Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 21 lutego 2020

Czy Morfinę czeka kolejna operacja? (błagam, nie)

Kto śledzi sytuację zdrowotną Morfiny od dłuższego czasu, ten wie, że ten pies nie marnuje czasu. Dysplazje, niewydolności narządów, pokaźna kolekcja guzów, to tylko nieliczne z atrakcji jakie puchata foka postanowiła zapewnić zarówno sobie, jak i mnie.



Organizm Morfiny żyje w dziwnym poczuciu, że jeśli nie ma aktualnie żadnych problemów, należy je stworzyć. 
Niewydolność narządów? Proszę bardzo, zapraszam. Wyleczona, stan stabilny? Co powiesz na dysplazję stawów biodrowych? Mało? Dodajmy zwyrodnienia. Wiesz, co? Dorzućmy stawy łokciowe, same biodra to trochę mało. Operacja? Ok, to może jeszcze skręcona rzepka. Skręcona rzepka brzmi świetnie. Operacja? No ok. Serce. Serca jeszcze nie było, nie? Pójdziemy w zapaści powysiłkowe. Stabilne? To teraz guzy. Pełno tłuszczaków, różnych wielkości, w różnych miejscach. Operacja? To tarczyca. Zróbmy niedoczynność tarczycy. Ustabilizowana? Leki do końca życia? Ok, to wróćmy do guzów, ale tak mocniej i w dzikich miejscach.
Ta zabawa nigdy się nie kończy.

Podczas ostatniej konsultacji w związku z badaniami tarczycowymi (póki co stabilne), zwróciłam lekarzowi uwagę na nowe guzy, które zdążyły się pojawić od momentu ostatniego usunięcia tłuszczaków w 2018 roku. Jeden guz znajduje się pod pachą (wielkość winogrona), a drugi na brzuchu (wielkość groszku). Mimo, że ostatnia histopatologia wykazała tłuszczaki, a struktura obecnych guzów po wymacaniu ich daje podobny obraz, weterynarza zaniepokoiło położenie mniejszego guza. Znajduje się on bowiem na linii listwy mlecznej. Mało tego, na linii potencjalnego cięcia znajduje się już blizna po dawnym zabiegu (zwykle unika się cięcia w miejscu blizn, ponieważ taka tkanka trudniej się zrasta). Linia cięcia musiałaby więc zostać lekko przesunięta. Morfina została poddana kastracji (zwanej powszechnie u suk sterylizacją - błąd nazewnictwa, ale praktykowany) po pierwszej cieczce, jednak guzek mimo zmniejszonego ryzyka, jest niepokojący.

Sprawa powinna być prosta. Jeśli coś jest niepokojące, należy to wyciąć i wysłać do badania histopatologicznego. 
Tu jednak rodzi się problem. 
Podczas ostatniej operacji Morfina zatrzymała się na stole. Została przeprowadzona reanimacja i na szczęście obyło się bez powikłań. Operacja w 2018 roku była operacją krótką, ta która miałaby odbyć się teraz, trwałaby dłużej ze względu na położenie guza. 

dłuższa operacja = większe ryzyko

Morfina nie jest już najmłodsza, jej stan zdrowotny jest dobry i stabilny, a badania krwi nie wykazują żadnych nieprawidłowości, ale taka sama sytuacja miała miejsce podczas ostatniej operacji, a mimo to mogło skończyć się bardzo źle. 

Oczywiście nie można czekać na powiększenie guzów i liczyć na to, że nie będą złośliwe. Operacja w jej wieku, biorąc pod uwagę jej problemy w przeszłości, jest jednak ostatecznością. Zostanie przeprowadzona biopsja (wstępny termin w przyszłym tygodniu). Biopsja wykaże z jakim rodzajem guza i stopniem jego złośliwości mamy do czynienia. Jeśli jest to zwykły tłuszczak - pozwolimy mu żyć i będziemy obserwować tempo jego wzrostu, lub też jego brak. Jeśli jest to inny rodzaj guza, Świniak ponownie wyląduje na stole operacyjnym. Wolelibyśmy tego uniknąć, ale może się okazać, że nie będziemy mieć wyboru.

Morfina to gladiator. Kiedy lekarze wbijają w nią igły, ona rozgląda się za ciastkami. Mam wrażenie, że jeśli kiedyś spotka ponurego kosiarza, buchnie mu kosę i zacznie z nią uciekać z rogalem na pysku. Kto wie, może już to zrobiła i przez to zapomniała oddychać podczas ostatniej operacji. Zdarza się najlepszym. 

Chciałabym wysłać ją na emeryturę i pozwolić odpocząć od walk o własne życie, ale zdaje się, że czeka ją jeszcze kilka potyczek. Pozostaje mieć nadzieję, że niewielkich.

Zabawny fakt:

Podczas dzisiejszego badania lekarz ogolił puchatej futro w miejscach, gdzie znajdują się guzy, by móc lepiej je wymacać i określić wstępnie czym mogą być. Golenie łap kojarzy się Morfinie z kradzieżą czerwonego soczku z żyły i jest dobre, ponieważ potem następuje opróżnienie kieszeni lekarskiego fartucha z ciastek.
Golenie partii ciała innych niż łapy kojarzy się jednak psu ze szwami i ranami, oraz utrudnionym chodzeniem do tego stopnia, że po dzisiejszym użyciu maszynki, zwierz wracał do domu robiąc bardzo ostrożne i delikatne kroki, jakby bał się, że naruszy szwy, których tam nie było. Wróciła do normalnego chodu dopiero kiedy udało mi się ją przekonać, że niczego tam nie ma.

Jak wiele operacji musiał przejść pies, żeby wyrobić w swojej głowie takie skojarzenie, zapytacie?
Wiele. Stanowczo zbyt wiele.

czwartek, 20 lutego 2020

Jak zostałam stalkerem

Podczas kiedy Ruda gotowała swoje... wywary, ja wybrałam się z psem na dłuższy spacer. Zawędrowałam poza obrzeża miasta i znalazłam się na okolicznych polach. Jest tam jedna ścieżka rowerowa, która kończy się lasem i właściwie prowadzi donikąd. Ludzie jeżdżą tam na rolkach, rowerach, deskorolkach, chodzą z kijkami. Jest to trasa, którą zwykle wybierają spacerowicze.

Czasem bywa jednak bardzo pusta.


Tak było tym razem.
Korzystając ze zmniejszonego na ścieżce ruchu, uwolniłam Morfinę ze smyczy i pozwoliłam jej pochodzić po polach, przywołując ją tylko, kiedy widziałam zbliżający się rower lub innych spacerujących. Doszłam z psem do granicy lasu i zawróciłam tą samą ścieżką. W drodze powrotnej natknęłam się na mężczyznę po 40-tce, który widząc nas stanął w miejscu, spojrzał na telefon i zawrócił. Szliśmy więc teraz w tym samym kierunku, ale w odległości dobrych 20 m od siebie. Morfina rozkopywała góry piachu, wkładała nos w mysie nory i zajmowała się swoimi sprawami, trzymając się jednak blisko i sprawdzając co jakiś czas moje położenie na ścieżce (śledź jest psem, który panikuje, jeśli opiekun zniknie mu z oczu na więcej niż dwadzieścia sekund). Ja byłam zajęta odpisywaniem na wiadomości i zerkaniem na puchatą fokę, tarmoszącą ze sobą jakąś gałąź.
- Przestań za mną leźć! - uderzył mnie głos mężczyzny, który szedł przede mną. Odruchowo uniosłam głowę. Dystans między nami się zmniejszył (najwidoczniej moje tempo chodzenia było odrobinę szybsze niż mężczyzny), ale człowiek wciąż znajdował się stosunkowo daleko. Obejrzałam się za siebie i nie widząc nikogo innego, uznałam że mężczyzna mówił do mnie. Zanim zdążyłam jednak odpowiedzieć, spacerowicz zarzucił na głowę kaptur, odwrócił się i przyspieszył kroku.
Stałam w miejscu z telefonem dłoni, na ekranie którego widniała niedokończona wiadomość i zerkałam za siebie, usiłując odnaleźć jakąkolwiek żywą istotę, którą mogłam przeoczyć wcześniej. 
Droga była jednak pusta. 
Mężczyzna szedł dalej, nokautując mnie spojrzeniem.
- Morfi, chodź do mnie! - zawołałam śledzia, myśląc że może człowiek po prostu bał się puszczonego luzem psa i nie czuł się pewnie, ale wstydził się o tym powiedzieć.
Postanowiłam iść wolniej i dać mężczyźnie spokojnie odejść.
- No nie idź za mną! - rzucił ponownie spacerowicz, kiedy dystans między nami zwiększył się do abstrakcyjnych rozmiarów.
- Idę po prostu w tę samą stronę! - odkrzyknęłam. Droga była jedna i wspólna dla wszystkich. Ten człowiek nie mógł oczekiwać, że będę maszerować polami w błocie po kolana, tylko po to, żeby on poczuł się bardziej komfortowo. To było absurdalne. Zwiększyłam dystans i zapięłam psa, żeby nikt nie wchodził w osobistą przestrzeń mężczyzny, ale to było wszystko, co mogłam dla niego zrobić.
Gość zatrzymał się na końcu ścieżki, zerkając przeciągle w moją stronę, jakby na mnie czekał.
I dlaczego nie idzie dalej? - pytałam siebie, zastanawiając się jednocześnie czy człowiek, który zachowuje się w ten sposób nie stanowi zagrożenia. Mógł cierpieć na manię prześladowczą, być pod wpływem alkoholu, czy środków odurzających.
Nie miałam zamiaru ryzykować.
- Hej - powiedziałam do telefonu po wykręceniu numeru do Rudej - Gadaj ze mną chwilę, a jak się nagle rozłączę, to jestem na tej drodze do lasu za miastem. Tam szukaj zwłok i psa. Głównie psa, możesz olać zwłoki.
- Co Ty odpie*dalasz Krycha? Co za mafię odstawiasz?
- Jest taki dziwny koleś, który najpierw krzyczał, że mam za nim nie iść, a teraz czeka na końcu drogi.
- Walnij mu z tarana i cześć.
- Może na czymś być. Siądę sobie na krawężniku i poczekam aż odejdzie.
- Przyjść tam?
- Żebym Cię musiała bronić albo znowu odciągać? Mowy nie ma.
- Ty się w coś zawsze ku*wa wpakujesz.
- Tylko z psem wyszłam. Jest środek dnia, ktoś tędy będzie szedł może.
- To trochę możesz tam poczekać.
- On tu idzie - powiedziałam, obserwując jak zirytowany czekaniem mężczyzna zaczął przemieszczać się w moim kierunku.
- Krycha?
- Chicho chwilę, nie rozłączam się - odparłam, odsuwając telefon od ucha i wstając. 
Mężczyzna był dużo niższy niż wydawało mi się z odległości.
- Skończ za mną leźć! - powiedział. Nie wiem czy wyglądał na bardziej zdenerwowanego, czy zestresowanego.
- Przecież czekałam specjalnie aż pan pójdzie, idę w tę samą stronę, bo to jest jedyna droga, nie idę za panem.
- Nie łaź za mną! Nic nie wiesz!
- Jak się pan nie uspokoi, to wezwę policję.
- Spie*dalaj ku*wa, idź jak idziesz - wydobyło się ze słuchawki i człowiek patrząc na mnie jak na złodzieja, ruszył przed siebie - Krycha? Jesteś tam do ku*wy?
- Tak, jestem - odparłam do telefonu.
Byłam przekonana, że mężczyzna zaraz się odwróci i zacznie biec w moją stronę z uśmiechem maniaka na ustach jak w typowych horrorach. Na wszelki wypadek trzymałam psa za sobą i byłam gotowa do biegu. Gość na pewno dogoniłby mnie po kilku metrach, ale wtedy pozostawało mi jeszcze użycie siły i polnych kamieni.
- Poszedł? - spytała Ruda.
- Odchodzi, ale dalej się ogląda.
- Co za psychol.
- Pierwszy raz go widzę. Teraz zaczepia jakiegoś kolesia na desce - odpowiedziałam, widząc że mężczyzna znalazł sobie nowy obiekt do krzyczenia "nie łaź za mną!" - przemknę bokiem.
Kiedy przechodziłam obok, problematyczny człowiek ponownie przerzucił się na mnie. Postanowiłam dalej rozmawiać z Rudą i udawać, że nie słyszę jego nawoływań. Udało mi się dotrzeć do przejścia dla pieszych, kiedy mężczyzna ponownie znalazł się tuż obok mnie i zapytał:
- Czy Ty musisz za mną chodzić?
- Nie - odparłam i ruszyłam przed siebie, kiedy tylko pojawiło się zielone światło (najdłuższe czerwone w moim życiu). Mężczyzna zaczynał mnie odrobinę przerażać, ale ostatecznie zdecydował się nie przechodzić na drugą stronę ulicy, a zamiast tego wrócić na ścieżkę prowadzącą do lasu.
Nie wiem czy zaczepiał kogoś jeszcze (prawdopodobnie tak), oraz czy zwinęły go jakieś służby, ale szczerze mówiąc nie miałam ochoty wracać, żeby to sprawdzić.

W ten oto sposób zostałam prześladowcą i to zupełnie niecelowo.

środa, 19 lutego 2020

Jak nauczyć psa sygnalizowania dzwonkiem o potrzebach fizjologicznych - poradnik

Jak większość z Was zapewne pamięta, kilka lat temu nauczyłam Morfinę sygnalizowania dzwonkiem o potrzebach fizjologicznych. Taki sygnał jest wygodniejszy i przede wszystkim dużo bardziej oczywisty, niż wpatrywanie się we mnie i obserwowanie drzwi wyjściowych.

Co jest potrzebne do nauki obsługi dzwonka:

  • dzwonek,
  • pies,
  • smakołyki lub coś czym pies jest zwykle nagradzany,
  • bardzo dużo cierpliwości i spokoju.

Na początek kilka porad dla właściciela:
  1. Każdy pies uczy się w swoim własnym tempie i nie należy go pospieszać. Jednemu psu na opanowanie jakiejś sztuczki wystarczy kilka dni, podczas kiedy inny będzie się jej uczył miesiącami. Jest to zupełnie normalne.
  2. Psy mają swoje własne preferencje związane z nauką. Mogą przyswajać nowe rzeczy z różną szybkością i zaangażowaniem. Są komendy, które wychodzą im od razu, są takie na których przyswojenie potrzeba im więcej czasu i takie, które sprawiają im duży problem, a ich nauka jest dla nich męcząca. Morfina nauczyła się obsługi dzwonka bardzo szybko, ale z turlaniem ma problem do tej pory. Z ludźmi jest zupełnie tak samo, dlatego istnieją osoby wolące przedmioty ścisłe i te, które lepiej czują się w przedmiotach artystycznych, czy humanistycznych.
  3. Treningi powinny być zabawą dla obu stron. Jeśli czujesz frustrację, zmęczenie albo znużenie, natychmiast przerwij ćwiczenia i wróć do nich z czystym umysłem. To samo dotyczy też czworonoga. Jeśli pupil jest zmęczony, znudzony, czy szybko się dekoncentruje, przerwij ćwiczenia i zajmij go zabawą albo daj czas na odpoczynek.
  4. Zawsze trenuj z psem metodami pozytywnymi. Nie karz psa za nieudane próby, nagradzaj i chwal go za udane, a nauka będzie przyjemna dla Was obu. Trening ma zbliżać i wzmacniać więź, nie budować w zwierzaku presję, poczucie niepewności, czy nawet lęk.
  5. Stopniuj trudność. Najpierw naucz psa prostszych komend, takich jak: "siad", "waruj", "łapa", "głos", zanim przejdziesz z nim do tych bardziej skomplikowanych.
  6. Systematyczność. Regularne treningi psiego mózgu sprawiają, że staje się on bardziej elastyczny i podatny na wiedzę. Im więcej informacji przyswoi psia głowa, tym szybciej będzie je przyswajać w przyszłości.
  7. Nie wierz w mity. Nie jest prawdą, że nie da się nauczyć starego psa nowych sztuczek. Psy uczą się przez całe życie. Faktem jest jednak, że przychodzi im to łatwiej kiedy są młodsze i mają więcej energii.
  8. Nie zrażaj się. Nie traktuj błędów jako porażki. Czasami nawet po opanowaniu sztuczki, pies zaczyna się gubić albo próbuje zmienić zasady. Wtedy należy cofnąć się o krok i spróbować ponownie. 
  9. Bez presji. Nie wymagaj od siebie, ani swojego psa zbyt wiele. Każdy może mieć gorszy dzień. Jeśli coś nie wychodzi dziś, może wyjdzie jutro, za tydzień albo nawet za dwa. Odpręż się i pamiętaj, że psu udzielają się Twoje emocje.
  10. Modyfikuj. Nie trzymaj się sztywno każdego kroku w treningu. Jeśli widzisz, że na Twojego psa działa coś innego, zmodyfikuj metodę. To Ty znasz swojego zwierzaka najlepiej i wiesz jakie podejście będzie dla niego odpowiednie. Zazwyczaj jako nagroda najlepiej sprawdza się jedzenie, ale są psy, które wolą krótką zabawę, czy pieszczoty. Ważne, żeby trening był pozytywnym doświadczeniem dla obu stron.
  11. Trening z dzwonkiem zacznij w lato. Na początku będziesz wychodzić z psem nawet co kilka minut, a wyjścia muszą być szybkie, więc trening najlepiej zacząć, kiedy pogoda nie zmusza do nakładania na siebie zbyt wielu ubrań. Ciepłe pory roku są do tego najlepsze. Klapki na nogi i na podwórko.
To teraz przejdźmy do konkretów.


Jeśli zdarza Ci się nie zauważać sygnałów wysyłanych przez Twojego psa lub jeśli Twój pies nie wysyła sygnałów, metoda dzwonka jest idealnym rozwiązaniem. Poświęcenie i cierpliwość podczas treningów na pewno się opłaci.

Przede wszystkim dzwonek powinien być łatwy do uruchomienia psią łapą. Najlepiej nadają się do tego dzwonki hotelowe.

Na początku nagradzamy psa za samo dotknięcie dzwonka, bez konieczności jego uruchomienia. Jest to niezwykle istotne, ponieważ zwierzę musi zrozumieć o co nam chodzi. Wymaganie od niego czegoś tak zaawansowanego (uruchomienie dzwonka wbrew pozorom jest dla psa trudne i nielogiczne) może doprowadzić do dezorientacji, szybkiego znudzenia, zniechęcenia i braku zainteresowania obiektem, a przecież chcemy przekonać psa, że dzwonek jest super i daje dobre rzeczy.

Jeśli Twój pies podaje łapę, właściwie jedną trzecią treningu masz już za sobą.


Należy umieścić dzwonek na swojej dłoni. Podczas podawania łapy, pies będzie musiał dotknąć dzwonka. Czasem uda mu się go uruchomić, czasem tylko dotknie łapą krawędzi, ale ważne jest, by każdy kontakt łapy z dzwonkiem został nagrodzony.


Kolejnym krokiem jest obniżanie ręki z dzwonkiem do momentu, aż znajdzie się ona całkowicie na ziemi. Postępujemy tak jak wcześniej, nagradzając psa za każde dotknięcie dzwonka. W ten sposób przyzwyczajamy psa do tego, że dzwonek będzie się znajdował na podłodze. Jeśli pies odmawia dotykania ręki położonej niżej, należy cofnąć się o krok i obniżać rękę bardzo powoli, tak by było to dla psa niezauważalne.

Jeśli pies opanuje dotykanie dzwonka - "podawanie łapy z dzwonkiem w dłoni", kiedy przedmiot jest bardzo nisko, należy położyć dzwonek na podłodze i zachęcić psa do jego dotknięcia. Większość psów na tym etapie wie już, że za dotknięcie dzwonka czeka ich nagroda. Jeśli pies jest zdezorientowany i odmawia dotykania dzwonka na podłodze, można trzymać rękę w bezpośrednim sąsiedztwie przedmiotu. Jeżeli zwierzę w dalszym ciągu nie jest w stanie zrozumieć czego od niego oczekujemy, należy się cofnąć do trzymania dzwonka na dłoni i wykonać więcej powtórzeń.

Istnieje również druga metoda, która angażuje do pracy psie łapy. Jeśli pies potrafi przewracać kubeczki lub dotykać przedmiotów na komendę, nauka jest jeszcze prostsza. Pod kubeczkiem umieszcza się smakołyk (najlepiej intensywnie pachnący, by zachęcić psa do działania) i prowokuje się zwierzę do przewrócenia kubeczka i wydobycia dobroci.


Jeśli pies przewraca kubeczki pyskiem, a nie łapami, nie ma w tym żadnego błędu. Są psy, które obsługują dzwonek nosem i nie używają do tego łap. Należy pozwolić zwierzęciu wybrać sposób, który będzie dla niego wygodniejszy. Liczy się osiągnięty cel - w tym przypadku dostanie się do smakołyka.

Jeśli pies opanował przewracanie kubeczków, należy zamienić kubeczek na dzwonek i nakryć przedmiotem przysmak. Pies, żeby dostać się do przysmaku będzie przesuwał, obracał lub nokautował dzwonek łapami. Każda metoda jest dobra i powinna być nagrodzona, nawet jeśli dzwonek wyląduje do góry nogami, dwa metry dalej. 

Jeśli pies wydobywa już przysmak spod dzwonka, można przejść dalej. W tym kroku należy udawać, że chowa się pod dzwonkiem przysmak. Kiedy pies dotyka dzwonka (szturcha go, przesuwa, uderza łapą) powinien zostać natychmiast nagrodzony. Z czasem nauczy się, że wystarczy samo dotknięcie dzwonka, żeby otrzymać nagrodę i nie trzeba go przewracać.

W przypadku nauki za pomocą podawania łapy, a nie kubeczków (metody można łączyć i zamieniać), jeśli dotarło się do momentu szturchania dzwonka na ziemi bez asysty ludzkiej ręki, również można przejść dalej.

Jeśli dzwonek spoczywa na ziemi i pies nie jest nim zainteresowany lub nie wie co należy z nim zrobić, pomimo wcześniejszych prób na kubeczkach, chowaniu przysmaku lub używania ręki, należy się dzwonkiem pobawić, przesuwając go po ziemi i prowokując psa do jego dotknięcia. Czasami wymagane jest lekkie przesunięcie dzwonka za każdym razem kiedy chce się, by pies go dotknął - tak było w przypadku Morfiny. Dzwonek mógł leżeć na ziemi i puchata wiedziała co ma z nim zrobić, ale dopóki sama nie przesunęłam go po podłodze, pies również go nie ruszył. Na wszystko znajdzie się rozwiązanie, należy jednak najpierw zrozumieć własnego psa i odkryć w czym tkwi problem. To może zająć dużo czasu, ale trzeba pamiętać, że nie tylko my uczymy czegoś psa, często to również pies uczy czegoś nas.


Po pewnym czasie pies powinien dotykać dzwonka samodzielnie, bez interwencji ręki. Jeśli pies reaguje na komendy słowne, można wprowadzić komendę na dotykanie dzwonka. Musi to być krótkie, najlepiej jedno- lub dwusylabowe słowo, jak "dzyń" albo "dzwoń". Dobra jest też do tego komenda "touch" (wym. "tacz"). Każde dotknięcie musi być nagradzane. Minie sporo czasu zanim będzie można korygować samo dotykanie i przesuwanie dzwonka do jego właściwego uruchomienia. Jeśli to możliwe, należy ćwiczyć z psem codziennie, robiąc krótkie przerwy. Przerwy powinny być uzależnione od samopoczucia i chęci współpracy zarówno psa, jak i człowieka.

Istotne jest, żeby na tym etapie chować dzwonek po treningu i nie pozwalać psu na zabawę nim. Dzwonek nie ma być zabawką, tylko przedmiotem pośredniczącym w misji zdobycia ciastek.

Jeśli pies dotyka dzwonka za każdym razem, kiedy przedmiot pojawia się na podłodze, można przejść do korekty.

Korekta polega na sprecyzowaniu polecenia i pojawia się dopiero teraz. 
Dlaczego nie wcześniej? 
Po pierwsze dlatego, że trudno jest wytłumaczyć psu o co dokładnie nam chodzi. Zwierzę może stracić zapał jeśli będziemy je nagradzać tylko za precyzyjne wykonanie polecenia (które jest skomplikowane i często niezrozumiałe). Nie chcemy psa zniechęcać już na starcie. 

Teraz, kiedy zwierzak wie już co robić, należy nagradzać go tylko jeśli z przedmiotu wydobędzie się *dzyń*. To nie musi być czyste *dzyń*. Łapa, czy nos nie muszą trafiać w sam środek dzwonka. Ważne jest, żeby z dzwonka wydobył się dźwięk, a w jaki sposób pies to osiągnie, to już jego własna fantazja. Psy potrafią być pod tym względem bardzo kreatywne i nieszablonowe i należy im na to pozwolić. Każde *dzyń* musi zostać nagrodzone, najlepiej dużo sowiciej niż poprzednie ćwiczenia. Poziom jest trudniejszy, więc również nagrody powinny być adekwatne.

W dalszym ciągu należy chować dzwonek po skończonym treningu.

Kiedy pies opanuje już uruchamianie dzwonka bezbłędnie, można przejść do zmiany nagrody. Lżejsza połowa treningu jest już za nami.

Czas na trudniejszą część.

Dzwonek ląduje na ziemi lecz zamiast za każdym jego uruchomieniem nagradzać psa ciastkami, głaskaniem, czy krótką zabawą, ubieramy psu smycz i wychodzimy na zewnątrz. Dzwonek zostaje na miejscu. Jest to pierwszy raz, kiedy nie chowamy przedmiotu. Na zewnątrz bawimy się z psem piłką, szarpakiem lub po prostu spacerujemy. Ważne, żeby dla psa wyjście było nagrodą i żeby czekały na niego jakieś atrakcje. Wyjście musi być krótkie, powinno trwać zaledwie kilka minut.

Jeśli po powrocie pies podejdzie do dzwonka i go uruchomi, powtarzamy czynność i ponownie wychodzimy na zewnątrz. Pozwalamy psu wyjść za potrzebą lub pogonić za patykami. Po kilku minutach wracamy. Jeśli pies ponownie podejdzie do dzwonka, należy powtórzyć proces od nowa aż do momentu, kiedy właściciela opuszczą siły i będzie zmuszony przerwać trening i schować dzwonek.

Ważne jest, by na tym etapie wychodzić z psem za każdym uruchomieniem dzwonka. Przestawianie z nagrody materialnej na wyjście liczy się tylko wtedy, kiedy pies otrzymuje "zapłatę" natychmiast i proces ubierania się właściciela nie trwa zbyt długo. Chodzi o wytworzenie skojarzenia:

dzwonek = wyjście

Właśnie dlatego całość musi być szybka. Jeśli człowiek będzie zbierał się zbyt długo, pies się rozkojarzy i nie wytworzy skojarzenia z dzwonkiem. Pomyśli, że spacer nie ma z obiektem nic wspólnego, a przecież nie o to nam chodzi. Wyjście musi być natychmiastowe.

Dzwonek ➠ buty na nogi ➠ smycz na szyję psa ➠ wyjście

Całość musi być płynna. Skojarzenie może wytworzyć się w głowie psa już po kilku powtórzeniach, ale równie dobrze może to zająć kilkadziesiąt lub nawet kilkaset krótkich spacerów. Na tym etapie nie należy rezygnować, ponieważ można zaprzepaścić całą dotychczasową pracę.

Jeśli pies nie podchodzi do dzwonka, mimo iż leży on na ziemi, należy poczekać aż zwierzę przypomni sobie o przedmiocie i go uruchomi, albo sprowokować je do naciśnięcia dzwonka i postępować jak wyżej.

Na tym etapie właściciel jest właściwie niewolnikiem psa. Wychodzi za każdym dzwonkiem. Nie może zlekceważyć żadnego sygnału. 

Etap ostatni i najtrudniejszy. Dzwonek na stałe.

Po raz pierwszy pozostawiamy dzwonek na podłodze (należy go chować tylko, jeśli w domu nie ma nikogo, kto mógłby zareagować na dźwięk dzwonka lub domownicy akurat śpią).

Jeśli dzwonek ślizga się po ziemi i chcemy tego uniknąć, można przykleić go do kawałka drewienka.

Pies będzie oczywiście wykorzystywał obecność dzwonka na stałe i prowokował wyjścia kiedy tylko będzie chciał. Przy pierwszych próbach naliczyłam u Morfiny ponad sto kilkuminutowych spacerów dziennie.
Chociaż będzie to bardzo trudne i męczące, pies w końcu odpuści. Należy to przetrzymać i uzbroić się w cierpliwość. Fałszywe alarmy będą się zdarzały często, kiedy pies będzie chciał pooglądać spadające liście albo pobiegać za piłką, ale właściciel musi za każdym razem wyjść ze zwierzakiem z domu.

Będziecie mieć dość. Będziecie mieć bardzo, bardzo dość, ale to wykorzystywanie dzwonka nie będzie trwało wiecznie. Z czasem psia łapa przestanie napastować przedmiot i zacznie go używać, kiedy faktycznie będzie tego wymagać sytuacja... albo kiedy na zewnątrz będzie coś bardzo, bardzo ciekawego, co po prostu musiało zostać zobaczone.

Morfina posługuje się dzwonkiem od jakichś dwóch lat, a i tak średnio raz w miesiącu wyciąga mnie na spacer w środku nocy, żeby pochodzić w deszczu bez powodu. Trzeba się na to przygotować.

W zamian za cały ten trud otrzymujemy bardzo czysty przekaz pod tytułem "Człowiek rusz się, bo za dwadzieścia sekund zawartość moich jelit i pęcherza znajdzie się na Twojej kanapie, czy dywanie".
Morfina od momentu skończenia sześciu miesięcy nigdy nie załatwiła się w domu, ale niejednokrotnie miałam problem z odczytaniem jej sygnałów i pies musiał wstrzymywać swoje potrzeby fizjologiczne nawet kilka godzin. Nie jest to nic przyjemnego.
Dzwonek przydaje się też kiedy w brzuchu psa trwa rewolucja, a nieświadomy człowiek nie zauważa niczego podejrzanego.

komfort mojego psa = mój komfort

Właśnie dlatego postanowiłam się trochę przemęczyć i uważam, że było warto. Brzmi to dużo gorzej niż jest w rzeczywistości.
A teraz wybaczcie *dzyń* *dzyń*... niewolnik jest potrzebny.

Krótki schemat dla powtórzenia na koniec.

Metoda "na łapę"

nauka "podaj łapę"
dzwonek na dłoni przy "podaj łapę"
obniżenie dłoni z dzwonkiem do ziemi
pozostawienie dzwonka na ziemi
prowokowanie psa zabawą lub komendą głosową do dotknięcia dzwonka
korekta i przestawienie na *dzyń*
niewolnictwo


Metoda "na kubeczek"

nauka odkrywania kubeczków
ukrycie przysmaku pod dzwonkiem
prowokowanie psa do dotknięcia dzwonka
korekta i przestawienie na *dzyń*
niewolnictwo 


wtorek, 18 lutego 2020

Karma ze szczura

Zazwyczaj zamawiam jedzenie dla zwierząt przez internet, ale w ostatnim czasie karmy dla gryzoni stosunkowo często zawierały w opakowaniach gratisy w postaci nieproszonych gości, takich jak wołki zbożowe, czy larwy moli spożywczych. Szczury co prawda są również owadożerne i bardzo chętnie posilają się na przykład mącznikami...



... (yummy), ale żywe owady pozostawiają na karmie odchody, które mogą stanowić czynnik chorobotwórczy. W tym wypadku nawet przemrożenie karmy w celu zabicia już dojrzałych osobników nie usunie w pełni problemu. Dodatkowe białko jest dobre, ale nie kiedy niesie za sobą potencjalne problemy zdrowotne. Postanowiłam zamówić więc tę samą karmę, ale stacjonarnie - w sklepie zoologicznym.

Umówionego dnia udałam się do zoologa, wracając ze spaceru z Morfiną, więc na drugim końcu smyczy miałam psa. Do tego sklepu wolno wprowadzać zwierzęta, ponieważ jest to jednak sklep z myślą o nich. Odstałam swoje w kolejce i dowiedziałam się, że moja karma niestety nie dojechała. Właściciel sklepu przepraszał mnie i obiecywał, że zamówienie pojawi się do końca tygodnia, więc odepchnęłam na bok rozczarowanie i stwierdziłam, że kilka dni na karmie zastępczej gryzoni nie zabije. Wybrałam jedną z firm, która nie była najlepsza, ale jako, że była dostępna w magazynie i skład był w porządku, uznałam ją za zjadliwą. W ramach przeprosin Morfina dostała też ciastko, więc nic się takiego nie stało.

W kolejce za mną stał starszy mężczyzna, trzymając w dłoni opakowanie kociej karmy i przyglądał się moim zakupom. Spojrzał na karmę, na Morfinę, znowu na karmę i zapytał:
- To teraz robią już żarcie dla psów z myszy? Dla kotów też takie są? Są o smaku kanarków?
Zdezorientowana spojrzałam na człowieka, myśląc że żartuje, ale jego twarz była zupełnie poważna. 
- Słucham? - spytałam, uprzedzając właściciela sklepu, który również utkwił zdziwione spojrzenie w kliencie.
- No, tam ma pani narysowane myszy. Dla kogo ta karma z myszy? Dla tego psa? - spytał mężczyzna i nagle mnie olśniło. 
- Nie, nie. Tam są narysowane szczurki, bo to karma dla szczurków, a nie ze szczurków - odpowiedziałam.
- Z trutką? - spytał mężczyzna - Sprzedajecie tu trutki? Na krety coś macie? Podwórko mnie rozkopują.
- Nie, nie - odparł sprzedawca - Ludzie normalnie trzymają szczurki jako zwierzątka. Tak jak myszy, chomiki, czy inne gryzonie. W domu, w klatce, o tam ma pan klatki - dodał właściciel sklepu, wskazując klientowi ścianę zapełnioną klatkami, w której osobiście nie miałabym serca umieścić żadnego gryzonia. Niestety pod tym względem sklepy zoologiczne wciąż cierpiały na brak podstawowych informacji.



- Aha - odparł mężczyzna - A to krety też trzymają?
- Wie pan, krety to nie wiem, ale pewnie tak. Jeże w każdym razie trzymają.
- Jeszcze trochę to żaby będą trzymać - machnął ręką mężczyzna.
- Żaby już trzymają - odparł sprzedawca.
- Krokodyle?
- Też.
- Ślimaki?
- Tak.

Wyliczanka trwała dalej, a ja podziękowałam i wyszłam ze sklepu z karmą w dłoni i Morfiną na smyczy.

Komuś się chyba tego dnia zawalił światopogląd i wszystko upadło jak domek z kart.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Historia Grzesia ośmiornicy

To jest Grześ.



Grześ jest gumową ośmiornicą o uśmiechu psychopaty i świdrujących duszę oczach.

Grześ jest również zgubiskiem, co oznacza, że stracił swojego poprzedniego właściciela w niewyjaśnionych okolicznościach i został odnaleziony przez detektywa Morfinę, który otacza opieką wszystko, co nie jest w stanie uciec ani krzyczeć o pomoc.

Pierwsze spotkanie Grzesia ośmiornicy z Morfiną śledziem było przeróbką słynnego "Veni, vidi, vici" (tłum. "Przybyłem, Zobaczyłem, Zwyciężyłem).

Wersja właściwa brzmi w tym przypadku: "Ujrzałem...


... zapragnąłem...



... posiadłem."



Jako, że dookoła nie kręcił się nikt, kto szukałby zabawki (a siedzieliśmy tam dobre czterdzieści minut), postanowiliśmy zabrać ośmiornicę do domu i tam napisać ogłoszenie.

Okazało się, że Grześ jest bardzo barwną postacią i kiedy mu ciepło (na przykład kiedy zostaje ochuchany za pomocą psiego pyska), dostaje żółtaczki.



Każdy ma w życiu jakieś marzenia. Grześ najwidoczniej pragnął być kameleonem i nie miałam prawa mu tego zabronić. Kim jestem, by mówić małej ośmiornicy jak ma żyć?

Jako, że ktoś mógł za Grzesiem tęsknić, wydrukowałam kilka ogłoszeń, które zostały rozwieszone w miejscu znalezienia kameleona o ośmiu mackach i dużej główce.



Grześ był dość charakterystyczną zabawką. Sądziłam więc, że właściciel nie będzie miał problemu z podaniem potrzebnych informacji.
Część zabawek ocalonych przez Morświna znalazło w ten sposób swoich ludzi, więc liczyłam, że i tym razem ktoś za Grzesiem tęsknił i zgłosi się po jego odbiór.

Telefon #1

- Dzień dobry, ja w sprawie zabawki.
- Tak, słucham.
- To ja słucham, gdzie ona jest?
- Najpierw proszę podać jakieś szczegóły, żebym wiedziała, że to na pewno właściciel, a nie ktoś, kto próbuje sobie zabawkę przywłaszczyć.
- Dzieci mi tutaj płaczą, a pani się zbiera na dyskusje?
- Wystarczy podać wielkość, co to jest i kolor.
- Ja nie mam czasu na takie pierdoły. Gdzie mogę się zgłosić po odbiór?
- Trzy cechy. To pani zajmie jakieś siedem sekund.
- Zobaczysz, pożałujesz, że tak ze mną pogrywasz.
- Ale ja chcę tylko opis zabawki, którą pani ponoć zgubiła.
- ...
- Halo?
- ...

Telefon #2

- Halo?
- Tak, słucham.
- Ja w sprawie misia.
- Jakiego misia?
- Z ogłoszenia, mój syn zgubił pluszowego misia.
- Niestety, nie znalazłam misia.
- Na ogłoszeniu pisze, że tak.
- Nie, na ogłoszeniu jest napisane wyraźnie, że zabawka jest gumowa.
- Ale my szukamy misia.
- Ale ja nie mam misia. Miś nie jest gumowy, prawda?
- Nie, no co pani? Pluszowy.
- No właśnie, a znaleziona przeze mnie zabawka jest gumowa i jest o tym mowa w ogłoszeniu.
- No, tak. To nie ma pani misia?
- Niestety nie, przykro mi.
- Mi też, wprowadza pani ludzi w błąd.
- W jaki sposób?
- Mówiąc, że ma pani misia.
- W ogłoszeniu nie ma słowa o misiu.
- Jest o zabawce, miś to zabawka.
- Ale nie jest gumowy.
- No raczej, że nie jest gumowy! Pani jest normalna? Kto by przytulał misia z gumy?
- ...

Telefon #14

- Dzień dobry, ja z ogłoszenia.
- Tak, słucham.
- No więc opisuję zabawkę.
- Dobrze, słucham.
- To jest taki jakby kotek na koniku i ten konik ma kółka, i taki krótki ogonek, i taką krótką, postawioną grzywę, i są w takich... jasnych, wesołych kolorach.
- Czy pan mi właśnie opisał zupełnie przypadkowy obrazek zabawki, który umieściłam na ogłoszeniu?
- Ale, że jak "przypadkowy"?
- To tylko obrazek, nie jest odzwierciedleniem znalezionej zabawki.
- To co sobie robisz jaja z ludzi?
- Mogę zadać pytanie? Po co panu przywłaszczona zabawka?
- ...
- Halo?

Telefon #1256 (tyle ich oczywiście nie było, ale miałam wrażenie, że dociera do miliona)

- Hej, zgubiłem swojego butta pluga (śmiech w tle)
- Aha?
- No z ogłoszenia. Masz go? Jestem z nim emocjonalnie związany.
- Ogłoszenie dotyczyło dziecięcej zabawki, a nie zabawki dla dorosłych.
- A, no to trzeba precyzować na przyszłość.
- Pozdrów kolegów, śmieszku.
- Ale jakbyś znalazła, to masz mój numer.
- Teraz się rozłączę.
- W moim tyłku go nie ma, a tam zazwyczaj był.

Zablokowanie numeru telefonu, ponieważ Grześ nie wyglądał na gotowego, by zostać czyjąś aplikacją do wylotu. Chyba nie był wystarczająco odważny.

Po kilku dniach zupełnie randomowych telefonów, w których część ludzi faktycznie szukała zabawki, ale niestety nie był to Grześ, a pozostała część dzwoniła, ponieważ uważała to za świetną zabawę, ośmiorniczka została zaadoptowana przez Morfinę.



Nie wiem czy Grześ jest z tego powodu szczęśliwy, ale śledź zdaje się być zadowolony z takiego obrotu sprawy.

niedziela, 16 lutego 2020

Ruda gotuje

Pozwólcie, że coś Wam pokażę.


Zastanawiacie się pewnie co to jest. 
Już odpowiadam.
Jest to zupa (autorka tej abstrakcji uważa, że serowa). Mało tego, jest to zupa ugotowana przez Rudą. Brzmi groźnie? Nie bez powodu.

Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego posta, w zamian za wyjście na spotkanie z Anonimką, wynegocjowałam przyrządzanie przez Rudą dwóch posiłków dziennie - śniadań i obiadów.
W swojej słodkiej naiwności nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, że piłowałam gałąź na której siedziałam. Okazało się bowiem, że Ruda nie przesadzała mówiąc, że nie potrafi gotować.

Kiedy wysłanniczka piekieł spytała co ma przygotować, odpowiedziałam że cokolwiek. Chciałam zostawić jej wolną rękę i pole do uruchomienia fantazji i kreatywności. Teraz wiem już, że powinnam bardziej sprecyzować moją odpowiedź i dodać do niej słowo "jadalne", odmienione przez przypadki.
Jeśli Szatan pyta jaką chcesz karę, nie odpowiadasz "jakąkolwiek".
Nigdy.

Rude zakasało rękawy i oświadczyło, że będzie zupa.
Bardzo fajnie. Zupę stosunkowo ciężko zepsuć i jest dość prosta w przygotowaniu, niezależnie od rodzaju.
Tak przynajmniej myślałam na początku. 
Przestałam, kiedy zauważyłam szarą mgłę, wydobywającą się z kuchni i wędrującą do pokoju stołowego. Zapach spalenizny uświadomił mi, że w bezpośrednim zagrożeniu znajdowała się nie tylko moja kuchnia, ale i moje życie.
- Ruda, coś się kopci - zauważyłam błyskotliwie, przecierając szczypiące od dymu oczy.
- Nic się nie kopci! - zaprzeczyła Ruda, uchylając okno i wachlując ścierką zmęczony piekarnik.
Coś się jednak kopciło i były to grzanki.


Dotarło do mnie, że mogę nie przeżyć posiłku przyrządzanego przez kogoś, kto jest w stanie przypalić pokrojony w kostkę chleb. Było jednak za późno, żeby się wycofać.
W garnkach wcale nie działo się lepiej.


Nie wiem co Wam to przypomina, ale mnie przypomniały się laboratoria z paliw i testy na benzynie. Ktoś na grupie wspomniał, że wygląda to jak "smutek i zniszczone marzenia". Wiedziałam już wtedy o czyj smutek i marzenia chodziło.
- Zdradzisz mi co to? - spytałam, przyglądając się wywarowi o konsystencji i kolorze bagna.
- Zupa - odparła rzeczowo Ruda.
- Ok, jaka?
- Serowa.
- A dałaś ser?
- Jeszcze nie.
- A co tu dałaś, że otrzymałaś taki żywy kolor pawia o poranku?
- Tajemnica szefa kuchni, a teraz wypie*dalaj, bo muszę się skupić.

Byłam niemal pewna, że to bardziej lekcja eliksirów niż gastronomii i że znajdę w tym nieszczęściu ogon jaszczurki, kocie pazury, czy jad żmii.
Napisałam do kogoś, kto zna się nieco na kuchni i nie ma problemu z przyrządzeniem czegoś, co chociaż trochę przypomina życie.



Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zastanawiałam się nad tą opcją. Biorąc jednak pod uwagę mój metalowy żołądek, oraz fakt, że Ruda również musiała zjeść swoje własne dzieło, oceniłam moje szanse na przeżycie dość wysoko.
Wtedy z kuchni padło pytanie:
- Czosnek to obiera się z tych skórek, nie?
... i nie byłam już taka pewna.

To, co finalnie trafiło na mój talerz trochę mnie zaskoczyło. Wyglądało to dużo lepiej, nie krzyczało i nie próbowało uciec z naczynia, więc prawdopodobnie było też jadalne.

Nie jestem kucharzem. Potrafię przyrządzić głównie jajecznicę i zupki instant, ale patrząc na to jak wyglądają czasem dania mojego psa...


... czy nawet moich szczurów...


... zaczęłam mieć wątpliwości.

Żeby być sprawiedliwą, danie Rudej może nie było najbardziej estetyczne, ale smakowało nawet nieźle. Było czuć ser i czosnek... i ser. Nowe grzanki nie przypominały kolorem węgla aktywnego i (co najważniejsze) nikt nie umarł od tego eksperymentu - minęło dobre dziewięć godzin, więc jeśli nasze układy pokarmowe do tej pory nie ogłosiły ewakuacji, to chyba śmiało można się radować.

Jutro naleśniki.
Jezusie, przejmij stery...

Ruda, Anonimka i rowerownia nr 7

Wszystko zaczęło się od pewnego ogłoszenia na tablicy korkowej na klatce schodowej.


(kliknij na zdjęcie, by je powiększyć)

Jeśli ktoś czyta bloga stosunkowo regularnie, doskonale wie kto stoi za tą notatką. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, ponieważ wszyscy Anonimkę znamy, ale tak się złożyło, że dzień wcześniej moja rodzicielka wraz z siostrą wyjechały na kilka dni, a ja przyjęłam na tymczas Rudą.
Przekroczenie progu mojego mieszkania przez wysłanniczkę Piekieł mogło być bezpośrednią przyczyną powstania tego ogłoszenia.
W każdym razie nigdzie się nie wybierałam.
Ruda twierdziła inaczej...

Położyłam się spać w okolicach godziny 15:30, ponieważ w przeciwieństwie do normalnych ludzi mam rozregulowany zegar biologiczny i kiedy tylko mogę przyjmuję taktykę "kładź się kiedy jesteś zmęczona, nie kiedy kładzie się większa część populacji".
Sytuację postanowił wykorzystać Late Night Devil - rude zło, o czym wiedzą ludzie, którzy byli w tym czasie obecni na grupie. Metr pięćdziesiąt czystej złośliwości otworzyło mój niewylogowany komputer i zrobiło ankietę na grupie, usiłując przekonać mnie w ten sposób do wzięcia udziału w spotkaniu w rowerowni. Kiedy się obudziłam "za" było już ponad siedemdziesiąt osób (zdrada w czystej postaci), a Ruda szykowała się na wyjście w łazience, w której zupełnie przypadkiem została przeze mnie zamknięta i uwięziona. Okazało się również, że mały gnom zdążył obiec wszystkie piętra i przekonać do spotkania część sąsiadów.
Chwilę później marchewa zadzwoniła do Damiana po wsparcie. Jako, że nie spodobało jej się ograniczenie przestrzeni, zaczęła rozmawiać z sąsiadami przez junkersa, tłumacząc im, że została uprowadzona i jest przetrzymywana wbrew swojej woli.
- Krycha my musimy tam iść! - jęczała Ruda, usiłując wyważyć zablokowane moim ciałem drzwi. Niestety różnica w masie była zbyt duża, by jej plan mógł się udać.
- Nie, nie musimy - odpowiedziałam, opierając się plecami o wrota łazienki.
- Krysia...
- Nie i przemyśl co zrobiłaś.
- Krysia jak mam Cię przekonać? Mamy tylko godzinę.
- Nie wiem, próbuj.
- Krycha no. To powiedz co chcesz w zamian, żeby tam iść.
- A jesteś gotowa na poświęcenia? - spytałam, mając w głowie pewien plan.
- To jest jedno wyjście, do tego tylko do Twojej piwnicy. Nie przeginaj!
- Do rowerowni.
- Ku*wa Krycha!
- A czas leci...
- Dobra... podaj swoją cenę - westchnęła Ruda.
- Dopóki tu mieszkasz gotujesz i przyrządzasz wszystkie posiłki.
- Poje*ało Cię?!
- No to sobie tam posiedzisz.
- Krycha są łagodniejsze sposoby na samobójstwo. Ty nie chcesz, żebym ja Ci gotowała.
- Chyba nie doceniasz mojego żołądka.
- Tylko obiady - zaczęła negocjacje Ruda.
- Obiady i śniadania, plus raz dziennie mopujesz podłogę. Kolację Ci odpuszczę.
- ...
- No więc?
- Tylko obiady.
- Nie.
- Plus mop.
- Nie.
- Krycha no!
- To jest moje ostatnie słowo. Za wtargnięcie na grupę powinnaś jeszcze płacić odsetki w postaci czesania psa.
- Jesteś ku*wa złem.
- Stoi? - spytałam, słysząc za drzwiami ciężkie westchnięcie.
- Dobra - warknęła Ruda.
- Ale zachowujesz się przyzwoicie do końca Twojego pobytu tutaj.
- Ja się zawsze zachowuję przyzwoicie.
- Ruda.
- Krycha.

Okiełznanie Rudej okazało się jednak trudniejszym zadaniem niż początkowo zakładałam. Można było ją zamknąć, ale nie dało się jej uciszyć. Jest to jeden z tych ludzi, których rzuca się wilkom na pożarcie, a oni wracają dowodząc watahą.

- Teraz Cię wypuszczę, a Ty będziesz się zachowywać jak człowiek i nic nie odwalisz - powiedziałam wstając i łapiąc za klamkę.
- Ku*wa Krycha otwieraj do ch*ja.
- Może być - rzekłam, otwierając drzwi i wypuszczając ognistą potworę na korytarz.
- Dobra, mamy mało czasu, a trzeba Cię jeszcze ubrać - rzekła Ruda, spoglądając na zegarek.
- Że co?
- No chyba nie pójdziesz tak ubrana - odparła Ruda.
- A co jest w tym złego? - spytałam przyglądając się swojej bluzie w pieski i dżinsom. 
- Krycha nie załamuj mnie ku*wa. Musisz wyglądać reprezentatywnie jak mamy iść razem.
- A kto Ci powiedział, że Ty też idziesz? To spotkanie dla mieszkańców.
- A ja kim ku*wa jestem?! Poza tym, ja za to płacę swoją krwawicą, więc ja ustalam zasady.
- Nie wydaje mi się.
- Idziemy tam jako para.
- Excuse me? Nie ma takiej opcji.
- Krycha - westchnęła Ruda, prowadząc mnie do pokoju - Ona twierdzi, że my tu wszyscy mamy jeden wielki otwarty związek, tak? Po co ją wyprowadzać z tego błędu? Czy nie będzie zabawniej jeśli pójdziemy tam, jakbyśmy dopiero wyszły z ga*bangu?
- Ruda...
- Krycha do ku*wy, zróbmy raz po mojemu. Chcesz tam iść i słuchać jak stęka, czy chcesz tam iść i pośmiać się jak jej pękają wszystkie żyłki?

W mojej głowie paliło się wiele czerwonych lampek, ale ostatnio jakoś często je ignorowałam. To nie mogło być zdrowe.

- Dobra - odparłam - ale lepiej, żebyś dobrze gotowała.
- Dobra, przeleć szybko szafę i pokaż mi co masz ponętnego w garderobie.
- Uderzasz do złej szafy.
- Musisz mieć coś seksi.
- Ruda, Ty się nie pomyliłaś czasami?
- Czekaj, ja tu zaraz coś znajdę - rzekła Ruda, przeciskając się do mojej szafy i robiąc w niej szybki przegląd.
- Czy to jest konieczne? - spytałam, zerkając Rudej przez ramię.
- Jak masz być moją dziewczyną, to musisz wyglądać jakbyśmy dopiero przestały i zaraz miały zacząć znowu.
- Nie przeginasz troszeczkę?
- Nie. O, to się nada - odparła Ruda, wyciągając z szafy bardzo rozdekoltowaną tunikę (mówiąc "bardzo", mam na myśli "BARDZO") i spodnie imitujące lateks.
- Czyś Ty postradała zmysły? Ruda, te rzeczy są na dnie szafy nie bez powodu. Ja w nich nie chodzę.
- A powinnaś, wbijaj się w to - zarządziła Ruda, stukając w zegarek - Jeszcze makijaż, a nie mam zamiaru się spóźnić.
- Ruda...
- Nie bądź nudna Krycha, bo Cię rzucę.
- Nie jesteśmy razem.
- Ranisz mnie.

Spojrzałam na te ubrania i zaczęłam się zastanawiać nad doborem swoich przyjaciół. Lepiej, żeby to małe zło miało przynajmniej pięć gwiazdek Michelin.

Pięć minut przed dwudziestą pierwszą zamykałam od zewnątrz drzwi swojego mieszkania.
- Masz zaje*iste cycki - usłyszałam z boku.
- Zamilcz.
- Epickość, nie wiem czemu ich bardziej nie eksponujesz.
- Bo mam odrobinę przyzwoitości?
- Nie pie*dol. Ja bym wiedziała jak nimi wybijać zęby i podbijać oczy.
- Ruda?
- No.
- Zamknij się.
- Ja Ciebie też - odparła Ruda, łapiąc mnie za rękę i kierując się w stronę schodów.

Na miejscu czekało już kilku sąsiadów.
- Prezesowej jeszcze nie ma? - spytała Ruda, zajmując wolne miejsce i przysuwając krzesło bliżej mnie.
- No nie, jakoś jeszcze nie - odpowiedział sąsiad.
Schodziło się coraz więcej mieszkańców, a Anonimki wciąż nie było.
Królowa dramy pojawiła się spóźniona piętnaście minut na własne spotkanie, ponieważ musiała uspać dzieci i zostawić je z mężem. Najwidoczniej szanownego męża to zadanie przerastało. Razem z princessą do rowerowni zawitał też starszy książę, który wcześniej pojawił się u moich drzwi w ramach rewizji komisji sąsiedzkiej.
- Nie ma już krzeseł? - zapytał sam siebie, rozglądając się dookoła.
- A proszę bardzo, tu ma pan miejsce - zaćwierkała Ruda, wstając ze swojego miejsca i siadając na moich kolanach. Objęłam dziewczynę w pasie i napawałam się kameleonem, jakim stała się twarz mężczyzny. Królowało głównie bordo, ale można było ujrzeć też przebłyski fioletu i różu.
- Dziękuję, postoję - odparł starszy sąsiad, patrząc na wolne krzesło jak na siedlisko zarazy - Może pani wrócić na miejsce.
- A, nie. Tu mi wygodnie - odparła Ruda.
Bardzo starałam się zatrzymać w sobie falę śmiechu, ale drżąca warga sąsiada mi to zadanie utrudniała.
- I właśnie dlatego musimy porozmawiać - zaczęła Anonimka - Tak nie może być. 
- Ale co nie może być? Tak dokładniej - spytałam.
- Ty się już nie odzywaj - rzuciła kobieta - do Ciebie jeszcze przejdziemy.
- Tylko szybko, bo nam tam chłopcy stygną - odpowiedziała Ruda, atakując uśmiechem bardzo zirytowaną twarz sąsiadki.
- A jak wystygną, to trzeba ich będzie na nowo rozgrzać - dodałam.
Zebrani w rowerowni sąsiedzi wyglądali na bardzo rozweselonych całą sytuacją.
Ani trochę rozweselona nie była jednak Anonimka, stojąca obok swojego rycerza.
- Może zacznijmy od tych cięższych spraw najpierw i ustalmy co należy zrobić z marginesem społecznym - rzekła autorka ogłoszenia.
- To będziesz nam teraz mówić o sobie? - spytał sąsiad, którego Ruda namówiła na udział w tym przedstawieniu.
- O Twoim wężu - odparła Anonimka, lecz widząc malujący się na twarzy Rudej rogal, dodała po chwili - Zwierzęciu. Wężu zwierzęciu. Takim pełzającym. To nie są zwierzęta do trzymania w bloku.
- A co ktoś ma do mojego węża?
- Wąż jest symbolem szatana! - rzucił starszy książę.
- Właśnie i może przez to dzieją się u niektórych takie bezeceństwa. Sodoma z Gomorą!
Ludzie zaczęli się śmiać i stukać palcami po czole, ale Ruda podniosła rękę i mimo, że organizatorka spotkania nie udzieliła jej głosu, dziewczyna spytała:
- Czytałaś Biblię?
- Oczywiście, że JA czytałam Biblię - odparła z oburzeniem Anonimka.
- To chyba niedokładnie. Jakbyś czytała dokładnie, to wiedziałabyś, że Biblia uważa za zachowania sodomiczne na przykład Fellatio i inne tak zwane perwersje. Chcesz mi wmówić, że nigdy nie praktykowałaś tego z mężem? Trochę mu w takim razie współczuję, bo omija go wiele.
- To nie jest niczyja sprawa co ja robię z mężem! - wrzasnęła Anonimka, usiłując zagłuszyć parskającą śmiechem widownię - Nikt mi nie będzie do łóżka zaglądał.
- Taka trochę hipokryzja - odpowiedziałam - Bo to właśnie Ty ludziom zaglądasz najwięcej do łóżek.
- Może zazdrosna - dodała Ruda - a my przecież zapraszaliśmy.
W tym momencie przyboczny rycerz wystartował w naszym kierunku, trzymając w dłoni łańcuszek z krzyżykiem, uwieszony na jego szyi.
- No bardzo ładny - odparła Ruda - ale całować nie będę, bo już dawno po kolędzie.
- Ja przepraszam - wtrącił sąsiad - a czy jeśli ja z moim wężem nic sprośnego nie robimy, to też jestem winny? Mam iść na kolanach do Częstochowy, czy do Lichenia wystarczy?
- Do tego całego bloku to powinien przyjść ksiądz na egzorcyzmy - rzekł starszy waleczny - Albo nawet biskup.
- Papież - potwierdził właściciel węża - tylko chyba może być trochę zajęty.
- Tu się szerzy zło - wymamrotał sąsiad i patrząc na nas jak na pluskwy, odmaszerował na swoje miejsce obok Anonimki.
- A Ty chciałaś przegapić ten cyrk - wyszeptała Ruda.
- Wracając do zwierząt, to jest ich za dużo i wszystko śmierdzi - powiedziała sąsiadka.
- A pieluchy Twoich dzieci, wystawiane na korytarz, to nie śmierdzą? - zapytał ktoś ze zgromadzonych - Cały korytarz tym wali, bo Tobie się nie chce wyjść do śmietnika.
- Nic nie śmierdzi i co Ty w ogóle porównujesz zwierzęta do ludzi! One syf robią jak obok drzwi przechodzą, kto to będzie sprzątał?
- Ale moje to raczej syfu pod Twoimi drzwiami nie robią, bo mieszkasz wyżej, więc mi trochę nie po drodze do wyjścia - odpowiedziałam.
- Szczury szerzą choróbska i epidemie! Tylko patrzeć jak coś się przypałęta. A dzieci to najszybciej złapią. One są tutaj najbardziej poszkodowane. Patrzą na taką patologię i margines i jak one mają być potem normalne?!
- Zawsze im można torby na głowę zakładać - zaproponowała Ruda - Żeby nie patrzyły.
- Albo się wyprowadzić - dodała sąsiadka z czwartego piętra.
- Jak to jest, że nikt się na nic nie skarży, tylko wiecznie Tobie źle? - zapytał właściciel szatana w wężowej powłoce - Nikomu nic nie przeszkadza tylko Tobie. Ty masz zawsze z czymś problem, albo szanowny sąsiad.
- Bo patologia się z patologią zawsze dogada! - odparła Anonimka.
- To już wiadomo czemu jest z rycerzem - rzekła Ruda.
- Mam rozumieć, że Wam naprawdę nic nie przeszkadza? Ani smród na klatce, ani to, że dzieci patrzą na to, co się dzieje u niektórych? Przecież Wy też macie dzieci.
- Czy Ty naprawdę kobieto nie masz co robić w życiu? - zapytał sąsiad - Jakie to trzeba mieć nudne życie.
- Pewnie, bo najlepiej tylko patrzeć na czubek własnego nosa i nie widzieć. To jest normalne według Was? - spytała Anonimka, wskazując palcem w naszą stronę.
- Ale co?
- To!
- Siedzą sobie dziewczyny i się tulą. Jak zazdrościsz to spytaj męża, może Cię czasem przytuli - odparł zirytowany sąsiad.
- Tu jest zimno - dodała Ruda - Przecież muszę się zagrzać, nie słonko?
- Pewnie słonko. Kto normalny wybiera rowerownię na miejsce spotkań? - spytałam - A, no tak...
- Te wieczorne libacje i jęki jakie się wydobywają też nikomu nie przeszkadzają, nie? - rzekła Anonimka.
- O przepraszam, to nie od nas - odparła Ruda - Wieczorem to nie u nas, u nas to jak już, to rano.
- To są prawdziwe jęki, czy takie wyimaginowane jak te szczekanie psa? - spytałam.
- Za moich czasów to takich się... - uruchomił się starszy pan.
- Co? Paliło na stosie? - przerwała mu Ruda - Proszę bardzo, proszę mnie spalić w płomieniach. Te starsze roczniki to zawsze mają jakieś dzikie fantazje. Lubię to w ludziach.
- Sekutnica!
- Ale proszę mnie nie podrywać, ja tu jestem z kochanką - uśmiechnęła się Ruda.
- Larwa jedna...
- Tak mi mów. Mogę być Twoją meszką.

Dyskusja z bardzo żywą gestykulacją trwała dalej, ale niestety nie prowadziła do żadnego rozwiązania. Słowne przepychanki kończyły się zawsze pomiędzy jednym brzegiem, a drugim i nikt nie docierał do lądu.
Propozycją Anonimki było usunięcie z bloku zwierząt wszelakich (wliczając w to Rudą) i przymusowa wyprowadzka wszystkich osób znajdujących się w lokalu zamieszkiwanym przeze mnie i cały ten Armagedon (włącznie z moją mamą i siostrą, które najwidoczniej też były zamieszane w biznes). Z naszej strony padła propozycja schylenia się lub wygięcia w mostek i próba cmoknięcia się w tyłek, oraz wyprowadzka roszczeniowej kobiety razem z całą rodziną. Kompromis nie mógł zostać osiągnięty.

W połowie dyskusji pod tytułem "porozumienie jest wtedy, kiedy wszyscy robią jak ja chcę" do rowerowni wpadł mąż Anonimki, który oświadczył, że dzieci płaczą i nie chcą spać. Na pytanie czy ojciec nie może raz zostać z dziećmi, mężczyzna wzruszył ramionami i stwierdził "to niech beczą" (przykładny ojciec), po czym wyszedł. Tuż za nim wyszła też Anonimka, oświadczając że to jeszcze nie koniec i nie daruje tego, że obudziliśmy jej pociechy tymi awanturami.

Pozostaje czekać na ogłoszenie z kolejnym terminem przełożonego spotkania, które do tej pory trwało dwie godziny i wszystkie poruszane tematy skończyły dokładnie w punkcie wyjścia.