Przygód Anonimki ciąg dalszy.
Czy ktoś oczekiwał?
Czy ktoś chciał?
Czy ktoś się spodziewał?
Niestety nikt tych pytań nie respektuje i niechciana sąsiadka pojawia się w moim życiu jak bardzo natrętna mucha, więc zdecydowałam, że nie będę cierpieć w samotności i zabiorę Was na tę fantastyczną przygodę ze sobą.
Moja siostra, posiadając stopień niepełnosprawności i chorując na epilepsję od trzeciego roku życia, ma bardzo utrudnioną komunikację. Jej głównym transportem jest wózek inwalidzki, udoskonalony o wyższe oparcie i stabilniejsze, szerzej rozstawione koła, oraz regulowany podnóżek, co ułatwia manipulację pojazdem podczas napadu, na który składa się pełen komplet razem z drgawkami, bezdechem, utratą przytomności i innymi atrakcjami.
Siostra bez wózka porusza się tylko po domu, co i tak bywa już wystarczająco niebezpieczne. Kiedy wychodzi na zewnątrz, wsiada na wózek, który zazwyczaj prowadzi osoba stojąca za nią. Mieszkamy na parterze, w szkole znajdują się windy, a droga nie jest wyboista, więc nie utrudnia jej to aż tak bardzo życia.
Co utrudnia jej życie, to uporczywi sąsiedzi, którzy nie mają pojęcia jak ciężko manewruje się pojazdem, który sam w sobie waży jakieś 40 kg.
Moja siostra, wracając od lekarza i usiłując wjechać samodzielnie na klatkę schodową (klatka ma dwie pary drzwi, bo jest podzielona na segment "przejściowy"), natrafiła na usiłującą opuścić blok Anonimkę z dwójką latorośli, wciśniętych jeden na drugiego do spacerówki typu "parasolka".
Co zrobiła Anonimka, spytacie?
Spieszę z odpowiedzią.
Anonimka widząc wjeżdżającą na wózku siostrę (była już na drugim segmencie i zostały jej do pokonania jedne drzwi), stanęła swoim ważącym cztery razy mniej wózkiem naprzeciwko niej i nakazała jej wycofać się na zewnątrz, żeby ona mogła przejechać i opuścić blok. Swój nakaz motywowała tym, że "jej się spieszy", oraz "jest starsza, więc ma pierwszeństwo".
Moja mama, która też znalazła się na klatce, usiłowała wytłumaczyć kobiecie, że dużo szybciej będzie, jeśli to ona wycofa się do schodów, pozwoli niepełnosprawnemu przejechać do mieszkania i pojedzie swoją drogą.
- Kiedy mnie się spieszy! - rzekła sąsiadka, niemal wjeżdżając w moją siostrę i zmuszając ją do niebezpiecznego manewru wózkiem i jazdy tyłem.
Nie muszę chyba wspominać, że nawet na normalnym wózku inwalidzkim jazda tyłem przy schodach nie jest najbezpieczniejszym pomysłem.
- Ona się nie wycofa, bo nie ma gdzie - powiedziała spokojnie moja mama, jakby próbowała wytłumaczyć kozie, że buty nie są do jedzenia - Przecież już by Pani dawno przejechała, jakby Pani zrobiła trzy kroki do tyłu tym wózkiem i nie stała na środku.
- Ale mi się spieszy przecież!
- To tym bardziej. Stanie na środku jak krowa na rowie nic nie da, bo ani Pani nie pojedzie, ani ona.
- Ja się nie dam obrażać! - powiedziała podniesionym głosem Anonimka, co zaowocowało uruchomieniem syreny w wózku, w postaci młodszego potomstwa - I jeszcze dzieci obudziła, jak zwykle! To zawsze jesteście Wy, zawsze! Dla takiego dziecka sen jest ważny, a Wy chyba macie frajdę z ich budzenia.
- One nawet nie spały... - zaczęła moja mama, przyglądając się upakowanym w spacerówce dzieciom.
Drzwi zewnętrzne otwarły się i do tłumku na klatce dołączył też sąsiad. Korek w przejściu uniemożliwił mu dalszą drogę, więc zapytał o co chodzi.
- Ona się nie chce cofnąć! - rzekła z oburzeniem Anonimka, na co mężczyzna wzruszył ramionami i odparł:
- Bo to Pani się powinna lekko cofnąć, dać dziecku przejechać i wtedy jechać. Prawa jazdy na wózek nie dają, ale też trzeba wiedzieć kto ma pierwszeństwo.
- Ona może wycofać. Jest zasada, że najpierw się wychodzi, a potem wchodzi.
- Tak, może w autobusach. Gdzie ona ma wykręcić? Całkiem na zewnątrz i po schodach? Pani cofa.
- Przecież ja nie będę młodszym ustępować, bo potem są tak nauczeni i nawet miejsca w autobusie nie ustąpią.
- No ma Pani racje, ta panienka raczej Pani miejsca nie ustąpi, chyba że jej Pani siądzie na kolanach - odparł mężczyzna i po wymamrotaniu pod nosem kilku słów, których nikt ani nie rozumiał, ani nie chciał zrozumieć, sąsiadka zrobiła łaskawie trzy kroki do tyłu.
Moja siostra wjechała do mieszkania, sąsiad przeszedł na schody, a królowa dramy wyjechała spacerówką na zewnątrz.
Cała operacja trwała jakieś 30 sekund, ale trzeba się było o nią wykłócić przez dwadzieścia minut, ponieważ tak się kobiecinie spieszyło.
Logiczne przecież.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
piątek, 7 lutego 2020
czwartek, 6 lutego 2020
Nieczyste zagranie mniejszego klona
- Gdyby matka widziała co jesz, dostałaby zawału - powiedział młody chłopak do swojego mniejszego klona, siedzącego przy tym samym stoliku, w pewnej znanej sieci barów szybkiej obsługi. Jeśli ta dwójka nie była rodzeństwem, to należało poinformować władze o nielegalnych eksperymentach na kodzie genetycznym. Termin "bliźnięta w różnym wieku" idealnie ich określał.
- Mhm - odparł nastolatek, wgryzając się w hamburgera.
- Ciebie to też kiedyś zabije, jesteś tego świadomy? - kontynuował starszy chłopak.
- To jest zdrowe... kinda.
- Że co? W którym miejscu?
- Tak ogólnie.
- Wskaż mi proszę palcem w którym miejscu to jest zdrowe.
Młodszy klon przewrócił oczami i wskazując na saszetkę ketchupu, rzekł:
- Pomidory.
- Pomidory mówisz? - odparł starszy z braci i biorąc do ręki saszetkę, zaczął czytać - "koncentrat pomidorowy (30%), woda, cukier, ocet, skrobia modyfikowana, błonnik, sól, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), substancja konserwująca (benzoesan sodu), tymianek, oregano". Tyle w tym pomidorów, co w majonezie z marketu jajek.
- Mięsko - kontynuował młodszy chłopak, szturchając hamburgera palcem - Mięsko to białko, a ja potrzebuję białka, żeby rosnąć.
- W tym "mięsku" jest mniej właściwego mięsa niż tych pomidorów w ketchupie. Chyba, że mięsem nazywasz skóry, rogi, pazury i wszystko co nie sprzedało się u rzeźnika.
- Pieczywo.
- Białe, nadmuchane, same węglowodany, sól i cukier. Bez wartości.
- Sałata. Błonnik, minerały.
- W tym zdechłym listku? Może w tym plasterku ogórka też jest Twoim zdaniem dzienne zapotrzebowanie na witaminy?
- Ziemniaczki - powiedział mniejszy klon, wskazując na frytki.
- Zabite smażeniem w głębokim tłuszczu. Chociaż wody byś się do tego napił, zamiast w siebie ładować więcej cukru.
- Kiedy dokładnie straciłeś radość życia?
- Ciało masz jedno, im szybciej o nie zadbasz, tym dłużej Ci posłuży.
- Będę o tym myślał, jak już będę stary i zgorzkniały, jak Ty.
- Mam ochotę donieść na Ciebie dziadkom - powiedział starszy chłopak, krzyżując ręce i opierając się na krześle.
- Proszę bardzo - odparł młodszy z braci, wykonując ten sam gest - Ja chętnie im opowiem jak się pilnie uczyłeś z korepetytorką od niemieckiego w salonie na tapczanie.
- ...
- Dalej nie wiedzą, co? - uśmiechnął się młody - Jak na ilość godzin tych korepetycji, to jakoś Ci nie idzie poprawianie tych ocen. Może dziadkowie będą wiedzieć dlaczego. To co, dzwonimy teraz?
- Odłóż ten telefon i jedz, bo Ci frytki wystygną - odparł starszy chłopak, odbierając młodszemu telefon i kładąc urządzenie na boku.
Zagranie poniżej pasa, ale 1:0 dla mniejszego klona.
- Mhm - odparł nastolatek, wgryzając się w hamburgera.
- Ciebie to też kiedyś zabije, jesteś tego świadomy? - kontynuował starszy chłopak.
- To jest zdrowe... kinda.
- Że co? W którym miejscu?
- Tak ogólnie.
- Wskaż mi proszę palcem w którym miejscu to jest zdrowe.
Młodszy klon przewrócił oczami i wskazując na saszetkę ketchupu, rzekł:
- Pomidory.
- Pomidory mówisz? - odparł starszy z braci i biorąc do ręki saszetkę, zaczął czytać - "koncentrat pomidorowy (30%), woda, cukier, ocet, skrobia modyfikowana, błonnik, sól, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), substancja konserwująca (benzoesan sodu), tymianek, oregano". Tyle w tym pomidorów, co w majonezie z marketu jajek.
- Mięsko - kontynuował młodszy chłopak, szturchając hamburgera palcem - Mięsko to białko, a ja potrzebuję białka, żeby rosnąć.
- W tym "mięsku" jest mniej właściwego mięsa niż tych pomidorów w ketchupie. Chyba, że mięsem nazywasz skóry, rogi, pazury i wszystko co nie sprzedało się u rzeźnika.
- Pieczywo.
- Białe, nadmuchane, same węglowodany, sól i cukier. Bez wartości.
- Sałata. Błonnik, minerały.
- W tym zdechłym listku? Może w tym plasterku ogórka też jest Twoim zdaniem dzienne zapotrzebowanie na witaminy?
- Ziemniaczki - powiedział mniejszy klon, wskazując na frytki.
- Zabite smażeniem w głębokim tłuszczu. Chociaż wody byś się do tego napił, zamiast w siebie ładować więcej cukru.
- Kiedy dokładnie straciłeś radość życia?
- Ciało masz jedno, im szybciej o nie zadbasz, tym dłużej Ci posłuży.
- Będę o tym myślał, jak już będę stary i zgorzkniały, jak Ty.
- Mam ochotę donieść na Ciebie dziadkom - powiedział starszy chłopak, krzyżując ręce i opierając się na krześle.
- Proszę bardzo - odparł młodszy z braci, wykonując ten sam gest - Ja chętnie im opowiem jak się pilnie uczyłeś z korepetytorką od niemieckiego w salonie na tapczanie.
- ...
- Dalej nie wiedzą, co? - uśmiechnął się młody - Jak na ilość godzin tych korepetycji, to jakoś Ci nie idzie poprawianie tych ocen. Może dziadkowie będą wiedzieć dlaczego. To co, dzwonimy teraz?
- Odłóż ten telefon i jedz, bo Ci frytki wystygną - odparł starszy chłopak, odbierając młodszemu telefon i kładąc urządzenie na boku.
Zagranie poniżej pasa, ale 1:0 dla mniejszego klona.
środa, 5 lutego 2020
Kopiowany Labrador
Kiedy jeszcze pracowałam dorywczo w klinice weterynaryjnej (jako technik, ewentualnie sekretarka), ktoś ze znajomych spytał mnie co jest najgorsze w tej pracy, ponieważ znał plusy i chciałby również wziąć pod uwagę minusy, zanim sam zdecyduje się na taką fuchę.
- Ludzie - powiedziałam.
- Nie no, ale poważnie - odparł - Krew, mięso, zapach, godziny pracy, to że trzeba czasem dźwigać i długo stać? Co?
- Ludzie - powtórzyłam - Najgorsi są niektórzy właściciele.
Wytłumaczyłam koledze co dokładnie miałam na myśli. Klienci stanowili psychiczny ciężar zarówno dla lekarzy, jak i dla pomocy, oraz asystentów, kręcących się po obiekcie. Oczywiście większość właścicieli, którzy odwiedzali klinikę byli bardzo dobrymi opiekunami, albo ich ewentualne błędy wynikały z niewiedzy i chętnie przyjmowali do siebie wszelkie rady lekarzy.
Istniał jednak odsetek ludzi, którzy niszczyli mózgi personelu bardziej niż wlewy z kwasu solnego do zatok.
Dzisiejsza historia będzie właśnie o takim człowieku.
W godzinach wieczornych do kliniki zadzwonił mężczyzna, który chciał umówić się na przyspieszoną wizytę jeszcze tego samego dnia. Telefon odebrała moja koleżanka, jako że ja kończyłam wtedy sterylizację narzędzi po asyście przy zabiegu chirurgicznym. Był to ostatni umówiony zabieg tego dnia.
Dziewczyna usiłowała wyjaśnić rozmówcy, że jeśli wizyta nie jest pilna i nie chodzi o zagrożenie życia, lub zdrowia w stopniu znacznym, to klinika nie przyjmuje pacjentów z marszu, a najbliższy wolny termin mógł być umówiony dwa dni później. Mężczyzna po drugiej stronie tłumaczył, że nie wie czy to pilna sprawa, ale raczej tak, ponieważ jego szczeniak mocno krwawi z uszu. Po tych słowach obsługująca telefon dziewczyna kazała człowiekowi spakować psa, unieruchomić jego głowę i natychmiast przyjechać. Niestety mężczyzna rozłączył się i dalsze przeprowadzenie wywiadu było niemożliwe. Lekarz został poinformowany o nagłym przypadku z podejrzeniem urazu głowy, lub powypadkowym i próbując ponownie nawiązać połączenie, czekaliśmy na rozwój wydarzeń.
Niecałą godzinę później do kliniki zawitał mężczyzna z zakrwawionym Labradorem na rękach. Psie dziecko miało na oko jakieś cztery miesiące życia i potwornie piszczało. Wywiad z właścicielem był przeprowadzany w biegu, w drodze do gabinetu. Schemat wyglądał tak, że zaznaczano na "ankietach" odpowiednie okienka, następnie wpisywano je do komputera i wysyłano z naszej stacji w poczekalni wprost do komputera lekarza, znajdującego się w jego gabinecie. W tym wypadku nie było na to czasu i weterynarz musiał zadowolić się papierową listą.
- Czy pies uległ wypadkowi? - zapytała koleżanka, kiedy ja rozkładałam standardowe przybory na stole i dezynfekowałam kozetkę. Szykował się pilny zabieg i byłam nastawiona na to, że lekarz podejmie się operacji jeszcze tego samego dnia.
- Nie - odpowiedział właściciel psiaka, zagłuszając jego skomlenie.
- Pogryzło go inne zwierzę?
- Nie.
- Wie pan co mogło się stać i dlaczego szczeniak krwawi z uszu?
- No, tak jakby mogę wiedzieć...
- To znaczy? Potrzebujemy konkretów, żeby mu pomóc.
- To niech tam pani zaznaczy "uraz mechaniczny".
- Czy widział pan moment w którym wystąpił uraz?
- Tak.
- Czy urazowi mogła ulec również głowa, szyja lub odcinek kręgosłupa?
- Nie, to tylko z uszu się leje.
- To właściwie dużo lepsza wiadomość. Co się dokładnie stało?
- Będę dalej rozmawiał tylko z lekarzem - rzucił oburzony mężczyzna.
- Wywiad jest bardzo ważny właśnie dla lekarza. To przyspiesza diagnozę i tym samym leczenie - odparła druga technik.
- Ja wiem co mu się stało i będę rozmawiał tylko z lekarzem - wycedził człowiek w tym samym momencie, w którym do gabinetu wparował doktor, przejmując wypełnioną do połowy ankietę.
- Matko, co mu się stało? - spytał weterynarz, zakładając rękawiczki i przyglądając się krwawiącym uszom.
- A one tu muszą być? - spytał właściciel, wskazując głową w moim kierunku.
- To jest personel, który mi pomaga, żeby wszystko przebiegło szybciej. Im szybciej wszystko przebiegnie, tym krócej zwierzątko będzie cierpiało. Chyba panu na tym zależy, prawda?
- Czyli muszą?
- Czyli muszą. Co się stało psu w uszy i dlaczego to wygląda jakby zostały obcięte?
- Skąd te przypuszczenia?
- Rana nie jest szarpana, tylko cięta. Na obu uszach w tej samej linii. Psa trzeba będzie znieczulić i zszyć pod narkozą, ale potrzebuję informacji o tym co się stało.
- Nic się nie stało, jeny. Kopiowane miał, tylko trochę zaczął krwawić - odpowiedział właściciel i trzymając w dłoni igłotrzymacz, odwróciłam się powoli w stronę mężczyzny. Niezręczna cisza jaka zapanowała w gabinecie, przerywana tylko piskami psa, uświadomiła mi, że nie tylko ja nie dowierzałam temu, co usłyszałam.
- Kopiowanie uszu u Labradora?! - przemówił lekarz, zabierając szczeniaka na kozetkę i biorąc do ręki strzykawkę.
- No tak. Sąsiad ma podobnego i mu stoją, to chciałem, żeby mojemu też stały. Żeby groźniej wyglądał. Popytałem specjalistów w okolicy i się okazało, że kopiowanie stawia uszy.
- A Ci specjaliści to gdzie mają gabinet? - spytał lekarz.
- Nie w gabinecie, bo to ktoś prywatnie robił.
- Jak prywatnie?
- No w domu normalnie, ale wszystko sterylne było. Narzędzia, wszystko, żeśmy najpierw spirytusem dobrze polali.
- Pan kopiował temu psu uszy w domu?
- Nie ja, tylko ktoś, kto się na tym zna. Świnie u sąsiadów też kastrował i wszystko się ładnie zagoiło. Tylko ten w histerię wpadł i nie dał sobie opatrunku założyć.
- Jakie dostał znieczulenie?
- Co?
- Znieczulenie. Jakie dostał? Co w strzykawce było.
- Ale on nie dostał znieczulenia.
Lekarz wziął głębszy wdech, spojrzał z powagą na mężczyznę, jakby ten odebrał mu ostatnie okruchy wiary w ludzkość i rzekł:
- Mam rozumieć, że ktoś ciął mu uszy na żywca?
- No... tak. To chwila przecież.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam ochoty wykastrować mężczyzny (odpowiednio wysterylizowanymi narzędziami) z zaskoczenia i po wszystkim powiedzieć mu, że to przecież była chwila i ma nie histeryzować.
Tego jednak zrobić nie mogłam. Mogłam tylko miotać piorunami z oczu i podawać lekarzowi to, o co akurat prosił.
Szczeniak otrzymał opiekę, ale po zabiegu, kiedy właściciel spodziewał się wybudzenia psiaka i zabrania go do domu, weterynarz wziął go na bok, wydrukował mu Ustawę o Ochronie Zwierząt (DZ.U.2011,nr 230, poz.1373) i kazał czytać na głos art. 6, pkt. 1.
- "Umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub doświadczenia na zwierzęciu, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie);” - przeczytał mężczyzna.
- Wie pan co to dla pana oznacza? - zapytał weterynarz głosem ojca, który ma zamiar srogo ukarać syna.
- Ale skąd ja miałem wiedzieć, że nie wolno?
- To oznacza, że dopuścił się pan złamania prawa w sprawie znęcania się nad zwierzętami.
- Ale skąd miałem wiedzieć?!
- Przed dokonaniem zabiegu chirurgicznego w warunkach domowych przez samozwańczego specjalistę raczej sprawdza się takie rzeczy. Trzydzieści sekund googlowania. To jakby pan sobie zasadził plantację marihuany i był zdziwiony, że nie wolno.
- Ale przecież ja źle nie chciałem. To co ja mam teraz zrobić? Przecież policję o durnego psa nie wezwiecie, nie?
- Złamał pan prawo, więc owszem policja zostanie poinformowana o "durnym psie". Moim zdaniem jest tutaj przypadek szczególnego okrucieństwa ze względu na fakt, że "zabieg", jeśli można tak to nazwać, wykonany został bez narkozy i środków znieczulających.
- Ale nie no, panie doktorze dogadamy się przecież. Jak ludzie.
- Obawiam się, że nie - odparł lekarz - Powiem panu jednak co pan może zrobić, żeby odrobinę załagodzić sytuację. Chociaż wyjaśnień na policji i prawdopodobnego sądu pan nie uniknie.
- To co mam zrobić?
- Ma pan więcej psów w domu?
- Nie.
- Na pewno? Kłamanie w tej sytuacji działa na pana szkodę.
- Na pewno nie mam!
- Najlepiej pan zrobi jeśli podpisze pan zrzeczenie się psa i pokryje koszty jego leczenia. Sąd może, aczkolwiek nie musi życzliwiej spojrzeć na kogoś kto zrobił zwierzęciu krzywdę świadomie, ale dąży do poprawy.
- Dobra, bier go pan w cholerę. Tylko kłopotów mi kundel narobił. Przecież wszyscy kopiują i nic się nie dzieje.
- Możliwe. Możliwe, że wszyscy hodują też maryśkę w piwnicy, ale to nie znaczy, że tak wolno.
- Ale bez policji drogi panie. Co pan powie, to ja zrobię, ale bez policji.
- Niestety, ale mam obowiązek poinformować wyższe organy w tej sytuacji.
- Ale dogadajmy się. Może pieniężnie coś się da zadziałać.
- Jeśli pan proponuje łapówkę, to udam, że tego nie słyszałem. Pieniężnie może pan załatwić tylko opłacenie leczenia psa.
Labrador finalnie otrzymał pomoc i leczenie przebiegło pomyślnie.
Poprzedni właściciel zrzekł się psa i zapłacił za jego leczenie.
Psiak trafił pod skrzydła zaprzyjaźnionego z kliniką domu tymczasowego. Niestety nie wiem czy znalazł dom na stałe, ale wiem, że cała sytuacja na szczęście nie odebrała mu zaufania w stosunku do ludzi. Na kontrolach był bardzo wesołym, małym psim dzieckiem.
Były opiekun "wydał" policji "specjalistę", który podjął się zabiegu i okazało się, że taka praktyka była u tego pana normą. Z tego co mówił nam lekarz, pomimo jego zeznań i nacisku na potrzebę ukarania obu panów, jeden z nich dostał karę grzywny w wysokości nieprzekraczającej tysiąca złotych, a drugi musiał wpłacić na wyznaczone schronisko, czy fundację dość śmieszną kwotę.
Gdyby nie nacisk weterynarza, zapewne kara byłaby jeszcze niższa, lub skończyłoby się na pouczeniu.
Tego jednak wiedzieć nie mogę i pozostaje mi tylko gdybać.
Co wiadomo na pewno, to to, że ex-właściciel zmienił swoją wersję zdarzeń z "chciałem, żeby pies wyglądał groźniej, tak jak pies sąsiadów", na "słyszałem, że to dla zdrowia i mi polecono, żeby nie miał grzyba w uszach i był większy przewiew".
To wszystko z troski.
Na koniec deser.
Jeśli ktoś jest ciekawy jak wyglądał pies, do którego mężczyzna chciał upodobnić swojego Labradora, to był to Biały Owczarek Szwajcarski (lub pies w typie, zbliżony wyglądem), któremu uszy stoją naturalnie i bez kopiowania.
Gość twierdził, że psy były bardzo podobne i wierzył, że mogą być z tej samej rasy, lub być spokrewnione, bo "podobnie im z pyska patrzyło".
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale przypomniała mi się po tym jak zobaczyłam przez szybę w autobusie Dobermana z opatrunkiem na uszach, typowym dla tego po kopiowaniu (uszy postawione, złączone bandażem, ktokolwiek widział nie pomyli tego z niczym) i zakuło mnie serce.
Dla tego psiaka finał był radosny, ale obawiam się, że nie dla wszystkich czworonogów w takiej sytuacji los był łaskawy.
- Ludzie - powiedziałam.
- Nie no, ale poważnie - odparł - Krew, mięso, zapach, godziny pracy, to że trzeba czasem dźwigać i długo stać? Co?
- Ludzie - powtórzyłam - Najgorsi są niektórzy właściciele.
Wytłumaczyłam koledze co dokładnie miałam na myśli. Klienci stanowili psychiczny ciężar zarówno dla lekarzy, jak i dla pomocy, oraz asystentów, kręcących się po obiekcie. Oczywiście większość właścicieli, którzy odwiedzali klinikę byli bardzo dobrymi opiekunami, albo ich ewentualne błędy wynikały z niewiedzy i chętnie przyjmowali do siebie wszelkie rady lekarzy.
Istniał jednak odsetek ludzi, którzy niszczyli mózgi personelu bardziej niż wlewy z kwasu solnego do zatok.
Dzisiejsza historia będzie właśnie o takim człowieku.
W godzinach wieczornych do kliniki zadzwonił mężczyzna, który chciał umówić się na przyspieszoną wizytę jeszcze tego samego dnia. Telefon odebrała moja koleżanka, jako że ja kończyłam wtedy sterylizację narzędzi po asyście przy zabiegu chirurgicznym. Był to ostatni umówiony zabieg tego dnia.
Dziewczyna usiłowała wyjaśnić rozmówcy, że jeśli wizyta nie jest pilna i nie chodzi o zagrożenie życia, lub zdrowia w stopniu znacznym, to klinika nie przyjmuje pacjentów z marszu, a najbliższy wolny termin mógł być umówiony dwa dni później. Mężczyzna po drugiej stronie tłumaczył, że nie wie czy to pilna sprawa, ale raczej tak, ponieważ jego szczeniak mocno krwawi z uszu. Po tych słowach obsługująca telefon dziewczyna kazała człowiekowi spakować psa, unieruchomić jego głowę i natychmiast przyjechać. Niestety mężczyzna rozłączył się i dalsze przeprowadzenie wywiadu było niemożliwe. Lekarz został poinformowany o nagłym przypadku z podejrzeniem urazu głowy, lub powypadkowym i próbując ponownie nawiązać połączenie, czekaliśmy na rozwój wydarzeń.
Niecałą godzinę później do kliniki zawitał mężczyzna z zakrwawionym Labradorem na rękach. Psie dziecko miało na oko jakieś cztery miesiące życia i potwornie piszczało. Wywiad z właścicielem był przeprowadzany w biegu, w drodze do gabinetu. Schemat wyglądał tak, że zaznaczano na "ankietach" odpowiednie okienka, następnie wpisywano je do komputera i wysyłano z naszej stacji w poczekalni wprost do komputera lekarza, znajdującego się w jego gabinecie. W tym wypadku nie było na to czasu i weterynarz musiał zadowolić się papierową listą.
- Czy pies uległ wypadkowi? - zapytała koleżanka, kiedy ja rozkładałam standardowe przybory na stole i dezynfekowałam kozetkę. Szykował się pilny zabieg i byłam nastawiona na to, że lekarz podejmie się operacji jeszcze tego samego dnia.
- Nie - odpowiedział właściciel psiaka, zagłuszając jego skomlenie.
- Pogryzło go inne zwierzę?
- Nie.
- Wie pan co mogło się stać i dlaczego szczeniak krwawi z uszu?
- No, tak jakby mogę wiedzieć...
- To znaczy? Potrzebujemy konkretów, żeby mu pomóc.
- To niech tam pani zaznaczy "uraz mechaniczny".
- Czy widział pan moment w którym wystąpił uraz?
- Tak.
- Czy urazowi mogła ulec również głowa, szyja lub odcinek kręgosłupa?
- Nie, to tylko z uszu się leje.
- To właściwie dużo lepsza wiadomość. Co się dokładnie stało?
- Będę dalej rozmawiał tylko z lekarzem - rzucił oburzony mężczyzna.
- Wywiad jest bardzo ważny właśnie dla lekarza. To przyspiesza diagnozę i tym samym leczenie - odparła druga technik.
- Ja wiem co mu się stało i będę rozmawiał tylko z lekarzem - wycedził człowiek w tym samym momencie, w którym do gabinetu wparował doktor, przejmując wypełnioną do połowy ankietę.
- Matko, co mu się stało? - spytał weterynarz, zakładając rękawiczki i przyglądając się krwawiącym uszom.
- A one tu muszą być? - spytał właściciel, wskazując głową w moim kierunku.
- To jest personel, który mi pomaga, żeby wszystko przebiegło szybciej. Im szybciej wszystko przebiegnie, tym krócej zwierzątko będzie cierpiało. Chyba panu na tym zależy, prawda?
- Czyli muszą?
- Czyli muszą. Co się stało psu w uszy i dlaczego to wygląda jakby zostały obcięte?
- Skąd te przypuszczenia?
- Rana nie jest szarpana, tylko cięta. Na obu uszach w tej samej linii. Psa trzeba będzie znieczulić i zszyć pod narkozą, ale potrzebuję informacji o tym co się stało.
- Nic się nie stało, jeny. Kopiowane miał, tylko trochę zaczął krwawić - odpowiedział właściciel i trzymając w dłoni igłotrzymacz, odwróciłam się powoli w stronę mężczyzny. Niezręczna cisza jaka zapanowała w gabinecie, przerywana tylko piskami psa, uświadomiła mi, że nie tylko ja nie dowierzałam temu, co usłyszałam.
- Kopiowanie uszu u Labradora?! - przemówił lekarz, zabierając szczeniaka na kozetkę i biorąc do ręki strzykawkę.
- No tak. Sąsiad ma podobnego i mu stoją, to chciałem, żeby mojemu też stały. Żeby groźniej wyglądał. Popytałem specjalistów w okolicy i się okazało, że kopiowanie stawia uszy.
- A Ci specjaliści to gdzie mają gabinet? - spytał lekarz.
- Nie w gabinecie, bo to ktoś prywatnie robił.
- Jak prywatnie?
- No w domu normalnie, ale wszystko sterylne było. Narzędzia, wszystko, żeśmy najpierw spirytusem dobrze polali.
- Pan kopiował temu psu uszy w domu?
- Nie ja, tylko ktoś, kto się na tym zna. Świnie u sąsiadów też kastrował i wszystko się ładnie zagoiło. Tylko ten w histerię wpadł i nie dał sobie opatrunku założyć.
- Jakie dostał znieczulenie?
- Co?
- Znieczulenie. Jakie dostał? Co w strzykawce było.
- Ale on nie dostał znieczulenia.
Lekarz wziął głębszy wdech, spojrzał z powagą na mężczyznę, jakby ten odebrał mu ostatnie okruchy wiary w ludzkość i rzekł:
- Mam rozumieć, że ktoś ciął mu uszy na żywca?
- No... tak. To chwila przecież.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam ochoty wykastrować mężczyzny (odpowiednio wysterylizowanymi narzędziami) z zaskoczenia i po wszystkim powiedzieć mu, że to przecież była chwila i ma nie histeryzować.
Tego jednak zrobić nie mogłam. Mogłam tylko miotać piorunami z oczu i podawać lekarzowi to, o co akurat prosił.
Szczeniak otrzymał opiekę, ale po zabiegu, kiedy właściciel spodziewał się wybudzenia psiaka i zabrania go do domu, weterynarz wziął go na bok, wydrukował mu Ustawę o Ochronie Zwierząt (DZ.U.2011,nr 230, poz.1373) i kazał czytać na głos art. 6, pkt. 1.
- "Umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub doświadczenia na zwierzęciu, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie);” - przeczytał mężczyzna.
- Wie pan co to dla pana oznacza? - zapytał weterynarz głosem ojca, który ma zamiar srogo ukarać syna.
- Ale skąd ja miałem wiedzieć, że nie wolno?
- To oznacza, że dopuścił się pan złamania prawa w sprawie znęcania się nad zwierzętami.
- Ale skąd miałem wiedzieć?!
- Przed dokonaniem zabiegu chirurgicznego w warunkach domowych przez samozwańczego specjalistę raczej sprawdza się takie rzeczy. Trzydzieści sekund googlowania. To jakby pan sobie zasadził plantację marihuany i był zdziwiony, że nie wolno.
- Ale przecież ja źle nie chciałem. To co ja mam teraz zrobić? Przecież policję o durnego psa nie wezwiecie, nie?
- Złamał pan prawo, więc owszem policja zostanie poinformowana o "durnym psie". Moim zdaniem jest tutaj przypadek szczególnego okrucieństwa ze względu na fakt, że "zabieg", jeśli można tak to nazwać, wykonany został bez narkozy i środków znieczulających.
- Ale nie no, panie doktorze dogadamy się przecież. Jak ludzie.
- Obawiam się, że nie - odparł lekarz - Powiem panu jednak co pan może zrobić, żeby odrobinę załagodzić sytuację. Chociaż wyjaśnień na policji i prawdopodobnego sądu pan nie uniknie.
- To co mam zrobić?
- Ma pan więcej psów w domu?
- Nie.
- Na pewno? Kłamanie w tej sytuacji działa na pana szkodę.
- Na pewno nie mam!
- Najlepiej pan zrobi jeśli podpisze pan zrzeczenie się psa i pokryje koszty jego leczenia. Sąd może, aczkolwiek nie musi życzliwiej spojrzeć na kogoś kto zrobił zwierzęciu krzywdę świadomie, ale dąży do poprawy.
- Dobra, bier go pan w cholerę. Tylko kłopotów mi kundel narobił. Przecież wszyscy kopiują i nic się nie dzieje.
- Możliwe. Możliwe, że wszyscy hodują też maryśkę w piwnicy, ale to nie znaczy, że tak wolno.
- Ale bez policji drogi panie. Co pan powie, to ja zrobię, ale bez policji.
- Niestety, ale mam obowiązek poinformować wyższe organy w tej sytuacji.
- Ale dogadajmy się. Może pieniężnie coś się da zadziałać.
- Jeśli pan proponuje łapówkę, to udam, że tego nie słyszałem. Pieniężnie może pan załatwić tylko opłacenie leczenia psa.
Labrador finalnie otrzymał pomoc i leczenie przebiegło pomyślnie.
Poprzedni właściciel zrzekł się psa i zapłacił za jego leczenie.
Psiak trafił pod skrzydła zaprzyjaźnionego z kliniką domu tymczasowego. Niestety nie wiem czy znalazł dom na stałe, ale wiem, że cała sytuacja na szczęście nie odebrała mu zaufania w stosunku do ludzi. Na kontrolach był bardzo wesołym, małym psim dzieckiem.
Były opiekun "wydał" policji "specjalistę", który podjął się zabiegu i okazało się, że taka praktyka była u tego pana normą. Z tego co mówił nam lekarz, pomimo jego zeznań i nacisku na potrzebę ukarania obu panów, jeden z nich dostał karę grzywny w wysokości nieprzekraczającej tysiąca złotych, a drugi musiał wpłacić na wyznaczone schronisko, czy fundację dość śmieszną kwotę.
Gdyby nie nacisk weterynarza, zapewne kara byłaby jeszcze niższa, lub skończyłoby się na pouczeniu.
Tego jednak wiedzieć nie mogę i pozostaje mi tylko gdybać.
Co wiadomo na pewno, to to, że ex-właściciel zmienił swoją wersję zdarzeń z "chciałem, żeby pies wyglądał groźniej, tak jak pies sąsiadów", na "słyszałem, że to dla zdrowia i mi polecono, żeby nie miał grzyba w uszach i był większy przewiew".
To wszystko z troski.
Na koniec deser.
Jeśli ktoś jest ciekawy jak wyglądał pies, do którego mężczyzna chciał upodobnić swojego Labradora, to był to Biały Owczarek Szwajcarski (lub pies w typie, zbliżony wyglądem), któremu uszy stoją naturalnie i bez kopiowania.
Gość twierdził, że psy były bardzo podobne i wierzył, że mogą być z tej samej rasy, lub być spokrewnione, bo "podobnie im z pyska patrzyło".
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale przypomniała mi się po tym jak zobaczyłam przez szybę w autobusie Dobermana z opatrunkiem na uszach, typowym dla tego po kopiowaniu (uszy postawione, złączone bandażem, ktokolwiek widział nie pomyli tego z niczym) i zakuło mnie serce.
Dla tego psiaka finał był radosny, ale obawiam się, że nie dla wszystkich czworonogów w takiej sytuacji los był łaskawy.
wtorek, 4 lutego 2020
Kolorowych karteczek ciąg dalszy
Pod postem "Niedzielne porządki i ważna informacja Anonimki", znalazł się pewien złoty komentarz, który sugerował, że może warto przekonać Anonimkę, że nie ona jedna otrzymała złe, szatańskie karteczki, wysysające duszę i zarażające koronawirusem.
Pomysł przypadł mi do gustu i zupełnym przypadkiem w skrzynkach wszystkich mieszkańców (w tym również mojej) znalazł się jeden komplet karteczek, po jednym paseczku z każdego języka. Wiem o tym, ponieważ zauważyłam prześwitujące kolorki przez dziurki w skrzynce. Nie żebym ja miała z tym cokolwiek wspólnego...
Wieczorkiem, kiedy zauważyłam ubytek znajomych kolorów w skrzynkach, przeszłam się po sąsiadach ze swoim plikiem i zaproponowałam odwiedziny u pani, która dostała karteczki jako pierwsza. Z piętnastu ludzi zgodziły się cztery, w tym dwóch osobników, którzy również mieli z Anonimką pewien konflikt przestrzeni osobistej. Reszta sąsiadów po prostu potraktowała karteczki jako żart, czy typowe ulotki o niczym, zignorowała je i pozbyła się śmieci w oczywisty sposób.
Bardzo racjonalne podejście.
Były też osoby, które uznały cytat za bardzo życiowy i zrobiły sobie z niego zakładkę do książki, także dobry uczynek dnia zaliczony.
Znaczy temu, kto to zrobił, a co pozostaje dla nas zagadką...
W piątkę zapukaliśmy więc do drzwi niewiasty, która mogła znać tajemnicę magicznych cytatów i kiedy otworzyła drzwi, odparliśmy iż przybyliśmy na wezwanie zawarte w jej pełnej troski wiadomości, która niestety zniknęła z tablicy korkowej.
Widząc w składzie poszkodowanych przeważającą większość wrogów, kobieta omal nie zatrzasnęła nam drzwi przed nosem, ale finalnie zdecydowała się porozmawiać. Rozmowa przebiegała mniej więcej w ten sposób:
- To więcej osób to dostało, a kiedy? - spytała, przyglądając się uważnie mnie i dzierżonym przeze mnie karteczkom.
- Nie wiem kiedy, ale skrzynkę dzisiaj czyściłem - odparł sąsiad - Ty się lepiej przyznaj, że to Tobie się znowu nudziło i zamiast jakiś pierdół o ciszy nocnej, powrzucałaś ludziom do skrzynek to.
- Przecież ja to dostałam pierwsza!
- Licho Cię wie. Może dla niepoznaki, żeby Cię nikt nie podejrzewał. Jakoś dziwne, że cała reszta dostała w jednym czasie, a Ty wcześniej - rzucił drugi sąsiad i przytaknęłam żywo głową.
- To po co bym resztę ostrzegała!
- Dla niepoznaki i uwagi, bo jak się wokół Ciebie nic nie kręci, to dostajesz sraczki i musisz wszystkich dookoła zaczepiać o takie pierdoły, że normalny człowiek, który ma co robić, by ich nawet nie zauważył.
- To jest już szczyt! Przecież to ona zrobiła! - rzekła podniesionym głosem Anonimka, wskazując na mnie palcem.
- Ja? - spytałam z niedowierzaniem - Przysięgam, że to nie ja. Nigdy bym nie wpadła na taki pomysł. No i też mam te karteczki - odparłam i było to prawdą. To nie ja zapchałam Anonimce skrzynkę, balkon i wycieraczkę. Ja dowiedziałam się o tym po czasie i nie mogłam już winowajcy powstrzymać... kimkolwiek był ten rudy zorro.
- Ta pani tu akurat mieszka od lat i żadnych problemów nie było - poparł mnie sąsiad - To z Tobą są wieczne konflikty, odkąd się wprowadziłaś. To Ci nie pasuje, tamto Ci nie pasuje, tu niby pies szczeka, gdzie ja tu mieszkam od pięciu lat i ani razu tego psa nie słyszałem, tu że sprzątaczki źle sprzątają, tu że źle pomalowane dookoła drzwi, zawsze jest coś.
- Jasne, że kółeczko wzajemnej adoracji i uprzeć się na nową! - rzekła Anonimka - Tylko to moje dzieci się budzą w nocy jak drzwi trzaskają, albo psy szczekają.
- Nie mieszkasz na parterze, żeby Ci trzaskanie drzwi przeszkadzało, a szczeka to Tobie w głowie - odezwała się kobieta z drugiego piętra.
- I oczywiście mnie jednej przeszkadza to, że NIEKTÓRZY robią burdel z mieszkania i wszystko się tam dzieje? Jakieś zbiorowiska satanistyczne, jakieś zboczeństwa, jakieś obrzydliwe rzeczy... narkotyki nawet!
- A gdzie tak się dzieje? - spytałam z pełną powagą. Mysz byłaby dumna z mojej pokerowej twarzy.
- Jeszcze będziesz się może wypierać?!
- Nie za bardzo mam czego.
- Czyli się przyznajesz!
- Ale do czego?
- Do tego co mówiłam przed chwilą!
- Nie.
- To będziesz się wypierać?
- Nie za bardzo mam czego. Ta rozmowa się chyba zapętla, a my tu przyszliśmy w sprawie karteczek. Bo mi to się wydaje, że to albo jest przepis na jakieś orientalne danie, albo można na przykład sprawdzić czy to nie jest... bo ja wiem... to samo zdanie co po polsku, tylko w innych językach, albo inna taka mądrość. Z długości podobne.
- A może Ty wiesz, bo sama je robiłaś?
- Nie. Tak na logikę biorąc, to ma to sens. Ale zastanawiające jest dlaczego do Pani pierwszej przyszło.
- Bo do mnie to wrzuciłaś, a potem reszcie.
- A mnie się wydaje, że to Twoja sprawka jednak, albo ktoś życzliwy miał w końcu dość i Ci się odgryzł za te wszystkie pierdoły, którymi się zajmujesz, a które Cię nie powinny obchodzić - zwrócił uwagę sąsiad.
Dalsza dyskusja była dość burzliwa i sprowadzała się głównie do "to nie ja, to Ty i wszyscy się na mnie uwzięli, bo jestem tu nowa, a nie dlatego, że nie potrafię żyć w społeczeństwie". Sąsiedzi, którzy ze mną poszli uznali, że to musiała być pomyłka i karteczki na pewno miały trafić do jednej osoby. Do tej, do której trafiły za pierwszym razem, ponieważ tylko tej osobie były potrzebne. Zostawili więc kolorowe słowo na niedzielę na wycieraczce Anonimki, tuż po tym kiedy zamknęła drzwi w dość agresywny sposób. Podążyłam za tłumem i zrobiłam to samo, gdyż niegrzecznie tak kraść cudzą korespondencję, a najwyraźniej Ci ludzie znali adresata.
Nie wiem czy odbiorczyni była zachwycona nową partią. Mogę się tylko domyślać.
poniedziałek, 3 lutego 2020
Zdecydowanie nie mój dzień, tydzień, miesiąc...
Moja łazienka ma pewien problem. Właściwie można nazwać to defektem na poziomie projektowym całego mieszkania i jego hydrauliki.
Problem jest następujący:
Jeśli odkręci się jednocześnie kran w kuchni i w łazience, strumień płynący w części mieszkania służącej do przygotowywania posiłków jest nieporównywalnie większy od strumienia płynącego w części mieszkania służącej do oczyszczania układu pokarmowego z posiłków.
Ciśnienie strumienia wody pod prysznicem, które nie przewyższa wtedy nawet ciśnienia tworzonego przez mój pęcherz po dwóch kubkach herbaty, nie jest jednak największym problemem.
Największym problemem jest nagła zmiana temperatury strumienia wody pod prysznicem przy jakiejkolwiek manipulacji kuchennym kranem.
Jestem stworzeniem ciepłolubnym, więc odpowiednia temperatura wody nie może zejść poniżej czterdziestu pięciu stopni Celsjusza - taki mały Mordor. Przy sabotażu kurków w kuchni, potrafi ona spaść do dziesięciu stopni Celsjusza w ciągu kilku sekund - taki mały lodowy zamek Elsy.
Kiedy Mordor zamienia się w lodowy zamek Elsy, mój kręgosłup wytwarza tak zaawansowane punkty przegięcia, że dziewczynka z "Egzorcysty" to przy tym kłoda. Moje ciało zmienia się w krewetkę natychmiast po odstawieniu choreografii do "Smooth Criminal" Michaela Jacksona i krzyku upośledzonego żurawia.
Nikt nie torturuje mnie oczywiście celowo, ale dźwięk wody puszczanej pod prysznicem nie zawsze wywołuje u domowników właściwe skojarzenia i zdarza im się odkręcać wtedy kran celem opłukania talerzy. Zazwyczaj orientują się w sytuacji sekundę przed uruchomieniem łańcucha boleści i zakręcają kran. Ja w tym czasie walczę już jednak z biczami wodnymi i wodą Atlantyku, spływającą mi po plecach.
Czy winą takiego stanu rzeczy jest efekt sprężynowania naczynia przeponowego, czy inne mądre hydrauliczne słowa, tego nie wiem. Wiem jednak, że dwa strumienie wody jednocześnie równa się zimno, a zimno równa się ból.
Pewnego poranka opuściłam cieplutki kokon z kołdry, karmiąc umysł nadzieją, że zaraz ogrzeję się ciepłem mojego płynnego Mordoru. Tak też było, dopóki moja rodzicielka nie postanowiła się zapomnieć i w tym samym czasie zdecydować o uzupełnieniu dzbanka z wodą w kuchni.
Gdyby ktoś dał mi wybór, wolałabym porażenie prądem.
Nikt jednak wyboru mi nie dał, więc postawiona przed faktem dokonanym, pląsałam pod prysznicem jak wyciągnięta z wody makrela, usiłując zaczerpnąć powietrza, które zostało mi drastycznie odebrane przez dotyk Buki z "Muminków".
Niestety, podczas procesu reanimacji moja kończyna dolna zawinęła się o drugą kończynę dolną i tworząc z nią precelka, posłała mnie ruchem prostym na podłogę. Po drodze kończyny górne złapały za kurtynę, usiłując ratować ciało przed upadkiem, lecz grawitacja silniejszą była i skończyłam na kafelkach, owinięta w zasłonę prysznicową w rozgwiazdy, niczym syrena wyrzucona na plażę. Co ciekawe, żabki do kurtyny okazały się wytrzymalsze niż sama rurka, na której były zawieszone, więc w podróż dookoła łazienki udałam się nie tylko z ubraniem Cezara, ale i ze słupkiem. Byłam właściwie gotowa do pole dance.
Trzęsienie ziemi spowodowane moim upadkiem przywołało winowajczynię moich przyszłych siniaków i rodzicielka, otwierając drzwi, oraz widząc mnie rozłożoną przy muszli klozetowej, zadała bardzo sensowne (w stosunku do przetwarzanego przez nią obrazu) pytanie:
- Co robisz?
- Opalam się - odparłam - Musiałaś?
- Zapomniałam się.
- Jak długo tu już mieszkamy?
- Zdarza się. Nie rozwaliłaś nic?
- Poza rurką od prysznica? Nie. Krzesło mnie nie zabiło, to własna matka też nie da rady.
- Co się stało? - spytała z pokoju moja siostra.
- Nic - odparła rodzicielka - Wywaliła się.
- Aha.
- Napraw to lepiej - rzuciła kobieta, która postanowiła przywlec mnie na ten zimny świat i opuściła łazienkę.
Zostałam sama z moim morskim strojem i mniej morskim kawałkiem plastiku, więc dokończyłam kąpiel, odskakując od prysznica, kiedy tylko wydawało mi się, że strumień wody zmienia temperaturę - tak właśnie rodzi się brak zaufania.
Rurka została prowizorycznie naprawiona taśmą.
Ponieważ jak wiadomo - wszystko da się naprawić taśmą i makaronem z zupek instant. Znam się na tym, jestem inżynierem.
Po szybkim podsuszeniu i odkryciu nowych siniaków w okolicy łokcia i biodra, zapakowałam się w kurtkę i ruszyłam do apteki, celem zakupienia plastrów (tak na wszelki wypadek) i leków mojej siostry.
Zatrzymała mnie następująca informacja na drzwiach:
Muszę zaznaczyć, że sytuacja miała miejsce kilka dni temu. W przeciwnym razie nie byłoby to przeszkodą. Zostałam zmuszona do przespacerowania się na drugi koniec miasta tylko po to, by powitać kartkę o treści:
Trzecia apteka co prawda była otwarta, ale miała na stanie tylko plastry, więc po leki siostry byłam zmuszona przyjść jeszcze raz, kilka godzin później.
Wtedy zostałam poinformowana o błędzie hurtowni i zapytana czy mniejsza dawka mi odpowiada. Jako, że mniejsza dawka mi nie odpowiadała, wybrałam się do czwartej apteki, zaliczając po drodze ochlapanie mieszaniną błota i smaru przez pędzącego kierowcę i robiąc już tego dnia ponad piętnaście kilometrów przebiegu tylko do samych aptek.
Mam wrażenie, że to nie był mój dzień.
Problem jest następujący:
Jeśli odkręci się jednocześnie kran w kuchni i w łazience, strumień płynący w części mieszkania służącej do przygotowywania posiłków jest nieporównywalnie większy od strumienia płynącego w części mieszkania służącej do oczyszczania układu pokarmowego z posiłków.
Ciśnienie strumienia wody pod prysznicem, które nie przewyższa wtedy nawet ciśnienia tworzonego przez mój pęcherz po dwóch kubkach herbaty, nie jest jednak największym problemem.
Największym problemem jest nagła zmiana temperatury strumienia wody pod prysznicem przy jakiejkolwiek manipulacji kuchennym kranem.
Jestem stworzeniem ciepłolubnym, więc odpowiednia temperatura wody nie może zejść poniżej czterdziestu pięciu stopni Celsjusza - taki mały Mordor. Przy sabotażu kurków w kuchni, potrafi ona spaść do dziesięciu stopni Celsjusza w ciągu kilku sekund - taki mały lodowy zamek Elsy.
Kiedy Mordor zamienia się w lodowy zamek Elsy, mój kręgosłup wytwarza tak zaawansowane punkty przegięcia, że dziewczynka z "Egzorcysty" to przy tym kłoda. Moje ciało zmienia się w krewetkę natychmiast po odstawieniu choreografii do "Smooth Criminal" Michaela Jacksona i krzyku upośledzonego żurawia.
Nikt nie torturuje mnie oczywiście celowo, ale dźwięk wody puszczanej pod prysznicem nie zawsze wywołuje u domowników właściwe skojarzenia i zdarza im się odkręcać wtedy kran celem opłukania talerzy. Zazwyczaj orientują się w sytuacji sekundę przed uruchomieniem łańcucha boleści i zakręcają kran. Ja w tym czasie walczę już jednak z biczami wodnymi i wodą Atlantyku, spływającą mi po plecach.
Czy winą takiego stanu rzeczy jest efekt sprężynowania naczynia przeponowego, czy inne mądre hydrauliczne słowa, tego nie wiem. Wiem jednak, że dwa strumienie wody jednocześnie równa się zimno, a zimno równa się ból.
Pewnego poranka opuściłam cieplutki kokon z kołdry, karmiąc umysł nadzieją, że zaraz ogrzeję się ciepłem mojego płynnego Mordoru. Tak też było, dopóki moja rodzicielka nie postanowiła się zapomnieć i w tym samym czasie zdecydować o uzupełnieniu dzbanka z wodą w kuchni.
Gdyby ktoś dał mi wybór, wolałabym porażenie prądem.
Nikt jednak wyboru mi nie dał, więc postawiona przed faktem dokonanym, pląsałam pod prysznicem jak wyciągnięta z wody makrela, usiłując zaczerpnąć powietrza, które zostało mi drastycznie odebrane przez dotyk Buki z "Muminków".
Niestety, podczas procesu reanimacji moja kończyna dolna zawinęła się o drugą kończynę dolną i tworząc z nią precelka, posłała mnie ruchem prostym na podłogę. Po drodze kończyny górne złapały za kurtynę, usiłując ratować ciało przed upadkiem, lecz grawitacja silniejszą była i skończyłam na kafelkach, owinięta w zasłonę prysznicową w rozgwiazdy, niczym syrena wyrzucona na plażę. Co ciekawe, żabki do kurtyny okazały się wytrzymalsze niż sama rurka, na której były zawieszone, więc w podróż dookoła łazienki udałam się nie tylko z ubraniem Cezara, ale i ze słupkiem. Byłam właściwie gotowa do pole dance.
Trzęsienie ziemi spowodowane moim upadkiem przywołało winowajczynię moich przyszłych siniaków i rodzicielka, otwierając drzwi, oraz widząc mnie rozłożoną przy muszli klozetowej, zadała bardzo sensowne (w stosunku do przetwarzanego przez nią obrazu) pytanie:
- Co robisz?
- Opalam się - odparłam - Musiałaś?
- Zapomniałam się.
- Jak długo tu już mieszkamy?
- Zdarza się. Nie rozwaliłaś nic?
- Poza rurką od prysznica? Nie. Krzesło mnie nie zabiło, to własna matka też nie da rady.
- Co się stało? - spytała z pokoju moja siostra.
- Nic - odparła rodzicielka - Wywaliła się.
- Aha.
- Napraw to lepiej - rzuciła kobieta, która postanowiła przywlec mnie na ten zimny świat i opuściła łazienkę.
Zostałam sama z moim morskim strojem i mniej morskim kawałkiem plastiku, więc dokończyłam kąpiel, odskakując od prysznica, kiedy tylko wydawało mi się, że strumień wody zmienia temperaturę - tak właśnie rodzi się brak zaufania.
Rurka została prowizorycznie naprawiona taśmą.
Ponieważ jak wiadomo - wszystko da się naprawić taśmą i makaronem z zupek instant. Znam się na tym, jestem inżynierem.
Po szybkim podsuszeniu i odkryciu nowych siniaków w okolicy łokcia i biodra, zapakowałam się w kurtkę i ruszyłam do apteki, celem zakupienia plastrów (tak na wszelki wypadek) i leków mojej siostry.
Zatrzymała mnie następująca informacja na drzwiach:
Muszę zaznaczyć, że sytuacja miała miejsce kilka dni temu. W przeciwnym razie nie byłoby to przeszkodą. Zostałam zmuszona do przespacerowania się na drugi koniec miasta tylko po to, by powitać kartkę o treści:
Trzecia apteka co prawda była otwarta, ale miała na stanie tylko plastry, więc po leki siostry byłam zmuszona przyjść jeszcze raz, kilka godzin później.
Wtedy zostałam poinformowana o błędzie hurtowni i zapytana czy mniejsza dawka mi odpowiada. Jako, że mniejsza dawka mi nie odpowiadała, wybrałam się do czwartej apteki, zaliczając po drodze ochlapanie mieszaniną błota i smaru przez pędzącego kierowcę i robiąc już tego dnia ponad piętnaście kilometrów przebiegu tylko do samych aptek.
Mam wrażenie, że to nie był mój dzień.
niedziela, 2 lutego 2020
Niedzielne porządki i ważna informacja Anonimki
Byłam dziś umówiona na niedzielne, niezapowiedziane sprzątanie u pani Eli, jako że kobieta zaniemogła, a w najbliższym czasie miała odwiedzić ją rodzina.
Pani Ela co prawda powiedziała Damianowi, że będzie odpoczywać, ale chłopak zna sąsiadkę już na tyle długo, żeby wyczuć fałsz w jej obietnicach. Postanowił przypilnować kobietę i wziąć sprawy sprzątania, gotowania i przygotowań do wizyty na siebie, ignorując potępieńcze jęki pani Eli, która wolałaby skoczyć do lawy niż przyznać, że potrzebna jest jej pomoc.
Damian nie wzywał posiłków, ale posiłki pojawiły się same, więc miał w zasadzie niewiele do powiedzenia.
Kiedy opuściłam mieszkanie, na tablicy ogłoszeń zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagę.
(obraz powiększa się po kliknięciu)
Zrobiłam zdjęcie i postanowiłam podzielić się z nim z grupą. Ludzie z niepokojem zerkali na mnie w autobusie, ale nie mogłam przestać się szczerzyć.
Kiedy dojechałam na miejsce, po mieszkaniu pani Eli krzątali się już Damian z Sonią.
- Dzień dobry - powiedziałam wchodząc do środka.
- Dzień dobry - odparła zachrypiała pani Ela, leżąca pod kocami - Ale dzieci, to nie wypada tak. Zaraz Wam zrobię herbatki.
- Jak Pani spróbuje wstać raz jeszcze, to będę zmuszony związać Panią kocami - odparł Damian - My się obsłużymy, termometr poproszę - dodał, wyciągając rękę.
- Przecież nic mi nie jest. Nie trzeba koło mnie chodzić, bo ja się wtedy czuję zniedołężniała - odpowiedziała sąsiadka.
- Trzydzieści osiem i pół to żadne "nic mi nie jest" - odpowiedział Damian - I nie jest Pani zniedołężniała, tylko chora. Jak ja mam grypę, to wszczyna Pani alarm czwartego stopnia, więc teraz moja kolej.
- Ale po co od razu cały sztab ludzi zwoływać.
- Ale ja ich nie zwoływałem. Sami przyszli, to ich przecież nie wygonię.
- Spróbowałby - odparłam - Ruda jeszcze jedzie.
- Oli z Szyszkiem pojechali zobaczyć czy znajdą otwartą aptekę w niedzielę - odparła Sonia.
- Miodzio, to co mam robić?
- Ale nie możecie... - zaczęła Pani Ela.
- Pani Elu, przykro mi to mówić, ale to jest porwanie - przerwał kobiecie Damian - Przejmujemy to mieszkanie z zawartością na kilka godzin i może się z tym Pani pogodzić, albo walczyć, ale ostrzegam, że mamy przewagę liczebną, a Krysia kładzie na łopatki nawet osobniki większe i cięższe od niej, tak że ja bym nie zadzierał.
- Opór jest zbędny Pani Elu - powiedziałam i kobieta westchnęła ciężko.
- Proszę bardzo. To połykamy, tym popijamy i zbijamy gorączkę, a resztą zajmą się inni - powiedział Damian, wręczając kobiecie tabletki i kubek z herbatą.
- Kto się nie chce słuchać? - rzekła Ruda, wchodząc do mieszkania - Pani Elu, proszę współpracować, bo przerobimy mieszkanko na więzienie i się skończy.
- We własnym domu takie rzeczy - odpowiedziała sąsiadka i ostatecznie poddała się, opierając głowę na poduszkach.
- Dobra - zaczął Damian - Zanim wrócą posłańcy z lekami, rozdzielimy obowiązki. Ja zajmę się gotowaniem, chyba że ktoś chce przejąć pałeczkę.
- Nie, nie. Idź tam gotuj - machnęła ręką Ruda - mogę sprzątać.
- Ok. Trzeba umyć okna, zmienić firany, poodkurzać, pomyć podłogi, wiecie o co chodzi. Plus trzeba kotom wyczyścić kuwety, wyczesać je, ogólnie upiększyć.
- Ja! - rzuciłam, podnosząc rękę - Ja chcę do kotków.
- Ale one drapią - odparła pani Ela - Nie trzeba, naprawdę.
- Shush. To jest technik weterynarii. Szkolili ją do tego - odpowiedział Damian.
- Ja ogarnę kotki - potwierdziłam.
- To ja z Rudą posprzątamy, a jak chłopaki przyjadą, to nam pomogą - odparła Sonia.
- I ładnie. Raz, dwa się uwiniemy i zejdziemy z lokalu. Jakie menu? - spytał Damian i zanim kobieta zaczęła zaprzeczać, Damian skierował się do kuchni - Pani Elu, bo sam coś wymyślę. Ja wiem, że to nie to samo co Pani kuchnia, ale Pani mnie uczyła, więc dam radę.
- Ale ja nie wątpię, że Ty sobie poradzisz, tylko to straszny kłopot - odpowiedziała pani Ela, podczas kiedy ja kierowałam się już do kocich kuwet, a Ruda z Sonią wlewały wodę do miski.
- Jak kłopot, to pójdę gotować do siebie - odpowiedział Damian.
- Nie, nie to! Tylko nie możecie tak wszystkiego za mnie zrobić.
- Możemy - odparł krótko Damian - To jakie miało być menu?
- Czemu Ty taki uparty jesteś?
- Różne są teorie. Wydaje mi się jednak, że po Pani. Więc?
- Chciałam rosół zrobić. Kluski śląskie i roladę z kapustą, ale to duży problem jest.
- Czyli typowy śląski obiad. Ciasto na deser, czy coś innego?
- Miałam robić jabłecznik...
- No i cacy. Gdzie są fartuszki?
- Ale Damianek, dziecko drogie ja sobie poradzę.
- Wykluczone. Nie z taką gorączką. Przecież im szybciej Pani wypocznie, tym szybciej wróci do zdrowia, tak? Fartuszki Pani Elu.
- W szafce obok blachy, pod zlewem są, ale...
- Ale nie dyskutujemy już, tylko popijamy herbatkę i czekamy aż przyjadą leki.
- Jak Pani będzie współpracować, to mam bardzo ciekawą historię na dobranoc - rzuciłam, otwierając nowy żwirek i mierząc wzrokiem prychającego na mnie kota.
- Będzie bajka? - spytała Pani Ela.
- Lepiej. Będzie historia na faktach z ilustracjami. W roli głównej Ruda i moja sąsiadka.
- Nie ma się czym chwalić, ja bym to załatwiła lepiej - rzekła Ruda, tylko to to mi nie pozwalało.
- Dostaliśmy odpowiedź. Wisiała dzisiaj na tablicy korkowej.
- Nie!
- Tak.
- Dawaj.
- Po robocie.
- To jednak potrafisz być pi*dą jak chcesz - rzuciła Ruda - Ja powinnam wiedzieć pierwsza, bo to dzięki mnie.
- Ona chce z tym iść na policję - odpowiedziałam.
- Z czym? - zaśmiała się Ruda - Z kartką, która mówi, że zajmowanie się swoim dupskiem jest tańsze niż dentysta? Ja z nią pójdę, tylko powiedz mi kiedy. Chcę zobaczyć co na to władza.
- Ale co Wy zrobiłyście? - spytała Pani Ela.
- Ja nic - odparłam - To Rude zrobiło.
- Krycha bo Ci jeb*ę jednak - rzekła Ruda - Ja Ci pomoc niosę i tak się ograniczam, a Ty nie wiem, zamiast z kwiatami tu stać przede mną, albo z czekoladkami, to pretensje. Baryłki lubię jakbyś pytała.
- Jasne i co jeszcze?
- Zero wdzięczności. Damian, ale jak będziesz robił ciasto, to dwa, bo jedno trzeba zjeść od razu, żeby zobaczyć czy dobre.
- Doprawdy? - spytał Damian, obierając marchewki.
- Nie patrz tak na mnie. Zakalca nie dasz przecież, bo wstyd.
- Obrażasz mnie. Ja zakalca nigdy. Oknami się zajmij.
Kilka godzin później Pani Ela została nafaszerowana lekami, które przyjechały aż z sąsiedniego miasta, zaakceptowany przez gospodynię obiad studził się na kuchence i czekał na gości dnia następnego, jedno z ciast uległo degustacji, mieszkanie było względnie posprzątane i wymyte, a ja miałam na przedramionach kilka nowych zadrapań. Wyczesane i obrażone koty zerkały na mnie jak na wroga, który skrócił im pazury, ale były piękne i gładkie, więc misja została wykonana.
Nikt się nie podpalił, Ruda nie wypadła z okna, nie nastąpiła potrzeba wezwania pogotowia, ani straży pożarnej, a mieszkanie przeżyło, więc duży sukces.
Przyglądaliśmy się wspólnie ważnej informacji, zostawionej przez Anonimkę, lecz analiza tego dzieła zbyt wiele nas kosztowała.
- Jej miłość do wykrzykników zasługuje na uznanie - rzekł Oli.
- Jej miłość do błędów jest jeszcze potężniejsza - dodał Szyszek.
- Krysia, kiedy musisz znowu coś załatwić i potrzebujesz, żeby ktoś był w domu? - spytała Ruda.
- Nie - odparłam.
- No weź. Nie możesz tak tego zostawić bez odpowiedzi.
- Mogę.
- Jak dobrze, że ona tutaj nie mieszka - powiedziała pani Ela - No przecież ja bym nie mogła. Miotłą by to trzeba gonić.
- Widzisz? - spytała Ruda - Pani Ela mówi, że masz jej wsadzić miotłę w dupsko, a nie się obijać.
- Tego nie powiedziałam.
- A ja to właśnie usłyszałam.
- Nie masz pojęcia o wartościach i zastraszasz złem - rzekł Damian - No to jest już coś, co sobie można wpisać do CV.
- Jakby włączyć narkotykowy deal i całą resztę, to moje CV będzie grubsze niż Biblia - odparłam.
- Ale żeby tak klątwy na balkonie i wycieraczce - powiedziała Sonia.
- Ja chciałam gówno, kisiel i jajka, ale Krycha, że nie - wzruszyła ramionami Ruda - Pewnie by się okazało, że to groźba, bo w końcu jajka to niewyklute płody. A było gołe foty powrzucać i cześć.
- Twoje? - spytał Damian.
- A co? Zainteresowany? Niekoniecznie moje, chociaż ja tam się nie mam czego wstydzić. Screeny z jakiegoś bardzo obleśnego por*usa. Takiego, że aż ryj wykręca w stronę księżyca.
- Chyba by się poczuła zgorszona i jej dzieci też - odpowiedziałam.
- Jak ona zostawia dzieci same na balkonie, na wycieraczce, albo wciska je do skrzynki na listy, to źle się zabiera za aborcję.
- Ja bym ją chętnie zabrał na spotkanie z Marceliną i zobaczył jak się dogadają - rzekł Damian.
- Nie - powiedział z przerażeniem Oli - Takich fuzji to się nie robi. To by zniszczyło świat i żadne dodatkowe osoby by nam nie pomogły.
- Albo by się zagryzły, albo zaprzyjaźniły - rzekła Sonia.
- No to runda druga. Trzeba jej odpowiedzieć na jej lęki - rzuciła Ruda.
- Absolutnie nie - odpowiedziałam.
- Ale nie pier*ol Krycha, bo ja się Ciebie nie pytałam o zdanie. Korytarz jest wspólny, a nie Twój osobisty. Napoleon mi pomoże, bo wysoki jest, sięgnie wszędzie.
- Damian nie - powiedziałam, patrząc na chłopaka, który wymieniał już spojrzenia z resztą ekipy.
- Ale ja przecież nic nie robię - odparł.
- Nie podoba mi się ten uśmieszek. Gdzieś go już wcześniej widziałam, a potem się okazało, że nie mam tuszu w drukarce.
- Zaufaj mi Krycha - rzuciła Ruda.
To zdanie z ust tego konkretnego człowieka utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że absolutnie nie powinnam nikomu ufać.
Pani Ela co prawda powiedziała Damianowi, że będzie odpoczywać, ale chłopak zna sąsiadkę już na tyle długo, żeby wyczuć fałsz w jej obietnicach. Postanowił przypilnować kobietę i wziąć sprawy sprzątania, gotowania i przygotowań do wizyty na siebie, ignorując potępieńcze jęki pani Eli, która wolałaby skoczyć do lawy niż przyznać, że potrzebna jest jej pomoc.
Damian nie wzywał posiłków, ale posiłki pojawiły się same, więc miał w zasadzie niewiele do powiedzenia.
Kiedy opuściłam mieszkanie, na tablicy ogłoszeń zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagę.
(obraz powiększa się po kliknięciu)
Zrobiłam zdjęcie i postanowiłam podzielić się z nim z grupą. Ludzie z niepokojem zerkali na mnie w autobusie, ale nie mogłam przestać się szczerzyć.
Kiedy dojechałam na miejsce, po mieszkaniu pani Eli krzątali się już Damian z Sonią.
- Dzień dobry - powiedziałam wchodząc do środka.
- Dzień dobry - odparła zachrypiała pani Ela, leżąca pod kocami - Ale dzieci, to nie wypada tak. Zaraz Wam zrobię herbatki.
- Jak Pani spróbuje wstać raz jeszcze, to będę zmuszony związać Panią kocami - odparł Damian - My się obsłużymy, termometr poproszę - dodał, wyciągając rękę.
- Przecież nic mi nie jest. Nie trzeba koło mnie chodzić, bo ja się wtedy czuję zniedołężniała - odpowiedziała sąsiadka.
- Trzydzieści osiem i pół to żadne "nic mi nie jest" - odpowiedział Damian - I nie jest Pani zniedołężniała, tylko chora. Jak ja mam grypę, to wszczyna Pani alarm czwartego stopnia, więc teraz moja kolej.
- Ale po co od razu cały sztab ludzi zwoływać.
- Ale ja ich nie zwoływałem. Sami przyszli, to ich przecież nie wygonię.
- Spróbowałby - odparłam - Ruda jeszcze jedzie.
- Oli z Szyszkiem pojechali zobaczyć czy znajdą otwartą aptekę w niedzielę - odparła Sonia.
- Miodzio, to co mam robić?
- Ale nie możecie... - zaczęła Pani Ela.
- Pani Elu, przykro mi to mówić, ale to jest porwanie - przerwał kobiecie Damian - Przejmujemy to mieszkanie z zawartością na kilka godzin i może się z tym Pani pogodzić, albo walczyć, ale ostrzegam, że mamy przewagę liczebną, a Krysia kładzie na łopatki nawet osobniki większe i cięższe od niej, tak że ja bym nie zadzierał.
- Opór jest zbędny Pani Elu - powiedziałam i kobieta westchnęła ciężko.
- Proszę bardzo. To połykamy, tym popijamy i zbijamy gorączkę, a resztą zajmą się inni - powiedział Damian, wręczając kobiecie tabletki i kubek z herbatą.
- Kto się nie chce słuchać? - rzekła Ruda, wchodząc do mieszkania - Pani Elu, proszę współpracować, bo przerobimy mieszkanko na więzienie i się skończy.
- We własnym domu takie rzeczy - odpowiedziała sąsiadka i ostatecznie poddała się, opierając głowę na poduszkach.
- Dobra - zaczął Damian - Zanim wrócą posłańcy z lekami, rozdzielimy obowiązki. Ja zajmę się gotowaniem, chyba że ktoś chce przejąć pałeczkę.
- Nie, nie. Idź tam gotuj - machnęła ręką Ruda - mogę sprzątać.
- Ok. Trzeba umyć okna, zmienić firany, poodkurzać, pomyć podłogi, wiecie o co chodzi. Plus trzeba kotom wyczyścić kuwety, wyczesać je, ogólnie upiększyć.
- Ja! - rzuciłam, podnosząc rękę - Ja chcę do kotków.
- Ale one drapią - odparła pani Ela - Nie trzeba, naprawdę.
- Shush. To jest technik weterynarii. Szkolili ją do tego - odpowiedział Damian.
- Ja ogarnę kotki - potwierdziłam.
- To ja z Rudą posprzątamy, a jak chłopaki przyjadą, to nam pomogą - odparła Sonia.
- I ładnie. Raz, dwa się uwiniemy i zejdziemy z lokalu. Jakie menu? - spytał Damian i zanim kobieta zaczęła zaprzeczać, Damian skierował się do kuchni - Pani Elu, bo sam coś wymyślę. Ja wiem, że to nie to samo co Pani kuchnia, ale Pani mnie uczyła, więc dam radę.
- Ale ja nie wątpię, że Ty sobie poradzisz, tylko to straszny kłopot - odpowiedziała pani Ela, podczas kiedy ja kierowałam się już do kocich kuwet, a Ruda z Sonią wlewały wodę do miski.
- Jak kłopot, to pójdę gotować do siebie - odpowiedział Damian.
- Nie, nie to! Tylko nie możecie tak wszystkiego za mnie zrobić.
- Możemy - odparł krótko Damian - To jakie miało być menu?
- Czemu Ty taki uparty jesteś?
- Różne są teorie. Wydaje mi się jednak, że po Pani. Więc?
- Chciałam rosół zrobić. Kluski śląskie i roladę z kapustą, ale to duży problem jest.
- Czyli typowy śląski obiad. Ciasto na deser, czy coś innego?
- Miałam robić jabłecznik...
- No i cacy. Gdzie są fartuszki?
- Ale Damianek, dziecko drogie ja sobie poradzę.
- Wykluczone. Nie z taką gorączką. Przecież im szybciej Pani wypocznie, tym szybciej wróci do zdrowia, tak? Fartuszki Pani Elu.
- W szafce obok blachy, pod zlewem są, ale...
- Ale nie dyskutujemy już, tylko popijamy herbatkę i czekamy aż przyjadą leki.
- Jak Pani będzie współpracować, to mam bardzo ciekawą historię na dobranoc - rzuciłam, otwierając nowy żwirek i mierząc wzrokiem prychającego na mnie kota.
- Będzie bajka? - spytała Pani Ela.
- Lepiej. Będzie historia na faktach z ilustracjami. W roli głównej Ruda i moja sąsiadka.
- Nie ma się czym chwalić, ja bym to załatwiła lepiej - rzekła Ruda, tylko to to mi nie pozwalało.
- Dostaliśmy odpowiedź. Wisiała dzisiaj na tablicy korkowej.
- Nie!
- Tak.
- Dawaj.
- Po robocie.
- To jednak potrafisz być pi*dą jak chcesz - rzuciła Ruda - Ja powinnam wiedzieć pierwsza, bo to dzięki mnie.
- Ona chce z tym iść na policję - odpowiedziałam.
- Z czym? - zaśmiała się Ruda - Z kartką, która mówi, że zajmowanie się swoim dupskiem jest tańsze niż dentysta? Ja z nią pójdę, tylko powiedz mi kiedy. Chcę zobaczyć co na to władza.
- Ale co Wy zrobiłyście? - spytała Pani Ela.
- Ja nic - odparłam - To Rude zrobiło.
- Krycha bo Ci jeb*ę jednak - rzekła Ruda - Ja Ci pomoc niosę i tak się ograniczam, a Ty nie wiem, zamiast z kwiatami tu stać przede mną, albo z czekoladkami, to pretensje. Baryłki lubię jakbyś pytała.
- Jasne i co jeszcze?
- Zero wdzięczności. Damian, ale jak będziesz robił ciasto, to dwa, bo jedno trzeba zjeść od razu, żeby zobaczyć czy dobre.
- Doprawdy? - spytał Damian, obierając marchewki.
- Nie patrz tak na mnie. Zakalca nie dasz przecież, bo wstyd.
- Obrażasz mnie. Ja zakalca nigdy. Oknami się zajmij.
Kilka godzin później Pani Ela została nafaszerowana lekami, które przyjechały aż z sąsiedniego miasta, zaakceptowany przez gospodynię obiad studził się na kuchence i czekał na gości dnia następnego, jedno z ciast uległo degustacji, mieszkanie było względnie posprzątane i wymyte, a ja miałam na przedramionach kilka nowych zadrapań. Wyczesane i obrażone koty zerkały na mnie jak na wroga, który skrócił im pazury, ale były piękne i gładkie, więc misja została wykonana.
Nikt się nie podpalił, Ruda nie wypadła z okna, nie nastąpiła potrzeba wezwania pogotowia, ani straży pożarnej, a mieszkanie przeżyło, więc duży sukces.
Przyglądaliśmy się wspólnie ważnej informacji, zostawionej przez Anonimkę, lecz analiza tego dzieła zbyt wiele nas kosztowała.
- Jej miłość do wykrzykników zasługuje na uznanie - rzekł Oli.
- Jej miłość do błędów jest jeszcze potężniejsza - dodał Szyszek.
- Krysia, kiedy musisz znowu coś załatwić i potrzebujesz, żeby ktoś był w domu? - spytała Ruda.
- Nie - odparłam.
- No weź. Nie możesz tak tego zostawić bez odpowiedzi.
- Mogę.
- Jak dobrze, że ona tutaj nie mieszka - powiedziała pani Ela - No przecież ja bym nie mogła. Miotłą by to trzeba gonić.
- Widzisz? - spytała Ruda - Pani Ela mówi, że masz jej wsadzić miotłę w dupsko, a nie się obijać.
- Tego nie powiedziałam.
- A ja to właśnie usłyszałam.
- Nie masz pojęcia o wartościach i zastraszasz złem - rzekł Damian - No to jest już coś, co sobie można wpisać do CV.
- Jakby włączyć narkotykowy deal i całą resztę, to moje CV będzie grubsze niż Biblia - odparłam.
- Ale żeby tak klątwy na balkonie i wycieraczce - powiedziała Sonia.
- Ja chciałam gówno, kisiel i jajka, ale Krycha, że nie - wzruszyła ramionami Ruda - Pewnie by się okazało, że to groźba, bo w końcu jajka to niewyklute płody. A było gołe foty powrzucać i cześć.
- Twoje? - spytał Damian.
- A co? Zainteresowany? Niekoniecznie moje, chociaż ja tam się nie mam czego wstydzić. Screeny z jakiegoś bardzo obleśnego por*usa. Takiego, że aż ryj wykręca w stronę księżyca.
- Chyba by się poczuła zgorszona i jej dzieci też - odpowiedziałam.
- Jak ona zostawia dzieci same na balkonie, na wycieraczce, albo wciska je do skrzynki na listy, to źle się zabiera za aborcję.
- Ja bym ją chętnie zabrał na spotkanie z Marceliną i zobaczył jak się dogadają - rzekł Damian.
- Nie - powiedział z przerażeniem Oli - Takich fuzji to się nie robi. To by zniszczyło świat i żadne dodatkowe osoby by nam nie pomogły.
- Albo by się zagryzły, albo zaprzyjaźniły - rzekła Sonia.
- No to runda druga. Trzeba jej odpowiedzieć na jej lęki - rzuciła Ruda.
- Absolutnie nie - odpowiedziałam.
- Ale nie pier*ol Krycha, bo ja się Ciebie nie pytałam o zdanie. Korytarz jest wspólny, a nie Twój osobisty. Napoleon mi pomoże, bo wysoki jest, sięgnie wszędzie.
- Damian nie - powiedziałam, patrząc na chłopaka, który wymieniał już spojrzenia z resztą ekipy.
- Ale ja przecież nic nie robię - odparł.
- Nie podoba mi się ten uśmieszek. Gdzieś go już wcześniej widziałam, a potem się okazało, że nie mam tuszu w drukarce.
- Zaufaj mi Krycha - rzuciła Ruda.
To zdanie z ust tego konkretnego człowieka utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że absolutnie nie powinnam nikomu ufać.
sobota, 1 lutego 2020
Anatomia przystankowych smakoszy procentowych
Przystanek autobusowy, godziny poranne.
Dwóch jegomości raczy się trunkami owiniętymi w szary papier. Sądząc po problemach z aparatem mowy i gęstniejącym wokół nich powietrzu, nie jest to oranżadka. Panowie dzielą jedną butelkę i prowadzą dyskusje na tematy światowe.
- Pacz bo taka ośmiornica, czy kałamarnica to mają po osiem macków, nie? Osiem macków mają - mówi jeden z mężczyzn, zaciągając się zawartością flaszki.
- No mają - kiwa głową drugi - Mają, tak.
- I po co im tyle? Czy im to poczebne? Taki człowiek ma tylko dwie kończyny chytne i dwie chodzeniowe. Jakbym miał osiem rąków, to bym mógł na raz więcej butelek zabrać. Tak, czy nie?
- Tak jest, no widzisz.
- Niesprawiedliwość. Taka stonoga, to ma sto nóg nawet. Wiesz jakbym szybko chodził na tylu nogach?
- Plątałyby się Tobie te nogi - odpowiada bez przekonania mężczyzna, przejmując opiekę nad butelką.
W rzeczywistości stonoga stu nóg nie posiada, ale tok rozumowania jegomości idzie w tylko im znanym kierunku.
- A taki kararaluch? Można mu odciąć głowę i będzie żył. Wiesz ile bym mógł w siebie wlać, jakbym był taki mocny?
- A gdzie byś wlewał, jakbyś nie miał głowy? - pyta kompan mężczyzny i ten kiwa z aprobatą głową.
- Też prawda. A, ta... no. Krowa i byk. Byk i krowa, to oni mają cztery żołądki. Cztery, rozumiesz mnie? Ile by przetrawiły te żołądki alkoholu! Pomyśl tylko.
- A chciałbyś mieć takiego kaca jak cztery kace? Chciałbyś? Ty to nic czasem nie myślisz. Mówisz ustami, w których pijesz i nic to głową nie przechodzi.
- Kaca takiego to nie, to bym nie chciał. Ale pacz jak te ludzie słabe i niezaplanowane są, nie? Żyjątka różne są co mają rzeczy po kilka, a my po jedno tylko mamy, albo dwa i tyle.
- Bo to jest wszysko dobrze zaplanowane, tylko głowa Twoja za mała żeby pojąć. Ty byś chciał wszystkiego więcej i więcej, ale pacz też z drugiej strony trochu. Więcej rąk byś miał, to by więcej do mycia było. Więcej nóg, to to samo. Woda kosztuje, mydło też, na kasie nie śpisz. Żołądek chyba lepiej jak Ci się jeden zepsuje niż cztery. Taniej leczyć jeden niż cztery. Oczek jak pająk więcej po co Ci? Żeby lepiej widzieć puste kieszenie, czy dno w butelce, bo się szybko robi pusta? Mózgu jednego nawet nie używasz, to po co Ci kilka? Tyle masz ile Ci potrzeba, a czasem i tak to co masz, to za dużo. Nie chciej za wiele, bo zachłanność zła jest. Doceniaj co masz, bo zaraz możesz nie mieć - kończy jegomość i zapada cisza, przerywana tylko szeleszczeniem papierowej torby.
Pinokio i jego sumienie XXI wieku.
Dwóch jegomości raczy się trunkami owiniętymi w szary papier. Sądząc po problemach z aparatem mowy i gęstniejącym wokół nich powietrzu, nie jest to oranżadka. Panowie dzielą jedną butelkę i prowadzą dyskusje na tematy światowe.
- Pacz bo taka ośmiornica, czy kałamarnica to mają po osiem macków, nie? Osiem macków mają - mówi jeden z mężczyzn, zaciągając się zawartością flaszki.
- No mają - kiwa głową drugi - Mają, tak.
- I po co im tyle? Czy im to poczebne? Taki człowiek ma tylko dwie kończyny chytne i dwie chodzeniowe. Jakbym miał osiem rąków, to bym mógł na raz więcej butelek zabrać. Tak, czy nie?
- Tak jest, no widzisz.
- Niesprawiedliwość. Taka stonoga, to ma sto nóg nawet. Wiesz jakbym szybko chodził na tylu nogach?
- Plątałyby się Tobie te nogi - odpowiada bez przekonania mężczyzna, przejmując opiekę nad butelką.
W rzeczywistości stonoga stu nóg nie posiada, ale tok rozumowania jegomości idzie w tylko im znanym kierunku.
- A taki kararaluch? Można mu odciąć głowę i będzie żył. Wiesz ile bym mógł w siebie wlać, jakbym był taki mocny?
- A gdzie byś wlewał, jakbyś nie miał głowy? - pyta kompan mężczyzny i ten kiwa z aprobatą głową.
- Też prawda. A, ta... no. Krowa i byk. Byk i krowa, to oni mają cztery żołądki. Cztery, rozumiesz mnie? Ile by przetrawiły te żołądki alkoholu! Pomyśl tylko.
- A chciałbyś mieć takiego kaca jak cztery kace? Chciałbyś? Ty to nic czasem nie myślisz. Mówisz ustami, w których pijesz i nic to głową nie przechodzi.
- Kaca takiego to nie, to bym nie chciał. Ale pacz jak te ludzie słabe i niezaplanowane są, nie? Żyjątka różne są co mają rzeczy po kilka, a my po jedno tylko mamy, albo dwa i tyle.
- Bo to jest wszysko dobrze zaplanowane, tylko głowa Twoja za mała żeby pojąć. Ty byś chciał wszystkiego więcej i więcej, ale pacz też z drugiej strony trochu. Więcej rąk byś miał, to by więcej do mycia było. Więcej nóg, to to samo. Woda kosztuje, mydło też, na kasie nie śpisz. Żołądek chyba lepiej jak Ci się jeden zepsuje niż cztery. Taniej leczyć jeden niż cztery. Oczek jak pająk więcej po co Ci? Żeby lepiej widzieć puste kieszenie, czy dno w butelce, bo się szybko robi pusta? Mózgu jednego nawet nie używasz, to po co Ci kilka? Tyle masz ile Ci potrzeba, a czasem i tak to co masz, to za dużo. Nie chciej za wiele, bo zachłanność zła jest. Doceniaj co masz, bo zaraz możesz nie mieć - kończy jegomość i zapada cisza, przerywana tylko szeleszczeniem papierowej torby.
Pinokio i jego sumienie XXI wieku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



