyło i tak już rozzłoszczonego psa, więc do akcji wkroczył lekarz, usiłujący wyjaśnić człowiekowi, że nie zostanie on przyjęty bez wcześniejszego zapisu, chyba że uiści odpowiednią opłatę i założy na twarz maseczkę. Mężczyzna tak się zirytował, że przewrócił dystrybutor wody, stojący przy ścianie, po czym odgrażając się, opuścił gabinet, przeklinając pod nosem i wracając się trzy razy, żeby nawrzucać lekarzowi.

- Jak widać, nie tylko zwierzęta mogą mieć wściekliznę - rzucił weterynarz, kiedy do gabinetu weszła kobieta, prowadząc przed sobą tego samego owczarka.

- Ja przepraszam za narzeczonego - zaczęła, próbując przekrzyczeć szczekającego psa - on taki nerwowy jest. Myśmy byli umówieni na wizytę, ja mam karteczkę, on zapomniał o tym.

- To proszę poczekać na swoją kolej na zewnątrz, bo mamy lekkie opóźnienie - odparł lekarz.

- Tak, tak, oczywiście.

- Tamten pan nie wchodzi. Po pierwsze nie stosuje się do zasad, po drugie jest agresywny.

- Ale ja go mogę sama nie utrzymać, on się będzie wyrywał.

- Przykro mi, ale musi sobie pani jakoś poradzić, jeśli chce pani dzisiaj wejść.

Kobieta odczekała swoje, weszła do środka i załatwiła sprawę, nie dając się przy okazji pożreć przez własnego psa. Wszystko w dużo spokojniejszej atmosferze.

Jakiś czas później okazało się, że gabinet dostał bardzo nieprzyjemny, anonimowy komentarz odnoszący się do dyskryminacji i podziałów, oraz "chamskiego" zachowania personelu.

Nie jestem detektywem, ale chyba wiem kto mógł być jego autorem.



poniedziałek, 30 listopada 2020

Małe = nie pies, coś więcej

Czasami spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy sprawiają, że czujemy, jak opuszczają nas szare komórki.

W mojej okolicy od niedawna mieszka właścicielka dwóch Yorków. Kobieta przeprowadziła się z innego miasta i od razu zaskarbiła sobie moją sympatię, poprzez swoje podejście do zwierząt. Jej psy są wychowane, nie jazgoczą, reagują na komendy i trzymają się blisko właścicielki. Słowem - odpowiedzialny opiekun dwóch, bardzo dobrze ułożonych puchatków.

Do kobiety pewnego dnia podeszła inna niewiasta, będąca w posiadaniu dokładnej odwrotności wychowanych zwierząt. Na jej rękach spoczywał miniaturowy, biały piesek, którego rasy ani tożsamości nie dało się niestety odgadnąć przez otaczające go puchowe ubranko, w którym ledwie mógł się poruszać. Widząc trenującą komendy właścicielkę dwójki Yorków, dama z łasiczką w żółtym wdzianku zbliżyła się do kobiety i rozpoczęła serenadę złotych rad.

- A ty to się nie boisz, że one ci się zgrzeją i je zawieje?

- Nie no, nie jest tak zimno, a pobiegać muszą.

- Nie muszą, przecież to miniaturki są, mają zupełnie inne organizmy, one nawet nie powinny biegać, ani po schodach chodzić. I po co im tak każesz robić coś co chwilę?

- Żeby znały jakieś podstawowe komendy?

- Ale po co, one nie maja do tego głowy, bo mózgi mają za małe. Tylko je męczysz. Przecież zawsze można na ręce wziąć jakby coś się działo, nie ma sensu.

- Ale to, że pies jest mały, wcale nie oznacza, że nie jest psem i nie można nic od niego wymagać.

- No właśnie tak, miniaturki to już właściwie nie są psy. One są inne zupełnie. To coś więcej.

Właścicielka Yorków na szczęście nie wzięła na poważnie ani jednego słowa, jakie wypłynęło z ust posiadaczki kurtkowego pieska, a jej wyraz twarzy świadczył o ogromnej chęci ewakuacji z tej konwersacji.

Mądrego to dobrze posłuchać...

sobota, 28 listopada 2020

Historia kozy Krysi

Chcieliście historię kozy Krysi, będzie historia kozy Krysi.

Podczas łapanki kotów w Bełchatowie, na którą pojechaliśmy z Damianem i Mateuszem, zgarnęliśmy kilka dodatkowych podrzutków. Ludzie z pobliskich domostw, widząc nasze poczynania, wołali nas do siebie i oferowali własne koty (zazwyczaj bardzo młode), które nie pełniły dla nich żadnej funkcji. Część kociaków była sierotkami, które pewnego dnia po prostu przyplątały się na czyjeś podwórko, część stanowiła nadwyżkę "hodowlaną", no bo jak tu kotki raz nie dopuścić, jeszcze inne były starymi kocurami, którym nie w głowie było bieganie za myszami, więc straciły swój ochronny immunitet i musiały pożegnać się z miejscówką na ganku. Coś, co pierwotnie miało być łapanką czterech kotów, stało się obwoźnym schroniskiem dla ponad dziesięciu sztuk sfilcowanych, niemiłosiernie brudnych i często chorych zwierząt.

Wieść o tym, że po okolicy jeździ Van, zbierający "niepotrzebne" zwierzęta szybko się rozniosła i w wolnych kenelach znalazło się miejsce jeszcze dla dwóch psów. Postanowiliśmy zostawić ludziom namiary na pobliskie domy tymczasowe, spakować klatki i transportery i zabrać się stamtąd, zanim wieści dotarłyby do dalej położonych domów. Mieliśmy ograniczoną liczbę klatek i miejsc w samochodzie.

Zanim zdążyliśmy odjechać, ujrzeliśmy mężczyznę, truchtającego środkiem drogi, zmierzającego w naszym kierunku. Człowiek niósł na rekach coś, co wyglądało jak średniej wielkości pudel. Spojrzeliśmy po sobie i gotowi odmówić zabrania psa ze względu na brak wolnych miejsc w transporcie, wyszliśmy mężczyźnie naprzeciw. Coś, co początkowo wzięliśmy za pudla, okazało się być jednak kozą.

- Możecie ją zabrać? Drogo nie wezmę. - rzekł jegomość.

- Ale my nie skupujemy zwierząt, zabieramy je do domów tymczasowych i fundacji. Tak właściwie to przyjechaliśmy tylko po kilka i już mamy nadwyżkę. - odpowiedział Damian.

- Dobra, to za darmo ją weźcie.

- Ale to jest koza.

- No koza, a co?

- My zabieramy tylko zwierzęta domowe, nie hodowlane.

- Małe jest, dużo wam miejsca nie zajmie.

- Nie mamy wolnych klatek.

- Ja coś załatwię jak wam potrzeba klatki.

- Ale... - usiłował zaprzeczyć Damian, lecz widząc moje dłonie przyklejone do miękkiego futerka koźlątka, zorientował się, że decyzja została już podjęta. Koza jechała z nami.

- A właściwie dlaczego się jej pan pozbywa? - spytał Mateusz, wyciągając z kieszeni telefon.

- I tak cały dzień przy słupie stoi, nie mam co z nią zrobić, dostałem ją kiedyś w formie żartu od kolegów, ogródek mi obżera. Ja konie trzymam, nie mam miejsca i czasu dla kozy. 

- Mati, nie mamy komu podrzucić kozy. - rzucił Damian, licząc zapewne na jakiekolwiek wsparcie ze strony kolegi.

- Już to ogarniam, daj mi sekundę - odpowiedział Mateusz, przeszukując komórkę i chwilę później koza spoczywała już na moich rękach, podczas gdy panowie składali przyniesioną przez właściciela, starą, zardzewiałą klatkę, która musiała nam jakoś wystarczyć.

- Syn ją nazwał Krysia, ale można zmienić, dla niej to różnicy nie zrobi - powiedział mężczyzna, otwierając skrzypiące drzwiczki prowizorycznego transportera.

- Nie pomaga pan - odparł Damian i po wyłożeniu klatki kocem, koza trafiła na nasz bagażnik, razem z pozostałym zwierzyńcem.

- Magda ją weźmie - rzekł Mateusz, zapinając pasy - ale może ją przyjąć dopiero za trzy dni, więc po drodze trafi do Adama w Busku. Ktoś po nią przyjedzie wieczorem.

- A do tego czasu gdzie ją mamy trzymać? Ja muszę wyładować jeszcze pozostałe zoo.

- No najlepiej jakby u kogoś te kilka godzin przeleżała.

- Krysia, ty byłaś za zabraniem kozy, więc bierzesz za nią odpowiedzialność.

- Wolne żarty, ja w bloku mieszkam, jak to sobie wyobrażasz? - spytałam, widząc oczami wyobraźni konwulsyjne drgawki Anonimki i sensację całej dzielnicy, wywołaną pojawieniem się koźlątka.

- Jak każdy z nas, u ciebie będzie najprościej ją przechować, dopóki ktoś od Adama po nią nie podjedzie.

- Dzielicie imię, to zobowiązuje - dodał Mateusz, więc zastanawiając się jak wyjaśnię to pozostałym lokatorom, zaczęłam układać w głowie plan działania.

Wchodząc z kozą Krysią do bloku, czułam się jak Daenerys dzierżąca w dłoniach małe smoki i wywołałam tym podobny poziom zainteresowania ze strony sąsiadów. Koza Krysia okazała się być strasznym bucem, który obgryzł większą część koca i postanowił krzyczeć na obwąchujące klatkę psy przez czterdzieści pięć minut, bez przerwy. Podłożone pod kenel podkłady higieniczne, których funkcją było uchronienie paneli przed ewentualnym zalaniem, również zostały częściowo zjedzone, mimo podkarmiania małego demona jabłkami i marchewką.

Na transport Krysia czekała zaledwie półtorej godziny, ale było to dla mnie bardzo długie półtorej godziny, w czasie której musiałam wyciągać z koziego pyska kawałki podkładu, odciągać ciekawskie psie nosy od klatki i odwracać uwagę Morfiny, która zdążyła już zaadoptować upośledzone psie dziecko z różkami i postanowiła wrzucać do klatki swoje zabawki, żeby uspokoić trochę rozwrzeszczanego pudla.

Koza Krysia finalnie trafiła do swojego domu tymczasowego i obecnie ma się dobrze, niszcząc i dewastując podwórko jej nowej opiekunki.


Trasa pokonana przez kozę Krysię:


Come back Anonimki

Dawno nie było tu nic o Anonimce. Nie dlatego, że kobieta postanowiła przejść na zdrowy, pozbawiony frustracji i nienawiści do świata styl życia. Nie, nie. Dusza rebeliantki ma się dobrze i jest w szczytowej formie. 

Okres powakacyjny był dla nas czasem wzmożonej migracji zwierząt, dla których stanowiliśmy dom tymczasowy. Stacjonowali u mnie również wczasowicze, których właściciele udali się na wakacje. Wzrost populacji puchatków został bardzo szybko odnotowany przez monitoring osiedlowy i wieści dotarły do głównego snajpera nadzorującego, który nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia faktem przybycia nowych lokatorów.

Do skrzynki trafiło kilka liścików, jak na przykład te postrzępione dzieło sztuki:


Kobieta dodatkowo otwarła trzecie oko oraz wszystkie czakry i zawładnęła mocą widzenia przez ściany, kiedy pewnego dnia konieczna była interwencja w sprawie jednego z psów. Zwierzę miało drgawki i było znoszone w kocu przez trzech ludzi (w tym mnie), dwa bloki od mojego obecnego miejsca zamieszkania. Psa niestety nie udało się uratować. Cała akcja wyrządziła niewyobrażalne szkody na zdrowiu i psychice Anonimki, ponieważ, jak się później dowiedzieliśmy, "hałas wywołany przez znoszących psa ludzi musiał być niewyobrażalny, a widok paskudny, poza tym mogło na to wpaść dziecko i trauma gotowa".

Anonimka szybko zapomniała o swoich dawnych przeprosinach oraz obietnicy poprawy i błyskawicznie wróciła do dawnych nawyków, które najwyraźniej są silniejsze od niej.

Kobieta wdała się w kilka przepychanek (słownych i fizycznych) z resztą sąsiadów i pewnego dnia zawitała do niej policja, którą tak usilnie próbowała mieć zawsze po swojej stronie. Okazało się bowiem, że nieuzasadnione wezwanie funkcjonariuszy jest karane, a powód "boję się o życie swoje i swoich dzieci, ponieważ sąsiedzi trzymają w mieszkaniu niebezpieczne zwierzęta egzotyczne" nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla policji, zwłaszcza kiedy spodziewają się co najmniej aligatora, a na miejscu zastają kilka psów, stadko gryzoni i kozę w klatce, oczekującą na przewóz.

Koło fortuny kręci się więc dalej i najwidoczniej nie ma zamiaru się zatrzymać.

piątek, 2 października 2020

Podsklepowy pies stróżujący

Jestem posiadaczką trzech świnek skarbonek, z których jedna jest tak naprawdę owcą.


W każdej z tych skarbonek znajdują się drobne nominały, które obciążałyby tylko portfel, więc kiedy miedziaki zaczynają wysypywać się z pleców gipsowej trzody, przeliczam je i wymieniam na lżejsze papierki.

Mając kieszenie wypchane grosikami, których łączna wartość wynosiła 30 zł, wyszłam z misją wymiany drobniaków w okolicznych sklepikach i mniejszych marketach. Moja kurtka stawała się lżejsza, a chmury ciemniejsze, kiedy zauważyłam małego kundelka przywiązanego do rynny. Psiak wpatrywał się w drzwi automatyczne i próbował wtulić się w ścianę sklepu, która nie osłaniała go jednak od wiatru. Skierowałam się do kasy i po wymianie 10 zł, zwiedziłam sklep. Pół godziny później psiak dalej czekał na swoją panią. Jako że zaczynało już padać, postanowiłam poczekać z trzęsącą się kulką na właściciela i osłonić psa przed deszczem. Staliśmy sobie pod wspólnym parasolem dobre czterdzieści minut i kiedy moja cierpliwość się skończyła, weszłam do sklepu ponownie, pytając kasjerki czy nie wie przypadkiem czyja jest ta mała sarenka, moknąca na zewnątrz.

- A, tak, tak - odpowiedziała kasjerka, wychylając się zza lady - Już wołam.

Został uruchomiony intercom i po chwili z zaplecza wyszła kobieta w koszulce sugerującej, że była ona pracownikiem sklepu. Rozejrzałam się niepewnie, ale nikt więcej się nie pojawił.

- No słucham, słucham - rzuciła kobieta.

- Ja szukam właściciela tego nieszczęścia, które moknie na zewnątrz. Już tak od dobrej godziny tam siedzi.

- A coś się dzieje?

- No... pies moknie, zimno mu, poza tym zbliża się burza.

- Nic mu nie będzie, przyzwyczajony jest.

- A może pani zawołać właściciela? Wie pani kto to?

- No ja jestem właścicielem, dlatego wiem, że psu nic nie będzie.

- Ale jak pani jest właścicielem, przecież pani tu pracuje.

- No i pies czeka grzecznie aż skończę pracę i pójdziemy do domu.

- To mam rozumieć, że pies tam stoi już którąś godzinę w taką pogodę?

- No.

- Ale pani żartuje teraz?

- Proszę pani, na ogródku jakby był, to taką samą miałby pogodę.

- Tyle, że na ogródku może by się schował pod jakimś dachem, tam przecież jest ulewa, ten pies nawet nie ma futra za dużo, co pani?

- On nie jest taki delikatny.

- On się cały trzęsie.

- Nie ma pani większych problemów?

- Pani poważnie nie widzi w tym problemu?

- W domu by tęsknił za mną, a tak to mnie widzi.

- Przez szybę, w domu miałby ciepło.

Dyskusja trwała dłuższą chwilę i przypadkowo został w nią zaangażowany pozostały personel sklepu, który w połowie przyznał mi rację. Psiak został wciągnięty do środka i uwiązany przy koszykach, a ja miałam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy kobieta przychodząc do pracy przywiązywała psa przy sklepie na osiem godzin, bez możliwości ruchu, bez jedzenia i wody, bez żadnej osłony przed słońcem, deszczem i wiatrem.

Tak się jednak nie stało, piesek dalej był widywany podczas pracy jego właścicielki, aż pewnego dnia ktoś odpiął smycz i pies zniknął. Monitoring nie zarejestrował czy ktoś wypuścił psa, czy ukradł go spod sklepu, ale zwierzę przepadło. Szukało go wiele osób, zostały przeczesane schroniska, kto mógł udostępniał apel w mediach społecznościowych, została nawet zaoferowana nagroda pieniężna dla znalazcy.

Psa nigdy nie odnaleziono, ale prawdopodobnie został wywieziony poza teren miasta. To były sekundy, nikt nie zauważył, kamery nie sięgały tak daleko. Można było tego uniknąć, wybierając bezpieczeństwo i wygodę psa nad jego ewentualną tęsknotą, ale szkoda została wyrządzona, a ktoś w wyniku złej decyzji stracił przyjaciela, prawdopodobnie na zawsze.


poniedziałek, 28 września 2020

Nie znam tych psów

Będąc pewnego dnia na spacerze z dwoma psami - Morfiną i jej starszym towarzyszem tej samej rasy, natknęłam się na przemarsz młodzieży do lat pięciu z rodzicami. Dzieci ujrzawszy dwie beżowe wełny zaczęły pytać rodziców czy mogą psy pogłaskać. Opiekunowie krasnali zauważyli słusznie, że muszą spytać o to właściciela małych koni, więc brygada złożona z kilku do kilkunastu dzieci (straciłam rachubę, za szybko się poruszały) zaczęła mnie otaczać i pytać jeden przez drugiego czy szanse na utratę ręki przy bliskim kontakcie są wysokie.

Kilka minut później dwa psy leżały rozłożone na chodniku, podczas gdy całe ich futro było pokryte małymi, ludzkimi rączkami. Zwracając dzieciom uwagę, że należy głaskać delikatnie i nie pod włos, starałam się jednocześnie odpowiadać na pytania rodziców. A ile mają? A to rodzeństwo? Będą szczeniaczki? Dużo jedzą? Dużo wychodzi sierści? Jak się wabią?

W całym zamieszaniu przez przypadek błędnie przypisałam imiona kluchom, których widoczne były dla mnie tylko kończyny i zostałam dość szybko zdemaskowana przez większą latorośl, sięgającą do obroży Morfiny. Poprawiłam się, tym razem wskazując prawidłowo na sukę i psa, po czym wróciłam do konwersacji. 

Jedna z kobiet zaczęła mi się jednak baczniej przyglądać i po chwili milczenia zdecydowała się przemówić.

- A to pani psy są?

- Jedno moje, drugie jest u mnie chwilowo - odparłam.

- A co to znaczy chwilowo?

- Do czasu aż nie wrócą właściciele.

- To skąd pani wie, że pies nie jest agresywny w stosunku do dzieci, jeśli nie jest pani? Nie zna go pani tak dobrze.

- Znam go dobrze, wychodzę z nim od dziewięciu lat, po prostu razem nie mieszkamy na co dzień.

- To pani go nie zna dobrze, jak pani nawet imiona myli.

- Proszę pani, normalnie nie mylę, ale teraz jest taki tłok i zamieszanie, że ja nawet tych psów dobrze nie widzę poza kawałkiem futra i smyczą.

- No ja nie wiem, nie wiem - rzekła, po czym zabrała swoją (jak mniemam) pociechę i odeszła kilka kroków, żeby w odległości dwóch metrów patrzeć na resztę swoich znajomych i tam na nich zaczekać.

Kobieta rzuciła jeszcze, że "z tymi większymi psami to nigdy nic nie wiadomo", jakby to w jakikolwiek sposób miało uratować sytuację i zaczęła przyglądać się swoim butom.

Pozostali pogłaskali jeszcze chwilę zwierzęta i popędzani presją czekającej, również zwinęli młodocianych.

Wychodzi na to, że właściwie nie znam tych psów. Psów, z którymi na domiar złego "nigdy nic nie wiadomo". Czuję jak moje życie balansuje na krawędzi.




niedziela, 27 września 2020

Ile kolorów ma tęcza? Więcej niż myślisz.

Każdy zapewne zna flagę osób należących do społeczności LGBT. Nie każdy wie jednak, że tęczowa flaga, jak i akronim LGBT są "parasolami" - ogólnymi określeniami pod którymi kryje się spora różnorodność.

Wiele osób uważa, że heteroseksualizm i homoseksualizm są jedynymi istniejącymi orientacjami. Część z tych osób wyklucza nawet istnienie homoseksualizmu. Prawda jest jednak taka, że samych orientacji jest bardzo wiele, a do tego dochodzą jeszcze tożsamości płciowe i subkultury.

Flaga LGBT

By File: Nuvola LGBT flag.svg
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11842131

W oryginale tęczowa flaga miała osiem kolorów, które symbolizowały kolejno:

  • ciepły różowy – seksualność
  • czerwony – światło
  • pomarańczowy – ukojenie bólu i cierpień
  • żółty – słońce
  • zielony – więź z naturą
  • niebieski turkusowy – sztukę
  • niebieski indygo – spokój i harmonię
  • fioletowy – duchowość

Dzisiejsza flaga składa się z sześciu kolorów. Wykluczony został kolor różowy i turkusowy (miasto Filadelfia ma dodatkowe pasy w swojej fladze - brązowy i czarny).

Można by pomyśleć, że kolory zostały usunięte w wyniku zewnętrznej interwencji czy wewnętrznych konfliktów, powód jest jednak bardzo błahy. Kolor różowy zniknął z flagi w wyniku braku tkaniny w latach siedemdziesiątych. Turkus został usunięty, ponieważ gdy wieszano flagę pionowo, słup zasłaniał jeden z pasków przez ich nieparzystą ilość. Sześć kolorów na fladze okazało się więc dużo wygodniejszych.

Heteroseksualizm

Zaczniemy od terminu, który każdy zna najlepiej.

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej płci (biologicznej i kulturowej).



Druga wersja tej flagi:


Straight Ally

Nie jest to co prawda orientacja sama w sobie, ale oznacza osoby heteroseksualne wspierające wszystkie inne orientacje i walczące o ich prawa.


By SVG file authored by AnonMoos,
abstract flag design by http://straight-allies-for-equality.tumblr.com/
 Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=37435526


Bycie osobą heteroseksualną nie oznacza konieczności bycia ignorantem i zamykania się w swojej szklanej bańce. Tak samo jak bycie białym nie oznacza konieczności bycia rasistą.

Homoseksualizm

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby tej samej płci (biologicznej i kulturowej).

Geje - homoseksualni mężczyźni, czyli mężczyźni odczuwający seksualny, romantyczny lub/i emocjonalny pociąg do mężczyzn.

Brak własnej flagi poza flagą ogólną LGBT lub flagą miśków, która oznacza subkulturę homoseksualną, opartą na pociągu emocjonalnym, psychicznym i seksualnym do mężczyzn o określonym typie budowy ciała: masywnych i owłosionych.

By Fibonacci. - Own work, CC BY-SA 3.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2027338


Lesbijki - homoseksualne kobiety, czyli kobiety odczuwające seksualny, romantyczny lub/i emocjonalny pociąg do kobiet.

Nie istnieje jedna oficjalna flaga lesbijek, jednak ta zamieszczona poniżej jest najczęściej używana i znaczna większość wyraża poparcie dla jej formy.

By Taqwomen/ShimmeringAtoms
- https://official-lesbian-flag.tumblr.com/post/176505133364/official-lesbian-flag-been-doing-some-research, CC0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=79582187


Inne istniejące wersje są często problematyczne.

By xles - Own work, CC BY-SA 4.0,
 https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=41430367

Twórcy flagi z ustami - Natalie McCray - zdarzało się publikować bifobiczne, transfobiczne i rasistowskie treści, dlatego społeczność stara się odciąć od tej flagi.

By Ensix - Approximate vectorization of Labrys Pride Flag.gif based on elements from Labrys-symbol.svg / Labrys-symbol-transparent.svgThis vector image includes elements that have been taken or adapted from this file:  Labrys-symbol.svg., CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=65723493

Coraz więcej osób stara się też odejść od flagi z labrysem. Jako powód podawany jest fakt, że flagę w 1999 roku zaprojektował heteronormatywny mężczyzna, jednak większym problemem zdaje się być oryginalne pochodzenie czarnego trójkąta, który był używany podczas II Wojny Światowej przez nazistów w obozach koncentracyjnych do oznaczania lesbijek (homoseksualni mężczyźni byli oznaczani różowym trójkątem), prostytutek, Romów, narkomanów, alkoholików i osób bezdomnych.

By Lydia - http://archive.is/0rFRD, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=79533339

Flaga powstała w 2018 roku, zainspirowana wierszem Safony nie jest tak rozpowszechniona, przez to używa jej bardzo mało osób.

Biseksualizm


By Michael Page - https://web.archive.org/web/20120204070907/http://www.biflag.com/Activism.asp,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=527339


Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej lub/i tej samej płci (biologicznej i kulturowej).

Panseksualizm


By This SVG version: KiwiNeko14.
Original idea: Tumblr blog PansexualFlag. - Web archive of pansexualflag.tumblr.com [1] ; [2],
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27249837


Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do osoby przeciwnej lub/i tej samej płci (biologicznej i kulturowej), a także do osób nieidentyfikujących się jako żadna z płci (niebinarnych) i transpłciowych.

Panseksualizm określany jest jako ślepota płciowa, ponieważ osoby panseksualne wchodzą w relacje międzyludzkie i tworzą związki z osobami niezależnie od ich płci biologicznej i tożsamości płciowej. Zakochują się w osobie i jej charakterze. Płeć jest im obojętna.

Poliseksualizm


By McLennonSon - Praca własna, CC BY-SA 4.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=38241562

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do kilku, ale nie wszystkich płci kulturowych (społecznych).

Aseksualizm


By AnonMoos (SVG file); AVEN (flag design) -
This vector image includes elements that have been taken or adapted from this file:  Asexual flag.png.,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11521997


Brak odczuwania pociągu seksualnego wobec innych osób, niezależnie od ich płci i tożsamości.

Osoby aseksualne tworzą związki, które nie są oparte na doznaniach fizycznych, a jedynie na emocjonalnej więzi.

Aromantyzm


By Cameron Whimsey - http://cameronwhimsy.tumblr.com/post/75868343112/ive-been-reading-up-on-a-lot-of-the-discussion,
Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=42814668


Brak odczuwania pociągu romantycznego wobec innych osób, niezależnie od ich płci i tożsamości.

W przeciwieństwie do osób aseksualnych, osoby aromantyczne mogą opierać związek na doznaniach fizycznych lub innej formie więzi poza romantyczną i emocjonalną.

Queer

Flaga nie została jednoznacznie ustalona i istnieje różnorodność jej projektów.

Osoby, u których pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny nie jest stały. Te osoby nie identyfikują się jako osoby heteroseksualne, ale nie są też w stanie przypisać jest jednoznacznie do żadnych wymienionych wyżej orientacji seksualnych.

Transpłciowość


By SVG file Dlloyd based on Monica Helms design - Description above retrieved from page "File talk:Transgender Pride flag.svg" at en.wikipedia.The flag was flown from a large public flagpole in San Francisco's Castro District beginning November 19, 2012 in commemoration of the Transgender Day of Remembrance ("Transgender Flag Flies In San Francisco's Castro District After Outrage From Activists" by Aaron Sankin, HuffingtonPost, November 20, 2012).On 19 August 2014, Monica Helms donated the original Transgender Pride Flag to the Smithsonian National Museum of American History., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=530503


Nie jest co prawda orientacją, ale flaga osób transpłciowych jest bardzo popularna i uznałam, że warto ją tutaj przytoczyć.

Osoby transpłciowe to osoby, które nie utożsamiają się ze swoją płcią biologiczną.


MAP




Istnieje wiele odmian tej flagi. 

Więcej można zobaczyć tutaj: Flagi MAP

Należy zgłaszać organizatorom Marszy Równości obecność takich flag w paradach.

MAP NIE należą do społeczności LGBT, chociaż od wielu lat próbują się do niej przypisywać wbrew woli jej pozostałych członków. Jest to otwarta społeczność pedofili, kierująca się zasadą "love is love", która została przez nich błędnie zrozumiana.

Pociąg romantyczny, emocjonalny lub/i seksualny do dzieci czy zwierząt nie jest orientacją seksualną, jest zaburzeniem, które należy leczyć. Dziecko czy zwierzę nie jest w stanie wyrazić w pełni świadomej zgody, w przeciwieństwie do osoby dorosłej. To główna zasada w odniesieniu do wszystkich związków dowolnych orientacji - świadoma zgoda obu stron.

W tym poście zamieszczone są tylko najbardziej rozpoznawalne flagi i orientacje (nie mylić w płciami i tożsamościami płciowymi). Jest ich znacznie więcej, lecz postanowiłam przybliżyć jedynie te, z którymi można spotkać się najczęściej.


piątek, 25 września 2020

Kubek to kubek

Mam bliską znajomą. Dziewczyna jest nieco szorstka w obyciu, ale tak ukształtował się jej charakter. Nie jest też kanonem "dziewczęcości" według powszechnie rozumianych standardów. Jest piękną kobietą, temu nie można zaprzeczyć, ale ktoś, kto przywykł do długowłosych, delikatnych, taktownych dziewczyn w sukienkach raczej nie zawiesi na niej oka. 

Niejednokrotnie byłam świadkiem dyskusji między nią, a obcymi ludźmi lub znajomymi znajomych, którzy z jakiego niejasnego dla mnie powodu byli bardzo ciekawi jej życiowych wyborów i starali się wpłynąć na jej decyzje, chociaż nie mieli z nimi zupełnie nic wspólnego i w żaden sposób ich one nie dotyczyły.

- Dlaczego nie nosisz makijażu? - pytali - Wyglądałabyś tak ładnie w make-up'ie.

- Byś chociaż mogła nosić jakąś biżuterię.

- Co to w ogóle za praca dla kobiety. Mechanik samochodowy? Nie mogłaś zostać jakąś fryzjerką albo kosmetyczką?

- Gdzie ty znajdziesz męża z takimi tatuażami?

- Kiedy dzieci? No przecież jesteś kobietą, do tego cię stworzyła natura.

- Mogłabyś się częściej uśmiechać.

- Dlaczego nosisz takie męskie ubrania? Kieszenie? Przecież w damskich spodniach też są kieszenie tylko mniejsze.

- Mogłabyś zapuścić te włosy trochę dłuższe.

- Długo jeszcze masz zamiar grać niedostępną? Nikt na ciebie nie zwróci uwagi. Będziesz sama na starość.

- Nigdy nie będziesz szczęśliwa, jeśli nie...

- Nigdy nie zrozumiesz, dopóki...

- Nigdy nie będziesz wiedzieć, bo...

Za każdym razem padała tylko jedna odpowiedź:

- Zajmij się swoim kubkiem, ja swojego pilnuję.

To zdanie oznaczało tyle, co "zajmij się swoim życiem i pozwól mi zająć się moim".

Jeśli zbyt dużo uwagi poświęcało się kubkowi drugiej osoby, ktoś mógł dosypać coś do naszego lub do niego napluć, herbata mogła wyparować, rozlać się lub zostać skradziona.

Żyjmy tak jak chcemy. Nie dajmy sobą kierować. Nie kierujmy też jednak innymi. Nie istniejemy po to, by wpasowywać się w czyjś kanon piękna, czyjeś ambicje, wyobrażenia, pomysły i fantazje.

Może czas zrezygnować z niewygodnych pytań w pogaduszkach o pogodzie?

Jeśli masz dziecko i jesteś z niego dumna, to świetnie. Gratulacje, wiele osób cieszy się twoim szczęściem. Niektórzy jednak nie mogą lub nie chcą mieć dzieci z przeróżnych powodów, w które nie należy wnikać, bo może być to temat wrażliwy.

To samo dotyczy wizerunku, zawodu i planów na przyszłość.

Każdy ma na siebie inny pomysł i żaden z tych pomysłów nie jest gorszy od drugiego tylko dlatego, że nam osobiście on nie odpowiada. Nauczmy się wszyscy patrzeć w swój kubek, żeby przypadkiem nic z niego nie uciekło. Inni sobie doskonale poradzą ze swoimi kubkami bez naszej ingerencji.


wtorek, 22 września 2020

Tu coś nastąpiło

Głuchnę, więc zdarza mi się nie słyszeć dzwonka domofonu albo pukania do drzwi. Na szczęście mam psa z bardzo dobrym słuchem, który informuje mnie, że ktoś czeka u bram, patrząc wymownie na wrota świata zewnętrznego.

Czekałam ostatnio na kuriera i paczka przyszła w momencie, kiedy ja tarzałam się z psem po ziemi. Jako że miałam na sobie czarną bluzkę, wyglądałam jak ostatni menel, otoczony w panierce z psich włosów, ale stwierdziłam, że gość na pewno niejedno widział, więc postanowiłam otworzyć tak jak stałam.

- Dobry - rzucił mężczyzna, oglądając paczkę - pani XX?

- Tak, to ja.

- To pani pies? - spytał kurier, zerkając na schowaną za moimi nogami Morfinę, która wyczuła człowieka i nie mogła odpuścić potencjalnego mizianka.

Spojrzałam na tego kłaka, którego osiem lat temu postanowiłam przywlec do domu i nazwać. Stwierdziłam, że chyba moje.

- No mój - odpowiadam - Karmię, poję, mieszka tutaj, więc raczej mój.

- A to jest Goldenek, nie?

Pomyślałam sobie "o, fan rasy", ale zaraz potem nastąpiło:

- One są tak samo słodkie jak głupie.

- To znaczy?

- No jak? Potwornie ciężko je się uczy czegokolwiek i dadzą się sprzedać za jedzenie. Mojego kolegi Golden to trzy lata ma i dalej nie ogarnia gdzie się ma załatwiać.

- Z tym jedzeniem to może i racja, ale ten pies jak chce wyjść, to używa dzwonka.

- Dzwonka?

- Dzwonka. 

- Niszczy wszystko na pewno.

- Nie.

- Jak pani wychodzi?

- Idzie spać.

- Kradnie jedzenie ze stołu.

- Może leżeć na ziemi i nie ruszy.

- Ma dziwne ataki agresji bez powodu.

- Jest pan pewien, że pana kolega ma Goldena?

- No wygląda tak samo. O, boi się burzy na pewno.

- Jak znaczna część psów ras wszelakich.

- Gubi sierść.

- I to ma świadczyć o jej małej inteligencji?

- Są żarłoczne, a jak coś jest żarłoczne, to nie jest za mądre.

Zlustrowałam samca metr siedemdziesiąt o wadze typowej dla metra dziewięćdziesiąt i zanim się odezwałam, gość sam chyba połączył wątki, bo kazał mi się podpisać i odszedł dziarskim krokiem w stronę samochodu, wracając po chwili po pieniądze, których zapomniał.

Przez jakiś czas obserwowałam też manewry pojazdu kurierskiego, który kierował się pod prąd, mimo wielkiego znaku o drodze jednokierunkowej.

Chyba nie muszę dodawać nic więcej.

poniedziałek, 21 września 2020

Bohaterowie kasy fiskalnej

Bardzo doceniam pracę ekspedientek i wszystkich osób pracujących w sklepach, zwłaszcza w marketach czy sieciach odzieżowych. Kiedy usłyszałam o tym, że część znanych sklepów odzieżowych wymusza na pracowniku dwanaście godzin stojącej pracy i surowo zakazane jest nawet podparcie się, kiedy w sklepie nie ma żadnych klientów, zaczęłam się zastanawiać kto będzie w przyszłości płacił za rehabilitację tych osób. Kręgosłup ma swoje granice, o czym często zdarza się nam zapominać.

Tutaj mała prośba.

Jeśli zauważymy, że jakaś rzecz spadła na podłogę i jesteśmy w stanie ją podnieść, to ten jeden przysiad nie zrobi nam krzywdy. To nic w porównaniu z pracownikiem, który z wymuszonym uśmiechem stoi już siódmą godzinę i pyta wesoło czy może w czymś pomóc. Nie bądźmy ch*jkami.

"Oni tu pracują, za to im płacą" czy "ciężka praca to jest na kopalni, a nie w sklepie", lub też "było się uczyć" - są najbardziej żenującymi, niedojrzałymi i "lamerskimi" tekstami, jakie można sobie wyobrazić w tej sytuacji. Zegnij się, podnieś, powieś, odejdź. Godności jeszcze nikt od tego nie stracił, a może tej miłej pani kręgosłup strzeli dzięki temu nieco później.

Dzisiaj, korzystając z wolnego poranka, przeszłam się na większe zakupy do marketu. Obeszłam z koszykiem dwie alejki, kiedy ujrzałam lekkie poruszenie wśród pracowników. Towar był wykładany w pośpiechu, ludzie popędzali się nawzajem i rzucali krótkimi hasłami, jak: "która już jest?", "jak chcesz iść do wc, to teraz, zaraz tu wpadną", "Chryste, za piętnaście minut będzie szkolna przerwa", "wykładajcie najpierw napoje i chipsy, na to się rzucą pierwsi, zostaw te warzywa", "Ktoś widział Ewę? Gdzie jest Ewa, miała wejść na kasę".

Niemal słyszałam dudnienie wojennych bębnów. Pracownicy spoglądali niepewnie w stronę drzwi, przyglądając się budynkowi szkoły po drugiej stronie ulicy.

Widząc ogólny popłoch i przygotowania do starcia, postanowiłam się zgęścić i skierować się w stronę kasy. Zanim dotarłam jednak do taśmy, do sklepu wlała się fala młodych ludzi w wieku 9 - 15 lat, przeprowadzając masowy atak na uzupełnione półki. Pracownicy skrzętnie usunęli się z drogi i zajęli taktyczne miejsca przy taśmach. Paczki z jedzeniem, które spadły na ziemię, zostały tam już nawet po odejściu szarańczy. Przepychanka przy ladzie, bo "zaraz się kończy przerwa" zmusiły ekspedientkę do wycofywania towaru, który błędnie został przypisany nowym właścicielom. Byłam pod wrażeniem chaosu, jaki wywołała około piętnastoosobowa grupka młodocianych, jednocześnie czułam jednak współczucie dla pracowników.

Zapłaciłam i odsunęłam się na bok z moim kratowanym pojazdem, żeby tam w spokoju przepakować swoje zakupy do toreb, obserwując przy okazji tę nierówną walkę.

Nie dane mi było zobaczyć finiszu, ale domyślam się, że ten maraton nie był dla kasjerek nowością i muszą przechodzić przez niego nawet kilka razy dziennie.

Doceniam cierpliwość i siłę psychiczną tych osób. Osobiście miałam ochotę przestawić towarzystwo i ustawić je w rządku, kiedy w wyniku pośpiechu na podłodze swój żywot zakończyła szklana butelka z piwem, którego ze względu na wiek brygada i tak nie mogła kupić.

niedziela, 20 września 2020

Problem z temperaturą

Jako że został mi rok studiów magisterskich, od razu po powrocie z wakacji wpadłam w wir badań laboratoryjnych, potrzebnych mi do napisania pracy magisterskiej. Zaczęłam od razu, ponieważ październik zaczyna się dla mnie projektem unijnym, co w połączeniu z moim planem zajęć, daje niewiele czasu na eksperymenty własne, które bywają bardzo niewdzięczne. Badania potrafią zająć cały dzień, nie zostawiając żadnych efektów albo dając fałszywe wyniki. Często trzeba więc pracę zaczynać od nowa, ponieważ coś może pójść nie tak, nawet na ostatnim etapie testów. Należy się też uzbroić w cierpliwość, czekając na zakończenie przepływów, którym nigdzie się nie spieszy.

W związku z pandemią, na uczelnię mogą wejść tylko osoby, które mają przepustkę i dobry argument, by się tam znaleźć. Przy pierwszych drzwiach następuje kontrola temperatury, nacieranie się środkami antywirusowymi o zapachu benzyny oraz krótki wywiad, który sprowadza się do ustalenia celu przyjścia, nazwiska promotora i ewentualnego czasu wyjścia.

Sprzęt, którego potrzebuję rozłożony jest w trzech równoległych salach. Badania przeprowadzam samodzielnie, więc zanim wyjdę, muszę upewnić się czy wszystkie maszyny są stabilne, znajdują się w odpowiednich trybach pracy, stanowiska pozostają czyste, a drzwi zamknięte. W razie wybuchu, przecieku czy ewentualnej powodzi, cała odpowiedzialność spada na tego, kto ostatni opuścił laboratorium.

Zazwyczaj spędzam przy maszynach sześć do ośmiu godzin dziennie, wychodząc tylko, żeby coś zjeść (w salach panuje całkowity zakaz spożywania posiłków) oraz kiedy muszę wyjść do toalety. Nawet jeśli bywa nudno, to przynajmniej jest spokojnie, co docenia każdy introwertyk.

Oprócz mnie na piętrze widuję tylko jedną dziewczynę, pracującą w sali pyłowej. Laboratorium, w którym pracuje, mijam tylko w drodze do toalety, ale jej wory pod oczami, ślepe wpatrywanie się w wyniki, które nie pokrywają się z wiedzą książkową i krótkie drzemki na blacie sugerują mi, że ona również walczy z pracą czy to inżynierską, czy magisterską. Chociaż nigdy nie rozmawiałyśmy, czułam się mniej osamotniona na tym polu bitwy.

Twarzą w twarz spotkałyśmy się dopiero, kiedy zatrzymano nas w obie w drodze do laboratorium. Zostałyśmy poproszone o podwinięcie rękawa bluzki i pokazanie nadgarstków. Zazwyczaj temperatura była mierzona bezdotykowo z czoła, ale tym razem, z niewiadomych nikomu powodów, wprowadzono zmiany i postanowiono przestawić się na mierzenie z ręki, ponieważ jak się dowiedzieliśmy "tam jest bardziej stabilna temperatura". Nie jestem specjalistą od medycyny ludzkiej, ale pierwszy raz słyszałam taką teorię. Przez zmianę procedur zatrzymywana była co druga wchodząca osoba.

- Proszę sobie usiąść i się schłodzić i zaraz zmierzymy ponownie - rzekł strażnik, wskazując mi ławkę, na której siedziała już znajoma mi dziewczyna, wpatrująca się z niepokojem w zegarek.

Termometr podświetlił się na czerwono i wyrzucił z siebie komunikat "too high", ale kiedy zapytałam od ilu właściwie jest te "too high" w stopniach Celsjusza, nie uzyskałam odpowiedzi.

Usiadłam w pewnej odległości od dziewczyny i poprawiając maskę, spytałam czy ona również czeka z powodu zbyt wysokiej temperatury. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie. Termometr wskazywał u niej "to low".

- Niemożliwe - odparłam - musiał się zepsuć albo ma słabe baterie.

Wzruszyłyśmy ramionami i postanowiłyśmy poczekać, tak jak nam kazano. Kolejne pomiary były przeprowadzane co pięć minut, ale wyświetlacz postanowił, że czerwony jest jego kolorem i nie miał zamiaru zmienić w tym temacie zdania.

- Może jednak spróbujemy z czoła - zasugerowała dziewczyna - ja mogę mieć za słabe krążenie, koleżanka za silne i już będzie inna temperatura, do tej pory przecież wchodziłyśmy.

- Proszę czekać dalej albo iść do domu - rzucił strażnik.

Czekałyśmy więc dalej i patrzyłyśmy jak nieubłaganie uciekały nam kolejne minuty. Powinnyśmy zacząć swoje badania już pół godziny temu, jeśli chciałyśmy wyjść o normalnej godzinie i zdążyć na autobus powrotny.

- Niech pan nam zmierzy normalnie na czole, to nic nie da, że będziemy piętnaście razy miały z ręki mierzone. 

- To samo wyjdzie przecież.

- Co panu szkodzi? Mniej roboty dla pana i dla nas.

- Śpieszy się gdzieś?

- Tak się składa, że tak. Proszę mi normalnie zmierzyć z czoła. Jak dzisiaj tam nie wejdę i nie wyłączę maszyn, to nie jestem w stanie obiecać, że jutro ten budynek będzie jeszcze stał.

Strażnik wstał z miejsca, narzekając pod nosem, że mu "takie młode będzie zwracać uwagę jak ma wykonywać swoją robotę, jak on przecież wie lepiej", ale podszedł do nas i wycelował termometr w czoło najpierw moje, a następnie koleżanki. Wyświetlacz zzieleniał i wyświetlił magiczne 36,6 oraz 36,8, więc mężczyzna spojrzał na nas podejrzliwie i wykonał jeszcze dwa pomiary kontrolne, "tak na wszelki wypadek", po czym rad, nie rad, musiał wpuścić nas do środka.

Za każdym razem, kiedy przy wejściu spotykamy akurat tego człowieka, upiera się on przy pomiarach z ręki i dopiero po kilku nieudanych próbach i zapewnieniu, że akurat nam należy mierzyć z czoła, odpuszcza i wykonuje pomiar jak cała reszta strażników na innych zmianach.

Nie mam pojęcia skąd bierze się ten upór, ale mam wrażenie, że ta zabawa potrwa jeszcze jakiś czas, na zmianę z zabawą "jak działa to ustrojstwo, za moich czasów to się normalnie pod pachę wsadzało".

piątek, 18 września 2020

Uważajcie na kolory

Słyszałam ostatnio historię o psie, który został kopnięty, ponieważ miał na sobie kolorową obrożę. Tęczową, ściślej rzecz ujmując. Nie jestem człowiekiem małej wiary, ale zdarzenie wydało mi się absurdalne, nawet biorąc pod uwagę obecną sytuację w Polsce. Może po prostu za bardzo wierzę w ludzi i odrzucam od siebie myśl, że mogą istnieć jednostki myślące tak płytko i agresywnie.

Do czasu aż spotkała mnie podobna sytuacja.

W ostatnim czasie przez mój dom przewinęło się wiele tymczasów. Niektóre z nich zostawały na chwilę, innymi zajmowałam się nieco dłużej. Część psów trafiała pod moją opiekę z pełnym oprzyrządowaniem, w postaci: szelek, smyczy, kantarów, szczotek, grzebieni itp. Jednakże były też zwierzęta, które nie posiadały nic poza obrożą, a czasem nawet i tego brakowało. Wychodząc z tymi psami używałam więc rzeczy Morfiny lub innych tymczasów. Nie zawsze pasowały one do siebie kolorystycznie, ale nie zwracałam na to uwagi tak długo, jak długo spełniały one swoją funkcję.

Pewnego dnia wyszłam na zewnątrz z trzema psami. Starałam się dzielić spacery tak, żeby masa wyprowadzanych przeze mnie zwierząt nie przekraczała jednorazowo 150 kg. Tym razem były to trzy samce. Dwa masywne i jeden mniejszy, nie przekraczający 30 kg. Podczas przechadzki zostałam zaczepiona przez przechodnia i zapytana o możliwość pogłaskania zwierząt. Zgodziłam się na dotykanie, ponieważ wszystkie trzy psy miały z ludźmi dobre stosunki i nie przeszkadzał im dotyk obcej ręki.

- A to suka jest? - spytał mężczyzna, pochylając się do zwierząt i wskazując najmniejszego psa.

- Nie, to wszystkie psy.

- A to czemu na różowej smyczy?

- A to nie może?

- Nie no może, ale wygląda w tym jak pedałek.

- Bo ma różową smycz? To samce już nie mogą mieć kolorowych smyczy?

- Nie no mogą, ale różową?

- Kolor jak każdy inny.

- No spoko, tylko wygląda jak pedałek. Żeby tylko gejkiem nie został, bo się pozostałe ucieszą, hehe.

Nie skomentowałam. Po prostu bez słowa zwinęłam psy, odciągając je od wyciągniętej ręki człowieka i ruszyłam przed siebie. Może powinnam była przyjąć to jako prześmieszny żart, może powinnam zaregować jakoś inaczej, ale z jakiegoś powodu wydało mi się to potwornie żenujące i musiałam tę żenadę natychmiast rozchodzić.

W podobny sposób reagowałam zawsze na "Ej, patrz jak ją wącha pod ogonem, chyba ma ochotę, zaraz jej mi*etę zrobi".

Po prostu nie.

Po tej sytuacji jakoś bardziej dotarła do mnie historia nieszczęsnego psa, który oberwał butem, ponieważ miał na szyi drażniące kogoś kolory.

Co do tęczowej obroży, właściciel psa zgłosił zajście na policję, ale nie wiem jak sprawa się rozwinęła i czy sprawca został pociągnięty do odpowiedzialności. Samemu psu nic się na szczęście nie stało. Przynajmniej jeśli mówimy o urazach fizycznych.

Pamiętajmy więc wszyscy, żeby ostrożnie dobierać kolory które nosimy my, nasze ewentualne dzieci i zwierzęta, żebyśmy przypadkiem komuś nie zasugerowali czegoś niewłaściwego.

Ponieważ jak wiadomo, to my powinniśmy dostosowywać się do głupiego, nie głupi do nas.



środa, 16 września 2020

Gdzie się podziały leśne psy?

Nasz plan opuszczenia arki był prosty: 

spakować się ➡️ wysprzątać arkę ➡️ załadować zwierzęta do samochodu ➡️ upewnić się, że wszystko zostało zabrane ➡️ wsiąść do samochodu ➡️ odjechać w siną dal

Niestety, jak się okazało, nastąpiły pewne komplikacje w realizacji tego planu.

Po pierwsze żadne z puchatków nie miało zamiaru zapakować się do pojazdu i dotyczyło to zarówno Morfiny, jak i leśnych pyśków. Świniak nauczony doświadczeniem ośmiogodzinnej jazdy postanowił odmówić i udawać największe zmęczenie i senność w dziejach ludzkości, natomiast reszta towarzystwa była zbyt nieufna, żeby dać się uprowadzić. Zignorowane zostały nawet kotlety rozłożone w samochodzie. Zostawić psów w lesie jednak nie mogliśmy, więc postanowiliśmy przejść do planu awaryjnego, a mianowicie ciastka uspokajające z tryptofanem - niezbędnik każdego posiadacza psa lękliwego.

Owinięte w szynkę ciastka zostały zaaplikowane i w nadziei czekaliśmy na efekty. Takie wynalazki nie działają oczywiście na każdego psa, ale mieliśmy nadzieję, że oprócz Morfiny, która po piątym ciachu była już skłonna do skakania przez płonące obręcze, znajdzie się jeszcze jakiś psiak czuły na składniki uspokajające.

Ciacha podziałały tylko na Borysa, który zrelaksowany i lekko przyćpany zasiadł w bagażniku, rozglądając się po wnętrzu samochodu. Z mocą szynki i lekkiej perswazji do pojazdu udało się zaciągnąć także Agrafkę i Adasia, którzy weszli do maszyny zła tylko dlatego, że wszedł tam przywódca, który teraz był w stanie ukojenia i odnajdywał swoje zen w innym wymiarze. Nie mieliśmy pewności jak psy zareagują na jakikolwiek ruch samochodu, ale planowaliśmy podrzucić całą trójkę do domu tymczasowego znajomej w Warszawie. Byliśmy przygotowani na walkę, podrapania i pogryzienia. Dla pewności Morfina, trojaczki i Kotlet jechali w drugim samochodzie.

Poza śpiewem godowym pingwinów, podróż odbyła się spokojnie. Żaden pies nie próbował nas atakować, a część z nich ucięła sobie nawet krótką drzemkę. Wszystkie pyśki znalazły się na miejscu i podczas kiedy Borys zaczynał odzyskiwać świadomość tego, gdzie się znalazł, reszta wybrała się na zwiedzanie i zapoznawanie z pozostałą częścią psich lokatorów.

Z tego co nam wiadomo, Agrafka i Adaś znaleźli już nowe domy, natomiast Borys zamieszka na stałe w stolicy, ponieważ nawiązuje bardzo dobre relacje z resztą tymczasów.

Tak, musieliśmy rozdzielić stado, ale było to nieuniknione. Mało kto decyduje się na adopcję aż trzech psów jednocześnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wymiary dwóch z nich. Naszym zdaniem jest to jednak niska cena za stały, kochający dom, regularne posiłki i opiekę weterynaryjną, na którą psy nie mogły liczyć w lesie.

Zanim znajdą się obrońcy psiej wolności, te psy zostały tam porzucone. Nie były na wakacjach. Musiały walczyć o pożywienie i utrzymanie się przy życiu podczas chłodu, pożarów i powodzi. I tak, niestety na ich miejsce pewnie pojawią się kolejne zwierzęta, które nie uzyskają pomocy. Nie na wszystko mamy niestety wpływ. Cieszy nas jednak, że przynajmniej tej czwórce się udało i nie muszą się już martwić o to kiedy będą jadły i czy będą miały gdzie spać. Bo żaden pies nie powinien się o to martwić.