Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Saneczki

Popołudniowy spacerek z psem. Mijamy oblodzone drzewa, dziurawe chodniki i smarkających ludzi, zmierzających do kościoła.
Na okolicznej górce stoją dzieci z sankami i niewolnikami, którzy te sanki wciągają na szczyt. Właściwie to zajmują 70 % powierzchni tego wzniesienia. Wygląda na to, że dobrze się bawią. Jedni zjeżdżają, inni lepią bałwana u podnóża górki. Klasyczny zimowy obrazek.
Zaczynam zastanawiać się kiedy ja ostatnio zjeżdżałam na sankach i przypominam sobie ile mam lat. Jakiś cichy głosik szepcze: "Hej, ten śnieg nie będzie tu leżał wiecznie, a Ty już młodsza nie będziesz". Inny głosik, bardziej racjonalny odpowiada: "Bez przesady, widzisz średnią wieku tych dzieci?". Postanawiam podejść do sprawy poważnie i 15 minut później wracam na miejsce z mobilnym plastikiem pod siedzisko i psem u boku. Miały być sanki, ale te które odnalazłam w piwnicy nie były przeznaczone dla osoby dorosłej. 
Nie wiem jak to jest w różnych regionach, ale u nas ten plastik w kształcie jabłuszka, z trzymadełkiem z przodu zwie się dupolotem.
Wyszukuję znajome twarze i decyduję że mniejszy wstyd będzie przed sąsiadami, niż przed zupełnie obcymi ludźmi. Do tego nie będzie przeszkadzał im pies. Robię pierwsze podejście pod górę, która jest już wyjeżdżona z każdej strony i przez to pokryta czystym lodem. Z każdym krokiem przegrywam z grawitacją i układ choreograficzny, jaki obecnie wykonuję, żeby nie przejechać zębami po podłożu nadawałby się do nowej edycji "Tańca z gwiazdami". Można by pod to podłożyć dowolną ścieżkę dźwiękową i każda by się wkomponowała. Jezioro łabędzie z hip-hopem. Ostatecznie ląduje na czterech kończynach, ponieważ im bliżej ziemi tym mniejsze ryzyko upadku, a z takim oblodzeniem może poradzić sobie tylko napęd na cztery koła. Na dole wita mnie Morfina, ze spojrzeniem mówiącym "I po co Ci matka była ta ewolucja?". Widzę jednak, że nie tylko ja mam problem. Tuż obok mija mnie zaprzęgowy mężczyzna, lat 30, z latoroślą w sankach. Gość ma podobną technikę, rodem ze ścianki wspinaczkowej i usiłuje dotrzeć do żony stojącej na szczycie.
Scena jak w "Królu Lwie", kiedy Mufasa wdrapywał się na skałę, unikając stratowania przez antylopy. Mężczyzna szuka punktu zaczepienia i kiedy nie znajduje żadnego, zaczyna powoli zjeżdżać w dół, ciągnięty przez synka w sankach, który zdaje się nie rozumieć dlaczego jadą na wstecznym. Spoglądam w górę, gdzie czeka już na mnie mój pies, zastanawiając się dlaczego tak się wlekę.
W końcu docieram, witam się ze zmieszanymi sąsiadami, sadzam cztery litery na plastiku i jadę w krótką podróż na dół, uważając żeby nie zabić zderzeniem mniejszych uczestników ruchu drogowego. W połowie drogi tracę jednak kontrolę nad pojazdem, który zaczyna się kręcić.
Wiruje dupolot, wiruję ja, a wokół biega Morfina, która koniecznie starając się utrzymać kontakt wzrokowy z moją twarzą wykonuje ruchy spiralne wokół tego nieszczęścia. Przed oczami migają mi zdziwione twarze, dzieci w saneczkach i bałwanek, którego prawie koszę po drodze. Żołądkowi nie podoba się taka zabawa i czuję, że zaraz do walca dołączy kilka pawi, zanim ten bączek dotrze do podnóża. Udaje mi się utrzymać śniadanie i bezpiecznie zatrzymać się na drzewie. Sąsiedzi obserwują i nie wiedzą, czy zacząć klaskać czy się śmiać. Osobiście uważam że brawa należą mi się za styl i zaangażowanie. Niedoceniona podejmuję kolejną próbę zjazdu, pokonując najpierw drogę na szczyt techniką mieszaną. Tym razem zjeżdżam już prawidłowo, lecz obracając się za siebie widzę, że zgubiłam Morfini pościg, który pomylił obiekty i goni obecnie bliźniaki sąsiadów. Krótkie gwizdnięcie naprowadza ją na właściwy cel i zmieniając kierunek biegu pies zaczyna rozpędzać się w moją stronę. Morfina nie bierze jednak poprawki na śliskość podłoża i rozpędzone 33 kg wpada na mnie w pełnym galopie, co skutkuje moją twarzą w tyłku bałwana. Świnka ląduje miękko na moich plecach i zastanawia się gdzie podziała się moja twarz. 
Przy trzecim zjeździe mija mnie rozpędzony ojciec z córeczką na kolanach, który nie przemyślał najwidoczniej woskowania spodu pojazdu. Saneczki wpadają rozpędzone w bałwanka i zabierają go ze sobą na przejażdżkę. Śniegowy koleżka przeważa urządzenie ślizgowe i pojazd wypada z trasy, wysypując zawartość z ludzi na śnieg. Dziecko śmieje się i toczy na dół, a ojciec usiłuje żabką dotrzeć do córki i osłonić ją przed resztą rozpędzonych sanek. Korek działa jednak jak domino i już po chwili reszta Teletubisiów tworzy karambol u podnóża wzniesienia. Rodzice zbiegają na dół do swoich pociech i zostaję na górce sama. 
Dorosła kobieta, oblepiona śniegiem, z dupolotem w dłoni i psem u boku.
Niczego nie żałuję.

niedziela, 6 stycznia 2019

Antyszczepionkowcy w weterynarii

Jako, że Morfina postanowiła przemienić się w ostatnich dniach w magiczną, dwustronną fontannę postanowiłam udać się do apteki w celu uzupełnienia zapasu trzech wojowników, którzy zawsze sobie z tym problemem radzą: Nifuroksazydu, Smecty i Węgla aktywowanego.
Princessa odstawia co jakiś czas takie akcje, jako że wrażliwy żołądek nie toleruje jej masowego pochłaniania śniegu, czy trawy w ilościach, które wykarmiłyby małego cielaka.
Farmaceutka zna mnie i mojego psa od dawna, więc kiedy spytałam o powyższe leki, uśmiechnęła się i spytała:
- Co, psisko znowu choruje? -
- Śnieg spadł, żal się nie najeść -
- Wytrzymała chyba miesiąc, to nieźle jak na nią -
- Ostatnim razem to była wirusówka, ale faktycznie -
- Zawsze jej po tym przechodzi? -
- Tak, takie akcje trwają jeden, góra dwa dni. Zachowuje się przy tym normalnie, biega, bawi się i je, więc nie ma potrzeby interwencji lekarza, który powie mi to samo za czterdziestym razem co za pierwszym. Przegłodzić jeden dzień, na drugi dać lekkie papu, naładować tabletkami -
- A co ona je wtedy, karmę dalej? -
- Nie. Robię jej kleik z kurczakiem, albo zupę z marchewką i indykiem, żeby było lekkostrawnie. Brzuch zazwyczaj trzeciego dnia wcina już normalnie i jest dobrze -
Wtem nieoczekiwanie za moimi plecami odezwał się głos starszej kobiety, która do tej pory oglądała wystawę szamponów leczniczych za gablotką:
- To nic dziwnego, że pies choruje -
Nie połączyłam wątku z jej wypowiedzią, więc spytałam otwarcie, czy mogłaby rozwinąć swoją myśl.
- No pani jej wyrobiła skojarzenie. Jeśli będzie chorować, dostanie lepsze jedzenie niż normalnie. Smaczniejsze. Więc choruje, żeby je dostać -
- Chwila, twierdzi pani, że mój pies specjalnie haftuje i biegunkuje? Dobrze rozumiem, uważa pani że ona to wywołuje? -
- Dokładnie. Mój kot tak robił. Dlatego też dawałam mu normalnie jeść jak był chory, albo wcale -
- Przepraszam, że to mówię, ale pani teoria nie ma najmniejszego sensu. To jakby powiedzieć, że dziecko dostało różyczki specjalnie, żeby nie iść do szkoły. To tak nie działa -
- Mam więcej lat niż pani, wiem co mówię -
Mój ulubiony tekst. Musiał paść, właściwie to na niego czekałam. Postanowiłam nie kłócić się z kobietą i pozwolić jej żyć we własnych przekonaniach, jako że i tak nic bym tutaj nie zmieniła. Porozmawiałam jeszcze chwilę z farmaceutką, jako że oprócz mnie i kobiety w dziale z szamponami, w aptece nie było nikogo. Stwierdziłam, że muszę wyleczyć Morfi i pilnować, żeby znowu nie zaczęła imprezy przed szczepieniem, bo znowu przesuną nam się terminy.
Wtedy to ponownie usłyszałam głos kobiety "mam zawsze rację".
- Szczepi pani? -
- Szczepię. Według prawa to nawet muszę -
- To dlatego ten pies tak choruje -
O nie. Antyszczepionkowiec. Ewakuacja, szybko. Nie chciałam wdawać się w dyskusję. Robiłam to już wcześniej z takimi ludźmi i wiem, że nie przynosi to rezultatów, a tylko odbiera wiarę w ludzkość. Uświadamianie ich to ciężka walka, którą zazwyczaj się przegrywa, ponieważ nie dociera do nich żadna argumentacja. Kobieta jednak mówiła dalej:
- Nie tylko dzieciom wszczepiają nie wiadomo co, jeszcze zwierzętom. Ja nie będę szczepić. Nie po tym, co się dowiedziałam o tych szczepionkach. To jest wszystko spisek koncernów -
Nie. Jeszcze do tego fanka teorii spiskowych. Gdzie są drzwi, dlaczego zawsze ja.
- To wcale nie pomaga i tak można zachorować - kontynuowała.
- Nawet jeśli się zachoruje, to przechodzi się tę chorobę dużo lżej niż bez szczepień. Wiele z nich zostało niemal całkowicie wyeliminowanych. Słyszała pani ostatnio o jakiś przypadkach wścieklizny? Nie tak dawno było to jeszcze dość popularne zjawisko -
No i nie wytrzymałam. Mogłam milczeć. Mogłam milczeć, ale naiwnie postanowiłam się odezwać. Dlaczego ja to sobie robię?
- To jest nienaturalne. Natura się zaopiekuje ludźmi, nie potrzeba nam więcej chemii -
- Tak, natura się zajmie ludźmi. Z tym, że natury nic ludzie nie obchodzą. Przyrodzie jest wszystko jedno, czy będziemy żyć czy nie. Nie człowiek wymyślił dżumę, wściekliznę, czy ospę, a natura właśnie -
- Bóg nas ma w opiece, to wystarczy -
Pas. Pas, nic nie mów, po prostu wyjdź. Jeśli ta kobieta myśli, że głównym zajęciem Boga jest pilnowanie ludzi, którzy wybierają życie w zgodzie z naturą i narażają tym samym ludzi, którzy jednak decydują się na akceptację postępu farmakologii to niech tak będzie. Wirusy mutują, choroby wracają, ale ta dyskusja tego nie zmieni. Ludzie wierzą, że Ziemia jest płaska, po prostu się wycofaj.
- Dzięki takim ludziom, jak pani apteki mają co robić - odezwała się nagle farmaceutka - Bardzo się cieszymy, że wspiera pani koncerny, które uważa pani za zło. Przyczynia się to także do ograniczenia ludzkiej populacji, która jak wiemy przepełnia planetę. Wspiera się także rozwój chorób, które zostały stłumione i nie miałyby szans powrócić. Trzeba dawać szansę tym najmniejszym, prawda? Choroby to też dzieło Boga dla nas. Nieładnie tak odrzucać prezent -
Wcięło mnie, ale kiedy spojrzałam na starszą kobietę okazało się, że ją wcięło bardziej. Farmaceutka była bordowa, zaczynałam się jej bać.
- Przez takie myślenie jak pani straciłam siostrzenicę, bo jej matka też dała się wciągnąć do tego kultu. Do tej sekty. Zmądrzała, ale kosztowało ją to życie jej dziecka i nie sądzę, że było to tego warte -
Starsza kobieta zaczęła się bronić, więc wzięłam co moje i mówiąc "Dziękuję, do widzenia" ewakuowałam się z pola bitwy. Zrobiło się zbyt prywatnie, nie sądzę, że byłam potrzebna przy tej rozmowie.
To było przykre. Zadziwiająco szybko ten ruch dotarł już nawet do weterynarii. Pracując dorywczo w gabinecie widzę często jak lekarze załamują ręce i próbują walczyć, ale ich słowa odbijają się echem w pomieszczeniu, jakby nikogo tam nie było. Wiem, że ludzie się boją, że są przeciwwskazania i skutki uboczne, że czasem zdarzają się wypadki, że typowy człowiek nie zna składu tych leków. Wiem też, że znajdą się osoby, które myślą tak ja ta starsza kobieta i zaczną atakować i bronić się "wolnością własnego wyboru".
Nie obchodzi mnie to, zazwyczaj nie mieszam się w takie sytuacje, ale to zaczyna robić się niebezpieczne. Ludzie czerpią swoją wiedzę z portali społecznościowych, wspierani przez wielu innych ludzi, którzy myślą podobnie, ale nie mają żadnego medycznego wykształcenia i pojęcia o czym mówią.
To nie jest wiarygodne źródło informacji. Kłamstwo powtarzane wielokrotnie nie stanie się prawdą.
Większość ludzi nigdy nie widziała na żywo nikogo chorego na wściekliznę. To nie jest zabawa, jeśli ten wirus powróci będziemy wszyscy w niemałych tarapatach, niezależnie od tego jaki podjęliśmy wybór. 
Proszę jedynie o rozwagę i obejrzenie tego:



sobota, 5 stycznia 2019

Grzywacz, Aksolotl i Dachówkowiec

Sklep zoologiczny. Tłum jak na promocji karpia w Lidlu. Mała dziewczynka, trzymająca klatkę z gołębiem stoi pomiędzy swoimi rodzicami i przygląda się badawczo Grzywaczowi Chińskiemu kobiety po przeciwnej stronie.
- Mamo - mówi latorośl do kobiety stojącej obok - Temu pieskowi wypadły włosy. Czy on jest na coś chory? -
- Nie kochanie - odpowiada kobieta, spoglądając z uśmiechem na psa, znajdującego się na rękach swojej właścicielki.
- To czemu jest łysy? Czy to przez rozczesywanie kołtunów? Pewnie ta pani za mocno go ciągnęła. Też będę tak wyglądać, jak mnie tak będziesz szarpać szczotką? -
- Nie - mówi matka dziewczynki, tłumiąc śmiech - To jest taka rasa, ten piesek tak specjalnie wygląda -
- Mamo, ale on nie wygląda dobrze -
- A pamiętasz te łyse kotki u cioci Zeni? To też była taka rasa -
- Tak, ale te kotki były całe łyse, a ten pies ma trochę włosów. Nie mógł się zdecydować czy chce mieć włosy, czy nie? -
- Kochanie... -
- Nie można tak się zatrzymywać na środku, sama mówisz, że trzeba umieć się zdecydować -
- Zuzia. Ta rasa tak została ukształtowana. Jedne pieski mają długą sierść, inne krótką, jedne gładką, drugie szorstką, jedne nie mają włosów wcale, a drugie mają tylko kępki. Tak już jest, przecież ten piesek jest piękny -
Dziewczynka spogląda niepewnie na matkę, potem na psa i ponownie na matkę, po czym rzecze:
- Tata ma rację, jednak potrzebujesz okularów -
Kobieta nokautuje wzrokiem męża, który chowa się coraz bardziej za gazetką reklamową, którą skrupulatnie przegląda. Gdyby mógł nakryłby się nią cały i zniknął.
- Zuziu - zaczyna ponownie kobieta - Ludzie też mają różną ilość włosów. Tatuś ma więcej na rękach i nogach, a mamusia mniej. Niektórzy ludzie mają dłuższe fryzury, inni krótsze, prawda? -
- Ale Ty się golisz, żeby mieć krótsze. Jakby nie to, to być miała jak tatuś na nogach i rękach. To tego pieska też tak ta pani ogoliła, bo to dziewczynka? -
Pracownicy sklepu uśmiechają się pod nosem, właścicielka Grzywacza zaczyna się krztusić, a matka dziewczynki pali buraka i szuka wsparcia w mężu, który pokonał już połowę drogi do podziemi i kurczy się dalej z każdą minutą.
- Nie Zuzia, ta pani nie goli pieska, on się taki urodził i taki już zostanie. Taka jego uroda -
Widać że dziecko tego nie kupuje, ale obserwując narastający dyskomfort matki postanawia odpuścić temat i przerzuca swoje zainteresowanie na akwarium. Dostrzega w nim aksolotle.
Widząc pływające różowe i czarne stworzenia dziewczynka mówi do kobiety:
- Patrz jakie ładne żabki -
- Zuzia to nie są żabki -
- Mamo to nie są rybki, one mają nóżki -
- No bo to nie są też rybki. Tam na szybce pisze, że to Aksolotle Meksykańskie -
- Wymyślasz te nazwy - wyrzuca matce wzburzona dziewczynka - To są albo żabki, albo jakieś dziwne pływające jaszczurki, ale nie ma takiego słowa jak powiedziałaś, skończ zmyślać -
Kobieta wyciąga telefon i pokazuje dziewczynce zdjęcia.
- Patrz - mówi - Tu piszą, że to jest taka salamandra. Czyli taka jakby jaszczurka, ale ma swoją własną nazwę. Tak jak kameleony, też mają swoją nazwę, nikt ich nie nazywa jaszczurkami -
Dziewczynka patrzy podejrzliwie na akwarium, ale chyba zaczyna akceptować fakt istnienia stworzeń, które wyglądają dziwnie, a ich nazwy nie da się wymówić. Widocznie dwa takie przypadki jednego dnia to dla niej zbyt wiele, ale postanawia milczeć... Przynajmniej dopóki pewien młody człowiek z transporterem, stojący za rodzinką w kolejce nie postanawia zagadać do najmłodszej oczekującej i spytać o gołębia.
- To jakaś rasa? - pyta widząc pięknego, białego ptaka, z kolorowym gardziołkiem.
- Tak - odpowiada dziecko - Ale nie pamiętam jaka - 
Dziewczynka spogląda na rodzicielkę i widząc, że ta zajęta jest telefonem szepcze do mężczyzny:
- Tylko niech pan nie pyta mamy, bo ona dzisiaj wymyśla na wszystko swoje nazwy. Pana kotka by pewnie też jakoś nazwała. Czy ten kot ma futerko? -
- Tak, ma, nawet dość sporo -
- A on ma jakąś dziwną nazwę? -
- Nie, to dachowiec jest. Nazywa się Merlin -
- Widziałaś mamo? - mówi z dumą dziewczynka - Normalny kot. Z futrem i ze wszystkim. Do tego dachówkowiec, a nie jakiś chiński kameleon -
Niemal żałuję, że rodzice nie odwiedzili z Zuzią sekcji z egzotycznymi zwierzętami.
Światopogląd tego dziecka mógłby tego nie wytrzymać.

piątek, 4 stycznia 2019

Złe wieści i dobre historie

Bardzo trudno jest przekazywać złe wieści i nigdy nie jest to proste ani dla jednej, ani dla drugiej strony.
Lekarzy uczy się tego już na studiach. Odgrywają scenki, mają odpowiednie procedury w razie takiego wypadku. Szczerze mówiąc nie wiem jak jest z pielęgniarkami, ale moja mama, która wybrała ten zawód nie miała takich zajęć. To było jednak dość dawno i nie wiem czy coś zmieniło się pod tym względem w systemie edukacji szkół medycznych.
Wiem natomiast, że takich rzeczy uczy się też weterynarzy. Lekarzy weterynarii ściślej ujmując. Technicy natomiast pozostawieni są sami sobie. Nikt nawet słowem nie wspomina na zajęciach jak przekazać komuś wiadomość o śmierci. Jakby to był temat tabu. Jakby to się nigdy miało nie zdarzyć.

Dzieje się tak, ponieważ technicy osobiście złych wieści nie przekazują i sami nie dokonują eutanazji, więc system nauczania twierdzi, że ta wiedza jest im zupełnie niepotrzebna. 
Prawda jest jednak taka, że jesteśmy przy tym. 
To my przygotowujemy narzędzia, to my stoimy tuż za lekarzem, gotowi pocieszać właścicieli usypianych zwierząt i nie mówię wcale, że jesteśmy tutaj przed lekarzami - absolutnie nie. Weterynarze grają tu pierwsze skrzypce, jednak oni są przygotowani, ich się tego uczy. Techników wrzuca się na głęboką wodę i ma nadzieję, że wypłyną i będą improwizować.
Drugą sprawą jest fakt, że na złe wieści nigdy nie jest się przygotowanym, a reakcje mogą być różne i o tym niestety w podręcznikach nie piszą.
Kiedy po raz pierwszy zostaliśmy zabrani na domową wizytę było nas czterech. Pani doktor, u której odbywaliśmy praktyki, ja i dwóch kolegów.
Lekarka uświadomiła nas, że pies od dłuższego czasu jest w złym stanie i możliwe, że będzie trzeba skrócić jego cierpienia. Nigdy wcześniej nie byliśmy przy eutanazji, dopiero co skończyliśmy szkołę.
Zajechaliśmy na miejsce, zabraliśmy narzędzia i czekaliśmy na decyzję weterynarza, oraz właściciela. Nie wiedzieliśmy jak się zachować, ponieważ nikt nas tego nie uczył. Dostaliśmy tylko trzy, krótkie instrukcje od naszej szefowej.
Nie odzywać się, stać w jednym miejscu i nie okazywać emocji.
Jeśli lekarz czy technik rozklejali się przy eutanazji, był to nieprofesjonalizm. Po pierwsze właściciel psa, czy innego zwierzęcia reagował jeszcze większą histerią, a po drugie mieliśmy sprawiać wrażenie, że wiemy co robimy i nie jest to pierwszy raz.
Pies był w fatalnym stanie, kiedy przekroczyliśmy próg było wiadomo już co się za chwilę wydarzy. Właścicielka początkowo tylko przytakiwała, kiedy lekarka objaśniała jej procedury, tak jakby już wcześniej była świadoma i przygotowana na taką ewentualność. Nie wytrzymała jednak długo i po podaniu środka uspakajającego zupełnie się rozkleiła. To było naturalne zachowanie, bardziej zdziwiłoby mnie, jeśli zareagowałaby inaczej. Odbieraliśmy i podawaliśmy narzędzia i leki, starając się jednocześnie nie pójść w jej ślady. Chwilę później było już po wszystkim i musieliśmy zostawić kobietę, ściskającą w objęciach martwe już ciało jej przyjaciela. Udało nam się dotrzeć do samochodu i zauważyć, że jeden z nas nie wytrzymał i się rozkleił. Na szczęście stało się to już poza zasięgiem wzroku właścicielki psa. Po tym zdarzeniu chłopak zrezygnował. Stwierdził, że nie jest na to emocjonalnie gotowy i odchodzi. To była dojrzała decyzja i wymagała sporo odwagi. Zostaliśmy więc we dwóch. Jeździliśmy więcej i widzieliśmy coraz więcej przypadków przekazywania złych wieści. Zwierzęta, które mimo najlepszych starań nie przeżywały operacji, powypadkowi pacjenci, którzy przyjeżdżali już do nas martwi, lecz ich właściciele wciąż liczyli na cud, usypiane stare i schorowane zwierzęta.
Ktoś mógłby pomyśleć, że im więcej śmierci się widzi, tym lżej jest ją przyjmować i nie wywołuje już ona takich emocji.
Błąd.
Można się uodpornić na widok krwi, czy mięsa, ale na to nigdy do końca nie przestaje się być wrażliwym. Ludzie mają lekarzy, którzy podchodzą do tego spokojnie za osoby bez serca, czy zimnych drani, którzy nie mają już w sobie żadnych emocji. Prawda jest taka, że z czasem uczy się jedynie maskować te emocje. Trzymać je głęboko i nie pokazywać nikomu, ponieważ na tym polega ten zawód.
Z czasem również stawaliśmy się "odporni". Mieliśmy do czynienia z przypadkami histerii, paniki, czy nawet agresji. Niektórzy ludzie zasłaniali zwierzę własnym ciałem i trzeba było przekonywać ich, że ono się męczy i jedyne co je czeka to ból, inni nie odzywali się ani słowem, bo tylko to sprawiało, że byli w stanie utrzymać rosnącą gulę w gardle, kolejni przyjmowali to spokojnie, ale opowiadali nam historię życia tego zwierzaka i należało poświęcić im czas na wygadanie się. Słyszeliśmy wiele takich historii i sprawiały one, że zachowanie kamiennej twarzy było trzy razy trudniejsze, niż kiedy byliśmy atakowani, czy musieliśmy tłumić ataki paniki. To te historie były prawdziwą próbą.
Trzeba było słuchać, przytakiwać, powtarzać, że czworonożny przyjaciel już nie cierpi i tak jest lepiej i pod żadnym pozorem nie okazywać emocji.
Nie muszę chyba dodawać, że czasem tę walkę się przegrywało i trzeba było uciec do samochodu "po ważną rzecz", zanim nastąpił wybuch i traciło się kontrolę nad emocjami.
Dzisiaj opowiem Wam historię, którą zapamiętałam najbardziej i która sprawiła, że po "ważną rzecz" mój współpracownik chodził przynajmniej trzykrotnie.
Mnie powstrzymywała przed tym jedynie chęć wysłuchania jej od początku do końca.
To było typowe wezwanie. Starszy pies w typie Jack Russell Terrier, zaburzenia oddychania, wcześniejsze, nieskuteczne leczenie, zdiagnozowany już chyba pod każdym możliwym względem. Rokowania nie były dobre i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Pojechała więc z nami śmiercionośna skrzyneczka.
Kiedy weszliśmy na podwórko, psisko leżało wystraszone pod schodami i łapało z trudem powietrze. Właściciele (młodsza i starsza kobieta, która okazała się jej matką) byli pogodzeni z decyzją, jaka miała za chwilkę zapaść. Rozmawiali o tym wcześniej i uznali, że nie ma sensu skazywać psa na męczarnie, które dałyby mu może dzień lub dwa życia. Pies nie chciał jednak wyjść spod schodów. Zwierzęta nie lubią białych fartuchów, a on musiał czuć że widzi je już po raz ostatni. Psa udało się wyciągnąć i uspokoić dopiero jakimś męskim głosem, mówiącym z telefonu, który położyły obok psa jego właścicielki. Nietypowy sposób, ale skuteczny. Podczas całej procedury telefon leżał obok psa, a głos mówił jakieś mało znaczące rzeczy. Coś o trasie i rozładunku. Zwierzak merdał i pomrukiwał, słysząc mężczyznę. Rozglądał się, jakby go szukał i nie zdawał sobie sprawy, że głos dobiegał tylko ze słuchawki. Merdając coraz wolniej - zasnął, a chwilę później przestał oddychać i kiedy lekarka sprawdziła funkcje życiowe było już po wszystkim. Młodsza kobieta się rozpłakała, a starsza starała się tego nie zrobić, pocieszając córkę. Widać było, że walczyła. Wtedy właśnie zaczęła opowiadać historię Bąbla, bo tak miał na imię pies. Okazało się, że był on u nich od szczeniaka, a mąż kobiety znalazł go w rowie, kiedy był w trasie. Mężczyzna pracował jako dostawca i jeździł po całym kraju. Szczeniak towarzyszył mu cały czas, dopóki szef nie dowiedział się o tym i zakazał mężczyźnie wożenia ze sobą zwierzęcia. Decyzja nie była podyktowana niczym innym, jak czystą nienawiścią do zwierząt. Bąbel zamieszkał więc z resztą rodziny. Żoną mężczyzny i ich córką. Pies bardzo tęsknił za mężczyzną, jako że do tej pory byli nierozłączni, a teraz skazany został na widzenie go tylko w weekendy i święta. Żeby trochę umilić Bąblowi rozłąkę, kobiety puszczały psu głos mężczyzny z automatycznej sekretarki, kiedy ten nagrywał się, będąc w trasie. Psiak zawsze wtedy merdał, mruczał i kładł się obok telefonu, zwinięty w kłębek.
W sześć lat po uratowaniu szczeniaka jego właściciel miał wypadek, z którego nie wyszedł żywy. Zderzył się z innym kierowcą i mimo starań lekarzy mężczyzna zmarł tuż po operacji. Rodzina jak nie trudno się domyśleć była zdruzgotana. Kobiety rozumiały co się stało i że mężczyzna już nigdy nie wróci. Bąbel tego nie pojmował, nie dało się tego wyjaśnić psu, który czekał każdego dnia aż jego pan w końcu pojawi się w bramie i będzie można go powitać merdającym ogonem. Kiedy mężczyzna nie wracał przez kilka miesięcy, pies przestał jeść i jedyne co poprawiało mu humor to te nagrania. Jedyna głosowa pamiątka jaka pozostała po właścicielu. Zawsze go uspokajały i pomagały zasnąć.
Teraz również zostały użyte. To dlatego pies cieszył się i rozglądał na boki. Miał zamiar ujrzeć po raz ostatni swojego właściciela, którego nie widział od lat, a którego głos słyszał w telefonie.
Kobiety przyznały, że mają nadzieję, że mężczyzna i jego pies w końcu spotkali się po tych wszystkich latach rozłąki i przywitali jak za dawnych czasów. Wierzyły, że teraz będą już razem i nic ich nigdy nie rozdzieli.
W co i my również gorąco wierzyliśmy.

czwartek, 3 stycznia 2019

To nie Ollie

Mam kumpelę, która mieszka w sporym mieście. Dziewczyna bardzo wkręciła się w psy rasy West Highland White Terrier. Ma czteroletnią sukę tej rasy - Melę i postanowiła ostatnio powiększyć rodzinę o jeszcze jednego, białego psiaka. Znalazła hodowlę, kupiła suczkę, którą nazwała Ollie i uczyła ją powoli tego, czego wcześniej uczyła Meli. Jej kilkuletnia córeczka (ludzka córeczka) starała się jej w tym pomóc. Szczeniaka trzeba było nauczyć czystości, co wolno jeść, a czego nie, oraz żeby nie niszczyć mebli. W pierwszych miesiącach udało im się nawet nauczyć suczkę podstawowych komend, jak siad, leżeć, czy daj głos.
Koleżanka razem z córką i dwoma psami ochoczo brała udział w grupowych spacerach organizowanych w jej mieście dla wielbicieli tej rasy. Ludzie znaleźli się na jakimś forum, czy grupie dla Westów i stwierdzili, że razem będzie raźniej, a przy okazji załatwi się psom socjal. Okazało się, że wśród grupowiczów oprócz Ollie przybyło jeszcze kilka innych szczeniaków. Społeczność się powiększała. Miłość do tych psiaków rozprzestrzeniała się w zawrotnym tempie.
Tego dnia grupa udała się na wybieg i jako, że nie było na nim zbyt wiele psów Westy zostały oswobodzone i wypuszczone na wolność, by mogły się bawić. Wśród grupki merdających i goniących się białych owieczek, oraz innych psów na wybiegu ciężko zlokalizować swoje pociechy i mieć je cały czas na oku. Kiedy przyszedł jednak czas pożegnania i grupa zaczęła zbierać swoje białe futra, udało się ustalić położenie obu piesków. Zarówno Mela jak i Ollie bawiły się razem. Spacer się skończył, wszyscy wrócili do domu i rozpoczęły się przygotowania do kolacji.
Podczas kiedy młoda mama była zajęta w kuchni, małe pociechy w liczbie trzy bawiły się w salonie. Jedna z nich, ta czworonożna i najmniejsza uciekła, czując zapach dobiegający z innego pomieszczenia, ujrzała właścicielkę i stanęła prosząco w pozycji surykatki, licząc na jakiś kąsek.
"Nikt jej tego nie uczył, cóż za mądre zwierzę" stwierdziła właścicielka szczeniaka i przygotowywała dalej kolację. Po posiłku jej ludzka córka odwiedziła ją jednak w salonie.
- Coś jest nie tak z Ollie - zaczęła.
Zmartwiła się matka poważnie, lecz córka nie była w stanie wytłumaczyć co dokładnie jest ze szczeniakiem nie tak. Koleżanka obejrzała psa z każdej strony i twierdząc, że córka jest przewrażliwiona poszła spać. Rano suczce przytrafił się mały wypadek, mimo że już potrafiła załatwiać się na zewnątrz. Zdarza się najlepszym, to jeszcze psie dziecko.
Małe 500+ dalej jednak chodziło po domu i twierdziło, że Ollie jest dziwna i coś jej dolega. Szczeniak wyglądał normalnie i zachowywał się typowo. 
Wtedy to telefon zapiszczał i ukazał wiadomość od jednej z Westowych fanek, z którymi rodzinka była poprzedniego dnia na spacerze.
Treść brzmiała: "Chyba zamieniłyśmy się niechcący szczeniakami. Moja nie potrafiła "leżeć" i "daj głos", za to zapomniała jak się prosi."
Młodą mamę zmroziło. Czy to możliwe? Czyżby nie rozpoznała własnego szczeniaka? Młode pieski tej rasy są do siebie bardzo podobne i do tego wszystkie biegały poprzedniego dnia naguśkie, bez obroży. Zostawała jeszcze niewyjaśniona sprawa nowej sztuczki. 
Kobiety spotkały się więc w parku, udały razem do weterynarza, sprawdziły chipy obu psiaków i wymieniły się szczeniaczkami, które nie miały nic przeciwko chwilowej podmiance i zmianie właściciela.
Od tej pory obróżka stała się obowiązkowym wyposażeniem na wybiegowe wypady, a o całym zdarzeniu starano się zapomnieć, jako że niespecjalnie było się czym chwalić.

środa, 2 stycznia 2019

Z "anty" do "pro"

Historia gościnna, nadesłana w języku angielskim. Po uzgodnieniu tego z autorem tekstu zdecydowałam się ją przetłumaczyć, jako że nie wszyscy władają dobrze tym językiem.
Postanowiłam zostawić wstęp w oryginale:

"Hi. My name is Daniel and I have been reading your blog for a long time. I can read in Polish and understand the text, but I have a problem with writing, as I live abroad all my life. My grandparents came from Poland, so I know this language well. I hope it will not be a problem, but I wanted to share the story of my life and who I was once."


Od tego miejsca historia została przetłumaczona na język polski, a prawa autorskie do niej przekazane autorce bloga "Codzienna dawka Morfiny".

Autorem tekstu w dalszym ciągu pozostaje Daniel.

Całe moje życie byłem osobą anty-zwierzęcą, zwłaszcza anty-psią. Wychowany w domu bez zwierząt i ze sceptycznym nastawieniem do nich nie potrafiłem zrozumieć skąd ta powszechna miłość do tych stworzeń. Miałem za kompletnych maniaków ludzi, którzy traktowali je jak członków rodziny. Miejsce świni było na talerzu, szczura w pułapce, a psa w budzie, ewentualnie na łańcuchu. Po co trzymać coś co dodaje tylko obowiązków i nic z siebie nie daje. To darmozjad.
Kiedy byłem dzieciakiem nie potrafiłem zrozumieć tych wszystkich nakręconych ludzi wokół mnie.
"Oh, mój pies dzisiaj przyniósł mi patyk", "A mój nauczył się nowej sztuczki".
Dopóki któryś z nich nie nauczyłby się obsługiwać co najmniej kosiarki było to dla mnie równie bezużyteczne co same zwierzęta. Zwierzęta były po prostu obrzydliwe. Ciągle się śliniły, lizały po jajkach, a potem mamlosiły jęzorem właścicieli. Miały pchły, pasożyty i były po prostu brudne. Okropność.
Kiedy mojemu najlepszemu wówczas przyjacielowi zdechł pies i był zrozpaczony, nie chciałem okazać się nieczuły, mimo że kompletnie nie rozumiałem jego smutku. Udało mi się wykrzesać coś w stylu "Nie jestem w stanie postawić się w Twojej sytuacji, ale przykro mi z powodu psa. Widzę, że to Cię strasznie dołuje".
To było prawdą nie potrafiłem postawić się w jego sytuacji i nie rozumiałem o co to całe zamieszanie. Przecież mógł przygarnąć nowego psa, jeśli tak bardzo go potrzebował, racja?
Mój dom był domem wolnym od zwierząt. Jeśli przychodzili do nas znajomi i zabierali ze sobą psa, musiał zostać on na podwórku, niezależnie od tego jak zimno było na zewnątrz. Takie były zasady zarówno moich rodziców, jak i moje.
Odrzucałem możliwość jakiejkolwiek inteligencji u zwierząt. Nie wierzyłem w służbę typu "pies-pomocnik", czy ESA (przyp. tłum. emotional support animal - zwierzęta towarzyszące właścicielom dla ich komfortu psychicznego, przy zaburzeniach zachowań socjalnych, walce z lękiem, niepewnością, depresją i innymi schorzeniami psychicznymi. Wyznaczane na to zadanie przez psychiatrę, lub psychologa. Różnią się od "Service animal" faktem, że nie muszą przechodzić długiego szkolenia i nie są wybierane pod konkretnego właściciela. Podczas, kiedy "Service animal" pracują jako pomoc w problemach głównie podłoża fizycznego - osoby niewidome, cukrzycy, epileptycy, osoby z zaburzeniami pracy serca, ESA mają za zadanie niwelować dyskomfort psychiczny. W Polsce nie istnieją jeszcze zwierzęta ESA). To było dla mnie czystą iluzją. Te psy wcale nie pomagały właścicielom, to wszystko efekt placebo. Ludzie wierzyli, że zwierzęta coś robią i dzięki temu czuli się lepiej, psy-pomocnicy nie miały z tym nic wspólnego. Niby w jaki sposób miałyby wyczuć spadek cukru, czy wiedzieć gdzie prowadzić niewidomego? Żyłem w przekonaniu że ludzie zbyt dużo cech przypisują zwierzętom, podczas gdy tak naprawdę są one zupełnie bezużyteczne i po prostu głupie.
Moja codzienna droga do szkoły prowadziła przez pola. Często błąkały się po nich bezpańskie psy i zostałem nauczony, by odstraszać je kamieniami, żeby nie podbiegały zbyt blisko i nie zaczynały gryźć. Zazwyczaj wystarczało tylko podnieść coś z ziemi, żeby uzyskać oczekiwany dystans. Psy choć płytko myślące wiedziały, że mogą oberwać i wolały tego uniknąć, trzymając się z daleka.
Bałem się zwłaszcza wychudzonego, rudego i potwornie brzydkiego psa, który był podobny do pitbulla. Tyle się słyszało historii o ludziach zaatakowanych i rozszarpanych na kawałki przez te psy, że wolałem nie ryzykować. Psów ubywało po sezonie na leśne zwierzęta. Myśliwi strzelali do tych, które nie zdążyły się ukryć, ale mimo to rudy brzydal zawsze powracał po sezonie nietknięty. W końcu na polu został tylko on i obserwował moją codzienną drogę do szkoły. Zawsze miałem w ręku kamień, gdyby przyszło mu do głowy zrobić sobie ze mnie śniadanie.
Często w drodze powrotnej do domu musiałem uciekać przez te pola. Nie przed psem, ze względu na mój wzrost (byłem mikro dzieckiem) dokuczali mi więksi i silniejsi koledzy. Byłem dla nich idealnym workiem treningowym i potrafili gonić mnie aż do bramy mojego domu, gdzie rezygnowali z pościgu za sprawą mojego ojca i jego strzelby, czyszczonej na progu. Jeśli udało mi się uciec byłem bezpieczny, jeśli nie, czekały na mnie nowe siniaki i odbieranie rzeczy.
Tego dnia również biegłem, lecz pomimo moich największych starań moi prześladowcy powoli mnie doganiali. Nie potrafiłem biec szybciej, miałem za krótkie nóżki. Kiedy myślałem już, że mnie mają, kiedy czułem już ich oddech na swoim karku stało się coś dziwnego. Usłyszałem krzyk i histeryczne wołanie o pomoc ale odwróciłem się dopiero, kiedy miałem pewność że się oddaliłem i mimo to nie przerywałem biegu. To był ten pies. To był ten rudy, szpetny pies, którego mijałem codziennie. Dopadł ich i rozrywał im właśnie ubranie. Kilku z nich uciekło, ale Ci którzy zostali walczyli o życie. Przyspieszyłem, ponieważ zobaczyłem tam krew. Nie miałem zamiaru dać się pożreć temu psu, kiedy skończy już z tymi cymbałami. Wpadłem do domu i kiedy opowiedziałem ojcu co się stało ten wziął broń i poszliśmy razem szukać zwłok chłopaków. Odszukaliśmy to miejsce, ale trupów tam nie było. Żadnych oderwanych kończyn, czy masowej rzezi, tylko trochę krwi i strzępki ubrań. Pies również zniknął.
Następnego dnia mijałem tego psa i na pysku wciąż miał ślady krwi. Bałem się, ale wiedziałem, że jeśli zacznę uciekać on zacznie mnie gonić. Zmusiłem więc siebie do stałego tempa marszu i nie patrzenia mu w oczy. Szedł za mną ale w znacznej odległości i udało mi się dotrzeć do szkoły. Tego popołudnia nie musiałem uciekać. Nie miałem przed kim, goście leżeli z poharatanymi nogami w szpitalu. Ci, którym udało się uciec nie zbliżali się do mnie, myśląc że to mój pies. Wolałem nie wyprowadzać ich z błędu. Pies chodził za mną przez pola i po pewnym czasie przywykłem do tego, chociaż czujność zachowałem i nie pozwalałem nadto mu się zbliżać.
Moje męki się nie skończyły i kiedy nogi goryli wyzdrowiały, gonitwa rozpoczęła się od nowa. Tym razem nie musiałem jednak uciekać przez pola. Wystarczyło że się do nich zbliżyłem, a warczenie psa skutecznie odstraszało starszych chłopców, bo pamiętali co stało się poprzednio. Pies co dziwne nigdy nie warczał na mnie, zawsze kierował się prosto na nich. Widocznie byłem dla niego za mały by stanowić zagrożenie i bronił się tylko przed tymi większymi.
Ojciec zawsze powtarzał mi "Nie rzucaj psu żarcia, bo będzie za Tobą lazł", ale ten pies i tak za mną chodził, mimo że nigdy go nie karmiłem. Postanowiłem rzucać mu więc kanapki, których nie zjadłem w szkole. Nie robiłem tego z sympatii, po prostu chciałem uniknąć pretensji mamy o to, że nie zjadłem śniadania.
Nie lubiłem tego psa, ale w pewnym sensie nieświadomie wyświadczał mi przysługę, więc go tolerowałem. Zjadał moje kanapki i odstraszał dręczycieli, a ja przestałem nosić ze sobą kamienie. Pewnego dnia zauważyłem że pies kuleje. Nie wiem co mnie podkusiło, ale chciałem sprawdzić dlaczego, więc odwróciłem jego uwagę jedzeniem i zbliżyłem się do tylnej łapy. Pies był zaplątany w drut z ogrodzenia, który kaleczył jego nogę. Potwornie się bałem, ale odplątałem powoli drut, kiedy pies zajęty był kanapkami. Skończył jeść szybciej niż ja mocować się z drutem i odwrócił do mnie łeb. Sparaliżowało mnie. Klęczałem tam, patrząc w jego jasne oczy i nie mogłem się ruszyć. Byłem pewny, że już po mnie, że zaraz rzuci mi się do szyi i zrobi ze mnie tatara. Pies jednak odwrócił wzrok i rozglądał się po polach, stojąc nieruchomo i pozwalając ściągnąć z siebie drut. Skończyłem szybko co zacząłem i z bijącym mocno sercem ruszyłem w drogę do szkoły. Pies powlókł się za mną nie kulejąc już i tym razem szedł dużo bliżej. W przeciągu kilku tygodni pozwoliłem mu zbliżyć się tak, że chodził już przy samej nodze. Podchodził pod sam budynek szkoły i pod moją bramę, żeby przeprowadzać mnie przez pola.
Zaczynałem go lubić i chociaż wiedziałem, że nie powinienem nadawać mu imienia, żeby się do niego nie przyzwyczajać postanowiłem nazwać go Ug od "Ugly", jako że był naprawdę paskudny.
Nie rozumiałem sam siebie. Nie cierpiałem psów. Jednak Ug w jakiś sposób do mnie przemawiał. Nie próbował mnie lizać, czego nie cierpiałem i łasić się do mnie, za czym również nie przepadałem. Po prostu przy mnie był i w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. Zaczynałem czuć do niego sympatię, mimo że nie chciałem jej czuć. Znajomy mojego ojca zrobił psu obrożę z nieśmiertelnikiem, żeby myśliwi nie zabili go w sezonie polowań. Nie strzelali do oznakowanych psów, tylko do tych bezpańskich. Wiedziałem, że ojciec nie pozwoli mi go zatrzymać i że uważa, że zwariowałem, ale w chwili kiedy założyłem psu obrożę wiedziałem już że jest mój. Ug nie mieszkał z nami, ale odprowadzał mnie do szkoły każdego dnia. Mój ojciec mu nie ufał, ale widział że pies nie robi mi krzywdy, więc wbrew sobie godził się na to, dopóki zwierzę nie miało zamiaru wejść na jego teren.
Kiedy skończyłem szkołę i zacząłem dojeżdżać do innej, Ug odprowadzał mnie na przystanek i pojawiał się na nim kiedy wracałem. Był moim najlepszym kumplem, dopóki śmierć nie postanowiła mi go odebrać w jego podeszłym wieku. Płakałem, chociaż dalej nie rozumiałem dlaczego. Dotarło do mnie wtedy zachowanie mojego przyjaciela sprzed lat. Nie rozumiałem tych emocji, ale je czułem i były okropne.
Ug sprawił, że przekonałem się do zwierząt. Zwłaszcza psów. Zacząłem patrzeć na świat z innej perspektywy. Zachowania ludzi, które do tej pory były mi obce i niezrozumiałe stawały się znajome. Mogłem rozmawiać ze znajomymi o zwykłych psich zachowaniach z podekscytowaniem, które kiedyś bym wyśmiał.
Dzisiaj jestem dorosłym człowiekiem. Mam żonę i dwójkę dzieci oraz trzy psy, dwa koty i świnkę morską. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, a mogłoby być, gdybym wtedy nie spotkał na swojej drodze psa, który tylko swoją obecnością potrafił zmienić mój punkt widzenia tak bardzo.
Patrzę teraz na siebie z przeszłości i kręcę głową na swoją ignorancję. Współczuję wszystkim ludziom, którzy tak jak ja oceniali coś czego nie znali i czego nie chcieli poznać. Którzy tracą tak wiele, bo odsuwają się od zwierząt, myśląc tymi samymi kategoriami co ja kiedyś.
Moja córka powiedziała ostatnio, że Bóg zsyła nam anioły w postaci zwierząt, żeby nie były rozpoznawalne i mogły się nami opiekować z ziemi.
Mogę więc śmiało powiedzieć, że Ug był moim aniołem stróżem i mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy.
To był najlepszy pies jakiego mogłem mieć i choć na niego nie zasłużyłem, postanowił mnie wybrać i trzymać się mnie do końca swoich dni, za co jestem mu wdzięczny do dziś.

wtorek, 1 stycznia 2019

Typowy Sylwester

Nie bawi mnie Sylwester. Zaraz powiem dlaczego i nie jest to spowodowane faktem, że mój pies panicznie boi się petard. W tym roku wykupiłam pół apteki i przygotowałam się na najgorsze, a Morfina wbrew pozorom wyjątkowo łagodnie to przeżyła. Jasne, dostała ziołowe tabletki, a od północy była karmiona ciastkami aż do ustania najgorszych huków, ale spodziewałam się, że będę musiała wyciągnąć cięższą artylerię w postaci leków narkotycznych. W poprzednim roku księżniczka mało nie zeszła na zawał, trzęsła się jak galareta i nie było z nią kontaktu, podczas kiedy w tym sobie trochę popiszczała i nażarta ciastkami poszła spać.
Jestem z niej dumna, dzielne psie dziecko.
W samym święcie nie ma nic złego. Ludzie się bawią, jeżdżą na koncerty, czy na imprezy i jeśli radość sprawiają im wybuchające, kolorowe światełka to wszystkiego najlepszego.
Problemem jest tu raczej kwestia dojrzałości. Kiedy pirotechnika trafia w ręce dzieci, albo pijanych nastolatków i Sylwester zaczyna się już od połowy grudnia, bo trzeba rzucić Achtungiem dla frajdy w środku parku. Kiedy petardy wrzuca się do nor zwierząt, odpala się je w śmietnikach, czy zostawia po sobie wysypisko. 
Kiedy wyszłam dzisiaj z psem na spacer oczom moim ukazał się typowy posylwestrowy obrazek. Trawniki usiane pustymi butelkami po szampanie, czy piwie, kartonami po bateriach fajerwerków, foliami, opakowaniami i patyczkami.
To w tym leży problem - w ludziach którym ciężko podnieść za sobą śmieci i wyrzucić je do kosza pół metra dalej, nie w samej zabawie.
Te śmieci będą tam leżeć całą zimę, dopóki ktoś się nie zlituje i nie pozbiera ich z całego miasta. Szczątki tych butelek i kartonów znajdowane będą jeszcze na Wielkanoc. Jeśli ktoś nie jest na tyle dorosły, żeby ogarnąć syf jaki po sobie zostawia nie powinien bawić się fajerwerkami.
A jednak ludzie się bawią i co więcej pozwalają na to najmłodszym. Kiedy ja byłam mała (nie sądziłam, że kiedyś będę musiała użyć tego zdania) do mojej ręki trafiały maksymalnie zimne ognie, teraz dzieci w tym wieku otrzymują wiadro petard w jedną rękę i zapałki w drugą.
Taka sytuacja miała miejsce wczoraj, kiedy któryś opity szampanem rodzic wysłał swoje pociechy, żeby przed dwunastą puściły sobie kilka żuczków. Podrostki, które pewnie nie znają jeszcze na pamięć tabliczki mnożenia ustawiały sporych rozmiarów fajerwerki i odpalały lont. Skutkiem tego była rakieta śmigająca po ziemi, między nogami obserwatorów i przechodniów, oraz wielki wybuch tuż obok kolejnych dzieci, które również postanowiły się pobawić. Po kilku nieudanych próbach wysłania ognia w kosmos, dzieciom udało się ustawić fajerwerk w butelce po winie i wysłać go prosto na balkon sąsiadów. Jako, że najmłodsi stali na balkonie i był on szeroko otwarty pocisk wleciał do środka mieszkania i tam wybuchł. Wiem to, bo panikę sąsiadów mieszkających klatkę dalej było słychać aż u mnie. Mam nadzieję, że nic nie spłonęło i nikomu nie stała się krzywda. Najbardziej drażni mnie fakt, że rodzice tych dzieci stali na balkonie, obserwowali poczynania swoich pociech, które w najgorszym wypadku mogły zrobić krzywdę im i innym ludziom i nie zrobili nic oprócz śmiania się.
Zero troski o własne potomstwo, nie wspominając o obcych ludziach. Dzieciom wkrótce skończyła się amunicja, a ani jedna rakieta nie wzniosła się w powietrze prawidłowo.
Właśnie dlatego mnie to nie bawi. Większość ludzi nie dojrzała wystarczająco żeby obchodzić Sylwestra, ale mimo wszystko to robią, czego skutki można oglądać w szpitalach, na chodnikach i trawnikach dnia następnego, w przewróconych śmietnikach, wysadzonych w powietrze i martwych zwierzętach znajdowanych blisko własnych nor, z których został tylko krater w ziemi.
Każdego roku mam cichą nadzieję, że ludzie chociaż odrobinę dojrzeli, że zostali uświadomieni i każdego roku czeka mnie większe rozczarowanie.
Gdyby nie zamknięte okno, po moim domu również fruwałyby kolorowe światełka, a mieszkam na parterze. Ludzie, którzy najbardziej narzekają na psy zanieczyszczające trawniki, zostawiają po sobie rozbite butelki i plastik. Przyznają otwarcie, że "nadszedł czas zemsty na tym Burku co to ujada całymi nocami, teraz on będzie ze strachu zwijał się w kłębek, jak sobie odpalę tego Achtunga".
Żal mi tych ludzi, jak i wszystkich którzy nie potrafią bawić się w cywilizowany sposób. Życie z IQ równym temperaturze ciała musi być bardzo przykrym doświadczeniem.
Życzyłabym wszystkim rozwagi w nadchodzącym roku, ale do tych najbardziej jej potrzebujących moje słowa nie dotrą, a Ci którzy już ją mają nie potrzebują jej więcej. Zamiast tego życzę więc wszystkim cierpliwości.
Coś czuję, że może nam się przydać.