Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 15 stycznia 2019

Pan Stasiu i jego Basia

Mam dalekiego sąsiada, którego widuję właściwie tylko w sklepie, albo na spacerze, ponieważ kiedy jest ciepło lubi przesiadywać całymi dniami na ławeczce. Mężczyzna jest już starszym człowiekiem i cierpi na demencję, sklerozę, lub inną przyczynę osłabionej pamięci, tak naprawdę nikt nie wie. Co wiadome jednak, to to że jest to człowiek o złotym sercu i poza momentami w których nie za wiele pamięta, lub musi się skupić by przypomnieć sobie że ma żonę, czy dzieci, jest bardzo uroczy i pomocny.
Pan Stasiu - bo tak ma na imię mężczyzna to gawędziarz i stojąc w sklepowej kolejce, czy przechadzając się po parku lubi wychwytywać znajome twarze i opowiadać im historie, które oni słyszeli już wiele razy, ale staruszek opowiada je, jakby robił to po raz pierwszy. Zazwyczaj zwyczajnie nie pamięta, że już to kiedyś mówił. Pana Stasia znają wszyscy w okolicy i jako, że to bardzo porządny i miły człowiek, nie zwracają uwagi na powtarzane opowiadania i reagują na nie, jakby były dla nich one nowością.
Pan Stasiu wychodzi z domu samotnie stosunkowo od niedawna. Niecałe cztery lata temu zmarła jego suka - Basia, która była Wilczarzem irlandzkim i jak na psa tej rasy żyła nadzwyczaj długo. Basia i pan Stasio byli nierozłączni i wszędzie chodzili razem. Często można było usłyszeć, jak mężczyzna rozmawiał z psem, kiedy siedzieli na ławce i mówił mu, żeby "Nie wygadał się przed panią, że dostaje kawałek kiełbaski, bo będzie dym".
Morfina zdołała poznać Basię i była to suka o tak pokojowym i spokojnym usposobieniu, że mam wrażenie iż istotnie przyczyniła się do tego jakim psem jest dzisiaj Morświn. Nie miała wrogów, nigdy nie szczekała, zawsze grzecznie i spokojnie witała się z psem każdych rozmiarów i każdego nastawienia. Uwielbiała dzieci, a dzieci uwielbiały ją. Tak właściwie, to kochała wszystkich ludzi.
Pan Stasio bardzo rozpaczał po stracie psa, ale w kolejnych latach zaczął zapominać, że go stracił, co rozdrapywało rany od nowa. Nie wyobrażam sobie co musiał przechodzić, codziennie dowiadując się, że jego przyjaciółka nie żyje. Czasem zapominał się nawet do tego stopnia, że wołał ją na spacerze, dopóki nie uświadomił sobie, że nie ma jej już przy nim od kilku lat. 
Kiedy staruszek zapominał się przy znajomej osobie, ta próbowała delikatnie przypomnieć mu, że pies nie żyje. Mężczyzna smutniał wtedy, ale po chwili wracał do normy, uświadamiając sobie, że wie o tym od dawna. Wielokrotnie podczas dłuższej konwersacji zapominał jednak ponownie, więc ludzie przestali mu o tym nagminnie przypominać, uznając że i tak za chwilę dojdzie do tego sam.
Były rzeczy o których pan Stasiu nie zapominał nigdy, na przykład że w 73' miał wypadek samochodowy, lub jaki jest jego adres zamieszkania. Pamiętał też zawsze, że miał psa imieniem Basia i że był to duży pies.
Staruszka spotkałam ostatnio na spacerze z Morfiną, kiedy mężczyzna wychodził ze spożywczaka. Ominięcie głaskania przez pana Stasia psów było niemożliwe, jako że "Z pieskiem też trzeba się przywitać, skoro się wita z człowiekiem", więc od razu skierowałyśmy się w jego stronę.
- Dzień dobry panie Stanisławie - rzekłam do staruszka, maszerującego dziarsko ze słoikiem ogórków w dłoni. Mężczyzna nigdy nie potrzebował laski, był w bardzo dobrej kondycji fizycznej.
- Oo witam Zuziu, witam - odpowiedział, schylając się do uradowanej Morfiny - I Fela, jak się masz -
Przez wiele lat próbowałam poprawiać człowieka i uświadamiać mu za każdym razem na nowo jak mam na imię ja i mój pies, ale dotarło do mnie że nie ma to większego sensu. Przyjęłam więc do wiadomości, że dla pana Stasia zawsze będę Zuzią, a Morfina - Felicją. Ani mnie, ani jej nie przeszkadzało to w żaden sposób.
- Zimno dzisiaj nie? - spytał staruszek, prostując się i akceptując przyklejoną do jego ręki Świnkę - Tak jak kiedyś. Kiedyś były takie zimy, co jak zacinało to się własnego nosa nie widziało -
- Oj tak, zimno jest, był pan ostatnio na koncercie? -
- Nie, ale żona była. Mnie tak rozebrało, że nie mogłem wyjść z łóżka. Już nie ten wiek żeby wychodzić bez czapki, mam za swoje - uśmiechnął się mężczyzna - Żona mi zawsze mówiła jak byłem młodszy, że jak nie będę nosić czapki, to mi ją kiedyś przyklei w nocy na taśmę, jak będę spał. I wie pani, że tak zrobiła? Obudziłem się już z czapką. Kochana kobieta, ale jak coś powie, że zrobi to zrobi -
Znałam tę historię, słyszałam ją już wiele razy, mimo to z uśmiechem i zaskoczeniem odpowiedziałam - Naprawdę? No to musi pan nosić, bo już pan wie, że nie żartuje -
- Szalik i rękawiczki też, chociaż ja tak nie lubię się grubo ubierać, w nocy to pies mnie grzeje. Basia to jak się tym futrem przytuli, to lepiej niż farelka działa, mówię pani -
Znowu zapomniał, więc uśmiechnęłam się tylko i zdecydowałam nie psuć mu dobrego humoru czymś, co i tak może mu wylecieć z głowy nim dotrze z ogórkami do domu.
- Ta Fela to też ma czym grzać. Futro takie gęste -
- Tak, ale nie lubi się nim dzielić, chyba że posypywać nim panele. W łóżku jej za ciepło, woli spać u siebie -
- Basia też ma legowisko, ale woli z ludźmi spać. Nie lubi być sama - odparł mężczyzna i zamilkł na chwilę, po czym dodał - Znaczy lubiła, bo odeszła na raka jakiś czas temu -
Zaskoczyło mnie, że przypomniał sobie tak szybko, ale uznałam to za dobry znak.
- Słyszała pani o tym? - 
- Tak - przyznałam - To było kilka lat temu -
Staruszek uśmiechnął się, pokiwał głową i rzekł:
- No widzi pani, ja czasem zapominam pewne rzeczy. Na przykład, że Basi już nie ma. To był dobry pies, bardzo dobry. Nie lubiła być sama, wolała być z ludźmi. Teraz pewnie jej tam trochę smutno tak samej w tym niebie, ale może się niedługo spotkamy - 
- Ale panie Stanisławie, pan ma przecież końskie zdrowie. Pan się nigdzie nie wybiera, Basia na pewno poczeka -
Zaskakujące jak nigdy nie wie się, co powiedzieć w takiej sytuacji.
- A wie pani, że ja to w sumie zadowolony jestem, że tak się czasem zapominam? -
- Ale dlaczego? -
- A bo mogę sobie chociaż przez chwilę myśleć, że Basia na mnie czeka w domku i że mi przyniesie kapcie jak przyjdę, albo że jeszcze nie jadłem deseru i zjeść go drugi raz, a żona mnie nie upomni, bo nie ma serca. Fajnie się tak czasem zapomnieć, człowiek się od razu robi młodszy -
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o pogodzie i o przewadze kiszonych ogórków nad konserwowymi i mężczyzna ruszył w stronę domu, by nakarmić psa. 
Ja natomiast ruszyłam w dalszą drogę z Felicją u boku. 


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Zielony niedźwiedź i nocne potrzeby Morfiny

Mam dziwny sen. Śni mi się, że zielony niedźwiedź wkłada mi twarz do miodu, żebym została królową pszczół. Nietypowa metoda, ale jako że słabo znam się na koronacji owadów, nie stawiam oporu.
Miód jest lepki, ciekły i... sapie. Otwieram oczy i leśna sceneria szybko zmienia się w mój pokój, a zielony niedźwiedź w Morfinę, która mizia mnie mokrym nosem po twarzy.
- Mufiiibszszszsz - przemawiam do psa w języku "nyny", który tłumaczy się na "Morfi, co robisz, przestań". Pies nie rozumie jednak mowy snu i smaruje mi językiem z zaskoczenia po gałce ocznej, tak że wywija się ona na lewą stronę i przez chwilę widzę od wewnątrz tył swojej czaszki. Ciemno tam i nieprzytulnie. Kiedy oko wraca już na swoją pozycję, wyciągam jeszcze śpiącą rękę o konsystencji żelowego misia i próbuję przejąć nad nią kontrolę. Ręka nie działa jak należy. Mayday, tracimy wysokość. Kończyna opada bezwładnie na ziemię, a pies przygląda mi się, jakby ponownie miał zamiar wysłać mój narząd wzroku w podróż do wnętrza mózgu.
- Neeee - udaje mi się z siebie wykrzesać, zasłaniając twarz poduszką. Niefortunnie ofiarą ataku zielonego niedźwiedzia pada odkryte ucho. Miś szuka w nim chyba tego miodu, co w nim byłam maczana, ale jedyne co uzyskuje to moje tymczasowe przebudzenie.
- Pies, co chcesz? - wydobywam z siebie w końcu jakąkolwiek składnię. Brawo ja.
Morfi patrzy na mnie beznamiętnie, jakby była zniesmaczona moim widokiem o 3:27, w moim własnym, prywatnym łóżku.
- Co? - powtarzam, licząc na odpowiedź - Siku? Masz dzwonek, dlaczego nie używasz dzwonka? Normalnie nie masz oporów i dzwonisz nawet jak Ci się nie chce - 
Morfina siedzi przy mnie, stateczna jak pomnik, przyglądając się z powagą mojej zdeformowanej twarzy.
- Nie tak się umawialiśmy... nie tak się... nie tak -
Czuję, że poduszka zmienia się w mech i ponownie ląduję w lesie. Zielony niedźwiedź już tam jest i ma ze sobą miód. Liczę, że znowu będę w nim kąpana, ale zamiast tego obrywam w facjatę całą miską. Kiedy otwieram oczy i dotykam twarzy, czuję na sobie łapę Morfiny.
- Ała - oświadczam, lecz mam świadomość, że mi się należało - No już wstaję, zobacz, wstaję - przemawiam, mimo, że nie jestem pewna czy będzie to takie proste. Podczas kiedy ja usiłuję zapanować nad moim wewnętrznym pilotem i przypomnieć sobie która noga jest lewa i czym w ogóle jest noga, mój pies siedzi dalej w tym samym miejscu, obserwując. Przysięgam, że gdyby potrafiła, zaczęłaby potrząsać z niedowierzaniem głową.
- Ja nie rozumiem. Morfi, masz dzwonek. Używaj dzwonka. Dlaczego nie używasz dzwonka? - właściwie nie wiem, dlaczego upieram się przy tym dzwonku, ale mózg podpowiada mi, że powinnam być na coś zła, a na psie potrzeby nie za bardzo mogę. Swoją frustrację przelewam więc na dzwonek, wkładając na lewą nogę skarpetkę, a na prawą kapeć. Obie są zakryte, więc wszystko się chyba zgadza.
Nic by się nie zmieniło, gdyby użyty został dzwonek i tak musiałabym opuścić łóżko, ale to wszystko wina dzwonka. 
- Założę się, że knuje przeciwko mnie. Na pewno ma coś wspólnego z tym zielonym niedźwiedziem, dlaczego on rzucił we mnie tym miodem? Nie można ufać zielonym niedźwiedziom, na pewno jest zielony bo kłamał, jak Pinokio. Czy Pinokio jak kłamał, robił się zielony? Chyba tak. Nie można ufać dzwonkom i zielonym niedźwiedziom, i jeszcze kapciom. Czemu mam jednego kapcia na nodze? Gdzie moja druga skarpetka? - zastanawiam się, walcząc przy płaszczu, kiedy zauważam, że pies nie stoi wcale przy drzwiach, lecz przy miskach.
- Jesteś głodna? Przecież Ty nigdy nie jesz w nocy. To przez niedźwiedzia? - plotę bez sensu, kiedy odkrywam, że miska z wodą jest pusta. To oznacza tylko jedno, nie ma w niej wody. Pies nie może pić, kiedy nie ma wody, woda jest potrzebna, żeby pies mógł się napić. Kiedy się kładłam, woda była, teraz wody nie ma, więc musiała zostać wypita. Przyklaskuję swojej zatrważającej dedukcji i zabieram miskę pod kran, gdzie uzupełniam zapas.
Pies robi kilka łyków, po czym wraca z westchnieniem na legowisko, zostawiając mnie w kuchni ze skarpetką na lewej nodze, kapciem na prawej, ubranym do połowy płaszczem i pilotem w ręku. Kiedy zabrałam ze sobą pilota? Nie mam pojęcia, to musiał być niedźwiedź. Wracam do łóżka, zadowolona, że mimo tak późnej, a jednocześnie wczesnej pory udało mi się rozwiązać tę zawiłą zagadkę.
- Dlatego nie dzwoniła - mówię do siebie, wracając do drzew i mchu - Dzwonek nie jest do uzupełniania wody, jest do wychodzenia na spacer -
Bardziej dumna z własnej logiki już być nie mogę, więc uśmiechając się wypatruję zielonego niedźwiedzia. Mam z nim do pogadania, za ten rzut w twarz, niech sobie nie myśli, że można tak we mnie rzucać miodem. Nie tak się traktuje królową pszczół.

niedziela, 13 stycznia 2019

Profesor jeżyk i jego prawdziwe oblicze

Kiedy byłam jeszcze na poprzednim kierunku studiów - matematyce stosowanej... nie pytajcie, każdy popełnia błędy... mieliśmy nauczyciela, który wykładał podstawy programowania.
To był człowiek o ciężkim charakterze. Właściwie nie dało się go lubić. Był arogancki, uwielbiał poniżać i pokazywać jak mało obchodzi go własna praca i jak bardzo jej nienawidzi. Najbardziej jednak nie znosił studentów. Miało się wrażenie, że przeszkadzali mu w robocie i byli tam specjalnie, żeby zrobić mu na złość. Gość miał zamiłowanie do przechadzania się po sali i prawienia filozofii niezwiązanych z tematem zajęć. Od czasu do czasu rzucał również przelotne:
"Nie każdy musi być inżynierem i trzy czwarte z Was nim nie zostanie, postaram się o to".
Bardzo motywujące.
Można było uznać go za osobę chcącą przepuścić tylko elitę, najlepszych z najlepszych, przeprowadzić naturalną selekcję i postawić poprzeczkę wysoko, by podnieść umiejętności zespołu, któremu uda się przebrnąć przez jego tortury i z podniesioną głową powiedzieć "Tak, zrobiłem to".
Można też było uznać go za dupka.
Obie opcje były dopuszczalne.
Profesor nie lubił nikogo i z wzajemnością. Różnica między nami, a nim (oprócz oczywistego doświadczenia) była taka, że my mimo nie najlepszych stosunków traktowaliśmy co z szacunkiem. Nie mogliśmy liczyć w tym aspekcie na rewanż.
Pamiętam dzień, w którym zyskał odrobinę sympatii, a wiele osób zmieniło o nim zdanie, mimo że dalej był tym samym wrednym, znęcającym się psychicznie sobą.
W stosunkach profesor-student nic nie uległo zmianie ani wtedy, ani później, ale kilka osób po tym dniu nienawidziło go troszkę mniej.
Nie mieliśmy tego dnia zajęć z programowania, jako że był to wtorek. Wtorki były dla nas świętem narodowym tylko dlatego, że nie musieliśmy patrzeć na jego stężałą bólem twarz i słuchać narzekania na studentów, którym sam kiedyś był, ale często o tym zapominał. Wielbiliśmy więc wtorki, wtorki były najlepsze.
Żałowaliśmy jedynie, że w ten konkretny, jedyny wtorek nie było nas na jego zajęciach.
Tego dnia bowiem wydarzyło się coś, co zmieniło podejście do tego człowieka wielu ludzi, uważających go za kompletnego socjopatę, którego bawił ból i nieszczęście innych.
Wykładowca przechadzał się po sali i zaglądał przez ramię pracujących przy komputerach studentów, by rzucać nieprzychylne uwagi na temat ich postępów, jak to miał w zwyczaju. Kiedy zadzwoniła komórka, studenci którzy nie zdążyli być jeszcze zrównani tego dnia z ziemią odetchnęli z ulgą. Mężczyzna nigdy nie pytał, czy może odebrać telefon, po prostu to robił, uważając to za swoje święte prawo i w nosie mając kulturę zachowania estetyki pracy.
Grupa studencka słyszała tylko jedną stronę połączenia - profesora, ale mimo to szybko pojęła temat rozmowy.
Wyglądała ona mniej więcej tak:
- Ale jak to włamanie, kto? -
- ... -
- Tak, rozumiem, zaraz tam będę, ale proszę mi powiedzieć gdzie są psy? -
- ... -
- Nie obchodzi mnie co zginęło, rozumie pani? Pytam gdzie są teraz zwierzęta. Nic im się nie stało? -
- ... -
- Znaczy są całe, tak? Nie są ranne, nic im nie jest? Było ich trzy. Dwa małe i jeden duży -
- ... -
- Co znaczy, że pani nie wie, to niech się pani dowie. Nie, nie obchodzi mnie stan domu, pytam czy psom nic się nie stało i proszę mi odpowiedzieć na to pytanie -
- ... -
- Proszę pani mam w dupie sprzęty i meble, co z psami? -
- ... -
- Są całe? Dzięki Bogu. Wystraszone? No zapewne, nie dziwię im się -
- ... -
- Tak, w domu są kamery i jak zobaczę, że ten sukinsyn choćby je dotknął to interwencja policji nie będzie potrzebna, rozumie pani? -
- ... -
- Co to znaczy zostawić to służbom... To mój dom proszę pani. Skradzionymi przedmiotami niech zajmą się gliniarze, ale całą resztą zajmę się ja -
- ... - 
- Jak mam się niby uspokoić? Ktoś włamał się do mojego domu! -
- ... -
- Tak, już jadę, muszę znaleźć zastępstwo. Będę za góra pół godziny, niech mają oko na psy i do nich nie podchodzą. Tylko je bardziej zestresują -
Połączenie zostało rozłączone, a profesor bez słowa wyjaśnienia opuścił salę i nie pojawił się w niej ponownie. Na zastępstwo przysłano doktorantkę z sąsiedniego wydziału i wszystkim taka opcja bardzo odpowiadała.
Wieść o nietypowej rozmowie szybko rozeszła się po Uczelni, jak to świeżutkie ploteczki mają w zwyczaju i mimo, że profesor nie podjął nigdy tego tematu i udawał, że nie wie iż rozmawia o tym cały budynek, zyskał kilka punktów od prozwierzęcej części grona studenckiego.
Dalej był dupkiem, ale dupkiem o dobrym serduszku.
Niewiele osób by się tego po nim spodziewało, ale okazało się, że oprócz twardej i odstraszającej obudowy pan "jestem taki ostry i nieugięty" w środku jest mięciutki i ma trzy, urocze pieski za które dałby się pokroić.
Od tej pory przezywaliśmy go jeżyk (Z zewnątrz kolczasty, w środku delikatny) i za każdym razem, kiedy z jego ust przypadkiem padało jakiekolwiek zdanie o zwierzętach, jedyną słuszną odpowiedzią było masowe "Aww", co bardzo działało mu na nerwy.
Karne kartkówki były tego warte.

sobota, 12 stycznia 2019

Zaspa z Malamuta

Zaspy śnieżne sięgające kolan, odgarnięte z chodników i ulic na pobocze. Z zasp wystaje głowa kilkumiesięcznego Malamuta. Reszta zwierza znajduje się pod śniegiem. Psi bałwanek wydaje się być w swoim naturalnym środowisku i widać, że pasuje mu taka sytuacja. Łebek szczeniora obraca się i obserwuje, majtając wywieszonym jęzorem.
Właściciel woła psiaka, jednak ten patrzy na niego z politowaniem i wyrazem pyska świadczącym o tym, że tu mu dobrze i raczej podziękuje.
- Aron, wyłaź stamtąd! - wypluwa płuca młody człowiek ze smyczą.
Aron patrzy na swego człowieka i próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie "Should I Stay or Should I go". Mózg podpowiada, że lepiej będzie opuścić wygodną zaspę, jednak nieposłuszne łapki ani myślą się ruszyć. Ewidentnie przymarzły do podłoża, nie ma innego wytłumaczenia.
Po czwartym Aronie, pies zaczyna szczekać i przywoływać człowieka do siebie. Może jeśli "panu" wejdzie na chwile do zaspy, zobaczy jakie to fajne i razem sobie posiedzą? Właściciel pozostaje jednak nieugięty i dalej nawołuje Malamuta, więc ten z pomrukami niezadowolenia wypełza ze śniegu. Wygląda to jak narodziny małej, śniegowej zaspy. Najpierw główka, potem przednie łapki, tylne i ogonek. Gratulacje, to chłopiec. Kiedy cała foka znajduje się już na zewnątrz, ogląda się za siebie i przytłoczona faktem opuszczenia takiej dobrej miejscówy opada na pychol. Pies zmierza do właściciela ruchem gąsienicowym, z napędem tylko na dwie tylne łapy, gdyż przednie wyłączone są z obiegu i ciągną się tylko za pługiem stworzonym z głowy. Część śniegu jest odgarniana, część zjadana, a szczenięca facjata szoruje noskiem po białym puchu, jak narkoman po kokainie.
Malamut okrężną drogą, ale jednak dociera do właściciela i obdarowuje go spojrzeniem, mówiącym "Zadowolony jesteś?". Psiak ląduje na smyczy, jednak odmawia marszu i kładzie się na śniegu. Napęd na dwie łapki przestał działać, brak paliwa. Szczeniak przewraca się na plecy i patrzy na właściciela wyzywająco. "Możesz mnie za sobą ciągnąć, albo nieść, ale ja się nigdzie nie wybieram".
Ostatecznie psie dziecko ląduje na rękach i z uśmiechem obgryza ucho swego pana, w drodze do domu.
Mały cwaniaczek.

piątek, 11 stycznia 2019

Biały jeleń

Historia z babcinego dziennika.

Pewnym królestwem rządził despotyczny i okrutny król. Tron został przez niego przejęty siłą i morderstwem, dokonanym na członkach królewskiej rodziny. Król był młodszym z dwóch książąt, a prawo przyznawało panowanie starszemu potomkowi. Pozbywając się brata, matki, oraz ojca w okrutny sposób, władca zyskał tron, potęgę o której marzył i strach poddanych, którzy nie śmieli mu się przeciwstawić.

Król słynął na swych ziemiach z zamiłowań do brutalnego traktowania wszelkich stworzeń, w tym również ludzi. Większość zamkowych komnat stanowiły sale tortur dla jeńców wojennych, oraz poddanych którzy odważyli się podważyć słuszność rządów władcy, lub źle o nim wypowiadać.
Królestwem rządził strach, a w obawie o własne życie ludzie wielbili władcę, wbrew własnym przekonaniom.
Królowi wkrótce po objęciu rządów narodziło się dwóch synów. Bliźnięta były do siebie bardzo podobne i tylko ich matka potrafiła je odróżnić.
Jeden z nich dostał na imię Izbor, a drugi Zamir.
Wieść o narodzinach książąt ściągnęła na zamek zarówno pospólstwo, plebs i patrycjat, jak również przybyszy z sąsiednich królestw. Wszyscy chcieli ofiarować coś nowym członkom królewskiej rodziny i przypodobać się w ten sposób okrutnemu władcy. Ludność świętowała i obsypywała noworodki podarkami. Nie kierowało nimi jednak szczęście, lecz strach przed gniewem króla. Ci, którzy mimo największych chęci nie byli w stanie nic ofiarować, lub ich podarunki nie spodobały się panującemu, kończyli na chłoście i w podziemnych komnatach. Królowa nie miała prawa głosu. Odcięto jej język, kiedy młoda dziewczyna została ofiarowana królowi i pojęta za żonę. Według króla kobiety nie powinny przemawiać, postanowił więc upewnić się, że królowa nigdy nie zdradzi żadnego sekretu, ani nie rozpocznie buntu. Kobieta była szczęśliwa, że narodziło się dwóch chłopców, bała się, że dziewczynki mogłyby podzielić jej los.
Kiedy na zamku trwało świętowanie, przez królewską bramę przeszła starsza kobieta, wspierana o lasce i odziana w łachmany. Staruszka miała na ramieniu łasicę, która rozglądała się badawczo po okolicy i węszyła małym noskiem. Biedaczka wspięła się po schodach, przytrzymując ubranie i dwa zawiniątka, które niosła przy piersi. Kiedy weszła do komnat, obecni tam mieszkańcy rozstępowali się, by przepuścić kobietę przed królewskie oblicze. Mieszkańcy znali staruszkę. Była okoliczną zielarką i zajmowała się w głównej mierze lecznictwem zwierząt i osób potrzebujących. W bogatszych warstwach społecznych uchodziła za szarlatankę i wiedźmę, jednak nigdy nie zdołano udowodnić jej domniemanych czarów. Nikt nie wiedział gdzie dokładnie mieszka kobieta, ani skąd pochodzi, lecz pojawiała się zawsze kiedy była potrzebna. Wszelkie próby śledzenia jej kończyły się fiaskiem.
Staruszka zbliżyła się do tronu i skinęła głową.
- Proszę wybaczyć Wasza Wysokość, jednak ze względu na mój podeszły wiek nie mogę uklęknąć, by oddać należny hołd królewskiej rodzinie. Przyjmij jednak wyrazy mojego uznania i skromne podarki jakie przyniosłam dla Twych synów -
Król podejrzliwie spoglądał na zielarkę. Nigdy nie widział kobiety, choć wiele o niej słyszał. Mimo, że jej nie ufał pozwolił zbliżyć się staruszce do kołyski, gotowy wezwać straż, gdyby nie spodobały mu się działania kobiety.
- Nie będę żywił urazy o ten brak szacunku, jeśli Twoje podarki okażą się wartościowe - odpowiedział, przyglądając się bacznie staruszce wyciągającej spod ubrań zawinięte w szmaty szczenięta.
- Mój prezent nie ma wartości materialnej, lecz zapewniam że jest wartościowy. Nie mam bogactw, którymi mogłabym obsypać te dzieci, lecz tego w życiu im nie zabraknie. Chcę podarować im cenniejszy dar. Miłość, której mogą nie doświadczyć i opiekę, której nigdy nie mogą mieć zbyt wiele - rzekła zielarka, kładąc dwa, identyczne pieski w kołysce. Dzieci odruchowo wtuliły się w miękką sierść i przytuliły główki do szczeniąt.
- Dajesz moim synom psy? - uniósł się król, gotów zesłać staruszkę do podziemnych komnat.
- To nie są zwykłe psy Wasza Miłość. To szczenięta narodzone z najlepszej suki w królestwie. Spełnią każde oczekiwania, przejdą najcięższe próby. Przede wszystkim jednak będą strzegły Twych dzieci. Ich byt jest przecież najważniejszy -
Król zasiadł ponownie na tronie, przyjrzał się kołysce i śpiącym w niej stworzeniom i odrzekł:
- W porządku. Twój podarek, mimo że bardzo skromny zostaje przyjęty. Psy, kiedy podrosną nadadzą się do polowań z moimi synami, może nawet uda się je wyszkolić do zabijania wrogów -
- Bardzo się cieszę, Wasza Miłość. Gratuluję Ci synów - odparła staruszka, a jej łasica przeskoczyła na drugie ramię i patrząc królowej w oczy otwierała pyszczek, jakby szeptała "I Tobie również silna matko. Tobie przede wszystkim".
Po trzech dniach ludzie opuścili zamek, a uroczystości zakończyły się. Wszystko wróciło do normy. Książęta rosły w siłę, a razem z nimi rosły też i psy.
Chłopców dalej łączyło niezwykłe podobieństwo, któremu nie dawała się zwieść jedynie matka. Psy odróżniali jedynie ich właściciele. Zarówno ludzcy, jak i zwierzęcy bracia byli nierozłączni. Najlepsi rzemieślnicy wykonali dla królewskich zwierząt obroże ze skóry, z wypalonymi na niej imionami: Audax i Fortis. W ten sposób łatwiej było obcym ludziom rozróżnić który pies należy do którego księcia.
Audax był opiekunem Izbora, a Fortis Zamira.
Psy wielokrotnie ratowały dzieci z opresji. Wyciągały je, kiedy wpadały do zamarzniętej rzeki, czy zbliżały się niebezpiecznie do płomieni. Zwierzęta obserwowały pierwsze kroki właścicieli i słyszały ich pierwsze słowa.
Kiedy książęta dorosły, król wysłał swych synów na polowanie.
- Jako, że nie mam pojęcia, który z Was przyszedł na świat pierwszy, będziecie walczyć o władzę. Ten, który wróci z większą zdobyczą, będzie mógł ściąć brata i przejąć tron, kiedy ja będę już zbyt stary żeby panować -
Zarówno królowa, jak i jej synowie próbowali przeciwstawić się woli ojca. Przekonać, że drugi z książąt może żyć, kiedy pierwszy zasiądzie na tronie. Król jednak nie znosił sprzeciwu i zagroził mordem całej trójki, jeśli nie podporządkują się rozkazowi.
Bliźnięta nie miały wyboru, chcąc ratować siebie nawzajem, oraz matkę, wyruszyły konno do lasu, zabierając ze sobą psy. Królowa oczekiwała na zamku, zalewając się łzami i żywiła nadzieję, że synowie wymyślą jakiś sposób i nie ulegną tradycji okrutnego ojca.
Królewscy potomkowie długo nie wracali i kiedy król zamierzał już wysłać za nimi pościg, na dziedzińcu rozległo się ujadanie psów i rżenie koni.
Książęta zsiadły z koni i zrzuciły z ich grzbietu pokaźnego, białego jelenia.
Król obszedł zwierzę dookoła i przemówił zadowolony:
- Dobrze więc. Który z Was upolował to olbrzymie zwierzę, a który wrócił z niczym? -
Bracia spojrzeli po sobie i i odpowiedzieli jednocześnie:
- To był Izbor -
- To był Zamir -
Władca nie słynął z cierpliwości, toteż zabawy jego dzieci nie podobały mu się ani trochę.
- Jeśli nie powiecie prawdy, ukażę Was obu - rzekł.
- Nie możemy określić kto dokładnie zabił jelenia. Zarówno ja jak i Izbor wypuściliśmy strzałę w tym samym czasie - odparł Zamir.
- Oba groty przebiły serce - dodał Izbor, wskazując na dwie strzały, sterczące u lewego boku zwierzęcia - Co więcej, oba psy wytropiły jelenia i zapędziły go do doliny, odcinając mu drogę ucieczki -
Kierowany gniewem król nie przyjmował takiego rozwiązania. Czuł się oszukany i wiedział, że synowie celowo rozprawili się z zadaniem w ten sposób. Postanowił więc ich ukarać.
- Wasz brak szacunku do woli ojca nie będzie tolerowany - odparł - Weźmiecie swoje psy, wyprowadzicie je w las i zabijecie. Nie chcę mieć krwi na dziedzińcu, to przyciąga robactwo. Sami zdecydujecie jak to zrobicie i czy każdy z Was zabije własnego psa, czy psa swojego brata. Skoro jesteście tak nierozłączni, razem podejmiecie tę decyzję. Macie przywieść mi ich głowy, jako dowód że i tym razem nie uniknęliście zadania. Kiedy wrócicie, wymyślę jak rozwiązać problem przejęcia tronu -
Chłopcy byli zrozpaczeni, wiedzieli jednak, że jeśli spróbują dyskutować z ojcem, pozbawi on życia wszystkich. Otarli więc łzy i ruszyli konno do lasu, zabierając ze sobą nieświadome niczego zwierzęta. Kiedy dotarli do polany, zsiedli z koni, przytulili psy, żegnając je po raz ostatni i wyciągnęli miecze, powstrzymując łzy i przemożną chęć wbicia ostrzy we własne serca. Książęta żadnego innego stworzenia nie kochały w życiu tak mocno. Ufne psy patrzyły właścicielom prosto w oczy. Bez strachu, pokładając wiarę w dzieciach, które nigdy ich wcześniej nie skrzywdziły.
Zanim ostrza przecięły szyje zwierząt, na polanie pojawiła się łasica. Przyglądała się rzezi i węszyła zapach świeżej krwi, która barwiła trawę i spływała po rękach chłopców. 
Ktoś stracił tej nocy życie, by ocaleć mógł ktoś.
Królowa czekała na dziedzińcu, mimo że mroźny wiatr przeszywał ją do kości. Czekała na swoich synów, gotowa pocieszyć ich po stracie swoich najwierniejszych przyjaciół. Wiedziała jak trudna musiała być dla bliźniąt ta wyprawa i jak wiele ich kosztowała. Nie chciała krzywdy swoich dzieci i gdyby mogła, zrobiłaby wszystko by przejąć ich karę i okrutne zadania.
Żadna matka nie może spokojnie patrzeć na cierpienie jej dzieci.
Noc postępowała, a książęta nie wracały. Królowa z coraz większa trwogą wypatrywała chłopców w całkowitej ciemności. Nasłuchiwała rżenia koni i przyglądała się drzewom zanurzonym w mroku.
Z czerni nocy wysuwały się powoli znajome kształty. Grzywy, kopyta i masywne ciała. Konie bez jeźdźców zmierzały do zamku. Kiedy królowa ujrzała samotne zwierzęta wpadła w rozpacz i rozkazała skinieniem ręki otworzyć bramę, by mogła wybiec im naprzeciw. Kobieta potykała się o kamienie i nierówną drogę, lecz biegła co sił przed siebie, łudząc się, że zawodzi ją wzrok i dzieci nie było widać na grzbietach koni z daleka. Kiedy dotarła do zwierząt, książąt na nich nie ujrzała. Dwa psy, idące tuż za końmi przywitały ją merdaniem i wesołym poszczekiwaniem. Pyski zwierząt zbroczone były krwią. Królowa pragnęła krzyczeć, lecz nie mogła. Klątwa jej męża prześladowała ją nawet w takiej sytuacji. Brak języka mógł przyczynić się do zguby jej dzieci, jeśli jeszcze żyły gdzieś w tym lesie. Kobieta dosiadła jednego z koni i pognała na zamek, gdzie najlepiej jak potrafiła wyjaśniła gestami co się wydarzyło. Nie było czasu na spisywanie słów, należało zwołać straże i ruszyć w pościg. Na dziedzińcu, przyciągnięty zamieszaniem pojawił się król. Kiedy dowiedział się, że jego synowie nie wrócili i do zamku przybyły same zwierzęta wpadł w szał. Rozkazał zabić zarówno konie, jak i psy, a żonie wrócić do zamku. Ta jednak nie posłuchała. Zawróciła konia i ruszyła galopem do lasu, zostawiając za sobą rozjuszonego męża i strażników, którzy mogli słuchać tylko rozkazów króla. Jedyną pomocą, na którą mogła liczyć były dwa, poplamione krwią psy jej dzieci. Audax i Fortis biegły za koniem i nie opuszczały jeźdźca na krok.
Psy zaprowadziły królową na polanę. Mimo potoku krwi, na miejscu nie było ciał. Kobieta odnalazła jedynie ubrania bliźniąt i ich miecze. Opadła na kolana i załkała. Zaniepokojone psy skakały wokół niej i ocierały się o ubrania, jakby chciały jej coś powiedzieć. Matka była jednak zbyt zrozpaczona, by zrozumieć co pragnęły przekazać zwierzęta. Ich oczy były dla niej dziwne i nienaturalne, jakby jaśniejsze i pełne zrozumienia. Mogłaby przysiąc, że zna dobrze to spojrzenie, chociaż zbliżała się do psów rzadko. Audax i Fortis wpychali nosy w ręce kobiety i przynosili jej ubrania dzieci, popiskując przy tym. Psy nie ruszały się z miejsca, nie tropiły dalej. Ślady chłopców urywały się tutaj. Musiało dopaść ich jakieś zwierzę. To tłumaczyłoby krew, jednak nie ubranie, które nie było nawet poszarpane. Żadne zwierzę nie pożera swojej ofiary, pozbywając się wcześniej ubrań.
Działo się tu coś, czego kobieta nie potrafiła zrozumieć, mimo że bardzo chciała.
Królowa spojrzała na pyski zwierząt i pojęła. Świadomość tego, co się stało uderzyła ją, niemal powalając na ziemię.
W oddali słychać było rżące konie. Pościg, z królem na czele był już w lesie. Musiała to jakoś wytłumaczyć mężowi i nie pozwolić mu wpaść w gniew. Kiedy król pojawił się na miejscu i zsiadł z konia, królowa wiedziała już że jej nie wysłucha. Biła od niego złość, tak potężna, że kobieta cofnęła się przed mężem, zasłaniając twarz i usiłując ruchem ust wypowiedzieć słowa, które nie mogły opuścić jej gardła. Władca dobył miecza i zamierzył się na kobietę, lecz nim zdołał zadać cios, oba psy rzuciły się na rosłego mężczyznę, przygniatając go do poplamionej krwią trawy. Gwardia królewska pospieszyła królowi z pomocą i udało im się odciągnąć ujadające i gryzące zwierzęta.
- Przytrzymajcie je - rozkazał monarcha, podnosząc się z ziemi - I ją też - dodał, wskazując na królową.
Psy wiły się i rzucały, chcąc się oswobodzić, jednak ucieczka nie była możliwa. Król spojrzał w oczy zwierząt i kiedy nie ujrzał w nich niczego, pozbawił psy głów dwoma, szybkimi uderzeniami miecza. Krew ponownie popłynęła polaną, mieszając się ze łzami królowej, której usta składały wyrazy, niesłyszalne dla nikogo.
Mężczyzna uśmiechnął się, podniósł łeb jednego z martwych stworzeń i  przyjrzał się mętniejącym oczom. Z odciętej szyi zsunęła się skórzana obroża, lecz kiedy król odrzucił na bok psi łeb i schylił się po obrożę, po raz pierwszy w życiu poczuł strach. Nie znał tego uczucia, było mu ono obce jak miłość i ciężkie do zniesienia. Władca obrócił w rękach przedmiot i spojrzał na wypalone na nim imię. "Izbor". Król uznając to za żart, lub podłą sztuczkę wziął do ręki głowę drugiego psa i przyjrzał się zawieszonej na szyi obroży. "Zamir" głosił napis i kiedy mężczyzna spojrzał na swoją żonę zrozumiał. Głowa psa opadła na ziemię i potoczyła się, zbliżając do drugiej.
Królowa wiedziała. Zrozumiała to wcześniej, jednak nie mogła przekazać tego słowami. "To nasi synowie" mówiło jej zaszklone spojrzenie "Zamordowałeś nasze dzieci". Na polanie zapadła cisza tak przemożna, że raniła uszy zebranych ludzi. Słychać było tylko szybkie wciąganie powietrza małej łasicy, która zwabiona zapachem krwi siedziała przy starym, powalonym drzewie i węszyła. Kiedy oczy zwierzęcia spotkały się z oczami króla zerwał się wiatr tak silny, że strażnicy, by nie upaść musieli przylgnąć do ziemi. Królowa zasłoniła rękami twarz i wsłuchiwała się w rżenie uciekających koni, które przepłoszyła wichura.
Trwało to dłuższą chwilę, a kiedy przyroda uspokoiła się i wszystko wokół zamilkło kobieta podniosła głowę i ujrzała przed sobą pięknego, białego jelenia. Wyglądał tak samo, jak ten upolowany wcześniej przez jej synów, miał nawet na sobie ślady po strzałach, a stróżki krwi płynęły z jego rany. "To niemożliwe" tłumaczyła sobie, "Ten jeleń był martwy, widziałam go przecież na dziedzińcu". Zwierzę rozglądało się niepewnie dookoła i kiedy spojrzało na leżącą na ziemi kobietę, królowa wiedziała już wszystko. "To stało się ponownie". Leżące na ziemi szaty i korona utwierdziły ją w przekonaniu, że na środku polany stał król. Królowa nie wiedziała jak to możliwe i dlaczego poprzednim razem spotkało to jej synów, ale była tego pewna. Strażników nie było na miejscu, musieli uciec, lub pobiec za spłoszonymi końmi. Władczyni miała pełną świadomość, że musi ukryć męża. W takim stanie nie mógł pokazać się na zamku, zabito by go. Niewiele myśląc, królowa oderwała kawałek szaty ze swojego rękawa i owinęła nim ranę zwierzęcia.
"Cóżeś uczynił?" mówiły poruszające się usta "Cóżeś Ty uczynił".
Na zamku ogłoszono żałobę po królu i dwójce książąt. Poszukiwania królowej trwały dalej i lud wierzył, że ich władczyni się odnajdzie i powróci, by rządzić królestwem i odmienić los ludzi.
Królowa ukrywała się jednak w lesie, pilnując by biały jeleń nie znalazł się w zasięgu oczu myśliwych i poszukującej jej straży. Matka własnymi rękami pochowała synów zamienionych w psy na polanie, w miejscu ich śmierci. Kiedy kolejnej nocy zasypiała, marznąc z zimna, wtulona w korę drzewa, poczuła ruch tuż obok siebie. Kiedy się obejrzała, ujrzała jelenia, osłaniającego ją od wiatru i ogrzewającego ją własnym ciałem. Dla kobiety był to pierwszy w życiu przejaw troski jej męża i nie była pewna, czy król zrobił to dobrowolnie, czy pokierował nim jakiś instynkt, którego nigdy dotąd nie przejawiał. Między drzewami królowa dostrzegła łasicę, przekrzywiającą głowę i przyglądającą jej się. To było to samo stworzenie, jakie kilka dni temu widziała na polanie. Wiedziała do kogo należy zwierzę i liczyła że zaprowadzi ją ono do właścicielki. Tylko zielarka mogła naprawić to co się stało, może nawet miała z tym coś wspólnego. Posądzano ją przecież o czary, a to co wydarzyło się w ostatnich dniach nie było niczym naturalnym. Przemarznięta kobieta szła za łasicą i po pewnym czasie ujrzała we mgle zgarbioną postać. Zwierzątko wskoczyło na staruszkę i przytuliło się do jej karku.
"Błagam" wykrzyczała królowa, lecz z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk "Niech to się skończy. Wiem, że masz z tym coś wspólnego, ale nie dbam o to. Proszę, zrobię wszystko, żeby odzyskać synów".
- Wszystko? - ożywiła się staruszka - Uważaj Wasza Miłość na co się godzisz. Krew można spłacić tylko krwią. Żeby kogoś wskrzesić, ktoś inny musi umrzeć -
"To znaczy, że możesz to zrobić?" poruszała ustami królowa "Możesz wrócić im życie?"
- Tak, ale tylko dlatego, że tak naprawdę nie umarli. Ich życia są zawieszone, jednak by ich przywrócić potrzebna jest śmierć. Krwi z krwi. To może być tylko rodzina -
"Zgadzam się, weź mnie. Zabij mnie, jeśli tego potrzebujesz, tylko przywróć moich synów do życia. Proszę, oddaj moim dzieciom życie"
- To szlachetne z Twojej strony, ale żądasz ode mnie dwóch żyć, a ofiarujesz jedno -
"Mój mąż. Ten biały jeleń, w którego go zmieniłaś. Zabierz i jego"
- Mylisz mnie z kimś Wasza Miłość, ja niczego nie zrobiłam. Ja tylko chcę Ci pomóc naprawić to, co stało się przez okrucieństwo Twego męża. Nie mogę go zabrać wbrew jego woli. Musi ofiarować swoje życie dobrowolnie -
"Nie zrobi tego. On nigdy by się dla nikogo nie poświęcił. Jest okrutny i zły, nie oddałby swojego życia, nawet za własnych synów. On ich zabił, zamordował ich i zrobiłby to ponownie"
- Odwróć się - odrzekła staruszka.
Królowa zrobiła to i ujrzała za sobą białego jelenia, skłaniającego głowę z olbrzymim porożem.
- Czasem, żeby kogoś odmienić, trzeba to zrobić naprawdę. Okazałaś mężowi miłość i przywiązanie, nawet kiedy ten zabił Ci synów. Nie porzuciłaś go, ani nie oddałaś w ręce myśliwych, chociaż mogłaś to zrobić. Twoje dobro dotarło nawet do jego skamieniałego serca. Miłością zwalcza się okrucieństwo. Teraz przemawia przez niego pokora i skrucha -
Królowa spojrzała na klęczącego jelenia i dotknęła ręką jego głowy.
"Teraz jest szansa zapłacić za winy"
- Umrzeć ktoś musi, żeby żyć mógł ktoś - rzekła staruszka i porywisty wiatr przerwał dalsze słowa. Stało się to, co musiało się stać.
Następnego dnia ciało królowej odnaleziono w lesie. Wsparte było ono na martwym jeleniu, którego głowa spoczywała na kolanach kobiety. Tego samego dnia odnaleziono również królewskich synów, którzy nie potrafili wytłumaczyć nikomu gdzie byli, oraz co działo się w tym czasie.
Bracia panowali w zgodzie i miłości aż do późnej starości i razem rządzili królestwem. Lud uwielbiał swych królów, bo mądrością i łagodnością przewyższali wszystkich dotychczasowych. Nie pamiętali jak umarli ich rodzice, ani co stało się z psami, jednak z nieznanego sobie powodu postanowili nadać królestwu nowy herb, który również stworzyli wspólnie.
Widniał na nim jeleń, dwa psy i łasica.






Trudne pytanie małego Dendrologa

Pilnowałam ostatnio dwóch opryszków. Lat 8 i 4. Bardzo niebezpieczni, uzbrojeni w świetlne miecze i tarcze z poduszek, znani z rabunków na niewieścich sercach w przedziale wieku do lat siedmiu i szmuglowaniu oraz dystrybucji Vibovitu do szkół. Podjęłam się tego niebezpiecznego zadania, ponieważ nikt inny nie miał na tyle odwagi by walczyć z wilkami w owczej skórze. Również dlatego, że nie przepuściłabym okazji pobawienia się autkami i małymi żołnierzykami.
Podczas kiedy starszy złoczyńca grał ze mną w karty i ewidentnie kantował, młodszy układał statek z klocków. Może przegrywałam, bo nie byłam dość pojętna by przyswoić szybko zmieniające się zasady gry, a może dlatego że ośmioletni pokerzysta miał hazard we krwi i bardzo chciał wygrać pulę cukierków, która leżała przed nami. Granie na zapałki jest dla bab. Tutaj potrzebna była prawdziwa mamona. W każdym razie nikt tak płynnie nie przechodził z "Piotrusia" do "Wojny", czy "Makao". Czekałam na chwilę, w której zaczniemy grać kartami w szachy, czy chińczyka. To miało prawo nastąpić lada moment, gdyby nie młodszy niedźwiadek, który przyszedł zadać kilka pytań. W tym wieku dzieci zadają ich mnóstwo. "Dlaczego skórka pomidora jest czerwona?", albo "Skąd się biorą dzieci?", czy też "Gdzie mieszka zając wielkanocny i czy zna zębową wróżkę?". Na większość tych pytań istnieje sensowna odpowiedź, lub jeśli nie - zawsze można wymyślić ją na poczekaniu.
Uważałam się za mistrza trudnych pytań. Nie było dla mnie niezręcznych sytuacji, każdy ciekawski czterolatek mógł liczyć na moją pomoc.
Kiedy jednak padło:
- Dlaczego skoro Jarzębina - drzewo, ma na sobie jarzębinę - te czerwone kuleczki, Orzech ma orzechy, a Kasztanowiec ma kasztany, to Dąb ma żołędzie, a nie dębuszki, lub czemu w takim razie nie nazywa się go Żołędziowcem, albo po prostu Żołędziem? -
... to mnie zamroczyło. Musiał myśleć nad tym pytaniem kilka dni. Znałam to spojrzenie. To był wzrok pełen nadziei na odpowiedź, a jednocześnie pełne napięcia wyczekiwanie, czy tym razem mnie zagnie. Nie odpowiadałam nic przez dłuższą chwilę. Nie znałam odpowiedzi i nie byłam pewna czy jakakolwiek istniała, jednak nie było to pytanie pokroju "Jak Mikołaj wchodzi przez komin, kiedy ma się centralne?", nie można było zmyślić na nie odpowiedzi.
Dziecko czekało, a ja mrugałam rytmicznie w rytm bicia własnego serca, przeszukując bazę danych z mózgu w poszukiwaniu odpowiedzi. Przy opróżnianiu folderu "Zbędne informacje, które nigdy Ci się nie przydadzą, ale i tak je zapamiętasz, jak słowa piosenek których nienawidzisz" starszy z braci wybawił mnie z opresji.
- Bo tak samo masz szyszki na choinkach. Sosna ma szyszki i Świerk też ma szyszki. Nie możesz ich nazwać Szyszkowcami, bo to różne drzewa i się ludziom pomyli. A jakbyś nazywał każdą szyszkę inaczej, na przykład sosenek, czy świerczyk, to by nikt tego nie zapamiętał i byłoby trudno wymówić -
- No tak, ale wiele choinek ma szyszki, a tylko Dąb ma żołędzie - nie dawał za wygraną młodszy
- Jakbyś nazwał drzewo Żołędziowiec i każde inne drzewo, które nie ma na sobie kulek co się nazywają podobnie do drzewa, to by się za dużo drzew kończyło na "wiec", albo "niec". Nie byłoby oryginalnie. Wyobraź sobie nazwać wszystkie samochody z taką samą końcówką i tylko początek inny. Bez sensu. -
Mały wojownik stał chwilę w zadumie, a ja czekałam na rozstrzygnięcie procesu i wyrok sądu. Czy odpowiedź spełni oczekiwania? Czy przejdzie, mimo zawiłości i nie do końca wyjaśnionego tematu? Czy czeka nas dekapitacja, lub rzucenie lwom na pożarcie? Czy ta logika, choć nielogiczna zostanie zaakceptowana?
Czteroletni Juliusz Cezar okazał się jednak łaskawy. Kciuk poszedł w górę, życie zostało nam tym razem darowane, ale błysk w spojrzeniu odchodzącego do swojej konstrukcji dziecka utwierdził mnie w przekonaniu, że w jego głowie rodzi się jeszcze bardziej misterne i skomplikowane pytanie, które dojrzewa i kiedy w końcu zostanie w pełni skonstruowane i wypłynie na powierzchnię to kapci z których wypadnę będę szukać aż w Chinach.
Starszy brat zasłużył na podwojenie cukierkowej stawki, przed przejściem z tymi kartami na Mahjonga. Należało trzymać się razem, skoro już przymierze zostało zawarte i ofiarować coś w zamian.
Mnie natomiast pozostało wyćwiczyć szybszy czas reakcji na nieoczekiwane hasła kluczowe. Następnym razem może mi się nie upiec.

czwartek, 10 stycznia 2019

Epilepsja i babcia w natarciu

Moja siostra choruje na epilepsję. Żadna to nowość, ani odkrycie, gdyż ma ją od urodzenia. Cieszy mnie, że społeczeństwo poznaje tę przypadłość coraz lepiej i wie o niej coraz więcej, jednak wciąż zdarzają się przypadki nieporozumień.
Dziewczyna łatwo nie ma i ciężko zliczyć ile razy w ciągu jej życia określana była jako opętana. Według niektórych takie dzieci powinno zamykać się w domu, najlepiej w klatce i nie pokazywać ich światu.
Ludzie nie lubią inności, boją się tego czego nie znają.
W pamięci zapadła mi sytuacja z przeszłości, kiedy młoda miała dwa latka. Była normalnym berbeciem, który czasem lubił sobie odstawić breakdance, niezależnie od miejsca i czasu.
Są różne rodzaje epilepsji i tak naprawdę ataki u każdej osoby różnią się od siebie. To dziecko bawiło się jednak intensywnie, więc otrzymywaliśmy cały pakiet wliczający: drgawki, bezdech i utratę przytomności. Coś co widzi się kilka razy w tygodniu, przez lata, staje się normą do tego stopnia, że dopóki nie ma konieczności podania leków czy resuscytacji, nie zwraca się na to większej uwagi. Na domiar wszystkiego mały gumiś zaszczycił nas odmianą lekooporną i ogniskową, co w praktyce oznacza tyle, że leki które normalnie blokowałyby neurologiczną sensację mózgu nie działają jak powinny, a te które mogłyby zadziałać nie nadają się do podania w jej przypadku.
Niektóre sprawdzały się dobrze, jak Depakine, lecz za bardzo uderzały w wątrobę, inne były łagodniejsze dla wątroby, ale działały otumaniająco - jak Lamitrin. Obecnie leci na combo z Kepry i Topamaxu, co nie jest najlepszym wyjściem dla wątroby, ale trzeba szukać złotego środka.
Wracając do historii, miałam wtedy dziesięć lat, a moja siostra jak już wspomniałam - dwa. Byłyśmy tego dnia pod opieką babci. Udałyśmy się na plac zabaw, gdzie doszło do niezbyt sympatycznej sytuacji.
Na miejscu było wiele dzieci w różnym wieku. Wzięłam więc siostrę na ręce i poszłyśmy się bawić. Nigdy się jej nie wstydziłam i nie widziałam ku temu najmniejszych powodów, mimo że wiele osób usiłowało przekonać mnie że powinnam.
Pobujałam chwilę gremlina i udałyśmy się do piaskownicy, gdzie inne dzieci budowały zamki ze swoimi opiekunami. Na budowanie było dla mojej siostry za wcześnie i wolała burzyć już istniejące konstrukcje, ale robiła to z pasją, jak prawdziwy zawodowiec. Ja robiłam rybkę z piasku, a ona rybce robiła "haps" łapką, więc pozostało mi udawać że to rekin ogranicza populację rybek i zwiększyć produkcję. Małe rączki bywają takie bezlitosne.
W środku zabawy siostrą rzuciło do tyłu i udało mi się w ostatniej chwili złapać jej głowę i udaremnić próbę rozbicia jej o beton otaczający piaskownicę. Byłam na to wyczulona. Nauczono mnie, że może uderzać wszystkim i łamać sobie ręce, ale głowę należy chronić.
Wokół rozległa się panika i masowa histeria. Matki zabierały z krzykiem swoje dzieci, jakby natknęły się na napad wścieklizny. Nie zwracałam na to uwagi, wyobcowanie było częścią tej przypadłości. W piaskownicy został tylko jeden człowiek. Mężczyzna spytał, czy może jakoś pomóc i kiedy dowiedział się, że wszystko gra wrócił do uspokajania i tłumaczenia swojej córeczce dlaczego mniejszą dziewczynką trzęsie i że nic się takiego nie dzieje. Byłam wzruszona jego postawą. Nie zdarzała się często. Babcia zadecydowała o podaniu leków i kiedy Relsed zaczął działać, ułożyłyśmy bobo fruta w wózku. Zwykle przytomność wracała po kilkunastu minutach, ale pełna sprawność odzyskiwana była nieco później. Podczas kiedy ja przykrywałam nieprzytomną siostrę kocykiem, do babci podbiegła jedna z matek, która ewakuowała się przed momentem z piaskownicy.
- Jak pani nie wstyd?! - usłyszałam
- Ale o co pani chodzi? - spytała babcia, jednak obie wiedziałyśmy doskonale o co chodzi.
- O to - odpowiedziała kobieta, wskazując na moją siostrę. Odpalił mi się mechanizm obronny i odruchowo zasłoniłam sobą wózek.
- To nie jest coś co powinny oglądać małe dzieci - kontynuowała matka chłopca, stojącego w nieznacznej odległości od niej - Z czymś takim się nie wychodzi do ludzi, to obrzydliwe -
Niemal słyszałam, jak krew zaczęła płynąć szybciej w babcinych żyłach. Takie tykanie świadczyło o odpaleniu zapłonu. Wybuch był nieunikniony.
- "To" jest takim samym dzieckiem jak pani i ma wszelkie prawo tutaj przebywać. Czy coś się pani nie podoba? -
To było niebezpieczne pytanie. Podchwytliwe. Żadna odpowiedź nie była dobra.
- No pani jest śmieszna. Ja się nie będę dostosowywać do wybryków natury i zmieniać przez to placu zabaw. To jest miejsce dla normalnych dzieci -
Tykanie miało już prędkość serii z karabinu i zaczynało się odzywać również we mnie.
Babcia była aniołem, uosobieniem spokoju i cierpliwości... do czasu aż ktoś nie zaczął atakować jej wnucząt. Wtedy sam szatan nie miałby z nią szans. Zazwyczaj takie sytuacje dawało się rozwiązać tłumaczeniami i próbą uświadomienia drugiej strony, jednak tutaj nie było szans na takie rozwiązanie.
Zrozumiałe było dla nas, że widok nie jest zachwycający i może kogoś odrzucać takie widowisko, ale do porozumienia wymagana była inicjatywa obu stron.
Ku naszemu zdziwieniu w obronie mojej siostry stanął również wcześniej wspomniany mężczyzna.
- Jak pani nie wstyd? Co jeśli pani dziecko by na to cierpiało. Czy wtedy też trzymałaby je pani jak zwierzątko? Tak łatwo jest się wywyższać. To, jakie zachowanie pani pokazuje i czego uczy pani własne dziecko jest poniżej krytyki. Teraz pani ładnie się odwróci i odejdzie, jeśli nie podoba się otoczenie -
Kobieta była w szoku, w szoku byłam ja, a babci twarz błyszczała czystą wdzięcznością. Gdyby mogła uściskałaby wtedy tego człowieka.
- Ale to jest obrzydliwe - kontynuowała kobieta.
- To jest choroba i tego się nie wybiera. Dla mnie obrzydliwe może być jak twój syn dłubie sobie w nosie i zjada to co wygrzebał. To jest dziecko do jasnej cholery -
- Takie wynaturzenia się trzyma w domu, żeby nikt nie musiał tego oglądać, to obrzydliwe - powtarzała niewiasta i zapewne miałaby do powiedzenia więcej, gdyby nie deszcz soczku jabłkowego, którym została ochrzczona przez mężczyznę.
- Co pan wyprawia?! Pogrzało Cię człowieku? -
- Chyba musi pani ochłonąć, ale niech się pani doprowadzi do porządku. Kto to widział chodzić tak oblepionym, to obrzydliwe -
Kobieta odeszła, rzucając wyrazami, których nie chcę tu przytaczać.
Czy rycerz mógł zachować się bardziej "kulturalnie" i prowadzić merytoryczną dyskusję z tą kobietą? Pewnie tak. Czy to by do czegoś doprowadziło? Obawiam się, że nie i jeśli on by tego nie zrobił zapewne podobnie postąpiłaby moja babcia.
Wyobcowanie to jedno. Wtedy można z ludźmi spokojnie porozmawiać i wytłumaczyć im sytuację, nawet jeśli są wystraszeni i nie czują się komfortowo.
Agresja i atakowanie to zupełnie inne stanowisko w sprawie.
Są osoby, którym zachowanie mężczyzny na pewno się nie spodoba i uznają je za prymitywne, lecz ja jestem mu bardzo wdzięczna.
Z wiekiem ja przejęłam funkcję rycerza małej tancerki i ku mojemu zadowoleniu, jeszcze nie musiałam kąpać nikogo w soczku.

P.S. Nigdy nie wkładajcie epileptykowi niczego do ust podczas napadu. Utarł się bardzo niebezpieczny mit o wsadzaniu kołka, czy kawałka patyka. Stracicie w ten sposób palce, albo wybijecie tej osobie zęby. Możecie też doprowadzić do uduszenia. Odgryzienie języka jest niezwykle rzadkim przypadkiem i często następuje tylko jego przygryzienie, które goi się w ciągu kilku dni.
Odsuńcie niebezpieczne przedmioty, połóżcie coś pod głowę, zapewnijcie dostęp tlenu i czekajcie. Nie przesuwajcie wygiętej w pałąk osoby, bo złamiecie jej kręgosłup. Napad zazwyczaj przechodzi sam i nie wymaga niczyjej pomocy, niezależnie od tego jak niebezpiecznie i śmiertelnie by wyglądał.
Zostawić, nie przenosić, nie wkładać nic między zęby. Po wszystkim ułożyć w pozycji bocznej ustalonej.
Dziękuję za uwagę.