Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

niedziela, 28 lutego 2021

Granice są nieprzekraczalne

"Temu psu można zrobić wszystko", słyszeliście to kiedyś?

Osobiście uważam, że każda istota żywa dowolnego gatunku ma swoje granice i jeśli się te granice przekroczy, należy się liczyć z przykrymi konsekwencjami. To samo dotyczy ludzi. Nawet największą oazę spokoju można sprowokować, jeśli tylko ma się w sobie wystarczająco dużo upierdliwości i braku poszanowania barier i szacunku dla drugiej osoby. Najbardziej szokuje zawsze reakcja tych najcichszych i najspokojniejszych. Tych, którzy byli uważani za lilie wodne na tafli jeziora. Nikt nie spodziewa się tego, co następuje po przekroczeniu granicy. Wybuch mnicha robi dużo większe wrażenie niż codzienne ataki agresji u kogoś, dla kogo jest to typowe.

Z jednej strony uwielbiam patrzeć jak ktoś bardzo nietaktowny i uciążliwy jest w ten sposób sprowadzany na ziemię i zmuszany do nauki prawidłowych interakcji z drugim żyjącym organizmem, czy to w przypadku ludzi, czy zwierząt. Z drugiej jednak strony, często pociąga to za sobą przykre konsekwencje dla "atakującego", mimo że była to jedynie obrona. Niesprawiedliwa ocena sytuacji jest dużo częstsza w przypadku psów. Nie mogą one wytłumaczyć swojego zachowania i cała wina za zdarzenie jest przelewana na nie.

O ile pozwalam ludziom (małym i dużym) na kontakt z Morfiną, tak wiem, że mimo swojego przyjaznego usposobienia, nawet ona ma czasem dość. Moim obowiązkiem jest nie dopuścić, żeby ktokolwiek naruszył jej granice, które zmusiłyby ją do podjęcia akcji, której podjąć by nie chciała, ale do której podjęcia zostałaby zmuszona. Jeśli widzę, że po kilkugodzinnej zabawie z dziećmi mój pies jest zmęczony, ponieważ ma już swoje lata i przypadłości, odsuwam pędraki na bok i tłumaczę dlaczego futro potrzebuje półgodzinnej drzemki, w której nie powinno się jej przeszkadzać. Zrozumienie i empatia drugiej strony są bardzo ważne i zazwyczaj respektowanie potrzeb innej istoty przychodzi nam bez większych problemów. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy wymagamy od drugiej osoby czy zwierzęcia porzucenia wszelkich granic i w pełni dostosowania się do naszych osobistych potrzeb i wymagań.

Podam Wam przykład, który wydarzył się nie tak dawno temu, a który był bardzo widowiskowy i stosunkowo niebezpieczny.

Pewien dżentelmen, chcąc się pochwalić swoim dobrze wyszkolonym i ułożonym psem sporej rasy, zaczął popisywać się przed płcią piękną jego zdolnościami. Mężczyzna wielokrotnie wchodził w polemikę ze swoją matką, która zauważyła pierwsze objawy przemęczenia u psa i zaproponowała odseparowanie zwierzęcia i podanie mu wody. Właściciel był jednak nieustępliwy, powtarzając jak mantry zdania: "prawdziwy pies to się nigdy nie męczy", "on bez wody to może i kilka dni" oraz mój osobisty faworyt "on nie wie co to zmęczenie, przecież to szkolony pies". Jakby szkolenie miało na celu eliminację podstawowych potrzeb życiowych. Pies wykonywał komendy coraz mniej ochoczo i ku frustracji swojego właściciela, nie wykazywał oczekiwanego poziomu energii. Po dłuższym klepaniu, demonstracji kłów i wsadzania ręki do psiego pyska, zwierzę zawarczało, czym wywołało mały popłoch i zdziwienie zarówno mężczyzny, jak i zgromadzonej dookoła płci pięknej. Kobiety zaczęły przekonywać jegomościa, że to co widziały w zupełności im wystarczy, a pies powinien odpocząć. Sygnał ostrzegawczy był tak wyraźny, że postronne osoby postanowiły się wycofać, jednak nie podziałał on na właściciela, który kontynuował próby wyegzekwowania od zwierzęcia dokładnie tego, czego chciał. Jakież było zdziwienie owego dżentelmena, kiedy psia paszcza zatrzasnęła się ze zgrzytem na jego dłoni. Było dużo krwi, jeszcze więcej paniki i w ostatecznym rozrachunku, około dziesięciu szwów. Okazało się, że pies to nie robot i nie można "zrobić mu wszystkiego". Rehabilitacja ręki była kosztowna, ale bardziej kosztowna była ponowna praca z trenerem i zaufanie psu, który raz już ugryzł rękę, która karmiła. 

Finał historii nie był tak dewastujący, jak mógłby być, ponieważ mężczyzna zrozumiał swój błąd i zamiast pozbyć się "agresora" postanowił popracować przede wszystkim nad sobą, jednak takie sytuacje zazwyczaj kończą się w dużo mniej przyjemny dla obu stron sposób. Wina nie leżała po stronie psa, ale pies był obwiniany. Łatka "agresywnego" została do niego przyklejona na stałe i nie był już mile widzianym gościem na tłumnych spotkaniach.

Wszystko to przez przekroczenie bardzo cienkiej, czerwonej linii, której ludzie często nie zauważają i zdarza im się po niej deptać.


sobota, 27 lutego 2021

Jak prawie dostać w pysk za dom Hogwartu

Noc. Syberia. Lokalizacja: południowa Polska. Późny powrót do domu. Oczekiwanie na autobus. 

Wciskam się w kąt przystanku, mrużąc oczy i usiłując odeprzeć atak łupieżu nieba. Podchodzi do mnie jegomość, lekko al dente, rozstawia się szpagatem najszerzej jak potrafi i trzymając dumnie swój szalik, zaczyna do mnie przemawiać:

- A ty, gościu, to chyba pomyliłeś ulice.

Woń Bociana przechodzi nawet przez maseczkę FFP2, więc odsuwam się na bezpieczną odległość i dając poliglocie do zrozumienia, że nie szukam dziś rozrywki, próbuję obejść człowieka gumę dookoła, uważając przy tym, żeby nie potknąć się o jego rozcyrklowane nogi.

- A ty gdzie? Jeszcze z tobą nie skończyłem. Skończyłem? - rzuca ofiara sfermentowanych ziemniaków i kukurydzy, po czym ponownie zastępuje mi drogę. W tym czasie z zaplecza nadciąga reszta niedogotowanej watahy, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi.

- Co masz na szyi gościu, co?

- Szalik - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Następuje cisza pełna konsternacji i na czole lidera rozbujanej ekipy pojawiają się dwie zmarszczki. Widać, że audio nie zgadza mu się z wizualizacją, więc patrząc na moje zamaskowane, owinięte szalikiem oblicze, o dwa rozmiary za dużą kurtkę i czarne śniegowce, pyta:

- A ty baba?

- Tak?

- Na pewno?

- Tak.

- Ku#wa, no kobiet nie biję. Ale weź zmień barwy, bo ku#wa wstyd po ulicy chodzić.

Prawdopodobnie zdezorientowanie wylewa mi się przez oczy, więc mężczyzna patrzy na mnie jak na odklejeńca i wskazuje na szalik.

- No jaki jesteś klub?

- Klub?

- No szalik z czego masz?

- Gryffindor.

- Korona Kielce, tfu.

- Pierwsze słyszę.

- Nie strzelaj tu głupa, tylko zdejm to gówno i wypier#alaj.

Nie mając siły na dyskusję, postanawiam wziąć sobie jakże cenne rady do serca, schować szalik do plecaka i przejść się na drugi koniec przystanku, którego nie obejmuje już niestety daszek budynku.

- Najlepiej to wywal, o albo spal - rzuca za mną król dzielnicy w szaliku o niezidentyfikowanych kolorach i zerkając na mnie z ukosa, dołącza do kolegów.

Zastanawia mnie czy szalik Slytherinu byłby bezpieczniejszą opcją, ale googlując kolory klubów piłkarskich w mojej okolicy, stwierdzam że odpada większość znanych mi kombinacji.

Autobus podjeżdża, więc ładuję się do środka, czekam na zamknięcie drzwi, owijam się szalikiem ponownie i łapię kontakt wzrokowy z fanami kopania gumy, stojącymi na zewnątrz. Nie wiem czy szyba drga przez ruch silnika pojazdu, czy przez skumulowaną nienawiść, sączącą się z zasypanego puchem mroku, ale autobus rusza, zostawiając bohaterów nocy za sobą, razem z resztkami mojej energii.




sobota, 9 stycznia 2021

2021

"Nowy rok, nowa ja", znacie to?

Co roku ta sama zabawa z postanowieniami noworocznymi, którym sprosta tylko bardzo mała grupka bardzo zawziętych i upartych osób. Reszta albo podda się w połowie, albo zostanie pokonana przez nieosiągalne cele i uderzy czołem o zbyt wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Nie mówię tego, żeby kogokolwiek zniechęcić. Jeśli to Wasza tradycja, jeśli daje Wam to motywację i bodziec do działania, to lećcie i rozwijajcie skrzydła. Siłownie co prawda będą jeszcze zamknięte przez jakiś czas, ale zawsze zostają aktywności na świeżym powietrzu lub zabawa w domu na goglach do wirtualnej rzeczywistości. 

Ja osobiście odpuszczam sobie jakiekolwiek obietnice względem siebie w tym roku. 2020 zdewastował mnie fizycznie i psychicznie do tego stopnia, że obawiam się, iż najmniejsze niepowodzenie i przerost ambicji może poskutkować roztrzaskaniem kruchej szyby poczytalności, po której stąpałam przez ostatnich kilkanaście miesięcy i która nadaje się do jak najszybszej renowacji, ponieważ dwadzieścia dwadzieścia rzucało w nią cegłami z uporem narodowców po zobaczeniu tęczowej flagi.

Cieszę się, że ten rok się skończył i chociaż wiem, że jest to granica umowna, ustalona przez ludzi i że w praktyce niczego to dla świata nie zmienia, to jednak pozostaje to psychiczne poczucie odcięcia się od wszystkiego, co nas w poprzednim roku spotkało i rozpoczęcia od nowej, czystej karty.

Ten rok nie będzie moim rokiem. Nie dlatego, że podchodzę do tego pesymistycznie, a dlatego, że nie chcę, żeby nim był. Chcę podejść do niego na spokojnie, bez większego entuzjazmu i ewentualnie dać się mile zaskoczyć. Wolałabym, żeby był to rok wszystkich, a nie jednego człowieka. Chciałabym, żeby każdy wyniósł z tego roku coś pozytywnego. To może być mały kawałek ciasta, którym nikt się nie naje, ale po którym zostanie miłe wspomnienie. Dużo milsze od rozbitego talerza i burczącego brzucha.

W tym roku ja przysiądę sobie na gałęzi albo jeszcze lepiej na ziemi, na wypadek, gdybym przypadkiem miała spaść i popatrzę jak latają inne ptaki. Będę je dopingować i jeśli zajdzie taka potrzeba, będę im pomagać, ale sama skrzydłem nie ruszę, choćbym miała hemoroidów dostać od tego siedzenia i chronicznego kataru od trawy dookoła. Czasem trzeba sobie odpuścić i zrozumieć, że to wcale nie jest nic złego. Regeneracja jest równie ważna co sam wysiłek, o ile nie ważniejsza. Z każdego rollercoastera trzeba kiedyś zejść i znaleźć ławeczkę, najlepiej stabilną, odkażoną i pustą, bo dystans społeczny należy zachować.

W tym roku życzę Wam więc pomyślnych wiatrów, jeśli macie zamiar polatać, spokojnych wód, jeśli macie zamiar popływać i żeby Wam w życiu sprężyna z kanapy w tyłek nie wlazła, jeśli chcecie się tylko poprzyglądać.

Miłego roku. Pisane małymi, żeby 2020 nie usłyszał i się przypadkiem nie wrócił.


piątek, 11 grudnia 2020

Bodyguard za piątaka

Bardzo często wracam z laboratorium w godzinach późnowieczornych. Na zewnątrz ciemno robi się już w okolicach siedemnastej, a przystanek autobusowy oświetla jedna latarnia i neony pobliskich sklepików, więc zazwyczaj ludzie czekają na autobus w ciemności.

- Pani kierowniczko! - usłyszałam znajomy mi głos i zza rogu wyłonili się Bonnie i Clyde XXI wieku. Znajome twarze powitały mnie uśmiechem i pytaniem, które nie zmieniało się odkąd pierwszy raz zobaczyłam tę dwójkę kilka lat temu - Ma kierowniczka coś do jedzenia? Jak kierowniczce minął dzień?

- Nie mam przy sobie, ale i tak idę do budki z frytkami, to mają panowie szczęście - odpowiedziałam, przechodząc na drugą stronę chodnika.

Mężczyźni byli ubrani skromnie, nie mieli domu ani połowy zębów, a jeden z nich mógł właśnie przekraczać sześćdziesiątkę, ale zawsze trzymali się razem i nigdy nie naprzykrzali się obcym. Zawsze mili, zawsze trzeźwi, zawsze proszący tylko o jedzenie, nigdy o pieniądze, panowie rozpoznawali mnie już nawet w maseczce i owijce z szalika. Mieli też sokoli wzrok, skoro wypatrzyli mnie już z przystanku.

Postawiłam zmarzniętym towarzyszom frytki, oni pobłogosławili mnie, moje dzieci i wnuki moich wnuków i udałam się na przystanek, skąd dalej widziałam panów dzierżących ciepłe paczuszki i koczujących pod sklepem, osłaniającym ich nieco od wiatru.

Cisza nocy została jednak szybko zmącona przez trzech, rozbujanych jegomości, podbijających do każdej osoby na przystanku i rzucających pretensje w jedynie sobie znanym języku. Mimo ignorowania, stroszących się w stylu koguta, mężczyzn, podchodzili oni coraz bliżej, dając oczekującym do zrozumienia, że nie podoba im się obecność pasażerów na przystanku. Kiedy nadeszła moja kolej na zlekceważenie degustatorów tanich trunków osiedlowych, zauważyłam dwóch ninja, przemykających truchtem pod osłoną nocy, niezważających na czerwone światło przejścia dla pieszych.

- Ale ku*wa odpie*dolcie się od naszej kierowniczki! - rzucił mniejszy jegomość, który w piorunującym tempie skończył swoją porcję frytek.

- Won stąd! - dorzucił drugi i kiedy byłam już przekonana, że resztki uzębienia moich rycerzy za chwilę znajdą się na asfalcie, napromilowani panowie zmierzyli wrogów swoim zachwianym skanem prawilności, unieśli ręce w międzynarodowym geście, oznaczającym "to nie ja, ja nic nie wiem" i oddalili się w stronę sklepów, by tam dręczyć kolejne osoby swoimi uwagami odnośnie "wyeble", czymkolwiek to było. Będąc w niemałym szoku, że dwóch wątłych panów właśnie całkowicie zdominowało większych od siebie rywali, napakowanych białkiem i proteinami z puszki, podziękowałam i rozejrzałam się po stojących na przystanku ludziach, którzy pod maskami musieli mieć podobny wyraz twarzy do mojego.

- A pani kierowniczka to kiedy ma autobus? Bo my tu poczekamy, żeby pani nikt nie zaczepiał - przemówił niższy z rycerzy, podczas gdy wyższy przytakiwał i spoglądał wrogo w stronę sklepów.

- Za kilka minut, ale naprawdę nie trzeba. Oni już chyba nie wrócą.

- Ale my poczekamy, nam się nie spieszy.

Mój żółty dyliżans nadjechał, a ja zostałam oddelegowana przez moją ochronę, na którą wydałam tego dnia całe pięć złotych z groszami. Podziękowałam, pomachałam i wróciłam do domu, zastanawiając się co się właściwie zdarzyło.


piątek, 4 grudnia 2020

Sposób na koncentrację

Walczycie ze zdalnym nauczaniem? Macie problemy z koncentracją? Ściana Waszego pokoju, którą widzicie codziennie od lat, jest ciekawsza od tego, co próbuje przekazać Wam nauczyciel? Krople deszczu, spływające po szybie, stają się fascynujące w momencie włączenia przez profesora mikrofonu? Łóżko przyciąga Was pozaziemską siłą przyciągania?

Mnie też. Dlatego podczas większości wykładów gram w pewną grę, która pomaga mi skupić się na wypowiadanych przez prowadzącego słowach i nie odpływać w krainę zapomnienia. Każdy wykładowca ma swoje ulubione hasła, których nadużywa na zajęciach. Za każdym razem, kiedy usłyszymy dane słowo, możemy się nagrodzić.

Przykład poniżej.

Piętnasta minuta wykładu:


Sto dziesiąta minuta wykładu:


Zastosować można tu właściwie wszystko. Pianki, żelki, czekoladki. Zdrowszą opcją są orzechy czy kawałki owoców. Należy uważać na wybór dobroci, ponieważ jak widać na załączonym obrazku, już tydzień takich zabaw może nas znacząco przybliżyć do cukrzycy.

Dla tych bardziej odważnych proponowane są shoty. Jest to prosty i przyjemny sposób na skasowanie sobie pamięci na resztę dnia już po dwudziestu minutach wykładu oraz konieczność spędzenia następnego dnia w bliskim towarzystwie sedesu. Dla każdego coś dobrego.

Jeśli zastanawiacie się czy kiedykolwiek próbowałam opcji z alkoholem, odpowiem - nie, ale spytajcie Rudą, dlaczego reaguje torsjami na zdanie "jak państwo widzą na załączonym obrazku", bo to bardzo ciekawy przykład odruchu warunkowego.

czwartek, 3 grudnia 2020

Gabinetowe potyczki

Gabinety weterynaryjne w moim mieście podjęły pewne działania prewencyjne i od dłuższego czasu przyjmują tylko pacjentów umówionych na wizytę, a w poczekalni mogą przebywać maksymalnie dwie osoby, które są zaopatrzone w maseczkę. Bez wcześniejszego ustalenia terminu przyjmowane są jedynie nagłe przypadki, reszta musi liczyć się z dodatkowymi kosztami, nałożonymi w formie kary.

Pewnego dnia, kiedy oczekiwałam z Morfiną na badania tarczycowe, do poczekalni wszedł mężczyzna z owczarkiem. Zignorował wielką wywieszkę o konieczności zakrywania twarzy i wprowadził ujadającego psa do środka. Poinformowany, że musi poczekać na zewnątrz, ponieważ w poczekalni na dany moment przebywała już maksymalna ilość osób, wzruszył ramionami i spytał kto ostatni w kolejce. Tłumaczenia o zapisach godzinowych potraktował obojętnie i kontynuował szarpanie się z psem, który miał ochotę pożreć zarówno Morfinę, jak i trzęsącego się w transporterze kota.

Po rozmowie z technikiem mężczyzna zaczął być agresywny, co tylko rozjuszyło i tak już rozzłoszczonego psa, więc do akcji wkroczył lekarz, usiłujący wyjaśnić człowiekowi, że nie zostanie on przyjęty bez wcześniejszego zapisu, chyba że uiści odpowiednią opłatę i założy na twarz maseczkę. Mężczyzna tak się zirytował, że przewrócił dystrybutor wody, stojący przy ścianie, po czym odgrażając się, opuścił gabinet, przeklinając pod nosem i wracając się trzy razy, żeby nawrzucać lekarzowi.

- Jak widać, nie tylko zwierzęta mogą mieć wściekliznę - rzucił weterynarz, kiedy do gabinetu weszła kobieta, prowadząc przed sobą tego samego owczarka.

- Ja przepraszam za narzeczonego - zaczęła, próbując przekrzyczeć szczekającego psa - on taki nerwowy jest. Myśmy byli umówieni na wizytę, ja mam karteczkę, on zapomniał o tym.

- To proszę poczekać na swoją kolej na zewnątrz, bo mamy lekkie opóźnienie - odparł lekarz.

- Tak, tak, oczywiście.

- Tamten pan nie wchodzi. Po pierwsze nie stosuje się do zasad, po drugie jest agresywny.

- Ale ja go mogę sama nie utrzymać, on się będzie wyrywał.

- Przykro mi, ale musi sobie pani jakoś poradzić, jeśli chce pani dzisiaj wejść.

Kobieta odczekała swoje, weszła do środka i załatwiła sprawę, nie dając się przy okazji pożreć przez własnego psa. Wszystko w dużo spokojniejszej atmosferze.

Jakiś czas później okazało się, że gabinet dostał bardzo nieprzyjemny, anonimowy komentarz odnoszący się do dyskryminacji i podziałów, oraz "chamskiego" zachowania personelu.

Nie jestem detektywem, ale chyba wiem kto mógł być jego autorem.



Kieliszek z labretami

Kiedy miałam osiem lat, moja ciocia zabrała mnie do kosmetyczki i wbrew woli mojej mamy oraz mojej, przekłuła mi uszy. Zabieg był wykonany pistoletem, w średnio sterylnych warunkach, przez osobę do tego nieupoważnioną. Co złego jest w pistoletach, spytacie? Profesjonalny piercer przebija igłą, która nie rozrywa i nie miażdży tkanek, jak dzieje się w przypadku przekłuwania pistoletem, który wbija tępo zakończony kolczyk w ciało na siłę. Tworzą się zrosty, infekcje, przekłucie goi się dłużej, a czasem wcale. Była to jednak tańsza opcja i w tamtych czasach nikt nie był jeszcze na tyle uświadomiony, żeby się tym przejmować. Ciocia chciała, żebym wyglądała ładnie i dziewczęco na komunii, więc zrobiła to bez większego namysłu, nie pytając mnie o zdanie, ponieważ "każda dziewczynka chce mieć kolczyki". 

Ważna uwaga jeśli chodzi o przekłucia: wszystko powinno być sterylne, a personel powinien mieć założone rękawiczki, przekłucie powinno być wykonane igłą, a pierwsza biżuteria musi być tytanowa, ponieważ inne metale (nawet szlachetne, takie jak złoto czy srebro) zawierają w sobie nikiel, który często powoduje reakcje alergiczne. Kolczyka nie należy wyjmować przez kilka miesięcy, do momentu całkowitego zagojenia. Należy dbać o higienę wokół miejsca przekłucia, stosując srebro koloidalne lub inne odpowiednie do tego specyfiki. Nie należy dotykać miejsca przekłucia niezdezynfekowanymi rękami ani obracać kolczykiem. Kolczyk w uchu powinien być prostym labretem, nieco dłuższym niż standardowy, by zostawić miejsce na opuchliznę. Wszelkie motylkowe zapięcia odpadają.

Kosmetyczka złamała wtedy wszystkie powyższe zasady, efektem czego moje ucho zaczęło wchłaniać kolczyk już trzeciego dnia. Niewyobrażalny ból, krwawienia i stany zapalne ciągnęły się za mną latami, a na komunii wyglądałam jak ofiara przemocy domowej. Miałam osiem lat i byłam dzieckiem puszczy, więc infekcje w przekłuciach stały się moim znakiem rozpoznawczym. Nie potrzebowałam tych kolczyków i nigdy o nie nie prosiłam. Kojarzyły mi się tylko z bólem i cierpieniem, haczyły o wszystko i sprawiały mi same kłopoty, a do tego żywe rany wcale nie wyglądały ładnie. Przekłucie było nie do zaleczenia, więc wyciągnęliśmy biżuterię w nadziei, że dziurka się zagoi i zarośnie. Tak się jednak nie stało i przekłucie leczyłam aż do wieku nastoletniego, kiedy to moje uszy zaczęły powoli wybaczać mi zbrodnię, jakiej się na nich dopuszczono.

Z pomocą piercera udało mi się całkowicie zagoić przekłucia, ale moje uszy reagują agresją na wiele czynników, dlatego muszę poświęcać im więcej czasu i uwagi, żebyśmy mogli żyć w symbiozie.

Do czego zmierzam, po tym nieco przydługim wstępie.

Moja wieczorna rutyna polega na przemywaniu przekłuć, dezynfekcji tytanowych labretów, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, nawilżeniu przekłucia przynajmniej trzema specyfikami, masażu płatków ucha i aplikacji biżuterii.

Kolczyki najprościej dezynfekuje mi się za pomocą alkoholu i kieliszka. Jako że sytuacja w kraju jest obecnie mocno nastawiona na odkażanie, w domu na każdym blacie stoi butelka spirytusu z zamontowaną pompką, co znacząco ułatwia mi sprawę. Zostawiam kieliszek z biżuterią na blacie, zalewam go alkoholem, a sama idę do łazienki, wykonywać nad moimi uszami serię magicznych rytuałów. Tak wygląda każdy dzień. Dla mnie stało się to normą, której nie poświęcam większej uwagi.

Pewnego dnia Ruda zaproponowała libację. Jako że był środek tygodnia, odmówiłam, tłumacząc się wykładami i pracą projektową. Ognistowłose zmierzyło mnie wzrokiem z góry do dołu i rzekło:

- Przecież codziennie shotujesz, więc powinnaś być uodporniona.

Nie miałam pojęcia o co jej chodziło, więc stałyśmy tak chwilę w wielkiej konsternacji, patrząc sobie głęboko w oczy, aż nie naszło mnie olśnienie.

- Chcesz mi powiedzieć, że od tygodni obserwujesz jak migruję do pokoju z kieliszkiem spirytusu i słówka nie pisnęłaś w tej sprawie?

- Dorosła jesteś, nie?

- Ty poważnie myślisz, że ja co wieczór ładuję sobie kielicha z 96% spirolu i idę pisać pracę?

- No.

- I to dla ciebie było całkowicie normalne i nie wzbudziło to ani trochę twoich podejrzeń?

- No.

- Za kogo ty mnie masz?

- Za kogoś, kto mógłby przejść do większego kalibru, bo burbon stygnie.

Sprawa została oczywiście wyjaśniona, a nadzieje Rudej na chlanie życia pogrzebane, ale chciałabym kiedyś podchodzić do wszystkich aspektów życia z taką lekkością i oczywistością, jak to dziecko z piekieł.