Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

środa, 6 listopada 2019

Dokarmiacze

Jesień. Suche liście chrupią pod butami, ludzie maszerują po żółto-czerwono-brunatnych dywanach, świat przyjmuje ciepłe odcienie, drzewa zrzucają z siebie okrycie jak ptaki pierwsze piórka, jakaś starsza pani wyrzuca pod drzewem odpady, wszystko jest piękne i kolorowe.

Podchodzę do kobiety, wytrzepującej jednorazówki z okruszków i siejącej na złotym dywanie z liści resztki zupy i drugiego dania sprzed tygodnia.
- Przepraszam - mówię, trzymając Morfinę między nogami i ograniczając jej dostęp do szwedzkiego stołu - Dlaczego Pani wyrzuca tutaj jedzenie?
Kobieta podnosi wzrok, mierzy mnie spojrzeniem i z uśmiechem wyznaje:
- Dla zwierzątek. Ja to już nie zjem, a takie ptaszki, albo kotki bez domu sobie pojedzą.
- I uważa Pani, że takie ptaszki powinny jeść fasolkę po bretońsku, krupniczek i kanapki z masłem?
- Z serkiem.
- Przepraszam, z serkiem.
- No one to wszystko zjedzą. A teraz się robi zimno, to sobie nagromadzą tłuszczyku troszkę, żeby śnieg przeżyć.

Panie daj mi siłę.

- Największą ucztę to tutaj będą miały szczury proszę Pani.
- Nie ma tu szczurów.
- Oczywiście, że są. Wystarczy przejść się ulicami po dwudziestej drugiej.
- Ale to dla ptaszków i kotków.
- Ale taki szczur nie wie, że to dla ptaszków i kotków. Szczur widzi jedzonko, zabiera jedzonko, informuje swoją liczną rodzinę, że tu dają jedzonko i przeprowadza się bliżej jedzonka, a tym samym bliżej nas.
- No, ale to ptaszki zdążą zjeść i kotki zanim szczury przyjdą.
- Przecież to jest ilość jedzenia, której ani ptaki, ani koty nie przejedzą w ciągu tygodnia, choćby się tu stołowały codziennie.
- Przecież im trzeba pomagać, same nie znajdą jedzenia i robi się zimno, Pani jest bez serca.
- Do zimy daleko proszę Pani.
- Niech Pani nie będzie bez serca. Co to komu szkodzi?
- Przecież takie jedzenie z solą, nadpsute i niewłaściwe dla zwierząt zaszkodzi im dużo bardziej niż pomoże. Ja wiem, że Pani chciała dobrze, ale to nie jest dobry pomysł tak to tutaj rozrzucać. Poza tym, słyszała Pani o tym człowieku co chodzi po mieście i rozrzuca kiełbasę z gwoździami po trawnikach?
- Nie.
- No to chodzi ktoś taki i rozrzuca. I skąd właściciel ma wiedzieć czy jego pies właśnie takiej kiełbasy nie pożarł jak się dobierze do Pani kanapek i krupniczków?
- Ale ja przecież tu nic nie wkładałam! No co Pani, ja nie jestem takim człowiekiem co by miał radość z zabijania zwierząt. Ja kocham zwierzątka.
- Ja wiem, że Pani tam nic nie wkłada, ale taki właściciel psa, który nie zdąży w porę zareagować tego nie wie. Pies coś zje, a potem się jego opiekun będzie zamartwiał czy to przypadkiem nie była celowo rozłożona trucizna. Będzie niepotrzebne płukanie żołądka i tylko stres dla psa i właściciela.
- No ale mu to nie zaszkodzi przecież.

Jak grochem o ścianę.

- Ale może mu zaszkodzić, przecież tu już się pleśń pojawiła.
- Ale tylko troszeczkę.
- A Pani je jedzenie, nawet jak jest troszeczkę nadpsute?
- Nie, ale zwierzęta to mają inny żołądek.
- Mają inny żołądek, ale w dalszym ciągu nie są śmietnikami, żeby tam zepsute rzeczy wrzucać.
- Pani przesadza, ja tylko dokarmiam. Wiele ludzi dokarmia, a Pani się akurat mnie uczepiła.
- Ja się przyczepiam wszystkich co rozrzucają jedzenie czy to przez balkony, czy na trawnikach. Miedzy innymi dlatego, że to potem ja muszę wyławiać z gardła mojego psa rybie ości, kości z kurczaka, czy kanapki z serkiem.
- Może go Pani nie dokarmia w domu, że na podwórku chce jeść.

Why why why Delilah...

- To mogę Panią prosić, żeby Pani tego tu nie rozrzucała? Mogę pomóc pozbierać już to co tu leży.
- Nie. Ja tu dokarmiam. Jak Pani to zabierze, to odbierze Pani jedzenie małym kotkom.
Na chodniku zatrzymuje się rower, z kobietą w wieku przybliżonym do wieku dywagującej ze mną niewiasty.
- Coś się dzieje? - pyta ksiądz Mateusz w berecie i moja dotychczasowa rozmówczyni bardzo emocjonalnie zaczyna tłumaczyć koleżance, że usiłuję mordować małe kotki i ptaszki, odbierając im pożywienie.
Staram się wtrącić w potok słów obu kobiet i wyjaśnić o co mi chodzi, ale jestem ignorowana. Brygada antyterrorystyczna w spódnicach z wiskozy przechodzi do szarży i próbuje słownie przepędzić mnie z miejsca.
- Niech się Pani nie przejmuje - mówi jedna kobieta do drugiej - Te młode to teraz takie zawistne, byle pod siebie, a obcemu zwierzęciu to już nie pomoże. A własne posiada!
- A własne posiada. Co za znieczulica - przytakuje druga i obie, po opróżnieniu woreczków i słoiczków, zmierzają dziarskim krokiem w stronę chodnika.
Czekam aż znikną mi z oczu i przypinając Morfinę do słupa, wyciągam worki na psie odchody, które posłużą mi za zbiornik na to, co nie jest w formie płynnej i da się pozbierać gołymi rękami. Niestety zostaję przyłapana przy przenoszeniu dóbr natury do kosza na śmieci i kobiety nie omieszkają mnie poinformować, że "jestem podła i nie mam poszanowania dla jedzenia, którego się przecież nie wyrzuca do kosza, a chleba to już zwłaszcza"

No tak, bo przecież największy szacunek dla jedzenia okazuje mu się, pozbywając się go na trawniku, w środku miasta.

Ignoruję potępieńcze jęki i zgrzytanie zębami, zbieram większość pokarmu, zostawiając tylko rozbebłaną fasolkę i krupniczek, które należałoby zebrać łopatą, odpinam psa i odchodzę.

Jutro pod tym drzewem znajdzie się pewnie czyjaś niedokończona kolacja i resztki z lodówki. Tak samo jak pod kolejnym drzewem, krzakami po przeciwnej stronie ulicy i na trawniku przy placu zabaw.

Dobre chęci czasem potrafią być strasznym utrapieniem.

wtorek, 5 listopada 2019

Biszkopcik II

Jako, że Morfina jest w trakcie ustalania dawki leku na tarczycę, jesteśmy zmuszeni odwiedzać gabinet weterynaryjny częściej niż zwykle.

Kiedy weszłam dzisiaj do poczekalni, kolejka sięgała samych drzwi. Spytałam więc kto jest ostatni i usiadłam na krawężniku, nie chcąc pchać się do pomieszczenia pełnego zestresowanych zwierząt z moim żądnym ciastek psem.
- A Pani tu wczoraj też była - odezwała się kobieta z królikiem, którą spotkałam poprzedniego dnia.
- A tak, mamy częste badania, zmiany dawek, odbiór wyników.
- A dzisiaj też badanie?
- Nie, dzisiaj tylko ważenie i po tabletki, bo mi się zapas kończy.
- A to może chce Pani przede mną? Bo nam to trochę zejdzie.
- Naprawdę? Mogłabym?
- No tak, przecież Pani wejdzie i wyjdzie, to po co stać dwie godziny.
Podziękowałam przemiłej kobiecie, spytałam resztę oczekujących i znalazłam się w kolejce za tymi, którzy nie wyrazili zgody na przepuszczenie mnie.  
Pewna starsza kobieta stwierdziła, że mogę wejść z nią, więc zajęłam strategiczne miejsce obok i ponownie upewniając się, że osoby za nami nie mają nic przeciwko, kucnęłam przy dystrybutorze na wodę.
- Bardzo ładny piesek - powiedziałam do kobiety, która mnie przygarnęła do kolejki - Cavalier king spaniel?
- A ja nie wiem kochanie, bo ja to się na tych rasach nie znam. Może i tak być. Ja go ze schroniska wzięłam.
- Aha. Piękny w każdym razie.
- Dla mnie to tam nie ma znaczenia czy on spaniel, czy nie spaniel. Tak na mnie patrzył za tymi kratkami, że aż mi łzy poleciały i musiałam go wziąć. Nie mogłam wyjść wie Pani, tam tyle psów, a ja mogłam zabrać tylko jednego.
- No ja wiem, taka decyzja zawsze jest trudna.
- Jakbym mogła, to bym wzięła wszystkie, ale nie mogę. To wzięłam Biszkopcika.
- Tak ma na imię?
- Tak. Miał na imię Pchła, ale źle mi się kojarzyło. Biszkopcik mi się dobrze kojarzy. Mój poprzedni piesek tak miał na imię. To to jest Biszkopcik II. Biszkopcik I mi umarł niedawno. Już był starszy, szesnaście lat miał i go raczysko zjadło. Tak się męczył pod koniec, że go musiałam przyprowadzić tutaj, żeby mu pomogli odejść.
- Przykro mi, naprawdę.
- Nie mogłam sobie miejsca znaleźć bez niego. Za cicho w domu było, ani do kogo zagadać, ani nic. Jedzenie mi nie smakowało, nie chciało mi się wychodzić, bo i po co? To mnie synowa namówiła na wizytę w schronisku. "Tam jest tyle psów" - mówi. "Na pewno jakiś będzie dla Ciebie, a jak nie będziesz chciała, to ja Cię nie zmuszę, ale pooglądać możesz". I tak Biszkopcika przygarnęłam.

Staruszka była tak urocza, że miałam ochotę ją przytulić.

Pies, który raczej nie był już najmłodszy siedział jej na kolanach i z zaciekawieniem rozglądał się dookoła.
- A co mu dolega? Na szczepienie Pani przyszła? - spytałam.
- A nie. Bo on już był na wizycie zaraz po schronisku. Na takie krople na pchły i inne rzeczy, ale teraz mnie coś innego niepokoi. On ma chyba jakiś problem z psipsiorkiem i chciałam to sprawdzić. Tak dla pewności.
- Rozumiem - odparłam i po dłuższej chwili oczekiwania, weszłam razem z kobietą do gabinetu.
- O, Morfinek - przywitał psa weterynarz i Świniak skierował się bezpośrednio do człowieka w fartuchu, odstawiając wirnik ogonem.
- Ja dzisiaj tylko po tabletki i na wagę - powiedziałam, odsuwając się z psem na bok.
- Tak, już daję, a Pani to? - spytał lekarz, przyglądając się staruszce z pieskiem.
- Ja tu byłam ostatnio na kropelkach i tak na sprawdzeniu, bo on ze schroniska.
- A, tak. Pamiętam. To co tam się dzieje?
- Bo mi się wydaje, że ona ma problem... no wie doktor... w okolicach intymnych.
- A jakie są objawy? Nadmiernie się liże? Wygryza? Drapie się, albo saneczkuje?
- Nie, tylko tak dziwnie sika.
- Dziwnie to znaczy jak?
- No tak kuca. Nie podnosi nogi, tylko jak suczka kuca.
- A jakieś inne objawy? Nie piszczy przy oddawaniu moczu? Nie kreci się przed tym? 
- No nie, tak to nic mu nie jest, tylko z tym siusianiem tak dziwnie.
- To ja bym się tym nie martwił. Niektóre pieski nie podnoszą nogi, tylko sikają jak suczki, a niektóre suczki podnoszą nogę i sikają jak pieski.
- Naprawdę? - zdumiała się staruszka - A to może być przez to, że on jest wykastrowany?
- Raczej nie, mógł tak mieć już od początku, ale samo to jeszcze nie świadczy o żadnej chorobie.
- Bo mój poprzedni pies to podnosił nogę i na krzaczki sikał i na drzewa i właściwie na wszystko co stało. A ten tylko w poziomie.
- No psy są różne, wie Pani. O tamta na przykład - wskazał weterynarz na Morfinę, studiującą cyferki zmieniające się na wadze - Uwielbia tu przychodzić, cieszy się jak jej się mierzy temperaturę, grzebie w uszach, czy krew pobiera. No rzadko się taki pies zdarza, bo zwykle to nas jak ognia unikają. Także wie Pani, one są różne, zupełnie jak ludzie. Ludzie też są różni i każdy ma własne dziwactwa.
- To mnie Pan uspokoił, bo ja się bałam już, że zepsuty, czy coś ma z nerkami, albo psipsiorkiem, albo pęcherzem.
- Dopóki Pani nie zauważy jakiś niepokojących objawów, to takie zachowanie jest całkowicie normalne. Jakby się zaczął drapać, skomleć przy oddawaniu moczu, albo oddawał go zbyt często, albo zbyt rzadko, albo ten mocz byłby dziwnego koloru, to wtedy można przyjść bo to niepokojące. A tak to po prostu się psu nie chce podnosić łapy i tyle. Ale dobrze, że Pani przyszła. Zawsze lepiej przyjść jak coś niepokoi.

Dostałam tabletki Morświna od drugiej lekarki i żegnając się, oraz dziękując kobiecie za możliwość wejścia z nią, opuściłam gabinet z uśmiechem na ustach i nie uczestniczyłam już w dalszych rozmowach.

Rozczuliło mnie, że kobieta pofatygowała się do weterynarza i czekała dzielnie w kolejce, ponieważ zaniepokoił ją sposób w jaki sika jej pies. Nie wstydziła się swojej niewiedzy, bo kierowała nią troską o dobro pupila.
Ze swojej strony życzę im jak najlepiej, bo mnie to osobiście zauroczyło.


poniedziałek, 4 listopada 2019

Różowy awanturnik vs kierowca autobusu

W ostatnim momencie wpadam do autobusu, mającego odwieźć mnie do domu. Gdyby nie uprzejmość kierowcy, który przytrzymał drzwi widząc, że jakaś sapiąca lokomotywa mu leci na czołówkę z szybą, musiałabym czekać kolejne czterdzieści minut na następny transport. Grzecznie więc dziękuję, oddychając jak ryba wyciągnięta z wody i przeklinając swoją kondycję, kasuję bilet i siadam na wolnym miejscu obok kasownika.
Wciskam słuchawki w uszy, przysuwam się jak najbliżej szyby i obserwuję otwierające i zamykające się drzwi.

Kilka przystanków dalej wsiada krągła kobieta, która podobnie jak ja, kiedy rozdawali talię, stała w kolejce po pączki.
- Pie*rzone mongoły! - oświadcza tak głośno, że dźwięk przebija się przez "You had a bad day" od Daniela Powtera. Wyciągam z ucha prawą słuchawkę i obserwuję toczącą się po pokładzie kobietę, wygrażającą pięścią w kierunku jakiegoś mężczyzny o azjatyckiej urodzie, który również wsiada do autobusu.
- Spie*dalaj stąd do siebie! Przez takich jak Ty nie ma pracy dla porządnych ludzi - krzyczy dalej kobieta, która prawdopodobnie jest pod wpływem alkoholu.
Mężczyzna odcina się od awanturnicy, przeciskając się na dalsze siedzenia i tłumaczy współpasażerom, że widzi wydzierającą się na niego niewiastę pierwszy raz w życiu.
Autobus rusza, a kobieta, tańcząc Salsę, próbuje dostać się do obiektu swojej nienawiści, lecz skutecznie blokują ją stojący ludzie.
- Pani się uspokoi - mówi młody człowiek z plecakiem i usiłuje usadzić tanka na wolnym miejscu, jednak żywa boja, wciskając swoje ręce między tłum, dalej charczy coś o "pier*olonych mongołach" i o tym, że "rynek pracy zajmują i tacy porządni ludzie jak ona dzisiaj nie dostała ani jednej oferty, a chodziła wszędzie".

W końcu wzburzona uchatka orientuje się, że odjechała już kilka przystanków, więc podchodzi do kierowcy z żądaniem zatrzymania autobusu, ponieważ "ona chce wysiąść". Kierowca tłumaczy, że wysiąść będzie mogła kiedy zatrzyma się na przystanku wyznaczonej trasy i jeśli nie przestanie się zaraz awanturować, będzie musiał wezwać policję.
Te słowa otwierają bramy piekieł i uwalniają siedmiu jeźdźców apokalipsy, którzy mieszczą się w ciele kobiety (na spokojnie zmieściłoby się jeszcze kilku). Niewiasta metr sześćdziesiąt we wzroście i obwodzie nabiera powietrza, zwęża źrenice i rozpoczyna festiwal imienia Adolfa Hitlera, pod tytułem "Policją to się obywatelki tej ziemi nie straszy. Ja nie będę siedzieć w tym samym autobusie co ten mongoł, proszę mnie natychmiast wypuścić".
Kierowca dzielnie znosi kropelki śliny, rozbijające się na szybie, oddzielającej go od pasażerów, oraz wykrzykiwane raz po raz hasła: "Ja żądam żeby mnie wypuścić, jestem tu przetrzymywana nielegalnie i wbrew mojej woli", "Wywalić mongoła", oraz "Ty tłusta świnio za kierownicą". Zwłaszcza to ostatnie wydaje się być wielką ironią.
Otoczenie zaczyna się denerwować i dochodzi do rękoczynów i przepychanek, co końcowo przeradza się w tango siedmiu osób.

Kierowcy wysiada cierpliwość. Mężczyzna zatrzymuje pojazd, otwiera kabinę i krzyczy do awanturniczki:
- Proszę, droga wolna, drzwi otwarte, Pani wysiada.
- No w końcu - odkrzykuje kobieta i wypada z autobusu, rozgląda się, po czym odwraca się przodem do pojazdu i najbardziej żałosnym spojrzeniem jakie tylko można sobie wyobrazić, świdruje kierowcę.
- Chciała Pani wysiąść i Pani wysiadła, miłego dnia - rzuca mężczyzna, ruszając do przodu, podczas gdy ponad sto kilo żywej wagi, zamknięte w żeńskiej formie, usiłuje pazurami rozewrzeć drzwi autobusu i bezskutecznie utrzymać tempo pojazdu, który okazuje się być jednak szybszy (szok). Kobieta staje więc na drodze pośrodku nicości, w centrum szczerego pola, pięć kilometrów od najbliższego przystanku, wysyłając do kierowcy jednoznaczne sygnały środkowymi palcami obu rąk i wykrzykując jakieś niezrozumiałe, zagłuszane silnikiem autobusu wyrazy.
- I jedziemy dalej. Ochłonie, przejdzie się i będzie dobrze - mówi wesoło mężczyzna, podczas gdy pasażerowie spoglądają na oddalającą się kulkę w różowym wdzianku.

Nie jestem pewna czy takie działanie jest legalne, ale nikt nie protestuje, więc uznajemy, że tak i cieszymy się spokojem i ciszą na dalszej trasie.

Ważna życiowa lekcja: Rasizm nie popłaca.

niedziela, 3 listopada 2019

Autor anonima (?)

- Dzień dobry sąsiadko! - usłyszałam, stojąc na trawniku z Morfiną, usiłującą mnie przekonać, że ta zielona i porośnięta pleśnią szynka, leżąca koło drzewa wciąż nadaje się do skonsumowania. Pies próbował zahipnotyzować mnie spojrzeniem umierającego z głodu szczeniaka, ale ani jej ślinotok, ani umęczony wzrok nie przekonywały mnie do tego pomysłu.
- Dzień dobry - odparłam nowej sąsiadce, która usiłowała wcisnąć swoje wijące się dziecko do spacerówki.
- Widzę, że się Pani pozbyła jednego. Bardzo dobrze. Drugiego też?
Spojrzałam na nią z wyrazem twarzy świadczącym o tym, że nie miałam pojęcia o czym kobieta do mnie mówiła.
- Proszę? - spytałam, bo słowa, które usłyszałam jakoś nie potrafiły odnaleźć znaczenia.
- No psa się Pani jednego pozbyła.

Ona musiała mówić o Pikselu, synu Szatana, władcy ciemności, mrocznym niszczycielu dusz.

- Wie Pani, on był u mnie tylko na chwilę.
- A ten?
- A ten jest na stałe. 
- Zobaczymy jak długo.
- Że co proszę?
- No skoro już jeden zniknął, to pewnie się Pani przekona. Samo z siebie tak przyszło, czy pod naciskiem sąsiadów?

Nagle mnie olśniło.

- Mówi Pani o tym anonimie, który wrzuciła mi Pani do skrzynki?
- Nie wiem o czym Pani mówi. Ja nic nie wrzucałam.
- Musi Pani mocno popracować nad ortografią. To było dość żenujące.
- Nie wiem o czym Pani mówi, ale jeśli ktoś wrzucił Pani anonima, to znaczy, że też widział problem w robieniu z mieszkania zoo.
- Nie powiedziałam czego dotyczył list.

Mam Cię.

- Słyszałam to i owo od sąsiadów.
- To bardzo ciekawe, bo wprowadziła się Pani niedawno.
- A już się tylu rzeczy dowiedziałam.
- Mhm.
- No tak. Gdybym to ja napisała ten list co Pani dostała, to pewnie bym się pod nim podpisała, jeśli mówił o zwierzętach, a słyszałam, że mówił.
- Oczywiście. Miałam w sumie ubaw. Tak jak ludzie w internecie.
- W internecie?
- No tak. List znalazł się na kilku grupach, w tym na grupie śmiejącej się z rzeźników językowych, którzy jednego zdania nie potrafią nakreślić bez błędu. Poprawiła Pani humor wielu ludziom.
- Mówiłam, że to nie ja, to po pierwsze - syknęła kobieta, przekrzykując swoją zapowietrzającą się od płaczu córkę - A po drugie, to strasznie słabe tak wrzucać swoją prywatną korespondencję do internetu.
- A to dlaczego? List był do mnie, nie miał nadawcy, poza tym chciałam podzielić się tym dziełem sztuki z innymi, żeby też mogli je docenić i się trochę pośmiać.
- Żenujące z Pani strony.
- Nie bardziej niż anonim z błędami, podpisany za większość mieszkańców, z czego większość nie ma nic do zarzucenia ani mnie, ani moim zwierzętom.
- Akurat. Ja słyszałam coś innego.
- Od kogo dokładnie?
- Nie będę donosić. Od sąsiadów.
- Od sąsiada z kanarkami, tego z wężem, czy właściciela Yorka?
- Jakim wężem?
- A bo Pani nie wie? Mamy węża w klatce.
- Akurat.
- Jest wielki i piękny. Z tego co wiem to dziewczynka.
- Nikt normalny nie trzymałby w bloku węża.
- Ja mam szczury, więc nie rozumiem dlaczego.

Bladość ustępowała czerwieni na twarzy niewiasty z dzieckiem-węgorzem i sprawiało mi to jakąś dziwną radość.

- Mam nadzieję, że Pani żartuje.
- Ale gdzie tam, pokazać zdjęcia?
- To jest nie do pomyślenia. A co jak ten wąż, którego prawdopodobnie nie ma, poczuje te szczury i ucieknie i przypadkiem trafi do kogoś innego? W tym bloku mieszkają dzieci. A co z chorobami? A jak one uciekną i kogoś pogryzą i czymś zarażą? Pani równie dobrze może coś przenosić. To jest skrajnie nieodpowiedzialne. Jak się mieszka z ludźmi, to trzeba myśleć też o nich, nie tylko o sobie.
- Gdzieś już czytałam ten tekst.
- Mam to w nosie. Wszystko co może stanowić ryzyko dla innych ma zniknąć. Ja się tym zajmę osobiście.
- Ja czekam i życzę powodzenia. Właściwie planuję założyć dom tymczasowy dla zwierząt. Mam nadzieję, że nie ma Pani nic przeciwko.
- Po moim trupie.
- To szkoda, że nie potrzebuję niczyjej zgody.
- Jak można być tak skrajnie głupim? - usłyszałam, kiedy kobieta po raz dziesiąty usiłowała wepchnąć rozdartej latorośli smoczka w otwór, który drażnił uszy wysokimi dźwiękami.
- Też się zastanawiam - odpowiedziałam i patrzyłam jak smoczek wylatuje z dziecięcej buzi, leci w przestrzeń i kończy na chodniku, po czym zostaje wylizany przez matkę i wręczony córce - To chyba nie jest zbyt higieniczne - dodałam.
- To jest moje dziecko! Zajmij się pchlarzami ze śmietnika.

I znowu przeszliśmy na "Ty". Gładko poszło.

- I w to swoje dziecko Pani pakuje swoje bakterie, które ma Pani w swoich ustach.
- Nie mam bakterii!
- Każdy ma bakterie.
- Może Ty z tymi swoimi. Planowałaś od rana wszystkich wkur*iać? Nie wiem jak inni z Tobą wytrzymują w tej klatce.
- Sama zaczęłaś.
- Nie jesteśmy na "Ty" gówniaro.
- Przecież sama zaczęłaś mi walić na "Ty".
- Ja mogę, bo jestem starsza. Sobie nie pozwalaj. Jakbym miała takie dziecko jak Ty, to bym tylko prała i patrzyła czy równo puchnie.
- Nic tyko współczuć córce.
- Odj*b się w końcu od mojej córki!
- Jasne. Prosiłabym tylko, żeby Twoje dzieci nie naparzały w rury od kaloryfera po dwudziestej pierwszej, bo słyszy to cały pion.
- To tylko dzieci i to głównie młodszemu się zdarza. Nie da się wytłumaczyć dwulatkowi. Byś miała dzieci, to byś wiedziała, ale takie jak Ty nie mają dzieci i bardzo dobrze, bo to by była dla nich wielka krzywda. Niech już wprowadzą to bykowe, to takie niedojrzałe idiotki będą przynajmniej musiały płacić - zaczęła się zapowietrzać kobieta. Wygląda na to, że córka miała to po niej.
- No, ale sama powiedziałaś, że żyjemy we wspólnej przestrzeni i należy też patrzeć na innych. Wystarczy dzieciakowi zabrać to czym wali po rurach i po robocie.
- Przestań mi ku*wa mówić na "Ty", bo nie jesteśmy koleżaneczkami i odpie*rz się od moich dzieci. Ty jesteś jakaś nienormalna. Sama byłaś dzieckiem kiedyś, a się zachowujesz jak stara baba.
- Ja nie naparzałam sąsiadom po rurach.
- Pewnie, bo Ty świętym dzieckiem byłaś!

Właściwie mogłam już odpuścić, bo doprowadziłam niewiastę z wózkiem do skrajnej wściekłości (chociaż nie miałam tego na celu). Mogłam patrzeć jak wewnętrznie płonie i sama napędza swój gniew, albo dolewać benzyny i obserwować rosnącą furię.
Wybrałam coś pomiędzy.

- Złość piękności szkodzi. Proszę się tak nie denerwować - odparłam, próbując odciągnąć zahipnotyzowaną Morfinę od zielonej szynki.
- Sama mnie wku*wiasz! Muszę teraz iść, ale jak wrócę to się tym zajmę i lepiej już szukaj jakiegoś schroniska, albo przytułku, bo ja tego tak nie zostawię. Nie może być tak, że gówniarstwo ma najwięcej do powiedzenia. I tak nie będzie, rozumiesz? Nie będzie tak!
- Brzmi poważnie. Dostanę drugi list?
- Spie*dalaj!
- Mam pozdrowić moją dziewczynę?
Odpowiedzi się jednak nie doczekałam. Kobieta mamrotała coś o tym, że "zobaczę jak się jej stary dowie jak ją potraktowałam" i ruszyła z węgorzem w wózku przed siebie. Sunęła tak szybko, że mogła przewiać swojego potomka powiewem wiatru. Przeciągi nie są zdrowe.

Mam 80% pewności, że znalazłam autora listu, który otrzymałam. Te dwadzieścia procent niepewności jest spowodowane faktem, że posiadam jeszcze kilku nienormalnych sąsiadów i tym, że kobieta się nie przyznała. Coś mi jednak mówi, że to była jej sprawka.
Szczerze mówiąc czekam na drugi list jak dziecko na prezenty pod choinką.
Pozostaje jeszcze kwestia "starego", który ma mi coś pokazać. To też może być interesujące.


sobota, 2 listopada 2019

Halloween i laboratorium

Szczerze mówiąc, nie miałam żadnych planów na Halloween. Zamierzałam posiedzieć trochę nad projektem w laboratorium, iść do domu i resztę wieczoru spędzić przy odmóżdżającym serialu na Netflix.

Jeśli jednak chodzi o mój plan, to pojęcie "trochę" jest bardzo względne.
Niektórzy słysząc "laboratorium" wyobrażają sobie "Breaking Bad", "Laboratorium Dextera", albo inne "Kości". Kolorowe mieszanki, wybuchy, niekontrolowane awarie, żywy ogień płonący na zielono - takie rzeczy.
Prawda jest jednak taka, że przez większość czasu w laboratorium przyglądam się jak woda przecieka przez membranę i po trzech godzinach kapania mogę przeprowadzić na niej testy SPE, czy zmierzyć absorbancję. Nie jest to ani widowiskowe, ani specjalnie wciągające.



Swoje jednak zrobić trzeba, więc w laboratorium znalazłam się rano, przygotowałam próbki, które musiały odsiedzieć trzy godziny, wróciłam do domu, żeby wyprowadzić psa na spacer i w sumie musiałam się zbierać z powrotem. 
Mijały minuty, mijały godziny, a świat za oknem zaczynał robić się coraz ciemniejszy. Światła w budynku ustawione są na czujnik ruchu, więc jasno było tylko w odwiedzanych przeze mnie pomieszczeniach i na górze, gdzie pracowała jeszcze druga osoba. Ta druga osoba miała odebrać ode mnie klucze i poczekać aż skończę, żeby móc uruchomić alarm w całym budynku.
Taki był przynajmniej plan.

W wyniku roztargnienia tej osoby i ogólnego przemęczenia, oraz faktu, że siedziałyśmy na różnych piętrach i nie widziałyśmy się przez większość czasu, przekazała ona ochroniarzowi, że wszyscy opuścili budynek i poszła do domu. Mężczyzna oczywiście przeszedł się po korytarzach, ale kiedy zobaczył zgaszone światła i informację w bazie, że wszystkie drzwi są zamknięte szyfrowo (niektóre zamykają się automatycznie i do ich otwarcia za każdym razem wymagane jest wpisanie pinu - tak jak to było u mnie), odpuścił sprawdzanie ponad trzystu pokoi pojedynczo, zabrał swoje rzeczy, opuścił budynek i uruchomił alarm.

Godzinę później skończyłam swoje testy, posprzątałam laboratorium, umyłam kolby i opuściłam salę, dzierżąc w dłoni klucze. Weszłam piętro wyżej i skierowałam się do miejsca, gdzie miałam się zgłosić. Zdziwiło mnie, że czujniki nie wykrywały mojego ruchu i musiałam iść praktycznie na oślep, ale pomyślałam, że są to procedury awaryjne, które uruchamiają się automatycznie po konkretnej godzinie. Było już dobrze po osiemnastej i byłam zbyt zmęczona, żeby się nad tym głębiej zastanawiać.


Sala była pusta.
Doszłam do wniosku, że kobieta musiała skończyć wcześniej i nie chcąc na mnie czekać, zostawiła wszystko u portiera, który pełnił też funkcję ochroniarza.
Zeszłam więc na dół, w dalszym ciągu błądząc w ciemnościach.
Budka monitorowa była pusta. Obeszłam budynek piętro po piętrze, zaglądając do prawie każdego pokoju i nie znalazłam żywej duszy. Podeszłam do drzwi wyjściowych i ujrzałam na nich komunikat o zabezpieczeniu szyfrowym.
Dotarło do mnie, że zostałam zamknięta w laboratorium i byłam sama w budynku. Nie chcąc uruchamiać alarmu i tłumaczyć służbom interwencyjnym co się stało, zadzwoniłam do promotora, który wykonał kilka telefonów i poinformował mnie, że osoba z kluczem dezaktywacyjnym jest w drodze.
Wiedziałam, że może to trochę potrwać, więc wróciłam do sali i włączyłam muzykę, żeby umilić sobie jakoś czas i nie zasnąć w trakcie oczekiwania na pomoc.
Ochroniarz zjawił się kilka godzin później i wypuścił mnie ze szklanego więzienia. 
Narodził się jednak problem. 
Tego dnia nie jeździły autobusy nocne, a ostatni przewoźnik już odjechał. Nie miałam jak wrócić do domu, nie licząc taksówek, które ogołociłyby mój portfel.
Skontaktowałam się z kimś mieszkającym w mieście i spytałam o możliwość przenocowania mnie. Usłyszałam, że nie będzie z tym problemu, ale jako, że trwało Halloween, nikogo nie było obecnie w domu. Zostałam zaproszona na imprezę plenerową w kostiumach.
Brak przebrania nie stanowił problemu. W końcu miałam ze sobą fartuch.
Kilka kropli gliceryny, wody i czerwonego barwnika spożywczego, który dorwałam w sklepie całodobowym i zostałam lekarzem psychopatą, ubrudzonym sztuczną krwią.
Cacy.



Pochodziliśmy po mieście, spotkaliśmy gang Kubusia Puchatka, z Pikachu na czele, napełniliśmy żołądek mieszanką jedzenia, którą czuję w sobie do tej pory i zebraliśmy się większą grupą w mieszkaniu osoby, której wcześniej nie znałam, a która okazała się kolejną na liście "najlepszych ludzi z jakimi kiedykolwiek miałam kontakt" i razem z Arlekinem, Jokerem, zjawą w kiecy i trupem z hiszpańską czaszką, ruszyliśmy w miasto ponownie.

Do mojej tymczasowej noclegowni trafiłam właściwie nad ranem. Przywitał mnie syn Szatana (gdyż nocowałam u jego właścicielki) i postanowił towarzyszyć mi przez kolejnych kilka godzin. Zdrzemnęłam się na dwie godzinki w oczekiwaniu na miejski środek transportu, wtulona w psa, który ewidentnie mnie jeszcze nie zapomniał i postanowił zająć strategiczne miejsce na mojej klatce piersiowej.


Kiedy słońce postanowiło ruszyć swój leniwy tyłek i zaszczycić świat kilkoma promieniami światła, zabrałam smycz, uprowadziłam psa i wyszłam z nim na prawie dwugodzinny spacer, zamykając wcześniej mieszkanie. 
Wróciłam, znienawidziłam poranny mróz i odstawiłam władcę mroku do domu, po czym ruszyłam na poszukiwania przystanku autobusowego.

Wróciłam do domu i kiedy przywitał mnie beżowy puchatek, uznałam, że równie dobrze mogę iść na kolejny dwugodzinny spacer.

Tym sposobem wyjechałam do laboratorium na kilka godzin, a do domu trafiłam ostatecznie koło dziesiątej rano dnia nastepnego.

Nieoczekiwane i spontaniczne sytuacje piszą moje życie dużo bardziej niż bym przypuszczała.

piątek, 1 listopada 2019

Soczek w misiu

Jako mały pyrek uwielbiałam pewne szczególne soczki. Nie pamiętam firmy i możliwe, że nie ma jej już na rynku, ale produkowała mocno polepszane cukrem soki w plastikowych butelkach w kształcie misiów. Sok był szczerze mówiąc średnio zdrowy. Dla mnie największą atrakcją były te misiowe butelki. Wszelkie kubki niekapki i inne ekstrawaganckie naczynia odeszły w zapomnienie. Kiedy poznałam misiowe butelki z dzióbkiem, piłam tylko z misiowych butelek z dzióbkiem.

Nie potrafiłam jeszcze dobrze składać zdań, ale moje nogi niosły mnie zawsze w kierunku tej butelki i kaset VHS. W czasach gdzie "ma" oznaczało mamę, "ba", oznaczało babcię, a "mmm" mogło oznaczać wszystko, "bibo" oznaczało butelkę w kształcie misia, wypełnioną dowolną substancją płynną. Nie rozstawałam się z nią, była moim drugim pluszakiem. Moja obsesja była tak silna, że w domu zawsze można było znaleźć zapas tych flaszek, na wypadek gdyby jakaś się zniszczyła, albo zapodziała na spacerze.

Pewnego dnia mama zostawiła mnie pod opieką ojca. Staruszek poszedł wyrównywać kafelki w łazience, a ja oglądałam "Teletubisie", albo inne odmóżdżające "Muminki". Zachciało mi się pić, ale mojemu opiekunowi hasło "bibo" było obce. Nie próbował nawet zrozumieć o co mi chodzi, więc sama wybrałam się na wyprawę po soczek.
Przedreptałam do kuchni, rozejrzałam się dookoła i zaczęłam otwierać szafki. Znalazłam tam wiele kolorowych i apetycznie wyglądających płynów, ale żaden z nich nie był umieszczony w butelce z misiem. Udało mi się również zlokalizować puste butelki, ale sama nie potrafiłam jeszcze niczego przelać. Nie dosięgałam też do blatu. W przypływie bezsilności przeszłam przez salon, wywaliłam orła przez zagięty róg dywanu, podniosłam się i potuptałam do łazienki.
- Bibo - oświadczyłam ojcu, który odpowiedział, że zaraz do mnie przyjdzie. To nie mogło czekać. Chciało mi się pić teraz, a jako mały glut-pasożyt nie potrafiłam kontrolować jeszcze w pełni procesów własnego organizmu.
Już miałam odejść z rezygnacją, by potłuc kilka szklanek, znajdujących się na stole, kiedy kątem oka zauważyłam moją butelkę z misiem. Leżała tuż za plecami tego wysokiego, co to nie potrafił zrozumieć podstaw. Bezczelny. Na pewno chciał zatrzymać cały soczek dla siebie. Zabrałam z oburzeniem butelkę i wróciłam na kanapę, obserwując jak napompowane postacie robią jakieś mało skoordynowane rzeczy na ekranie telewizora. Odetkałam dzióbek i już miałam się napić, kiedy mój własny ojciec, wpadając do pokoju jak tornado, wyrwał mi z ręki misio-butelkę, co wywołało mój oczywisty płacz.
Nie rozumiałam dlaczego ten człowiek tak mnie nienawidzi, ale wiedziałam, że wszystko powiem mamie. A przynajmniej postaram się powiedzieć za pomocą kilku sylab, które potrafiłam z siebie wykrztusić.

Ojciec tak naprawdę powinien bardziej się skupiać na obserwacji potomka płci żeńskiej, ale refleks miał odpowiedni. W butelce z misiem znajdował się jego płyn przeciwko pasożytom łazienkowym. Kolorem przypominał mój soczek, ale smak na pewno by mnie rozczarował.

Tylko mój rodziciel mógł wpaść na pomysł wlania silnie toksycznego środka do ulubionej butelki własnego dziecka i ani przez chwilę nie kwestionować tej decyzji.

Licznik sytuacji, w których potencjalnie mogłam zginąć: 5.

Małpki

Będąc małym kartoflem, odzianym w marynarskie ubranko i ostrzyżonym na chłopca, zostałam zawleczona do zoo przez ciotkę i dwie kuzynki. Od tamtej pory minęło już trochę czasu, ale są sytuacje o których nie sposób zapomnieć.
Na przykład o próbie wciągnięcia mnie do klatki przez stado kapucynek (takie małe małpki) i to na oczach moich opiekunów.

Moja ciocia, wraz ze swoimi latoroślami, które były już prawie pełnoletnie, zdecydowały, że zakazy są dla frajerów i napis "Proszę nie dokarmiać zwierząt" jest tylko sugestią, a nie faktycznym zarządzeniem.
Wręczyły mi więc kukurydzianego chrupka i pozwoliły nakarmić małpki. Chcąc być grzecznym, małym marynarzem, wykonałam polecenie, ale niestety moje krótkie rączki nie pozwalały mi dosięgnąć do krat zza barierek. Trudziłam się i sapałam, ale niczego to nie zmieniało. Ręka dalej była za krótka.


Wtedy to moja błyskotliwa i logicznie myśląca ciocia postanowiła chwycić mnie pod pachy i przełożyć przez ogrodzenie, żebym sobie mogła dosięgnąć do małpek i dać im tego kukurydzianego chrupka, którego dzielnie ściskałam w dłoni.

Ciocia zauważyła swój błąd, kiedy zorientowała się, że rączki kapucynek są dużo mniejsze i węższe, dzięki czemu bez problemu sięgały przez kraty tam, gdzie nie sięgała nawet bardzo mała ludzka kończyna. 
Małpki porwały chrupka, ale razem z nim porwały też moje marynarskie ubranko i bardzo ochoczo zaczęły wciągać mnie do środka. Nie wiem czy chciały mnie zjeść, czy tylko się pobawić, ale w tamtym momencie mało mnie to obchodziło. Kapucynki miały zamiar przeciągnąć mnie przez kraty i zrobić ze mnie frytki.
Moi opiekunowie, kiedy zobaczyli co się dzieje, próbowali po kawałku wydrzeć mnie z małych, zwierzęcych, bezlitosnych rączek.
Przechodzący obok ludzie musieli być zafascynowani widokiem trzech kobiet, walczących o wrzeszczące dziecko z Kapucynkami. Najlepsze przeciąganie liny na świecie. Żałuję, że w tamtym momencie nikt nie myślał o robieniu zdjęć, bo za to ujęcie dałabym wiele.
Ciocia wygrała ten pojedynek, ale tylko dlatego, że nie miałam długich włosów, ani rękawów.
Byłam bardzo szczęśliwa, że cioteczka nie wpadła na pomysł dokarmiania niedźwiedzi, bo finał mógłby być dużo bardziej treściwy. Zwłaszcza dla niedźwiedzia.

Tego samego dnia, w tym samym zoo opluła mnie jeszcze lama, a słoń, któremu powiedziałam bardzo ładny wierszyk o "Słoniu Trąbalskim", opryskał mnie wodą. Chyba poczuł się urażony. Kto by pomyślał, że zwierzęta nie mają dystansu i poczucia humoru.
Można śmiało powiedzieć, że to nie był mój dzień.

Licznik sytuacji, w których potencjalnie mogłam zginąć: 4.