Trzecia w nocy.
Zamiast spać, wpatruję się w stronę Worda, gdzie powinny znaleźć się wnioski mojej pracy inżynierskiej. Jeśli kiedykolwiek przeżywałam kryzys pustej kartki, to właśnie teraz. Moje myśli tkwią gdzieś w zawieszeniu. Mogę albo zakłamywać rzeczywistość i udowadniać, że moje tezy związane z badaniem są prawidłowe i nie są wynikiem błędu przestarzałych przyrządów pomiarowych i technik sprzed pół wieku, albo mogę przyznać, że wyniki badań odbiegają od normy i nie zgadzają się z faktami. Oczy wędrują po stronach plików pdf, starych książek i artykułów naukowych.
Wszystkie mówią mi to samo: You are fu*ked...
Napisać, że białe jest czarne, ponieważ w pomieszczeniu jest ciemno, czy powiedzieć prawdę o używaniu złych rolet i to w środku dnia?
Zrób to, co będzie wyglądać bardziej profesjonalnie i licz, że połowa sprawdzających nagle oślepnie.
Decyduję się na burzę mózgów i spisuję wszystkie hasła jakie przychodzą mi do głowy, wykreślając te, które nie mają związku z tematem głównym.
Przez słuchawki przebija się pisk zarzynanego zwierzęcia.
Zdejmuję słuchawki i pisk ustaje.
Omamy.
Za dużo kawy, za mało snu.
Przedawkowałam naukowy bełkot.
Zakładam słuchawki ponownie i pisk się powtarza. Zerkam na śpiącą Morfinę, która mieli językiem przez sen. Ten pies musi coś jeść nawet kiedy jest nieprzytomny. Popieram taki styl bycia.
Podchodzę do klatki i przeliczam gryzonie. Masło i Karmel siedzą na samym dole, obierając pestki dyni z łupinek. Przeszukuję hamaki, tunele, koszyki, domki i sputniki w poszukiwaniu Popcornu. Sprawdzam drzwiczki klatki i górne wejście. Zamknięte. Raczej nie mógł uciec. Otwieram pudełko z mącznikami. Szczury wyczuwają zapach owadów i porzucając dynię, zaczynają węszyć noskami w powietrzu. Spod dolnej warstwy koców wydobywa się pisk. Widzę wybrzuszenie tuż obok rozłożonego Masła i Karmelu, którzy zastanawiają się czy iść po robala, czy stać w miejscu i liczyć, że zbrodnia się nie wyda. Wybrzuszenie porusza się i wydaje z siebie kolejny pisk.
- Yhh - wzdycham - Znowu go przyduszacie? Złazić - mówię, przesuwając tłuste kluchy na bok i umożliwiając uwięzionemu Popcornowi wyjście spod koca. Organizujesz swoim zwierzętom milion kryjówek, a one i tak muszą schować się pod "dywanem", pod którym nie powinno ich być.
- Wychodź - mówię, wciskając katom do łapek po robaku i zaglądając pod koc. Popcorn wysuwa pyszczek i patrzy na mnie spojrzeniem pod tytułem "Widziałem tam rzeczy straszne. Ci psychopaci chcieli mnie zabić!" Wręczam szczurowi mącznika i wyciągam go na wyższe piętro.
- Masz za swoje, dobrze wiesz, że tam się nie wchodzi - mówię, poprawiając cały dół, który po prostu nie może wyglądać jak należy, ponieważ jeden uparty gryzoń ma inną koncepcję designu klatki.
- Małe psychole - mówię, głaszcząc główki nosicieli dżumy i wracam do pracy.
Nie mija piętnaście minut, kiedy z klatki znowu dobiegają dźwięki toczonej walki.
Ściągam słuchawki, zaglądam do klatki i widzę dokładnie taką samą scenę. Dwa szczury siedzą na kocyku pod którym uwięziony jest trzeci osobnik, walczący o powietrze.
Mam deja vu.
- Chłopaki - mówię, usuwając szczury z parteru i wyciągając dręczoną kluskę z pułapki - Bo będziecie spać na gołej ziemi - grożę, wkładając po jednym ulańcu do każdego hamaka - Był wybieg, kolejny jest za kilka godzin, bądźcie grzeczni przez minutę.
Siedzę chwilę przy klatce i obserwuję jak zmęczonym wojownikom zamykają się oczy.
Wracam do komputera.
Nie zakładam już nawet słuchawek. Wiem, że to nie koniec.
Po kilku minutach miska spada z podestu na parter, a Masło zaczyna tarzać się w zawartości, skubiąc to, co akurat wpadnie mu do pyszczka. Chwilę później do hamaka śpiącego Karmela wpada Popcorn-lee i z karata uderza w nieprzytomnego brata, który budzi się z piskiem i usiłuje wyrzucić drącego się brata ze swojego łóżka. Nie interweniuję. Kukurydz sam prosił się o problemy, niech załatwiają to między sobą.
Godzinę później mam napisane dwa zdania, które sprowadzają się głównie do "Zabijcie mnie teraz, to oszczędzimy sobie cierpienia za kilka tygodni".
Klatka to czysty Woodstock.
Morfina otwiera oczy, przeciąga się leniwie i ziewając, zastanawia się czy podejść już do dzwonka, czy jeszcze chwilę sobie poleżeć i rozprostować łapy.
Googluję:"Ile można nie spać" i dowiaduję się, że rekord to 11 dni, ale można go wydłużyć spożywając spore dawki amfetaminy.
Kuszące.
Googluję: "Ile kosztuje bilet do Tromsø". Czy aż tak wysoko cenię własną poczytalność?
Wpisuję w Worda: "Ze względu na specyfikę technik, wykorzystanych do przeprowadzenia badań, oraz rodzaju urządzeń pomiarowych, wyniki mogą znacząco odbiegać od norm podanych w zestawieniu literatury naukowej."
Delikatnie powiedziane...
Piski przygniatanego do ziemi Karmela, zagłusza mi siedzący na nim Masło, który usilnie próbuje wytłumaczyć bratu, że nie wolno podkradać papryki, oraz wciskająca dzwonek Morfina.
Potrzebna mi będzie jeszcze jedna kawa.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
czwartek, 26 grudnia 2019
środa, 25 grudnia 2019
Świąteczna Marcelinka
Dostaliśmy wiadomość od Marceliny, która zaproponowała spotkanie przed świętami. Ponoć miała nam do przekazania coś bardzo ważnego.
Zgodziliśmy się, ponieważ kierownik teatru tylko czekał na taką okazję i nie mogliśmy złamać mu serca. Nie oszukujmy się, reszta też była bardzo zaciekawiona, więc decyzja została podjęta właściwie z miejsca.
Ustaliliśmy dogodny dla większości termin, który przypadł w dzień Wigilii o 13:00, w lokalu w którym spotkaliśmy się poprzednio. Pizzeria zamykała się dopiero o 16:30, więc mieliśmy trochę czasu.
Marcelina uprzedziła nas o swoim spóźnieniu (ponownym), więc liczyliśmy na godzinę poślizgu, w porywie do dwóch.
Nie wiedzieliśmy co planuje, ale mieliśmy pewne przypuszczenia.
Miałam zabrać się z Sonią, więc w okolicach 11:30 wskoczyłam do jej samochodu.
- Skoczymy jeszcze po Damiana - rzuciła Sonia, kiedy zapinałam pasy.
- Jasne, a to on nie jedzie swoim? - spytałam.
- Nie. Zadzwonił i poprosił o podwózkę już wczoraj, bo planował nie spać, a on nie pojedzie jak nie jest całkowicie pewny.
- Bardzo dobrze, ale czemu nie spał? Nie mów mi, że celowo.
- Jasne, że celowo.
- To jest czubek... - westchnęłam.
- No wczuł się chłopak, trzeba mu przyznać.
Kiedy pół godziny później do samochodu wsiadł Damian, odwróciłam się do niego i ujrzałam bardzo zmęczoną, ale jednocześnie zadowoloną z siebie twarz.
- Wyglądasz jak śmierć - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Prawie trzydzieści godzin bez snu i kawy - odparł z dumą Damian - Worth it.
- Nie za bardzo wczuwasz się w rolę?
- Nie, nie, nie. Po pierwsze i tak miałem trochę roboty, więc ta zarwana noc jak najbardziej mi pasowała, a po drugie skoro mam rolę ćpuna, muszę wyglądać na ćpuna. Zmęczenia nie muszę grać, bo jest prawdziwe. Im więcej realności tym lepiej.
- Mysz Ci podsunęła ten pomysł z brakiem snu?
- Nie, to moja koncepcja. Daj spokój, to jedna noc. Odeśpię jak wrócę i nic mi nie będzie.
- Ciekawe co kombinuje, nie? - spytała Sonia w przestrzeń.
- Bardzo prawdopodobne jest wręczenie czegoś, przełamanie się opłatkiem jako symbol pojednania, coś w tym stylu - odparł Damian.
- Albo poleci w maniaka i odwali coś bardzo, bardzo głupiego i będzie po udawaniu - dodałam, ponieważ taki scenariusz też wchodził w grę.
- Tak, to też jest możliwe - zgodził się ze mną Damian - Szanse są mniej więcej pół na pół.
W lokalu znaleźliśmy się o 12:30.
W środku czekała już na nas Ruda i Agnieszka.
- Chłopaki będą? - spytałam, ściągając kurtkę i sadowiąc się na miejscu obok Damiana.
- No raczej, spróbowaliby nie przyjść - odparła Ruda - Ale dyrektor dzisiaj jakiś niewyraźny. Kac morderca?
- Pan Bonaparte postanowił nie spać, żeby lepiej wczuć się w rolę - odpowiedziałam.
- Dokładnie tak - potwierdził Damian.
- Doceniam poświęcenie, ale ja dalej stawiam na to, że królewna z gratisem odstawi dzisiaj coś na co nie jesteśmy przygotowani.
- Ale z Ciebie pesymistka. Nie wierzysz w jej chęć poprawy i wewnętrzne dobro, które za sprawą tego świętego dziecka obudziło w niej potrzebę poprawienia więzi społecznych?
- Nie - odpowiedziała Ruda.
- No ja też nie - odparł Damian.
Po chwili do pizzerii weszła Baśka, Łukasz z Karoliną i na końcu Oli z Szyszkiem, więc byliśmy już w pełnym składzie na ten dzień.
- Już wszyscy, czy jeszcze ktoś? - spytał Szyszek, rozglądając się po zgromadzonych.
- Na dzisiaj wszyscy. Reszta była zajęta, albo ma w nosie dramy - rzekła Ruda.
- A Tobie co, źle się czujesz? - spytał Oli, siadając do stołu i przyglądając się Damianowi.
- Aż tak widać? - uśmiechnął się Damian - Bardzo dobrze.
- Wszystko z nim ok, tylko zarwał noc, żeby Marcelina go bardziej powiązała z dragami.
- Czyli jednak lecimy według scenariusza? - spytał Szyszek.
- No oczywiście, że lecimy według scenariusza. Krysia, wiesz co masz robić?
- Ty się moją rolą nie martw.
- A właśnie, jak było na zakupach, bo w końcu nie słyszałam? - spytała Agnieszka.
- Mysz miała rację, ona faktycznie robi na tej wyspie w tym centrum handlowym - odparł Oli - Jak nas zobaczyła, to mało jej telefon z ręki nie wypadł.
- Na pewno Was razem widziała?
- Na sto procent - odpowiedział Damian - Przeszliśmy się tamtędy z trzy razy w ciągu godziny, oczywiście udając, że jej tam nie widzimy i nie mamy pojęcia, że tam pracuje.
- A kto robił za przyzwoitkę, Krysia?
- No ba - odparłam - Jak ja żałuję, że nie mogłam nagrać jej reakcji. To jest coś czego się nie da zapomnieć.
- Szyszek, a Ty? - spytała Agnieszka.
- A ja się przeszedłem z Rudą, dokładnie w tym samym centrum, tylko w innym dniu - odparł Szyszek - Jestem pewny, że nas widziała i zanotowała, że byłem tam tylko z Rudą.
- I pięknie.
- Tak potwornie ciężko utrzymać śmiech jak się widzi te ogłupienie na jej twarzy - westchnęła Ruda - Bardzo ciężko.
- Ciekawe ile spóźni się dzisiaj - zastanawiałam się na głos - Za kilka godzin zamykają.
- Jak tu ostatni raz byliśmy, to siedzieliśmy osobno. Przynajmniej na początku - odparł Oli - Myślicie, że ktoś dzisiaj może dołączyć?
- Raczej nie, lokal jest dość pustawy - odpowiedział Szyszek - Bardziej mnie zastanawia czy ona nikogo nie przywlecze.
- Masz na myśli jej straż przyboczną, czy niespodziankę w postaci moich rodziców na przykład? - spytał Oli.
- Wiesz, wolałbym dzisiaj nikomu niczego nie łamać, ale jak mi nie da wyboru to krew popłynie po podłodze - odpowiedział Szyszek.
- Pomogę Ci, chociaż nie jestem za rozwiązaniami siłowymi - przytaknął Damian.
- Hej, ale bez takich - uśmiechnął się Oli - Dzisiaj jestem mentalnie nastawiony na to, że taka sytuacja może wyniknąć, więc już nie weźmie mnie z zaskoczenia. Nawet jakby się pojawili, to myślę że przyjmę to na spokojnie. Oni dalej mają zakaz zbliżania, więc wystarczy wezwać policję, albo im o tym przypomnieć i sobie pójdą. Poza tym wątpię, żeby się pchali tam gdzie wiedzą, że jestem. Oni się mnie wyrzekli, po co mieliby szukać kontaktu? Nie mają już syna, jak to ujął mój ojciec.
- Technicznie masz rację - odparł Szyszek - I to ma sens co mówisz, ale doskonale wiemy, że Marcelina nie działa według zasad logiki, a Twoi rodzice mają dziwną przypadłość ulegania jej manipulacjom. Nie będziesz przez to przechodził drugi raz, na to jej nie pozwolę.
- I co? Ona wyląduje w szpitalu, a Ty w więzieniu. Faktycznie dobre rozwiązanie - odparł Oli.
- Zrobimy podkop - odpowiedział Damian - "Prison break" to przy tym nic.
- Ale powoli - odpowiedziała Ruda - Jak ja jej połamię zęby, to to będzie lepiej wyglądać przed policją, niż jak jej połamie zęby facet dwa razy od niej większy.
- Ale po co się wysilać - odparłam - Wystarczy, że na niej usiądę "przypadkiem" i połamane żebra będzie składać jeszcze w przyszłym roku. Spokojnie.
- Dostałam sms-a od Matki Teresy - rzekła Karolina, spoglądając na telefon - "Zaraz będę".
- Też mam - odparła Agnieszka.
- To co, zamawiamy żarcie, nie? Musi widzieć, że dyrektor nie je - odparła Ruda.
- Tak zróbcie - odpowiedział Damian - A ja tylko wodę.
- Jak przykro, że nie możesz ulec Hawajskiej - drażniłam się z chłopakiem - Zostanie więcej dla nas.
- Biedny Damian - odparł Oli - Niech moc ananasa będzie z Tobą.
- Sztuka wymaga poświęceń. Właśnie dlatego najadłem się w domu małe gnidy.
- Ja Ci pragnę przypomnieć, że to był Twój plan - odpowiedziałam z uśmiechem - Nikt Cię do tego nie zmuszał. Jesteś ofiarą własnego geniuszu.
Kiedy złożyliśmy zamówienie i placki upchane dobrem nie zdążyły zawędrować jeszcze na nasz stół, do lokalu weszła bardzo duża, kolorowa paczka, niesiona przez małego człowieka. Tym człowiekiem okazała się być Marcelina.
- Jest sama - odetchnął szeptem Szyszek.
- Przedstawienie czas zacząć - odszepnęłam i księżniczka podeszła do nas, stawiając z uśmiechem pakunek na stole.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała zasapana - Straszne dzisiaj korki.
- Jest Wigilia, trudno się dziwić - odparła Ruda, popijając sok.
- Strasznie się cieszę, że Was widzę i że mogliście się pojawić pomimo tego, że pewnie macie sporo do zrobienia w święta - rzekła Marcelina, co wywołało u Rudej falę kaszlu.
- Zjesz coś? Akurat złożyliśmy zamówienie - powiedział Oli.
- Nie, dziękuję. Mam teraz bardzo dziwne smaki i rzeczy, które smakowały mi wcześniej, teraz są dla mnie niejadalne - uśmiechnęła się Marcelina. Ten uśmiech nie sięgał do oczu. Był bardziej fałszywy niż meta, którą z Damianem trzymaliśmy w kieszeniach.
- Przyniosłam Wam coś - powiedziała Marcelina, przysuwając pakunek bliżej nas - Wesołych Świąt!
- To dla nas? - spytała Karolina.
- Bomba pułapka? - dodała Ruda.
- Nie, no coś Ty. Takie tam drobiazgi. Zrobiłam więcej, bo nie wiedziałam ilu Was przyjdzie, to się podzielicie - odpowiedziała Marcelina, siadając obok Łukasza.
- Ale my nic nie mamy dla Ciebie - odparł Oli - Nie byliśmy przygotowani.
- Ale nic nie szkodzi, naprawdę. W końcu w święta chodzi o to, żeby dawać, a nie tylko brać, prawda? Chciałam Wam chociaż troszkę wynagrodzić to jaka byłam kiedyś. Taka malutka rekompensata. Najlepszym prezentem będzie dla mnie jak zaczniemy wszystko od nowa i się dogadamy.
- Jakaś Ty szczodra - odpowiedziała Ruda.
- No to... bardzo dziękujemy - powiedziała Karolina, przyglądając się pakunkowi - A co jest w środku?
- Niespodzianka. Otwórzcie w domu, chcę Was trochę potrzymać w niepewności - odparła Marcelina i kilka zaniepokojonych spojrzeń zaczęło intensywniej przyglądać się paczce - Tam niektóre rzeczy są do jedzenia, to naczynia odbiorę następnym razem, przy okazji.
- Do jedzenia? - zdziwił się Łukasz - Gotowałaś dla nas?
- Tam zaraz gotowałam - machnęła ręką Marcelina - Takie proste rzeczy, które i tak robiłam dla siebie na święta. Mam nadzieję, że będą Wam smakować.
- Och, niewątpliwie - odrzekła Baśka.
- Ściągnę to na ziemię - powiedziała Karolina, delikatnie przekładając paczkę - Stół nam będzie potrzebny, bo za chwilę przywędruje jedzenie. Jest tam coś, co może się zbić? Trzeba z tym delikatnie?
- Tylko naczynia - odpowiedziała Marcelina - Reszcie nic się raczej nie stanie.
- Tak się zastanawiam - powiedział Szyszek, kiedy pakunek wylądował na ziemi i Marcelina została odsłonięta - Czemu tłuczesz się tu sama? Mateusz nie chce Ci towarzyszyć?
- Nie to, że nie chce. Po prostu ma dużo pracy, przygotowuje święta, pomaga mi - odpowiedziała Marcelina - On naprawdę chętnie też by tu przyjechał i z Wami porozmawiał, jestem tego pewna. Pewnie będzie mógł przyjść na następne spotkanie.
- Następne? - spytała Ruda - Masz zamiar nas znowu wzywać?
- No myślę, że może jakoś pomieścimy się u mnie przy następnej okazji. Głupio tak cały czas spotykać się w lokalach. Jakbyśmy sobie nie ufali. U mnie będzie nam zdecydowanie wygodniej. Przecież żebyśmy się polubili musimy zacząć sobie ufać, racja? - spytała Marcelina, przyglądając się milczącemu Damianowi, wpatrzonemu w serwetki, stukającemu nerwowo palcami o telefon. Szturchnęłam go i Damian, zerkając na mnie, udał ocknięcie.
Zdecydowanie to kupiła. Rybka połknęła haczyk.
- Mielibyśmy iść do Ciebie do domu? - spytała Baśka z niedowierzaniem - Nie sądzę, że takie poufałości są nam potrzebne.
- Wiem, że jest Wam ciężko, ale to przyjdzie z czasem. Jestem tego pewna - odpowiedziała Marcelina - Tak się cieszę, że się dobrze dogadujecie. Niektórzy nawet bardzo dobrze.
Na stole zaczęły pojawiać się tacki z pizzą.
- Jesteś pewna, że nie chcesz skosztować? - spytała Karolina.
- Nie, nie, na pewno - odpowiedziała Marcelina, patrząc na nasze wędrujące w stronę placków ręce. Wszystkie oprócz Damiana.
- Ty nie jesz? - spytała w końcu.
Zdecydowanie połknęła haczyk.
- Nie jestem głodny - odparł Damian, zaczynając ponownie nerwowo stukać palcami.
- Coś Ci jest, źle się czujesz? - spytała z udawaną troską Marcelina.
- Nic mi nie jest - odparł krótko Damian.
- Wiem, że masz do mnie taki stosunek jaki masz Damian, ale gdybyś potrzebował pomocy, albo po prostu porozmawiać, to możesz się do mnie zwrócić, naprawdę.
Tym razem zakrztuszeniu uległa Baśka.
- Ostrzegaj zanim wylecisz z czymś takim - powiedziała, odkasłując - Ja tu próbuję się nie utopić.
- Dzięki, ale jesteś ostatnią osobą do której zwróciłbym się z czymkolwiek - odpowiedział Damian.
- Ja tylko oferuję pomoc. To Twój wybór czy z niej skorzystasz.
- A jak tam dziecko? - spytałam, zmieniając temat - Wszystko dobrze?
- A tak - odparła Marcelina - Dobrze, że mi przypomniałaś. Mam dla Was kolejną niespodziankę - odparła, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Oho, koniecznie? - spytała Ruda.
- To chłopiec - odpowiedziała Marcelina.
- Cóż, gratulacje - odpowiedziała Karolina - Chcieliście chłopca?
- Mnie to obojętna jest płeć, bo i tak planujemy już kolejne...
Oh boi.
- ... ale mamy z Mateuszem taką umowę, że jak to chłopiec, to ja mu nadaję imię, a jak dziewczynka, to on.
- Mieliśmy z Łukaszem podobna umowę - powiedziała Karolina - Ale ustalenia końcowe i tak były wspólne.
- No i ja już wiem jak mu dam na imię. To znaczy, zastanawiam się między kilkoma opcjami. Chciałam mu dać na imię po którymś z Was - wypaliła Marcelina, patrząc na męską część grupy.
Nastała niezręczna cisza, podczas której oczy zgromadzonych utkwione były w uśmiechniętej twarzy Marceliny. Zdecydowanie spodziewała się takiej reakcji. Moja szczęka bardzo chciała znaleźć się przy ziemi i zastanawiałam się czy istnieją słowa, które opisywałyby to, co się właśnie wydarzyło.
Jeśli istniały, to ja nie potrafiłam ich znaleźć.
- Aż tak tego dzieciaka nienawidzisz? - spytał w końcu Damian, który pierwszy otrząsnął się z szoku.
- Ale dlaczego tak mówisz? Uważam po prostu, że każde imię jest dobre, a to mogłoby wzmocnić nasze relacje i chyba jestem Wam to winna.
- Marcelina - zaczął Oli - To bardzo miłe z Twojej strony, naprawdę... ale nie jesteś nam nic winna. Imię tego dziecka powinno Ci się dobrze kojarzyć. Z kimś kogo lubisz, szanujesz, nie wiem...
- Ale ja Was lubię i szanuję - odpowiedziała Marcelina.
To już zaczynało być śmieszne.
- Zanim zaczniecie mi wypominać błędy przeszłości - kontynuowała, widząc nasze niedowierzanie - To ja chcę tylko zaznaczyć, że tamtej osoby już nie ma.
- To nie tak działa - odparł Damian i do jego stukania palcami dołączyła też noga - Nie możesz oczekiwać, że zapomnimy wszystko co było, na rzecz Twojej cudownej przemiany, w którą jakoś ciężko mi uwierzyć i wszystko będzie cacy.
- Damian, każdy popełnia błędy. Każdy. Jestem pewna, że Ty też masz swoje za uszami - odpowiedziała Marcelina.
- Masz coś konkretnego na myśli?
- Nie. Tak po prostu. Uważam, że każdy może się zmienić, jeśli tylko będzie tego mocno chciał.
- Wątpię.
- Co się stało? Na weselu byłeś taki pogodny, a teraz jesteś taki ponury.
- Nic - urwał Damian, spuszczając głowę.
Marysia odwaliła kawał dobrej roboty, szkoląc Damiana. Widziałam w tym aktorski potencjał. Jego wzrok uciekał na boki, wydawał się niespokojny i poddenerwowany i nawet nie spoglądał na leżące przed nim jedzenie.
- No dobrze, a czyje imię konkretnie chciałabyś mu nadać? - spytał Łukasz, zerkając na Karolinę.
- No więc, w przyszłości, kiedy bedę mieć więcej dzieci może uda mi się zrehabilitować, ale teraz mogę wybrać tylko dwa imiona. Na pierwsze i na drugie.
Zbierz je wszystkie, edycja Marcelina.
- Masz zamiar rodzić dzieci, dopóki nie nazwiesz wszystkich imionami osób, które kiedyś skrzywdziłaś? - spytałam - Myślę, że może Ci zabraknąć życia.
- Nie. Oczywiście, że nie. Wszystkich pewnie nie dam rady, ale skoro i tak chcę mieć dużą rodzinę, to trzeba znaleźć jakieś dobre imiona. Uważam, że Wasze mogą mieć pewną moc. Jesteście... silnymi ludźmi i może przez to te dzieci też będą.
- Nie życz im tego, żeby podzieliły losy pierwowzorów - powiedziała Baśka.
- Nie, absolutnie. Chodzi mi tylko o charakter. O tę wolę walki i pozostawieniu przeszłości za sobą. Ja to podziwiam.
- Od kiedy? - spytał Damian.
- Od kiedy zaczęłam tak to widzieć. Chyba dobrze jest nadawać imiona po silnych ludziach, którzy wygrywają z przeciwnościami, prawda?
Nazwij go Napoleon - pomyślałam i starałam się nie wypowiedzieć tego na głos.
- Pomyślałam, żeby dać mu Łukasz, bo to by odhaczało dwóch Łukaszów za jednym zamachem - zaśmiała się Marcelina - Ale skłaniam się bardziej do tego, żeby na pierwsze dać mu Oliwier, a na drugie Damian. Albo odwrotnie, jeszcze nad tym myślę.
Nie mogę się roześmiać, nie mogę! Myśl o czymś smutnym i nie patrz jej w oczy. Myśl o biednych, bezdomnych szczeniaczkach. Pamiętasz ten film o małych kaczuszkach? Myśl o małych kaczuszkach...
Ruda nie próbowała się nawet pohamować. Wybuchnęła tak szczerym śmiechem, że po chwili zarażona została także Agnieszka i Baśka.
Oli spoglądał to na Szyszka, to na Damiana (który walczył ze sobą o utrzymanie powagi), to na Marcelinę i ewidentnie był zagubiony i zbity z tropu.
- Nie rozumiem co Was tak bawi - powiedziała z powagą Marcelina.
- Ja też nie - odparł Damian - To bardziej tragiczne niż śmieszne.
- Tragiczne? Raczej żenujące - wtrąciła Baśka.
- Poważnie chcesz nazwać swoje dziecko imionami ludzi, których "w przeszłości" jak to podkreślasz, nękałaś najbardziej i odczuwałaś z tego czystą radość? Uważasz, że to jest dobry pomysł? Co na to Twój mąż?
- Mój mąż się zgadza i nie widzi w tym problemu. Imię jak imię.
- Więc... - zaczął Oli, próbując znaleźć właściwe słowa - ... to jest bardzo miłe, ale ja tak jak Damian nie uważam, żeby to był dobry pomysł Marcelina. Te imiona nie przynoszą szczęścia. Nie wiem czy można je traktować jako coś dobrego. Jako jakiś talizman. Chyba wolałbym, żebyś nie sprowadzała na własnego syna nieszczęścia i to podwójnego.
- Oliwierze, to tylko imię - powiedziała Marcelina - Nie lubisz własnego imienia?
- Nie cierpię go - odparł Oli - Jak mógłbym je lubić? Jakim sposobem?
- No więc to może pomóc też Tobie. Moim zdaniem to może odwrócić złe znaczenie tego imienia w coś dobrego. Może jak zobaczysz małego, szczęśliwego chłopca o tym imieniu, którego nie spotkało w życiu nic złego, to zmienisz nastawienie. Damian, Ty przecież lubisz dzieci - dodała, zerkając na Damiana.
- Jakieś aluzje? - spytał chłopak.
- Nie, absolutnie. Po prostu wiem, że się z nimi dogadujesz, a one Cię uwielbiają. Pomyślałam, że miałbyś z młodym dobry kontakt, jako wujek na przykład.
Uuuuu... kaczuszki, szczeniaczki, biedne małe kotki bez łapki...
- Wujek? - spytał Damian z pokerową twarzą - Na weselu nie byłaś taka zadowolona kiedy kręciły się wokół mnie dzieci.
- Myliłam się - przyznała Marcelina - Po prostu na chwilę zapomniałam, że przecież miałeś młodszego brata i wiesz jak nawiązać więź z dziećmi.
Niebezpieczny grunt. Bardzo grząski.
- Teraz nie wiem czy dobrze Cię rozumiem - powiedział powoli Damian - Chcesz nadać własnemu synowi imiona po nas. Do tego oczekujesz, że będziemy z nim mieli jakąś bliższą więź i zostaniemy jego "wujkami".
- Tak i ciociami - dodała Marcelina, spoglądając na żeńską część ekipy.
- To mi się kupy nie trzyma.
- Damian - interweniował Oli - Nie bądźmy od razu tak negatywnie nastawieni. Może Marcelina ma rację, może to właśnie dobrze. Trochę nas zaskoczyła, ale przecież to bardzo miły gest. To imię dziecko będzie nosić do końca życia.
Damian zerknął na Oliego i wzdychając odparł:
- Ok, skoro tak uważasz.
- Też nie jestem do końca przekonany, ale tylko dlatego, że nie chcę, żeby to maleństwo spotkało coś złego. Z drugiej strony, to tylko zabobony i przecież imię mu nie sprowadzi na głowę nieszczęścia. Jestem pewny, że będzie wychowywany w kochającej rodzinie.
Zerknęłam na Rudą, która miała realne problemy utrzymać spokój i wpatrywała się intensywnie w szklankę. Byłam pewna, że pod naporem jej spojrzenia szkło zaraz nie wytrzyma presji i rozpadnie się na kawałeczki.
- Dziękuję Oliwierze. Widzisz, Ty masz właściwe podejście. Moim zdaniem mój syn będzie się bardzo dobrze czuł pod tym imieniem - uśmiechnęła się Marcelina i opierając się, zaczęła gładzić swój brzuch - Jak następna będzie dziewczynka, to namówię Mateusza na "Biankę".
- Jezu, błagam Cię, nie krzywdź własnego dziecka - odparła Ruda - Są jakieś granice znęcania się. Przecież ono będzie mieć przewalone.
- Ale dlaczego? Przecież Bianka to takie piękne, oryginalne imię. Ty też nie lubisz własnego imienia? Co Wy wszyscy z nimi macie?
- Nazwij ją Basia, Agnieszka, czy Magda, ale odpuść jej Biankę - westchnęła Ruda.
- Ale Bianko... - zaczęła Marcelina, lecz palec Rudej był już w nią wycelowany.
- Nie nazywaj mnie tak. Nigdy, rozumiesz? - powiedziała Ruda.
- Dobrze, przepraszam. Skoro wolisz, żeby każdy Cię całe życie wołał pseudonimem, to w porządku. Po prostu uważam, że to bardzo ładne imię.
- Nie lubię dzieci, więc mnie nie namówisz na to całe niańczenie Twojej gromadki - odpowiedziała Ruda.
- No przecież nic na siłę. Jestem przekonana, że jak już je ujrzysz, to się w nim zakochasz. Damian, na pewno wszystko w porządku? Jakiś zdenerwowany jesteś? Chyba nie przeze mnie? - spytała Marcelina nieobecnego Damiana.
Idealnie.
- Damian, pozwól ze mną na chwilę - powiedziałam, wyczuwając okazję - Zaraz wrócimy, coś pilnego, nie przeszkadzajcie sobie - dodałam wstając i kierując się na zewnątrz.
Damian podążył za mną i stając tyłem do okna, ale tak by być widocznym ze środka, westchnął nie mogąc już opanować uśmiechu.
- Przestań, bo ja stoję przodem i mnie widzą - powiedziałam, nie zerkając na szybę - Ja się nie mogę roześmiać.
- Ale ja już nie mogę - pękł Damian, usiłując się opanować - Nie sądziłem, że to będzie takie trudne. Jak wyleciała z tym wujkiem, to myślałem że mi czoło pęknie na pół od tego wstrzymywania.
- Cicho, ja tu Cię teraz opierdzielam i każę się uspokoić z tym głodem narkotykowym, więc musisz być poważny, przejęty i zganiony.
- Pfff...
- Damian! Wytrzymasz jeszcze chwilę, dobrze Ci idzie. Chyba łyknęła wszystko co do tej pory miała łyknąć. Teraz tam wrócimy, Ty będziesz się pilnował i zaczniesz się przyglądać Oliemu.
- Ok, ok, daj mi sekundę - powiedział Damian, robiąc głęboki wdech.
- Myśl o tym, że to psychopatka, ciesząca się cudzym bólem za każdym razem jak na nią spojrzysz i nie wsłuchuj się zbytnio w to co mówi. Będzie dobrze.
- Ona przyprowadziła rodziców Oliego, od których on uciekł, bo go katowali i zrobiła to tylko po to, by obserwować reakcję - powiedział Damian, próbując wywołać u siebie odpowiednie emocje.
- Tak.
- Dobra, już mi lepiej. Wracamy tam.
- I ślicznie. Pamiętaj, że zganiony masz być.
- Kto by nie był po takiej przemowie.
Kiedy wróciliśmy do środka, przyglądał nam się cały stolik, a Ruda dalej walczyła z niesforną szklanką, próbując ukryć swój uśmiech.
- To na czym stanęło? - spytałam, sadowiąc się obok zwieszonego Damiana, który wpatrywał się teraz w serwetki.
- Tak właściwie to na tym, że prawdopodobnie zostanę przy Oliwierze i Damianie. To dobre zestawienie imion - powiedziała Marcelina - Będę się musiała już zbierać - dodała - Chciałabym pomóc trochę Mateuszowi z tymi świętami. Przynajmniej tyle ile będę mogła. Także życzę Wam wszystkim dobrych i pogodnych świąt i mam nadzieję, że się wkrótce znowu zobaczymy, tylko może w większym składzie.
- Nie wiem czy uda nam się przekonać resztę - odparł Szyszek - Nie możesz się na to nastawiać.
- Och, skoro udaje mi się przekonać powoli Was, to jestem pewna, że oni też wkrótce wyjdą z ukrycia - odparła Marcelina, łapiąc Damiana na przyglądaniu się Oliemu.
- Czy są jeszcze jakieś grupy o których nie wiemy, a na które możemy się natknąć? - spytała wprost Baśka.
- Jakie grupy? - spytała zbita z tropu Marcelina.
- Takie jak nasza. Jak nasze dwie, które się połączyły.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedziała Marcelina, wstając i zakładając szalik - Więc jeszcze raz wszystkiego dobrego, zdrowia i siły. Mam nadzieję, że następnym razem zobaczę Was więcej i w lepszej kondycji - dodała, zerkając na Damiana, który nie obdarował jej spojrzeniem. Na pewno wiedział, że jest obserwowany.
- Wzajemnie Marcelina - odpowiedział Oli - Wesołych Świąt i dziękujemy za prezent.
- Nie ma sprawy, naprawdę. Przyjemność po mojej stronie. Napiszcie czy Wam smakowało, nie jestem zawodowcem - przyznała ze skromnością Marcelina.
Błagam, wyjdź już.
Marcelina pożegnała się, pomachała nam przy drzwiach i opuściła lokal.
Odczekaliśmy kilka minut dla pewności, że zniknęła i Damian nie utrzymał już w sobie śmiechu, zakrywając twarz rękami.
- Boże, jak Ty to wytrzymałeś? - spytała Baśka, ocierając łzy.
- Sam nie wiem, ale robiła wszystko, żebym wybuchł - odparł Damian.
- Oli Junior! - zaniósł się śmiechem Szyszek, co wznowiło falę i moja przepona zaczynała już boleć.
- Łukasz! - szturchnął partnera Oli - To się nie ma co śmiać, ona jest gotowa to zrobić.
- Oli Damianek - dodała Ruda i parsknęła śmiechem.
- Ten dzieciak będzie miał przekichane - powiedziała Karolina - Za każdym razem jak któreś z nas na niego spojrzy, to będzie wybuchało śmiechem.
- Ja nie mam zamiaru na niego patrzeć - odparła Ruda - Ale może wujek Damian.
- Przestań, bo się chłopak zapowietrzy - powiedziałam, zerkając na Damiana - On już ledwo wytrzymywał.
- No, ale jestem z Ciebie dumna - powiedziała Ruda.
- Zdaje się, że łyknęła wszystko - powiedział Szyszek - Nawet te Twoje spojrzenia łapała.
- Też zauważyłeś? - spytał Damian.
- Czekaj, przyglądałeś mi się? - spytał Oli - Nie zauważyłem nawet.
- I bardzo dobrze, ona miała głównie to zauważyć.
- Zostaje jeszcze kwestia tego - powiedziała Karolina, kładąc paczkę na kolanach.
- Trzeba to otworzyć - odparł Oli.
- Nie tutaj - powiedziałam - Pojedziemy do mnie i to rozdzielimy... czymkolwiek to jest.
- Ktoś ma zamiar jeść to co ona zrobiła? - spytała Baśka.
- Myślisz, że zatrute? - spytałam - Mogę to skosztować i zobaczymy czy mi coś będzie. Mam studencki żołądek z kamienia, więc mi nic nie grozi.
- Nie lepiej to wywalić, zamiast eksperymentować na organizmach żywych? - spytała Ruda.
- Nie powinno się wyrzucać jedzenia tak teoretycznie - powiedział Oli - Co mogłaby zrobić? Zatrucie nas jej zniweczy plany, a jak tam napluła, czy coś, to i tak się nie dowie czy to zjedliśmy. Musi mieć świadomość, że możemy to wyrzucić.
- Niby tak - odparła, przyglądając się paczce - To co, zbieramy się z tym?
Grupa przytaknęła, więc wsiedliśmy do samochodów i zebraliśmy się w moim domu.
Jeśli widziała nas Anonimka, będzie miała nad czym myśleć i o co rozpętywać awanturę.
Postawiliśmy paczkę i wpatrując się w nią jak w ładunek wybuchowy, zerkaliśmy na siebie niepewnie.
- Dobra, więc skoro powiedziała, że mamy się tym podzielić - zaczął Damian - To raczej nie są to prezenty spersonalizowane. Co jest lepsze, bo mniej groźne.
- Może to po prostu otwórzmy? - zaproponowałam - Raczej nie wybuchnie.
- A jak tam są zwłoki jakiegoś zwierzęcia? - spytała Sonia.
- A to skąd Ci się nagle wzięło? - spytał Łukasz.
- To jest Marcelina człowieku, nie zapominaj o tym.
- Dobra cykory - powiedziałam, odwijając papier - Najwyżej zginiemy.
Po otwarciu paczki, ukazała nam się zawartość w postaci świątecznych kubeczków, kawy, ciastek, pierniczków i czegoś co wyglądało na domowe wypieki.
- Ja nie wiem czy ja dam radę udawać przy niej - odparła Baśka.
- Wcale nie musisz, to w tym jest piękne. Najbardziej przekichane mam w sumie ja, ale to na własne życzenie - odpowiedział Damian.
- Dobra, to niech każdy weźmie co mu pasuje, ciasto się podzieli, tylko sprawdzimy najpierw czy jest jadalne - powiedziałam, odkrawając kawałek.
- A co jeśli to jest naprawdę i ona nie udaje? - spytał z nadzieją w oczach Oli.
- Oli, słońce - westchnęła Ruda - Są rzeczy, które się nie zmieniają. Kaktus może Ci się wydawać bardzo puchaty i mięciutki, a jak zakwitnie to nawet piękny, ale jak go przytulisz, to dalej będziesz pokłuty.
- No nie wiem, to wygląda na bardzo miły gest. Spójrzcie na te kubeczki. Aż mi głupio, że nic jej nie daliśmy.
- To ma tak wyglądać Oli - odparł Damian, kosztując kawałek ciasta - Budyń? Twaróg?
- I to i to - odparłam - I trochę za dużo sody.
- Ale nawet przejdzie, nie jest złe. Kto by pomyślał, że wiedźmy potrafią gotować.
- Przesuńcie się, też chcę - wcisnęła się między nas Ruda.
- Aż tak jej ufasz? - spytałam.
- Jak zginąć to w grupie. Jak wtargniemy masowo do piekła, to mamy szansę je przejąć.
- Rodzinne strony? - spytał Damian z uśmiechem.
- Was do nieba nie wpuszczą - odpowiedziała Ruda, dłubiąc w cieście - LGBT stop, mnie piekło wysłało na pomoc zwykłym śmiertelnikom, takim jak Wy, więc oczywiście, że wracam do domu. Krysia lubi ciepełko, więc idzie z nami. Reszta się chyba też nie wykroi. Szatan będzie trząsł portkami.
- Dobry plan, ale chyba nie zginiemy - powiedział Szyszek - smakuje całkiem nieźle.
- Ja wiem, że ja może widzę za dużo dobra w ludziach - powiedział Oli - Ale jaki by miała w tym cel? Zobaczcie ile tu jest rzeczy. Musiała się postarać, coś w to włożyć, dla wrogów by tego nie zrobiła chyba.
- Wytłumaczę Ci coś - odparł Szyszek - To co tu widzisz jest przynętą. Zbyt piękną, żeby była prawdziwa. To tak jakby nagle seryjny morderca chodził po łące i zbierał kwiaty, żeby potem rozdawać je dzieciom w sierocińcu i opowiadać im bajki. Mógłby to robić tylko, żeby udowodnić światu, że się zmienił. To tylko gra i dopóki w to nie wierzysz, możesz się kręcić wokół przynęty. Jeśli jednak uwierzysz w dobro tej osoby, to haczyk z tej przynęty rozerwie Ci gardło i odetnie głowę od kręgosłupa. Marcelina chce nas przekupić, zapewnić na wszelkie możliwe sposoby, że się zmieniła i podejść bliżej, usypiając naszą czujność, bo ma w tym jakiś cel. Przewidzieliśmy to przecież. To taka łapówka.
- Cokolwiek jest w stanie zmienić Twoje nastawienie? - spytał Oli.
- Rytualne ofiarowanie się na ołtarzu pełnym włóczni i oddanie narządów na eksperymenty naukowe - odpowiedział Szyszek i Damian pokiwał z aprobatą głową.
- A coś, co nie wlicza się w jej śmierć?
- A nie, tak to nie.
- A jakby adoptowała dziecko? - spytała nagle Sonia.
- Biedne dziecko - odparł Damian.
- Jej by nie wydali dzieciaka - powiedział Szyszek.
- Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów by jej wydali - powiedział Damian - Jak ja byłem w sierocińcu, to ważne było tylko czy jesteś pełną rodziną, czyli mąż i żona, staż tego małżeństwa musiał być chyba minimum trzyletni, sprawdzali jeszcze dochody i powierzchnię mieszkania. To wszystko. Żadnych testów psychologicznych, ani nic. Była rozmowa z opiekunami, była rozmowa z dziećmi, czyli z nami i na tej podstawie się decydowało. A to, że ktoś mógł udawać milutkiego na rozmowie, a potem się na dziecku w domu wyżywać, to zazwyczaj tak szybko nie wychodziło. Te kontrole to była kpina. Może teraz się to zmieniło, ale wtedy tak to wyglądało. Ja po prostu miałem wielkie szczęście, że trafiłem na świetnych ludzi, ale zazwyczaj jak ktoś nie brał niemowlaka, na które był popyt, bo wiadomo, że małe i słodkie i brał starsze dziecko, to ośrodek bardzo się cieszył, że się go pozbywa. Im ktoś tam dłużej siedział, tym miał mniejsze szanse wyjść.
- Nie no, ale chyba jej to do głowy nie przyjdzie - zaniepokoił się Szyszek.
- Mam nadzieję, że nie, ale może jej nie podsuwajmy tego pomysłu.
- Nie no, jasne.
- A co jak ją faktycznie tak hormony zmieniły? - spytał Oli - Może to chwilowe, ale się chyba zdarza.
- Nie istnieją tak silne hormony - powiedziała Ruda - Nawet jakby zaczęła wspierać charytatywnie szczeniaczki, karmić bezdomnych, oddawać swój majątek na sierociniec i czytać bajki dzieciom na oddziale onkologicznym, to ja w to nie uwierzę. Nie ma takiej siły, która by mnie przekonała. Nie po tylu latach tego, co ona robiła.
- Oli nikt Ci nie broni mieć własnych przekonań - powiedział Szyszek - Tylko licz się z tym, że one Cię mogą zostawić z dziurą w sercu. Bezpieczniej jest do tego podchodzić z dystansem i nie wierzyć za bardzo w ludzkie dobro.
- Już i tak oberwałeś od życia, nie nadstawiaj się niepotrzebnie - powiedziała Sonia, podkradając ciastko.
- Ale wiecie jak ciężko jest kogoś przekonać, jeśli ten ktoś się nie daje przekonać? - drążył Oli - Jak ktoś ma udowodnić, że stał się lepszy, jak nikt mu w to nie chce uwierzyć? Może i jest sobie sam winny, ale to nie znaczy, że nie zasługuje na drugą szansę.
- Ona miała milion drugich szans Oli - odparł Szyszek - Może przed tą akcją w kawiarni byłbym w stanie jakoś o tym zapomnieć i zignorować wszystko co miała nam do powiedzenia. Może bym się jakoś przełamał, ale tą akcją sobie przekreśliła jakiekolwiek szanse na pokój. Ja wiem, że papież przebaczał nawet zamachowcom, ale ja papieżem nigdy nie będę. Ja to wszystko zbyt dobrze pamiętam i mam to cały czas przed oczami, żeby tak po prostu machnąć na to ręką i stwierdzić, że nic się nie stało. Poza tym widać po niej, że ona łże. Ten fałsz jej się wylewa przez ten sztuczny uśmiech.
- Dokładnie - przyznał Damian - To nie jest prawdziwe Oli. Naprawdę, możesz nam zaufać. Zazdroszczę Ci podejścia, ale jednocześnie ono jest cholernie niebezpieczne.
- No przekonamy się - westchnął Oli - Może faktycznie. Nie wiem, ja liczę, że ona gdzieś bardzo głęboko jednak wie, że nie robiła dobrze i teraz z tym próbuje walczyć.
- No trzymamy kciuki - powiedziałam, przekładając ciastka po równo do pojemników - Ale dalej idziemy według własnego planu. Może jestem złym człowiekiem, ale wierzę w zemstę. Gdyby to nie był skrajny przypadek, to może bym odpuściła. Tylko, że to jest skrajny przypadek. Baśka nie podżeraj, bo ja to widzę - rzuciłam do Basi, której usta napchane były ciastkami.
- To ne ja. Ja nif ne jem - odpowiedziała Basia.
- To teraz będziemy mieć z nią regularne spotkania, na to wychodzi - powiedział Łukasz.
- Skoro już nas planuje zaprosić do domu, to trzeba trochę popchnąć akcję do przodu, bo się nie załapiemy na punkt kulminacyjny. Mam nadzieję, że wygada się o czymś Myszy - powiedział Damian.
- Tak to pięknie zagrałeś, że raczej tego w sobie nie utrzyma i będzie musiała się komuś wygadać. Gorzej jak Violi, albo Ewelince, wtedy się nie dowiemy.
- Prawda - odparłam - Komu kawy? Tak poza Damianem, bo tu jest potrzebna na już.
- Oli - powiedział Damian - Trzeba jej odpisać, że pycha ciasto. Ty ją zaczynasz lubić, więc będziesz najlepszym pośrednikiem.
- Nie, że lubić - odparł Oli, wyciągając telefon - Ale uważam, że można dać jej szansę.
- Nieuleczalny - westchnął Szyszek.
- Ale i tak mnie kochasz, więc milcz - odparł Oli - Co napisać?
- Napisz, że bardzo dobre, chcesz przepis i bardzo dziękujesz w imieniu grupy - powiedział Damian.
- Możesz dopisać, że jej się odwdzięczymy przy najbliższej okazji - dodałam - Coś się wymyśli ciekawego.
- Dodaj coś od siebie. Że w nią wierzysz czy coś równie ckliwego.
- Ja tu jem, ok? - odparła Ruda - Bez takich.
- Wiadomość została wysłana - przeczytał komunikat Oli.
- I bardzo ładnie.
- Musi mieć jednego po swojej stronie, tak będzie się czuła bardziej pewnie - powiedział Damian.
- Bardzo się cieszę i dziękuję za miłe słowa. Liczę, że przekonam do siebie więcej osób. Wyślę Ci link do przepisu. Smacznego! - odczytał odpowiedź Oli.
- Oczywiście z błędami - dodał Szyszek, zaglądając Oliemu przez ramię.
- Oj, liczą się intencje - odparł Oli.
- Oczywiście, że liczą się intencje - przyznał Damian - I my te intencje bardzo doceniamy.
- Bardzo - przyznałam.
- Oczywiście, że bardzo i jej to udowodnimy jak bardzo - przyznał Szyszek.
- Nie mogę z Wami - odparł Oli.
Bardzo... i Wesołych Świąt.
Zgodziliśmy się, ponieważ kierownik teatru tylko czekał na taką okazję i nie mogliśmy złamać mu serca. Nie oszukujmy się, reszta też była bardzo zaciekawiona, więc decyzja została podjęta właściwie z miejsca.
Ustaliliśmy dogodny dla większości termin, który przypadł w dzień Wigilii o 13:00, w lokalu w którym spotkaliśmy się poprzednio. Pizzeria zamykała się dopiero o 16:30, więc mieliśmy trochę czasu.
Marcelina uprzedziła nas o swoim spóźnieniu (ponownym), więc liczyliśmy na godzinę poślizgu, w porywie do dwóch.
Nie wiedzieliśmy co planuje, ale mieliśmy pewne przypuszczenia.
Miałam zabrać się z Sonią, więc w okolicach 11:30 wskoczyłam do jej samochodu.
- Skoczymy jeszcze po Damiana - rzuciła Sonia, kiedy zapinałam pasy.
- Jasne, a to on nie jedzie swoim? - spytałam.
- Nie. Zadzwonił i poprosił o podwózkę już wczoraj, bo planował nie spać, a on nie pojedzie jak nie jest całkowicie pewny.
- Bardzo dobrze, ale czemu nie spał? Nie mów mi, że celowo.
- Jasne, że celowo.
- To jest czubek... - westchnęłam.
- No wczuł się chłopak, trzeba mu przyznać.
Kiedy pół godziny później do samochodu wsiadł Damian, odwróciłam się do niego i ujrzałam bardzo zmęczoną, ale jednocześnie zadowoloną z siebie twarz.
- Wyglądasz jak śmierć - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Prawie trzydzieści godzin bez snu i kawy - odparł z dumą Damian - Worth it.
- Nie za bardzo wczuwasz się w rolę?
- Nie, nie, nie. Po pierwsze i tak miałem trochę roboty, więc ta zarwana noc jak najbardziej mi pasowała, a po drugie skoro mam rolę ćpuna, muszę wyglądać na ćpuna. Zmęczenia nie muszę grać, bo jest prawdziwe. Im więcej realności tym lepiej.
- Mysz Ci podsunęła ten pomysł z brakiem snu?
- Nie, to moja koncepcja. Daj spokój, to jedna noc. Odeśpię jak wrócę i nic mi nie będzie.
- Ciekawe co kombinuje, nie? - spytała Sonia w przestrzeń.
- Bardzo prawdopodobne jest wręczenie czegoś, przełamanie się opłatkiem jako symbol pojednania, coś w tym stylu - odparł Damian.
- Albo poleci w maniaka i odwali coś bardzo, bardzo głupiego i będzie po udawaniu - dodałam, ponieważ taki scenariusz też wchodził w grę.
- Tak, to też jest możliwe - zgodził się ze mną Damian - Szanse są mniej więcej pół na pół.
W lokalu znaleźliśmy się o 12:30.
W środku czekała już na nas Ruda i Agnieszka.
- Chłopaki będą? - spytałam, ściągając kurtkę i sadowiąc się na miejscu obok Damiana.
- No raczej, spróbowaliby nie przyjść - odparła Ruda - Ale dyrektor dzisiaj jakiś niewyraźny. Kac morderca?
- Pan Bonaparte postanowił nie spać, żeby lepiej wczuć się w rolę - odpowiedziałam.
- Dokładnie tak - potwierdził Damian.
- Doceniam poświęcenie, ale ja dalej stawiam na to, że królewna z gratisem odstawi dzisiaj coś na co nie jesteśmy przygotowani.
- Ale z Ciebie pesymistka. Nie wierzysz w jej chęć poprawy i wewnętrzne dobro, które za sprawą tego świętego dziecka obudziło w niej potrzebę poprawienia więzi społecznych?
- Nie - odpowiedziała Ruda.
- No ja też nie - odparł Damian.
Po chwili do pizzerii weszła Baśka, Łukasz z Karoliną i na końcu Oli z Szyszkiem, więc byliśmy już w pełnym składzie na ten dzień.
- Już wszyscy, czy jeszcze ktoś? - spytał Szyszek, rozglądając się po zgromadzonych.
- Na dzisiaj wszyscy. Reszta była zajęta, albo ma w nosie dramy - rzekła Ruda.
- A Tobie co, źle się czujesz? - spytał Oli, siadając do stołu i przyglądając się Damianowi.
- Aż tak widać? - uśmiechnął się Damian - Bardzo dobrze.
- Wszystko z nim ok, tylko zarwał noc, żeby Marcelina go bardziej powiązała z dragami.
- Czyli jednak lecimy według scenariusza? - spytał Szyszek.
- No oczywiście, że lecimy według scenariusza. Krysia, wiesz co masz robić?
- Ty się moją rolą nie martw.
- A właśnie, jak było na zakupach, bo w końcu nie słyszałam? - spytała Agnieszka.
- Mysz miała rację, ona faktycznie robi na tej wyspie w tym centrum handlowym - odparł Oli - Jak nas zobaczyła, to mało jej telefon z ręki nie wypadł.
- Na pewno Was razem widziała?
- Na sto procent - odpowiedział Damian - Przeszliśmy się tamtędy z trzy razy w ciągu godziny, oczywiście udając, że jej tam nie widzimy i nie mamy pojęcia, że tam pracuje.
- A kto robił za przyzwoitkę, Krysia?
- No ba - odparłam - Jak ja żałuję, że nie mogłam nagrać jej reakcji. To jest coś czego się nie da zapomnieć.
- Szyszek, a Ty? - spytała Agnieszka.
- A ja się przeszedłem z Rudą, dokładnie w tym samym centrum, tylko w innym dniu - odparł Szyszek - Jestem pewny, że nas widziała i zanotowała, że byłem tam tylko z Rudą.
- I pięknie.
- Tak potwornie ciężko utrzymać śmiech jak się widzi te ogłupienie na jej twarzy - westchnęła Ruda - Bardzo ciężko.
- Ciekawe ile spóźni się dzisiaj - zastanawiałam się na głos - Za kilka godzin zamykają.
- Jak tu ostatni raz byliśmy, to siedzieliśmy osobno. Przynajmniej na początku - odparł Oli - Myślicie, że ktoś dzisiaj może dołączyć?
- Raczej nie, lokal jest dość pustawy - odpowiedział Szyszek - Bardziej mnie zastanawia czy ona nikogo nie przywlecze.
- Masz na myśli jej straż przyboczną, czy niespodziankę w postaci moich rodziców na przykład? - spytał Oli.
- Wiesz, wolałbym dzisiaj nikomu niczego nie łamać, ale jak mi nie da wyboru to krew popłynie po podłodze - odpowiedział Szyszek.
- Pomogę Ci, chociaż nie jestem za rozwiązaniami siłowymi - przytaknął Damian.
- Hej, ale bez takich - uśmiechnął się Oli - Dzisiaj jestem mentalnie nastawiony na to, że taka sytuacja może wyniknąć, więc już nie weźmie mnie z zaskoczenia. Nawet jakby się pojawili, to myślę że przyjmę to na spokojnie. Oni dalej mają zakaz zbliżania, więc wystarczy wezwać policję, albo im o tym przypomnieć i sobie pójdą. Poza tym wątpię, żeby się pchali tam gdzie wiedzą, że jestem. Oni się mnie wyrzekli, po co mieliby szukać kontaktu? Nie mają już syna, jak to ujął mój ojciec.
- Technicznie masz rację - odparł Szyszek - I to ma sens co mówisz, ale doskonale wiemy, że Marcelina nie działa według zasad logiki, a Twoi rodzice mają dziwną przypadłość ulegania jej manipulacjom. Nie będziesz przez to przechodził drugi raz, na to jej nie pozwolę.
- I co? Ona wyląduje w szpitalu, a Ty w więzieniu. Faktycznie dobre rozwiązanie - odparł Oli.
- Zrobimy podkop - odpowiedział Damian - "Prison break" to przy tym nic.
- Ale powoli - odpowiedziała Ruda - Jak ja jej połamię zęby, to to będzie lepiej wyglądać przed policją, niż jak jej połamie zęby facet dwa razy od niej większy.
- Ale po co się wysilać - odparłam - Wystarczy, że na niej usiądę "przypadkiem" i połamane żebra będzie składać jeszcze w przyszłym roku. Spokojnie.
- Dostałam sms-a od Matki Teresy - rzekła Karolina, spoglądając na telefon - "Zaraz będę".
- Też mam - odparła Agnieszka.
- To co, zamawiamy żarcie, nie? Musi widzieć, że dyrektor nie je - odparła Ruda.
- Tak zróbcie - odpowiedział Damian - A ja tylko wodę.
- Jak przykro, że nie możesz ulec Hawajskiej - drażniłam się z chłopakiem - Zostanie więcej dla nas.
- Biedny Damian - odparł Oli - Niech moc ananasa będzie z Tobą.
- Sztuka wymaga poświęceń. Właśnie dlatego najadłem się w domu małe gnidy.
- Ja Ci pragnę przypomnieć, że to był Twój plan - odpowiedziałam z uśmiechem - Nikt Cię do tego nie zmuszał. Jesteś ofiarą własnego geniuszu.
Kiedy złożyliśmy zamówienie i placki upchane dobrem nie zdążyły zawędrować jeszcze na nasz stół, do lokalu weszła bardzo duża, kolorowa paczka, niesiona przez małego człowieka. Tym człowiekiem okazała się być Marcelina.
- Jest sama - odetchnął szeptem Szyszek.
- Przedstawienie czas zacząć - odszepnęłam i księżniczka podeszła do nas, stawiając z uśmiechem pakunek na stole.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała zasapana - Straszne dzisiaj korki.
- Jest Wigilia, trudno się dziwić - odparła Ruda, popijając sok.
- Strasznie się cieszę, że Was widzę i że mogliście się pojawić pomimo tego, że pewnie macie sporo do zrobienia w święta - rzekła Marcelina, co wywołało u Rudej falę kaszlu.
- Zjesz coś? Akurat złożyliśmy zamówienie - powiedział Oli.
- Nie, dziękuję. Mam teraz bardzo dziwne smaki i rzeczy, które smakowały mi wcześniej, teraz są dla mnie niejadalne - uśmiechnęła się Marcelina. Ten uśmiech nie sięgał do oczu. Był bardziej fałszywy niż meta, którą z Damianem trzymaliśmy w kieszeniach.
- Przyniosłam Wam coś - powiedziała Marcelina, przysuwając pakunek bliżej nas - Wesołych Świąt!
- To dla nas? - spytała Karolina.
- Bomba pułapka? - dodała Ruda.
- Nie, no coś Ty. Takie tam drobiazgi. Zrobiłam więcej, bo nie wiedziałam ilu Was przyjdzie, to się podzielicie - odpowiedziała Marcelina, siadając obok Łukasza.
- Ale my nic nie mamy dla Ciebie - odparł Oli - Nie byliśmy przygotowani.
- Ale nic nie szkodzi, naprawdę. W końcu w święta chodzi o to, żeby dawać, a nie tylko brać, prawda? Chciałam Wam chociaż troszkę wynagrodzić to jaka byłam kiedyś. Taka malutka rekompensata. Najlepszym prezentem będzie dla mnie jak zaczniemy wszystko od nowa i się dogadamy.
- Jakaś Ty szczodra - odpowiedziała Ruda.
- No to... bardzo dziękujemy - powiedziała Karolina, przyglądając się pakunkowi - A co jest w środku?
- Niespodzianka. Otwórzcie w domu, chcę Was trochę potrzymać w niepewności - odparła Marcelina i kilka zaniepokojonych spojrzeń zaczęło intensywniej przyglądać się paczce - Tam niektóre rzeczy są do jedzenia, to naczynia odbiorę następnym razem, przy okazji.
- Do jedzenia? - zdziwił się Łukasz - Gotowałaś dla nas?
- Tam zaraz gotowałam - machnęła ręką Marcelina - Takie proste rzeczy, które i tak robiłam dla siebie na święta. Mam nadzieję, że będą Wam smakować.
- Och, niewątpliwie - odrzekła Baśka.
- Ściągnę to na ziemię - powiedziała Karolina, delikatnie przekładając paczkę - Stół nam będzie potrzebny, bo za chwilę przywędruje jedzenie. Jest tam coś, co może się zbić? Trzeba z tym delikatnie?
- Tylko naczynia - odpowiedziała Marcelina - Reszcie nic się raczej nie stanie.
- Tak się zastanawiam - powiedział Szyszek, kiedy pakunek wylądował na ziemi i Marcelina została odsłonięta - Czemu tłuczesz się tu sama? Mateusz nie chce Ci towarzyszyć?
- Nie to, że nie chce. Po prostu ma dużo pracy, przygotowuje święta, pomaga mi - odpowiedziała Marcelina - On naprawdę chętnie też by tu przyjechał i z Wami porozmawiał, jestem tego pewna. Pewnie będzie mógł przyjść na następne spotkanie.
- Następne? - spytała Ruda - Masz zamiar nas znowu wzywać?
- No myślę, że może jakoś pomieścimy się u mnie przy następnej okazji. Głupio tak cały czas spotykać się w lokalach. Jakbyśmy sobie nie ufali. U mnie będzie nam zdecydowanie wygodniej. Przecież żebyśmy się polubili musimy zacząć sobie ufać, racja? - spytała Marcelina, przyglądając się milczącemu Damianowi, wpatrzonemu w serwetki, stukającemu nerwowo palcami o telefon. Szturchnęłam go i Damian, zerkając na mnie, udał ocknięcie.
Zdecydowanie to kupiła. Rybka połknęła haczyk.
- Mielibyśmy iść do Ciebie do domu? - spytała Baśka z niedowierzaniem - Nie sądzę, że takie poufałości są nam potrzebne.
- Wiem, że jest Wam ciężko, ale to przyjdzie z czasem. Jestem tego pewna - odpowiedziała Marcelina - Tak się cieszę, że się dobrze dogadujecie. Niektórzy nawet bardzo dobrze.
Na stole zaczęły pojawiać się tacki z pizzą.
- Jesteś pewna, że nie chcesz skosztować? - spytała Karolina.
- Nie, nie, na pewno - odpowiedziała Marcelina, patrząc na nasze wędrujące w stronę placków ręce. Wszystkie oprócz Damiana.
- Ty nie jesz? - spytała w końcu.
Zdecydowanie połknęła haczyk.
- Nie jestem głodny - odparł Damian, zaczynając ponownie nerwowo stukać palcami.
- Coś Ci jest, źle się czujesz? - spytała z udawaną troską Marcelina.
- Nic mi nie jest - odparł krótko Damian.
- Wiem, że masz do mnie taki stosunek jaki masz Damian, ale gdybyś potrzebował pomocy, albo po prostu porozmawiać, to możesz się do mnie zwrócić, naprawdę.
Tym razem zakrztuszeniu uległa Baśka.
- Ostrzegaj zanim wylecisz z czymś takim - powiedziała, odkasłując - Ja tu próbuję się nie utopić.
- Dzięki, ale jesteś ostatnią osobą do której zwróciłbym się z czymkolwiek - odpowiedział Damian.
- Ja tylko oferuję pomoc. To Twój wybór czy z niej skorzystasz.
- A jak tam dziecko? - spytałam, zmieniając temat - Wszystko dobrze?
- A tak - odparła Marcelina - Dobrze, że mi przypomniałaś. Mam dla Was kolejną niespodziankę - odparła, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Oho, koniecznie? - spytała Ruda.
- To chłopiec - odpowiedziała Marcelina.
- Cóż, gratulacje - odpowiedziała Karolina - Chcieliście chłopca?
- Mnie to obojętna jest płeć, bo i tak planujemy już kolejne...
Oh boi.
- ... ale mamy z Mateuszem taką umowę, że jak to chłopiec, to ja mu nadaję imię, a jak dziewczynka, to on.
- Mieliśmy z Łukaszem podobna umowę - powiedziała Karolina - Ale ustalenia końcowe i tak były wspólne.
- No i ja już wiem jak mu dam na imię. To znaczy, zastanawiam się między kilkoma opcjami. Chciałam mu dać na imię po którymś z Was - wypaliła Marcelina, patrząc na męską część grupy.
Nastała niezręczna cisza, podczas której oczy zgromadzonych utkwione były w uśmiechniętej twarzy Marceliny. Zdecydowanie spodziewała się takiej reakcji. Moja szczęka bardzo chciała znaleźć się przy ziemi i zastanawiałam się czy istnieją słowa, które opisywałyby to, co się właśnie wydarzyło.
Jeśli istniały, to ja nie potrafiłam ich znaleźć.
- Aż tak tego dzieciaka nienawidzisz? - spytał w końcu Damian, który pierwszy otrząsnął się z szoku.
- Ale dlaczego tak mówisz? Uważam po prostu, że każde imię jest dobre, a to mogłoby wzmocnić nasze relacje i chyba jestem Wam to winna.
- Marcelina - zaczął Oli - To bardzo miłe z Twojej strony, naprawdę... ale nie jesteś nam nic winna. Imię tego dziecka powinno Ci się dobrze kojarzyć. Z kimś kogo lubisz, szanujesz, nie wiem...
- Ale ja Was lubię i szanuję - odpowiedziała Marcelina.
To już zaczynało być śmieszne.
- Zanim zaczniecie mi wypominać błędy przeszłości - kontynuowała, widząc nasze niedowierzanie - To ja chcę tylko zaznaczyć, że tamtej osoby już nie ma.
- To nie tak działa - odparł Damian i do jego stukania palcami dołączyła też noga - Nie możesz oczekiwać, że zapomnimy wszystko co było, na rzecz Twojej cudownej przemiany, w którą jakoś ciężko mi uwierzyć i wszystko będzie cacy.
- Damian, każdy popełnia błędy. Każdy. Jestem pewna, że Ty też masz swoje za uszami - odpowiedziała Marcelina.
- Masz coś konkretnego na myśli?
- Nie. Tak po prostu. Uważam, że każdy może się zmienić, jeśli tylko będzie tego mocno chciał.
- Wątpię.
- Co się stało? Na weselu byłeś taki pogodny, a teraz jesteś taki ponury.
- Nic - urwał Damian, spuszczając głowę.
Marysia odwaliła kawał dobrej roboty, szkoląc Damiana. Widziałam w tym aktorski potencjał. Jego wzrok uciekał na boki, wydawał się niespokojny i poddenerwowany i nawet nie spoglądał na leżące przed nim jedzenie.
- No dobrze, a czyje imię konkretnie chciałabyś mu nadać? - spytał Łukasz, zerkając na Karolinę.
- No więc, w przyszłości, kiedy bedę mieć więcej dzieci może uda mi się zrehabilitować, ale teraz mogę wybrać tylko dwa imiona. Na pierwsze i na drugie.
Zbierz je wszystkie, edycja Marcelina.
- Masz zamiar rodzić dzieci, dopóki nie nazwiesz wszystkich imionami osób, które kiedyś skrzywdziłaś? - spytałam - Myślę, że może Ci zabraknąć życia.
- Nie. Oczywiście, że nie. Wszystkich pewnie nie dam rady, ale skoro i tak chcę mieć dużą rodzinę, to trzeba znaleźć jakieś dobre imiona. Uważam, że Wasze mogą mieć pewną moc. Jesteście... silnymi ludźmi i może przez to te dzieci też będą.
- Nie życz im tego, żeby podzieliły losy pierwowzorów - powiedziała Baśka.
- Nie, absolutnie. Chodzi mi tylko o charakter. O tę wolę walki i pozostawieniu przeszłości za sobą. Ja to podziwiam.
- Od kiedy? - spytał Damian.
- Od kiedy zaczęłam tak to widzieć. Chyba dobrze jest nadawać imiona po silnych ludziach, którzy wygrywają z przeciwnościami, prawda?
Nazwij go Napoleon - pomyślałam i starałam się nie wypowiedzieć tego na głos.
- Pomyślałam, żeby dać mu Łukasz, bo to by odhaczało dwóch Łukaszów za jednym zamachem - zaśmiała się Marcelina - Ale skłaniam się bardziej do tego, żeby na pierwsze dać mu Oliwier, a na drugie Damian. Albo odwrotnie, jeszcze nad tym myślę.
Nie mogę się roześmiać, nie mogę! Myśl o czymś smutnym i nie patrz jej w oczy. Myśl o biednych, bezdomnych szczeniaczkach. Pamiętasz ten film o małych kaczuszkach? Myśl o małych kaczuszkach...
Ruda nie próbowała się nawet pohamować. Wybuchnęła tak szczerym śmiechem, że po chwili zarażona została także Agnieszka i Baśka.
Oli spoglądał to na Szyszka, to na Damiana (który walczył ze sobą o utrzymanie powagi), to na Marcelinę i ewidentnie był zagubiony i zbity z tropu.
- Nie rozumiem co Was tak bawi - powiedziała z powagą Marcelina.
- Ja też nie - odparł Damian - To bardziej tragiczne niż śmieszne.
- Tragiczne? Raczej żenujące - wtrąciła Baśka.
- Poważnie chcesz nazwać swoje dziecko imionami ludzi, których "w przeszłości" jak to podkreślasz, nękałaś najbardziej i odczuwałaś z tego czystą radość? Uważasz, że to jest dobry pomysł? Co na to Twój mąż?
- Mój mąż się zgadza i nie widzi w tym problemu. Imię jak imię.
- Więc... - zaczął Oli, próbując znaleźć właściwe słowa - ... to jest bardzo miłe, ale ja tak jak Damian nie uważam, żeby to był dobry pomysł Marcelina. Te imiona nie przynoszą szczęścia. Nie wiem czy można je traktować jako coś dobrego. Jako jakiś talizman. Chyba wolałbym, żebyś nie sprowadzała na własnego syna nieszczęścia i to podwójnego.
- Oliwierze, to tylko imię - powiedziała Marcelina - Nie lubisz własnego imienia?
- Nie cierpię go - odparł Oli - Jak mógłbym je lubić? Jakim sposobem?
- No więc to może pomóc też Tobie. Moim zdaniem to może odwrócić złe znaczenie tego imienia w coś dobrego. Może jak zobaczysz małego, szczęśliwego chłopca o tym imieniu, którego nie spotkało w życiu nic złego, to zmienisz nastawienie. Damian, Ty przecież lubisz dzieci - dodała, zerkając na Damiana.
- Jakieś aluzje? - spytał chłopak.
- Nie, absolutnie. Po prostu wiem, że się z nimi dogadujesz, a one Cię uwielbiają. Pomyślałam, że miałbyś z młodym dobry kontakt, jako wujek na przykład.
Uuuuu... kaczuszki, szczeniaczki, biedne małe kotki bez łapki...
- Wujek? - spytał Damian z pokerową twarzą - Na weselu nie byłaś taka zadowolona kiedy kręciły się wokół mnie dzieci.
- Myliłam się - przyznała Marcelina - Po prostu na chwilę zapomniałam, że przecież miałeś młodszego brata i wiesz jak nawiązać więź z dziećmi.
Niebezpieczny grunt. Bardzo grząski.
- Teraz nie wiem czy dobrze Cię rozumiem - powiedział powoli Damian - Chcesz nadać własnemu synowi imiona po nas. Do tego oczekujesz, że będziemy z nim mieli jakąś bliższą więź i zostaniemy jego "wujkami".
- Tak i ciociami - dodała Marcelina, spoglądając na żeńską część ekipy.
- To mi się kupy nie trzyma.
- Damian - interweniował Oli - Nie bądźmy od razu tak negatywnie nastawieni. Może Marcelina ma rację, może to właśnie dobrze. Trochę nas zaskoczyła, ale przecież to bardzo miły gest. To imię dziecko będzie nosić do końca życia.
Damian zerknął na Oliego i wzdychając odparł:
- Ok, skoro tak uważasz.
- Też nie jestem do końca przekonany, ale tylko dlatego, że nie chcę, żeby to maleństwo spotkało coś złego. Z drugiej strony, to tylko zabobony i przecież imię mu nie sprowadzi na głowę nieszczęścia. Jestem pewny, że będzie wychowywany w kochającej rodzinie.
Zerknęłam na Rudą, która miała realne problemy utrzymać spokój i wpatrywała się intensywnie w szklankę. Byłam pewna, że pod naporem jej spojrzenia szkło zaraz nie wytrzyma presji i rozpadnie się na kawałeczki.
- Dziękuję Oliwierze. Widzisz, Ty masz właściwe podejście. Moim zdaniem mój syn będzie się bardzo dobrze czuł pod tym imieniem - uśmiechnęła się Marcelina i opierając się, zaczęła gładzić swój brzuch - Jak następna będzie dziewczynka, to namówię Mateusza na "Biankę".
- Jezu, błagam Cię, nie krzywdź własnego dziecka - odparła Ruda - Są jakieś granice znęcania się. Przecież ono będzie mieć przewalone.
- Ale dlaczego? Przecież Bianka to takie piękne, oryginalne imię. Ty też nie lubisz własnego imienia? Co Wy wszyscy z nimi macie?
- Nazwij ją Basia, Agnieszka, czy Magda, ale odpuść jej Biankę - westchnęła Ruda.
- Ale Bianko... - zaczęła Marcelina, lecz palec Rudej był już w nią wycelowany.
- Nie nazywaj mnie tak. Nigdy, rozumiesz? - powiedziała Ruda.
- Dobrze, przepraszam. Skoro wolisz, żeby każdy Cię całe życie wołał pseudonimem, to w porządku. Po prostu uważam, że to bardzo ładne imię.
- Nie lubię dzieci, więc mnie nie namówisz na to całe niańczenie Twojej gromadki - odpowiedziała Ruda.
- No przecież nic na siłę. Jestem przekonana, że jak już je ujrzysz, to się w nim zakochasz. Damian, na pewno wszystko w porządku? Jakiś zdenerwowany jesteś? Chyba nie przeze mnie? - spytała Marcelina nieobecnego Damiana.
Idealnie.
- Damian, pozwól ze mną na chwilę - powiedziałam, wyczuwając okazję - Zaraz wrócimy, coś pilnego, nie przeszkadzajcie sobie - dodałam wstając i kierując się na zewnątrz.
Damian podążył za mną i stając tyłem do okna, ale tak by być widocznym ze środka, westchnął nie mogąc już opanować uśmiechu.
- Przestań, bo ja stoję przodem i mnie widzą - powiedziałam, nie zerkając na szybę - Ja się nie mogę roześmiać.
- Ale ja już nie mogę - pękł Damian, usiłując się opanować - Nie sądziłem, że to będzie takie trudne. Jak wyleciała z tym wujkiem, to myślałem że mi czoło pęknie na pół od tego wstrzymywania.
- Cicho, ja tu Cię teraz opierdzielam i każę się uspokoić z tym głodem narkotykowym, więc musisz być poważny, przejęty i zganiony.
- Pfff...
- Damian! Wytrzymasz jeszcze chwilę, dobrze Ci idzie. Chyba łyknęła wszystko co do tej pory miała łyknąć. Teraz tam wrócimy, Ty będziesz się pilnował i zaczniesz się przyglądać Oliemu.
- Ok, ok, daj mi sekundę - powiedział Damian, robiąc głęboki wdech.
- Myśl o tym, że to psychopatka, ciesząca się cudzym bólem za każdym razem jak na nią spojrzysz i nie wsłuchuj się zbytnio w to co mówi. Będzie dobrze.
- Ona przyprowadziła rodziców Oliego, od których on uciekł, bo go katowali i zrobiła to tylko po to, by obserwować reakcję - powiedział Damian, próbując wywołać u siebie odpowiednie emocje.
- Tak.
- Dobra, już mi lepiej. Wracamy tam.
- I ślicznie. Pamiętaj, że zganiony masz być.
- Kto by nie był po takiej przemowie.
Kiedy wróciliśmy do środka, przyglądał nam się cały stolik, a Ruda dalej walczyła z niesforną szklanką, próbując ukryć swój uśmiech.
- To na czym stanęło? - spytałam, sadowiąc się obok zwieszonego Damiana, który wpatrywał się teraz w serwetki.
- Tak właściwie to na tym, że prawdopodobnie zostanę przy Oliwierze i Damianie. To dobre zestawienie imion - powiedziała Marcelina - Będę się musiała już zbierać - dodała - Chciałabym pomóc trochę Mateuszowi z tymi świętami. Przynajmniej tyle ile będę mogła. Także życzę Wam wszystkim dobrych i pogodnych świąt i mam nadzieję, że się wkrótce znowu zobaczymy, tylko może w większym składzie.
- Nie wiem czy uda nam się przekonać resztę - odparł Szyszek - Nie możesz się na to nastawiać.
- Och, skoro udaje mi się przekonać powoli Was, to jestem pewna, że oni też wkrótce wyjdą z ukrycia - odparła Marcelina, łapiąc Damiana na przyglądaniu się Oliemu.
- Czy są jeszcze jakieś grupy o których nie wiemy, a na które możemy się natknąć? - spytała wprost Baśka.
- Jakie grupy? - spytała zbita z tropu Marcelina.
- Takie jak nasza. Jak nasze dwie, które się połączyły.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedziała Marcelina, wstając i zakładając szalik - Więc jeszcze raz wszystkiego dobrego, zdrowia i siły. Mam nadzieję, że następnym razem zobaczę Was więcej i w lepszej kondycji - dodała, zerkając na Damiana, który nie obdarował jej spojrzeniem. Na pewno wiedział, że jest obserwowany.
- Wzajemnie Marcelina - odpowiedział Oli - Wesołych Świąt i dziękujemy za prezent.
- Nie ma sprawy, naprawdę. Przyjemność po mojej stronie. Napiszcie czy Wam smakowało, nie jestem zawodowcem - przyznała ze skromnością Marcelina.
Błagam, wyjdź już.
Marcelina pożegnała się, pomachała nam przy drzwiach i opuściła lokal.
Odczekaliśmy kilka minut dla pewności, że zniknęła i Damian nie utrzymał już w sobie śmiechu, zakrywając twarz rękami.
- Boże, jak Ty to wytrzymałeś? - spytała Baśka, ocierając łzy.
- Sam nie wiem, ale robiła wszystko, żebym wybuchł - odparł Damian.
- Oli Junior! - zaniósł się śmiechem Szyszek, co wznowiło falę i moja przepona zaczynała już boleć.
- Łukasz! - szturchnął partnera Oli - To się nie ma co śmiać, ona jest gotowa to zrobić.
- Oli Damianek - dodała Ruda i parsknęła śmiechem.
- Ten dzieciak będzie miał przekichane - powiedziała Karolina - Za każdym razem jak któreś z nas na niego spojrzy, to będzie wybuchało śmiechem.
- Ja nie mam zamiaru na niego patrzeć - odparła Ruda - Ale może wujek Damian.
- Przestań, bo się chłopak zapowietrzy - powiedziałam, zerkając na Damiana - On już ledwo wytrzymywał.
- No, ale jestem z Ciebie dumna - powiedziała Ruda.
- Zdaje się, że łyknęła wszystko - powiedział Szyszek - Nawet te Twoje spojrzenia łapała.
- Też zauważyłeś? - spytał Damian.
- Czekaj, przyglądałeś mi się? - spytał Oli - Nie zauważyłem nawet.
- I bardzo dobrze, ona miała głównie to zauważyć.
- Zostaje jeszcze kwestia tego - powiedziała Karolina, kładąc paczkę na kolanach.
- Trzeba to otworzyć - odparł Oli.
- Nie tutaj - powiedziałam - Pojedziemy do mnie i to rozdzielimy... czymkolwiek to jest.
- Ktoś ma zamiar jeść to co ona zrobiła? - spytała Baśka.
- Myślisz, że zatrute? - spytałam - Mogę to skosztować i zobaczymy czy mi coś będzie. Mam studencki żołądek z kamienia, więc mi nic nie grozi.
- Nie lepiej to wywalić, zamiast eksperymentować na organizmach żywych? - spytała Ruda.
- Nie powinno się wyrzucać jedzenia tak teoretycznie - powiedział Oli - Co mogłaby zrobić? Zatrucie nas jej zniweczy plany, a jak tam napluła, czy coś, to i tak się nie dowie czy to zjedliśmy. Musi mieć świadomość, że możemy to wyrzucić.
- Niby tak - odparła, przyglądając się paczce - To co, zbieramy się z tym?
Grupa przytaknęła, więc wsiedliśmy do samochodów i zebraliśmy się w moim domu.
Jeśli widziała nas Anonimka, będzie miała nad czym myśleć i o co rozpętywać awanturę.
Postawiliśmy paczkę i wpatrując się w nią jak w ładunek wybuchowy, zerkaliśmy na siebie niepewnie.
- Dobra, więc skoro powiedziała, że mamy się tym podzielić - zaczął Damian - To raczej nie są to prezenty spersonalizowane. Co jest lepsze, bo mniej groźne.
- Może to po prostu otwórzmy? - zaproponowałam - Raczej nie wybuchnie.
- A jak tam są zwłoki jakiegoś zwierzęcia? - spytała Sonia.
- A to skąd Ci się nagle wzięło? - spytał Łukasz.
- To jest Marcelina człowieku, nie zapominaj o tym.
- Dobra cykory - powiedziałam, odwijając papier - Najwyżej zginiemy.
Po otwarciu paczki, ukazała nam się zawartość w postaci świątecznych kubeczków, kawy, ciastek, pierniczków i czegoś co wyglądało na domowe wypieki.
Dodany był też liścik: "Nie zjedzcie wszystkiego na raz, na osłodę życia, wesołych świąt!"
- Ulewa mi się tą słodyczą - rzekła Ruda.
- Skoro bardzo chce dalej grać, to damy jej możliwość grania - odpowiedział Damian.- Ja nie wiem czy ja dam radę udawać przy niej - odparła Baśka.
- Wcale nie musisz, to w tym jest piękne. Najbardziej przekichane mam w sumie ja, ale to na własne życzenie - odpowiedział Damian.
- Dobra, to niech każdy weźmie co mu pasuje, ciasto się podzieli, tylko sprawdzimy najpierw czy jest jadalne - powiedziałam, odkrawając kawałek.
- A co jeśli to jest naprawdę i ona nie udaje? - spytał z nadzieją w oczach Oli.
- Oli, słońce - westchnęła Ruda - Są rzeczy, które się nie zmieniają. Kaktus może Ci się wydawać bardzo puchaty i mięciutki, a jak zakwitnie to nawet piękny, ale jak go przytulisz, to dalej będziesz pokłuty.
- No nie wiem, to wygląda na bardzo miły gest. Spójrzcie na te kubeczki. Aż mi głupio, że nic jej nie daliśmy.
- To ma tak wyglądać Oli - odparł Damian, kosztując kawałek ciasta - Budyń? Twaróg?
- I to i to - odparłam - I trochę za dużo sody.
- Ale nawet przejdzie, nie jest złe. Kto by pomyślał, że wiedźmy potrafią gotować.
- Przesuńcie się, też chcę - wcisnęła się między nas Ruda.
- Aż tak jej ufasz? - spytałam.
- Jak zginąć to w grupie. Jak wtargniemy masowo do piekła, to mamy szansę je przejąć.
- Rodzinne strony? - spytał Damian z uśmiechem.
- Was do nieba nie wpuszczą - odpowiedziała Ruda, dłubiąc w cieście - LGBT stop, mnie piekło wysłało na pomoc zwykłym śmiertelnikom, takim jak Wy, więc oczywiście, że wracam do domu. Krysia lubi ciepełko, więc idzie z nami. Reszta się chyba też nie wykroi. Szatan będzie trząsł portkami.
- Dobry plan, ale chyba nie zginiemy - powiedział Szyszek - smakuje całkiem nieźle.
- Ja wiem, że ja może widzę za dużo dobra w ludziach - powiedział Oli - Ale jaki by miała w tym cel? Zobaczcie ile tu jest rzeczy. Musiała się postarać, coś w to włożyć, dla wrogów by tego nie zrobiła chyba.
- Wytłumaczę Ci coś - odparł Szyszek - To co tu widzisz jest przynętą. Zbyt piękną, żeby była prawdziwa. To tak jakby nagle seryjny morderca chodził po łące i zbierał kwiaty, żeby potem rozdawać je dzieciom w sierocińcu i opowiadać im bajki. Mógłby to robić tylko, żeby udowodnić światu, że się zmienił. To tylko gra i dopóki w to nie wierzysz, możesz się kręcić wokół przynęty. Jeśli jednak uwierzysz w dobro tej osoby, to haczyk z tej przynęty rozerwie Ci gardło i odetnie głowę od kręgosłupa. Marcelina chce nas przekupić, zapewnić na wszelkie możliwe sposoby, że się zmieniła i podejść bliżej, usypiając naszą czujność, bo ma w tym jakiś cel. Przewidzieliśmy to przecież. To taka łapówka.
- Cokolwiek jest w stanie zmienić Twoje nastawienie? - spytał Oli.
- Rytualne ofiarowanie się na ołtarzu pełnym włóczni i oddanie narządów na eksperymenty naukowe - odpowiedział Szyszek i Damian pokiwał z aprobatą głową.
- A coś, co nie wlicza się w jej śmierć?
- A nie, tak to nie.
- A jakby adoptowała dziecko? - spytała nagle Sonia.
- Biedne dziecko - odparł Damian.
- Jej by nie wydali dzieciaka - powiedział Szyszek.
- Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów by jej wydali - powiedział Damian - Jak ja byłem w sierocińcu, to ważne było tylko czy jesteś pełną rodziną, czyli mąż i żona, staż tego małżeństwa musiał być chyba minimum trzyletni, sprawdzali jeszcze dochody i powierzchnię mieszkania. To wszystko. Żadnych testów psychologicznych, ani nic. Była rozmowa z opiekunami, była rozmowa z dziećmi, czyli z nami i na tej podstawie się decydowało. A to, że ktoś mógł udawać milutkiego na rozmowie, a potem się na dziecku w domu wyżywać, to zazwyczaj tak szybko nie wychodziło. Te kontrole to była kpina. Może teraz się to zmieniło, ale wtedy tak to wyglądało. Ja po prostu miałem wielkie szczęście, że trafiłem na świetnych ludzi, ale zazwyczaj jak ktoś nie brał niemowlaka, na które był popyt, bo wiadomo, że małe i słodkie i brał starsze dziecko, to ośrodek bardzo się cieszył, że się go pozbywa. Im ktoś tam dłużej siedział, tym miał mniejsze szanse wyjść.
- Nie no, ale chyba jej to do głowy nie przyjdzie - zaniepokoił się Szyszek.
- Mam nadzieję, że nie, ale może jej nie podsuwajmy tego pomysłu.
- Nie no, jasne.
- A co jak ją faktycznie tak hormony zmieniły? - spytał Oli - Może to chwilowe, ale się chyba zdarza.
- Nie istnieją tak silne hormony - powiedziała Ruda - Nawet jakby zaczęła wspierać charytatywnie szczeniaczki, karmić bezdomnych, oddawać swój majątek na sierociniec i czytać bajki dzieciom na oddziale onkologicznym, to ja w to nie uwierzę. Nie ma takiej siły, która by mnie przekonała. Nie po tylu latach tego, co ona robiła.
- Oli nikt Ci nie broni mieć własnych przekonań - powiedział Szyszek - Tylko licz się z tym, że one Cię mogą zostawić z dziurą w sercu. Bezpieczniej jest do tego podchodzić z dystansem i nie wierzyć za bardzo w ludzkie dobro.
- Już i tak oberwałeś od życia, nie nadstawiaj się niepotrzebnie - powiedziała Sonia, podkradając ciastko.
- Ale wiecie jak ciężko jest kogoś przekonać, jeśli ten ktoś się nie daje przekonać? - drążył Oli - Jak ktoś ma udowodnić, że stał się lepszy, jak nikt mu w to nie chce uwierzyć? Może i jest sobie sam winny, ale to nie znaczy, że nie zasługuje na drugą szansę.
- Ona miała milion drugich szans Oli - odparł Szyszek - Może przed tą akcją w kawiarni byłbym w stanie jakoś o tym zapomnieć i zignorować wszystko co miała nam do powiedzenia. Może bym się jakoś przełamał, ale tą akcją sobie przekreśliła jakiekolwiek szanse na pokój. Ja wiem, że papież przebaczał nawet zamachowcom, ale ja papieżem nigdy nie będę. Ja to wszystko zbyt dobrze pamiętam i mam to cały czas przed oczami, żeby tak po prostu machnąć na to ręką i stwierdzić, że nic się nie stało. Poza tym widać po niej, że ona łże. Ten fałsz jej się wylewa przez ten sztuczny uśmiech.
- Dokładnie - przyznał Damian - To nie jest prawdziwe Oli. Naprawdę, możesz nam zaufać. Zazdroszczę Ci podejścia, ale jednocześnie ono jest cholernie niebezpieczne.
- No przekonamy się - westchnął Oli - Może faktycznie. Nie wiem, ja liczę, że ona gdzieś bardzo głęboko jednak wie, że nie robiła dobrze i teraz z tym próbuje walczyć.
- No trzymamy kciuki - powiedziałam, przekładając ciastka po równo do pojemników - Ale dalej idziemy według własnego planu. Może jestem złym człowiekiem, ale wierzę w zemstę. Gdyby to nie był skrajny przypadek, to może bym odpuściła. Tylko, że to jest skrajny przypadek. Baśka nie podżeraj, bo ja to widzę - rzuciłam do Basi, której usta napchane były ciastkami.
- To ne ja. Ja nif ne jem - odpowiedziała Basia.
- To teraz będziemy mieć z nią regularne spotkania, na to wychodzi - powiedział Łukasz.
- Skoro już nas planuje zaprosić do domu, to trzeba trochę popchnąć akcję do przodu, bo się nie załapiemy na punkt kulminacyjny. Mam nadzieję, że wygada się o czymś Myszy - powiedział Damian.
- Tak to pięknie zagrałeś, że raczej tego w sobie nie utrzyma i będzie musiała się komuś wygadać. Gorzej jak Violi, albo Ewelince, wtedy się nie dowiemy.
- Prawda - odparłam - Komu kawy? Tak poza Damianem, bo tu jest potrzebna na już.
- Oli - powiedział Damian - Trzeba jej odpisać, że pycha ciasto. Ty ją zaczynasz lubić, więc będziesz najlepszym pośrednikiem.
- Nie, że lubić - odparł Oli, wyciągając telefon - Ale uważam, że można dać jej szansę.
- Nieuleczalny - westchnął Szyszek.
- Ale i tak mnie kochasz, więc milcz - odparł Oli - Co napisać?
- Napisz, że bardzo dobre, chcesz przepis i bardzo dziękujesz w imieniu grupy - powiedział Damian.
- Możesz dopisać, że jej się odwdzięczymy przy najbliższej okazji - dodałam - Coś się wymyśli ciekawego.
- Dodaj coś od siebie. Że w nią wierzysz czy coś równie ckliwego.
- Ja tu jem, ok? - odparła Ruda - Bez takich.
- Wiadomość została wysłana - przeczytał komunikat Oli.
- I bardzo ładnie.
- Musi mieć jednego po swojej stronie, tak będzie się czuła bardziej pewnie - powiedział Damian.
- Bardzo się cieszę i dziękuję za miłe słowa. Liczę, że przekonam do siebie więcej osób. Wyślę Ci link do przepisu. Smacznego! - odczytał odpowiedź Oli.
- Oczywiście z błędami - dodał Szyszek, zaglądając Oliemu przez ramię.
- Oj, liczą się intencje - odparł Oli.
- Oczywiście, że liczą się intencje - przyznał Damian - I my te intencje bardzo doceniamy.
- Bardzo - przyznałam.
- Oczywiście, że bardzo i jej to udowodnimy jak bardzo - przyznał Szyszek.
- Nie mogę z Wami - odparł Oli.
Bardzo... i Wesołych Świąt.
poniedziałek, 23 grudnia 2019
Babcia, święta i dużo piór
Kiedy byłam mała, wszystkie święta w mojej rodzinie obchodzone były hucznie.
Boże Narodzenie, Wielkanoc, urodziny, rocznice, nawet tłusty czwartek. Babcia była iskrą, która podpalała lont, klejem, który trzymał to wszystko ze sobą. Za każdym razem dzwoniła ze swojego bardzo starego telefonu stacjonarnego z pozwijanym kabelkiem i poświęcała kilka godzin, żeby zaprosić wszystkich na uroczystość. Większa część rodziny nigdy jej nie odmawiała.
Po obdzwonieniu rodziny babcia robiła listę obowiązków, ubierała fartuszek i szła do kuchni, z której nie wychodziła właściwie do samego świętowania. Podczas kiedy wszyscy bawili się, jedli i pili, babcia wraz z moją mamą, kilkoma ciotkami i czasem swoim rodzeństwem uwijały się w kuchni, myjąc brudne naczynia, podgrzewając potrawy i donosząc te brakujące na stół. To zawsze były kobiety, nigdy po kuchni nie panoszył się mężczyzna.
Właściwie babcia spędzała w tej kwiecistej niebieskiej podomce większość swojego życia.
Tak ją zapamiętałam, przynajmniej w czasach kiedy była jeszcze w stanie gotować.
Pewnej Wigilii babcia bardzo źle się poczuła. Nie odwołała przyjazdu rodziny, ale nie była w stanie godzinami stać w kuchni. Całą pracę wzięła na siebie moja mama wraz z babcinymi siostrami. Jeden z gości, kiedy dowiedział się o złym samopoczuciu babci, przyjechał kilka godzin wcześniej, by pomóc w obowiązkach. Był to mój kuzyn z którym obecnie nie mam już niestety kontaktu. Z tego co wiem zamieszkał za granicą.
Chłopak był wielozadaniowy. Biegał do sklepu po zapomniane produkty, lepił pierogi i opiekował się dziećmi, które biegały po całym domu i przeszkadzały w pracy, ponieważ zjadała je nuda.
Mój dziadek (mąż mojej babci) narzekał na zaistniałą sytuację i wypominał babci, że to ona powinna zajmować się przygotowaniami.
- Chłop jesteś, a przy garach stoisz, to nie jest Twoja zadanie - marudził dziadek, leżąc cały dzień przed telewizorem w samych bokserkach.
Tak go swoją drogą zapamiętałam. Jako człowieka, który ze wszystkich osób na świecie najbardziej zdawał się nienawidzić własnej żony i zawsze paradował po mieszkaniu w samej bieliźnie, zazwyczaj z papierosem w dłoni.
- U mnie kobietom się pomaga jak są zmęczone, albo chore - odparł kuzyn, co bardzo dziadka zabolało.
- Baba z Ciebie - machnął na chłopaka ręką - Ona udaje przecież, żeby się od roboty wymigać.
- Babcia nie udaje - powiedziałam głośno, wbrew zakazowi wtrącania się w rozmowy dorosłych.
- Adwokat - powiedział dziadek - Następna taka sama rośnie. Nie podsłuchuj jak dorośli rozmawiają, idź do kuchni lepiej pomóż.
- Ona jest za mała, żeby coś tam robić. Za dużo tam teraz zamieszania, ostrych narzędzi i palników - odparł kuzyn, lecz dziadek tylko pokręcił głową i poszedł do babci, by zamęczać ją swoją opinią o tym co działo się w jego domu.
Pomimo złego samopoczucia, babcia zwlokła się z łóżka i nalegała na przydzielenie jej lżejszych zadań, takich jak krojenie jarzyn do sałatki, czy mieszanie farszu.
Wieczorem zjechali się goście, wszyscy zasiedli do stołu i zaczęły się typowe rozmowy o religii, polityce i piłce nożnej przy alkoholu.
- Coś niewyraźnie wyglądasz, dobrze się czujesz? - pytali niektórzy babcię, dla której były to chyba pierwsze święta spędzone przy stole, a nie w trasie pomiędzy kuchnią, a korytarzem.
- Symulantka - odpowiadał dziadek, ignorując ganiące go spojrzenia.
- Może się połóż - sugerowali zatroskani goście.
- Ale ta ryba to w tym roku jakaś inna wyszła - mówili.
- Pierogi kupne? Takie lekko gumiaste - dopowiadali inni.
Część gości wykazywała oznaki troski i zaniepokojenia wyglądem i zachowaniem babci, ale większa część skupiała się tylko na narzekaniu na jakość potraw, czy skromniejszy wystrój mieszkania.
Kilka lat później, kiedy wykryto u babci raka (wtedy jeszcze niezłośliwego), babcia zrezygnowała z wielkich przyjęć i zapraszania rodziny na święta. Lubiła spotykać się z bliskimi, którzy mieszkali za daleko, by odwiedzać ich częściej i był to właściwie jedyny czas w roku, kiedy mogła spędzić chwile ze swoim rodzeństwem, lecz była już wtedy za słaba na takie rzeczy.
Babcia była moim mentorem. Moim moralnym guru, osobą do której chodziłam z problemami i która wiedziała o rzeczach, o których nie mówiłam nikomu innemu. Robiła mi za matkę, ojca i wszystko pomiędzy. Rozmawiała ze mną jak z dorosłym człowiekiem nawet kiedy byłam dzieckiem, ponieważ uważała, że byłam na tyle dojrzała, żeby ją zrozumieć i zapamiętać jej rady.
Nie mówiła mi o wszystkim, ale robiła to z troski. Miała ciężkie życie i nie chciała nim nikogo obciążać, ani zadręczać innych własnymi problemami.
Nie musiała nic mówić, wiele rzeczy dostrzegałam sama.
Ona zresztą też. Czasem wiedziała o czymś, o czym dopiero miałam zamiar jej powiedzieć, albo wyprzedzała mnie kiedy widziała, że nie chcę o tym mówić.
Nie rozumiała wszystkiego i nie zgadzała się ze wszystkim, ale była w stanie zaakceptować naprawdę wiele, a nawet naciągnąć własny punkt widzenia wbrew swojemu własnemu światopoglądowi. Była pod tym względem bardzo elastyczna.
Podczas pierwszych skromniejszych świąt, kiedy przy stole siedzieliśmy tylko ja z siostrą i mamą, rodzeństwem mojej mamy wraz z ich dziećmi, oraz babcią i dziadkiem, babcia wyszła w nocy na balkon żeby zapalić. Podeszłam do niej, bo trzeci papieros z rzędu sugerował mi, że coś ją gryzło.
Zabrałam ze sobą koc, stanęłam obok niej i zarzucając jej na plecy warstwę ochronną, stanęłam w kierunku przeciwnym do wydmuchiwanego dymu papierosowego.
- Zmarzniesz babcia i chora będziesz - powiedziałam, widząc jak babcia przyglądała się widocznym na niebie gwiazdom. Często to robiła.
- Jesteś zła, Paulinka? - spytała i na początku zupełnie nie wiedziałam o co jej chodziło.
- O to, że w tym roku nie ma prawdziwych świąt? - dodała po chwili.
Wcale nie uważałam takich świąt za gorsze. Byłam nawet wdzięczna z faktu uniknięcia pytań o chłopaka, moich planów na przyszłość, czy całowania przez ciotki, wyposażone zawsze w bordowe szminki, które trzeba było zmywać z twarzy bardzo długo.
- Nie - odpowiedziałam - Co z tego, że teraz nie mamy wielkiej choinki, zasłaniającej pół pokoju, góry jedzenia, które i tak się zawsze wyrzucało, bo było go za dużo i kłótni przy wódce. Jakoś za tym nie tęsknie, teraz jest ciszej i spokojniej.
- W święta chodzi o to, żeby być z bliskimi - odpowiedziała babcia - wielu z nich dzisiaj nie widziałaś.
- To się zobaczymy przy innej okazji - odparłam.
Z większością z nich i tak nie miałam żadnego wspólnego tematu.
- Przynajmniej mamy na głowie dwóch pijanych, a nie dziesięciu - dodałam, słysząc jak w pokoju obok ululany dziadek chrapał ze swoim ululanym synem.
- Pamiętasz te święta co się gorzej czułam i siedziałam ze wszystkimi? - spytała babcia.
- No pamiętam.
- To były najgorsze święta jakie pamiętam.
- Aż tak źle się czułaś?
- Nie, nie przez to. Po prostu dotarło do mnie, że niektórzy strasznie mnie drażnią i kiedy przebywałam obok nich, a nie z nimi, bo byłam zajęta kuchnią, to wydawali się bardziej znośni. To było bardziej męczące niż jakbym normalnie wszystko przygotowywała.
- No nie wyglądałaś na najszczęśliwszą.
- Święta powinno się spędzać z bliskimi. Tylko nie zawsze tymi bliskimi jest rodzina. Przynajmniej nie cała. Teraz bym już tyle osób nie zaprosiła. Moje rodzeństwo tak i tych z buska, ale nie wszystkich. Tylko też tak głupio zaprosić część, a część nie jak się zawsze zapraszało wszystkich.
- Oni Cię nigdy nie zaprosili do siebie. Nawet Twoje rodzeństwo - odpowiedziałam.
- I tak bym nie miała jak pojechać. Stary by mnie nie zawiózł, a pociągiem bym sobie nie dała już rady.
- Nie jest ważne czy byś pojechała. Nigdy Cię nawet nie zaprosili, bo wiedzieli, że co roku Ty urządzasz wielką imprezę. Jak się dowiedzieli, że w tym roku tak nie jest, to mogli chociaż z grzeczności zaprosić Cię do siebie. Za to, że tyle lat to Ty ich u siebie gościłaś i wokół nich biegałaś.
- Widocznie oni do tego mają inny stosunek niż ja Paulinka - odparła babcia, chociaż widziałam, że trafia w nią coraz więcej rzeczy i że trochę ją to boli.
- Jakie masz marzenie przed nowym rokiem? - spytała babcia i było to jej coroczne pytanie. W naszej tradycji oprócz postanowień noworocznych, których nikt nigdy nie dotrzymywał, tuż przed końcem roku wymyślało się jakieś marzenie, które miało człowieka prowadzić przez następny rok. To nie musiało być marzenie do spełnienia, miało po prostu siedzieć sobie w głowie i być.
- Nie mam - odparłam, bo myślenie o czymś, co nigdy nie miało się spełnić jakoś nie napawało mnie optymizmem.
- Masz, musisz mieć.
- Po co? Żeby myśleć o nich cały rok i wiedzieć, że się nie spełnią?
- To mi powiedz jakie, a ja Ci powiem czy się spełni, czy nie.
- Czy kiedyś Twoje marzenie się spełniło? Takie większe?
Babcia zamyśliła się przez chwilę i zaciągając się papierosem, odparła:
- Było kilka.
- To powiedz chociaż jedno.
- Nie wierzysz mi? - spytała.
- Tego nie powiedziałam.
- Zawsze chciałam, żeby ktoś chciał ze mną gadać na starość i żeby potrafił zmienić mój punkt widzenia. Nie muszę się z tym zgadzać ani nic, ale żebym kogoś posłuchała i pomimo mojego wieku i tego w co wierzę, a w co nie, stwierdziła "to nie jest dla mnie, ale rozumiem skąd przychodzi".
- Dziwne masz marzenia - odpowiedziałam.
- Marzenia z założenia są dziwne. Wcale nie muszą być realne. Możesz mieć marzenie, żeby pewnego dnia wyrosły Ci skrzydła na których będziesz mogła odlecieć. Co się właściwie dzieje z ludźmi tak naprawdę.
- Taa - odpowiedziałam, wiedząc że babcia jest silnie powiązana z religią jako praktykująca chrześcijanka. Wizja stawania się aniołem po śmierci, czy posiadania własnego anioła nie była jej obca.
Mnie już bardziej.
Anioły były dla mnie na tym samym poziomie realności co jednorożce, albo wielkanocny zajączek.
I ona o tym wiedziała.
- Nieważne w co wierzysz, tak właśnie jest - kontynuowała babcia, widząc moją niepewną minę - Mówiłam Ci kiedyś o człowieku, który wybłagał skrzydła?
Nie znałam tej historii, więc pokręciłam głową i wciskając się pod babciny koc przygotowałam się na legendę, których moja babcia była skarbnicą.
- No więc był człowiek, który najbardziej na świecie pragnął latać. Codziennie prosił więc Boga o skrzydła, żeby jego marzenie mogło się spełnić. Człowiek ten nie potrafił cieszyć się z niczego innego, ponieważ wiedział, że tylko skrzydła są mu w stanie przynieść prawdziwe szczęście. Mężczyzna przeklinał Boga za to, że ten nie chciał mu pomóc. Przecież modlił się tak długo i wytrwale, pomagał innym i robił wszystko by na to zasłużyć. Człowiek pewnego dnia zwrócił się do Boga i spytał dlaczego nie może dostać tej jednej rzeczy, na której tak mu zależy. Był gotowy oddać wszystko za swoje marzenie. Wtedy Bóg powiedział mu "Przecież masz swoje skrzydła. Cały czas są na Twoich plecach". Mężczyzna zorientował się, że Bóg ma rację i nagle poczuł ogromny ciężar skrzydeł, chociaż do tej pory nosił je na plecach bez najmniejszego problemu. Zaczęły mu ciążyć, zahaczać o meble w domu i strącać przedmioty. Były trudne w utrzymaniu czystości i po ich rozłożeniu zajmowały bardzo dużo miejsca. Człowiek zaczął narzekać na swoje skrzydła, chociaż do tej pory pragnął ich najbardziej na świecie. Okazały się dla niego tak nieporęczne i ciężkie, że zaczął je przycinać. Codziennie ucinał po kawałku aż nie zostały mu tylko bezużyteczne kikuty, na których nie dało się latać. Mężczyzna nawet nie spróbował się wznieść, chociaż miał ku temu okazję. Skrzydła odrastały, ale człowiek za każdym razem je skracał i nigdy z nich nie skorzystał, odkładając to na później.
- Bał się polecieć - dokończyłam za babcię.
- Te skrzydła to marzenia, wola walki, czy cokolwiek, co popycha nas do przodu. Można to nazywać jak się chce, można wierzyć w Boga, albo nie, ale każdy jest w stanie wyhodować sobie te skrzydła. Tworzą się kiedy pokonamy jakąś dużą trudność, kiedy się nie poddajemy i postanawiamy przeciwstawić się lękom, czemuś co przygniata nas do ziemi, czy nawet całemu światu. Każdy może te skrzydła rozwinąć, ale nie każdy jest w stanie na nich polecieć. Trzeba być bardzo silnym, upartym i zdecydowanym, żeby się na nich wznieść. Rozumiesz? - zakończyła babcia.
- Tak - odparłam.
- Nie podcinaj sobie tych skrzydeł dziecko. Może nigdy na nich nie polecisz, ale wcale nie są takie ciężkie, żeby trzeba je było niszczyć. Pewnego dnia mogą już nie odrosnąć i co wtedy zrobisz?
- Są samoloty, paralotnie, balony, spadochrony - wybrnęłam - Dzisiaj jest wiele opcji, żeby polecieć.
- Tak, ale nie lecisz wtedy sama - odpowiedziała babcia - To ktoś leci, a Ty tylko lecisz z nim. Nawet jeśli byś miała spaść i się poturbować, to warto spróbować jednak polecieć. Żaden człowiek nie nauczył się chodzić bez upadnięcia, nie ma łowcy, któremu ani razu nie uciekła zwierzyna. Lepiej jest te skrzydła stracić, próbując na nich polecieć, niż je sobie samemu obcinać, albo pozwolić, by ktoś Ci je obcinał. Na to też nie możesz pozwolić. Takiej osobie trzeba nakopać do dupska i kazać się zająć własnymi skrzydłami.
- Skoro tak jest, to czemu Ty dajesz sobie je podcinać? - spytałam - Jak powiesz, że jesteś za stara żeby latać, to schowam Ci fajki.
- Kto powiedział, że daję? - odparła babcia - Jeśli myślisz o dziadku, to ten stary cap podcina tylko sztuczne pióra, imitację, zamiennik. Moje prawdziwe piórka są pod spodem i mają już tyle lat, że zwykłe nożyczki sobie z nimi nie poradzą. Tylko latanie na nich jest trudne. Mówiłam Ci, nie każdy może polecieć. To nie znaczy, że takie skrzydła są bezużyteczne. Można się nimi powachlować jak jest gorąco, albo osłonić kogoś przed deszczem... albo chlasnąć kogoś w plecy z zaskoczenia - dodała nagle babcia.
Wizja babci chlaszczącej kogoś po plecach zawsze poprawiała mi humor, więc uśmiechnęłam się i babcia widząc mój uśmiech spytała ponownie:
- No, to jakie masz marzenie?
Powiedziałam jej, a ona wyznała mi swoje.
Jej marzenie nigdy się niestety nie spełniło i moje dotychczas również nie, ale może warto mieć nadzieję i potrzymać je w głowie jeszcze kolejny rok.
A potem następny.
I kolejny.
W końcu chyba lepiej umrzeć ze skrzydłami, niż z jednym piórem trzymanym w dłoni na pamiątkę tego, że kiedyś się je miało.
Boże Narodzenie, Wielkanoc, urodziny, rocznice, nawet tłusty czwartek. Babcia była iskrą, która podpalała lont, klejem, który trzymał to wszystko ze sobą. Za każdym razem dzwoniła ze swojego bardzo starego telefonu stacjonarnego z pozwijanym kabelkiem i poświęcała kilka godzin, żeby zaprosić wszystkich na uroczystość. Większa część rodziny nigdy jej nie odmawiała.
Po obdzwonieniu rodziny babcia robiła listę obowiązków, ubierała fartuszek i szła do kuchni, z której nie wychodziła właściwie do samego świętowania. Podczas kiedy wszyscy bawili się, jedli i pili, babcia wraz z moją mamą, kilkoma ciotkami i czasem swoim rodzeństwem uwijały się w kuchni, myjąc brudne naczynia, podgrzewając potrawy i donosząc te brakujące na stół. To zawsze były kobiety, nigdy po kuchni nie panoszył się mężczyzna.
Właściwie babcia spędzała w tej kwiecistej niebieskiej podomce większość swojego życia.
Tak ją zapamiętałam, przynajmniej w czasach kiedy była jeszcze w stanie gotować.
Pewnej Wigilii babcia bardzo źle się poczuła. Nie odwołała przyjazdu rodziny, ale nie była w stanie godzinami stać w kuchni. Całą pracę wzięła na siebie moja mama wraz z babcinymi siostrami. Jeden z gości, kiedy dowiedział się o złym samopoczuciu babci, przyjechał kilka godzin wcześniej, by pomóc w obowiązkach. Był to mój kuzyn z którym obecnie nie mam już niestety kontaktu. Z tego co wiem zamieszkał za granicą.
Chłopak był wielozadaniowy. Biegał do sklepu po zapomniane produkty, lepił pierogi i opiekował się dziećmi, które biegały po całym domu i przeszkadzały w pracy, ponieważ zjadała je nuda.
Mój dziadek (mąż mojej babci) narzekał na zaistniałą sytuację i wypominał babci, że to ona powinna zajmować się przygotowaniami.
- Chłop jesteś, a przy garach stoisz, to nie jest Twoja zadanie - marudził dziadek, leżąc cały dzień przed telewizorem w samych bokserkach.
Tak go swoją drogą zapamiętałam. Jako człowieka, który ze wszystkich osób na świecie najbardziej zdawał się nienawidzić własnej żony i zawsze paradował po mieszkaniu w samej bieliźnie, zazwyczaj z papierosem w dłoni.
- U mnie kobietom się pomaga jak są zmęczone, albo chore - odparł kuzyn, co bardzo dziadka zabolało.
- Baba z Ciebie - machnął na chłopaka ręką - Ona udaje przecież, żeby się od roboty wymigać.
- Babcia nie udaje - powiedziałam głośno, wbrew zakazowi wtrącania się w rozmowy dorosłych.
- Adwokat - powiedział dziadek - Następna taka sama rośnie. Nie podsłuchuj jak dorośli rozmawiają, idź do kuchni lepiej pomóż.
- Ona jest za mała, żeby coś tam robić. Za dużo tam teraz zamieszania, ostrych narzędzi i palników - odparł kuzyn, lecz dziadek tylko pokręcił głową i poszedł do babci, by zamęczać ją swoją opinią o tym co działo się w jego domu.
Pomimo złego samopoczucia, babcia zwlokła się z łóżka i nalegała na przydzielenie jej lżejszych zadań, takich jak krojenie jarzyn do sałatki, czy mieszanie farszu.
Wieczorem zjechali się goście, wszyscy zasiedli do stołu i zaczęły się typowe rozmowy o religii, polityce i piłce nożnej przy alkoholu.
- Coś niewyraźnie wyglądasz, dobrze się czujesz? - pytali niektórzy babcię, dla której były to chyba pierwsze święta spędzone przy stole, a nie w trasie pomiędzy kuchnią, a korytarzem.
- Symulantka - odpowiadał dziadek, ignorując ganiące go spojrzenia.
- Może się połóż - sugerowali zatroskani goście.
- Ale ta ryba to w tym roku jakaś inna wyszła - mówili.
- Pierogi kupne? Takie lekko gumiaste - dopowiadali inni.
Część gości wykazywała oznaki troski i zaniepokojenia wyglądem i zachowaniem babci, ale większa część skupiała się tylko na narzekaniu na jakość potraw, czy skromniejszy wystrój mieszkania.
Kilka lat później, kiedy wykryto u babci raka (wtedy jeszcze niezłośliwego), babcia zrezygnowała z wielkich przyjęć i zapraszania rodziny na święta. Lubiła spotykać się z bliskimi, którzy mieszkali za daleko, by odwiedzać ich częściej i był to właściwie jedyny czas w roku, kiedy mogła spędzić chwile ze swoim rodzeństwem, lecz była już wtedy za słaba na takie rzeczy.
Babcia była moim mentorem. Moim moralnym guru, osobą do której chodziłam z problemami i która wiedziała o rzeczach, o których nie mówiłam nikomu innemu. Robiła mi za matkę, ojca i wszystko pomiędzy. Rozmawiała ze mną jak z dorosłym człowiekiem nawet kiedy byłam dzieckiem, ponieważ uważała, że byłam na tyle dojrzała, żeby ją zrozumieć i zapamiętać jej rady.
Nie mówiła mi o wszystkim, ale robiła to z troski. Miała ciężkie życie i nie chciała nim nikogo obciążać, ani zadręczać innych własnymi problemami.
Nie musiała nic mówić, wiele rzeczy dostrzegałam sama.
Ona zresztą też. Czasem wiedziała o czymś, o czym dopiero miałam zamiar jej powiedzieć, albo wyprzedzała mnie kiedy widziała, że nie chcę o tym mówić.
Nie rozumiała wszystkiego i nie zgadzała się ze wszystkim, ale była w stanie zaakceptować naprawdę wiele, a nawet naciągnąć własny punkt widzenia wbrew swojemu własnemu światopoglądowi. Była pod tym względem bardzo elastyczna.
Podczas pierwszych skromniejszych świąt, kiedy przy stole siedzieliśmy tylko ja z siostrą i mamą, rodzeństwem mojej mamy wraz z ich dziećmi, oraz babcią i dziadkiem, babcia wyszła w nocy na balkon żeby zapalić. Podeszłam do niej, bo trzeci papieros z rzędu sugerował mi, że coś ją gryzło.
Zabrałam ze sobą koc, stanęłam obok niej i zarzucając jej na plecy warstwę ochronną, stanęłam w kierunku przeciwnym do wydmuchiwanego dymu papierosowego.
- Zmarzniesz babcia i chora będziesz - powiedziałam, widząc jak babcia przyglądała się widocznym na niebie gwiazdom. Często to robiła.
- Jesteś zła, Paulinka? - spytała i na początku zupełnie nie wiedziałam o co jej chodziło.
- O to, że w tym roku nie ma prawdziwych świąt? - dodała po chwili.
Wcale nie uważałam takich świąt za gorsze. Byłam nawet wdzięczna z faktu uniknięcia pytań o chłopaka, moich planów na przyszłość, czy całowania przez ciotki, wyposażone zawsze w bordowe szminki, które trzeba było zmywać z twarzy bardzo długo.
- Nie - odpowiedziałam - Co z tego, że teraz nie mamy wielkiej choinki, zasłaniającej pół pokoju, góry jedzenia, które i tak się zawsze wyrzucało, bo było go za dużo i kłótni przy wódce. Jakoś za tym nie tęsknie, teraz jest ciszej i spokojniej.
- W święta chodzi o to, żeby być z bliskimi - odpowiedziała babcia - wielu z nich dzisiaj nie widziałaś.
- To się zobaczymy przy innej okazji - odparłam.
Z większością z nich i tak nie miałam żadnego wspólnego tematu.
- Przynajmniej mamy na głowie dwóch pijanych, a nie dziesięciu - dodałam, słysząc jak w pokoju obok ululany dziadek chrapał ze swoim ululanym synem.
- Pamiętasz te święta co się gorzej czułam i siedziałam ze wszystkimi? - spytała babcia.
- No pamiętam.
- To były najgorsze święta jakie pamiętam.
- Aż tak źle się czułaś?
- Nie, nie przez to. Po prostu dotarło do mnie, że niektórzy strasznie mnie drażnią i kiedy przebywałam obok nich, a nie z nimi, bo byłam zajęta kuchnią, to wydawali się bardziej znośni. To było bardziej męczące niż jakbym normalnie wszystko przygotowywała.
- No nie wyglądałaś na najszczęśliwszą.
- Święta powinno się spędzać z bliskimi. Tylko nie zawsze tymi bliskimi jest rodzina. Przynajmniej nie cała. Teraz bym już tyle osób nie zaprosiła. Moje rodzeństwo tak i tych z buska, ale nie wszystkich. Tylko też tak głupio zaprosić część, a część nie jak się zawsze zapraszało wszystkich.
- Oni Cię nigdy nie zaprosili do siebie. Nawet Twoje rodzeństwo - odpowiedziałam.
- I tak bym nie miała jak pojechać. Stary by mnie nie zawiózł, a pociągiem bym sobie nie dała już rady.
- Nie jest ważne czy byś pojechała. Nigdy Cię nawet nie zaprosili, bo wiedzieli, że co roku Ty urządzasz wielką imprezę. Jak się dowiedzieli, że w tym roku tak nie jest, to mogli chociaż z grzeczności zaprosić Cię do siebie. Za to, że tyle lat to Ty ich u siebie gościłaś i wokół nich biegałaś.
- Widocznie oni do tego mają inny stosunek niż ja Paulinka - odparła babcia, chociaż widziałam, że trafia w nią coraz więcej rzeczy i że trochę ją to boli.
- Jakie masz marzenie przed nowym rokiem? - spytała babcia i było to jej coroczne pytanie. W naszej tradycji oprócz postanowień noworocznych, których nikt nigdy nie dotrzymywał, tuż przed końcem roku wymyślało się jakieś marzenie, które miało człowieka prowadzić przez następny rok. To nie musiało być marzenie do spełnienia, miało po prostu siedzieć sobie w głowie i być.
- Nie mam - odparłam, bo myślenie o czymś, co nigdy nie miało się spełnić jakoś nie napawało mnie optymizmem.
- Masz, musisz mieć.
- Po co? Żeby myśleć o nich cały rok i wiedzieć, że się nie spełnią?
- To mi powiedz jakie, a ja Ci powiem czy się spełni, czy nie.
- Czy kiedyś Twoje marzenie się spełniło? Takie większe?
Babcia zamyśliła się przez chwilę i zaciągając się papierosem, odparła:
- Było kilka.
- To powiedz chociaż jedno.
- Nie wierzysz mi? - spytała.
- Tego nie powiedziałam.
- Zawsze chciałam, żeby ktoś chciał ze mną gadać na starość i żeby potrafił zmienić mój punkt widzenia. Nie muszę się z tym zgadzać ani nic, ale żebym kogoś posłuchała i pomimo mojego wieku i tego w co wierzę, a w co nie, stwierdziła "to nie jest dla mnie, ale rozumiem skąd przychodzi".
- Dziwne masz marzenia - odpowiedziałam.
- Marzenia z założenia są dziwne. Wcale nie muszą być realne. Możesz mieć marzenie, żeby pewnego dnia wyrosły Ci skrzydła na których będziesz mogła odlecieć. Co się właściwie dzieje z ludźmi tak naprawdę.
- Taa - odpowiedziałam, wiedząc że babcia jest silnie powiązana z religią jako praktykująca chrześcijanka. Wizja stawania się aniołem po śmierci, czy posiadania własnego anioła nie była jej obca.
Mnie już bardziej.
Anioły były dla mnie na tym samym poziomie realności co jednorożce, albo wielkanocny zajączek.
I ona o tym wiedziała.
- Nieważne w co wierzysz, tak właśnie jest - kontynuowała babcia, widząc moją niepewną minę - Mówiłam Ci kiedyś o człowieku, który wybłagał skrzydła?
Nie znałam tej historii, więc pokręciłam głową i wciskając się pod babciny koc przygotowałam się na legendę, których moja babcia była skarbnicą.
- No więc był człowiek, który najbardziej na świecie pragnął latać. Codziennie prosił więc Boga o skrzydła, żeby jego marzenie mogło się spełnić. Człowiek ten nie potrafił cieszyć się z niczego innego, ponieważ wiedział, że tylko skrzydła są mu w stanie przynieść prawdziwe szczęście. Mężczyzna przeklinał Boga za to, że ten nie chciał mu pomóc. Przecież modlił się tak długo i wytrwale, pomagał innym i robił wszystko by na to zasłużyć. Człowiek pewnego dnia zwrócił się do Boga i spytał dlaczego nie może dostać tej jednej rzeczy, na której tak mu zależy. Był gotowy oddać wszystko za swoje marzenie. Wtedy Bóg powiedział mu "Przecież masz swoje skrzydła. Cały czas są na Twoich plecach". Mężczyzna zorientował się, że Bóg ma rację i nagle poczuł ogromny ciężar skrzydeł, chociaż do tej pory nosił je na plecach bez najmniejszego problemu. Zaczęły mu ciążyć, zahaczać o meble w domu i strącać przedmioty. Były trudne w utrzymaniu czystości i po ich rozłożeniu zajmowały bardzo dużo miejsca. Człowiek zaczął narzekać na swoje skrzydła, chociaż do tej pory pragnął ich najbardziej na świecie. Okazały się dla niego tak nieporęczne i ciężkie, że zaczął je przycinać. Codziennie ucinał po kawałku aż nie zostały mu tylko bezużyteczne kikuty, na których nie dało się latać. Mężczyzna nawet nie spróbował się wznieść, chociaż miał ku temu okazję. Skrzydła odrastały, ale człowiek za każdym razem je skracał i nigdy z nich nie skorzystał, odkładając to na później.
- Bał się polecieć - dokończyłam za babcię.
- Te skrzydła to marzenia, wola walki, czy cokolwiek, co popycha nas do przodu. Można to nazywać jak się chce, można wierzyć w Boga, albo nie, ale każdy jest w stanie wyhodować sobie te skrzydła. Tworzą się kiedy pokonamy jakąś dużą trudność, kiedy się nie poddajemy i postanawiamy przeciwstawić się lękom, czemuś co przygniata nas do ziemi, czy nawet całemu światu. Każdy może te skrzydła rozwinąć, ale nie każdy jest w stanie na nich polecieć. Trzeba być bardzo silnym, upartym i zdecydowanym, żeby się na nich wznieść. Rozumiesz? - zakończyła babcia.
- Tak - odparłam.
- Nie podcinaj sobie tych skrzydeł dziecko. Może nigdy na nich nie polecisz, ale wcale nie są takie ciężkie, żeby trzeba je było niszczyć. Pewnego dnia mogą już nie odrosnąć i co wtedy zrobisz?
- Są samoloty, paralotnie, balony, spadochrony - wybrnęłam - Dzisiaj jest wiele opcji, żeby polecieć.
- Tak, ale nie lecisz wtedy sama - odpowiedziała babcia - To ktoś leci, a Ty tylko lecisz z nim. Nawet jeśli byś miała spaść i się poturbować, to warto spróbować jednak polecieć. Żaden człowiek nie nauczył się chodzić bez upadnięcia, nie ma łowcy, któremu ani razu nie uciekła zwierzyna. Lepiej jest te skrzydła stracić, próbując na nich polecieć, niż je sobie samemu obcinać, albo pozwolić, by ktoś Ci je obcinał. Na to też nie możesz pozwolić. Takiej osobie trzeba nakopać do dupska i kazać się zająć własnymi skrzydłami.
- Skoro tak jest, to czemu Ty dajesz sobie je podcinać? - spytałam - Jak powiesz, że jesteś za stara żeby latać, to schowam Ci fajki.
- Kto powiedział, że daję? - odparła babcia - Jeśli myślisz o dziadku, to ten stary cap podcina tylko sztuczne pióra, imitację, zamiennik. Moje prawdziwe piórka są pod spodem i mają już tyle lat, że zwykłe nożyczki sobie z nimi nie poradzą. Tylko latanie na nich jest trudne. Mówiłam Ci, nie każdy może polecieć. To nie znaczy, że takie skrzydła są bezużyteczne. Można się nimi powachlować jak jest gorąco, albo osłonić kogoś przed deszczem... albo chlasnąć kogoś w plecy z zaskoczenia - dodała nagle babcia.
Wizja babci chlaszczącej kogoś po plecach zawsze poprawiała mi humor, więc uśmiechnęłam się i babcia widząc mój uśmiech spytała ponownie:
- No, to jakie masz marzenie?
Powiedziałam jej, a ona wyznała mi swoje.
Jej marzenie nigdy się niestety nie spełniło i moje dotychczas również nie, ale może warto mieć nadzieję i potrzymać je w głowie jeszcze kolejny rok.
A potem następny.
I kolejny.
W końcu chyba lepiej umrzeć ze skrzydłami, niż z jednym piórem trzymanym w dłoni na pamiątkę tego, że kiedyś się je miało.
niedziela, 22 grudnia 2019
Bakalie
Sklep spożywczy, godziny poranne.
Rozmowa między dwoma nastolatkami płci męskiej:
Rozmowa między dwoma nastolatkami płci męskiej:
- Co masz tam na tej liście jeszcze? - pyta jeden z chłopców.
- No matka mi tu napisała bakalie.
- A co to właściwie jest?
- Nie wiesz?!
- No wiem, ale co to jest?
- No to są te... rodzynki takie, nie? Taki rodzaj rodzynek tylko większe.
- To nie mogła Ci napisać rodzynki?
- No mogła, ale ona też ostatnio mi napisała lubczyk i się czepiała, że przyniosłem suszony, to wróciłem po zielone i były cztery zielone. To co się posypuje ziemniaki tym, to z pietruszki, z selera i to z marchewki, nie?
- No. To co ziemniaki to koperek.
- No właśnie, więc drogą dedukcji odrzuciłem koperek i to z pietruszki. Wziąłem marchewkę z tym zielonym i selera z tym zielonym.
- I które to było?
- No właśnie żadne.
- To ten lubczyk cały to z czego wyrasta, z buraka?
- Nie to jest jeszcze coś innego. Ponoć sam sobie rośnie tak w ziemi.
- Tak bez niczego? Bez żadnej bulwy?
- No bez.
- To bez sensu, to jak pokrzywa.
- No.
- To masz te bakalie, idziemy?
- Nie, czekaj, tu nie ma nic co pisze bakalie na tym.
- To weź rodzynki i cześć.
- Czekaj - mówi chłopak z listą, wyciągając telefon - Upewnimy się, żebym znowu opierdzielu nie dostał. Hej Google. Co to jest bakalie?
Chłopcy wsłuchują się w wykład Google na temat bakalii i kiwają zgodnie głowami.
- Czyli coś jak mieszanka studencka - mówi jeden z nich.
- No coś tak jakby.
- To co, bierzemy mieszankę?
- No jak nie ma bakalii.
- No nie ma.
- No to tak chyba.
Młodzież bierze do ręki paczkę mieszanki studenckiej i wędruje do kasy.
Nie jestem pewna czy dokładnie o to chodziło matce chłopaka.
sobota, 21 grudnia 2019
Pokaz sklepowym koszykiem
Przechadzam się po markecie. Ze względu na okres przedświąteczny, zagęszczenie ludzi na tym obiekcie przekracza wszelkie granice i łamie przynajmniej pięć punktów bezpieczeństwa i ochrony przeciwpożarowej. Przyglądam się opakowaniom, które krzyczą swoimi świątecznymi hasłami we wszystkich możliwych kolorach. Kiedy próbuję zlokalizować twaróg, tuż obok, taranując przynajmniej trzy osoby, przejeżdża rodzeństwo. Dzieci bawią się koszykiem na zakupy, który jest od nich trzy razy większy.
- Nie biegajcie po sklepie - upomina ich spokojnie matka, nie odrywając wzroku od półek. Na dzieciach nie robi to najmniejszego wrażenia.
Podczas kiedy potrąceni ludzie sprawdzają obecność wszystkich organów, szybcy i wściekli już zmieniają technikę i testują jak sprawdzi się w praktyce. Dziewczynka wchodzi do koszyka i stając w środku, odstawia solo scenę z Tytanica (tę w której para stoi na dziobie okrętu), podczas kiedy chłopiec łapie za dolną część pojazdu i obiera właściwy kierunek, podbiegając z koszykiem do najdłuższej alejki.
Młody kierowca mruży oczy i rusza, pchając przed sobą koszyk z siostrą, której wiatr we włosach podoba się tak bardzo, że postanawia wstać. Wygląda teraz jak znaczek na masce Rolls-Royce'a.
Wózek nabiera prędkości i kiedy rodzeństwo mknie aleją w stronę śledzi i zawijanych roladek, geniusz zła za kierownicą wpada na pomysł dołożenia akrobacji do tego przedstawienia. Chłopak uwiesza się rękami na poziomej rurze wózka, podwijając nogi pod siebie i dzięki przeciwwadze, jaką zapewnia mu siostra "Rose", bolid bezkolizyjnie mija właśnie proszki do prania.
Niestety żaden sen nie trwa wiecznie i przy alejce z karmą dla papug dochodzi do tragedii. Z bocznej uliczki wyłania się wózek, a tuż za nim nieświadomy niczego mężczyzna. Pojazd staje prostopadle do szkieletowej Formuły 1 i powoduje karambol. Zderzenie wyrywa wózek z rąk mężczyzny i zatrzymuje ruch innych pojazdów, które tworzą w centrum piękne słoneczko. Nad całą scenerią przelatuje dziewczynka, która rzuca swój cień na poobijanych ludzi i porzucone wózki. Dziecko robi półpiruet i ląduje w koszyku jakiejś obcej kobiety, wjeżdżając twarzą w jej ziemniaki. Chłopiec w tym czasie traci przeciwwagę i koszyk parkuje kółkami do góry, zjadając swojego kierowcę. Oboje kończą przedstawienie, zalewając się łzami.
Będzie po tym pamiątka.
Matka dzieci orientuje się w sytuacji i podchodzi powoli do pociech. Jednej uwięzionej za kratkami, a drugiej roniącej łzy w ziemniakach. Staje nad dziećmi, wzdycha, przeprasza poszkodowanych i upewniając się, że nic się nikomu nie stało, przemawia do dzieci:
- Mówiłam, żebyście nie biegali po sklepie? Mówiłam, czy nie?
Niestety, potomkowie są zbyt zajęci powodzią jaka dzieje się na ich twarzach i wciągając gluty uszami, usiłują wydostać się ze swojego położenia.
- Powinnam Cię tak tu zostawić, żeby ludzie mogli podziwiać, skoro taką małpę z siebie lubisz robić - mówi do syna, którego ciężar wózka skutecznie unieruchamia na ziemi.
Po wydobyciu potomka spod wraku i potomkini z ziemniaków, kobieta ociera twarze dwójki rękawem, sprawdza stan ich zębów i kiedy nie widzi żadnych uszczerbków na zdrowiu, chwyta dzieci za uszy i prowadzi do miejsca w którym zostawiła własne zakupy.
- Teraz tu będziecie stać - mówi i akrobaci, siorbiąc pod nosem wykonują polecenie, masując bolące miejsca.
- Po ojcu chyba takie po*ebane, bo po mnie na pewno nie - mówi do siebie niewiasta i kontynuuje powolne przechadzanie się między regałami, podczas gdy ja dalej stoję przy dziale z twarogiem.
- Nie biegajcie po sklepie - upomina ich spokojnie matka, nie odrywając wzroku od półek. Na dzieciach nie robi to najmniejszego wrażenia.
Podczas kiedy potrąceni ludzie sprawdzają obecność wszystkich organów, szybcy i wściekli już zmieniają technikę i testują jak sprawdzi się w praktyce. Dziewczynka wchodzi do koszyka i stając w środku, odstawia solo scenę z Tytanica (tę w której para stoi na dziobie okrętu), podczas kiedy chłopiec łapie za dolną część pojazdu i obiera właściwy kierunek, podbiegając z koszykiem do najdłuższej alejki.
Młody kierowca mruży oczy i rusza, pchając przed sobą koszyk z siostrą, której wiatr we włosach podoba się tak bardzo, że postanawia wstać. Wygląda teraz jak znaczek na masce Rolls-Royce'a.
Wózek nabiera prędkości i kiedy rodzeństwo mknie aleją w stronę śledzi i zawijanych roladek, geniusz zła za kierownicą wpada na pomysł dołożenia akrobacji do tego przedstawienia. Chłopak uwiesza się rękami na poziomej rurze wózka, podwijając nogi pod siebie i dzięki przeciwwadze, jaką zapewnia mu siostra "Rose", bolid bezkolizyjnie mija właśnie proszki do prania.
Niestety żaden sen nie trwa wiecznie i przy alejce z karmą dla papug dochodzi do tragedii. Z bocznej uliczki wyłania się wózek, a tuż za nim nieświadomy niczego mężczyzna. Pojazd staje prostopadle do szkieletowej Formuły 1 i powoduje karambol. Zderzenie wyrywa wózek z rąk mężczyzny i zatrzymuje ruch innych pojazdów, które tworzą w centrum piękne słoneczko. Nad całą scenerią przelatuje dziewczynka, która rzuca swój cień na poobijanych ludzi i porzucone wózki. Dziecko robi półpiruet i ląduje w koszyku jakiejś obcej kobiety, wjeżdżając twarzą w jej ziemniaki. Chłopiec w tym czasie traci przeciwwagę i koszyk parkuje kółkami do góry, zjadając swojego kierowcę. Oboje kończą przedstawienie, zalewając się łzami.
Będzie po tym pamiątka.
Matka dzieci orientuje się w sytuacji i podchodzi powoli do pociech. Jednej uwięzionej za kratkami, a drugiej roniącej łzy w ziemniakach. Staje nad dziećmi, wzdycha, przeprasza poszkodowanych i upewniając się, że nic się nikomu nie stało, przemawia do dzieci:
- Mówiłam, żebyście nie biegali po sklepie? Mówiłam, czy nie?
Niestety, potomkowie są zbyt zajęci powodzią jaka dzieje się na ich twarzach i wciągając gluty uszami, usiłują wydostać się ze swojego położenia.
- Powinnam Cię tak tu zostawić, żeby ludzie mogli podziwiać, skoro taką małpę z siebie lubisz robić - mówi do syna, którego ciężar wózka skutecznie unieruchamia na ziemi.
Po wydobyciu potomka spod wraku i potomkini z ziemniaków, kobieta ociera twarze dwójki rękawem, sprawdza stan ich zębów i kiedy nie widzi żadnych uszczerbków na zdrowiu, chwyta dzieci za uszy i prowadzi do miejsca w którym zostawiła własne zakupy.
- Teraz tu będziecie stać - mówi i akrobaci, siorbiąc pod nosem wykonują polecenie, masując bolące miejsca.
- Po ojcu chyba takie po*ebane, bo po mnie na pewno nie - mówi do siebie niewiasta i kontynuuje powolne przechadzanie się między regałami, podczas gdy ja dalej stoję przy dziale z twarogiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

