Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 6 grudnia 2019

Mikołajkowe polowanie na gumowe kaczki

Zapewne kilku z Was słyszało o pewnym miniserialu ("mini", bo posiada tylko sześć odcinków), który jest adaptacją powieści Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta i w bardzo humorystyczny sposób opowiada o losach pewnego anioła i demona, którzy starają się ocalić ludzkość w dniu Apokalipsy.
Niektórzy już wiedzą o czym mówię, inni nie mają pojęcia, bo nigdy tego tworu nie mieli przyjemności zobaczyć.

Chodzi oczywiście o "Good Omens" ("Dobry Omen"), którego można w całości zobaczyć na Amazon Prime. Drobna uwaga - jeśli nie macie dystansu do tematu religii, polityki i związków homoseksualnych (pokazanych w delikatny i nieoczywisty sposób), ten serial może Was mocno striggerować. Osobiście bardzo polecam zarówno książkę, jak i serialową adaptację (która nieco się od książki różni, moim zdaniem na plus), bo to jest coś, czym warto się uraczyć w pochmurne dni. 
(No i główne role grają Michael Sheen i David Tennant, więc już samo to zasługuje na sprawdzenie).



Mnie w ten świat pełen kontrowersji wprowadziły dwie bliskie mi osoby, za co jestem im bardzo wdzięczna. Tę wdzięczność postanowiłam wyrazić drobnym upominkiem mikołajkowym, nawiązującym do serialu w ten sposób, że osoba postronna i nie znająca fabuły w życiu nie zorientuje się, że to do czegokolwiek nawiązuje.
Spokojnie, nie będzie spoilerów.
Jest w filmie taka scena, w którą zamieszana jest wanna pełna święconej wody, gumowa kaczka i ręcznik, oraz ze trzy tuziny demonów. Chcąc nawiązać do tej kultowej dla serialu sceny, postanowiłam wręczyć dziewczynom biały ręcznik, gumową kaczkę, liścik z cytatem z filmu i kilkoma piórami (demony w tej produkcji mają czarne skrzydła - jako upadłe anioły, których jednak nie widać kiedy znajdują się one na ziemi).
Pomysł prosty (z pozoru), a prezent dość przydatny, ponieważ ręczników w domu nigdy za wiele. 
Jako, że nienawidzę przedświątecznego ścisku, przepychanek przy kasie, oraz kolęd puszczanych na zapętleniu, postanowiłam zaopatrzyć się we wsparcie i załatwić sprawę zakupów najszybciej i najmniej boleśnie jak to tylko możliwe.
Moja drużyna składała się z: Baśki, Łukasza, Damiana, Sebastiana i Soni. 
Wszyscy mieli takie samo podejście do tematu, więc zapowiadała się bardzo ciekawa wyprawa.

Wiedząc, że pod centrum handlowym parkingi będą bardziej pełne niż mój brzuch po przybyciu pizzy, członkowie zespołu poszukiwawczego zostawili swoje pojazdy pod moim domem, skąd pieszo postanowiliśmy przejść się dla zdrowia do punktu docelowego. W końcu to tylko siedem kilometrów w jedną stronę, a większość z nas prowadziła jednak siedzący tryb życia. Bardzo chcieliśmy ominąć też korki przy pętli.

W połowie drogi okazało się jednak, że trasa jest w przebudowie (o czym nie wiedziało żadne z nas). 
Mieliśmy dwa wyjścia:

  1. Przejść resztę drogi przez środek pola
  2. Zawrócić i przyjechać samochodem
Jako, że uparci z nas ludzie i nikomu nie uśmiechało się taszczenie tu pojazdu (i wracanie się po niego), postanowiliśmy wybrać opcję pierwszą, co było porównywalne z próbą przejścia przez ruchome piaski.
Utworzyliśmy sznurek wsparcia, który asekurował dwie sąsiadujące osoby i uniemożliwiał im upadek, oraz ugrzęźnięcie w błocie.
Trasa wyglądała mniej więcej tak:


... i jako lider przedsięwzięcia zostałam wypchnięta na sam przód łańcuszka, co stawiało mnie w bardzo niekorzystnym położeniu.

Do sklepu dotarliśmy już lekko wymęczeni.
Przywitały nas napchane światełkami i bombkami choinki, łańcuchy zwisające z sufitu i pracownicy sklepu przebrani za elfy. Wszędzie dominowała zieleń i czerwień. Tłumy ludzi wjeżdżały w siebie wypakowanymi wózkami i ustawiały się w kilometrowych kolejkach.
- Dobra, daję nam godzinę nim stracimy poczytalność - rzekł Sebastian, widząc co dzieje się dookoła.
- Dlatego musimy to załatwić najszybciej jak to tylko możliwe. Im więcej osób, tym szybciej powinno nam pójść - powiedziałam, przyglądając się przerażonym twarzom towarzyszy.

- Ja nie wiem czy dam radę - przyznał Łukasz, przyglądając się powierzchni sklepu. Można się tu było zgubić.
- Dasz - powiedziałam bez przekonania - Każdy wie czego szukamy?
- Gumowej kaczki i ręcznika? - spytała Baśka.
- Dokładniej dwóch gumowych kaczek i dwóch ręczników. Ręczniki muszą być białe, a kaczki gumowe - powiedziałam, wyciągając z kieszeni telefon - Lepsze by było walkie-talkie, ale wideokonferencja też da radę. Będziemy mieć ze sobą stały kontakt. Podzielimy się na dwie grupy, po trzy osoby każda. Proponuję panowie osobno, panie osobno. Możecie wybrać czego wolicie szukać - dodałam, zerkając na męską drużynę.
- Ręczniki - odparł Damian - To będzie chyba prostsze.
- Popieram - dodał Sebastian.
- Ja też - dołączył się Łukasz.
- Wszyscy mają włączony czat? - spytałam, zerkając na telefony znajomych.
- Jeszcze sekundka, łączę się - powiedziała Sonia.
- Ok, po wejściu tam wszyscy się rozdzielają i kiedy ktoś coś znajdzie, daje mi znać. Wszystko jasne?
- Chyba tak - powiedział Łukasz, blednąć na myśl wejścia w ten Bermudzki Trójkąt.
- To do dzieła.

Przekroczyliśmy bramki i lawirując między biegającymi dziećmi, przeszliśmy do różnych działów sklepu, tak by móc przeskanować jak największą powierzchnię i znaleźć to, czego szukaliśmy.
Logika podpowiadała mi, że gumową kaczkę najszybciej znaleźć można w dziale z zabawkami. Podążając za znakami udało mi się znaleźć miejsce docelowe. Dokładniej trzynaście alejek miejsca docelowego.
Zwątpiłam, rozejrzałam się dookoła i łapiąc kontakt wzrokowy z jakimś bardzo wymęczonym człowiekiem, stojącym przy półce z pluszakami, powiedziałam do telefonu:
- Powiedzcie, że coś macie.
- Ja jestem w dziale z zupkami instant - odparł Łukasz.
- Ok, a czego tam szukasz? - spytała Sonia.
- Ręcznika.
- Nie znajdziesz raczej...
- Co Ty nie powiesz. Lepiej mi powiedz jak stąd wyjść.
- Jestem w dziale budowlanym, skąd mam wiedzieć? - odezwał się Sebastian.
- Czy chociaż jeden z Was jest na tekstyliach? - spytałam, tracąc wiarę w mój team.
- Damian - odparł Sebastian - Przynajmniej tak mówił. Ja tu jestem przy kafelkach i umywalkach, bo skoro mają sprzęty łazienkowe, to może mają też ręczniki. Widziałem już chodniczki łazienkowe.
- Póki co same poduszki - powiedział Damian, który zdawał się być najbliżej celu - A jak tam kaczki?
- Trafiłam na zabawkowy, ale zaraz dostanę oczopląsu - rzekłam, przechadzając się alejkami.



- Kostiumy...


pluszaki...

zabawki interaktywne... - wymieniałam.
Przy samochodzikach znalazłam człowieka, odzianego w uniform sklepu, więc uradowana podeszłam do niego i spytałam:
- Przepraszam, znajdę tu gdzieś może gumowe kaczki, takie do kąpieli?
Mężczyzna obdarował mnie najbardziej znużonym spojrzeniem świata, które sugerowało przynajmniej osiem godzin, spędzonych przy płynącym z głośników "Last Christmas" i bez słowa wskazał na alejkę za nim.
- Zabawki dla niemowlaków - przemówił - Tam szukać.
- Dziękuję bardzo - odparłam, udając się w wyznaczone miejsce i mrużąc oczy od nadmiaru kolorów i ostrego światła.
- Jezus Maria! - usłyszałam głos Baśki, dobiegający z telefonu i omal go przez to nie wypuściłam z ręki.
- Baśka, bo zawału dostanę - skarciłam dziewczynę, jednak w odpowiedzi usłyszałam tylko wiele robotycznych dźwięków, zlewających się w jeden bełkot.
- Wystraszyłam się, ok? - tłumaczyła Basia - Weszłam w alejkę z robotami i wszystkie się nagle odwróciły w moją stronę.
- Jak w "Annabelle" - odparł Sebastian.
- A teraz wszystkie drą ryja. Zamknąć się! - nie wytrzymała Baśka, wydzierając się na interaktywne stworzenia, śpiewające jej piosenki i zapewniające ją, że "bardzo ją kochają".

Dotarłam do "działu dla malucha" i zaczęłam skanować półki w poszukiwaniu kaczek.
- Tylko delfiny i orki - westchnęłam, przyglądając się jedynym gumowym stworzeniom w całej sekcji - Czym sobie kaczki zawiniły, że je zastąpiono?
- W budowlanym nie mają - rzekł Sebastian - Jak spytałem o gumowe kaczki na dziale z kafelkami, to spojrzeli na mnie jak na wariata.
- Ale czy możesz ich za to winić? - spytał Damian, rozglądając się dookoła. Maszerował teraz między prześcieradłami.
- Zapytać nigdy nie zaszkodzi. Ręczników też tu brak. Jak u Ciebie Łukasz?
- Nieźle - odparł chłopak - Teraz jestem w dziale z piwem. Muszę przyznać, że tu mi znacznie lepiej.
- Łukasz skup się, szukasz ręczników - powiedziałam, na wszelki wypadek lustrując jeszcze pozostałe sektory zabawkowe.
- No przecież się rozglądam.
- Szkoda, że nie w tej części sklepu co trzeba.
- Słuchajcie naprzeciwko jest jakiś zabawkowy - odparł Sebastian.
- Łukasz masz zmianę misji - powiedziałam - Tam spytasz o kaczki.
- Ale jestem w sekcji ręczników.
- Znalazłem ręczniki - powiedział Damian.
- Białe? - spytałam z nadzieją.
- Białe, różne rozmiary.
- Chyba Cię kocham - powiedziała Baśka - Jesteśmy tu już godzinę, uwierzylibyście?
- Ja tak, chyba mnie mdli - odparł Łukasz.
- Damian, weź dwa największe białe ręczniki i podejdź pod kasę. Nie stawaj jeszcze w kolejce, zaraz tam będziemy - powiedziałam, opuszczając sektor zabawek. Miliony modeli samochodów, pluszaków, lalek, gier planszowych, czy robocików, ale gumowej kaczki z jakiegoś powodu brak - Sebastian i Łukasz, idźcie już rozejrzeć się w tym zabawkowym.
- Ja najpierw muszę stąd wyjść - powiedział zagubiony Łukasz.
- Jestem koło piw, zgarnę Cię - westchnęła Sonia.
- Ale ja już nie jestem koło piw.
- A gdzie?
- Przy karmie dla papug.
- Stój tam i się nie ruszaj!

Podczas kiedy ja starałam się znaleźć wyjście z tego labiryntu i trafić do kasy, Sonia z Łukaszem i Sebastianem zmierzali już do sklepu z zabawkami.
Sekcje zespołów uległy nagłej zmianie, ale w dalszym ciągu były równo rozdzielone. 
Stanęłam z Baśką i Damianem w bardzo długiej kolejce, dzierżąc w dłoni dwa ręczniki i patrząc na przeciążone koszyki, wypakowywane na taśmę.
- Trochę nam zejdzie - zaczęła marudzić Baśka.
- Tu są gumowe dinozaury - dobiegł mnie z telefonu głos Łukasza.
- Kaczki Łukasz, kaczki - odparłam.
- Ale czy to musi być kaczka? Czy to nie może być dinozaur?
- To musi być kaczka, Ty nie rozumiesz powagi sytuacji.
- No masz rację, nie rozumiem powagi sytuacji gumowej kaczki.
- Jest jeszcze jeden zabawkowy - usłyszałam głos Sebastiana - Przejdę się tam i spotkamy się przy wyjściu.
- Idę z Tobą, nie wytrzymam tutaj - powiedział Łukasz.
- Idźcie, ja się jeszcze rozejrzę - powiedziała Sonia.
Kolejka przesunęła się o dziesięć centymetrów.

Jakiś człowiek przy kasie po spojrzeniu na rachunek, na którym widniała kwota niemal czterocyfrowa, rozpoczął dywagacje z kasjerką.
- Korzenie tu zapuszczę - westchnęła Baśka.
- Człowieku wyjdę za Ciebie, tylko powiedz mi, że macie tu gumowe kaczki - doszedł nas histeryczny głos Łukasza, wydobywający się z głośnika komórki.
- Odczep się pan - odparł obcy głos.
- Cokolwiek chcesz, tylko wskaż mi miejsce gdzie trzymacie gumowe kaczki.
- Chyba go tracimy - powiedziała Baśka.
- Łukasz, mniejsza desperacja - powiedziałam do telefonu.
- Ale ja jestem zdesperowany! Zaraz wygryzę ściany, ja się nie nadaję na takie wyprawy. Tu jest tego pierdyliard, z głośników leci jakaś muzyczka z windy i jak jeszcze raz ktoś mnie spyta czy chcę próbkę perfum, to wyjdę z siebie i stanę obok.
- Sebastian, jesteś obok? - spytałam - Weź go na zewnątrz jak tam nic nie ma, bo nam się zaraz chłopak psychicznie załamie.
- Zmierzam - odparł Sebastian.
- Ja nie rozumiem tych ludzi, co po centrach handlowych chodzą godzinami - kontynuował Łukasz, grzebiąc w koszu z nakręcanymi żabami - Przecież to można do głowy dostać. To nie może być zdrowe.
- Jak ta kolejka się nie posunie, to zaraz będę w podobnym stanie - powiedziała Baśka.

Po dłuższym czasie udało nam się jednak opuścić kolejkę i kiedy wyszliśmy na zewnątrz, powitał nas mrok.
- O, ciemno - powiedział Łukasz.
- Uroki zimy - odparła Baśka.
- Dobra, to co z tymi kaczkami? - spytała Sonia. 
- Żeby w całym centrum nie było kaczek - powiedziałam do siebie - Znam jeszcze jedno miejsce gdzie mogą być. Chiński sklep. Musielibyśmy nadrobić jakieś dwa kilometry tą trasą, którą przyszliśmy.
Łukasz wydał z siebie niezidentyfikowany dźwięk, który mógł oznaczać jego ból i wewnętrzną rozterkę, podczas kiedy reszta tylko mi się przyglądała.
- Zrozumiem jak odmówicie, serio zero pretensji, ale ja muszę znaleźć te kaczki - powiedziałam - Muszą tam być.
- Dobra - westchnęła Baśka - Idę z Tobą.
- Ja też - dodał Sebastian.
- No przecież wszyscy idziemy - zarządził Damian, co Łukasz skwitował tylko pełnym niedowierzaniem - Tylko pytanie czy ten sklep jest jeszcze otwarty.
- Do dziewiętnastej.
- To nam daje godzinę. Niewiele.
- Przyszło mi powiadomienie - powiedziała Sonia - "Jak oceniasz to miejsce?"
- W sensie centrum handlowe? - spytał Łukasz.
- Tak.
- Naprawdę chcą teraz oceny? A można przeklinać?
- Nie wydaje mi się.
- Dobra, idziemy, bo się nie wyrobimy - powiedziałam, ruszając w stronę pól.
- Poważnie chcesz tędy przejść w całkowitych ciemnościach? - spytała Baśka, zerkając na błoto okryte czernią.
Widok faktycznie nie był pocieszający...



... była to jednak jedyna i najszybsza trasa.
Powrót tą samą drogą był dużo trudniejszy. Prawdopodobnie ze względu na brak oświetlenia. Idąc na czele zdawałam sobie sprawę, że każdy krok może być dla mnie początkiem błotnej kąpieli.
- Uouuu! - usłyszałam za sobą i kiedy się odwróciłam, ujrzałam Łukasza, próbującego wywalczyć sobie odzyskanie równowagi. Zanim chłopak zdążył wylądować twarzą w miękkiej ziemi, Sebastian zdołał złapać go za kaptur kurtki i przywrócić pozycję pionową.
- Dzięki - odpowiedział Łukasz, stawiając ostrożnie kolejne kroki - Ziemia mi odjechała razem z nogą.
- Spoko. Daleko jeszcze?
- Widzę światła, więc chyba nie - odparłam - Tam dalej jest już chodnik.
- Super, a jak nas coś napadnie? - spytała Sonia, idąca w środku łańcuszka.
- Kto by się rzucał na grupkę ludzi? - spytała Baśka.
- Dziki? Albo jakieś zdziczałe psy? Rozerwą nas jakieś Burki...
- Wtedy się wypchnie Krysię do przodu - odparł Damian - Ona ma kwalifikacje, to się z nimi dogada i nas oszczędzą. Swojego chyba nie zjedzą.
- Te, nie bądź taki cwany - odpowiedziałam - Ja nie Dr. Dolittle.
- A jak nie podziała? - spytała Sonia.
- To ją zjedzą, a my w tym czasie się zmyjemy - dokończył Damian.
- Miałyby co jeść. Myślę, że całą zimę by na mnie obleciały - powiedziałam, lokalizując chodnik.



- Ja mam nadzieję, że to jest tego warte i zostanie docenione - powiedział Łukasz, szukając oparcia w koledze, bo ponownie zaczynał tracić stabilizację.
- Zostanie, możesz mi zaufać - odpowiedziałam.
- Przynajmniej mamy te ręczniki - westchnęła Baśka - Ta kaczka to już koniec listy życzeń, nie?
- Właściwie... - zaczęłam.
- Krysia, nie podoba mi się to "właściwie". Jak wymyślisz coś jeszcze, to Łukasz się nam tu zaraz popłacze.
- Ja już jestem bliski łez. Oszczędź... - powiedział Łukasz, głosem człowieka który wracał z wojny.
- Potrzebuję piór - powiedziałam - Najlepiej czarnych, ale jak będą innego koloru, to też sobie poradzę. Mam tusz do mangi.
- Skąd Ty teraz chcesz wytrzasnąć pióra? - spytał z niedowierzaniem Sebastian.
- Ma ktoś w rodzinie, albo wśród znajomych kogoś, kto ma kury, albo gołębie? - spytałam i nastała niezręczna cisza.
- Ja mam - odparł Łukasz - Teściu miał jakieś gołębie, ale nawet się nie będę wygłupiał, zapomnij.
- Ale Łukasz... - zaczęłam.
- Nie, zapomnij. On mnie nie lubi.
- Ale jakbyś się zainteresował jego ptakami, to może to by się zmieniło.
- Dzwonimy do siebie od święta i to wcale nie będzie podejrzane jak go nagle spytam o gołębie.
- Święta blisko, możesz mu złożyć życzenia teraz i powiedzieć, że nie chciałeś zapychać linii jak wszyscy będą dzwonić. Przy okazji spytasz o gołębie.
- Krysia nie.
- Krysia tak. Weź mnie nie zostawiaj bez piór. Jeden telefon.
- Powiem Karolinie żeby zadzwoniła.
- Goni nas czas. Możemy je odebrać po drodze, on mieszka za sadem, nie?
- Taa...
- Co mam zrobić, żebyś zadzwonił?
- Przekonać Karolinę, żeby na świąteczne zakupy pojechała beze mnie.
- Dobra - odparłam.
- To nie podpucha?
- Nie. Umowa stoi?
- Ok.
- Ok to dzwoń.
Łukasz wydobył z siebie westchnięcie tak głębokie, że gdyby coś tu rosło, na pewno by się ugięło i wykręcił numer do teścia.
- Cześć tato - odparł po chwili bez entuzjazmu - Co? Nie. Nic się nie stało. Tak dzwonię. Zapytać co u Ciebie. Co? Nie, nie potrzebuję pieniędzy pożyczyć. Pijany też nie jestem. Dobra, powiem od razu, potrzebuję piór. Ty masz gołębie, nie? Zrzucały ostatnio jakieś pióra? Nie, nie po*ebało mnie i wiem która godzina. Masz te pióra? Kilka będzie? Kilka będzie - potwierdził Łukasz, więc po drodze skierowaliśmy się w stronę sadu. Po tłumaczeniach i wyjaśnieniu mężczyźnie do czego właściwie potrzebuję piór, ten tylko pokręcił głową, machnął ręką i wręczył mi piórka, zamykając drzwi i rzucając czymś w stylu:
- Byście sobie znaleźli poważne zajęcie, a nie pierdoły Wam w głowie.
- Pamiętaj co mi za to upokorzenie obiecałaś Krysia - powiedział Łukasz.
- Spoko, Karolina i tak Cię nie chciała zabierać na rodeo po sklepach w tym roku - odparłam, chowając nową zdobycz.
- Co? Ale czemu?
- Bo masz zostać z małą w domu i ją popilnować.
- Ale Cię ładnie wyrolowała - przyznał Sebastian, za co zgarnął żółwika w ramię.
- Bardzo nieczyste zagranie - mruknął Łukasz, lecz ja widziałam już światła sklepu, do którego wszyscy zmierzaliśmy i to na nich skupiłam całą swoją uwagę.
- Czekaj, oni tam nie mówią po polsku, nie? - przypomniała sobie Baśka.
- Nie, właścicielką jest Chinka i tak średnio można zrozumieć co chce, ale jest samoobsługowy. Dogadamy się.
- Jak? Znasz chiński?
- Nie, ale jestem pewna, że ona zna angielski.
- Ale nie wiesz tego na pewno.
- Dowiemy się - odpowiedziałam i ostatnie kilka metrów dzielących nas od drzwi właściwie przebiegliśmy.
Dotarło do mnie z opóźnieniem jak musiała wyglądać wymarznięta grupa sześciu osób, wpadająca do sklepu tuż przed zamknięciem i pytająca o "rubber duck" z szaleństwem w oczach, jakby od tego zależało życie tych ludzi.
Wystraszona kobieta wskazała nam stoisko i kiedy do niego podeszliśmy, oczom naszym ukazały się one - gumowe kaczuszki.
- Jest! - wylał z siebie Łukasz - Dobry Boże, są. Nigdy więcej.
- Bierz je zanim ktoś po nie sięgnie i będziemy musiały mu wybić zęby - powiedziała Baśka, mimo iż w sklepie poza nami nie było nikogo. 
Podeszłam do kasy z woreczkiem małych kaczuszek i nawet nie dziwiłam się reakcji kobiety. Patrzyła teraz na dorosłych ludzi uradowanych workiem gumowych kaczek do kąpieli. Łukasz aż dreptał w miejscu. To nie mógł być dla niej codzienny widok.

Kiedy wszyscy trafili już do swoich pojazdów, wróciłam do domu.
Zdobyłam wszystko i choć pióra trzeba było pomalować, nie stanowiło to większego problemu.



Dwie kaczuszki musiały też zostać odrzucone ze względu na defekty fabryczne...




... jedna miała uszkodzone skrzydełko, a druga wentylek...



... ale finalnie wypadało po cztery na głowę, więc wszystko grało.
Armia małych kaczuszek została przydzielona do swoich ręczników...



... a następnie przywiązana, w celu uniknięcia migracji po całej paczce.



Powstał również liścik z cytatem, który trafił na środek.



Wszystko oczywiście "double".



Całość trafiła w opakowania z renami i została zwieńczona piórkami, których za bardzo na tle opakowania nie było widać.




Gotowe do zmiany miejsca przebywania prezenty zostały dnia następnego wręczone swoim prawowitym właścicielkom.

Czy mogłam wymyślić coś prostszego, pochłaniającego mniej czasu i energii, zamiast utrudniać sobie życie?
Tak.
Czy było warto?
Jak najbardziej. Dużo lepiej czuję się ze świadomością, że włożyłam w ten upominek pomysł i trochę własnego (i cudzego) wysiłku. Idąc na łatwiznę bym tego nie osiągnęła. Pomijając już fakt poruszenia dziewczyn, które te prezenty otrzymały.
Swoje specjalne miejsce dostała nawet notatka, która wylądowała na lodówce, ku dezorientacji pozostałej części domowników obdarowanej.



Nie każda prosta i łatwa droga musi być tą właściwą.
Czasem warto się przejść środkiem pola i ubłocić sobie trochę buty.

czwartek, 5 grudnia 2019

Autobusowy myśliciel - polonista

Wsiadam do autobusu i lokalizuję dwa wolne miejsca siedzące na samym tyle pojazdu. Nie widzę osób stojących, więc upewniam się, że miejsca nie są zajęte i siadam obok dwóch dżentelmenów, którzy wyglądają na studentów. Chowam bilet i zajmuję się podziwianiem widoków za oknem.
Jeden z panów cały czas się uśmiecha, podczas kiedy drugi (oddzielający mnie od pierwszego) wygląda na podirytowanego i zażenowanego kolegą.

- Słuchaj, mam pomysł! - wyrywa się pierwszy z nich, odziany w czapkę mikołaja. Wygląda na bardzo nakręconego.
- Nie - odpowiada krótko jego kolega.
- Ale posłuchaj. Jedna rzecz - kontynuuje chłopak - Jak masz "om" w języku polskim, nie? Takie końcówki, jak na przykład w wyrazach... - myśli przez chwilę filozof - "kotom", "panom", albo "psom". To masz to wymienne na "ą". Jak w wyrazach "stopą", "muchą". Czyli "om" masz zazwyczaj w liczbie mnogiej, nie? A "ą" w liczbie pojedynczej. Mówisz psom, ale rozmawiasz już z muchą, nadążasz za mną?
- Zamilcz - odpowiada drugi mężczyzna.
- Podobnie masz w "em", wymienne na "ę". Na przykład z "psem" i "kotem", ale już "chcę" przez "ę". No słaby przykład, ale wiesz o co chodzi.
- Stary po prostu siedź cicho.

- Teraz uważaj. Skoro masz "om" i "ą", a także "em" i "ę" - mówi chłopak z błyskiem w oku, który świadczy o jego przejęciu sprawą - To co w takim razie z "an"?
- Sławek - mówi kompan, patrząc koledze głęboko w oczy - Weź ten otwór, który wypuszcza słowa i go zamknij dobrze?
- "An" powinno mieć swoją wersję z ogonkiem, tak samo jak "om" i "em" - kontynuuje myśliciel.
- Wiesz, że to co mówisz nie ma zupełnie sensu, nie? - pyta drugi z panów, tracąc nadzieję na ciszę.
- Właśnie, że ma, skup się - odpowiada człowiek w czapce - Widziałem ostatnio reklamę takiej oranżady i oni tak dziwnie zaciągali na "an", tak jak "ą", tylko nie z "om", a z "an", czaisz? Pomyślałem, że powstanie do tego osobnej literki, jak "ą", czy "ę" byłoby właściwe. Tylko skoro "ą" jest na "om", co nie ma sensu, bo powinno być "o" z laseczką, a nie "a" z laseczką, to możemy użyć tego wolnego "o" w wymianie "an". Byłoby "o" z laseczką, jako zamiana za "an", takie bardziej zaciągające i powinno być na odwrót z "ą", ale "ą" jako "a" z laseczką jest już zajęte.
- Ostatni raz jarałeś u Sylwka, rozumiesz? - mówi kompan chłopaka. Ten przewraca oczami i odpowiada:
- Geniusze zawsze byli niezrozumiani i niedocenieni.
- Za mało masz problemów z tym językiem? Za prosty jest dla Ciebie? Masz taką potrzebę dokładania?
- Ale nie rozumiesz, że tego brakuje? To frustrujące. Jak jeden zgubiony puzzel w całej układance.
- A co z "am", albo "en"? - przemawia po chwili żądny ciszy chłopak.
- Ale co?
- Masz "om" na "ą" i "em" na "ę", tak?
- No tak - odpowiada człowiek-mikołaj.
- Rozkminiasz tylko nad "an" na "o" z laseczką, tak? A co z wymianą "am", albo "en", albo nawet "yn". Nie ma "y" z laseczką w żadnej formie, a da się to wypowiedzieć jak "ą", tylko na "y".
Chłopak w czapce patrzy na kolegę szeroko otwartymi oczami, po czym potrząsa głową i milknie. Widać, że właśnie zawalił się jego domek z kart, który układał od dłuższego czasu w swoim umyśle. Trybiki w mózgu mężczyzny pracują tak usilnie, że ruchy jego gałek ocznych nie nadążają za procesem myślowym i błądzą po całym autobusie, lądując finalnie na jego dłoniach.
Przejeżdżamy kilka przystanków w zupełnej ciszy. Spokój wywalczony przez drugiego z panów zaczyna być uciążliwy nawet dla niego.
- Wszystko gra? - pyta on kolegi.
- Tak, myślę - odpowiada były filozof, nie odrywając wzroku od swoich rąk.
- Byle nie za długo, bo to Ci szkodzi. I nie zapomnij oddychać.
- Mhm.
Mężczyzna pozostaje w ciszy już do końca mojej podróży, czyli łącznie przez dwanaście przystanków.

Nie wiem jaki był finał całej rozkminy i czy chłopak pozbierał się z szoku, ale mam nadzieję, że doszedł do wniosków, które go satysfakcjonowały.

środa, 4 grudnia 2019

Anonimka zaczyna przeginać

- Dostałam właśnie info, że ojciec wyjeżdża. Od jutra mogę wrócić do siebie - powiedziałam do Damiana, miętosząc Mercy, która zasnęła snem tak twardym, że nawet smyranie po uszach nie robiło na niej wrażenia.
- Mnie tam nie przeszkadzasz, możesz siedzieć ile chcesz - usłyszałam w odpowiedzi.
- Dzięki. Jednak wizja powrotu do mojego własnego łóżka jest bardzo kusząca. Kojarzysz tę sąsiadkę, o której Ci mówiłam, że prawdopodobnie wrzuciła mi tego anonima do skrzynki? - spytałam, przyglądając się wiadomości od mamy.
- Ta "Idź mieszkać do lasu, bo tu syfisz psami"? No pamiętam.
- A pamiętasz jak Ci mówiłam, że próbowała mnie przekonać, że to Morfina szczekała, kiedy ja byłam z nią tutaj?
- No pamiętam.
- To zdaje się, że znowu u nas była - powiedziałam, dzwoniąc do rodzicielki i kładąc telefon przed sobą.
- No co Ty, czego chciała? 
- Zaraz się dowiemy - odparłam, kiedy dźwięk połączenia zastąpił głos mojej mamy.
- Tak? - usłyszałam.
- Jest tam obok Ciebie ojciec? - spytałam, żeby upewnić się, że teren do rozmowy czysty.
- Nie, poszedł gdzieś z kumplami.
- Dobrze, jesteś na głośniku, Damian siedzi obok.
- Cześć Damian - rzekła mama.
- Dzień dobry - odparł Damian, przysuwając się bliżej telefonu.
- Pisałaś, że była sąsiadka - powiedziałam, ciągle ugniatając kota - Co chciała?
- Ona jest jakaś dziwna - odparł głos w słuchawce - Przyszła dzisiaj, że chce z Tobą rozmawiać. Jeszcze jej ojciec otworzył, to chyba myślała, że mieszkania pomyliła.
- Wiesz co się teraz stanie? - spytał Damian, nie kryjąc uśmieszku - Teraz będziesz miała starszego chłopaka ujętego w liście, zamiast dziewczyny.
- O tym samym pomyślałam - odparłam, zdając sobie sprawę z tego, że chłopak prawdopodobnie ma rację - Tylko pewnie zostanie bardziej sponsorem niż chłopakiem.
- Ajj - skrzywił się Damian - Ale gust to masz kiepski. Trzeba się szanować chociaż troszkę.
- Weź, bo mi się cofnie - odparłam - No i ojciec otworzył i co dalej? - spytałam, czekając na dalszą część wydarzeń.
- I powiedział, że córki nie ma.
- Zakładam, że to jej nie wystarczyło?
- Nie. Spytała kiedy będzie. To jej odpowiedział, że pewnie po zajęciach, gdzieś po południu. Ona wtedy spytała gdzie jest "rozdarty kundel, co mu się japa nie zamyka".
- Uuuuu - westchnął Damian, kładąc sobie na kolanach Morfini pysk - Nie słuchaj mała, to nie o Tobie.
- To ojciec powiedział, że "kundel" to z córką jest teraz poza domem i spytał o co jej właściwie chodzi - kontynuowała rodzicielka - Ona wtedy zaczęła znowu z tym szczekaniem, że ona ma pewność, że to od nas i że ona chce rozmawiać z córką, bo to tak nie może być. Wtedy ja wyszłam do drzwi i jej tłumacze jak krowie na rowie, że córki z psem nie ma przez całą noc, więc nic im tam nie może szczekać, a przynajmniej nie od nas.
- Ja jej to też próbowałam przekazać, ale chyba nie dotarło - odpowiedziałam.
- Chciałam zamknąć drzwi, bo tylko przeciąg robiła, ale ona mi je nogą zatrzymała i do mnie, że ja Was ukrywam i ona by chciała sprawdzić, że Was faktycznie nie ma.
- Nie wpuściłaś jej, mam nadzieję - powiedziałam, zastanawiając się jak bardzo trzeba mieć rozgotowany mózg, żeby próbować komuś wtargnąć do mieszkania.
- Nie. Kazałam jej zabrać to kopyto z moich kafelek, postraszyłam glizdę policją i powiedziałam, że ma leczyć co się da, bo na głowę już chyba za późno - odparła mama.
- To ona myślała, że Pani ją wpuści do mieszkania i pozwoli je przeszukać? - spytał Damian, nie dowierzając całej sytuacji.
- Najwidoczniej - odpowiedziała rodzicielka - Może jeszcze herbatki jej powinnam zrobić. Co za dzika baba.
- Powinnaś jej jeszcze podziękować za rewizję. Takiej bez nakazu to raczej nie robią - odparłam - A słychać, żeby cokolwiek w nocy szczekało? Ten York z góry może, albo na zewnątrz coś?
- No ja nic nie słyszę, ale ja się kładę koło dwudziestej drugiej, więc jak już to późno w nocy. Tylko jakby coś szczekało, to raczej bym się zbudziła.
- No właśnie wiem. Ty masz płytki sen. Tylko zastanawia mnie skąd w takim razie ona ma te nagrania. To brzmiało jak mały pies, ale było dość wyraźne.
- A może z internetu? - podpowiedział Damian - Przecież wystarczy wpisać w YouTube "barking dog", albo cokolwiek innego i nagrać z głośników.
- Ale po co? Jaki to ma cel? - spytałam - Przecież ona ma chyba co robić przy dwójce dzieci.
- Może tak nie cierpi zwierząt, że ich nie potrafi znieść, nawet jak są cicho - powiedziała mama.
- Ale z tego co mi mówili sąsiedzi, to do innych osób ze zwierzętami ma mniejsze wonty. Też coś tam psioczy, ale nie aż tak.
- Bo może mają mniejsze psy, a nie takiego cielaka - usiłowała odgadnąć motywy rodzicielka - Bo to zgadniesz o co jej chodzi? A jak spytasz, to i tak Ci nie powie, tylko zacznie śpiewkę o tym, że jej pies szczeka.
- Może babka słyszy głosy - stwierdził Damian - Tylko, że to się już kwalifikuje na wizytę u psychiatry.
- To jak jej nawrzucałaś to już poszła? - spytałam.
- Tak. Po tym jak powiedziałam, że jak mnie będzie nękać, to wezwę policję. Coś tam sapała na korytarzu jeszcze, że jej nie będę straszyć policją, bo to ona wezwie policję, czy coś takiego. Nie wiem, nie słuchałam.
- Psa w domu nie ma, a ta ma problemy. To już sobie wyobrażam co będzie jak wrócimy - westchnęłam.
- Nic nie będzie, bo jak będzie natarczywa, to ją w końcu trzeba będzie zgłosić. Nie będzie mi się obce babsko pruło w moim własnym domu.
- Ta od jabłek przestała na chwilę, to się następna uaktywniła. Jakaś klątwa chyba.
- To jest druga generacja - powiedział Damian - Kolejne pokolenie. Następna będzie jakaś mała dziewczynka, która Ci podbiegnie i powie, że masz zabrać psa, bo jej przeszkadza.
- Jak jej to szczekanie tak przeszkadza, to jest szansa, że się wyprowadzi może - rzekłam, mając nikłe nadzieje, że tak właśnie się stanie.
- To by było piękne, tylko nie wiem czy jest co na to liczyć - odparł Damian, niszcząc moje marzenia.
- Dobra, ja kończę, bo kolację muszę robić - wtrąciła rodzicielka, stukając talerzami.
- Dobra, odezwij się jeszcze jakby przyszła i daj znać czy z młodymi wszystko dobrze.
- Ok, pa.
- No, pa.
Sięgnęłam do telefonu i zakończyłam połączenie, zerkając na Damiana.
- I co Ty na to? - spytałam.
- Wiesz, tak szczerze? Jakbym nie znał Morfiny i gdyby ona tu teraz nie śliniła mojej reki, to bym chyba uwierzył, że masz problem ze szczekającym psem.
- Tyle dobrze, że ja mieszkam tam dłużej niż ona i sąsiedzi wiedzą, że mój pies nie szczeka. Ona się nie odzywa jak jest burza, ktoś dzwoni domofonem, czy sąsiad remontuje mieszkanie. Już bym bardziej uwierzyła, że słychać jak się szczury w nocy piorą.
- Mnie by było głupio. Zwłaszcza jakby się okazało, że psa, którego oskarżam o szczekanie, wcale nie ma nocami w domu - odparł Damian.
- Tylko, że ona twierdzi, że jest.
- Albo bardzo chce tak twierdzić.
- No, ale przecież jej do domu nie wpuszczę, żeby jej udowodnić.
- Pewnie, że nie. I tak by powiedziała, że pewnie się gdzieś chowasz w szafie, albo pod łóżkiem.
- Daj mi siłę do tych ludzi. To jest pies, a ludzie się zachowują jakbym tam trzymała tygrysa, albo niedźwiedzia.
- Trzeba zrobić tak. Pożyczę Ci koty, zabierzesz do siebie na chwilę zwierzyniec Kasi i Nadii, po czym zaprosisz sąsiadkę na kawę.
- I jeszcze syna Szatana z siostrą.
- Dokładnie. Wejdzie sąsiadka, a wywiozą zwłoki.

Zaczyna mi się podobać ta koncepcja.
Z dnia na dzień coraz bardziej.


wtorek, 3 grudnia 2019

Ciekawa polityka sklepu

- Krysia, Ty nie musisz wstawać? - słyszę głos Damiana, który wybudza mnie z dwugodzinnego snu. 
Kiedy ja się nauczę, że lepiej nie kłaść się wcale, niż kłaść się na mniej niż trzy godziny?
- To zależy która jest godzina - odpowiadam, starając się przejąć władzę nad językiem. Mój mózg jest jeszcze na walce jednorożców i kolorowych pand, która toczyła się w mojej głowie. Pandy wygrywały.
- Piąta trzydzieści dochodzi. 
- No to muszę - mówię zrezygnowana, nie podnosząc się jednak z miejsca - Budzik powinien dzwonić o piątej.
- Nic nie dzwoniło.
Zerkam na telefon, ale jasność ekranu wypala mi oczy.
- Jezu... zabierz to światło - mówię do siebie, uchylając powieki do niezbędnego minimum, które pozwoli mi określić powód buntu urządzenia.
- Przegapiony alarm - czytam komunikat - Nie wyłączyłam trybu ciszy. To wiele wyjaśnia. Nic dziwnego, że nie dzwonił.
- Idę pobiegać, zabrać ze sobą Morfi? - pyta Damian, podnosząc rolety.
Spoglądam na Świniaka, który z wywalonym językiem przygląda się chłopakowi i wiem już jaka jest jej decyzja.
- Idziesz biegać o piątej trzydzieści rano, kiedy na zewnątrz słońce dopiero się zastanawia czy wyjść i jest jakieś trzy stopnie?
- No - odpowiada z uśmiechem Damian.
- Jak to jest być psychopatą? - pytam, bo nie jestem w stanie tego ogarnąć umysłem.
- Muszę się przebiec, a wieczorami jest za dużo smogu. Nie da się oddychać. To co? Wziąć ją? 
- Możesz ją wziąć jak chcesz - odpowiadam, podnosząc się z miejsca. Poranki są takie bezlitosne.
- Chcesz iść z nami? Najwyżej zrobimy dwa okrążenia i poczekamy - mówi Damian, zakładając rozradowanemu psu obrożę i zabierając ze sobą smycz. Jego propozycja spotyka się jednak z moim zaspanym obliczem, które wyrażać może tylko "wszystkie procesy są teraz skoncentrowane na przeżyciu, proszę spróbować później".
- Nie, dzięki - odpowiadam - w połowie musiałbyś mnie toczyć.
- Jak chcesz - odpowiada chłopak, schylając się, żeby zawiązać buty - Ty się ze mną przebiegniesz, tak? - pyta Morfiny, która korzystając z okazji, że ludzka twarz znalazła się na poziomie jej pyska, postanawia przejechać po niej językiem i pochrumkać trochę na znak aprobaty dla pomysłu.
- I zostałeś ośliniony - mówię, lokalizując swoje kapcie, które w nocy wyemigrowały koło kuchennej wyspy. Zagadka ruchomych butów nie została jeszcze wyjaśniona, ale podejrzewałam, że może za tym stać spółka zoo.
- Uznam to za tak - mówi Damian, wycierając twarz i opuszczając mieszkanie.
Spoglądam na koty, które z dezaprobatą obserwują opiekuna z parapetu.
- Wiem - rzucam do nich - czuję to samo.
Zbieram w sobie ostatnie okruchy woli życia i ogarniając siebie i swoje otoczenie, przechodzę do kuchni.
- Znając życie Wasz ojciec nic nie jadł - mówię do Mercy, która przygląda mi się z blatu - W lodówce za wiele nie ma - dodaję, otwierając i zamykając magiczną szafkę - Jajka są tylko przepiórcze. Zakładam, że Wasze. Czyli co, wyprawa do sklepu? - pytam córki mroku, lecz te tylko wlepiają we mnie swoje żółte ślepia - Żadna ze mną nie chce iść, co? Tak myślałam...
Zerkam przez okno i lokalizuję najbliżej położony otwarty spożywczak. Owijam się jak Eskimos przed wyprawą na polowanie i zamykam mieszkanie zapasowymi kluczami. Schodzę do sklepu położonego zaledwie kilkanaście metrów od mieszkania i rozglądam się po półkach. Jako, że kucharka ze mnie żadna, a spalić kuchnię koledze byłoby nietaktownie, stawiam na omlety. Tego dania nie można zrobić źle. Nawet ja nie potrafię tego zepsuć.
Ładuję więc do koszyka niezbędne produkty i mijam starszą panią, która usilnie próbuje dosięgnąć do jogurtu greckiego, lecz ten postawiony jest poza zasięgiem jej ręki.
- Pomóc pani? - pytam i kiedy kobieta przytakuje, podaję jej jogurt.
- Kiedyś też byłam taka wysoka, tylko na starość to się człowiek kurczy. Dziękuję - odpowiada kobiecina, która nawet będąc w moim wieku nie mogła mieć więcej niż metr sześćdziesiąt.
- Proszę bardzo - mówię, oddalając się od kobiety i wędrując z pełnym koszykiem do kasy.
Przede mną stoi lekko nietrzeźwy jegomość, który zastanawia się którą wódeczkę dzisiaj wpompować w swoje umęczone życiem ciało.
- Bo ja miaem osttnio pozioczkową - mówi do kasjerki - ale onaa nie była taka jak ta truskowkowo.
- To jaką podać? - pyta ekspedientka, widząc że kolejka rośnie o mnie i kobietę z jogurtem, stającą za mną.
- Nie wim, nie wim. A jaką pani poleeeca?
- A lubi Pan pigwę?
- Ale pani brzydko mówiii. Na to się mówi myszkaa.
- Co? - pyta kobieta, marszcząc brwi - Owoc taki, pigwa.
- Nie znam, a jeżkową macie?
- Jaką?
- No jeżkuową.
- Dalej nie wiem.
- Yhh - wzdycha człowiek fala - No są takie kklueszki nie?
- Co są?
- Klueszki takie okrongłe na krzaszku. One tam są i te klueszki... uff, te klueszki się robią w takie większe klueszki i one sobie rosną na tym krzaszku i się je zrywa, nie? Zrywa się je i się zjada, o tak - wskazuje mężczyzna na swoje otwarte usta - I się gryzie.
- Na krzaku - masuje skroń ekspedientka - kluseczki.
- Nie. Klueszki. Takie, okongłe - rysuje palcami okrąg mężczyzna.
- Kuleczki?
- Tak! Mówie przyciż.
- Maliny?
- Nie.
- Róża?
- Niii.
- Panu chyba chodzi o jeżynową! - rzuca starsza pani, stojąca za mną.
- O! - mówi mężczyzna, wskazując na kobietę palcem - O taką, o. Dziękuję pani bardzoo.
- Nie mamy jeżynowej - odpowiada zrezygnowana ekspedientka, która gdyby tylko mogła, specjalnie dla mężczyzny sama wytworzyłaby żądaną wódkę, byleby tylko pozbyć się klienta.
Czuję jak poczytalność opuszcza kobietę i rzeźbi w jej twarzy grymas bólu.
- Pan weźmie orzechową - rzuca za mną starsza Pani - Ja ostatnio brałam i była bardzo dobra, naprawdę. Pycha.
- Taak? - pyta mężczyzna, spoglądając na kobietę.
- Tak, ale nie ma Pan uczulenia na orzechy?
- Nieee. Na koty tyko.
- No to niech Pan weźmie. Bardzo dobra. Lepsza niż te owocowe.
- A to porposzsz - odpowiada mężczyzna ku uciesze kasjerki - Jak Pani mówi, że dobraa, to ja zaufam.
Na blacie ląduje orzechowa wódka i pracownica z nadzieją w oczach pyta:
- To już wszystko?
- Ni - odpowiada rozbujany dżentelmen - Jeszzcze fajeszki.
- Jakie?
- A jakie są?
Zabawa zaczyna się od nowa i kiedy mężczyzna w końcu przechodzi do płacenia, wyciągając pomięte banknoty ze swojej kieszeni, za mną rozlega się przeciągłe westchnięcie.
- Nie zdążę na serial - mówi ze smutkiem staruszka i moje zbyt miękkie serce zaczyna wchodzić w konflikt z mózgiem.
- A o której się zaczyna? - pytam.
- No za chwileczkę. Do domu mam blisko, ale on leci tylko wcześnie rano i tak sobie wypadłam po szybkie zakupy, ale chyba nie zdążę.
- Niech Pani przejdzie przede mnie - mówię i kobiecina, dziękując mi, kładzie swój jogurt na blacie. Mam kilka rzeczy, a ona jedną. Skoro czekałam już tyle czasu, to jeden jogurt mnie nie zbawi, racja?
Okazuje się jednak, że jogurt to dopiero początek.
Kobieta każe ekspedientce naważyć dziesięć deko "tych cukierków dobrych miętowych" i "ze cztery wafelki te z czekoladą" i jeszcze "jakieś ciasteczka z galaretką, bo dobre są te z galaretką". Podczas kiedy lista rośnie o ciastka, cukierki i batoniki, ja zastanawiam się kiedy w końcu postanowię być egoistyczna dla własnego dobra.
Kobieta w końcu kończy wyliczankę, pakuje swoje zakupy do dużej torby i uśmiechając się przepraszająco, odchodzi od kasy.
- Się Pani nastała - mówi ekspedientka.
- Czasem tak bywa, co zrobić - odpowiadam.
- A Pani wie, że te jajka po terminie? - pyta, wskazując na moje zakupy.
- Nie, a to gdzieś napisane? - dziwię się, oglądając pudełko w poszukiwaniu informacji.
- Nie, ale nasz szef to robi tak, że zakleja daty. One są mocno po terminie.
- Dziękuję, że mi Pani mówi, a dostanę jakieś, które są świeże?
- Przyniosę z magazynu.
- Będę wdzięczna. Tak dla pewności, ten sok to w terminie? - pytam, oddając kobiecie opakowanie i czekając na zamianę.
- Tak, sok tak. Tylko z jajkami, chlebem i nabiałem tak robi.
- Ale to... a ta Pani co brała jogurt przed chwilą?
- A z której półki brała?
- Z tamtej - wskazuję na lodówkę, będąc trochę zszokowana polityką sklepu.
- A, nie. To z tamtej to wczoraj wykładałam. Z tych niższych się nie bierze tylko. Tam wyżej to świeże stoi - odpowiada kasjerka i znika za drzwiami.
- Nie no, fajnie - mówię do siebie, czekając na podmiankę i kiedy kasjerka pojawia się z nowym opakowaniem jajek, pytam:
- A tego nie sprawdzają jacyś ludzie z zewnątrz? W takich sklepach to są chyba jakieś kontrole.
- My dostajemy informację kiedy będą i wtedy się sprząta, ale tak to szef sknera i chce wszystko ludziom opchnąć. Nie dociera do niego, że w ten sposób tylko klientów traci.
- Dobrze, że Pani jest w porządku - odpowiadam, chowając produkty do torebki.
- Ja to nie lubię ludzi truć, więc jak widzę, to od razu mówię. Świadomy zakup to co innego niż takie machloje. 
Płacę za zakupy, opuszczam sklep i wchodzę do mieszkania, w którym wciąż znajdują się tylko koty.
Podczas kiedy Mercy usiłuje wyżebrać u mnie szynkę, Bananka już ładuje się do mojej torebki. 
- Stare jajka mi chcieli sprzedać - mówię do kotów, które w nosie mają mój monolog - Konsekwencje byłyby straszne. Banana odłóż proszę te papierki - rzucam do kotki, która wędruje z szeleszczącym paragonem po pokoju.

Po chwili do mieszkania wchodzi właściciel potworków z bardzo zdewastowanym mopem na drugim końcu smyczy.
- Coś Ty jej zrobił? - pytam, obserwując jak dysząca Morfina rozkłada się na rozgwiazdę w przedpokoju.
- Nic, przebiegła się trochę - odpowiada Damian, ściągając umęczonemu psu obrożę.
- Trochę? Przecież ona ledwo żyje.
- Ej. Ja jej do niczego nie zmuszałem. To był trucht, a ona była bardzo zainteresowana.
- Morfina, mrugnij dwa razy, jeśli kazał Ci biegać - mówię do psa, zasłaniając jednocześnie patelnię przed wszędobylskimi łapkami Mercy.
Morfina mrugnąć jednak nie może, ponieważ powieki ciążą jej bardzo i razem z głową, lodują na kafelkach.
- Zepsułeś psa.
- Naprawi się. Co gotujesz? Dostanę też? - pyta Damian, ściągając z blatu niezadowoloną mini panterę.
- Gotuję to za dużo powiedziane, ale omlet robię. Biegałeś na czczo?
- Jak zawsze. Skąd masz jajka?
- Byłam w sklepie.
- Tym na dole?
- Tak.
- Sprawdzałaś termin do spożycia? - pyta z niepokojem Damian i już wiem, że polityka sklepu jest tutaj wszystkim znana.
- Tak, kasjerka mnie uprzedziła przy kasie, że jak chcę świeże, to muszę brać z góry.
- Taka blondynka z kokiem?
- Tak.
- To Pani Zosia, ona klientów ostrzega. Jakby była ta druga, czarna, Sabina bodajże, to by Ci nie powiedziała.
- Oni tak od dawna działają?
- Od kiedy pamiętam.
- I ten sklep jeszcze prosperuje?
- Wiesz, to są układy i układziki - odpowiada Damian, bawiąc się kocimi łapkami.
Do Morfiny dociera zapach smażonego jajka i pies trzeźwiejąc, podchodzi do kuchni. Węszący nos zbliża się się do mnie, a smyrająca mnie po spodniach łapa sugeruje, że chętnych na śniadanie jest więcej.
- Zmęczona byłaś - mówię do psa - Spać Ci się chciało przed chwilą.
- Są priorytety - odpowiada Damian - Ale soku to chyba od nich nie brałaś, co?
- Brałam - odpowiadam, widząc niepokój rosnący na twarzy kolegi - Ale ta Pani mi powiedziała, że termin ma dobry. Sama też sprawdzałam.
- Nie no, termin ma dobry... tylko, że oni je źle przechowują.
- W sensie jak źle?
- W sensie, że przy kaloryferach.
- Żartujesz sobie.
- No nie. Tam nawet oni sami tych soków nie biorą, bo to loteria. Raz się trafi dobry, a raz nie.
Zerkam niepewnie na sok i odkręcam korek. Zaglądam do środka, przelewam zawartość do szklanki i nie widząc niepokojących objawów, mówię bez przekonania:
- Wygląda normalnie.
- Niby tak - odpowiada Damian.
- Ktoś go musi skosztować.
- Ktoś musi.
- Kamień, papier, nożyce.
- Do trzech?
- Do trzech.
Po przegranej (kto by się spodziewał trzech kamieni pod rząd), staję nad szklanką, biorę wdech i upijam łyk. Pierwsze doznania smakowe docierają z opóźnieniem i wszystko wydaje się być w porządku, jednak po chwili mój język drętwieje, a palący przełyk wysyła alarm do całego organizmu. Wiem już, że to był błąd. Kombinacje smakowe tego wywaru dezorientują nawet mój mózg i kończy się przemieszczeniem lokalizacji obiektów na mojej twarzy. Jestem pewna, że swoich ust mogę teraz szukać na czole, a języka w uchu.
Sok definitywnie jest sfermentowany.
- Uhuhu - mówi Damian, jedną ręką miętosząc psa, a drugą zakrywając sobie usta - Chyba niedobre.
- No co Ty - odpowiadam, ładując w siebie dwie szklanki wody i czując jak mrowienie z kręgosłupa przechodzi mi na tył czaszki - Pycha, chcesz skosztować?
- Nie, wiesz, ja podziękuję.
- To ma po prostu bardzo mocny, oryginalny smak - dodaję, odzyskując władzę nad twarzą.
- Wierzę na słowo.
- Ja nie wiem czy to bezpiecznie jest wylewać do zlewu, czy do muszli - mówię, zakręcając niebezpieczny sok - To może być zagrożenie dla środowiska.
- Najlepiej by było go odnieść, ale one tam doskonale wiedzą o tych sokach, więc Ci tylko mogą powiedzieć, że "tak się trafiło".
- To może jednak herbatę - proponuję, włączając czajnik - Już nigdy nie spojrzę w ten sam sposób na sok.
- Sok to jest nic. Kiedyś tam sprzedawali ryby. Wiesz, wędzone makrele i takie inne.
- O nie - odpowiadam, uruchamiając wyobraźnię.
- O tak. Wyobraź sobie taką rybkę, leżącą kilka dni przy oknie w lipcu i sierpniu. Otwierasz, a tam cały mikrokosmos i nowe życie. Ryba niby martwa, bo bez głowy i uwędzona, a okazuje się, że całkiem nieźle się rusza.
- Robisz wszystko, żebym Ci oddała swoją porcję.
- Działa?
- Nie.
- No trudno.

Pełzające produkty spożywcze widzę teraz w głowie za każdym razem, kiedy sięgam po coś do lodówki.
Idealny sposób na dietę...


poniedziałek, 2 grudnia 2019

Konfliktowe futro Morfiny

Pies bawi się w dzwonnika z Notre-Dame, więc ubieram mu obrożę, a siebie wsadzam w kokon z dwóch swetrów, bezrękawnika i kurtki. Na głowie ląduje czapka, na dłoniach rękawiczki, a całą resztę zwieńczam plątaniną szalika. Wystawione na zjawiska klimatyczne są tylko oczy i nos.
Niestety w przeciwieństwie do Morfiny, jestem zupełnie nieprzystosowana do temperatur schodzących poniżej dziesięciu stopni Celsjusza i kiedy ona tarza się w oszronionej trawie, ja zaczynam się zastanawiać gdzie na tym biegunie postawić flagę zdobywcy. Lepiej za to niż ona znoszę upały.

Krokiem pingwina drepczemy sobie ze Świniakiem chodnikiem, kiedy przez szparę mojej zbroi widzę biegnącego w naszą stronę psa. Na oko Biały Owczarek Szwajcarski, który ma w nosie nawoływania właścicielki, stojącej po drugiej stronie jezdni. Pies cały zjeżony podbiega do Morfiny, która przyjmuje pozycję grzbietową, pokazując w ten sposób, że jest pacyfistą i nie szuka problemów.
- Proszę się nie bać, on chce się tylko przywitać - słyszę głos właścicielki, lecz komunikat słuchowy nie pokrywa się z tym co widzą moje oczy. Owczarek jeży się i staje bardzo napięty nad Morświnem.
- Proszę go zapiąć i zabrać - mówię, zasłaniając Morfinę nogą, co jest dla natręta dezorientujące (przynajmniej na kilka sekund). Po chwili pies zaczyna jednak wydobywać z siebie dźwięki kosiarki, więc zaczynam tańczyć wokół swojej rozgwiazdy, rozłożonej na chodniku "kaczuszki", blokując ją przed zębami większego kolegi. Jednocześnie próbuję wytłumaczyć kobiecie, że tak nie wygląda "tylko się witanie" i zdecydowanie nalegam na ujarzmienie zwierza.
- No przecież nic jej nie robi. Jaka Pani przewrażliwiona - mówi niewiasta, wlokąc się noga za nogą i obserwując poczynania swojego podopiecznego, którego warkot z kosiarki zdążył już przejść do silnika Formuły 1.
- A to mam czekać aż zrobi? Warczy i doskakuje z zębami, tyle mi wystarczy. Proszę go zapiąć - odpowiadam, cały czas manewrując między obcym psem, a swoim.
- No już go zapinam przecież. Chodź Lucuś, bo pani przewrażliwiona.
Lucusiowi koło ogona wiszą jednak prośby właścicielki i zaczynam mieć problem z osłanianiem Morfiny, która nie ma zamiaru podnieść się z ziemi, by nie wywołać reakcji u psa, który ewidentnie coś do niej ma.
Korzystam z okazji, kiedy Owczarek próbuje wyminąć moją nogę i chwytam go za szelki, ryzykując tym samym pogryzieniem. Jestem dobrze osłonięta (ze względu na temperaturę) i stwierdzam, że jeśli te zęby muszą się w kimś dzisiaj zatopić, to lepiej jeśli to będzie moja owinięta kurtką ręka, niż puchata łapa Świniaka.
- Proszę - mówię, podprowadzając wijącego się psa do właścicielki i zostawiając na chwilę mojego śledzia - Niech go Pani zapina. A na przyszłość może nie puszczać luzem psa, który nie jest odwoływany i bywa agresywny.
Kobieta nabiera powietrza i robi się okrągła jak balon. Albo zaraz odleci, albo wybuchnie i doświadczenie mówi mi, że raczej to drugie.
- Co go Pani tak szarpie! - wyrzuca z siebie, przejmując szelki psa - Przecież mówiłam, że go zapinam już!
- Nie szarpię go, tylko przyprowadzam do właściciela - odpowiadam ze spokojem, puszczając szelki - coś Pani nie szło to zapinanie, to pomogłam.
- Zostaw go Pani! - kontynuuje niewiasta i właściwie nie wiem o co jej chodzi, bo nie mam już z Owczarkiem żadnego kontaktu fizycznego.
- Przecież go nie dotykam. Musi Pani na niego bardziej uważać, bo jak kogoś pogryzie, to będą problemy - mówię, wracając do Morfiny, która zastanawia się czy można już bezpiecznie wstać, czy lepiej jeszcze chwilę poleżeć, tak na wszelki wypadek.
- On by nikogo nie ugryzł! Ja znam swojego psa! - kontynuuje właścicielka białego wojownika, próbując przejść obok. Naciągnięta do granic możliwości smycz automatyczna i wyrywający się na jej końcu Owczarek raczej jej w tym nie pomagają.
- Ja widziałam co innego - odpowiadam i namawiam księżniczkę do wstania z ziemi.
- To Pani pies mu wysyła złe sygnały.
- Jakie sygnały? Przecież my szliśmy w zupełnie inną stronę, a mój pies nawet nie spoglądał w Pani kierunku.
- Ale faluje!
- Co robi?
- No faluje tym swoim ogonem, tym futrem jak idzie i go prowokuje.
Spoglądam na kobietę jak na kogoś, kogo logikę bardzo chciałabym pojąć, ale nie potrafię. Mój pusty wyraz twarzy niewiasta odbiera chyba jako kontratak, bo dodaje:
- Takie futro się przycina, żeby nie prowokowało. Przecież ono jest jak te błyszczące wabiki na ryby, albo płachta co się bykowi majta!
- Płachta się bykowi majta...
- Pies widzi ruch, to reaguje. A przy tym to oczopląsu można dostać - rzecze kobieta i wymija nas, uzyskując w końcu uwagę Owczarka i prowadząc go na drugą stronę chodnika.
Stoję w miejscu, podczas kiedy Morfina wstaje, węszy za psem i spogląda niepewnie w moją stronę. Usiłuję połączyć wątki, ale średnio mi to idzie, więc wracam z psem na trasę spaceru.

Wychodzi na to, że Morfinie futro prowokujące jest niczym płachta, co to bykowi się majta, czy błystka wędkarska i powinnam się tym zająć, bo sama sprowadzam na nią psich wrogów.
Nie wiem czy uznać to za komplement, czy wręcz przeciwnie.
Właściwie niczego już nie wiem...



niedziela, 1 grudnia 2019

Wygrałam koronę (plotek weselnych czas)

- To co dla nas masz Mycha? - spytała Baśka na tajnym zgromadzeniu poweselnych gości niechcianych. 

Zgromadziliśmy się wszyscy w domu Łukasza i Karoliny ze względu na metraż ich mieszkania i możliwość pomieszczenia całej ekipy. Mała Kasia została wysłana do kina z koleżankami, więc podczas kiedy dziewczynka bawiła się na "Krainie Lodu 2", my mogliśmy dowiedzieć się jakie pikantne plotki na nasz temat zdążyły powstać od czasu wesela.
Naszą wtyką po drugiej stronie jest Marysia, zwana Myszą. Ten tajny agent robi za szpiega od dłuższego czasu i dzięki temu mamy wgląd do jeszcze cieplutkich pomówień, na które normalnie musielibyśmy czekać tygodniami. Mysza jako absolwentka szkoły aktorskiej ma szansę poćwiczyć, wcielając się w rolę bliskiej koleżanki Marceliny, oraz jej świty (przy*upasów). Raz na jakiś czas rzuca im jakiś smakowity dla nich kąsek w postaci ciekawego faktu z naszego życia (na co my przyzwalamy), udowadniając tym swoją wierność drugiej ekipie i maszyna napędza się sama. Tamci twierdzą, że za podwójnego agenta robi Mycha, która mówi im niewiele, a tymczasem to właśnie tam szpieguje, przekazując nam wszystko.
Nieuczciwe zagranie? Możliwe, ale takie pluskwy są bardzo przydatne jeśli chodzi o sprawdzanie własnego CV, które w wyobraźni Marceliny, Violi i pozostałej części zespołu, rozwija się bardzo szybko.

- Po pierwsze to małe ogłoszenie parafialne, wszyscy doszli? - spytała Marysia, rozglądając się po pokoju.
- Jeszcze ja! - krzyknęła z łazienki Sonia - Nie zaczynajcie beze mnie.
- Dobra, poczekamy - odparła Mycha - Macie coś mocniejszego niż herbatę? - spytała właścicieli mieszkania - Tak się uśmiechać i przytakiwać do ich gadki, to nawet ja się ledwo trzymam. Piwo chociaż?
- Jest chyba reszta whisky - rzekł Łukasz - Ktoś jeszcze reflektuje?
Reszta zgodnie odmówiła, Sonia wróciła do pokoju i będąc już w pełnym składzie, usadowiliśmy się wokół Marysi, która sącząc alkohol zaczęła opowiadać.
- Byłam z nimi wczoraj na pogaduszkach i kiedy w końcu skończyły opowiadać o paznokciach i o tym czyje dziecko będzie bardziej utalentowane jak dorośnie, przeszły do poważniejszych rzeczy - zaczęła Mysz - Ogłoszenia parafialne są takie, że Mateusz zastanawia się czy to aby na pewno jego dziecko (podpowiedź - raczej nie) i jak by tu zrobić testy tak, żeby żona się nie zorientowała. Zrobił to tak, że Marcela się skapnęła i zrobiła mu taką awanturę stulecia, że ją biedną oskarża o niewierność, że trzy dni spał w aucie. Znaczy on uważa, że spał w aucie, ale ona podejrzewa, że był u jakiejś "si-ksy".
- Trudneeee sprawyyyy - zanucił Łukasz.
- Powiedziała, że się chyba będą rozstawać, ale ze względu na dziecko to ona nie chce, chociaż chciałaby żeby on się zmienił.
- Nie ze względu na dziecko, tylko ze względu na to, że jej ręce pracą nieskalane i w życiu się nie musiała sama utrzymywać. Złapała teraz faceta na dziecko i jakby się rozeszli, to zadbałaby o to, żeby go wysokość alimentów zabiła - powiedziała Sonia, z czym całkowicie się zgadzałam.
- Musiałam ją bardzo pocieszać - powiedziała z udręką w głosie Marysia.
- Biedactwo - odparła Sara.
- Żebyś wiedziała. Dobra, to teraz klasyfikacja główna obiektów z największą ilością bardzo ciekawych plotek. Rzucę trzy osoby, które zdobyły podium, a Wy macie szansę zgadnąć kto zajął pierwsze miejsce. Gotowi?
- No masz - rzuciłam, czekając na wyniki.
- Na podium znajdują się: Baśka...
- Uuu, pierwszy raz - ucieszyła się Basia.
- Damian... - kontynuowała Mysz.
- Żadna nowość - odparł Damian - Jestem ich głównym tematem rozmów od lat.
- I uwaga, debiutantka... Krysia! Brawa dla Krysi - rzuciła Mysza i wszyscy z uznaniem przyklasnęli.
- Dziękuję - odparłam, kłaniając się - chciałabym podziękować mojej mamie, psu i ukochanym pierogom. Bez nich dziś by mnie tu nie było.
- To teraz będziemy głosować za uniesieniem prawej ręki - odparła Mysz, wstając z miejsca, dla podkreślenia doniosłości chwili - Wiesz, która to prawa Łukasz?
- Ta którą jem - odparł z dumą Łukasz.
- Oj brawo kochanie - pochwaliła męża Karolina.
- Dobra, bez śmieszków. Kto uważa, że wygrała Baśka? - spytała Marysia i w górę powędrowały ręce tylko Baśki i Sary.
- Ej! - powiedziała Baśka - dajcie mi chociaż cień nadziei, że jestem ważną osobą.
- Wybacz słońce - rzekła Karolina - ale dobrze wiemy, że gwiazdą był ktoś inny.
- Pff!
- Dobra, to kto uważa, że koronę zgarnął Damian? - spytała Mysz i w powietrzu znalazł się las rąk.
- Ty nie podnosisz? - spytałam, trzymając swoją dłoń w powietrzu.
- Nie - odparł Damian - Mam przeczucie.
- To kto uważa, że królową została Krystyna? - spytała po raz ostatni Mysza i w górze znalazły się ręce Damiana i Karoliny.
- Wydaje mi się, że przebiłaś mnie akcją z widelcem - powiedział Damian, tłumacząc swój wybór.
- Zobaczymy - odparłam.
- Uwaga, werble! - zakrzyknęła Marysia, zmuszając Łukasza do stukania palcami w stół - Ogłaszam wyniki. Na miejscu trzecim... Basia!
- Ale na podium byłam - odpowiedziała lekko rozczarowana Baśka.
- Na miejscu drugim, ale weź głośniej te werble... Damian!
Całe towarzystwo spojrzało na mnie, podczas kiedy ja marzyłam, by ukryć się w kubku, który trzymałam w dłoni.
- Więc Krycha wygrała? - spytała z lekkim niedowierzaniem Baśka.
- Zostałeś zdetronizowany Damian - ogłosiła Mysz - Debiutantka zwinęła koronę.
- No nareszcie - westchnął Damian - Ileż można być na pierwszym miejscu.
- Gratuluję Kryś. Byłaś głównym tematem pogaduszek - powiedziała Mysz, siadając.
- Mmmm... super - odparłam, zagłębiając się coraz bardziej w kanapę.
- Dobra to dawaj szczegóły - nakręcała się Baśka.
- Ależ już podaję. Uwaga, ważne informacje...
"Paulina zdewastowała lokal i pisała obraźliwe hasła na murach domu weselnego"
- Ale tego to się po Tobie nie spodziewałam Krysia - odparła z dezaprobatą Karolina.
- Ja po sobie też nie - westchnęłam, wiedząc, że to dopiero początek.
- Z tego co mi powiedziano, bardzo obraziłaś Marcelinę, jej męża i ich nienarodzone dziecko, wypisując sprejem na ścianie obraźliwe hasła - powiedziała Mysz, popijając swój trunek.
- Sprejem, który ukryłam między fałdami tłuszczu - dodałam - A o tej ciąży to przecież wszyscy wiedzieli, nie? - spytałam, szukając poparcia.
- No ba - odparł Łukasz - Każdy wiedział.
- Patrz jak wyłamanie zamka urosło do dewastacji całego budynku - odparł Damian - Ależ z Ciebie rebeliant.
- Ty poczekaj i nie bądź taki cwany - odparła Mysz, o Tobie też będzie.
- Oczekuję z niecierpliwością. Zawsze warto się o sobie dowiedzieć czegoś nowego.
- Jedziemy dalej...
"Łukasz tak się schlał, że biegał po sali półnagi, zaczepiając Bogu ducha winne kobiety"
- Ohohohoho - odparł Łukasz, podnosząc wskazujący palec - Tego nie pamiętam.
- Bo się schlałeś - odpowiedział Damian.
- Jej się pomyliły chyba dwa wydarzenia. Mój mały zgon ze striptizem panów, w którym ja nie brałem udziału - bronił się Łukasz.
- Całkiem możliwe - powiedziała Mysz - Ja mam wersję, że zaczepiałeś kobiety przy*odzeniem w gaciach w pieski.
- Ja nawet nie mam takiej bielizny!
- Dobra dobra, Ty się nie tłumacz zboczeńcu, żona z Tobą pogada. A właśnie, odnoście żony...
- Co, ja też? - zdziwiła się Karolina.
- Też, też.
"Karolina zamknęła się w łazience z jakimś gościem i nie wychodziła z niej bardzo długo"
- No ładne rzeczy - odparł Łukasz - To mąż niedysponowany, a Ty się zamykasz z jakimiś fa*asami.
- Pewnie. Z dziesięcioma. Jak mąż woli napastować nago jakieś laski, to co się będę ograniczać - powiedziała Karolina, nie czując się winna.
- Półnago... - sprostował Łukasz.
- Basia - zaczęła Mysz, czym bardzo uradowała Baśkę.
"Dziadek zarzekał się, że Basia rzucała mu niedwuznaczne propozycje i się przed nim obnażała"
- Tylko tyle? - oburzyła się Basia - To oni się grzmocą na prawo i lewo z obcymi, a ja tylko świeciłam cy*kami przed dziadkiem? Co to kurna za sprawiedliwość?
- To nie koniec miłosnych przygód - dodała z uśmieszkiem Mysza - Para główna. Damian i Paulina.
- O Boże, zlituj się - odparłam, zasłaniając się kubkiem.
- A to nam już insynuowała w tych wiadomościach z pretensjami, dawaj - powiedział Damian.
"Damian i Paulina urządzili takie p*rno party w swoim hotelowym pokoju, że nawet goście piętro wyżej się skarżyli"
Był to moment, w którym Basia z Karoliną siedzącą obok zaczęły się krztusić i łapać z trudem powietrze. Śmiechu nie mogła opanować też cała kanapa i wkrótce udzieliło się również mnie. To było tak głupie, że śmiech wydawał się jedyną zdrową reakcją.
- To w końcu jak to było w tym pokoju? - spytała, chichocząc Mysz - chcemy szczegółów.
- Oh boi, czego tam nie było - zaczęłam, odzyskując panowanie nad przeponą - Góra, dół, stolik, żyrandol...
- Wszystkie pozycje - dokończył Damian - A jak nam się skończyły, to zaczęliśmy wymyślać nowe. Zabawa do rana.
- Tak, plus pod prysznicem. Tam było takie tajne przejście z damskiego do męskiego - kontynuowałam - Jak się wyciągnęło dwie kafelki ze ściany...
- Dokładnie, aż światła zaczęły mrygać - dodał Damian.
- A potem z odpływu wyskoczyły syrenki - dałam się ponieść opowieści - takie malutkie i był jeden, wielki ga**bang.
- Przy dźwiękach harf - poparł mnie Damian.
- Ok, to już wiemy wszystko. Małe zboki - powiedziała Mysz - To się nie dziwię, że Krysia zaciążyła.
- Że proszę?
- No...
"Paulina jest w ciąży"
- Kurcze z kim to ja już nie byłam w ciąży - odparłam - Z księdzem byłam. Potem z drugim. Potem też byłam, tylko ojciec nieznany. Gdzie są te wszystkie dzieci?
- Będę ojcem? - spytał Damian - Jak będzie dziewczynka, nazwiemy ją Marcelinka, a jak chłopczyk, to Mateusz. Wiadomo już co to będzie? 
- Trojaczki co najmniej, jak tak teraz patrzę. Pewnie zaszłam, bo byłam zazdrosna, że ona zaszła.
- Na bank.
- Wiecie jak ja się poświęcam, siedząc tam? Wiecie jak trudno jest utrzymać poważny wyraz twarzy jak ona wyjeżdża z czymś takim? - westchnęła Marysia.
- Mogę się tylko domyślać - odrzekła Baśka, ocierając z oczu łzy - Ale przynajmniej możesz poćwiczyć.
- Dziękuję Ci bardzo. Raz się roześmieję i po przykrywce. Marcelka się chyba nie potrafiła zdecydować, bo w tym samym czasie powstała plotka, która trochę zaprzecza poprzedniej...
"Damian podrywał dziadka i próbował uprowadzić cały sznureczek dzieci w wiadomych celach"
- O dzieciach to wiem, bo jestem oficjalnym pedofilem w towarzystwie, ale że podrywałem dziadka to nowość dla mnie - odpowiedział Damian.
- Jak śmiesz?! - oburzyła się Baśka - Dziadek jest mój, kapujesz? Nie po to się przed nim obnażałam, żebyś mi teraz robił jakieś podchody. Bierz sobie ten sznur dzieci, a dziadka zostaw w spokoju!
- Poza tym, co? Lecisz na dwa fronty? - spytałam, równie będąc oburzona - Nie za dużo srok chcesz złapać za ogon?
- Musicie zrozumieć, że ważne jest urozmaicenie - bronił się Damian - Nic osobistego, ale nowe doznania przede wszystkim.
- Damian, ja Cię stary rozumiem - odparł Łukasz - Za duże libido bracie.
- O, widzicie? Normalna sprawa - ucieszył się poparciem Damian - Kogoś jeszcze tam przeleciałem, albo chciałem przelecieć, czy to koniec wyliczanki?
- Nie, to koniec - odparła Mysz.
- Zmarnowana szansa. Można było dopisać jeszcze barmana, pana młodego, wodzireja... - zaczął wyliczać Damian.
- Teściową panny młodej, teścia panny młodej, wszystkie druhny... - kontynuowałam.
- No widzisz. Tylko następnym razem przy zabawie z Krysią to uważaj, bo to niebezpieczna dziewczyna jest - powiedziała Mysz.
- Komu to mówisz.
"Paulina dźgnęła nożem Violę, a potem na nią napluła"
- To był tasak - odparłam - Nie widelec, nie nóż, a tasak. Kiedy ludzie się w końcu nauczą. A naplułam na nią przed wbiciem jej noża, czy po?
- Po - odpowiedziała Marysia.
- No tak, teraz sobie przypominam.
- Zlękłam się i zapytałam o ślad po nożu - odpowiedziała Mysz - to mi pokazała jakieś zadrapanie, chyba od fiszbiny biustonosza i stwierdziła, że na szczęście się szybko zagoiło.
- Mogła zginąć - odparłam - Przecież to tuż obok serca.
- Ten nóż to z papieru był, że przeżyła? - spytał Damian.
- Wy się śmiejecie, a ona miała bardzo dużo szczęścia. Chciała wezwać policję, ale stwierdziła, że nie będzie niszczyć wesela przyjaciółki.
- Jaka dobra przyjaciółka - odparła Sonia - Taka kochana.
- Czy ktoś zatrzymał krwotok? Jest szansa, że ja biustem, albo Łukasz przy*odzeniem, albo coś? - spytała Basia, żądna dalszych informacji.
- Nie, samo przeszło, za to Kasia...
"Kasia była wysyłana na przeszpiegi przez Łukasza i Karolinę"
- Ooooo - zdziwiła się Karolina - No proszę.
- Tak, biegała pod stolikami i podsłuchiwała gości. Głównie Marcelinę i druhny, a potem wynosiła informacje do Was za czekoladę.
- Jakie dobrze wyszkolone dziecko - przyznał Łukasz.
- Krysia, znowu o Tobie - zaczęła Mysz.
- Cudownie... - stwierdziłam.
"Paulina rozprowadza na co dzień narkotyki"
- Głównie e*stasy - odparłam - To tłumaczy to wszystko co się działo w hotelu.
- Naćpałaś mnie? - spytał Damian - Mówiłaś, że to Tic Tac.
- A Ty naiwny wierzysz. Muszę być strasznie przy kasie. Takie dealowanie to dochodowe zajęcie jest.
- Właśnie to tyle czasu robisz w laboratorium - dodała Mysz.
- Ktoś się naoglądał za dużo "Breaking Bad" - odparł Damian.
- No tak. Ja tam kręcę metę - przytaknęłam - To ma sens!
- Więc...
"Damian załatwia Paulinie klientów"
- Niezłą mamy spółkę - odparł Damian.
- Tak - dodała Mysza - I dlatego tyle jeździsz. Czasem są to niebezpieczni klienci i pewnie nie raz zarobiłeś kosę, stąd masz blizny.
- Wow... ona doskonale wie skąd je mam, tak samo jak Viola i dalej kręcą historie życia. Ta wersja mi się bardziej podoba. Wychodzi, że jestem taki badass, co przyjmuje noże na dzień dobry, łamie kości jak zapałki i ma więcej wrogów niż James Bond. Mam nadzieję, że takie mniej papierowe te noże niż ten co trafił Violę. Ciekawiej by było tylko, gdyby porywało mnie UFO na eksperymenty na narządach.
- Może już nie masz nerki. Sprawdzałeś? - spytałam.
- Kurczę wiesz, że czasem tak się zastanawiam. Może faktycznie.
"Paulina wszędzie łazi z psem, bo pewnie ma w nim schowane dragi"
- Zaszyłam Morfinę - powiedziałam, będąc lekko w szoku.
- Wybacz, ale jej imię mówi wszystko. Poza tym pies, który miał tyle operacji musi mieć coś zaszyte. Ona nie chudnie, tylko z niej wyciągasz te worki z narkotykami - powiedział Damian, rozgryzając całą moją działalność.
- No już mogłam się z tym bardziej ukrywać, nie?
- Przesadziłaś. Teraz wszyscy wiedzą.
"Baśka ma taką dziwną biżuterię, więc pewnie są tam narkotyki od Pauliny, albo inna voodoo magia i trzeba uważać, bo ciężarne muszą uważać na takie rzeczy"
- To są kamienie, a nie kryształki - odparła Baśka - Ona wciąga kamienie?
- Ale zaraz. Skoro ja też jestem w ciąży, to ja też się muszę trzymać z daleka? - spytałam.
- Chyba nie, bo to Twoja magia - odparła Mysz.
- Bo Ty pewnie tę energię, którą ja zbieram z ciężarnych zasysasz do tych kamieni, a potem się nią żywisz - powiedziała Baśka.
- Taki energetyczny wampir. Ma sens - odparłam.
- Pewnie to Ty zaczarowałaś, że ona ma nieszczęście w życiu i na tym weselu się tyle kłócili.
- Nie dość, że dealer, to jeszcze wiedźma - odparłam.
- Musze jej podsunąć tę koncepcję - powiedziała Marysia - Łyknie to.
- Na pewno.
- A no i...
"Paulina z Damianem odmawiali alkoholu, bo Paulina chciała rozpowiadać plotki o tym, że trunki zatrute, ale jej się nie udało"
- Cholera, taki dobry plan - powiedział Damian.
- Za dużo pijesz, to źle, jak za mało, też źle - odparł Łukasz.
- Ale to się wszystko układa w całość - rzekł Damian - Mamy narkotykowy duet... właściwie trio, bo Baśka też jest w drużynie. Przyszliśmy tam, żeby otruć jej gości, resztę naćpać i wyciągnąć magią jej ciążę, przez co Krysia jest teraz w ciąży, a dla niepoznaki ja dobierałem się do każdego, tak jak Łukasz i Karolina.
- A to wszystko po to, by przejąć kontrolę nad światem - dokończyłam.
- I Wam się nie udało i zdewastowaliście lokal ze złości - dodała Mysz.
- No powiem Ci, jest to nawet spójne.
- Dobra, to teraz przynęta. Musicie mi coś rzucić, żebym im miała co opowiadać jak się spotkamy - powiedziała Mysz.
- Powiedz jej, że tak - zaczął Damian, pochylając się do przodu - Dowiedziałaś się, że tak naprawdę to z tym hotelem to wszystko prawda. Ja tylko udaję geja, bo mam w tym interes. Niech się domyśla jaki. A podczas spotkania podejrzanie często wychodziłem do łazienki, więc pewnie coś tam brałem. Śladów po wkłuciach nie zauważyłaś, bo długi rękaw.
- Powiedz jej jeszcze, że mnie się spóźnia okres - powiedziałam, dodając swoją historię - Więc może jednak ciąża, albo efekt działania jakiś środków. Może tym razem donoszę, albo znowu gdzieś porzucę w lesie, czy co ja tam robię z tymi dziećmi. Z tym laboratorium, to Ci powiedziałam w sekrecie, że wynoszę niektóre związki, ale nic więcej nie wiesz. Nie wiesz po co mi to i co z tym robię.
- Ja mam jakąś blondynę na boku - odparł Łukasz - ale Ty jej nie znasz. Widziałaś nas razem tylko raz i jej nie kojarzysz.
- Te kamyczki, to są kamyczki Majów - dodała Baśka - I one są bardzo cenne, wcale ich nie kupiłam na targowisku za dychę, właściwie to się z nimi nie rozstaję. Nie wiadomo co to, ale nikomu nie pozwalam ich dotykać.
- A, no i Krysia sypia u mnie, to akurat jest prawdą, ale one to już odpowiednio podchwycą na swój sposób - powiedział Damian.
- Możesz dodać, że dużo moich rzeczy jest u niego, więc się chyba częściowo przeniosłam - rzekłam.
- Miodzio - odparła Mysz - Ktoś coś jeszcze chce dodać?
- Ode mnie wali cygarami i odprowadzam jakieś obce dziecko do przedszkola - uaktywniła się Sonia.
- Oj, ktoś tu ma parcie na szkło - odparła Mysza.
- No co, też chcę być w czołówce następnego miesiąca. Jestem ciekawa w co to się może przerodzić w odpowiednich rękach.
- Ja Ci powiem w co - powiedział Łukasz - Pewnie uprowadziłaś dziecko, albo kupiłaś je za granicą, na czarnym rynku, Damian Ci je przewiózł, walcząc z Mafią, a Krysia i ja zabunkrowaliśmy je w piwnicy. To jest dziecko z in vitro Szatana i okultyzm ma w żyłach.
- Powiedziałabym, że przesada, ale nie przy nich - odparłam.
- Kto by pomyślał, że nasze życie to taka "Moda na sukces". Każdy z każdym... - powiedział Łukasz.
- Myślicie, że powinnam zacząć wkładać poduszkę pod kurtkę i przechadzać się po jej dzielnicy? - spytałam.
- Nie zrobisz tego - odparła Baśka.
- Nie prowokuj jej - odrzekł Damian.

Rzuciłam to w żartach, ale zaczynam się nad tym zastanawiać.
Bardzo głęboko zastanawiać.