Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

poniedziałek, 12 października 2020

Wiedza tajemna

Dotarło do mnie, że posiadam ogromne pokłady wiedzy bezużytecznej. Wiem jak dokładnie wygląda w środku makieta rekina, użyta do nakręcenia "Szczęk" w 1975 roku i kiedy przenosi się do Niemiec firma produkująca Lentilky, ale spytajcie mnie jakie są główne właściwości membran polimerowych, z których robiłam specjalizację, a będę musiała się poważnie zastanowić.

Oglądaliśmy ostatnio horror. Zdalnie. Jedna osoba udostępniała ekran, a reszta oglądała go na ekranie swojego komputera lub komórki w domu. Podczas komentowania głupich decyzji głównej postaci, temat zszedł na planszę Ouija (taka tabliczka z literkami do kontaktu z duchami). Kobieta na ekranie przecięła dłoń szklanką, przez co kilka kropel krwi dostało się na planszę.

- Przewalone - powiedziałam - krew jej kapnęła.

- To źle? - spytał ktoś na czacie.

- No plansza nie może mieć kontaktu z krwią.

- Dlaczego?

- Takie są zasady. Tak samo jak w pomieszczeniu nie może być dzieci i zwierząt, powinieneś się zawsze pożegnać przed zakończeniem seansu i przerwać go od razu jak wskaźnik zaczyna tworzyć symbol nieskończoności albo szóstkę. Nie powinno się też odkupować używanej planszy ani przeprowadzać seansu w pojedynkę.

- ... a Ty skąd to właściwie wiesz?

Właściwie to nie wiedziałam skąd. Musiałam kiedyś zabłądzić o trzeciej w nocy na YT i znaleźć takie informacje między filmikami o wyciskaniu pryszczy, a wymianie królowej pszczół w pasiece. Nie interesuję się żadną z powyższych rzeczy, ale każdy w życiu chociaż raz wszedł w tryb zombie, kiedy obojętne było co się ogląda, byle leciało w tle.

Strach pomyśleć jakie jeszcze informacje mogą być zakamuflowane w odmętach mojego umysłu...

Tak poza tym, wiedzieliście że jest rodzaj mumifikacji, którą przeprowadza się w miodzie jeszcze za życia? Wygooglujcie sobie "Mellified man".

Przyjemnej lektury.

sobota, 10 października 2020

Pies пока

Obecnie nasza uczelnia objęta jest hybrydowym systemem nauczania, co oznacza, że część zajęć odbywa się zdalnie (wykłady, ćwiczenia, projekty), natomiast pozostała część, stanowiąca mniejszość, odbywa się kontaktowo (laboratoria). Naukę domową, z użyciem komunikatorów mamy więc przez cztery dni w tygodniu. Zazwyczaj są to panele wykładowe od 8:30 do 17:00 z małymi przerwami, w których każdy z nas zdąży zrobić sobie coś do jedzenia, wyjść do łazienki, czy zapaść w pięciominutową drzemkę. Ja te przerwy wykorzystuję na szybki przemarsz z psem wokół bloku. 

Morfina przez ostatnie pół roku nauczyła się nowego schematu. Czasem przychodzi mi poprzeszkadzać, ale wie już kiedy jest pora na szybki spacer, średni spacer i dłuższy spacer, podczas którego usiłuję wytłumaczyć prowadzącemu dlaczego samochody przejeżdżają przez moje mieszkanie.

Nie wiedziałam jednak, że puchata wyuczyła się komend głosowych, których wcale nie miałam zamiaru jej uczyć, a które podłapała jako sygnał zakończenia wykładu, co równało się wyjściu na spacer.

Dzięki temu Morfina reaguje teraz na "do widzenia", "goodbye" i "пока" tak samo jak reaguje na słowa "spacerek", "idziemy" i zdanie "szukaj smyczy". Mój pies nauczył się pożegnania w trzech językach i zrozumiał to jako sygnał do opuszczenia mieszkania. Zajęło jej to pół roku i dokonała tego bez mojej ingerencji. Wadą całej sytuacji jest jednak to, że czasem puchata wychwytuje te słowa w tekście przeze mnie czytanym i domaga się wyjścia, kiedy wykład wcale się jeszcze nie zakończył. "Goodbye" to dla niej "goodbye", obojętnie w jakim pada kontekście i czy był to tylko cytat podany przez Johna z czytanki, czy moje własne pożegnanie.
Cóż, wszystko ma swoje wady.

Mogę powiedzieć, że zdalne nauczanie objęło też rozwój mojego psa, mimo że tej opcji nie było w pakiecie. Zastanawiam się nad puszczaniem jej na głos całych wykładów. Może za kolejne pół roku będzie mogła robić za mnie notatki.



czwartek, 8 października 2020

Deratyzacja

Podczas trwania szczurzego wybiegu rozlega się pukanie do drzwi. Gryzonie rozlane na łóżku, testują maksymalną powierzchnię, jaką mogą sobą zająć, więc zabieram towarzystwo i upychając łaciate kluchy w kieszeń bluzy, maszeruję w stronę drzwi.

- Dzień dobry - odzywa się mężczyzna w roboczym ubraniu - potrzebujemy klucze do piwnicy bo... - przerywa, patrząc na mój falujący pod bluzą brzuch. Z kieszeni wyłania się ogon, nos i cała głowa - ... bo deratyzację będziemy przeprowadzać - kontynuuje po chwili, nie odrywając oczu od planujących ucieczkę szczurów.

- Do suszarni też? - pytam, przebierając w pęku kluczy.

- Też, też - odpowiada, zerkając na migrujące po moim ubraniu gryzonie.

Wręczam mężczyźnie klucze, przytrzymując maślanego księcia na ramieniu i kontrolując MMA, które dzieje się w moim kapturze między pozostałą dwójką.

- U pani też by się przydała mała deratyzacja może.

Uśmiecham się pobłażliwie do tego lekko suchego żartu i odprowadzam zmieszanego człowieka wzrokiem. Chwilę później klucze wracają do mnie już z ręki innego człowieka, który rozgląda się zaciekawiony po korytarzu, najwidoczniej ciekaw szczurzej kolonii z opowieści kolegi.

- Ale trafiliśmy, co? - przemawia w końcu - Te pani się nie obrażą na nas, co? Żeby nas nie zeżarły jak te myszy tego Popiela. A gdzie one są tak właściwie?

- Poszły do piwnicy polować.

Mężczyzna oddaje mi klucze i odchodzi. Powaga na twarzy sugeruje mi, że zdanie weszło nie tak jak powinno, ale jest już za późno, żeby to naprawić. Stoję więc przy uchylonych drzwiach w niezręcznej ciszy, kiedy z klatki schodowej dochodzi mnie głośne:

- Białe całe i z pięć ich było, takie jak się na kacu widzi!


wtorek, 6 października 2020

Magiczny olej

Ósma rano. Za pięć minut wykład, więc moje nieprzytomne oblicze kieruje się do kuchni, żeby popełnić śniadanie. Decyduję się na omlet i rozpoczynam poszukiwania natłuszczacza. Niestety w szafkach i lodówce nie znajduję niczego przydatnego. Ostatecznie odkrywam ukrytą butelkę pod stertą garnków i niewiele myśląc wlewam kapkę zawartości na patelnię.


Wrzucam jajo, zakrywam, czekam, wykładam, zjadam. Dobre. Nawet bardzo dobre. Ma jakiś dziwny owocowy posmaczek, ale najwidoczniej to wina specyficznego oleju. Decyduję się na dokładkę, a następnie jeszcze jedną, bo trzy jajka to akurat tyle, żeby utrzymać mnie przy życiu do obiadu. Wykład przebiega płynnie i jakoś lżej mi wchodzi. Postanawiam dodać owocowy olej do sałatki przy obiedzie.

- Kto otworzył te berbeluchę? - dobiega głos z kuchni, więc zabieram wykład ze sobą i wchodzę do pomieszczenia.

- Że olej? Ja. Omlet robiłam.

Patrzymy sobie głęboko w oczy, w tle sączy się łagodny głos profesora, który stara się wytłumaczyć nam jakieś rosyjskie przedsięwzięcie wodociągowe, a na mojej twarzy zaczyna malować się uśmiech, ponieważ powoli dociera do mnie czym jest zawartość butelki.

Usmażyłam sobie trzy omlety na mocnym alkoholu, o ósmej rano, na czczo, mając przed sobą cały dzień wykładów.

To będzie dobry dzień.

piątek, 2 października 2020

Podsklepowy pies stróżujący

Jestem posiadaczką trzech świnek skarbonek, z których jedna jest tak naprawdę owcą.


W każdej z tych skarbonek znajdują się drobne nominały, które obciążałyby tylko portfel, więc kiedy miedziaki zaczynają wysypywać się z pleców gipsowej trzody, przeliczam je i wymieniam na lżejsze papierki.

Mając kieszenie wypchane grosikami, których łączna wartość wynosiła 30 zł, wyszłam z misją wymiany drobniaków w okolicznych sklepikach i mniejszych marketach. Moja kurtka stawała się lżejsza, a chmury ciemniejsze, kiedy zauważyłam małego kundelka przywiązanego do rynny. Psiak wpatrywał się w drzwi automatyczne i próbował wtulić się w ścianę sklepu, która nie osłaniała go jednak od wiatru. Skierowałam się do kasy i po wymianie 10 zł, zwiedziłam sklep. Pół godziny później psiak dalej czekał na swoją panią. Jako że zaczynało już padać, postanowiłam poczekać z trzęsącą się kulką na właściciela i osłonić psa przed deszczem. Staliśmy sobie pod wspólnym parasolem dobre czterdzieści minut i kiedy moja cierpliwość się skończyła, weszłam do sklepu ponownie, pytając kasjerki czy nie wie przypadkiem czyja jest ta mała sarenka, moknąca na zewnątrz.

- A, tak, tak - odpowiedziała kasjerka, wychylając się zza lady - Już wołam.

Został uruchomiony intercom i po chwili z zaplecza wyszła kobieta w koszulce sugerującej, że była ona pracownikiem sklepu. Rozejrzałam się niepewnie, ale nikt więcej się nie pojawił.

- No słucham, słucham - rzuciła kobieta.

- Ja szukam właściciela tego nieszczęścia, które moknie na zewnątrz. Już tak od dobrej godziny tam siedzi.

- A coś się dzieje?

- No... pies moknie, zimno mu, poza tym zbliża się burza.

- Nic mu nie będzie, przyzwyczajony jest.

- A może pani zawołać właściciela? Wie pani kto to?

- No ja jestem właścicielem, dlatego wiem, że psu nic nie będzie.

- Ale jak pani jest właścicielem, przecież pani tu pracuje.

- No i pies czeka grzecznie aż skończę pracę i pójdziemy do domu.

- To mam rozumieć, że pies tam stoi już którąś godzinę w taką pogodę?

- No.

- Ale pani żartuje teraz?

- Proszę pani, na ogródku jakby był, to taką samą miałby pogodę.

- Tyle, że na ogródku może by się schował pod jakimś dachem, tam przecież jest ulewa, ten pies nawet nie ma futra za dużo, co pani?

- On nie jest taki delikatny.

- On się cały trzęsie.

- Nie ma pani większych problemów?

- Pani poważnie nie widzi w tym problemu?

- W domu by tęsknił za mną, a tak to mnie widzi.

- Przez szybę, w domu miałby ciepło.

Dyskusja trwała dłuższą chwilę i przypadkowo został w nią zaangażowany pozostały personel sklepu, który w połowie przyznał mi rację. Psiak został wciągnięty do środka i uwiązany przy koszykach, a ja miałam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy kobieta przychodząc do pracy przywiązywała psa przy sklepie na osiem godzin, bez możliwości ruchu, bez jedzenia i wody, bez żadnej osłony przed słońcem, deszczem i wiatrem.

Tak się jednak nie stało, piesek dalej był widywany podczas pracy jego właścicielki, aż pewnego dnia ktoś odpiął smycz i pies zniknął. Monitoring nie zarejestrował czy ktoś wypuścił psa, czy ukradł go spod sklepu, ale zwierzę przepadło. Szukało go wiele osób, zostały przeczesane schroniska, kto mógł udostępniał apel w mediach społecznościowych, została nawet zaoferowana nagroda pieniężna dla znalazcy.

Psa nigdy nie odnaleziono, ale prawdopodobnie został wywieziony poza teren miasta. To były sekundy, nikt nie zauważył, kamery nie sięgały tak daleko. Można było tego uniknąć, wybierając bezpieczeństwo i wygodę psa nad jego ewentualną tęsknotą, ale szkoda została wyrządzona, a ktoś w wyniku złej decyzji stracił przyjaciela, prawdopodobnie na zawsze.


poniedziałek, 28 września 2020

Nie znam tych psów

Będąc pewnego dnia na spacerze z dwoma psami - Morfiną i jej starszym towarzyszem tej samej rasy, natknęłam się na przemarsz młodzieży do lat pięciu z rodzicami. Dzieci ujrzawszy dwie beżowe wełny zaczęły pytać rodziców czy mogą psy pogłaskać. Opiekunowie krasnali zauważyli słusznie, że muszą spytać o to właściciela małych koni, więc brygada złożona z kilku do kilkunastu dzieci (straciłam rachubę, za szybko się poruszały) zaczęła mnie otaczać i pytać jeden przez drugiego czy szanse na utratę ręki przy bliskim kontakcie są wysokie.

Kilka minut później dwa psy leżały rozłożone na chodniku, podczas gdy całe ich futro było pokryte małymi, ludzkimi rączkami. Zwracając dzieciom uwagę, że należy głaskać delikatnie i nie pod włos, starałam się jednocześnie odpowiadać na pytania rodziców. A ile mają? A to rodzeństwo? Będą szczeniaczki? Dużo jedzą? Dużo wychodzi sierści? Jak się wabią?

W całym zamieszaniu przez przypadek błędnie przypisałam imiona kluchom, których widoczne były dla mnie tylko kończyny i zostałam dość szybko zdemaskowana przez większą latorośl, sięgającą do obroży Morfiny. Poprawiłam się, tym razem wskazując prawidłowo na sukę i psa, po czym wróciłam do konwersacji. 

Jedna z kobiet zaczęła mi się jednak baczniej przyglądać i po chwili milczenia zdecydowała się przemówić.

- A to pani psy są?

- Jedno moje, drugie jest u mnie chwilowo - odparłam.

- A co to znaczy chwilowo?

- Do czasu aż nie wrócą właściciele.

- To skąd pani wie, że pies nie jest agresywny w stosunku do dzieci, jeśli nie jest pani? Nie zna go pani tak dobrze.

- Znam go dobrze, wychodzę z nim od dziewięciu lat, po prostu razem nie mieszkamy na co dzień.

- To pani go nie zna dobrze, jak pani nawet imiona myli.

- Proszę pani, normalnie nie mylę, ale teraz jest taki tłok i zamieszanie, że ja nawet tych psów dobrze nie widzę poza kawałkiem futra i smyczą.

- No ja nie wiem, nie wiem - rzekła, po czym zabrała swoją (jak mniemam) pociechę i odeszła kilka kroków, żeby w odległości dwóch metrów patrzeć na resztę swoich znajomych i tam na nich zaczekać.

Kobieta rzuciła jeszcze, że "z tymi większymi psami to nigdy nic nie wiadomo", jakby to w jakikolwiek sposób miało uratować sytuację i zaczęła przyglądać się swoim butom.

Pozostali pogłaskali jeszcze chwilę zwierzęta i popędzani presją czekającej, również zwinęli młodocianych.

Wychodzi na to, że właściwie nie znam tych psów. Psów, z którymi na domiar złego "nigdy nic nie wiadomo". Czuję jak moje życie balansuje na krawędzi.




niedziela, 27 września 2020

Kamerą przez świat, salon, schody...

Zdalne nauczanie. Ktokolwiek brał udział, ten wie. Część osób siedzi przed ekranem w koszuli i spodniach od piżamy, część zabiera wykład na spacer z psem, pozostali w tym czasie usiłują walczyć z zamykającymi się powiekami i brakiem koncentracji, spowodowanymi przesiadywaniem w tym samym pomieszczeniu od miesięcy.

Czasem coś się zawiesi, czasem ktoś się nie wyciszy dzwoniąc po pizzę, czasem na plan główny wchodzą zwierzęta domagające się uwagi.

Zdarzają się wpadki.

Podczas pewnego wczesnoporannego wykładu przeżuwałam leniwie śniadanie złożone z parówki i jogurtu - te dwie rzeczy znalazłam w lodówce i starałam się skupić na schemacie piaskownika, który pojawił się na ekranie.

- Miko, odejdź - szepnęła profesor, przerywając wywód - przepraszam, mój pies. Kontynuując, jak państwo widzą, woda popłuczna jest wynoszona wbrew gradientowi ciśnień...

Pies zaczepiał kobietę i starał się wcisnąć na jej kolana, lecz ona starała się go ignorować i nie przerywać zajęć. Doskonale rozumiałam tę walkę. Moje własne nieszczęście musiałam odgradzać krzesłem, żeby zachować osobistą przestrzeń, a i tak świdrowało mnie spojrzeniem godzinami, żebrząc o atencję.

Nagle nastała cisza, a na ekranie oprócz piaskownika znalazła się zielona ściana. Twarz prowadzącej zniknęła.

- Miko, nie! - usłyszeliśmy chwilę później i wyrwanych ze snu zostało kilku odpływających studentów.

Widok uległ zmianie i po chwili mogliśmy podziwiać żyrandol oraz kawałek karnisza. Laptop został zabrany w podróż. Zwiedziliśmy salon, przedpokój i część kuchni przy akompaniamencie kroków i nawoływań pani profesor. Spotkanie stało się bardzo aktywne i podczas kiedy czat starał się dowiedzieć co się właściwie dzieje, sceneria zmieniała się co kilka sekund. Na ekranie trwało trzęsienie ziemi, a rytmiczne trzaskanie uświadomiło nam, że znaleźliśmy się na schodach. Nie była to przyjemna podróż dla użytkowników słuchawek, więc wszyscy przełączyli się na głośniki. Mówiąc jeden przez drugiego próbowaliśmy łagodnym głosem przekonać psa do oddania laptopa, lecz on ciągnął nas długą prostą przez korytarz. W tle dalej słyszeliśmy zasapany głos wykładowcy.

Cały maraton trwał tylko kilka minut, ale wymagał on ponownego uruchomienia platformy, ponieważ prowadząca miała problem ze zrozumieniem tego, co mówiliśmy, a przez środek jej ekranu przechodziła czarna pręga.

Pręga co prawda nie zniknęła, ale wykład dokończyliśmy. Okazało się, że pies nieopatrznie zaplątał łapę w kabel laptopa, który podłączony był do ładowania i kiedy spanikowany Miko chciał wyswobodzić się z uwięzi, zabrał sprzęt ze sobą, starając się jednocześnie od niego uciec. Kabel o dziwo zamiast odczepić się od gniazda ładowania, postanowił w nim zostać i mocno się trzymać.

Dzięki tej wyprawie poznaliśmy dokładne umeblowanie domu prowadzącej wykład, stan jej domowych roślin i ilość schodów prowadzących na piętro. Jeden z ciekawszych wykładów jakie pamiętam. Piaskowniki weszły do głowy bez problemu.