Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Babcia w natarciu

Stałam sobie pewnego dnia z suką na trawniku pod blokiem mojej babci. Morfina obwąchiwała właśnie kolejny krzaczek, kiedy w ramię postukał mnie pewien starszy pan.
- Dzień dobry Pani – usłyszałam, więc odpowiedziałam i czekałam co dalej mężczyzna będzie miał mi do powiedzenia. Wątpiłam, żeby przetruptał z chodnika na trawnik dla samego dzień dobry.
- Czy widzi Pani ten znak tutaj? Co on według Pani przedstawia? –
Mężczyzna wskazał na zakaz wyprowadzania psów. Wiedząc już co się szykuje, postanowiłam się trochę podroczyć. Podeszłam z zainteresowaniem do tabliczki i zaczęłam studiować przekreślonego na czerwono owczarka.
- Hmm. Wie Pan nie jestem znawcą sztuki ale to może być kucyk. Tutaj, ten ogonek. To jest ogonek kucyka. –
- Niech Pani nie będzie bezczelna –
- Faktycznie, przepraszam. Widzi Pan jak się stanie o tutaj pod światłem to teraz jest osiołek. Tak, to ewidentnie jest osiołek –
- Pani jest opóźniona jakaś? Proszę sobie nie robić żartów –
- Matko faktycznie. Jak mogłam nie zauważyć. Tu widzi Pan ten garbik tutaj? To wielbłąd jest. Musi być młody jeszcze –
- Niech Pani skończy z siebie robić błazna! –
- Świnka morska? –
- To jest pies! To jest zakaz wyprowadzania psów! –
Spojrzałam oficjalnie na Morfinę, która teraz polowała na motyla i przerzuciłam wzrok ponownie na znak.
- Nie widzę podobieństwa – odrzekłam do Pana, który zmieniał kolory na twarzy.
- Tutaj nie wolno wyprowadzać psów –
- Naprawdę? Dlaczego –
- Bo niszczą zieleń –
- Przepraszam ale Pan sam właśnie stoi na zieleni –
- One srają i sikają i potem to śmierdzi i można wdepnąć! –
- Proszę Pana spokojnie. Po pierwsze te tabliczki już nie obowiązują od jakiegoś czasu, a po drugie tutaj mam woreczki i jeżeli zaistnieje taka sytuacja że pies coś po sobie zostawi to po nim pozbieram –
- Wy tylko udajecie, że zbieracie a nie zbieracie i sików też nie! –
Starszy Pan się rozkręcał, więc spojrzałam ponownie na znak i powiedziałam:
- Wie Pan co ale stąd to wygląda trochę jak motylek. Niech Pan spojrzy –
Człowiek był już na granicy wytrzymałości nerwowej ale nie mogłam się powstrzymać.
- Pani jest bezczelna! Ja dzwonię po straż! –
- Przepraszam Pana – usłyszałam głos mojej babci wychylającej się z balkonu. Znając ją, obserwowała sytuację od początku. Mężczyzna spojrzał na mnie triumfalnie, sądząc zapewne że właśnie uzyskał wsparcie w swojej walce o czyste trawniki. Nie wyprowadzałam go z błędu.
- Tak, słucham –
- Złociutki ja bym miała prośbę, mogę? –
- Oczywiście, co potrzeba? –
- Jakby Pan mógł na sekundkę stanąć o tam, na chodniku –
- Ale po co? –
- Niech Pan mi zaufa, na sekundkę. O właśnie tutaj i jakby Pan się mógł odwrócić tam w stronę kościoła głową. O tak, widzi Pan wieżyczkę? Super, dziękuję kochaniutki. Ostatnia prośba. Jakby Pan zrobił trzy kroki w tamtą stronę. Tak, tam właśnie –
Mężczyzna był lekko zdziwiony i skonsternowany ale wykonał wszystkie polecenia, licząc że zobaczy coś, co widziała kobieta z balkonu ale czego on dojrzeć nie mógł. Babcia uśmiechnęła się i powiedziała:
- No, to teraz Pan już trafi. Proszę się iść pomodlić jak Pan nie ma nic ciekawego do roboty i dać spokój mojej wnuczce, bo jak następnym razem wyjdę to Pan się nauczy biegać z przeszkodami. Chodź Paulinka, bo Ci obiad wystygnie –

Babcia – mój mentalny guru.

Nie igrajcie z kozą

Byliśmy całą rodziną na wakacjach, na wsi. Morfina, będąc psem miastowym z fascynacją oglądała różne żyjątka które w miastach nie występują. Kury, króliki, kozy, krowy – wszystko było dla niej pieskami które z niewiadomych powodów nie chciały się z nią bawić. Przełom nastąpił, kiedy sucz odkryła że niektóre z tych piesków dają mleko. Codziennym rytuałem był spacer po jajka, wydojenie kóz i krowy oraz zaprowadzenie ich na pastwisko. Morfi przyglądała się procesowi dojenia i pewnego dnia stwierdziła, że wie już jak to działa. Podeszła do kozy, która akurat pasła się na łące i złapała pycholem wymię w nadziei na mleko. Kozie nie spodobało się, że ktoś przeszkadza jej w posiłku, do tego łapie ją za cycka zębami, więc zadziałała tak jak kozy mają w naturze. W życiu nie widziałam, żeby moja sucz osiągnęła takie prędkości. Wyglądała jak rozpędzony gepard na sawannie, z tym że w tym wyścigu była ofiarą nie drapieżnikiem. Spanikowana suka zaczęła wydawać z siebie dźwięki rannej mewy ale nie odważyła się zwolnić z obawy przed kozimi rogami w swojej przestrzeni międzypośladkowej. Postanowiłam przerwać to szaleństwo i uratować psa z opresji, więc wpadłam między dwójkę i próbowałam odwrócić uwagę kozy od psa. Udało mi się ale szybko tego pożałowałam. Okazało się bowiem, że ja nie jestem tak szybka i zwinna, więc czarny szatan dogonił mnie po paru metrach (niech Was nie zmyli przyjazna aparycja, wściekła koza jest gorsza od niedźwiedzia). Będąc już na ziemi zaczęłam krzyczeć o pomoc w nadziei że ktoś usłyszy. Pies ciężko dysząc, stał od nas w znacznej odległości i nie miał zamiaru mi pomóc. Ratunek nadszedł po 10 minutach. Koza właśnie kończyła obgryzać moje nogawki spodni i zabierała się za buty.
Pies do tej pory nawet nie spojrzy na mleko.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Schronisko

Każde schronisko ma swojego weterynarza wewnętrznego, który sprawdza zwierzęta, szczepi je i w razie potrzeby leczy. Zdarzyła się jednak taka sytuacja, że w związku z pilnym wezwaniem weterynarza schroniskowego w teren, zadzwoniono do naszego gabinetu żebyśmy wykonali rutynowe szczepienia. Jako że w związku z nowymi podopiecznymi na terenie schroniska panowało lekkie zamieszanie, byłam często wysyłana do samochodu po sprzęt albo szczepionki. Stałam przy aucie i szukałam igieł odpowiedniej wielkości, kiedy udało mi się podsłuchać rozmowę mężczyzny odwiedzającego schronisko, z wolontariuszką:
- Proszę Pani, chciałem zaadoptować psa –
- To świetnie, ma Pan jakieś oczekiwania co do pieska, czy woli Pan się przejść między klatkami i sam wybrać –
- Właściwie wiem czego chcę. Mam duży dom, pieniądze na ewentualne leczenie. Pracuję w domu, mam dużo czasu. Nie mam dzieci. Proszę mi pokazać psa, który ma najmniejsze szanse na adopcję.  –
Czułam jak rozpuszcza mi się serce. Wolontariuszka chyba poczuła to samo, bo spytała tylko czy jest pewien swojej decyzji, na co mężczyzna odpowiedział że myślał nad tym pół roku i jest całkowicie pewny i świadomy odpowiedzialności jaką na siebie bierze. Zniknęli gdzieś w głębi schroniska a ja wróciłam z igłami do lekarki. Miałam okazję podziwiać przez okno jak mężczyzna wraca ze swoim nowym przyjacielem i pomaga psu wsiąść do samochodu. Zaadoptował Ryśka – ślepego na jedno oko, ośmioletniego mieszańca bernardyna z kaukazem. Rysiek wymagał stałego przyjmowania leków na serce, miał astmę, cukrzycę i padaczkę. Do tego pies miał zaawansowaną dysplazję oraz problemy z kręgosłupem po wypadku. W schronisku był już drugi rok i jego szanse na adopcję drastycznie malały, wraz z wykrywaniem kolejnych chorób. Nowy właściciel oczywiście musiał być poinformowany o kosztach związanych z leczeniem psa oraz jego częściową niepełnosprawnością. Dostał listę leków jakie przyjmował Rysiek, wraz z rozpiską godzin ich podawania.
Wolontariuszka powiedziała nam, że trudno było jej powstrzymać łzy, kiedy mężczyzna zaczął głaskać psa i szeptać mu to ucha, że teraz już będzie dobrze, że zabierze go teraz do domu i że jest najlepszym psiakiem na świecie.

Nie wiem kim jest ten człowiek ale mam nadzieję, że wiedzie mu się w życiu jak najlepiej.

Endomondo

Żądna cukru maszeruję do kuchni. Wyciągam z szafki batonika. Odwijam folię i wgryzam się w czekoladę. Rozlega się dźwięk powiadomienia na telefonie. Wyciągam urządzenie, dalej pałaszując batonika. Czytam powiadomienie od Endomondo:
"Brawo, jesteś na drodze do mistrzowskiej formy. Tak trzymaj!"
...Idealne wyczucie czasu.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wsparcie w nauce





Medytacja przy pralce

Mój pies ma dziwne zwyczaje i nie stwierdzam tego faktu, nie mając żadnego pokrycia.
Kiedy była szczeniakiem oraz później podrostkiem, przeszła przez wiele operacji i zabiegów, po których czasem nie czuła się najlepiej. Wiadomo jak zachowuje się mały pies, którego coś pobolewa albo ma niewygodny gips. Zaczyna się włóczyć po domu, popiskiwać, ogólnie marudzić. Nie mogłam jej się dziwić - nic przyjemnego, poza tym uniemożliwiało jej to ruch w stopniu znacznym a przecież szczeniaki mają nadmierne pokłady energii. Odmawiała zabawy i strasznie się nad sobą użalała. Złoty środek znalazł się sam. Zauważyliśmy, że pies momentalnie cichł i kładł się spać, kiedy w domu włączało się głośne sprzęty (wyjątkiem był odkurzacz). Nie mieliśmy jeszcze wtedy zmywarki, więc myliśmy ręcznie. Hałas obijanych talerzy i tłuczonych garnków działał na nią lepiej niż środek usypiający. To samo odnosiło się do pralki, robota kuchennego, blendera – wszystkiego co wydawało z siebie głośne dźwięki (uspokajająco do tej pory działają też na nią dźwięki burzy, za to fajerwerki to zło). Kiedy urządzenia przestawały pracować, suka się budziła i dalej marudziła, jak to ona ma źle. Tym sposobem w środku nocy włączaliśmy pralkę na długi program albo 3 godziny ubijaliśmy jajka w mikserze. Wszystko żeby choć trochę się wyspać. Sąsiedzi uważali nas za wariatów. Chciałam odkryć fenomen tej sprawy i w pierwszej kolejności zbadaliśmy jej słuch. Okazało się, że wszystko jest w porządku. Pomyślałam może pozytywne bodźce? Może już od małego żyła w hałasie i kojarzyło jej się to z bezpieczeństwem? Tak mogło być ale urodziła się na wsi, gdzie zazwyczaj było aż za cicho. Reagowała w ten sposób tylko na wybrane dźwięki. Nie działał na nią na przykład telewizor, radio, ruch uliczny, odkurzacz. Wszystkie skutki operacji się zagoiły i pies dorósł. Mimo to, po pięciu latach dalej obserwuję to samo zjawisko. Kiedy tylko zaczynają się myć naczynia (obecnie zmywarka) albo zostaje włączone pranie, suka podchodzi najbliżej jak się da, podkłada łeb pod urządzenie i zasypia. Śpi jak zabita, dopóki sprzęt nie skończy pracować, wtedy patrzy z litością żeby włączyć urządzenie ponownie. Potrafi godzinę stać przy wyłączonej pralce i szturchać nosem guzik, dając nam do zrozumienia, że już chyba czas na pranie. To nie jest tak, że bez tego nie zaśnie -  nie ma z tym najmniejszych problemów, po prostu bardzo lubi drzemać przy akompaniamencie głośnych dźwięków. Mieliśmy ostatnio remont kuchni i sądziłam, że to będzie dla niej już przesadą jeśli chodzi o decybele. Gdzie tam. Położyła się najbliżej wiertarki jak tylko się dało. Właściwie przespała całe zamieszanie: zrywanie kafelek, skręcanie mebli, hałas związany z taszczeniem i przesuwaniem ciężkich przedmiotów. Mam wrażenie że w życiu się lepiej nie wyspała.
Nie mam pojęcia dlaczego to robi, co jest tego przyczyną ale widocznie każdy ma jakieś fanaberie.
Poniżej suka w Zen.




sobota, 26 sierpnia 2017

Babcia

Chciałam na wstępie zaznaczyć, że jeżeli macie dzisiaj dobry nastrój i nie chcecie go sobie popsuć, to może lepiej przejść do następnej historii, bo tutaj wesoło dzisiaj nie będzie.
Niektórzy z Was pamiętają moją babcię (z postu o penisie wołowym). Jeśli nie, to jest to kobieta z wielkim poczuciem humoru i jeszcze większą miłością do zwierząt. Moja suka czuje do niej uwielbienie, z wzajemnością zresztą. Czasem obie spiskowały przeciw mnie i dzieliły się jedzeniem kiedy nie widziałam. To właśnie od babci Morfina dostawała najlepsze ciastka, gryzaki i zabawki. Kiedy przychodziłyśmy w odwiedziny, pieszczotom nie było końca a suka stanowczo odmawiała opuszczenia mieszkania.
Dwa lata temu babcia dowiedziała się że ma raka płuc. Wiadomość przyjęła zaskakująco spokojnie, poddała się operacji i leczeniu. Udało się trochę spowolnić to paskudztwo, jednak po jakimś czasie okazało się że znaleziono przerzuty w węzłach chłonnych i stawach. Babcia zaczęła mieć problemy z chodzeniem, jednak uwielbiała spacery z moją suką do tego stopnia, że brała psa, balkonik i niestrudzenie, zaliczając po drodze wszystkie możliwe ławki szła dalej. Kilka tygodni później, na dalsze dystanse jeździła już o wózku inwalidzkim. Potrzebowała pomocy tylko przy schodach, z całą resztą radziła sobie świetnie. Morfina dalej towarzyszyła babci w spacerach, idąc na smyczy przypiętej do wózka. Potrafiły nie wracać kilka godzin, bo jak tłumaczyła babcia „zagadały się”. Czasem widziałam przez okno jak siedziały pod cukiernią i jadły loda na spółę. Suka wafelek a babcia całą resztę. Niestety rak był nieubłagany i wkrótce potem zabrał babci głos. Mogła mówić tylko szeptem, co jednak nie przeszkadzało jej w kilkugodzinnej rozmowie z psem na balkonie, czy opowiadaniu świńskich dowcipów przy obiedzie. Kryzys nadszedł kiedy stawy zaczęły ją boleć do tego stopnia, że uniemożliwiały jej wykonywanie podstawowych czynności. Leki przeciwbólowe przestały działać. Każdy ruch kosztował ją naprawdę wiele. Pomagaliśmy jej jeść, podcierać się i kąpać. Od tej pory nie wychodziła na spacery z psem sama. Nie była już w stanie pchać wózka własnymi rękami i musiała mieć ciągłe towarzystwo. Psychicznie starała się dalej być wesołą osiemnastolatką. Jednak bywały i gorsze dni. Przygotowywałam właśnie obiad a babcia siedziała na wózku, na balkonie, łapiąc promienie słoneczne. Jak zwykle towarzyszyła jej moja suka, ciałem właściwie przyklejona do koła wózka. Mieszając makaron, usłyszałam chlipanie i pociąganie nosem dochodzące z balkonu, więc popędziłam sprawdzić co się stało. Spytałam babci czemu płacze? Czy ból się nasilił? Czy coś się stało? Nigdy nie zapomnę tego zaszklonego spojrzenia, którym mnie wtedy obdarzyła. To była bezsilność. Wyszeptała: „ Co to za życie, kiedy nawet nie mogę pogłaskać mojego psa mimo że siedzi obok”. Kompletnie nie wiedziałam co odpowiedzieć. Położyłam jej dłoń na głowie suki. Kiedy Morfina zaczęła lizać drugą rękę babci i położyła swój łeb na jej kolanach, łzy przestały płynąć i babcia trochę poweselała. Wyszłam do kuchni pod pretekstem zamieszania zupy. Musiałam hamować własne łzy rękawem bluzki. Nie mogłam znieść jej smutku i gdybym mogła wzięłabym to cierpienie na siebie… ale nie mogłam. Musiałam wtedy tłumaczyć spuchniętą twarz nagłą alergią na pyłki. Babcia nie była naiwna ale udawała, że mi uwierzyła i 20 minut później wcinałyśmy lody z wiaderka, zaśmiewając się z pokazu mody męskiej w telewizji. Co z tego, że nie jadłyśmy jeszcze obiadu.
Pojechaliśmy z babcią na umówioną wizytę na onkologię. Czekaliśmy w kolejce 5 godzin, żeby dowiedzieć się że kolejnej wizyty nie będzie. Przerzut do mózgu. Nieoperacyjny, brak możliwości dalszego leczenia oprócz kontynuacji chemio- i radioterapii. Leki przeciwbólowe bez zmian plus morfina dożylnie w razie bardzo silnego bólu. Babcia całą drogę powrotną starała się nas pocieszyć. Chyba powinno być na odwrót. Powiedziała, ze jak na pogrzebie będziemy za nią płakać, to się wróci i jak przez kolano przełoży to tydzień nie usiądziemy. Chwilę potem zarządziła nałożenie niebieskiej sukienki (w czarnej jej nie do twarzy), jasne stroje dla rodziny (bo nie będziemy jak kominiarze szli przez całe miasto) i żadnej żałoby. Kilka minut później babcia zastanawiała się czy to prawda co mówią o mężczyznach z długim nosem, bo jeśli tak to chyba się zabierze za tego doktora.
Dni mijały a stan babci to polepszał się, to pogarszał. Spacery odeszły w zapomnienie ze względu na zbyt duży ból. Babcia traciła apetyt i jadła na siłę. Mówiła, że wszystko smakuje tak samo. Zauważyłam jak suka kładła jej na kolanach swoje smaczki i czekoladki. Role się odwróciły, teraz to ona chciała dokarmiać babcię.
Pewnego dnia, kiedy siedziałyśmy wszystkie trzy na balkonie, babcia powiedziała do mnie: „ Paulinka ale Ty nie bądź na mnie zła jak czasem będę się zachowywać jak nie ja albo zapomnę Twojego imienia dobrze? To rak będzie taki nie ja. Ja Cię zawsze będę pamiętać, wiesz? Tylko może nie będę umiała tego powiedzieć.” Wiem babciu. „ Jak już kiedyś umrę, to przyprowadź do mnie czasem Morfi, dobrze? Ja wiem, że psom nie wolno na cmentarz ale chociaż za siatką, żebym sobie na nią popatrzyła”. Przytuliłam babcię na ile pozwalał mi na to jej delikatny stan i modliłam się żeby się nie rozryczeć. W następnych tygodniach rak często przez nią przemawiał. Czasem nie poznawała nikogo i dopiero po dłuższej chwili przypominała sobie, że ma dzieci, wnuki i ukochanego psa. Bywały też dni kiedy była całkowicie sobą i żartowała, że kiedy mówi szeptem przez maszynę tlenową to brzmi jak Darth Vader. Gdyby miłość mogła zwalczać raka, to ustrojstwo nie miałoby szans.
Parę dni temu przyszłam do niej ze słodkościami. Obaliłyśmy pół tortu we dwie, a potem babcia zarządziła pizzę. Powiedziała, że ma taką ochotę że jak dostawca się nie pospieszy, to go na swoim pojeździe czterokołowym wyprzedzi. To był jeden z tych lepszych dni. Około 22 poszłam do domu, tej nocy dyżur przy babci pełnił mój wujek. Uściskałam ją, dałam buziaka, podniosłam sukę, żeby też mogła dać babci całusa i wyszłyśmy.
O 5 rano zadzwonił telefon. To był wujek. Powiedział, że jeżeli chcemy pożegnać się z babcią, to teraz jest chyba ostatni moment. Nie docierało to do mnie. Przecież kilka godzin temu rozmawiałyśmy o krzywych nogach prezenterki w telewizji.
Pół godziny później weszłyśmy do mieszkania. Ja, mama, moja siostra i nasz pies. Na miejscu był już ksiądz i lekarz a spuchnięte twarze przybyłej rodziny świadczyły o stanie w jakim znajdowała się babcia. Mimo podłączonej maszyny tlenowej miała potworne problemy z oddychaniem i co chwilę traciła przytomność. Lekarz oświadczył, że to już końcówka. Wszyscy siedzieli dookoła łóżka, a ja będąc dalej w szoku stałam na uboczu i trzymałam rozhisteryzowaną sukę, która chciała staranować księdza, lekarza i wszystkich którzy staną jej na drodze. Wtedy babcia zacharczała. Lekarz pochylił się nad nią i stwierdził, że chyba próbuje coś powiedzieć. Podałam smycz mamie i sama usiadłam przy łóżku. Nic nie zrozumiałam ale z pewnością był to jeden wyraz. Lekarz powiedział : „morfina tak? Boli Panią, dać zastrzyk?”. Babcia zaprzeczyła głową, chociaż widać było że kosztuje ją to niewyobrażalnie wiele wysiłku i podjęła kolejną próbę wypowiedzenia słowa. Usłyszałam „Mor–fi-nka”. Powiedziałam lekarzowi, że babci prawdopodobnie nie chodzi o leki tylko o mojego psa. Spytałam czy mogą się pożegnać. Babcia zaczęła potakiwać głową i usilnie chciała poruszyć ręką. Lekarz widząc reakcję zezwolił ale dodał „tylko ostrożnie”. Podprowadziłam sukę, która zaczęła popiskiwać i wpychać swój nos pod babciną dłoń. Babci udało się poruszyć palcem i poskrobać sukę po czole: „ Zaj-mij… się ni-mi… ja już… mu-sze iść”. Chciałabym Wam powiedzieć, co było dalej ale pamiętam tylko urywki. Uczucie jakbym dostała w głowę czymś ciężkim. Jakieś dziwne chrupniecie w sercu. Lekarz stwierdzający zgon. Wycie odciąganej suki, kiedy zasuwano plastikowy worek i wynoszono babcię do samochodu pogrzebowego. Jakieś pytania, które padały w moją stronę i moje odpowiedzi których nie byłam świadoma. Ponoć zdążyłam jeszcze babcię przytulić ale tego też nie pamiętam. Właściwie z tego stanu wyrwałam się dopiero na pogrzebie. Wszyscy płakali. Ja nie mogłam. Obiecałam babci. Późnym wieczorem przemyciłam psa na cmentarz, bocznym wejściem. Suka położyła się przy kopcu usypanej ziemi i zaczęła cicho skomleć i posapywać. Gdybym mogła, zostałabym tam na noc ale ludzie zaczęli na nas zwracać coraz większą uwagę i musiałam się zwinąć zanim zawiadomią służby. Było naprawdę ciężko odciągnąć stamtąd Morfinę. To była najdłuższa droga w moim życiu.
Pies dalej widząc kogoś na wózku inwalidzkim biegnie co sił w łapach, z wywalonym jęzorem i merdającym ogonem, żeby chwilę później wrócić rozczarowana i zrezygnowana że i tym razem to nie była babcia. To nie powstrzymuje jej jednak przed napastowaniem wszystkich wózków inwalidzkich jakie tylko znajdą się w zasięgu jej wzroku. Przechodząc pod mieszkaniem babci dalej wypatruje jej na balkonie. Szczerze mówiąc sama również się na tym złapałam. Udało mi się dzisiaj zmusić ją Morfi do jedzenia, którego odmawiała przez ostatnie 2 dni.
Pisałam ten wpis na raty przez półtorej dnia, ponieważ nie byłam w stanie widzieć klawiatury przez mgłę ( oj babcia spierze mi za to tyłek ). Chyba chciałam Wam uświadomić potęgę psiego przywiązania.
Właściwie mam do Was prośbę. Przytulcie dzisiaj kogoś bez powodu: matkę, siostrę, męża, dziecko, psa albo złotą rybkę – nieważne. Ważne żebyście to zrobili, bo przekonałam się że nigdy nie wiadomo czy nie robimy tego przypadkiem ostatni raz.

Dzięki, że przebrnęliście przez ten tekst.