Sklep zoologiczny, godziny wieczorne.
Stoję w kolejce, dzierżąc w dłoni żwacze, jelita, płuca, oraz resztę zwierzęcych narządów wewnętrznych. Za godzinę sklep powinien zostać zamknięty, ale klientów ciągle przybywa. Ekspedienci podchodzą do nich żwawo i oferują swoją pomoc, licząc na opuszczenie pracy o planowanym czasie.
Przede mną stoi dwoje ludzi, w tym mężczyzna w średnim wieku, który rozgląda się niepewnie po półkach. Kiedy przychodzi jego kolej, kasjerka pyta uprzejmie:
- W czym mogę pomóc?
- Szukam szamponu dla psa - odpowiada zagubiony człowiek.
- Rozumiem, jakiego konkretnie?
- A to są jakieś rodzaje?
- No oczywiście. Tak jak do ludzkich włosów, tak do psiej sierści również jest bogaty wybór. Jest szampon przeciwpchelny, na lśniącą sierść, rozczesujący, rozjaśniający, hipoalergiczny, osiem w jednym. To jaki konkretnie by Pana interesował?
Mężczyzna wzdycha, patrzy na kasjerkę oczami głodnego szczeniaka i odpowiada:
- Droga Pani. Ja szampon chciałem dla psa. Najzwyklejszy szampon, dla najzwyklejszego psa.
- A jaką piesek ma sierść? To zaraz coś dobierzemy.
- Czy ja wiem, to kundel jest.
- Ma długie futro, czy krótkie?
- Krótkie.
- Szorstkie, gładkie?
- Gładkie raczej...
- Tendencje do wypadania? Przejaśniania? Czy piesek ma delikatną skórę?
- Trzy razy nie.
- Jaki zapach by Pana interesował?
- Zapach?
- Tak. Mamy szampony na bazie jajka, miodu, rumianku, awokado, lawendy, kokosu...
- Proszę Pani ja nie będę ciasta piekł. Psa chciałem wykąpać, bo śmierdzi, bo się w czymś wytarzał, a to czy on będzie potem pachniał lawendą, czy kokosem, to mnie to naprawdę mało obchodzi.
- Kolor sierści?
- Czarny.
- Jakieś znaczenia, podpalania, przejaśnienia?
Mężczyzna przerzuca spojrzenie na mnie, szukając pomocy wśród oczekujących w kolejce.
- Jest gorzej niż przy wyborze koloru farby do ściany - rzecze, składając razem ręce - Ja Panią proszę. Szampon zwykły, do czarnego psa, z krótkim futrem, co mi go wypierze.
Ekspedientka zastanawia się chwilę, po czym podaje mężczyźnie butelkę szamponu dla zwierząt o gładkiej, ciemnej sierści.
- Proponuję coś takiego - mówi do klienta, na co ten rozradowany wyciąga z kieszeni portfel.
- Super, ekstra. Zdobyłem szampon - odpowiada mężczyzna.
- Mogę pomóc w czymś jeszcze?
Kupujący zastanawia się chwilę i zerka niepewnie na kasjerkę, mówiąc:
- Chciałbym też obrożę kupić, ale obawiam się, że będę musiał podać kolory zasłon w kuchni, a nie pamiętam.
- Nie, aż tak źle to nie będzie - uśmiecha się kasjerka - Wystarczy mi pożądany kolor, rozmiar szyi psa i materiał z jakiego obróżka ma być wykonana.
- W szyi to on ma 32 cm obwodu. Jakaś jasna, żeby się od futra odróżniała.
- Rozumiem. Skórzana, parciana, plecionka, na gumce, z wyciąganym uchwytem?
- Za co? - wzdycha mężczyzna i wyciąga telefon, po czym po kilku sygnałach wręcza go sprzedającej - Proszę, córka będzie wiedzieć - mówi i po chwili pakuje już do torebki wybraną obrożę i szampon - Bardziej pewnie się czułem jak musiałem oceniać kreacje córki na studniówkę przez trzy godziny - rzuca klient i wychodzi, dziękując za pomoc.
Kobieta kasuje zakupy kolejnej osoby, która jest jednocześnie ostatnim klientem przede mną i kiedy klientka prosi o "coś do wyciągania kleszczy", sprzedająca pyta:
- Pęsetka, długopis, karta?
Kobieta mruga intensywnie i wpatruje się w przedmioty, które lądują na blacie.
- Niech mi Pani doradzi, bo ja pojęcia nie mam - odpowiada po chwili kupująca.
- Jaki rodzaj futra ma zwierzaczek? - pyta kasjerka i cały schemat zostaje powtórzony.
Chłopak, stojący w kolejce za mną, wyciąga telefon i po zaakceptowanym połączeniu, pyta:
- Mamo, jakie futro ma Twój kot, bo ja potrzebuję szczegółów. Tu o wszystko pytają... wiem, że żwirek mam tylko kupić, ale jak mnie spytają, to co mam powiedzieć? Nie wiem jaki smak nawet i czy ten Twój nie jest uczulony na kokosy. Wiem, że go nie będzie żreć, ale szamponu też by nie żarł! - rzuca chłopak i zaczynam żałować, że nie znajduję się w kolejce za nim.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
piątek, 24 stycznia 2020
czwartek, 23 stycznia 2020
Akademik, winogrona i filozofia życia
Mam znajomego. Chłopak jest z Irlandii i kilka lat temu przyjechał studiować na tutejszej Uczelni. Mieszka w akademiku i kiedy ostatnio podrzucałam mu notatki z wydziału elektrycznego, na parterze dojrzałam kilkuosobową grupę, toczącą przed sobą drewnianą beczkę i wlokącą siatki z zapasem chleba dla całego budynku. Kiedy pani z portierni zapytała pielgrzymów po co im to wszystko, odpowiedzieli że "na pączki".
Nie miałam pojęcia jak można zrobić pączki z chleba w beczce, więc spytałam o to wspomnianego wyżej kumpla.
- Nie, nie - odparł - Oni tę beczkę podłączą do destylatora i będą przesączać przez chlebek alkohol, żeby aż tak te paliwo rakietowe nie wypalało gardła. Ten alkohol potem zagęszczą, zrobią z niego dżemik i powciskają do pączków.
- Co? - spytałam, usiłując to sobie wyobrazić moim ograniczonym umysłem.
- Pączki z alkoholem. Z winem, wódką, spirytusem, tak właściwie ze wszystkim. Łatwy sposób na przemycenie procentów na wykłady. Robią też pijane misie - wiesz, te żelki miśki nasączane alkoholem.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, patrząc jak do jednego małego pokoju wciska się dziesięciu ludzi, plus sporej wielkości beczka.
- Jeden pączek i jest Ci dużo weselej. Nie polecam zjadać więcej niż trzech dziennie, bo mają niezłego kopa - dokończył kolega odbierając ode mnie notatki.
- Oni nie powinni mieć zaliczenia z chemii? Praktykę już sobie sami zrobili - spytałam, obserwując przemarsz najróżniejszej aparatury ze szklanymi rurkami.
- Niestety. Jakby tak to działało, sam bym przerobił pokój na bimbrownik.
- To tutaj normalne?
- Jak najbardziej.
- A ten płyn do mycia naczyń? - spytałam, ponieważ jego ilość również była niepokojąca.
- Pewnie będą zawody na ślizganie się po schodach.
- No tak - odparłam - Norma.
- Jak tu przyjechałem, to byłem zaskoczony i zdezorientowany przez pierwszy tydzień. Po pewnym wydarzeniu nic już nie było w stanie mnie zdziwić i postanowiłem przyjmować wszystko jako normę. Tak jest dużo prościej i mało rzeczy już mnie zaskakuje.
- Po jakim wydarzeniu?
- To było kilka dni po moim przyjęciu. Nie zdążyłem jeszcze rozpakować wszystkich klamotów, a do pokoju bez pukania wpada mi jakiś facet, dzierżąc w obu dłoniach winogrona i mówi łamanym angielskim, żebym je mu ukrył i on po nie wieczorem wpadnie. Miałem nie zadawać pytań i mu te winogrona przechować. Gość miał minę jakby mi oddawał pierworodnego, a samemu uciekał przed FBI.
- Znałeś go?
- A gdzie tam, ja tu dopiero przyjechałem.
- I co z tymi winogronami?
- Schowałem mu. Inaczej by nie wyszedł. Ja myślałem, że on zaraz na kolana padnie, taki był przejęty. Zabrałem te winogrona, a on wybiegł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Stałem tak chwilę w bezruchu, analizując sytuację, spakowałem te winogrona do torebki i kiedy wieczorem ten sam koleś wbił mi do pokoju, to mu je oddałem. On podziękował, ukłonił się, zabrał winogrona i wyszedł. Tak bez wyjaśnienia. Do tej pory nie wiem o co chodziło z tymi winogronami.
- Nie próbowałeś się dowiedzieć?
- Na początku chciałem, ale potem dotarła do mnie pewna filozofia życia, którą praktykuję do teraz.
- Czyli?
- Nic nie ma sensu, jeśli wszystko ma sens. Wszystko ma sens, jeśli nic nie ma sensu.
- ...
- Nie da się zrozumieć wszystkiego, więc po co zaprzątać sobie głowę czymś, co mnie mało dotyczy.
- Ale to Cię dotyczyło.
- Tylko trochę. Byłem niańką dla tych zielonych kulek tylko przez niecały dzień, a potem je oddałem. Nie było ich, były, a potem znowu ich nie było. Zupełnie jak moje chęci do chodzenia na wykłady.
- Aha?
- Jeśli przyjmujesz wszystko za normę, to mało rzeczy jest w stanie Cię zaskoczyć. Gdyby tu teraz wbiło dwudziestu lekarzy w czapkach smerfów i strojach żyrafy, to zapytałbym tylko jakie badanie będzie się odbywało i poprosił, żeby mi dali pięć minut.
- Ciekawa strategia - przyznałam.
- Jedyna słuszna, jeśli nie chcesz sobie zadawać zbyt dużo pytań, na które albo nie znajdziesz odpowiedzi, albo nie jest ona wcale ważna. Życie jest za krótkie na zadawanie sobie pytań, kiedy można coś po prostu zaakceptować i żyć dalej.
Pokiwałam głową i wyszłam, mijając kolejne partie sprzętu, wkraczające do budynku.
Jest to ciekawa koncepcja. Nie powiem, że nie.
Nie miałam pojęcia jak można zrobić pączki z chleba w beczce, więc spytałam o to wspomnianego wyżej kumpla.
- Nie, nie - odparł - Oni tę beczkę podłączą do destylatora i będą przesączać przez chlebek alkohol, żeby aż tak te paliwo rakietowe nie wypalało gardła. Ten alkohol potem zagęszczą, zrobią z niego dżemik i powciskają do pączków.
- Co? - spytałam, usiłując to sobie wyobrazić moim ograniczonym umysłem.
- Pączki z alkoholem. Z winem, wódką, spirytusem, tak właściwie ze wszystkim. Łatwy sposób na przemycenie procentów na wykłady. Robią też pijane misie - wiesz, te żelki miśki nasączane alkoholem.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową, patrząc jak do jednego małego pokoju wciska się dziesięciu ludzi, plus sporej wielkości beczka.
- Jeden pączek i jest Ci dużo weselej. Nie polecam zjadać więcej niż trzech dziennie, bo mają niezłego kopa - dokończył kolega odbierając ode mnie notatki.
- Oni nie powinni mieć zaliczenia z chemii? Praktykę już sobie sami zrobili - spytałam, obserwując przemarsz najróżniejszej aparatury ze szklanymi rurkami.
- Niestety. Jakby tak to działało, sam bym przerobił pokój na bimbrownik.
- To tutaj normalne?
- Jak najbardziej.
- A ten płyn do mycia naczyń? - spytałam, ponieważ jego ilość również była niepokojąca.
- Pewnie będą zawody na ślizganie się po schodach.
- No tak - odparłam - Norma.
- Jak tu przyjechałem, to byłem zaskoczony i zdezorientowany przez pierwszy tydzień. Po pewnym wydarzeniu nic już nie było w stanie mnie zdziwić i postanowiłem przyjmować wszystko jako normę. Tak jest dużo prościej i mało rzeczy już mnie zaskakuje.
- Po jakim wydarzeniu?
- To było kilka dni po moim przyjęciu. Nie zdążyłem jeszcze rozpakować wszystkich klamotów, a do pokoju bez pukania wpada mi jakiś facet, dzierżąc w obu dłoniach winogrona i mówi łamanym angielskim, żebym je mu ukrył i on po nie wieczorem wpadnie. Miałem nie zadawać pytań i mu te winogrona przechować. Gość miał minę jakby mi oddawał pierworodnego, a samemu uciekał przed FBI.
- Znałeś go?
- A gdzie tam, ja tu dopiero przyjechałem.
- I co z tymi winogronami?
- Schowałem mu. Inaczej by nie wyszedł. Ja myślałem, że on zaraz na kolana padnie, taki był przejęty. Zabrałem te winogrona, a on wybiegł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Stałem tak chwilę w bezruchu, analizując sytuację, spakowałem te winogrona do torebki i kiedy wieczorem ten sam koleś wbił mi do pokoju, to mu je oddałem. On podziękował, ukłonił się, zabrał winogrona i wyszedł. Tak bez wyjaśnienia. Do tej pory nie wiem o co chodziło z tymi winogronami.
- Nie próbowałeś się dowiedzieć?
- Na początku chciałem, ale potem dotarła do mnie pewna filozofia życia, którą praktykuję do teraz.
- Czyli?
- Nic nie ma sensu, jeśli wszystko ma sens. Wszystko ma sens, jeśli nic nie ma sensu.
- ...
- Nie da się zrozumieć wszystkiego, więc po co zaprzątać sobie głowę czymś, co mnie mało dotyczy.
- Ale to Cię dotyczyło.
- Tylko trochę. Byłem niańką dla tych zielonych kulek tylko przez niecały dzień, a potem je oddałem. Nie było ich, były, a potem znowu ich nie było. Zupełnie jak moje chęci do chodzenia na wykłady.
- Aha?
- Jeśli przyjmujesz wszystko za normę, to mało rzeczy jest w stanie Cię zaskoczyć. Gdyby tu teraz wbiło dwudziestu lekarzy w czapkach smerfów i strojach żyrafy, to zapytałbym tylko jakie badanie będzie się odbywało i poprosił, żeby mi dali pięć minut.
- Ciekawa strategia - przyznałam.
- Jedyna słuszna, jeśli nie chcesz sobie zadawać zbyt dużo pytań, na które albo nie znajdziesz odpowiedzi, albo nie jest ona wcale ważna. Życie jest za krótkie na zadawanie sobie pytań, kiedy można coś po prostu zaakceptować i żyć dalej.
Pokiwałam głową i wyszłam, mijając kolejne partie sprzętu, wkraczające do budynku.
Jest to ciekawa koncepcja. Nie powiem, że nie.
środa, 22 stycznia 2020
Komisja sąsiedzka, a wizja mojego snu
Historia jest powiązana z postem:
Jeśli go nie czytaliście, możecie poczuć się zagubieni.
Zerknęłam ostatnio na wytyczne National Sleep Foundation, które określały odpowiednią ilość snu dla osób w poszczególnych grupach wiekowych. Okazuje się, że osoby w moim wieku powinny przesypiać dziennie 7-9 godzin.
Nie jestem pewna czy przesypiam tyle tygodniowo, zwłaszcza w ostatnim czasie, ale korzystając z faktu obronienia się i oczekiwania na obronę pozostałych, postanowiłam się wyspać. Tak po prostu, w łóżku, bez nastawionego budzika, z głową na poduszce, a nie na notatkach przy biurku.
Jako, że mój zegar biologiczny jest całkowicie rozregulowany, sama idea zaplanowanego snu wydała mi się dziwnym pomysłem.
Położyłam się o drugiej w nocy (dla mnie bardzo wcześnie) i przeglądając jakiś średnio ciekawy artykuł, zasnęłam. Śniła mi się stacja kosmiczna, w której usilnie próbowałam znaleźć windę na Ziemię (?), za każdym razem znajdując tylko zsyp na pranie.
Z poszukiwań wyrwało mnie dziwnie znajome łomotanie do drzwi. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju i zerkając na psie legowisko, w którym Morfina odprawiała śpiącą jogę, leżąc na plecach z wysuniętym językiem, dałam sobie chwilę na analizę sytuacji.
Ktoś pukał do moich drzwi o 6:30 rano.
Nie zaspałam na żadne ważne wydarzenie, nie miałam niczego w planach. Słowem - nie zamawiałam budzenia.
Pukanie nie ustawało, więc zwlokłam się z łóżka wyglądając jak tania kopia Margaret Thatcher i Alberta Einsteina jeśli chodzi o fryzurę i owijając się kołdrą, przeszłam z gracją królowej przez pokój i korytarz. Na twarzy mając odciśnięte dwa guziki poduszki, zerknęłam przez wizjer i uchyliłam drzwi, mrużąc oczy przed agresywnym światłem.
- Słucham? - wydukałam, patrząc na Anonimkę, jabłkową cesarzową i sąsiada z laseczką z góry.
- Dobrze, że jeszcze zastaliśmy - rzekła Anonimka - Możemy przeprowadzić kontrolę.
- Hmm? - wymruczałam, usiłując uruchomić szare komórki, które w dalszym ciągu skupione były na poszukiwaniu windy.
- W związku z oświadczeniem. Dostała Pani oświadczenie? - spytała jabłeczna sąsiadka, zerkając na pozostałych członków komisji.
- Aaahaa - odparłam - To o to chodzi. Momencik - dodałam, zostawiając uchylone drzwi i wchodząc do kuchni po kartkę i długopis.
- A to co? - spytał mężczyzna.
- Będę potrzebowała Państwa podpisów. Policja prosiła o zebranie nazwisk. Coś, że takie nielegalne grupy, które chcą przeprowadzać rewizje w cudzych mieszkaniach, to są karane - odparłam, podając zgromadzonym narzędzia.
- My się na niczym nie będziemy podpisywać - obruszyła się Anonimka, odtrącając moją rękę.
- Mogę też wszystko nagrywać, jeśli tak będzie wygodniej - odpowiedziałam.
- Nie masz prawa nas nagrywać bez naszej zgody - stwierdziła Anonimka, chociaż jej świta zaczynała zerkać gorączkowo w kierunku drzwi.
- I nikt nie ma prawa wchodzić mi do mieszkania bez mojej zgody - dodałam, słysząc jak pies przeciąga się w legowisku - To wszystko?
- Jeśli myślisz, że będziemy to tolerować jako sąsiedzi, to się mylisz.
- A co dokładnie tolerować?
- Ty już dobrze wiesz co. Gdzie reszta? Chowają się?
- Jeszcze śpią - odparłam, zdając sobie po chwili sprawę, że kobiecie nie chodziło o moją mamę, siostrę, ani nawet o psa. Chodziło jej o aktorów ostatniego przedstawienia.
- Mówiłam?! - rzuciła Anonimka w kierunku pozostałych stróżów prawa.
- Dzień dobry - powiedziałam do wchodzącego na korytarz sąsiada, dzierżącego w dłoni siatkę z zakupami.
- A co tu się dzieje? Takie wczesne odwiedziny? - spytał mężczyzna.
- Komisja sąsiedzka robi obchód - odparłam - Można przekazać reszcie sąsiadów, że zaraz zostaną obudzeni.
- Oj, nie polecam - rzekł sąsiad, wchodząc po schodach - Tak to jest jak ludzie za dużo czasu mają i się pierdołami zajmują. Byście lepiej poszli popatrzeć jak trawa rośnie.
- Mam rozumieć, że Panu to odpowiada? - oburzyła się Anonimka, lecz mężczyzna tylko machnął na nią ręką i kontynuował wspinaczkę.
- Ja wracam do łóżka - odparłam, bo znudziło mi się stanie w przeciągu - Umówmy się, że nie zgłoszę nigdzie całego najścia, jeśli nikt mnie już nie będzie budził, dobra?
- Zaraz, my jeszcze nie skończyliśmy!
- Fajno, to dobranoc - rzekłam, zamykając drzwi przed nosem zatroskanych. Obserwując sytuację przez wizjer i słysząc dialogi, dobiegające zza drzwi, można było wywnioskować, że dwóch pobocznych członków komisji starało się studzić zapał liderki i nie dopuścić do ponownego molestowania moich drzwi jej ręką. Cała grupka po krótkiej dyskusji udała się na górę, a ja wróciłam ze swoim królewskim płaszczem z motywem z "Krainy Lodu" do łóżka.
Układając się na boku, usłyszałam jeszcze wesołe "Po*ebało Was o tej godzinie ku*wa?", dobiegające z góry.
Wydaje mi się, że mieszkańcom raczej średnio przypadła do gustu wizja komisji i ich uroczych kontroli o 6:30 rano.
Kto by pomyślał.
~~~~~~
Zerknęłam ostatnio na wytyczne National Sleep Foundation, które określały odpowiednią ilość snu dla osób w poszczególnych grupach wiekowych. Okazuje się, że osoby w moim wieku powinny przesypiać dziennie 7-9 godzin.
Nie jestem pewna czy przesypiam tyle tygodniowo, zwłaszcza w ostatnim czasie, ale korzystając z faktu obronienia się i oczekiwania na obronę pozostałych, postanowiłam się wyspać. Tak po prostu, w łóżku, bez nastawionego budzika, z głową na poduszce, a nie na notatkach przy biurku.
Jako, że mój zegar biologiczny jest całkowicie rozregulowany, sama idea zaplanowanego snu wydała mi się dziwnym pomysłem.
Położyłam się o drugiej w nocy (dla mnie bardzo wcześnie) i przeglądając jakiś średnio ciekawy artykuł, zasnęłam. Śniła mi się stacja kosmiczna, w której usilnie próbowałam znaleźć windę na Ziemię (?), za każdym razem znajdując tylko zsyp na pranie.
Z poszukiwań wyrwało mnie dziwnie znajome łomotanie do drzwi. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju i zerkając na psie legowisko, w którym Morfina odprawiała śpiącą jogę, leżąc na plecach z wysuniętym językiem, dałam sobie chwilę na analizę sytuacji.
Ktoś pukał do moich drzwi o 6:30 rano.
Nie zaspałam na żadne ważne wydarzenie, nie miałam niczego w planach. Słowem - nie zamawiałam budzenia.
Pukanie nie ustawało, więc zwlokłam się z łóżka wyglądając jak tania kopia Margaret Thatcher i Alberta Einsteina jeśli chodzi o fryzurę i owijając się kołdrą, przeszłam z gracją królowej przez pokój i korytarz. Na twarzy mając odciśnięte dwa guziki poduszki, zerknęłam przez wizjer i uchyliłam drzwi, mrużąc oczy przed agresywnym światłem.
- Słucham? - wydukałam, patrząc na Anonimkę, jabłkową cesarzową i sąsiada z laseczką z góry.
- Dobrze, że jeszcze zastaliśmy - rzekła Anonimka - Możemy przeprowadzić kontrolę.
- Hmm? - wymruczałam, usiłując uruchomić szare komórki, które w dalszym ciągu skupione były na poszukiwaniu windy.
- W związku z oświadczeniem. Dostała Pani oświadczenie? - spytała jabłeczna sąsiadka, zerkając na pozostałych członków komisji.
- Aaahaa - odparłam - To o to chodzi. Momencik - dodałam, zostawiając uchylone drzwi i wchodząc do kuchni po kartkę i długopis.
- A to co? - spytał mężczyzna.
- Będę potrzebowała Państwa podpisów. Policja prosiła o zebranie nazwisk. Coś, że takie nielegalne grupy, które chcą przeprowadzać rewizje w cudzych mieszkaniach, to są karane - odparłam, podając zgromadzonym narzędzia.
- My się na niczym nie będziemy podpisywać - obruszyła się Anonimka, odtrącając moją rękę.
- Mogę też wszystko nagrywać, jeśli tak będzie wygodniej - odpowiedziałam.
- Nie masz prawa nas nagrywać bez naszej zgody - stwierdziła Anonimka, chociaż jej świta zaczynała zerkać gorączkowo w kierunku drzwi.
- I nikt nie ma prawa wchodzić mi do mieszkania bez mojej zgody - dodałam, słysząc jak pies przeciąga się w legowisku - To wszystko?
- Jeśli myślisz, że będziemy to tolerować jako sąsiedzi, to się mylisz.
- A co dokładnie tolerować?
- Ty już dobrze wiesz co. Gdzie reszta? Chowają się?
- Jeszcze śpią - odparłam, zdając sobie po chwili sprawę, że kobiecie nie chodziło o moją mamę, siostrę, ani nawet o psa. Chodziło jej o aktorów ostatniego przedstawienia.
- Mówiłam?! - rzuciła Anonimka w kierunku pozostałych stróżów prawa.
- Dzień dobry - powiedziałam do wchodzącego na korytarz sąsiada, dzierżącego w dłoni siatkę z zakupami.
- A co tu się dzieje? Takie wczesne odwiedziny? - spytał mężczyzna.
- Komisja sąsiedzka robi obchód - odparłam - Można przekazać reszcie sąsiadów, że zaraz zostaną obudzeni.
- Oj, nie polecam - rzekł sąsiad, wchodząc po schodach - Tak to jest jak ludzie za dużo czasu mają i się pierdołami zajmują. Byście lepiej poszli popatrzeć jak trawa rośnie.
- Mam rozumieć, że Panu to odpowiada? - oburzyła się Anonimka, lecz mężczyzna tylko machnął na nią ręką i kontynuował wspinaczkę.
- Ja wracam do łóżka - odparłam, bo znudziło mi się stanie w przeciągu - Umówmy się, że nie zgłoszę nigdzie całego najścia, jeśli nikt mnie już nie będzie budził, dobra?
- Zaraz, my jeszcze nie skończyliśmy!
- Fajno, to dobranoc - rzekłam, zamykając drzwi przed nosem zatroskanych. Obserwując sytuację przez wizjer i słysząc dialogi, dobiegające zza drzwi, można było wywnioskować, że dwóch pobocznych członków komisji starało się studzić zapał liderki i nie dopuścić do ponownego molestowania moich drzwi jej ręką. Cała grupka po krótkiej dyskusji udała się na górę, a ja wróciłam ze swoim królewskim płaszczem z motywem z "Krainy Lodu" do łóżka.
Układając się na boku, usłyszałam jeszcze wesołe "Po*ebało Was o tej godzinie ku*wa?", dobiegające z góry.
Wydaje mi się, że mieszkańcom raczej średnio przypadła do gustu wizja komisji i ich uroczych kontroli o 6:30 rano.
Kto by pomyślał.
wtorek, 21 stycznia 2020
Nic tam nie ma... a może jednak
Będąc w ostatnim czasie zombie, jakim jestem, postanowiłam zabrać psa na spacer i przewietrzyć nieco szare komórki, oraz pozgniatany i torturowany chęcią zostania inżynierem mózg.
Dla osób, których na grupie nie ma - obroniłam się.
Półprzytomna powlokłam się za puchatą i pozwoliłam jej prowadzić, kalkulując w głowie ile kaw będę musiała wypić, by nie spać kolejne dwie doby.
Nagle pączek na drugim końcu smyczy zatrzymał się, co sprawiło, że ja również.
Obejrzałam się za siebie i ujrzałam psi pysk wlepiony w siatkę ogrodzenia boiska szkolnego, gdzie rozstawiono niewielkie lodowisko. Po drugiej stronie ogrodzenia nie było nikogo. Spodziewałam się ujrzeć tam chociaż kreta, który mógłby przykuć uwagę córki sztormów, ale świniak wpatrywał się w przestrzeń, zerkając na mnie wyczekująco.
- Idziesz Morfi? - spytałam, widząc na psim pysku determinację. Futrzany zadek został uziemiony na chodniku, co dawało mi jasny przekaz.
"Nigdzie nie idę, chyba że masz zamiar mnie nieść".
- Dobra, o co chodzi? - spytałam, usiłując zauważyć za siatką obiekt na którym skupiła się psia uwaga.
Żadnych ludzi, zwierząt, papierków, folijek, ani świecących śmieci.
- Morfi, tam nic nie ma. Chodź - odparłam, lecz pies nigdzie się nie wybierał. Wzrokiem pełnym nadziei patrzył na mnie, oglądając się co jakiś czas na siatkę i pompując nosem (broń ostateczna w rozwiązywaniu wszelkich problemów).
- Nic tam nie... - rzekłam, zatrzymując się w połowie.
Otóż było.
Właśnie oświeciło mnie swą jasnością i zimnem, bijącym z drugiej strony ogrodzenia.
Śnieg.
Po drugiej stronie siatki znajdowały się całe zaspy śniegu i lodu, wyprodukowanego przez lodowisko. Śniegu i lodu, którego deficyt dawał się w tym roku Morfinie we znaki. Jeśli jest coś, co ten pies kocha bardziej niż piasek, to tym czymś jest właśnie śnieg.
- Mordko nie pójdziesz na śnieg, tam Ci nie wolno - powiedziałam.
Błagalne spojrzenie Puchatka mordowało moją duszę, ale przekreślony znaczek psa dawał mi jasno do zrozumienia, że w tej zaspie nie zostaną odciśnięte żadne łapki.
Nadludzką siłą woli starałam się ignorować spojrzenia pełne żalu, jakie wysyłał mi beżowy kołtun, który przecież chciał tylko na ten śnieg, co sobie tam leżał i nie było go nigdzie indziej.
Dlaczego śnieg był otoczony kratami?
Czy śnieg był niegrzeczny?
Czy można go przytulić?
Musi mu być smutno.
Do dalszego marszu nie zdołałam przekonać puchatej nawet za pomocą ciastka. Negocjacje zostały podjęte przy trzech i obietnicy zabawy kijaszkiem.
Pies ruszył po czterech i bardzo dużym kijaszku, który pozwoliłam jej nieść w pysku.
Nie dla nas śniegi za kratami. Młoda będzie musiała poczekać na cud w postaci białego puchu, sypiącego się z nieba w formie naturalnej.
Obawiam się, że nawet jej cierpliwość może tego jednak nie przetrzymać.
sobota, 18 stycznia 2020
Bo kłamać nie wolno, a system trzeba obejść
Pilnowałam ostatnio pewnego młodego dżentelmena, uczęszczającego do jednej z wczesnych klas podstawówki.
Podczas kiedy ja usiłowałam znaleźć wiersz o który chodziło nauczycielce (nie został podany tytuł, albo młody go nie zapisał) tylko po instrukcjach, które sprowadzały się do "był o bocianie, żabkach i był tam człowiek w balonie", siedzący obok mnie chłopczyk przerwał na chwilę tworzenie robota na papierze i spytał:
- Bo nie wolno kłamać, nie?
- Nie - odparłam - Kłamanie jest złe - dodałam. W tym wieku młody nie musiał jeszcze wiedzieć o technikach dorosłych na usprawiedliwienie swojego spóźnienia, czy uniknięcia niekomfortowych sytuacji. W jego wieku kłamanie było złe, ponieważ dziecko w tym wieku nie ma tak naprawdę dobrego powodu, by kłamać.
- A dorośli wiedzą, że nie wolno kłamać? - spytał chłopczyk i wiedziałam już, że to jedno z podchwytliwych pytań, które prowadzi do jeszcze bardziej podchwytliwych pytań.
- Wiedzą - odpowiedziałam.
- To czemu czasem kłamią?
- Cóż, czasem dorośli kłamią... żeby na przykład nie sprawić komuś przykrości - wybrnęłam.
- To kłamanie jest dobre?
- Nie.
- A czasami?
- Też nie.
- Ale żeby nie sprawić komuś przykrości.
- Posłuchaj, szczerość zawsze jest lepsza. A właściwie czemu pytasz?
- Bo jest u nas taka dziewczyna - westchnął chłopiec - i ona cały czas pyta mnie jak wygląda, albo czy dobrze wygląda, a ja nie wiem czy ona dobrze wygląda, bo wygląda po dziewczyńskiemu, a mnie się dziewczyńskie rzeczy nie podobają. Poza tym nieważne w co się ubierze i jakie ma kolczyki jak ma szpetny ryj.
Obdarowałam chłopca bardzo zdziwionym spojrzeniem i kiedy po kilku mrugnięciach wróciłam do rzeczywistości, spytałam go:
- I Ty byś chciał wiedzieć czy jej możesz skłamać, że ładnie wygląda?
- Skoro kłamanie jest złe, to mam jej powiedzieć, że ma szpetny ryj?
- Nie. Tak powiedzieć nie możesz.
- Ale to prawda.
- Ale tak jest bardzo nieładnie i możesz ją obrazić.
- To co ja mam robić?
- Jeśli nie chcesz kłamać, a ona Ci się nie podoba, to możesz skomentować tylko coś, co ma ładnego. Podoba Ci się cokolwiek w niej?
- Nie.
- Nic a nic?
- Nic.
- Możesz powiedzieć jej prawdę, ale delikatnie. Nie tak bezpośrednio. Na przykład, że nie znasz się na "dziewczyńskich rzeczach", więc nie możesz jej dać dobrej opinii i lepiej, żeby spytała jakiejś dziewczynki.
- Ale ja mam swoją opinię o jej szpetnym ryju. To by było kłamstwo.
- Twarzy...
- Szpetnej twarzy.
- To możesz spróbować zmienić temat na inny, żebyś nie musiał odpowiadać na takie pytania.
- Na przykład na jaki?
- Nie wiem, na przykład czy widziała ostatnio jakiś film, który Ty widziałeś, albo czy ma zrobione zadanie. Cokolwiek.
- Ale ona wróci do tego pytania.
- Może na chwilę zapomni. Skoro inne opcje odpadają, a przytaknięcie, że ładnie wygląda zbyt wiele Cię kosztuje...
- Sama mówisz, że nie wolno kłamać, a to by było kłamstwo. Kłamstwo to grzech?
- Tak...
- No to nie mogę. Będę szedł do komunii niedługo.
- No to sam widzisz.
- To jak nie chcę kłamać, to mam zmienić temat?
- Albo delikatnie powiedzieć prawdę, tylko tak, żeby nikogo nie urazić - zaproponowałam.
- To już lepiej zmienić temat. Mniej roboty.
Kilka chwil później do domu weszła matka chłopca, więc zaczęłam zbierać się do wyjścia, wyjaśniając sekwencję zadań, których nie zdążyliśmy zrobić.
- A jak było dzisiaj w szkole? - spytała matka chłopca.
- Normalnie - odpowiedział karzełek.
- Ale nie zmęcz się tym opowiadaniem. Co się działo?
- Nic takiego.
- A jak Ci poszło to recytowanie wiersza na ocenę?
- Dobrze.
- To znaczy?
- Na przerwie Kuba pokazał nam swój nowy kask do roweru.
- Aha? To fajnie, a co z wierszem?
- Pani powiedziała, że może nie być śniegu w tym roku wcale.
- No tak może być, a ten wiersz?
- Masz ładną twarz mamo. Jest u nas taka dziewczynka, co cały czas pyta czy ładnie wygląda, ale Ty naprawdę ładnie wyglądasz. Ona nie.
- Dziękuję Ci, a co to za dziewczynka?
- Nie znasz.
- Lubisz ją?
- Nie. Ale Ciebie lubię - odpowiedział chłopczyk, zerkając na mnie triumfalnie.
Chyba niechcący stworzyłam potwora.
Podczas kiedy ja usiłowałam znaleźć wiersz o który chodziło nauczycielce (nie został podany tytuł, albo młody go nie zapisał) tylko po instrukcjach, które sprowadzały się do "był o bocianie, żabkach i był tam człowiek w balonie", siedzący obok mnie chłopczyk przerwał na chwilę tworzenie robota na papierze i spytał:
- Bo nie wolno kłamać, nie?
- Nie - odparłam - Kłamanie jest złe - dodałam. W tym wieku młody nie musiał jeszcze wiedzieć o technikach dorosłych na usprawiedliwienie swojego spóźnienia, czy uniknięcia niekomfortowych sytuacji. W jego wieku kłamanie było złe, ponieważ dziecko w tym wieku nie ma tak naprawdę dobrego powodu, by kłamać.
- A dorośli wiedzą, że nie wolno kłamać? - spytał chłopczyk i wiedziałam już, że to jedno z podchwytliwych pytań, które prowadzi do jeszcze bardziej podchwytliwych pytań.
- Wiedzą - odpowiedziałam.
- To czemu czasem kłamią?
- Cóż, czasem dorośli kłamią... żeby na przykład nie sprawić komuś przykrości - wybrnęłam.
- To kłamanie jest dobre?
- Nie.
- A czasami?
- Też nie.
- Ale żeby nie sprawić komuś przykrości.
- Posłuchaj, szczerość zawsze jest lepsza. A właściwie czemu pytasz?
- Bo jest u nas taka dziewczyna - westchnął chłopiec - i ona cały czas pyta mnie jak wygląda, albo czy dobrze wygląda, a ja nie wiem czy ona dobrze wygląda, bo wygląda po dziewczyńskiemu, a mnie się dziewczyńskie rzeczy nie podobają. Poza tym nieważne w co się ubierze i jakie ma kolczyki jak ma szpetny ryj.
Obdarowałam chłopca bardzo zdziwionym spojrzeniem i kiedy po kilku mrugnięciach wróciłam do rzeczywistości, spytałam go:
- I Ty byś chciał wiedzieć czy jej możesz skłamać, że ładnie wygląda?
- Skoro kłamanie jest złe, to mam jej powiedzieć, że ma szpetny ryj?
- Nie. Tak powiedzieć nie możesz.
- Ale to prawda.
- Ale tak jest bardzo nieładnie i możesz ją obrazić.
- To co ja mam robić?
- Jeśli nie chcesz kłamać, a ona Ci się nie podoba, to możesz skomentować tylko coś, co ma ładnego. Podoba Ci się cokolwiek w niej?
- Nie.
- Nic a nic?
- Nic.
- Możesz powiedzieć jej prawdę, ale delikatnie. Nie tak bezpośrednio. Na przykład, że nie znasz się na "dziewczyńskich rzeczach", więc nie możesz jej dać dobrej opinii i lepiej, żeby spytała jakiejś dziewczynki.
- Ale ja mam swoją opinię o jej szpetnym ryju. To by było kłamstwo.
- Twarzy...
- Szpetnej twarzy.
- To możesz spróbować zmienić temat na inny, żebyś nie musiał odpowiadać na takie pytania.
- Na przykład na jaki?
- Nie wiem, na przykład czy widziała ostatnio jakiś film, który Ty widziałeś, albo czy ma zrobione zadanie. Cokolwiek.
- Ale ona wróci do tego pytania.
- Może na chwilę zapomni. Skoro inne opcje odpadają, a przytaknięcie, że ładnie wygląda zbyt wiele Cię kosztuje...
- Sama mówisz, że nie wolno kłamać, a to by było kłamstwo. Kłamstwo to grzech?
- Tak...
- No to nie mogę. Będę szedł do komunii niedługo.
- No to sam widzisz.
- To jak nie chcę kłamać, to mam zmienić temat?
- Albo delikatnie powiedzieć prawdę, tylko tak, żeby nikogo nie urazić - zaproponowałam.
- To już lepiej zmienić temat. Mniej roboty.
Kilka chwil później do domu weszła matka chłopca, więc zaczęłam zbierać się do wyjścia, wyjaśniając sekwencję zadań, których nie zdążyliśmy zrobić.
- A jak było dzisiaj w szkole? - spytała matka chłopca.
- Normalnie - odpowiedział karzełek.
- Ale nie zmęcz się tym opowiadaniem. Co się działo?
- Nic takiego.
- A jak Ci poszło to recytowanie wiersza na ocenę?
- Dobrze.
- To znaczy?
- Na przerwie Kuba pokazał nam swój nowy kask do roweru.
- Aha? To fajnie, a co z wierszem?
- Pani powiedziała, że może nie być śniegu w tym roku wcale.
- No tak może być, a ten wiersz?
- Masz ładną twarz mamo. Jest u nas taka dziewczynka, co cały czas pyta czy ładnie wygląda, ale Ty naprawdę ładnie wyglądasz. Ona nie.
- Dziękuję Ci, a co to za dziewczynka?
- Nie znasz.
- Lubisz ją?
- Nie. Ale Ciebie lubię - odpowiedział chłopczyk, zerkając na mnie triumfalnie.
Chyba niechcący stworzyłam potwora.
piątek, 17 stycznia 2020
Drzemka u dentysty i problem w mięsnym
Ostatnio cierpię na chroniczny deficyt snu. Przez pojęcie "ostatnio" mam na myśli dłuższy czas, którego nie potrafię dokładnie sprecyzować.
Odbijam to sobie w krótkich drzemkach, odbywających się w komunikacji miejskiej, w przerwach między zajęciami, czy na fotelu dentystycznym. Jestem w stanie zasnąć właściwie wszędzie. Miejsce i godzina nie mają dla mnie znaczenia.
Jeśli chodzi o dentystę, to okazuje się, że nie jestem w tym sama i jest kilku pacjentów, którzy regularnie uderzają w kimono podczas leczenia kanałowego.
Ma to sens. Jest wygodnie, leci muzyczka, toczy się rozmowa między lekarzami, a asystentami do której i tak nie można dołączyć przez grabki, oraz inne zabawki zaaplikowane dopaszczowo, nie ma na czym zawiesić oczu, ponieważ układ gabinetu po trzech wizytach zna się właściwie na pamięć, po znieczuleniu nieruchomieje połowa twarzy i nie odczuwa się niczego, ssak załatwia sprawę przełykania śliny, wiertła i polerki masują w mózg, oko samo się przymyka właściwie już po haśle "poproszę Ubistesin na krótkiej".
Na dzisiejszej wizycie, kiedy pani stomatolog szturchnęła mnie w ramię, pomyślałam że budzi mnie, by zadać jakieś istotne pytanie odnośnie przeprowadzanego zabiegu. Ona natomiast oświadczyła, że właśnie skończyła i zrobiła mi gratisowe usuwanie kamienia, bo pomyślała że skoro już śpię, to jeżdżenie narzędziami w pobliżu dziąseł po nieznieczulonej części twarzy powinno mnie obudzić.
Nie doceniła moich możliwości. Duży błąd.
Zwlokłam się z fotela, wyskoczyłam z gotówki, odebrałam karteczkę z datą kolejnej wizyty i macając się po znieczulonej powiece, wróciłam do poczekalni. Byłam w pełni świadoma, że czucie na czole wróci mi za kilka godzin, a brodę będę sobie mogła macnąć dopiero dnia następnego. Powstrzymując ślinotok z kącika ust, nad którym nie miałam władzy, owinęłam się szalikiem i wyruszyłam w drogę powrotną do domu.
W połowie trasy sms od rodzicielki o treści "kup dwa udka z indyka i skrzydełka z kurczaka, oraz trzy de volaille (pisane jako dewolaje)", nieco zmienił mój kurs i zawędrowałam do najbliższego mięsnego, który jak większość sklepów ze zwłokami zwierząt samoobsługowy nie był.
Ustawiłam się na końcu kolejki i obserwowałam jak ekspedientka w opatrunku na prawym uchu uwijała się przy krajalnicach, nożach i tasakach, nastawiając zdrowe ucho za każdym razem, kiedy musiała odebrać od klientów zamówienie.
Na tym etapie wiedziałam już, że będzie ciekawie.
Moje usta były jak połączenie waty i podeszwy, a zmuszenie ich do wypowiadania spółgłosek graniczyło z cudem. Fakt, że kobieta słyszała tylko na jedno ucho mógł bardzo utrudnić komunikację z sepleniącym i bełkoczącym człowiekiem, którym chwilowo byłam.
Kiedy od zakupów dzieliły mnie tylko dwie osoby okazało się, że kobieta na drugie ucho też słyszy słabo, ponieważ nie zostało jeszcze zoperowane.
Świetnie.
Skupiłam się w sobie i kiedy przyszła moja kolej, wybełkotałam coś, co przypominało połączenie języka Suahili z tradycyjnym Chińskim.
Ekspedientka uśmiechnęła się i nastawiła ucho, więc odważnie ponowiłam próbę.
- Przepraszam, ale ja Pani nie rozumiem - odparła kobieta, której skupienie wyryło na czole wielką bruzdę.
- We wachie - odparłam i rozejrzałam się po zgromadzonych w sklepie ludziach. Niestety, najwidoczniej na obiekcie nie było tłumacza.
Zamiast jak rozsądny, myślący człowiek wyciągnąć z kieszeni telefon i pokazać miłej pani sms-a z listą zakupów, postanowiłam zabawić się w kalambury, ponieważ mózg po przebudzeniu nie jest czymś, z czym da się współpracować.
Jestem bardzo ciekawa jakie emocje zawładnęły ludźmi, którzy weszli do sklepu w trakcie mojego klepania się w udo i intensywnego gulgotania, kiedy ekspedientka rzucała nazwami zwierząt, które wydawało jej się, że imituję, a kolejka za mną starała się nam pomóc w osiągnięciu celu.
Myślałam, że najciężej będzie z de volaillem i kiedy już miałam zrezygnować z zakupu i przyjść, gdy moja twarzoczaszka będzie bardziej dyspozycyjna, ekspedientka zareagowała prawidłowo na moje:
- De vujuvu.
- De volaille? - spytała ku mojej uciesze kobieta i pokiwałam głową.
- Ile?
Ukazałam trzy palce i odetchnęłam z ulgą. Miałam wrażenie, że kolejka za mną również.
- Tak to jest jak się niemowa z głuchym próbuje dogadać - zaśmiała się ekspedientka, podając mi zakupy i odbierając pieniądze.
Też się zaśmiałam. Niestety mój uśmiech dotarł tylko do połowy twarzy. Druga połowa pozostawała niewzruszona, co musiało wyglądać bardzo niepokojąco, bo ekspedientce przestało być wesoło.
Spakowałam się i opuściłam sklep, żegnając się słowami:
- Ło ienia.
Spojrzałam na telefon i ujrzałam kolejny sms, tym razem o treści: "Kup jeszcze kawałek ryby i jakąś surówkę".
Wyobraziłam sobie jak pląsam w sklepie rybnym, próbując naśladować śledzia, czy makrelę i zdecydowałam się na sklep samoobsługowy.
Drugi raz mogłabym nie dać rady zachować powagi, a na mój połowiczny uśmiech ludzkość chyba nie była przygotowana.
Odbijam to sobie w krótkich drzemkach, odbywających się w komunikacji miejskiej, w przerwach między zajęciami, czy na fotelu dentystycznym. Jestem w stanie zasnąć właściwie wszędzie. Miejsce i godzina nie mają dla mnie znaczenia.
Jeśli chodzi o dentystę, to okazuje się, że nie jestem w tym sama i jest kilku pacjentów, którzy regularnie uderzają w kimono podczas leczenia kanałowego.
Ma to sens. Jest wygodnie, leci muzyczka, toczy się rozmowa między lekarzami, a asystentami do której i tak nie można dołączyć przez grabki, oraz inne zabawki zaaplikowane dopaszczowo, nie ma na czym zawiesić oczu, ponieważ układ gabinetu po trzech wizytach zna się właściwie na pamięć, po znieczuleniu nieruchomieje połowa twarzy i nie odczuwa się niczego, ssak załatwia sprawę przełykania śliny, wiertła i polerki masują w mózg, oko samo się przymyka właściwie już po haśle "poproszę Ubistesin na krótkiej".
Na dzisiejszej wizycie, kiedy pani stomatolog szturchnęła mnie w ramię, pomyślałam że budzi mnie, by zadać jakieś istotne pytanie odnośnie przeprowadzanego zabiegu. Ona natomiast oświadczyła, że właśnie skończyła i zrobiła mi gratisowe usuwanie kamienia, bo pomyślała że skoro już śpię, to jeżdżenie narzędziami w pobliżu dziąseł po nieznieczulonej części twarzy powinno mnie obudzić.
Nie doceniła moich możliwości. Duży błąd.
Zwlokłam się z fotela, wyskoczyłam z gotówki, odebrałam karteczkę z datą kolejnej wizyty i macając się po znieczulonej powiece, wróciłam do poczekalni. Byłam w pełni świadoma, że czucie na czole wróci mi za kilka godzin, a brodę będę sobie mogła macnąć dopiero dnia następnego. Powstrzymując ślinotok z kącika ust, nad którym nie miałam władzy, owinęłam się szalikiem i wyruszyłam w drogę powrotną do domu.
W połowie trasy sms od rodzicielki o treści "kup dwa udka z indyka i skrzydełka z kurczaka, oraz trzy de volaille (pisane jako dewolaje)", nieco zmienił mój kurs i zawędrowałam do najbliższego mięsnego, który jak większość sklepów ze zwłokami zwierząt samoobsługowy nie był.
Ustawiłam się na końcu kolejki i obserwowałam jak ekspedientka w opatrunku na prawym uchu uwijała się przy krajalnicach, nożach i tasakach, nastawiając zdrowe ucho za każdym razem, kiedy musiała odebrać od klientów zamówienie.
Na tym etapie wiedziałam już, że będzie ciekawie.
Moje usta były jak połączenie waty i podeszwy, a zmuszenie ich do wypowiadania spółgłosek graniczyło z cudem. Fakt, że kobieta słyszała tylko na jedno ucho mógł bardzo utrudnić komunikację z sepleniącym i bełkoczącym człowiekiem, którym chwilowo byłam.
Kiedy od zakupów dzieliły mnie tylko dwie osoby okazało się, że kobieta na drugie ucho też słyszy słabo, ponieważ nie zostało jeszcze zoperowane.
Świetnie.
Skupiłam się w sobie i kiedy przyszła moja kolej, wybełkotałam coś, co przypominało połączenie języka Suahili z tradycyjnym Chińskim.
Ekspedientka uśmiechnęła się i nastawiła ucho, więc odważnie ponowiłam próbę.
- Przepraszam, ale ja Pani nie rozumiem - odparła kobieta, której skupienie wyryło na czole wielką bruzdę.
- We wachie - odparłam i rozejrzałam się po zgromadzonych w sklepie ludziach. Niestety, najwidoczniej na obiekcie nie było tłumacza.
Zamiast jak rozsądny, myślący człowiek wyciągnąć z kieszeni telefon i pokazać miłej pani sms-a z listą zakupów, postanowiłam zabawić się w kalambury, ponieważ mózg po przebudzeniu nie jest czymś, z czym da się współpracować.
Jestem bardzo ciekawa jakie emocje zawładnęły ludźmi, którzy weszli do sklepu w trakcie mojego klepania się w udo i intensywnego gulgotania, kiedy ekspedientka rzucała nazwami zwierząt, które wydawało jej się, że imituję, a kolejka za mną starała się nam pomóc w osiągnięciu celu.
Myślałam, że najciężej będzie z de volaillem i kiedy już miałam zrezygnować z zakupu i przyjść, gdy moja twarzoczaszka będzie bardziej dyspozycyjna, ekspedientka zareagowała prawidłowo na moje:
- De vujuvu.
- De volaille? - spytała ku mojej uciesze kobieta i pokiwałam głową.
- Ile?
Ukazałam trzy palce i odetchnęłam z ulgą. Miałam wrażenie, że kolejka za mną również.
- Tak to jest jak się niemowa z głuchym próbuje dogadać - zaśmiała się ekspedientka, podając mi zakupy i odbierając pieniądze.
Też się zaśmiałam. Niestety mój uśmiech dotarł tylko do połowy twarzy. Druga połowa pozostawała niewzruszona, co musiało wyglądać bardzo niepokojąco, bo ekspedientce przestało być wesoło.
Spakowałam się i opuściłam sklep, żegnając się słowami:
- Ło ienia.
Spojrzałam na telefon i ujrzałam kolejny sms, tym razem o treści: "Kup jeszcze kawałek ryby i jakąś surówkę".
Wyobraziłam sobie jak pląsam w sklepie rybnym, próbując naśladować śledzia, czy makrelę i zdecydowałam się na sklep samoobsługowy.
Drugi raz mogłabym nie dać rady zachować powagi, a na mój połowiczny uśmiech ludzkość chyba nie była przygotowana.
czwartek, 16 stycznia 2020
Masło. Na chlebek masło.
Moja siostra kilka tygodni temu złamała sobie palec. Mało tego, że złamała go w bardzo niekorzystnym miejscu (na zgięciu w pobliżu kostki), konieczne było jego ponowne łamanie podczas procesu gojenia, ponieważ zrastał się w nieprawidłowy sposób, to jeszcze dokonała tego w bardzo eleganckim stylu, zjeżdżając z krzesła na dywan na zajęciach.
Upadała już z pozycji stojącej na kafelki, czy schody i nie kończyło się nawet siniakiem.
Obsunęła się z krzesła na miękki dywan i palec musiał iść do gipsu.
Zdolna bestia.
Jak na epileptyka i tak bardzo późno doszło do pierwszego złamania kości, którego udawało jej się magicznym sposobem unikać przez te wszystkie lata.
Obecnie palec jest unieruchomiony w ortezie i poddawany delikatnym próbom ruchowym w misce z ciepłą wodą i szarym mydłem.
Złamanie palca i jego rekonwalescencja to fakt pierwszy.
Faktem drugim jest natomiast to, że mój mózg jest nieaktywny jeszcze przez trzy godziny po przebudzeniu i działa na autopilocie. Często nie pamiętam, żebym robiła sobie śniadanie na zajęcia, albo szła do sklepu, ale zadania są wykonywane, więc reszta ciała świetnie radzi sobie rano bez towarzysza galarety, który pierwszy kontakt ze światem zyskuje po porannych wykładach - zawsze ciekawych i fascynujących.
Połączenie tych dwóch faktów sprawiło, że po nakryciu budzika poduszką (z jakiegoś powodu postanowiłam go udusić, zamiast wyłączyć), zwlokłam się z łóżka i półprzytomna skierowałam się do kuchni, gdzie mój wewnętrzny automat czekały pierwsze zadania.
Postanowiłam zacząć od przyrządzenia śniadania.
Na blat powędrował chleb, z lodówki została wyciągnięta szynka, a masło wypatrzyłam już wcześniej, oczekujące na mnie obok noża do smarowania. Zapewne ktoś już tego dnia jadł śniadanie i zapomniał schować tłuszczyk do lodówki. Typowe.
Zerkając na świat za oknem i łapiąc kontakt wzrokowy z ciekawskimi przechodniami, którzy na pewno nie spodziewali się ujrzeć z rana zombie z kromką chleba w dłoni i orlim gniazdem na głowie, zaczęłam smarować chleb nadzwyczaj twardym masłem.
Nie wiem skąd pochodził ten produkt, ani jaka była jego cena, ale stanowczo przepłaciliśmy. Masło było ciepłe, a mimo to nie chciało się rozsmarowywać.
- Co robisz? - spytała moja rodzicielka, wchodząc do kuchni i wyrywając mnie z rozmyślań. Odpowiadanie na pytania jest trudne o tej godzinie.
Spojrzałam wymownie na pytającą i przerzuciłam wzrok na niesforne masło.
- Tańczę sambę - wybełkotałam, kiedy budzący się mózg analizował obraz przesyłany przez oczy. Ten sarkazm był zbędny i nie pomagał sytuacji w jakiej się znalazłam.
- Co Ty robisz z tym mydłem? - sprecyzowała rodzicielka, przyglądając się mojej zastygłej twarzy.
- Ja sobie właśnie... czyszczę nożyk - odparłam naprędce. A więc dlatego nie chciało się rozsmarowywać. Ciekawe.
- Samym mydłem? Bez wody? - kontynuowała wyrocznia.
- Zaraz zamoczę - odpowiedziałam, odkładając mydlaną kromkę na bok.
- A nie prościej płynem do naczyń?
- Dużo masz jeszcze pytań?
- Jakbyś chodziła spać normalnie, to nie próbowałabyś się czesać szczoteczką do zębów, ani smarować chleba mydłem.
- Raz mi się zdarzyło. Nie moralizuj. Co to masło właściwie tu robi? - spytałam, czując się otoczona.
- Mydło - poprawiła mama.
- No mówię przecież. W łazience powinno być.
- Młoda rękę moczyła i pewnie zapomniała wynieść.
- Widzisz? Nie tylko ja jestem nieprzytomna rano.
- Mhm. Smacznego. Gryza chcesz, czy mogę wynieść już?
- Jaka dowcipna - odparłam, otwierając lodówkę w poszukiwaniu natłuszczacza. Tym razem właściwego.
- Zetrzyj na tarce, to będziesz mieć płatki śniadaniowe.
- Skończyłaś już?
- Przynieść Ci w płynie?
- Nie, dzięki, poradzę sobie. Tu mam proszek do prania, to sobie rozpuszczę w mleku.
- Tylko raczej nigdzie potem nie wychodź, bo możesz nie zdążyć dobiec do domu.
- Nie doceniasz mojego żołądka - wymamrotałam, orientując się, że trzymam w dłoni kawałek sera. Dalej nie to, ale już bliżej niż poprzednio, więc obrany został prawidłowy kierunek.
Nawet najlepszemu autopilotowi może zdarzyć się kilka drobnych błędów.
Zwłaszcza jeśli (nie)masło leży na kuchennym blacie w sąsiedztwie nożyka. Wnioski wysuwają się same.
Nie jest to moja wina...
Upadała już z pozycji stojącej na kafelki, czy schody i nie kończyło się nawet siniakiem.
Obsunęła się z krzesła na miękki dywan i palec musiał iść do gipsu.
Zdolna bestia.
Jak na epileptyka i tak bardzo późno doszło do pierwszego złamania kości, którego udawało jej się magicznym sposobem unikać przez te wszystkie lata.
Obecnie palec jest unieruchomiony w ortezie i poddawany delikatnym próbom ruchowym w misce z ciepłą wodą i szarym mydłem.
Złamanie palca i jego rekonwalescencja to fakt pierwszy.
Faktem drugim jest natomiast to, że mój mózg jest nieaktywny jeszcze przez trzy godziny po przebudzeniu i działa na autopilocie. Często nie pamiętam, żebym robiła sobie śniadanie na zajęcia, albo szła do sklepu, ale zadania są wykonywane, więc reszta ciała świetnie radzi sobie rano bez towarzysza galarety, który pierwszy kontakt ze światem zyskuje po porannych wykładach - zawsze ciekawych i fascynujących.
Połączenie tych dwóch faktów sprawiło, że po nakryciu budzika poduszką (z jakiegoś powodu postanowiłam go udusić, zamiast wyłączyć), zwlokłam się z łóżka i półprzytomna skierowałam się do kuchni, gdzie mój wewnętrzny automat czekały pierwsze zadania.
Postanowiłam zacząć od przyrządzenia śniadania.
Na blat powędrował chleb, z lodówki została wyciągnięta szynka, a masło wypatrzyłam już wcześniej, oczekujące na mnie obok noża do smarowania. Zapewne ktoś już tego dnia jadł śniadanie i zapomniał schować tłuszczyk do lodówki. Typowe.
Zerkając na świat za oknem i łapiąc kontakt wzrokowy z ciekawskimi przechodniami, którzy na pewno nie spodziewali się ujrzeć z rana zombie z kromką chleba w dłoni i orlim gniazdem na głowie, zaczęłam smarować chleb nadzwyczaj twardym masłem.
Nie wiem skąd pochodził ten produkt, ani jaka była jego cena, ale stanowczo przepłaciliśmy. Masło było ciepłe, a mimo to nie chciało się rozsmarowywać.
- Co robisz? - spytała moja rodzicielka, wchodząc do kuchni i wyrywając mnie z rozmyślań. Odpowiadanie na pytania jest trudne o tej godzinie.
Spojrzałam wymownie na pytającą i przerzuciłam wzrok na niesforne masło.
- Tańczę sambę - wybełkotałam, kiedy budzący się mózg analizował obraz przesyłany przez oczy. Ten sarkazm był zbędny i nie pomagał sytuacji w jakiej się znalazłam.
- Co Ty robisz z tym mydłem? - sprecyzowała rodzicielka, przyglądając się mojej zastygłej twarzy.
- Ja sobie właśnie... czyszczę nożyk - odparłam naprędce. A więc dlatego nie chciało się rozsmarowywać. Ciekawe.
- Samym mydłem? Bez wody? - kontynuowała wyrocznia.
- Zaraz zamoczę - odpowiedziałam, odkładając mydlaną kromkę na bok.
- A nie prościej płynem do naczyń?
- Dużo masz jeszcze pytań?
- Jakbyś chodziła spać normalnie, to nie próbowałabyś się czesać szczoteczką do zębów, ani smarować chleba mydłem.
- Raz mi się zdarzyło. Nie moralizuj. Co to masło właściwie tu robi? - spytałam, czując się otoczona.
- Mydło - poprawiła mama.
- No mówię przecież. W łazience powinno być.
- Młoda rękę moczyła i pewnie zapomniała wynieść.
- Widzisz? Nie tylko ja jestem nieprzytomna rano.
- Mhm. Smacznego. Gryza chcesz, czy mogę wynieść już?
- Jaka dowcipna - odparłam, otwierając lodówkę w poszukiwaniu natłuszczacza. Tym razem właściwego.
- Zetrzyj na tarce, to będziesz mieć płatki śniadaniowe.
- Skończyłaś już?
- Przynieść Ci w płynie?
- Nie, dzięki, poradzę sobie. Tu mam proszek do prania, to sobie rozpuszczę w mleku.
- Tylko raczej nigdzie potem nie wychodź, bo możesz nie zdążyć dobiec do domu.
- Nie doceniasz mojego żołądka - wymamrotałam, orientując się, że trzymam w dłoni kawałek sera. Dalej nie to, ale już bliżej niż poprzednio, więc obrany został prawidłowy kierunek.
Nawet najlepszemu autopilotowi może zdarzyć się kilka drobnych błędów.
Zwłaszcza jeśli (nie)masło leży na kuchennym blacie w sąsiedztwie nożyka. Wnioski wysuwają się same.
Nie jest to moja wina...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

