Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 7 stycznia 2020

Gastronomiczny pentagram

Tak się składa, że mieszkam w pobliżu kilku obiektów gastronomicznych, które rozpoczynają swoją działalność wcześnie rano, a kończą ją późno w nocy.

Z jednej strony jest naleśnikarnia, w której prace trwają od 5:30 rano. Wiem to, ponieważ zapach placków niesie się w powietrzu i wpada do mojego pokoju przez uchylone okno już kilka minut później.

W okolicach 8:30, również rano, na patelnie wędrują pierwsze jajka i parówki z zestawów śniadaniowych w bufecie na rogu. Jeśli mój węch nie zadziała przy naleśnikach, bo na przykład postanawiam być leniwą bułą i mam wolne, więc hibernuję sobie w łóżku do momentu powstania odleżyn, to przy dziewiątej żołądek krzyczy już tak głośno, że zagłusza chrapanie Morfiny.

W godzinach 10:15 - 11:15 (w zależności od dnia) mój pokój pachnie kebabem. Jeśli o tej godzinie leżę jeszcze nieprzytomna, to zapach obracanego mięsa wkracza bezczelnie w moje sny, co skutkuje nową falą głodu i werbli układu pokarmowego.

Całość zwieńczona zostaje zapachem kuchni indyjskiej o 12.

System zapachowy działa tak dobrze, że właściwie nie muszę spoglądać na zegarek, żeby wstając rano, móc zorientować się która godzina.

Pomijając torturę mojego żołądka, z którym bez śniadania lepiej rano nie rozmawiać (znacie te napisy na kubki i koszulki: "nie podchodź do mnie rano bez kawy?" Mnie byłby potrzebny: "nie podchodź do mnie rano bez banana"), zapachy mi nie przeszkadzają. Ludzie mają automatyczne odświeżacze powietrza z lawendą i magnolią, ja mam swój własny z naleśnikami i curry.

Taka zapachowa impreza trwa cały dzień, a najpóźniej zamykającym się lokalem jest kebab, który swój interes zwija równo o trzeciej w nocy, ponieważ jego główni klienci to ludzie na kacu, którzy wpadają tam w środku nocy na gastrofazie.

Oprócz tego, latem w piwiarni ulokowanej tuż pod moimi oknami organizuje się grilla, właściwie o każdej możliwej porze dnia i nocy. 

Część mieszkańców mojego bloku wyrażała jawny sprzeciw wobec takiego zachowania, więc wokół piwiarni wybudowano murek.
Ponieważ jak wiemy, zapachy nie unoszą się w powietrzu, tylko wędrują po ziemi. Podstawowe prawa fizyki. 
Tylko, że nie.

Szczególnie oburzona okazała się jedna pani, której kompletnie nie znałam, ale którą czasem widywałam w sklepie. Pani owa była weganką i zapach smażonych, pieczonych, grillowanych i gotowanych na parze stworzeń ponoć przyprawiał ją o mdłości. Nie kwestionuję tego. Uważam jednak, że jej kontratak kalafiorem, czy kapustą mógł powodować efekt domina.
Mój żołądek jest z metalu i jako ktoś, kto regularnie pracuje w laboratorium, jestem pozbawiona jakiegokolwiek odruchu na linii nos-żołądek. Jeśli ktokolwiek próbował wąchać siarkowodór więcej niż piętnaście minut, wie o czym mówię.
Sąsiadka była jednak z tych bardziej wrażliwych i potrafiła wychodzić na balkon z odświeżaczem powietrza i rozpylając go, drzeć się na Bogu ducha winne kucharki, czy kucharzy.

Pewnego dnia, gdzieś tak między wpół do kebaba, a za piętnaście curry, owa kobieta wyszła na balkon, zajęczała coś o zapachu morderstwa i zaczęła rozstawiać swoje zapachowe świeczki, kadzidełka i patyczki, które miały walczyć ze zmasowanym atakiem gastronomii. Niewiasta nie wzięła jednak pod uwagę jednego czynnika utrudniającego - wiatru. Dym z kadzidełek i zapach kościoła niósł się wszędzie i docierał nie tylko do jej nozdrzy, ale również do nozdrzy całej prawej strony bloku. Z palonym drewnem niektórzy postanowili walczyć dymem tytoniowym i nastąpił kontratak ze strony palaczy. Wystąpiła szybka konieczność zamknięcia okien, ponieważ bitwa trwała pół dnia, a takie combo pokonywało nawet Morfinę po jajkach na twardo.

Sąsiadkę następnego dnia spotkała moja mama. Kobieta wykupywała połowę apteki i walczyła z odruchem wymiotnym, usiłując czytać etykiety leków za pomocą przekrwionych oczu. Twierdziła, że to od zapachu kebaba i że ludzie z bloku pragną ją zabić za pomocą aromaterapii ze zwierzęcych zwłok. 
Moim skromnym zdaniem była to raczej robota mieszaniny kadzidełek, olejków i dymu papierosowego.

Od jakiegoś czasu o niej nie słychać. Nie wiem czy się wyprowadziła, czy zrezygnowała z walki z systemem, ale czasem brakuje mi jej krzyków "je*ani mordercy, to jest obrzydliwe" o poranku.
Ciekawie komponowały się z zapachem jajecznicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz