Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 10 września 2020

Koników nie dotykamy

Pewnego dnia zabraliśmy ze sobą prowiant, zamknęliśmy arkę i wybraliśmy się na wycieczkę. Głównym zamysłem było zbadanie leśnego terenu, który nas otaczał i ewentualne znalezienie nowych miejsc. Natarci środkami na kleszcze i opici ziółkami szamanki, które miały odstraszać od nas pasożyty, ruszyliśmy główną drogą, która wkrótce przerodziła się w leśną ścieżkę, a następnie amazońską dzicz. Przedzieraliśmy się przez paprocie w nadziei na znalezienie jakiejś wydeptanej trasy, ale jedyne na co natrafiliśmy, to więcej drzew i kłujących krzewów. Mieliśmy trzymać się razem i nie odchodzić na boki, ale z jakiegoś powodu Ruda, trzymająca się na tyłach, zaczęła coraz bardziej odstawać, aż w końcu z zieloności wyłaniała się tylko jej ognista czupryna. 

Po pewnym czasie las zaczął się przerzedzać, a my trafiliśmy na dwa konie, stojące za ogrodzeniem z bardzo cienkiej linki.

Zwierzęta znajdowały się pośrodku niczego. Dookoła nie było żadnych domków letniskowych ani działek budowlanych. Z jednej strony oddzielał je lichy płot, a z drugiej rzeka.

- Konie w środku lasu tak bez opieki? - spytała Agnieszka.

- Pewnie mają właściciela. Bezpańskie konie to rzadkość, poza tym stoją za ogrodzeniem - odparł Arek.

- Takie liche to ogrodzenie trochę...

- Widocznie takie im wystarcza.

- Myślicie, że gryzą? - spytał Boguś, zbliżając się do słupków.

- Nie - odparł Damian, łapiąc Bogusia za kaptur bluzy - Nie podchodzimy do koników.

- A to czemu? Nie wyglądają groźnie.

- Jeśli duże zwierzę stoi za lipnym z pozoru ogrodzeniem, to dlaczego nie ucieka?

- Bo jest dobrze wytresowane?

- Niekoniecznie. Zazwyczaj taka cienka linka trzyma konia tylko z jednego powodu.

- Prąd - dokończyłam za Damiana. Widziałam takie ogrodzenia wcześniej i niejednokrotnie zdarzyło mi się o nie oprzeć. Nie było to godne polecenia doświadczenie.

- Dokładnie, ogrodzenie jest pod napięciem, więc się nie zbliżamy. Nie wiemy jak duże jest napięcie, nie mam zamiaru nikogo reanimować.

- O, konie. Nawet ładne - zakrzyknęła Ruda, która właśnie dołączyła do grupy i zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, zaczęła cmokać na zwierzęta, które patrzyły na nas jak na cyrkowe małpki, wiedząc zapewne co się za chwilę wydarzy.

Ręka Rudej mimowolnie złapała za drut, co spowodowało jej odskok do tyłu i wydobycie dźwięku tyranozaura, a następnie puszczenie wiązanki zwieńczonej choreografią z tańca wokół totemu.

- Właśnie dlatego nie podchodzimy do koników - rzekł Damian.

- Po*ebało was?! Czemu mi nie powiedzieliście, że to kopie?

- A to nie wie, że konie kopią? - zaśmiał się starszy mężczyzna, stojący między drzewami i przyglądający się naszym poczynaniom. Musiał się tam ukrywać od dłuższego czasu - Przyszli się przejechać?

- A, nie. My tu przypadkiem, zwiedzamy sobie. To pana konie?

- A nie moje, ale pilnuję. One pensjonatu są.

- Jakiego pensjonatu?

- A, tamtego - odparł mężczyzna, wskazując palcem na gęstwinę drzew - Jak się przyjrzycie, to widać kawałek budynku.

- Konie pod prądem?! - obruszyła się Ruda, oddalając się od płotu na bezpieczną odległość.

- Konie mądre są. Nigdy drutu nie dotknęły. Wystarczy, że widziały jak ludzi kopało i one same już nie podchodziły.

- I nigdy się nie otarły nawet przypadkiem?

- Nie, ostrożne są. Ten prąd to na ludzi bardziej niż na nich. Co by tam łapek nie pchali i koni nie zaczepiali bez potrzeby. Dokarmiaczy też dobrze odstrasza.

- Tabliczka by się jakaś przydała, że ogrodzenie pod napięciem.

- Była, ale wiatr zdmuchnął.

- To trzeba nową zawiesić!

- Po co? Jedne takie niemądre było, żeby za drut łapać z całej grupki. Znaczy, że reszta wiedziała, żeby nie podchodzić. Wnioski się same wysuwają.

Postanowiliśmy zwinąć Rudą zanim zdążyło przemówić jej niepohamowane wnętrze i obiecując pilnowanie małej, gniewnej istoty, ruszyliśmy dalej.

Rudej nic się oczywiście nie stało, ale ponieważ ucierpiała jej duma, raczyła nas milczeniem jeszcze przez kilka kolejnych godzin.


środa, 9 września 2020

Opos

Kilka nocy po wielkiej powodzi obudziła nas mamrocząca Ruda. Było godzinę po północy, kiedy usłyszeliśmy pierwsze hasło, a brzmiało ono: "opos".

- Ruda, co jest? 

- Opos.

- Co?

- Opos - powtarzała Ruda.

- Co z nią? - spytał ktoś w ciemności.

- Widzi oposa.

- Oposa?

- Oposa...

- Opos.

- Gdzie Ty widzisz oposa Ruda?

- Opos nam wlazł na chatę?

W arce zaczynało się przebudzać coraz więcej ludzi, więc postanowiliśmy zapalić światło i rozejrzeć się po czterech ścianach, które osłaniały nas od wichury, panującej na zewnątrz.

- No i gdzie ten opos?

- W Polsce w ogóle żyją oposy?

- Widziałam przecież - upierała się Ruda.

- Może ci się przyśniło. Nie zwiał żaden szczur?

- Nie, wszystkie są - odparłam, przyglądając się zbitym w precla trojaczkom.

- Kot?

- Nie, to był opos.

- Ruda, jest pierwsza w nocy. Okna są zamknięte, drzwi też, nic tu nie mogło wejść, poza tym zwierzęta by go wyczuły.

Wątpiłam co prawda w zdolności łowieckie Morfiny, ale Damian miał rację. Domniemany opos nie miał jak znaleźć się w środku.

- Damian, ku*wa nie rób ze mnie głupiej, wiem co widziałam.

- Może ci się przyśniło. Jak koniecznie chcesz to rano przeszukamy pokój, ale wątpię, żebyśmy coś znaleźli - rzekł Damian i zarządziliśmy powrót do przerwanego snu, wbrew oburzeniu Rudej, która dalej narzekała na oposa.

Rude obudziło nas też wcześniej, ponieważ nie spało całą noc, przysłuchując się skrobaniu oposa o podłogę. Zwlekliśmy się z łóżek bladym świtem i wypełzliśmy na zewnątrz. Na altanie zastaliśmy nieład i poprzewracane krzesła, więc zabraliśmy się do ich układania.

- I co? Opos! - rzuciła z wyrzutem Ruda.

- Żaden opos, tylko wiatr był w nocy, więc przewrócił. Ty tak na serio z tym oposem?

- Wy jesteście wszyscy głusi? Przecież chodził całą noc po domu!

- Ja nic nie słyszałem - przyznał Oli - a co jak co, ale sen to ja mam lekki.

Po śniadaniu Ruda dalej upierała się przy oposie, więc żeby ją uspokoić zgodziliśmy się przeszukać całą arkę. Teren był czysty.

Następnej nocy sytuacja się powtórzyła, ale tym razem stukanie pazurków oposa słyszał też Oli.

- Czy wyście poszaleli? - spytała Agnieszka, zapalając światło.

- Nie, ale teraz to i ja coś słyszę - przyznał Oli.

Szczerze mówiąc ja nie słyszałam nic, ale moim uszom nie należało wierzyć, więc nasłuchiwaliśmy kolejnego dźwięku, który z jakiegoś powodu był wykrywany tylko przez dwie osoby.

- Opos! - zakrzyknęła Ruda, wskazując palcem na okno, w którym świeciły się dwa punkciki. Zanim złapaliśmy za latarkę, punkciki zniknęły.

- Mówiłam Wam!

Chwyciliśmy za koce i latarki i wyszliśmy na zewnątrz, rozglądając się dookoła.

- Tu są! - usłyszeliśmy głos Bogusia.

W przestrzeni między ziemią, a podłogą altany coś było. Dwie pary oczu odbijały światło latarki.

- Oposy! - rzuciła Ruda - Mówiłam, że oposy!

- To nie są oposy. To kuny - odparł Boguś, przyglądając się futrzakom.

- I co z tym zrobimy?

- Jesteśmy w lesie Ruda, mieszka tu wiele zwierzątek, nic z tym nie zrobisz.

- Ale one mi nie dają spać, drapią pazurami!

- Wyglądają na młode, nie możemy ich przepłoszyć, bo może matka ich będzie szukać. Pewnie drapią od spodu altany i ci się wydaje, że to w środku.

- Ja nic do nich nie mam, tylko też bym się chciała wyspać.

- Może są głodne.

- To niech coś sobie złapią.

- Może jeszcze nie potrafią. Przynieś trochę mięsa, to im podrzucimy, może zjedzą.

- Teraz je jeszcze będziesz dokarmiać?

- A chcesz pospać czy nie?

Kuny dostały jedzenie i z zainteresowaniem podeszły do kurzych skrzydełek, a my wróciliśmy do arki w nadziei, że uda nam się jeszcze pospać.

Nie wiem czy to za sprawą kurczaka, czy pełni księżyca, ale futrzaki dokazywały tej nocy tak, że spać nie mogła już większość grupy. Kuny biegały po altanie, biły się na parapecie i urządzały wyścigi przy drzwiach, do których bardzo chciała dołączyć Morfina.

Jedynym ratunkiem były dla nas słuchawki. Zaczynaliśmy już przyzwyczajać się do dźwięków małych stworzeń, kiedy pewnej nocy przestały rozrabiać i nigdy już nie widzieliśmy ich w okolicy. Nie wiemy co się z nimi stało, ale mieliśmy nadzieję, że po prostu przeniosły się w inne miejsce. Potem w okolicy pojawiły się żaby i zaczęliśmy tęsknić za puchatkami jeszcze bardziej.

Historia Bogusia

Historia gościnna

______

Kiedy byłem młodszy, byłem małym, rozpieszczonym ch*jkiem. Byłem tym, którego w amerykańskich serialach nazywa się "bully". Byłem tyranem, który prześladował inne dzieciaki, bo nie miały tyle pieniędzy co ja, bo wyglądały biedniej, bo coś z nimi było nie tak. Nie byłem rasistą tylko dlatego, że ceniłem sobie Michaela Jordana i Olisadebe. Wyhaczałem najmniejsze słabości i wyolbrzymiałem je do rozmiaru byczych jaj tylko po to, żeby móc nabijać się z kmiotków dłużej i intensywniej. Nie szanowałem chyba nikogo, za to uważałem, że każdy powinien szanować mnie. Miałem dzianych rodziców, przyjaciół, wypasione mieszkanie, forsy jak lodu i wszystko czego mogłem chcieć na wyciągnięcie palców.

W gimnazjum naśmiewałem się z grubych, piegowatych, kalekich i jąkał, w liceum doszło do tego jeszcze kilku gejów, więc mnie i moim koleżkom nie brakowało obiektów do okazywania dominacji. Nie znosiłem życiowych przegrywów i robiłem wszystko, żeby oni o tym wiedzieli. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że stanę się jednym z nich.

Kiedy byłem w klasie licealnej, moi rodzice wzięli rozwód. Firma upadła, pieniądze się rozeszły, a ja wylądowałem u dziadków, mając do dyspozycji tylko mały pokój. Przyjaciele się zmyli i pewnie gdybym był na ich miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo. Zostałem całkiem sam z plikiem kart, które kiedyś były pięknym zamkiem. Swoją frustrację wyładowywałem na innych. Stałem się jeszcze gorszym uczniem niż byłem, moje problemy z agresją wezbrały na sile. Właściwie nie było dnia, żebym nie wracał poobijany z bójek, które sam wywoływałem. Miałem wtedy za złe całemu światu, obwiniałem każdego za sytuację, do której nie byłem przyzwyczajony i która nie była dla mnie komfortowa. Oczywiście nie widziałem w tym swojej winy.

Skończyłem liceum, ale moja matura nie pozwalała mi na żadne studia. Te wrota również zostały przede mną zamknięte. Długi czas wegetowałem, nie mając na siebie żadnego pomysłu. Byłem markotnym, wulgarnym, zagubionym gnojkiem, którego nikt nie nauczył jak być dorosłym i nienawidziłem za to wszystkich dookoła.

Byłem wtedy w bardzo mrocznym miejscu. Na niczym mi właściwie nie zależało. Niczego nie chciałem, do niczego nie dążyłem. Idealny przykład wpływu samotności na człowieka, który nigdy nie musiał być sam.

Znalazłem swoją pierwszą pracę. Robiłem to, co mi kazano. Z nikim nie rozmawiałem i nie szukałem kontaktów. Nie zarabiałem nawet minimalnej krajowej. Wracałem do domu dziadków, wiedząc że nigdy nie będzie mnie stać na własne mieszkanie, zabijałem czas i kładłem się spać. Możliwe, że miałem wtedy coś na wzór depresji, ale nigdy nie została ona zdiagnozowana. Wtedy uważałem, że tylko psychole potrzebują lekarzy od mieszania w głowie, a ja nie byłem psycholem.

Nie pamiętam dokładnie jak i kiedy to się stało, ale poznałem kogoś. Ten ktoś wygryzł sobie małą dziurkę w mojej warowni i władował się do środka. Wszedł z latarką w mój cień i to bez zaproszenia. Kobieta, którą ledwo znałem postanowiła przejąć kontrolę nad okrętem, który od dawna nigdzie nie wypływał, a którego ja byłem kapitanem. Nigdy nie pozwoliłbym, żeby rządziła mną baba, ale wpuściłem ją do swojego życia na moich własnych zasadach. Przynajmniej tak mi się wtedy  wydawało.

Weronika była moim przeciwieństwem. Miła, radosna, pełna marzeń i nadziei, może trochę naiwna. Była jak świecący kawałek jakiegoś cennego kamienia, którego z jakiegoś powodu nie chciałem wypuścić z ręki. Nie wiem dlaczego się do mnie przykleiła, ale zrobiła to w najlepszym możliwym momencie. Wyciągała mnie z domu i opowiadała o rzeczach, których nigdy nie uznałbym za ciekawe, ale były takie przez jej entuzjazm i lekką obsesję. Werka cały czas próbowała nowych rzeczy, chciała się samodoskonalić, kształtować siebie w wielu dziedzinach. Uwielbiała dopinać wszystko na ostatni guzik, nie odpuszczała dopóki coś na czym skupiała całą swoją uwagę nie było takie, jakie zaplanowała. Motywowała mnie, żebym też taki był. Chciała, żebym miał jakieś pasje i żebym pomagał innym je odnajdywać. Zacząłem interesować się starymi pozytywkami, ponieważ ona je kolekcjonowała. Wiele z nich wymagało naprawy, więc nauczyłem się jak je reperować. Zacząłem czytać książki i patrzeć w gwiazdy zamiast pod swoje nogi. Wszystko po to, żeby jej zaimponować. Chciałem, żeby była ze mnie dumna, ponieważ sprawiła, że zaczęło mi zależeć.

Pokochałem tę dziewczynę. Nie zakochałem się w niej, ale ją pokochałem, jeśli ma to jakiś sens. Była moją bratnią duszą, moją siostrą, matką i córką w jednym, moją kumpelą, moim kompanem, największym fanem i idolem. Opie*rzała mnie, kiedy przeginałem i chwaliła, kiedy zasłużyłem. Zawsze mogłem na nią liczyć, a ona zawsze mogła liczyć na mnie. Nie mogłem znieść myśli, że mogłaby się poczuć źle, że ktokolwiek mógłby sprawić jej przykrość. Za życiową misję postawiłem sobie bycie jej tarczą, jej rycerzem w lśniącej zbroi. Nie miałem zamiaru jej przywłaszczyć, chciałem jedynie, żeby była szczęśliwa. Nie ważne z kim, nie ważne gdzie, nie ważne jak daleko ode mnie. Chciałem jej szczęścia bardziej niż czegokolwiek na świecie, potrzebowałem go bardziej niż tlenu. Weronika była bardzo atrakcyjną kobietą i podobało mi się w niej wiele rzeczy, ale nigdy nie wykonałem w jej stronę żadnego ruchu, który mógłby sprawić, że poczułaby się niekomfortowo. Nie musiała być moją dziewczyną, narzeczoną, żoną, czy kochanką. Wystarczała mi jej przyjaźń, która żywiła mnie przez lata. Było to niezrozumiałe dla samców alfa, którzy uważali mnie za zfriendzonowanego simpa, ale lałem na nich tak długo, jak długo miałem tego anioła w ludzkiej skórze po swojej stronie. Nie mogłem jej zdobyć, nie była rzeczą ani niczyją własnością. Nie odstraszałem od niej adoratorów, ale upewniałem się, że amant rozumie powagę sytuacji. Jeśli któryś z nich za mało się starał albo robił coś, co nie podobało się Weronice, otrzymywał darmowy bilet do dentysty lub lekarza pierwszego kontaktu. Doskonale sprawdzałem się jako bodyguard i wingman, ale byłem też dobrym partnerem do gry w uno i trzymania włóczki, żeby się nie zapętliła podczas dziergania szalika. Chodzenie po podpaski i tampony było dla mnie taką samą rutyną, jak kupowanie co miesiąc litra lodów pistacjowych. Pracowaliśmy jak stare, dobre małżeństwo, które darzyło się pełnym zaufaniem i mogło na siebie liczyć w każdej sytuacji.

Podczas oglądania powtórki jakiegoś meczu siatkówki zeszło nam się na wyznania i tworzenie listy życzeń. Na szczycie listy Werki znajdował się wyjazd do Ameryki, żeby zobaczyć na żywo obiekt jej westchnień w dziedzinie robotyki, a mianowicie animatroniki, które można było znaleźć tylko w tamtejszych restauracjach. Jej fascynacja maszynami wszelakimi była godna podziwu, chociaż ja sam byłem zbyt mało obeznany, żeby w pełni docenić ich wartość. Obiecałem sobie, że odłożę na bilet dla niej i osoby towarzyszącej, z którą będzie chciała pojechać i zaskoczę ją w jej urodziny. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pracował tak ciężko i brał tyle nadgodzin. Co prawda nie udało mi się uzbierać całej kwoty w rok, ale wręczyłem jej spóźniony prezent pół roku później. Jej radość była wszystkim, czego mogłem chcieć i oczekiwać. Godzinami wisiała na telefonie, podskakując i opowiadając całej swojej rodzinie i wszystkim znajomym gdzie się wybierała. To szczęście udzieliło mi się tak bardzo, że zacząłem cieszyć się na ten wyjazd bardziej niż ona. Chciałem, żeby wyruszyła w tę podróż z chłopakiem, który w tamtym czasie bardzo jej się podobał, jednak on nie do końca odwzajemniał to uczucie. Ona jednak zaprzeczyła i powiedziała, że nigdzie się beze mnie nie rusza. Stwierdziła, że mogłem nie czuć tego samego zapału co ona na wieść o robotach, ale chciała być tam z kimś bliskim, a ja byłem wtedy najbliżej niej. Byłem poruszony i oczywiście zgodziłem się z nią pojechać. Występ mechanicznej myszy i jej bandy był lepszy niż się spodziewałem, ale moja uwaga skupiała się na dziecku w skórze dorosłego, które właśnie spełniało swoje marzenia i którego oczy świeciły się jaśniej niż reflektory na scenie z animatronikami.

Po powrocie stworzyliśmy słój na marzenia. Każdy miał swój pojemnik do którego wrzucaliśmy karteczki z zapisanymi pragnieniami. To mogły być błahostki jak pizza czy naleśniki i plany wielkie jak podróż do Ameryki. Każdego miesiąca wyciągaliśmy pięć karteczek ze słoika drugiej osoby i wybieraliśmy z nich jedno życzenie, na którego spełnieniu skupialiśmy się dopóki nie zostało ono wykonane. Czasem był to przytulas, a czasem koncert. Nigdy jednak nie było wiadomo czym zostaniemy zaskoczeni i na tym polegała cała zabawa, która trwała latami.

Któregoś dnia Weronika spytała mnie czy dałbym jej odejść, gdyby ostatecznie kogoś usidliła. Odparłem zgodnie z prawdą, że jeśli tylko tego chciała, mogła odejść. Sama, z chłopakiem, dziewczyną, zespołem Mariachi, obojętnie. Ważne, żeby była szczęśliwa. Jeśli nie chciała mnie więcej znać i wolała się skupić na sobie, zrozumiałbym jeśli tylko byłaby szczęśliwa. To wtedy zauważyłem jak bardzo zmieniłem się tylko pod wpływem tego jednego człowieka. Ta odpowiedź jej nie zadowoliła i dostałem w łeb za myślenie, że mogłaby kiedykolwiek zerwać ze mną kontakt.

Werka była przy mnie również kiedy zmarła moja babcia i kiedy pół roku później dołączył do niej dziadek. Ja byłem przy niej, kiedy opuścił ją jej ukochany pies i porzucił chłopak, którego traktowała jak króla, a który okazał się zwykłym f*utem. Zastanawiałem się czasami co musiałoby się stać, żebym przestał być po jej stronie. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, nie byłem w stanie wyobrazić sobie takiego scenariusza.

Nauczyłem się cieszyć z małych rzeczy i nie wymagać od życia tych większych, ponieważ tak naprawdę ich nie potrzebowałem. Zobaczyłem świat od tej drugiej strony i ani trochę nie tęskniłem za dawnym sobą. Brzydziłem się tego, jakim człowiekiem byłem.

Pewnego dnia Weronika weszła jak zwykle do mieszkania, rozsiadła się na kanapie i rzuciła mimochodem hasło "musimy pogadać". Mogło to oznaczać, że zrobiłem coś głupiego albo że ona miała zamiar zrobić coś głupiego. Z jej ust padły dwa wyrazy, które zatrzymały mi na chwilę serce i możliwość logicznego myślenia. "Mam raka". Przeszedłem przez wszystkie psychologiczne fazy umierania Kubler-Ross na raz. Nie pamiętam kolejnych kilkunastu minut, chyba siedziałem na kanapie, próbując sobie wmówić, że to tylko kiepski żart albo sen, z którego zaraz się obudzę. Zaraz później objąłem Werkę i obiecałem jej, że wszystko będzie absolutnie w porządku. Kazałem jej opowiedzieć o szczegółach. Musieliśmy wiedzieć z jakiego rodzaju nowotworem mieliśmy do czynienia i jak mógł być groźny. Nie obchodziło mnie jak wiele pieniędzy mogło pochłonąć leczenie ani jak wielu specjalistów musieliśmy odwiedzić. Byłem gotowy przeczytać każdą książkę w tej tematyce, wyciągnąć lekarzy spod ziemi i wybudować własną maszynę do uleczania. Wiedziałem, że będę walczył, choćbym miał znaleźć rozwiązanie na księżycu.

Weronika walczyła z rakiem chemioterapią. Byłem przy niej, kiedy słaniała się na nogach i kiedy wypluwała swój żołądek w sedesie. Zmuszałem ją do jedzenia i odwoziłem na kolejne wlewy w nadziei, że pokonamy to cholerstwo, tak jak pokonywaliśmy każde poprzednie. Nie było mowy o poddaniu się, nie było mowy o przegranej. Remisja, nawrót, przerzut, remisja, nawrót. Walka ją wykańczała, a ja byłem bezradny. Mogłem tylko przy niej być, nie mogłem zrobić nic więcej. Czułem się zupełnie bezsilny. Próbowałem ją motywować i pocieszać, ale ona robiła dokładnie to samo. Byłem tak uparty, że nie potrafiłem dopuścić do siebie, że to może się nie udać. Nie każda wojna kończyła się wygraną. Czasem ludzie umierali.

Kiedyś spytałem Werkę dlaczego właściwie wyciągnęła do mnie rękę. Nie było we mnie nic, co mogłaby uznać za warte uwagi. Byłem tylko oschłym kretynem z problemami z agresją. Ona odpowiedziała mi wtedy, że lubi naprawiać uszkodzone rzeczy, dlatego tak interesowała się robotyką. Wierzyła, że wszystko da się zreperować, jeśli tylko poświęci się temu wystarczająco dużo czasu i troski, a ja wyglądałem na uszkodzonego.

To była jedna z ostatnich rozmów, jakie przeprowadziliśmy. Poleciła mi jeszcze już nigdy się nie psuć i znaleźć kogoś, kto będzie w stanie mnie naprawić, gdyby coś się uszkodziło. To było jednak niewykonalne. Nikt nie mógł mi jej zastąpić, nie zamierzałem nawet próbować szukać takiej osoby. Znowu zostałem sam, nie miałem do kogo się odwrócić. Jej pogrzeb był jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń jakie przeżyłem. Nie pamiętam ile czasu spędziłem na jej grobie, modląc się, żeby nikt nie zauważył moich zaszklonych oczu, bo przecież chłopu płakać nie wypada. Tylko, że ja nie byłem już z kamienia. Wszystkie wesołe wspomnienia stały się nagle wyciskaczami łez, więc starałem się ich unikać. Na próżno. Przypomniałem sobie o słoju z życzeniami, które już nigdy nie miały być zrealizowane, na które zabrakło nam czasu.

Żeby nie zamknąć się w sobie i tym samym nie zniweczyć całej pracy, jaką Weronika włożyła w naprawianie mnie, postanowiłem odnaleźć ludzi, których kiedyś w jakikolwiek sposób skrzywdziłem i przeprosić ich za bycie gnojkiem, którym byłem. Nie chciałem rozdrapywać ich starych ran, nie liczyłem też na przebaczenie, chciałem im tylko powiedzieć, że to ze mną było coś nie tak, nie z nimi. Wielu kontaktów nie udało mi się odnaleźć, część ludzi odkładała słuchawkę, blokowała moje wiadomości albo dawała ujście swoim emocjom, czemu się wcale nie dziwiłem, zasłużyłem na to. Słowa "było minęło" albo "ok, przyjmuję przeprosiny" padały rzadko, ale byłem bardzo zdeterminowany, żeby dotrzeć do każdego i nie pominąć nikogo. To na pewno spodobałoby się Werce, mimo że nie mogła już tego zobaczyć. To było coś w rodzaju chęci oczyszczenia. Miałem też zajęcie na kilka tygodni.

Któregoś dnia skontaktowałem się z gościem, którego pamiętałem z liceum. Chodziliśmy do jednej klasy. Niektórzy ludzie dobrze się maskowali. Ciężko było znaleźć w nich ukryte wstydliwości, wady czy lęki, żeby móc wykorzystać je przeciw nim. W klasie mieliśmy jednak dwóch gejów, którzy nie mogli być dla nas łatwiejszym celem. U jednego z nich odzywała się sekretarka, więc pomyślałem, że albo zmienił numer, albo nie odbierał obcych połączeń. Drugi z nich odpowiedział na sms-a, chcąc wiedzieć kim jestem i czego chcę. Odpisałem i poprosiłem o krótką rozmowę telefoniczną. Zdziwiłem się, ale facet wykazał chęć kontaktu i mogłem przeprosić go za wszystko, czego żałowałem, a czego nie mogłem już cofnąć. Kiedy usłyszałem, że nie chowa do mnie urazy, zapytałem czy ma może numer do chłopaka, z którym kręcił w liceum, ponieważ nie odbierał, a jego również chciałem przeprosić. "Trochę się spóźniłeś" - usłyszałem, "on nie żyje od ponad dziesięciu lat". Zatkało mnie. Nagle wróciła do mnie cała sytuacja z Weroniką. Nie wiem jak długo milczałem, ale głos w słuchawce sprowadził mnie na ziemię. Mnie i cały ten bagaż, który wylał się w niekontrolowany sposób przez moje oczy. Potwornie nie lubiłem się rozklejać, zwłaszcza przy ludziach, ale to było silniejsze ode mnie. Nie wiedziałem dlaczego chłopak zmarł, ale skoro odszedł zaraz po skończeniu liceum, to los zabrał go przedwcześnie, tak samo jak odebrał mi Werkę. Gość, z którym rozmawiałem spędził ze mną wtedy przy słuchawce jeszcze dobre piętnaście minut zanim się rozłączyłem. Był w porządku, co tylko zwiększyło moje wyrzuty sumienia. Umówiliśmy się na piwo i okazało się, że mieliśmy ze sobą coś wspólnego. Oboje straciliśmy kogoś, bez kogo trudno nam było żyć. Oboje nie posiadaliśmy żadnej rodziny. Oboje nie byliśmy zdolni do zastąpienia tej utraconej osoby. On nie był jednak do końca samotny. Coś w nim sprawiało, że łatwo się do niego mówiło. Nie wiem czy był po prostu dobrym słuchaczem, czy było to coś jeszcze, ale zaczęliśmy spotykać się, żeby po prostu pogadać o wszystkim i o niczym. Spodziewałem się, że będzie mnie nienawidził, ale on uznał, że każdy popełnia błędy i nie ma co tego roztrząsać. Ważne było, że starałem się to zmienić. Nie przypominał już chłopaka z liceum, ale jednocześnie wciąż nim był. 

Podczas któregoś spotkania wychyliłem trochę za dużo i spytałem go kiedy minie ten niewyobrażalny ból po stracie i kiedy odejdzie ta denerwująca pustka. "Nigdy" - powiedział "a przynajmniej ja nigdy się jej nie pozbyłem". Nie zgadzałem się na to, nie miałem zamiaru czuć się tak podle przez resztę życia. Zastanawiałem się w jaki sposób on mógł z tym egzystować. Codziennie rano wstawać, wiedząc że nigdy już nie ujrzy się twarzy, która napędzała całą resztę dnia. Być pogodnym i miłym, kiedy chciało się krzyczeć. Ignorować to wszystko w imię czego? W imię jakich wartości? Nie byłem w stanie pojąć dlaczego człowiek, którego prześladowałem, który nigdy nie otrzymał ode mnie niczego dobrego postanowił mnie wysłuchać i wesprzeć, dać mi szansę, przedstawić bliskim, przejąć się czymś, co go nie dotyczyło.

Zrozumiałem dość szybko jak na mój ograniczony umysł. On był jak Weronika. To był ten sam rodzaj człowieka, który świadomie lub nie, obrał sobie za cel naprawianie innych. Nawet jeśli nic z tego nie miał. Też chciałem być takim człowiekiem dla kogoś innego. Wciąż brakuje mi kilku ważnych cech.

Mówię o tym wszystkim chyba głównie dlatego, żeby pokazać, że bycie ograniczonym cymbałem nie musi być dożywotnie. Po latach dotarło do mnie, że byłem niepewnym siebie małolatem, który wyżywał się na słabszych, żeby przypadkiem nikt nie dowiedział się o moich własnych słabościach. Jednak nie jest silnym ten, kto atakuje słabszych, lecz ten, który staje przeciwko silniejszym w ich obronie.

Weronika pewnie byłaby dumna. Szkoda, że nie zdążyła poznać Damiana, dogadaliby się, jestem tego pewny.

~ Boguś.

poniedziałek, 7 września 2020

Powódź

Podczas naszego pobytu w lawendowej arce, w lesie panowała susza. Byliśmy świadkami tylko jednego deszczu, który bardzo szybko przerodził się w małą powódź. Opady były nagłe i intensywne, a wysuszona ziemia stanowczo nie była gotowa na przyjęcie takich pokładów wilgoci. Widząc jak podwórko przeradza się w basen i poziom wody niebezpiecznie zbliża się do schodów altany, postanowiliśmy ukryć się w środku i ogrzać przy elektrycznym kominku. Niestety nasze plany pokrzyżowane zostały przez burzę, która odebrała nam dostęp do prądu. Do tego nasza arka zaczęła przeciekać. Woda wlewała się strumykami przez nieszczelne okna i ubytki w dachu, który składał się głównie z przerdzewiałej blachy. Na podłodze i meblach porozstawialiśmy miski i garnki, do których kapała sącząca się woda, okna uszczelniliśmy ręcznikami, a nasze walizki i wszelkie rzeczy znajdujące się na podłodze, wymigrowały na łóżko. Siedząc zakopani w torbach i wciśnięci pod kocami bardziej niż zwykle, zastanawialiśmy się jak trzymają się nasi sąsiedzi, których domki położone były w nizinie. Potok, płynący leśną drogą uświadomił nam, że właściwie nasza sytuacja na pewno przedstawiała się lepiej niż sytuacja ludzi znajdujących się u podnóża wzniesienia lub w pobliżu rzeki. To właśnie wtedy jezioro powstałe na zewnątrz postanowiło odwiedzić nas wewnątrz i przedrzeć się przez liche drzwi. Zerwaliśmy się z miejsc, żeby brocząc skarpetkami po tafli wody, wypychać ją miotłami i przemoczonymi ręcznikami na podwórko, na którym Posejdon toczył wojnę z Neptunem. Była to walka z wiatrakami, ale tylko tyle nam pozostało. Nasze wewnętrzne migracje i mokry grunt pod konstrukcją budynku sprawił jednak, że domek zaczął się bujać. Przestraszeni, że nasza arka może za chwilę zmienić się w tratwę, postanowiliśmy się poddać, zbić się w ludzką kulę na łóżku i obserwować jak woda bezczelnie wlewa się do środka. Patrzyliśmy jak unosi się wykładzina, a Morfina próbuje ją przydusić łapami, świetnie bawiąc się w domowym brodziku. 

Skłębieni w jednym kącie łóżka, przemoczeni i zmarznięci czekaliśmy na koniec tego Armagedonu, który miał swój finał szybciej niż sądziliśmy, jednak szkody po nim widoczne były jeszcze przez kilka następnych dni. Nie udało nam się do końca osuszyć ani chodniczków altany, które prąd porwał aż pod samą bramę, ani wykładziny, która po powodzi wydawała się jednak nieco jaśniejsza. Ubrania suszyliśmy biegając po podwórku z flagą z koszulki czy spodni, ponieważ prąd wrócił do nas dopiero z końcem tygodnia. Wtedy wrócił też do nas grzejniczek.

Byliśmy przekonani, że nie obejdzie się bez zapalenia płuc, ale jakąś niewyobrażalną mocą wszyscy wyszliśmy z tego bez ubytku na zdrowiu. Nikt nie miał nawet kataru.

W obawie przed kolejną klęską żywiołową zadzwoniliśmy do właściciela okrętu i zapytaliśmy czy moglibyśmy wprowadzić prowizoryczne poprawki dachu tak, żeby chronił nas przed deszczem chociaż w połowie. Mężczyzna się zgodził i odnajdując pod altaną młotki, siekierę i kilka innych przydatnych sprzętów, pokryliśmy blachę dodatkową warstwą tego, co akurat znajdowało się na podwórku (głównie drewno).

Na nasze szczęście taki tuning arki już nam się nie przydał, ale może ochronił choć trochę kolejnych mieszkańców.


niedziela, 6 września 2020

Głód

Przez to, że zadawaliśmy się z szamanką, lokalna społeczność nie patrzyła na nas przychylnie. Bardzo szybko staliśmy się outsiderami. Obcy, którzy nie przyjechali polować i nie znali w okolicy nikogo poza staruszką od ziółek mogli być albo hipisami (których dookoła nie brakowało), albo szpiegami jakiejś tajnej organizacji, a z tymi drugimi nikt nie miał zamiaru się zadawać. Brak kontaktu z ludźmi ani trochę nam nie przeszkadzał, ale staliśmy w obliczu pewnego problemu, jakim było jedzenie. Zastanawialiśmy się skąd mieszkańcy biorą mięso, warzywa i owoce, ponieważ lokalny sklep posiadał tylko prowiant suchy, innego lokalu nie udało się znaleźć, a nie chciało nam się wierzyć, że każdy posiada na swoim podwórku ogródek i małą farmę. Zapytaliśmy o to staruszkę, ale ona odpowiedziała nam tylko, że:

- Większość rzeczy, których potrzebujemy sama do nas przychodzi.

Brzmiało to filozoficznie, ale w tamtym momencie potrzebowaliśmy jedzenia, nie wskazania ścieżki życia. Głównym, a czasem i jedynym składnikiem naszych posiłków były ziemniaki, które stanowiły warzywny wyjątek sprowadzany do sklepu. Jedliśmy groszek z puszki, mięso z puszki, słodzone owoce z puszki, pomidory z puszki, jeśli cokolwiek nie było z puszki, to prawdopodobnie było ze słoika.

Pewnego dnia świergot ptaków przerwała wesoła melodyjka, dochodząca z wnętrza lasu. Były to dźwięki podobne do tych, jakie wydają z siebie samochody z lodami. Każdy znał ten rodzaj melodii, jednak wiedzieliśmy doskonale, że pojazd nie przejedzie wyboistą leśną ścieżką i prawdopodobnie będzie kierował się drogą główną. Byliśmy w błędzie, melodia zbliżała się i wkrótce ujrzeliśmy na horyzoncie białego jeepa, kierującego się na naszą drogę. Zatrzymywał się on przy każdym domu i sprzedawał coś mieszkańcom, po czym ruszał dalej, uruchamiając melodyjkę. Z ciekawości wyszliśmy przed dom i wkrótce naszym oczom ukazał się raj. Bagażnik samochodu załadowany był po brzegi skrzynkami z ogórkami, pomidorami, śliwkami, jabłkami i pokarmem roślinnym wszelakim. Wszystko na sprzedaż, do tego w najniższej cenie jaką kiedykolwiek widziałam. Jeszcze nigdy nie płaciliśmy 70 gr za kilogram pomidorów malinowych ani 30 gr za kilogram jabłek. Przez chwilę wydawało nam się, że kiedy spaliśmy nastąpiło przewalutowanie, ale okazało się, że rywalizacja rolnicza była w okolicy bardzo silna i wymagała drastycznego podejścia do cen oferowanych towarów. Wykupiliśmy pół samochodu, czym bardzo uszczęśliwiliśmy starszego pana, który postanowił dorzucić nam do tego wiaderko poziomek. Najbardziej szczęśliwi w tej sytuacji byliśmy jednak my. Zostaliśmy też poinformowani, że handel obwoźny dotyczy również mięsa i produktów rzeźniczych, których można spodziewać się w soboty i wtorki, natomiast samochody z warzywami, owocami i ubraniami poruszają się po lesie w każdy poniedziałek i piątek. Tym sposobem byliśmy ustawieni, przynajmniej do momentu nastania powodzi.

Jeśli kiedykolwiek obserwowaliście małe dzieci cieszące się na wesołe samochody sprzedające lody, to jest to niczym przy wystrzale naszych endorfin, kiedy tylko słyszeliśmy La Cucarachę jadącego warzywniaka.



Pożarowy problem i włamanie do arki

Kierowani ciekawością spytaliśmy lawendową szamankę co oznaczają żółte flagi z rogami, wywieszone w niektórych domostwach. Kobieta odpowiedziała, że jest to znak rozpoznawczy myśliwych lub ich nowych rekrutów. Taką flagą znakowano domy, które brały czynny udział w sezonach łowieckich. Staruszka poleciła nam nie wdawać się z posiadaczami flag w dyskusję ani nie zbliżać się do ich siedzib.

- Są jak świeży obornik - mówiła - jak się już przyczepią, to ciężko ich odkleić, a smród ciągnie się za nimi długo.

Przyjęliśmy informację do wiadomości i postanowiliśmy niepotrzebnie nie wchodzić na żółte tereny. Mijaliśmy wiele oznakowanych domów w drodze do sklepu czy na trasie spacerowej Morfiny, ale nie poświęcaliśmy im zbyt wiele uwagi. Czasem ktoś próbował naciągnąć nas na mięso z kaczki lub zapytać o pochodzenie beżowego puchu na smyczy, ale zazwyczaj przy bramie witały nas tylko ujadające psy.

Bywało, że w wyniku suszy w lesie łamały się drzewa, upadając na drogę lub czyjeś podwórko. Teoretycznie należało zgłaszać takie sprawy wójtowi, ale w praktyce powalonych drzew było codziennie tak wiele, że nikt nie zaprzątał sobie tym głowy i po prostu wołał najbliższych sąsiadów, by pomogli uprzątnąć problem.

Pewnego dnia kilka drzew spadło niebezpiecznie blisko stodoły przerobionej na zakład spawalniczy. Zagrożenie pożarowe było tak duże, że wezwani do pomocy zostali nie tylko najbliżsi sąsiedzi, ale i mieszkańcy z obrzeża lasu. Polecono nam włączyć podwórkowe zraszacze lub węże ogrodowe i zawiadomić o sprawie wójta. Zabraliśmy więc ze sobą wszystkie zwierzęta i zostawiając na podwórku odkręcony wąż, udaliśmy się całą grupą na poszukiwania człowieka u władzy, którego mało kto kiedykolwiek widział na oczy. Wójt był bardziej lokalną legendą niż żywą personą, ale plotki mówiły o tym, że czasem można było zastać go w jego siedzibie, więc tam postanowiliśmy rozpocząć poszukiwania. My i mieszkańcy wszystkich domów, ciągnących się wzdłuż ścieżki. Pozostali mieli zabrać ze sobą piły lub siekiery i zgromadzić się pod stodołą. O ewentualnym pożarze miał poinformować nas dźwięk syreny ręcznej, którego na szczęście nie dane nam było usłyszeć ani wtedy, ani nigdy później. Wójt odnalazł się jeszcze zanim zdążyliśmy dojść do budynku, w którym mógłby urzędować, a wieść o rozwiązaniu problemu rozeszła się tak szybko, że postanowiliśmy wrócić. Wielu ludzi opuszczając w pośpiechu swoje domy zapomniało o zamknięciu bramy, przez co zmuszeni byliśmy odganiać się od chmary biegających po ścieżce psów, którym bardzo nie podobała się koncepcja przepuszczania obcych. 

Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy otwarte drzwi arki. W środku panował chaos, który nie był naszym dziełem. Obraz jaki zastaliśmy przypominał przejście huraganu: przekopana pościel, potłuczone naczynia, strącone z półek garnki, porozrzucane ubrania. Wyglądało to na świeże miejsce zbrodni. Część grupy wyszła na zewnątrz w poszukiwaniu ewentualnego złodzieja, natomiast druga część starała się stworzyć bilans utraconych dóbr. Błędem było zostawianie uchylonych drzwi, ale w odróżnieniu od innych domów nasza arka została zabezpieczona zamknięciem bramy. Normalny złodziej nie brałby też na cel metalowej puszki z altaną, kiedy wokół pełno było bogatszych domów. Szybko okazało się, że zginęła tylko jedna rzecz - ponad dwa kilogramy szynki, która odmrażała się w zlewie. Równie sprawnie poszło nam zlokalizowanie rzezimieszka odpowiedzialnego za rabunek. Pod ogrodzeniem próbował przecisnąć się Beagle oflagowanych sąsiadów. Poznawaliśmy tego psa, widywaliśmy go często na podwórku należącym do grupy myśliwskiej, której pozostałe futrzaki wałęsały się po ścieżce. Beagle usilnie próbował wydostać się drogą, którą dostał się na podwórko, ale jego brzuch pełen był naszej szynki, więc stało się to dużo trudniejsze. Pies ostatecznie uporał się z problemem i wrócił na ścieżkę prowadzącą do domu, więc postanowiliśmy iść za nim. Grupa poczekała na właścicieli i poprosiła o zamknięcie stada. Poinformowaliśmy też opiekunów o kradzieży i poleciliśmy obserwować psa pod względem wystąpienia ewentualnej niestrawności. Właściciele nie przyjęli dobrze żadnej z tych informacji. Nie otrzymaliśmy żadnej formy przeprosin, zostaliśmy zwyzywani od kłamców (dowody w postaci odcisków psich łap na pościeli nie były wystarczające), a psy kręciły się po okolicy jeszcze przez kilka dni, co skracało naszą jedyną trasę spacerową o połowę. Uprzątnęliśmy wnętrze arki, zakopaliśmy dziurę pod płotem i obserwowaliśmy jak biedny Beagle męczył się ze strawieniem łupu i codziennie zwracał go po trochu na posesjach obcych ludzi. Łakomstwo nie popłaca.

Tamten dzień był dla nas dniem postnym, co więcej po okolicy zaczęły krążyć plotki o truciu i przetrzymywaniu psów myśliwych przez turystów w ramach protestu przeciw świętej tradycji zabijania kaczek.

Dziwne, ale z naszej perspektywy historia wyglądała zupełnie inaczej.



piątek, 4 września 2020

Rude z uwięzi spuszczone

Dni prania na lawendowej arce były głównie dniami poszukiwania najlepszego miejsca na rozwieszenie swoich rzeczy. Ze względu na brak pralki i konieczność ręcznego pucowania, ubrania suszyły się nieco wolniej. Jeśli nie ma sznurów na pranie, wszystko staje się sznurami na pranie. Kto wcześniej rozstawił się na dobrym miejscu - krzesła, płot, dach altany, ten miał mniejsze szanse na zdewastowanie swojej odzieży przez dzięcioły i wiewiórki, pilnujące drugiej części podwórka. Wieszanie prania na drzewach było ryzykowne i zazwyczaj wymagało powtórki z namaczaniem.

Podczas kiedy my zastanawialiśmy się jak z trzech marchewek, jednej pietruszki, czterech jajek, mleka i kilograma mirabelek zrobić obiad dla ośmiu osób, Boguś chodził z miską po podwórku w poszukiwaniu jakiejkolwiek wolnej przestrzeni, która nie uciekała i która pozwoliłaby mu na wysuszenie swoich rzeczy.

- O, nowi! - zakrzyknął nieznany nam mężczyzna, zaglądając na podwórko przez bramę. Jegomość odziany był w typowy strój tubylca, który sprowadzał się do bokserek i czapki z daszkiem. Standardowy ubiór męskiej części leśnej populacji. W niedzielę dochodziła do tego rozpięta koszula, sandały i ewentualnie spodnie. 

- Dzień dobry - odpowiedział Damian, podchodząc do bramy.

- Na polowanie przyjechali? - spytał mężczyzna. Niezdrowa fascynacja kaczkami była tematem rozmów częstszym niż dywagacje o pogodzie.

- Nie, my tu tylko na wypoczynek.

- A psa na kaczki macie - rzekł jegomość, wskazując na śpiącą Morfinę.

- Ale on o tym nie wie, że jest na kaczki.

- Wie, wie. Każdy pies wie jak tylko krwi posmakuje. Marnuje się. A ile was tu przywiało. Sporo, nie?

- No sporo.

- Nie ciasno wam tam w tej budce? Jak się mieścicie wszyscy?

- Bywa tłocznie, ale przynajmniej jest cieplej w nocy.

- No tak, nic tak nie grzeje nocą jak kobita, nie? - rzekł mężczyzna, kiwając na nas głową - A nie boicie się, że wam się rączka omsknie w tym tłumie?

- Słucham?

- No, że przypadkiem macniecie nie tą co potrzeba i będzie dym? - zaśmiał się jegomość, a mój poziom zażenowania zatrzymał się na poziomie przyglądających się naszemu praniu dzięciołów.

- On się zachowuje jakby nas tu w ogóle nie było - oburzyła się Ruda, gotowa do wyjaśnienia człowieka w czapce.

- Spokojnie, pogada i pójdzie - odparłam, wręczając Rudej nożyk i marchewkę. Chciałam spożytkować jakoś jej nadmiar energii, ale szybko zorientowałam się, że dawanie jej broni w takiej sytuacji mogło być błędem.

- Ale jak "nie tą co potrzeba"? - spytał Damian.

- No nie swoją kobitę, że przypadkiem w nocy dotkniecie. Chyba że wy z tych wolnych, co to mogą macać do woli.

- To nie są nasze "kobity", więc nie.

- A to z obcymi przyjechaliście. Ładnie, ładnie. A panie się nie boją, że was chłopy będą napastować? Chłop to chłop, jak kobitę w nocy ma blisko, to mu się może rąsia omsknąć - rzekł mężczyzna, tym razem kierując swoje słowa bezpośrednio do nas - No, chyba że tak lubicie, to może dołączę.

- Po pierwsze to takie seksistowskie żarty nas średnio bawią, po drugie jesteśmy raczej z tych co nie traktują kobiet przedmiotowo i... - zaczął Damian, ale w słowo weszła mu Ruda, startując do bramy z nożem do ziemniaków.

- A tobie się wydaje, że czym my ku*wa jesteśmy? Zabaweczkami do macanek? Wyobraź sobie łysolu, że nie każdy ru**a wszystko, co nie ucieka na drzewo, a jak masz problem z migrującą ręką, to zawsze można ją skrócić do łokcia. A teraz w tył zwrot, bo nie obiecuję, że mi się zaraz ziemniak z twoją moszną nie pomyli, a patrząc na twoje wyświechtane gacie dostęp mam łatwy.

Patrzyliśmy jak mężczyzna robi dwa kroki do tyłu, odsuwając się od bramy na bezpieczną odległość i z oburzeniem mówi do Damiana:

- Jakby moja baba mi tak właziła na łeb, to by w pysk dostała.

- Ty ku*asiarzu - padło zza płotu i furtka zaczęła się otwierać, więc jegomość mamrocząc coś o "psycholach" odwrócił się na pięcie i wrócił na ścieżkę, prowadzącą do lasu. 

- Żebym cię tu więcej nie widziała ku*asiarzu! - wydzierała się Ruda, podskakując przy płocie i obserwując oddalającego się człowieka.

- Trzymaj pan to na łańcuchu! - odkrzyknął mężczyzna.

- Stosujemy wolny wybieg! - odparł Damian, zamykając ponownie bramę i wracając do naszych łupów - Marchwianka i naleśniki z owocami? - spytał, na co pokiwaliśmy zgodnie głowami, trawiąc to, co się przed chwilą wydarzyło.

Chyba wieść o dzikim, rudym stworzeniu rozeszła się po okolicy dość szybko, bo od tamtej pory obcy ludzie trzymali się ścieżki i nie podchodzili do naszej bramy, chociaż mieszkańcy kierowani ciekawością mieli to w zwyczaju. 

Nie, żebyśmy tęsknili.