Historia z babcinego dziennika.
Było to dawno temu, w odległym królestwie. Królestwo to nie było najbogatsze, a ludzie żyli w nim biednie, lecz jeśli tylko potrafili handlować zbiorami i wytworzonymi dobrami nie przymierali głodem.
Do zamku, pod którym zbierali się kupcy i okoliczni handlarze prowadziła tylko jedna droga. Była ona wyboista i kręta, lecz najwięcej trudności sprawiał w przeprawie olbrzymi głaz, znajdujący się u samych wrót. Konie łamały na nim nogi, ludzie potykając się obdzierali kolana, a osie i koła wozów pękały jak suche gałęzie. Kamień przynosił same straty, lecz mimo wielu próśb król odmawiał usunięcia go.
- Jeśli przeszkadza Wam głaz, sami go usuńcie. To Wy uczęszczacie tą drogą, nie ja - odpowiadał władca i odsyłał swój lud z niczym. Głaz pozostał więc na swoim miejscu i uprzykrzał życie handlarzy i kupców każdego dnia.
Tego mroźnego poranka do zamku wybierał się okoliczny młynarz. Załadował wóz po brzegi workami z mąką, by móc sprzedać ją na targowisku i za zarobione pieniądze zrobić zapasy na zimę, by jego rodzina nie głodowała. Mężczyzna rozchorował się jednak straszliwie i postanowił wysłać do miasta swoją jedyną córkę.
- Nie jedź zbyt szybko - pouczał ją ojciec - koń jest już stary, tak jak i wóz. Nie możesz pozwolić, by worki spadły. Od nich zależy nasz los -
- Nie martw się tato, będę ostrożna -
- Wracaj potem prosto do domu -
- Oczywiście - odparła dziewczynka i umościła się na siedzisku - Będę uważać i wrócę prosto do domu -
Córka młynarza wyruszyła w długą drogę do zamku, myśląc o całym pysznym jedzeniu, jakie będzie mogła kupić za sprzedaną mąkę.
- Jeśli sprzedam wszystko, wystarczy też na leki dla ojca. Muszę sprzedać wszystkie worki - Kalkulowała, wybierając najmniej wyboistą drogę jaką tylko mogła znaleźć.
Podróż nie była jednak przyjemna. Nadeszła wichura i zamieć śnieżna tak potężna, że cofała wóz z koniem i dziewczynką. Dziecko nie popędzało konia, pamiętając o słowach ojca.
- Pośpiech mi teraz nie pomoże - szeptała do siebie, kryjąc twarz w za dużym płaszczu - Pomalutku dojedziemy do zamku. Pomalutku i bezpiecznie -
Przez sypiący zewsząd śnieg dziecko nie było w stanie dojrzeć drogi, ani zamku. Widziało tylko biel i konia, który ciągnął z uporem wóz. Dziewczynka kierowała się tam, gdzie słyszała rżenie innych koni i głośne rozmowy handlarzy.
- Już niedaleko - powtarzała sobie na pokrzepienie - Za murami będzie cieplej, jeszcze kawałeczek -
Córka młynarza ostrożnie skierowała się na wyboistą drogę, prowadzącą do zamku. Mimo, że jechała powoli i bardzo ostrożnie ani ona, ani jej koń nie zauważyli pechowego głazu i kiedy zwierzę nastąpiło na niego, wystraszone zerwało się do ucieczki. Wozem szarpnęło i dziewczynka spadła z siedziska, tracąc z oczu wierzgającego konia. Kiedy dziecko podniosło się ze śniegu i podbiegło do wozu, ujrzało to, czego obawiało się najbardziej. Cała mąka spadła, a worki przerwały się, wysypując zawartość na śnieg. Wóz był uszkodzony, a koło doszczętnie zniszczone, do tego koń zdołał uwolnić się z dyszla i uciec.
Dziewczynka potykając się podbiegła do wymieszanej ze śniegiem mąki i spojrzała z bezradnością na straty dookoła.
- Nie sprzedam jej, nikt nie kupi takiego towaru. Co ja teraz zrobię? - szlochała córka młynarza, a łzy zamarzały na jej twarzy. Wichura nie ustawała, a ona nie wiedziała czy powinna najpierw poszukać konia, czy poprosić innych kupców o pomoc przy wozie. Dziecko spojrzało na kamień, który spowodował katastrofę i podeszło do niego, by w złości kopać głaz małymi nóżkami.
- I co ja mam zrobić? Nie mogę wrócić do domu bez wozu, konia i z pustymi rękami. Głupi kamień! Dlaczego nikt Cię jeszcze nie usunął?! -
Dziewczynka słysząc zbliżających się handlarzy, podbiegła w ich stronę, pełna nadziei.
- Proszę, pomóżcie mi, mój wóz się rozpadł, błagam -
- Odejdź dziecko, spieszy nam się - odpowiadali, odwracając wzrok i popędzając konie.
- Proszę! Sama nie dam rady usunąć go z drogi. Nie przejedziecie! -
- Przeniesiemy towary na osłach i koniach. Dzięki za ostrzeżenie, a teraz zmykaj -
- Nie możecie mnie tak zostawić. Nie mogę wrócić do domu z niczym. Pomóżcie mi chociaż odnaleźć konia -
- Odejdź dziecko, to nie nasz problem -
Dziewczynka szukała pomocy wielokrotnie, jednak jej nie otrzymała. Wróciła więc do wozu i wzięła do ręki kawałek drewna, który kiedyś był fragmentem koła.
- Dosyć tego. Już nikomu nie wejdziesz w szkodę - rzekła, zbliżając się do głazu. Dziewczynka kopała twardą, zmarzniętą ziemię wokół kamienia i odgarniała świeży śnieg. Jej ręce były zmarznięte i poranione od mrozu i ostrego narzędzia. Kiedy drewno połamało się, dziecko zaczęło kopać w ziemi gołymi rękami, mimo że przestało je czuć już dawno.
Handlarze mijali dziewczynkę i opuszczali wozy, widząc co stało się z poprzednim, który próbował tędy przejechać. Kiedy przenosili towary za zamkowe mury, szeptali między sobą, wskazując na dziecko, które z zapałem rozkopywało ziemię pokrwawionymi rękami.
- Oszalała - kwitowali - Straciła wszystko i oszalała.
Dziewczynka nie miała zamiaru jednak przestać. Nie próbowała też szukać pomocy, gdyż wiedziała że jej nie otrzyma.
- Dziecko, co Ty robisz? - Spytał jeździec, mijając skulone zawiniątko, które obsypane śniegiem samo powoli zaczynało przypominać kamień.
- Wykopuję ten wstrętny kamień -
- Po co? To nie zwróci Ci wozu i zapasów -
- Wiem, ale i tak nie mam po co wracać do domu. Straciłam wszystko. Jeśli się go pozbędę przynajmniej inne wozy już nigdy na niego nie wpadną -
- Próżne Twoje trudy, nie dasz rady go przesunąć, nawet jeśli go podkopiesz -
- Więc mi pomóż! -
- W domu czeka na mnie ciepła strawa i zaczyna zmierzchać. Nie mam zamiaru tracić czasu na odkopywanie kamienia, który jest w tym miejscu dłużej niż ja na świecie. Życzę Ci jednak powodzenia - odrzekł mężczyzna, odjeżdżając w stronę bramy zamku.
- Sama sobie poradzę! - krzyknęła za nim dziewczynka, zabierając się ponownie do pracy. Kiedy słońce zaszło już za horyzont, a na zamku zapaliły się pierwsze pochodnie głaz był już głęboko podkopany. Dziewczynka pchała go i zapierała się całą sobą, jednak ten ani drgnął.
- Nie, nie, nie - szeptało do siebie dziecko - Nie pozwolę Ci wygrać. Już prawie się Ciebie pozbyłam! -
Mimo, że dziewczynka próbowała z całych sił, kamień był dla niej za ciężki.
- Koń - rzekło do siebie dziecko, spoglądając w kierunku zamku - Potrzebuję konia. Muszę znaleźć mojego konia - Po czym ruszyło w stronę bramy.
Kiedy zmarznięta i okaleczona córka młynarza skryła się za murami, zaczęła zastanawiać się, czy to co robi ma jakikolwiek sens.
- To nieważne. Nie mogę się nad tym zastanawiać, muszę znaleźć mojego konia -
Dziecko zaczepiało przypadkowych przechodniów i pytało o karego konia o siwej grzywie.
- Nie, nie widziałem, ale jeśli zgubiłaś konia zapytaj rzeźnika. Może odda Ci kawałek jego mięsa - odpowiadali z uśmiechem ludzie, składając swoje stragany. Dziewczynka szukała długo i zaglądała do każdej zagrody aż znalazła swojego konia.
- Paproć! - krzyknęła na widok znajomego stworzenia - Paproć, tu jesteś! -
- Hej, odsuń się mała - krzyknął potężny mężczyzna, ostrząc nóż na progu karczmy.
- To mój koń! -
- Nie. To mój koń. Znalazłem go, jak chodził bez właściciela po rynku. Teraz jest mój -
- Mój wóz rozpadł się przed bramą, a koń uciekł. Straciłam mąkę, przeznaczoną na sprzedaż. Proszę, oddaj mi go - rzekła dziewczynka błagalnym tonem.
- Oddaj? Ha! Dobre sobie. Zmykaj, zanim przestaniesz mnie bawić -
- To stary koń. Nie nadaje się do pracy, ani na mięso -
- Znajdę dla niego zastosowanie -
- Proszę, dam Ci za niego mój wóz -
- Ten, który rozpadł się na drodze? Nie, podziękuję -
- W takim razie... dam Ci mąkę -
- Mówiłaś, że straciłaś cały towar -
- Część mąki uratowała się w workach, ale nie nadaje się do sprzedaży. To wciąż jednak dobra mąka. Kto by nie skorzystał z okazji. Daję Ci darmową mąkę! -
- Nie darmową, a za konia -
- Za konia, którego znalazłeś, więc i tak za darmo -
- W porządku, ale wezmę też wóz -
- Nie chciałeś wozu -
- Porąbię go i będę mieć drewno na opał -
Dziewczynka westchnęła i spojrzała na swojego czarnego towarzysza, stojącego w zagrodzie.
- W porządku - odpowiedziała - Wóz i mąka za konia -
Dziecko odzyskało konia i kiedy karczmarz przenosił resztki mąki i fragmenty wozu za bramy zamku, córka młynarza przywiązywała już Paproć do kamienia.
- Co Ty robisz? - spytał mężczyzna, odkręcając od wozu sprawne koło.
- Zamierzam usunąć z drogi ten kamień raz na zawsze -
- Oddałaś wóz i resztę towaru, jaka Ci została, żeby wykupić starą kobyłę do przepchania jakiegoś kamienia? - roześmiał się człowiek, zabierając resztę połamanego wozu - Dlatego nie mam dzieci, nie rozumiem ich -
- Ruszaj Paproć. Wio! - popędzała konia dziewczynka. Kamień drgnął i zakołysał się, a po którejś próbie zaczął się także powoli przesuwać.
- Dobry konik, ciągnij! - wołało dziecko, pchając kamień i usuwając go z drogi. Kiedy głaz znalazł się na uboczu, dziewczynka opadła na kolana i zaczęła odwiązywać Paproć.
- Udało się - szeptała - Udało mi się. Tylko co teraz? -
Córka młynarza wspięła się z wysiłkiem na konia i spojrzała na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą tkwił ciężki głaz. W dziurze coś błyszczało i mimo słabego światła pochodni mieniło się lekkim blaskiem.
Dziewczynka zsiadła zdziwiona z konia i podeszła do miejsca niedawnego nieszczęścia. W dole po głazie znajdował się worek, wypchany złotem po brzegi, oraz list z królewską pieczęcią. Dziecko podniosło kawałek papieru i przeczytało powoli zapisane na nim słowa:
"Niech trudy Twoje będą nagrodzone, a determinacja i dążenie do celu wskazuje Ci drogę przez życie. Twój umiłowany Król"
Dziewczynka nie dowierzając chwyciła obolałymi dłońmi worek złota, który ledwie była w stanie unieść.
- Paproć! Paproć, spójrz. Jesteśmy uratowani. To nie jest możliwe, to się nie dzieje naprawdę! - wykrzykiwało dziecko, przewieszając zdobyty skarb przez koński grzbiet.
W tym samym czasie młynarz wraz z żoną umierali ze strachu o swoją córkę i planowali jej poszukiwania.
- Gdzie ona jest? Powinna już dawno wrócić - krążyła po izbie matka dziewczynki i wyglądając przez okno usiłowała dojrzeć córkę w białym puchu - Musimy jej szukać! -
- Jak? Nasz jedyny koń poszedł z nią. Może ją napadnięto. Byłem głupcem, jak mogłem wysłać małe dziecko same w tak daleką podróż -
- Światła się zbliżają - odparła żona młynarza, wybiegając z domu.
Rodzice dziewczynki z niedowierzaniem patrzyli jak ich córka powozi nowym wozem, załadowanym po brzegi jedzeniem. Kiedy dziewczynka wręczyła ojcu resztę pieniędzy i leki, które dla niego zdobyła, ten uściskał ją i spytał jak weszła w posiadanie tego wszystkiego. Kiedy dziecko opowiedziało rodzicom całą historię, młynarz uściskał córkę ponownie i rzekł:
- Cieszę się, że tak to się skończyło, ale nigdy nie bój się wracać do domu, obojętnie co by się nie stało. Jesteś naszą córką i to Ty jesteś najważniejsza. Z całą resztą jakoś byśmy sobie poradzili -
I tak oto kończy się historia o córce młynarza. Cała rodzina dzięki znalezionemu złotu żyła w dostatku przez wiele lat. To by się jednak nie stało, gdyby nie zawziętość i opór dziecka, które zamiast pogodzić się z porażką postanowiło zmienić ją w zwycięstwo, mimo że nie było ani trochę pewne sukcesu.
Więc może i Ty natrafiając na głaz postanowisz pozbyć się go, zamiast całe życie unikać i obchodzić dookoła?
Może podjęty trud zostanie Ci wynagrodzony?
Czasami pod głazem można odnaleźć złoto, a pod problemem nową nadzieję.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
sobota, 22 grudnia 2018
Idealny pies wikinga
Godziny szczytu w parku, każdy wyprowadza swoje psy, lub ćwiczy z nimi na uboczu. Mężczyzna o budowie i zaroście stereotypowego wikinga przechadza się po okolicy i komentuje z odległości.
- Mój by ich przegonił - mówi z dumą, widząc ścigające się kundelki, które nic sobie z tego jednak nie robią i dalej bawią się w "kto złapie pierwszy ogon konkurenta". Chwilę później gość wypatruje kobietę rzucającą psu frisbee. Border przeskakuje przez nią i łapie dysk w locie, po czym zwraca go rzucającej, by chwilę później znowu wykonywać w powietrzu półobroty.
- Mój to by skoczył wyżej i szybciej by złapał ten krążek - czuje się w obowiązku poinformować kobietę mężczyzna i przechodzi dalej, odprowadzany nieprzychylnym spojrzeniem właścicielki psa.
- Mój to by już tę dziurę dawno wykopał i wyciągnął to co tam siedzi - oświadcza, widząc psiaki kopiące dołek, i węszące dookoła. Właściciele patrzą po sobie, jednak nic nie mówią i odprowadzają człowieka wzrokiem.
W końcu "wiking" wypatruje również mnie i już wiem, że wkrótce Morfina zostanie pokonana w dyscyplinie dowolnej.
- Co, zmęczył się? - pyta mężczyzna, widząc że poję psa wodą.
- Właściwie to... -
- Mój by się nie zmęczył - dokańcza, nie dając mi dojść do słowa.
- Nawet do mnie nie podchodź człowieku - odzywa się chłopak siedzący na ławce ze swoim psem u boku, widząc co się święci - On gryzie -
- Na pewno mój ugryzłby mocniej -
- Jaki jest Twój problem? - pyta młodszy mężczyzna poirytowany zachowaniem brodatego osobnika - Czemu nie pokażesz nam tego psa cud, co to jest najszybszy, najmądrzejszy, najsilniejszy i najzwinniejszy. Gdzie go masz? Chętnie bym go zobaczył -
- Co jest? O co ten gówniarz się rzuca? - pyta kobieta, podchodząc do wikinga i stając u jego boku. Nadeszły posiłki.
- Gówniarz? Pilnuj faceta lepiej, wkurza cały park. Przechwala się psem, którego nawet nikt na oczy nie widział i zaczepia każdą jedną osobę, która jest zajęta swoimi sprawami. Tego gościa, tamtą parę, tą panią i tą też -
- Co Ty odwalasz? - pyta kobieta wikinga - Przecież my nie mamy psa -
- No nie mamy, ale ja tak mówiłem przyszłościowo, bo jak będziemy mieli to będzie najlepszy -
Po tych słowach wiking w chwale i blasku swego ego odchodzi z kobietą u boku, taszcząc ze sobą swoje wysokie oczekiwania względem planowanego zwierzęcia. Nie chcę być pesymistą, ale mam wrażenie że ktoś tu się pewnego dnia boleśnie zderzy z rzeczywistością.
- Mój by ich przegonił - mówi z dumą, widząc ścigające się kundelki, które nic sobie z tego jednak nie robią i dalej bawią się w "kto złapie pierwszy ogon konkurenta". Chwilę później gość wypatruje kobietę rzucającą psu frisbee. Border przeskakuje przez nią i łapie dysk w locie, po czym zwraca go rzucającej, by chwilę później znowu wykonywać w powietrzu półobroty.
- Mój to by skoczył wyżej i szybciej by złapał ten krążek - czuje się w obowiązku poinformować kobietę mężczyzna i przechodzi dalej, odprowadzany nieprzychylnym spojrzeniem właścicielki psa.
- Mój to by już tę dziurę dawno wykopał i wyciągnął to co tam siedzi - oświadcza, widząc psiaki kopiące dołek, i węszące dookoła. Właściciele patrzą po sobie, jednak nic nie mówią i odprowadzają człowieka wzrokiem.
W końcu "wiking" wypatruje również mnie i już wiem, że wkrótce Morfina zostanie pokonana w dyscyplinie dowolnej.
- Co, zmęczył się? - pyta mężczyzna, widząc że poję psa wodą.
- Właściwie to... -
- Mój by się nie zmęczył - dokańcza, nie dając mi dojść do słowa.
- Nawet do mnie nie podchodź człowieku - odzywa się chłopak siedzący na ławce ze swoim psem u boku, widząc co się święci - On gryzie -
- Na pewno mój ugryzłby mocniej -
- Jaki jest Twój problem? - pyta młodszy mężczyzna poirytowany zachowaniem brodatego osobnika - Czemu nie pokażesz nam tego psa cud, co to jest najszybszy, najmądrzejszy, najsilniejszy i najzwinniejszy. Gdzie go masz? Chętnie bym go zobaczył -
- Co jest? O co ten gówniarz się rzuca? - pyta kobieta, podchodząc do wikinga i stając u jego boku. Nadeszły posiłki.
- Gówniarz? Pilnuj faceta lepiej, wkurza cały park. Przechwala się psem, którego nawet nikt na oczy nie widział i zaczepia każdą jedną osobę, która jest zajęta swoimi sprawami. Tego gościa, tamtą parę, tą panią i tą też -
- Co Ty odwalasz? - pyta kobieta wikinga - Przecież my nie mamy psa -
- No nie mamy, ale ja tak mówiłem przyszłościowo, bo jak będziemy mieli to będzie najlepszy -
Po tych słowach wiking w chwale i blasku swego ego odchodzi z kobietą u boku, taszcząc ze sobą swoje wysokie oczekiwania względem planowanego zwierzęcia. Nie chcę być pesymistą, ale mam wrażenie że ktoś tu się pewnego dnia boleśnie zderzy z rzeczywistością.
piątek, 21 grudnia 2018
Jakbym wiedziała, że to Pitbull...
Psie pole. Okolice 9:30 rano. Psy małe i duże, grube i chude bawią się ze sobą, lub patrzą z odległości jak bawi się reszta. Nie istnieją tu podziały, Yorki ścigają się z Owczarkami. Jeśli któryś pies zaczyna pyskować, właściciel zapina go na smycz i kończy się jego rola w dyskusji o patyk. Patyk jest tutaj ważny, patyk określa status psa. Posiadanie patyka to prestiż, gdyż jest tylko jeden, więc ten który go dzierży jest psim bossem. Reszta psów o tym wie i podąża za władcą z berłem. Co odważniejsze próbują odebrać mu potęgę, uwieszając się na badylu jak ryba na wędce.
Morfina tylko podąża, nie ma aspiracji na rządzenie. Wystarczy jej podziwianie patyka.
Na pole wkracza lekko zgarbiona staruszka i z najsłodszym uśmiechem jaki dany mi było widzieć pyta pierwszego człowieka w kółeczku właścicieli:
- Dzień dobry. Przepraszam, czy ja mogę sobie popatrzeć na państwa pieski? Mój umarł miesiąc temu i tak mi czasem brakuje sobie na pieski popatrzeć, a z okna to tak nie widać. Staruszek już był ten mój. Jamniczek. Kochany był. -
Kobieta łapie nas za serce i rozpuszcza je w dwie sekundy. Pytamy, czy nie chciałaby może pogłaskać piesków, zamiast tylko na nie patrzeć.
- Oj tak, jak można to pewnie. One takie słodkie są, jak się grzecznie bawią. Mój się dawno już tak nie bawił, za stary był i schorowany -
Pierwszy w ręce kobiety trafia Maltańczyk, który od razu zaczyna lizać ją po twarzy.
- O jaki Ty piękny jesteś, tak. Lubisz mnie, tak? Oj ja Ciebie też lubię, jesteś taki mięciutki, jak owieczka. To jakaś rasa? Jakiś Ty piękny! -
Właściciel odpowiada na pytanie, a wokół staruszki zaczynają gromadzić się zaciekawione psy. Obwąchują ją i pchają się na jej nogi, merdając ogonami.
Morfina, wyczuwając okazję do darmowych głasków przepycha się w kolejce zainteresowanych i wysokimi dźwiękami zwraca na siebie uwagę kobiety.
- Ojej, a ten jaki duży. Mogę tego dużego pogłaskać? Nie ugryzie mnie? Taki piękny jest, wszystkie są takie piękne -
- Spokojnie, ona nie wie co to znaczy gryźć. Przyszła bo liczy na pieszczoty. Tylko ostrzegam, że będzie Pani miała na sobie jej futro bo linieje - odpowiadam i widzę jak staruszka powoli kuca i wyciąga ręce do beżowego futra. Więcej Morfinie mówić nie trzeba, suka już wije się na plecach przed kobietą i pokazuje gdzie jeszcze trzeba dotknąć. Pod palce staruszki wciska się również Owczarek, który też chce być pomiziany.
- Oh jakie kochane pieski. Ja kocham pieski, Wy wyczuwacie, że ja kocham pieski. Wszystkie są takie ładne! Sierść się wyczyści rolką. Została mi rolka po moim. Tak, przytulcie się wszyscy. Kochane pieski -
Patykowy prestiż znika i zamieszanie wokół kobiety wzrasta. Niektóre psy trzeba przytrzymywać bo w swej miłości przewróciłyby kobietę na ziemię. Te, które nie chcą być dotykane przez obcą osobę trzymają się na uboczu, lecz w większości są te, które jak najbardziej chcą i to teraz, zaraz.
- Ojej - mówi nagle kobiecina - A ten jaki piękny. Taki szary, ale jakie oczka ma piękne. Chodź do mnie śliczności. Ojej jaki śliczny. Taki ma spłaszczony pyszczek, jak hamburgerek! Liżesz mnie, tak? Taki słodki jesteś, oh jaki piękny pyszczek -
Po pewnym czasie postanawiamy pomóc kobiecie wstać z klęczek i poodganiać nieco psy, które zabierały jej powietrze.
Staruszka jest cała w futrze, ale wygląda na szczęśliwą.
- Takie kochane te pieski! Dziękuję bardzo, że tak sobie mogłam pogłaskać. Mój też był taki kochany. A to są jakieś rasy te wszystkie pieski? Ten to chyba Jamniczek -
- To mieszaniec, ale tata był Jamniczkiem -
- A ten beżowy, kudłaty? Bo te małe to chyba są te... Yorki? A tam Owczarek! -
- Tak to Yorki i Owczarek, a te beżowe to Golden -
- Widzi Pani pogłębiam wiedzę, będę na przyszłość pamiętać. A to szare? Z pyszczkiem jak hamburgerek? Taki słodki, szary pyszczek -
- To Pitbull jest -
- O matko, naprawdę? Jakbym wiedziała to bym nie pogłaskała. Wszędzie mówią, że to agresywne i mordercy, ale ten taki słodki jest. Jest Pan pewien, że Pitbull? -
- Tak, jestem pewien -
- To głupoty gadają. Patrz Panie, a człowiek wierzy tak w tą telewizję, a to taki słodki hamburgerek ten Pitbull. Pewnie nie wszystkie, ale też nie wszystkie Jamniki są słodkie. Niektóre to takie agresywne są! Do kostek się rzucają, ale nie mówią że Jamniki mordercy. Dobrze, że mi Pan nie powiedział wcześniej, bo bym się bała pogłaskać, a tak to pogłaskałam Pitbulla, wnusia mi nie uwierzy. Taki słodki pies -
Staruszka postała jeszcze z nami chwilkę i wymieniła się uwagami o Jamnikach i innych psach, po czym poczłapała w dalszą drogę.
Pitbulle vs stereotypy 1:0.
Morfina tylko podąża, nie ma aspiracji na rządzenie. Wystarczy jej podziwianie patyka.
Na pole wkracza lekko zgarbiona staruszka i z najsłodszym uśmiechem jaki dany mi było widzieć pyta pierwszego człowieka w kółeczku właścicieli:
- Dzień dobry. Przepraszam, czy ja mogę sobie popatrzeć na państwa pieski? Mój umarł miesiąc temu i tak mi czasem brakuje sobie na pieski popatrzeć, a z okna to tak nie widać. Staruszek już był ten mój. Jamniczek. Kochany był. -
Kobieta łapie nas za serce i rozpuszcza je w dwie sekundy. Pytamy, czy nie chciałaby może pogłaskać piesków, zamiast tylko na nie patrzeć.
- Oj tak, jak można to pewnie. One takie słodkie są, jak się grzecznie bawią. Mój się dawno już tak nie bawił, za stary był i schorowany -
Pierwszy w ręce kobiety trafia Maltańczyk, który od razu zaczyna lizać ją po twarzy.
- O jaki Ty piękny jesteś, tak. Lubisz mnie, tak? Oj ja Ciebie też lubię, jesteś taki mięciutki, jak owieczka. To jakaś rasa? Jakiś Ty piękny! -
Właściciel odpowiada na pytanie, a wokół staruszki zaczynają gromadzić się zaciekawione psy. Obwąchują ją i pchają się na jej nogi, merdając ogonami.
Morfina, wyczuwając okazję do darmowych głasków przepycha się w kolejce zainteresowanych i wysokimi dźwiękami zwraca na siebie uwagę kobiety.
- Ojej, a ten jaki duży. Mogę tego dużego pogłaskać? Nie ugryzie mnie? Taki piękny jest, wszystkie są takie piękne -
- Spokojnie, ona nie wie co to znaczy gryźć. Przyszła bo liczy na pieszczoty. Tylko ostrzegam, że będzie Pani miała na sobie jej futro bo linieje - odpowiadam i widzę jak staruszka powoli kuca i wyciąga ręce do beżowego futra. Więcej Morfinie mówić nie trzeba, suka już wije się na plecach przed kobietą i pokazuje gdzie jeszcze trzeba dotknąć. Pod palce staruszki wciska się również Owczarek, który też chce być pomiziany.
- Oh jakie kochane pieski. Ja kocham pieski, Wy wyczuwacie, że ja kocham pieski. Wszystkie są takie ładne! Sierść się wyczyści rolką. Została mi rolka po moim. Tak, przytulcie się wszyscy. Kochane pieski -
Patykowy prestiż znika i zamieszanie wokół kobiety wzrasta. Niektóre psy trzeba przytrzymywać bo w swej miłości przewróciłyby kobietę na ziemię. Te, które nie chcą być dotykane przez obcą osobę trzymają się na uboczu, lecz w większości są te, które jak najbardziej chcą i to teraz, zaraz.
- Ojej - mówi nagle kobiecina - A ten jaki piękny. Taki szary, ale jakie oczka ma piękne. Chodź do mnie śliczności. Ojej jaki śliczny. Taki ma spłaszczony pyszczek, jak hamburgerek! Liżesz mnie, tak? Taki słodki jesteś, oh jaki piękny pyszczek -
Po pewnym czasie postanawiamy pomóc kobiecie wstać z klęczek i poodganiać nieco psy, które zabierały jej powietrze.
Staruszka jest cała w futrze, ale wygląda na szczęśliwą.
- Takie kochane te pieski! Dziękuję bardzo, że tak sobie mogłam pogłaskać. Mój też był taki kochany. A to są jakieś rasy te wszystkie pieski? Ten to chyba Jamniczek -
- To mieszaniec, ale tata był Jamniczkiem -
- A ten beżowy, kudłaty? Bo te małe to chyba są te... Yorki? A tam Owczarek! -
- Tak to Yorki i Owczarek, a te beżowe to Golden -
- Widzi Pani pogłębiam wiedzę, będę na przyszłość pamiętać. A to szare? Z pyszczkiem jak hamburgerek? Taki słodki, szary pyszczek -
- To Pitbull jest -
- O matko, naprawdę? Jakbym wiedziała to bym nie pogłaskała. Wszędzie mówią, że to agresywne i mordercy, ale ten taki słodki jest. Jest Pan pewien, że Pitbull? -
- Tak, jestem pewien -
- To głupoty gadają. Patrz Panie, a człowiek wierzy tak w tą telewizję, a to taki słodki hamburgerek ten Pitbull. Pewnie nie wszystkie, ale też nie wszystkie Jamniki są słodkie. Niektóre to takie agresywne są! Do kostek się rzucają, ale nie mówią że Jamniki mordercy. Dobrze, że mi Pan nie powiedział wcześniej, bo bym się bała pogłaskać, a tak to pogłaskałam Pitbulla, wnusia mi nie uwierzy. Taki słodki pies -
Staruszka postała jeszcze z nami chwilkę i wymieniła się uwagami o Jamnikach i innych psach, po czym poczłapała w dalszą drogę.
Pitbulle vs stereotypy 1:0.
czwartek, 20 grudnia 2018
Ja zepsuję, a Ty napraw!
Morfina w swej uroczości przynosi mi czasem przedmioty do naprawy, jakbym była działem reklamacji. Piłki bez sznurka, pluszaki z oderwanym uchem, śrubki wykręcone ze stojaka na miski, wszystko co uszkodzone wędruje w psim pysku, żeby trafić w moje ręce.
Princessa uznała najwyraźniej, że przeciwstawne kciuki służą ludziom głównie do otwierania puszek, miziania za uchem i reperowania jej zniszczonych gratów.
Pewnego dnia, kiedy piszczenie w pokoju nagle ucichło i usłyszałam odgłos zbliżających się psich łapek, wiedziałam już że coś się stało. Psisko przyniosło piłkę piszczusię i z oburzeniem spojrzało na mnie, jakby chciało powiedzieć "Bezczelna, przestała nagle piszczeć!". Okazało się, że w piłce przesunął się wentylek z gwizdkiem i po wsunięciu go na właściwe miejsce pies dalej mógł maltretować moje biedne uszy wysokimi dźwiękami.
Tym razem sucz przyszła do mnie jednak z większym problemem. Młoda stanęła przede mną z winą wymalowaną na mordce i połową gumowej zabawki w pysku.
"Napraw!" wołały smutne oczy, "Samo odpadło, przysięgam, nie wiem jak to się stało. Poza tym niechcący i on zaczął pierwszy".
Takiego uszkodzenia nie dało się naprawić, guma była przepołowiona, a druga część zabawki zapewne walała się gdzieś na podłodze. Kiedy wyciągnęłam przedmiot z psiego pyska Morfina natychmiast udała się po resztę rozerwanego nieszczęścia. Najwyraźniej uznała, że dokonam cudu złączenia i potrzebna mi będzie też druga połowa.
Cudu dokonać się nie udało, ale przezorna właścicielka zawsze ma zapas kilku takich samych zabawek. Jestem twierdzenia, że nawet jeśli ich nie wykorzystam, to zawsze mogę je komuś podarować, więc jedna z moich szuflad zapchana jest kopiami sznurków i gumowych hamburgerów. Schowałam zepsutą zabawkę, wyciągnęłam nową, identyczną, tylko że w innym kolorze (co psu, który z kolorami ma ciężko nie przeszkadza to wcale) i wręczyłam Morfinie "naprawione" dzieło.
Merdanie ogona i wzrok uznania zapewniło mnie, że Morświn jest mi wdzięczny i uznaje mnie za cudotwórcę, który naprawi dosłownie wszystko.
Wyobrażam sobie jednak rozczarowanie zwierza, który kiedyś, psując jakąś zabawkę której duplikatu nie posiadam odkryje smutną prawdę i nauczy się że nie wszystko w życiu da się naprawić, a niektóre błędy ciągną się za ogonem latami.
Princessa uznała najwyraźniej, że przeciwstawne kciuki służą ludziom głównie do otwierania puszek, miziania za uchem i reperowania jej zniszczonych gratów.
Pewnego dnia, kiedy piszczenie w pokoju nagle ucichło i usłyszałam odgłos zbliżających się psich łapek, wiedziałam już że coś się stało. Psisko przyniosło piłkę piszczusię i z oburzeniem spojrzało na mnie, jakby chciało powiedzieć "Bezczelna, przestała nagle piszczeć!". Okazało się, że w piłce przesunął się wentylek z gwizdkiem i po wsunięciu go na właściwe miejsce pies dalej mógł maltretować moje biedne uszy wysokimi dźwiękami.
Tym razem sucz przyszła do mnie jednak z większym problemem. Młoda stanęła przede mną z winą wymalowaną na mordce i połową gumowej zabawki w pysku.
"Napraw!" wołały smutne oczy, "Samo odpadło, przysięgam, nie wiem jak to się stało. Poza tym niechcący i on zaczął pierwszy".
Takiego uszkodzenia nie dało się naprawić, guma była przepołowiona, a druga część zabawki zapewne walała się gdzieś na podłodze. Kiedy wyciągnęłam przedmiot z psiego pyska Morfina natychmiast udała się po resztę rozerwanego nieszczęścia. Najwyraźniej uznała, że dokonam cudu złączenia i potrzebna mi będzie też druga połowa.
Cudu dokonać się nie udało, ale przezorna właścicielka zawsze ma zapas kilku takich samych zabawek. Jestem twierdzenia, że nawet jeśli ich nie wykorzystam, to zawsze mogę je komuś podarować, więc jedna z moich szuflad zapchana jest kopiami sznurków i gumowych hamburgerów. Schowałam zepsutą zabawkę, wyciągnęłam nową, identyczną, tylko że w innym kolorze (co psu, który z kolorami ma ciężko nie przeszkadza to wcale) i wręczyłam Morfinie "naprawione" dzieło.
Merdanie ogona i wzrok uznania zapewniło mnie, że Morświn jest mi wdzięczny i uznaje mnie za cudotwórcę, który naprawi dosłownie wszystko.
Wyobrażam sobie jednak rozczarowanie zwierza, który kiedyś, psując jakąś zabawkę której duplikatu nie posiadam odkryje smutną prawdę i nauczy się że nie wszystko w życiu da się naprawić, a niektóre błędy ciągną się za ogonem latami.
środa, 19 grudnia 2018
Sami Pirenejczyk i problem ze smyczą
Mieszka u nas (a mówiąc "u nas" mam na myśli miasto w którym żyję) pewien pies, który zawsze wywołuje u mnie szczególny rodzaj sympatii.
Nie zrozumcie mnie źle, wszystkie psy darzę sympatią. Każdy jeden pies na tej planecie sprawia, że moje usta układają się w rogala, a w mózgu czuję przyjemne mrowienie, o ile ten pies nie biegnie rozpędzony w moją stronę z zamiarem oderwania mi głowy od tułowia. Chociaż prawdopodobnie wtedy również głaskałabym go w trakcie konsumpcji mojej nogi, bo mam emocjonalny problem jakim jest nieopanowana miłość do tych zwierząt.
Jednakowoż ten jeden, szczególny, wyjątkowy pies zawsze poprawia mi nastrój. W samym psie nie ma może nic wyjątkowego. Jest wielki, wspaniały, puchaty i jest Pirenejczykiem o imieniu Sami. To co mnie ujmuje i sprawia, że dostaję skurczów przepony to sposób w jaki ten pies wyprowadza swoich właścicieli na spacer. Miód na serce.
Pies mieszka w domu z ogródkiem, ale jako że właściciele niedawno go adoptowali i starają się zapewnić futrowi prawidłowy rozwój, zabierają go dwa razy dziennie na długi spacer. Tak właściwie, to on zabiera ich, ponieważ ze względu na swoją masę jest niepowstrzymany. Obroża, smycz, szelki, kantar? Nic to, kiedy wystarczy pociągnąć mocniej i problem znika. Słonik został prawdopodobnie przygarnięty z miejsca, w którym nigdy wcześniej nie był wyprowadzany poza teren. Przemawia za tym fakt, że psiaka ekscytuje dosłownie wszystko i musi sobie każdy obiekt obejrzeć z bliska.
Biedak zapewne sam nie czuje swojej siły, którą wkłada w sprawienie, by jego właściciel sunął za nim jak na nartach wodnych, pełen niemocy. Mężczyzna jakoś sobie jeszcze radzi z hipciem i po małym surfingu zazwyczaj udaje mu się namówić niedźwiadka do zatrzymania się czy skrętu, natomiast czasem z psem wychodzi drobna narzeczona. Był czas, kiedy nawet próbowała, ale kolos zachowywał się jakby na drugim końcu smyczy było tylko powietrze. Dziewczyna przybrała raz taktykę, która polegała na tym, by usiąść na ulicy i zatrzymać psa swoją masą i siłą tarcia. Ten jednak przetarł kobietą asfalt i wydawało się że nawet tego nie poczuł, bo po wszystkim rozejrzał się i widząc swoją rozłożoną właścicielkę podszedł do niej zaniepokojony, by polizać ją po twarzy.
Piekące pośladki i zdarta przednia część ciała zmotywowały dziewczynę do innej strategii, jaką było chodzenie za psem gdziekolwiek postanowi pójść. Tak było bezpieczniej.
Mężczyzna próbuje uczyć wielkoluda chodzenia przy nodze i reagowania na sygnały, ale póki co misiek nauczył się tylko, że jak ktoś głośno i histerycznie krzyczy "stój", to należy się zatrzymać, bo chcą mu wręczyć ciastko. Jak dla mnie, wygląda to na progres.
Pies sam w sobie jest nieszkodliwy. To łagodny olbrzym, który lubi wszystko wąchać, a kiedy coś go atakuje to patrzy z podziwem i spokojem statuy, analizując tą skomplikowaną zagwozdkę. Często również siada, patrzy na psa i jego właściciela, jakby chciał mu powiedzieć "Przepraszam, ten piesek się zepsuł, ale to nie ja. Ja go nawet nie dotykałem".
Ku mojej radości wczoraj ujrzałam go ponownie, jak przeciągał właścicielkę na drugą stronę chodnika, by obejrzeć sobie z bliska znak drogowy. Dziewczyna zaparła się tyłem, ze smyczą przewieszoną przez ramię, chcąc pociągnąć psa w drugą stronę, ale efekt był tylko taki, że robiła moonwalk bez poruszania nogami. Jackson byłby dumny.
Pies podszedł do znaku i zaczął się w niego wpatrywać. Z bliska widocznie wyglądał inaczej, bo badał go dobre dziesięć minut, dopóki nie zauważył kolejnego znaku, do którego również musiał podejść, bo ten był nieco inny. Sami nie węszył, ani nie obchodził znaku. Po prostu przed nim stał i z uśmiechem się w niego wpatrywał. Byłam bardzo ciekawa co sobie teraz myśli. Do psa podbiegła mała dziewczynka i stając w bezpiecznej odległości spytała najsłodszym głosem jakim tylko mogła:
- A czy można pogłaskać pieska, nie gryzie? -
- Można, tylko musisz uważać, bo jest duży i może Ci niechcący zrobić krzywdę -
Dziewczynka podeszła i zaczęła głaskać olbrzyma, który wyczuwając dziecko usiadł jak zaczarowany i zaczął szalenie merdać ogonem. Podczas kiedy matka dziewczynki rozmawiała z właścicielką Pireneja, dziecko niepostrzeżenie wyciągnęło smycz z kobiecej ręki i zaczęło spacerować między krzakami. Kiedy kobiety zorientowały się co się stało ruszyły małej na pomoc, póki pies nie zdążył jeszcze przejechać jej twarzyczką po chodniku jak szmacianą lalką. Zatrzymały się jednak i zaczęły przyglądać, jak dziewczynka podchodzi do sopli, zbiera je, pokazuje Samiemu i podchodzi do następnych. Pies szedł za nią jak w hipnozie. Pilnując, by smycz była luźna stawiał ostrożnie kroki i podążał za dzieckiem jak dobrze wyszkolony polarny niedźwiadek.
Właścicielka psa nie dowierzała sytuacji do tego stopnia, że zaczęła zdarzenie nagrywać. Szczerze mówiąc, nawet ja zatrzymałam się z Morfiną żeby popatrzeć na to niecodzienne zjawisko. Kiedy dziecko przestało bawić się już w obrywanie sopli, wróciło do matki, oddało smycz zszokowanej kobiecie i zaczęła oglądać z zainteresowaniem łapy psa. Psi ogon w tym czasie nie przestawał się poruszać.
Na pytanie jak to zrobiła, wzruszyła tylko ramionami nie wiedząc kompletnie o czym mówią kobiety. Kiedy nowi znajomi rozdzielili się i Sami stracił dziecko z oczu, jego wzrok przykuła krzywa gałąź i postanowił podejść do niej mimo protestów i zapierania się właścicielki.
Pies najwidoczniej miał wcześniej kontakt z dziećmi i był nauczony wobec nich delikatności, jednak nie stosował tej zasady w stosunku do dorosłych, czego na pewno bardzo żałowała płynąca za Samim kobieta na drugim końcu smyczy.
Mam wrażenie, że dzieci sąsiadów będą wynajmowane do prowadzenia wielkoluda, podczas jego psich przechadzek. Oczywiście pod opieką dorosłych. Ta smycz musi być trzymana przez małego człowieka.
Tak najwidoczniej zadecydował Sami.
Nie zrozumcie mnie źle, wszystkie psy darzę sympatią. Każdy jeden pies na tej planecie sprawia, że moje usta układają się w rogala, a w mózgu czuję przyjemne mrowienie, o ile ten pies nie biegnie rozpędzony w moją stronę z zamiarem oderwania mi głowy od tułowia. Chociaż prawdopodobnie wtedy również głaskałabym go w trakcie konsumpcji mojej nogi, bo mam emocjonalny problem jakim jest nieopanowana miłość do tych zwierząt.
Jednakowoż ten jeden, szczególny, wyjątkowy pies zawsze poprawia mi nastrój. W samym psie nie ma może nic wyjątkowego. Jest wielki, wspaniały, puchaty i jest Pirenejczykiem o imieniu Sami. To co mnie ujmuje i sprawia, że dostaję skurczów przepony to sposób w jaki ten pies wyprowadza swoich właścicieli na spacer. Miód na serce.
Pies mieszka w domu z ogródkiem, ale jako że właściciele niedawno go adoptowali i starają się zapewnić futrowi prawidłowy rozwój, zabierają go dwa razy dziennie na długi spacer. Tak właściwie, to on zabiera ich, ponieważ ze względu na swoją masę jest niepowstrzymany. Obroża, smycz, szelki, kantar? Nic to, kiedy wystarczy pociągnąć mocniej i problem znika. Słonik został prawdopodobnie przygarnięty z miejsca, w którym nigdy wcześniej nie był wyprowadzany poza teren. Przemawia za tym fakt, że psiaka ekscytuje dosłownie wszystko i musi sobie każdy obiekt obejrzeć z bliska.
Biedak zapewne sam nie czuje swojej siły, którą wkłada w sprawienie, by jego właściciel sunął za nim jak na nartach wodnych, pełen niemocy. Mężczyzna jakoś sobie jeszcze radzi z hipciem i po małym surfingu zazwyczaj udaje mu się namówić niedźwiadka do zatrzymania się czy skrętu, natomiast czasem z psem wychodzi drobna narzeczona. Był czas, kiedy nawet próbowała, ale kolos zachowywał się jakby na drugim końcu smyczy było tylko powietrze. Dziewczyna przybrała raz taktykę, która polegała na tym, by usiąść na ulicy i zatrzymać psa swoją masą i siłą tarcia. Ten jednak przetarł kobietą asfalt i wydawało się że nawet tego nie poczuł, bo po wszystkim rozejrzał się i widząc swoją rozłożoną właścicielkę podszedł do niej zaniepokojony, by polizać ją po twarzy.
Piekące pośladki i zdarta przednia część ciała zmotywowały dziewczynę do innej strategii, jaką było chodzenie za psem gdziekolwiek postanowi pójść. Tak było bezpieczniej.
Mężczyzna próbuje uczyć wielkoluda chodzenia przy nodze i reagowania na sygnały, ale póki co misiek nauczył się tylko, że jak ktoś głośno i histerycznie krzyczy "stój", to należy się zatrzymać, bo chcą mu wręczyć ciastko. Jak dla mnie, wygląda to na progres.
Pies sam w sobie jest nieszkodliwy. To łagodny olbrzym, który lubi wszystko wąchać, a kiedy coś go atakuje to patrzy z podziwem i spokojem statuy, analizując tą skomplikowaną zagwozdkę. Często również siada, patrzy na psa i jego właściciela, jakby chciał mu powiedzieć "Przepraszam, ten piesek się zepsuł, ale to nie ja. Ja go nawet nie dotykałem".
Ku mojej radości wczoraj ujrzałam go ponownie, jak przeciągał właścicielkę na drugą stronę chodnika, by obejrzeć sobie z bliska znak drogowy. Dziewczyna zaparła się tyłem, ze smyczą przewieszoną przez ramię, chcąc pociągnąć psa w drugą stronę, ale efekt był tylko taki, że robiła moonwalk bez poruszania nogami. Jackson byłby dumny.
Pies podszedł do znaku i zaczął się w niego wpatrywać. Z bliska widocznie wyglądał inaczej, bo badał go dobre dziesięć minut, dopóki nie zauważył kolejnego znaku, do którego również musiał podejść, bo ten był nieco inny. Sami nie węszył, ani nie obchodził znaku. Po prostu przed nim stał i z uśmiechem się w niego wpatrywał. Byłam bardzo ciekawa co sobie teraz myśli. Do psa podbiegła mała dziewczynka i stając w bezpiecznej odległości spytała najsłodszym głosem jakim tylko mogła:
- A czy można pogłaskać pieska, nie gryzie? -
- Można, tylko musisz uważać, bo jest duży i może Ci niechcący zrobić krzywdę -
Dziewczynka podeszła i zaczęła głaskać olbrzyma, który wyczuwając dziecko usiadł jak zaczarowany i zaczął szalenie merdać ogonem. Podczas kiedy matka dziewczynki rozmawiała z właścicielką Pireneja, dziecko niepostrzeżenie wyciągnęło smycz z kobiecej ręki i zaczęło spacerować między krzakami. Kiedy kobiety zorientowały się co się stało ruszyły małej na pomoc, póki pies nie zdążył jeszcze przejechać jej twarzyczką po chodniku jak szmacianą lalką. Zatrzymały się jednak i zaczęły przyglądać, jak dziewczynka podchodzi do sopli, zbiera je, pokazuje Samiemu i podchodzi do następnych. Pies szedł za nią jak w hipnozie. Pilnując, by smycz była luźna stawiał ostrożnie kroki i podążał za dzieckiem jak dobrze wyszkolony polarny niedźwiadek.
Właścicielka psa nie dowierzała sytuacji do tego stopnia, że zaczęła zdarzenie nagrywać. Szczerze mówiąc, nawet ja zatrzymałam się z Morfiną żeby popatrzeć na to niecodzienne zjawisko. Kiedy dziecko przestało bawić się już w obrywanie sopli, wróciło do matki, oddało smycz zszokowanej kobiecie i zaczęła oglądać z zainteresowaniem łapy psa. Psi ogon w tym czasie nie przestawał się poruszać.
Na pytanie jak to zrobiła, wzruszyła tylko ramionami nie wiedząc kompletnie o czym mówią kobiety. Kiedy nowi znajomi rozdzielili się i Sami stracił dziecko z oczu, jego wzrok przykuła krzywa gałąź i postanowił podejść do niej mimo protestów i zapierania się właścicielki.
Pies najwidoczniej miał wcześniej kontakt z dziećmi i był nauczony wobec nich delikatności, jednak nie stosował tej zasady w stosunku do dorosłych, czego na pewno bardzo żałowała płynąca za Samim kobieta na drugim końcu smyczy.
Mam wrażenie, że dzieci sąsiadów będą wynajmowane do prowadzenia wielkoluda, podczas jego psich przechadzek. Oczywiście pod opieką dorosłych. Ta smycz musi być trzymana przez małego człowieka.
Tak najwidoczniej zadecydował Sami.
wtorek, 18 grudnia 2018
Pseudo Rodzynek i nieodpowiedzialność w pigułce
Dziecko sąsiadów lat 8 zażyczyło sobie pieska. Nie byle jakiego pieska, bo pieska rasowego. Decyzja była podyktowana głównie obejrzanym przez chłopca filmem "Śnieżne psy". Dziecko truło i męczyło, obiecywało że będzie się psem zajmować i wychodzić z nim na spacer. Sąsiedzi, zamiast postąpić jak każdy zdrowo myślący rodzic i kazać potomstwu wychodzić najpierw z pluszakiem, lub psem sąsiadów przez jakiś czas, postanowili uwierzyć w obietnice ośmiolatka i uszczęśliwić syna na święta, prezentując mu pod choinką szczeniaczka rasy Husky.
Próby uświadomienia ich i odwiedzenia od tego pomysłu zderzały się ze ścianą, mimo że próbowało wiele osób.
Hodowla znalazła się szybko, za pomocą nieocenionego olx-a. Pan hodowca reklamował tam swoje szczenięta jako idealne i po rodzicach Husky, lecz bez rodowodu, za to należące do stowarzyszenia i to w promocyjnej cenie 500 zł. Tutaj rodzicom chłopca powinna zapalić się czerwona, migająca lampka, jednak zaślepieni wizją oszczędności zdecydowali się na zakup. Najważniejszym było, by znaleźć rudego psa, ponieważ syn chciał rudego.
Próby jakiejkolwiek rozmowy ponownie trafiały w nicość. Próbowałam kilkukrotnie rozmawiać z nimi osobiście. Przychodziłam z białą flagą, pokojowo, tylko żeby ograniczyć zasięg pseudo i ostrzec sąsiadów przed konsekwencjami zakupu psa z takich warunków. Przytaczałam argumenty z życia codziennego, z jakimi spotyka się większość właścicieli pseuduchów.
Wymieniłam chyba każde możliwe problemy zdrowotne i behawioralne jakie mogły w danej sytuacji zaistnieć, lecz rodzice zbywali mnie prostym "Ty przecież masz takiego psa".
Tak, ale ja tę decyzję podjęłam świadomie, wiedząc na co się godzę i to po likwidacji pseudohodowli. Szczeniaki były już na świecie, nie dało się ich wcisnąć matce z powrotem w brzuch i odwołać porodu. Musiały znaleźć dom, lub trafiłyby do schroniska.
"No przecież te też są już na świecie, a ten Pan jest bardzo miły i na pewno dba o psy".
Owszem, jest miły bo chce zarobić. Z takimi ludźmi należy walczyć, a nie ich popierać. Rozrysowałam sąsiadom szybką wizję tego jak wykończona zapewne jest matka maluchów i wiele suk w tej tak zwanej hodowli i do czego właściwie się przyczyniają.
Wszystkie argumenty zbyli tym, że "przesadzam", a Morfina jest "słodka" i nie przejawia żadnych problemów. Pokazałam im rachunki za weterynarza i kartotekę chorób. Byli jednak niewzruszeni, decyzja w ich głowach zapadła już dawno.
Jako, że szczeniaki były już odstawione od mleka, a hodowca chciał szybko pozbyć się towaru namówił on rodziców by wzięli pieska dużo wcześniej. W końcu na święta miałby już pięć miesięcy i ciężko byłoby go zapakować.
Sąsiedzi wręczyli więc dziecku jego prezent z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Chłopiec był bardzo szczęśliwy i nazwał pieska "Rodzynek", ze względu na jego ubarwienie. Dziecko wreszcie miało wymarzonego psa, zwierzę dom, a rodzice święty spokój. Happy end?
Właśnie nie do końca.
Piesek zaczął przejawiać problemy zdrowotne już tydzień po przyjeździe do domu. Scenariusz typowy i wielu osobom znany. Pasożyty zewnętrzne i wewnętrzne. Udało się załatać problem, lecz wtedy pojawił się następny. Problemy z jedzeniem i wpadanie na ściany. Okazało się że Rodzynek cierpi na wrodzone problemy z błędnikiem. Właściciele psa, mijając mnie wzrokiem wzruszali ramionami i rzucali szybkie "przypadek, w innej hodowli też mogło się zdarzyć".
Problemy behawioralne szczeniaka były naprawiane szybko, magicznymi słowami "on z tego wyrośnie". Pies sikał w domu, niszczył co popadnie i w tak młodym wieku bronił zasobów. Zachowania, które mogłyby być skorygowane w ciągu kilku tygodni nawarstwiały się tylko i potęgowały. Sąsiedzi kierowani dumą i honorem odrzucali zaoferowaną pomoc, ponieważ "sami potrafili wychować swojego psa".
Dziecku piesek znudził się po miesiącu, a wychodzić przestał z nim po dwóch tygodniach. Całe obciążenie spadło na pracujących rodziców, ku ich wielkiemu zdziwieniu.
Dorosłych przerastała sytuacja chorującego na błędnik i chroniczne zapalenia uszu Rodzynka, oraz jego destrukcyjne zapędy. Kiedy żywiołowy, młody pies wychodzi na spacer trzy razy dziennie po pięć minut, ciężko jest zwalać problem na zwierzę.
Zaoferowałam spacery. Liczyłam że przy okazji uda mi się nauczyć go też kilku rzeczy.
"To jest pies naszego syna i to on ma z nim wychodzić, musi nauczyć się odpowiedzialności". Młody jednak nie wychodził. Wychodzili rodzice, w przerwie na papierosa. Kiedy zrobiło się zimno, a potrzeby fizjologiczne psa okazały się nieubłagane rodzice podjęli decyzję o pozbyciu się problemu. Zrobili to po cichu, żeby nikt ich nie osądzał i nie uważał, że sobie nie radzą. Rodzynek wywędrował na wieś, gdzie obecnie pełni służbę jako podwórkowy alarm przeciw intruzom.
Pies z częstymi chorobami uszu nie jest na to stanowisko dobrym kandydatem, więc zaproponowałam adopcję psiaka.
Uderzyłam w ścianę po raz ostatni. "On już ma dom i jest tam szczęśliwy". Zasugerowałam, że psiak może nie mieć tam odpowiedniej opieki medycznej.
"Wszystko z nim dobrze".
Sąsiedzi odizolowali się od tych, którzy służyli im radą i próbowali odwieźć od pomysłu. Porażka okazała się zbyt bolesna. Przyjęli jednak filozofię, że jeśli spadnie się z konia trzeba na niego wsiąść. Obecnie postanowili dać synowi drugą szansę i zakupić psa rasy Akita, ponieważ wzruszył ich film "Mój przyjaciel Hachico".
Zarówno ja, jak i wiele innych osób czynnie uczestniczymy w walce o przywrócenie tym ludziom zdrowego rozsądku, lecz wydaje mi się że tę walkę przegrywamy.
Prawdą jest, że niektórzy ludzie nie powinni mieć psa, jednak moim zdaniem niektórzy nie powinni mieć nawet telewizora.
Próby uświadomienia ich i odwiedzenia od tego pomysłu zderzały się ze ścianą, mimo że próbowało wiele osób.
Hodowla znalazła się szybko, za pomocą nieocenionego olx-a. Pan hodowca reklamował tam swoje szczenięta jako idealne i po rodzicach Husky, lecz bez rodowodu, za to należące do stowarzyszenia i to w promocyjnej cenie 500 zł. Tutaj rodzicom chłopca powinna zapalić się czerwona, migająca lampka, jednak zaślepieni wizją oszczędności zdecydowali się na zakup. Najważniejszym było, by znaleźć rudego psa, ponieważ syn chciał rudego.
Próby jakiejkolwiek rozmowy ponownie trafiały w nicość. Próbowałam kilkukrotnie rozmawiać z nimi osobiście. Przychodziłam z białą flagą, pokojowo, tylko żeby ograniczyć zasięg pseudo i ostrzec sąsiadów przed konsekwencjami zakupu psa z takich warunków. Przytaczałam argumenty z życia codziennego, z jakimi spotyka się większość właścicieli pseuduchów.
Wymieniłam chyba każde możliwe problemy zdrowotne i behawioralne jakie mogły w danej sytuacji zaistnieć, lecz rodzice zbywali mnie prostym "Ty przecież masz takiego psa".
Tak, ale ja tę decyzję podjęłam świadomie, wiedząc na co się godzę i to po likwidacji pseudohodowli. Szczeniaki były już na świecie, nie dało się ich wcisnąć matce z powrotem w brzuch i odwołać porodu. Musiały znaleźć dom, lub trafiłyby do schroniska.
"No przecież te też są już na świecie, a ten Pan jest bardzo miły i na pewno dba o psy".
Owszem, jest miły bo chce zarobić. Z takimi ludźmi należy walczyć, a nie ich popierać. Rozrysowałam sąsiadom szybką wizję tego jak wykończona zapewne jest matka maluchów i wiele suk w tej tak zwanej hodowli i do czego właściwie się przyczyniają.
Wszystkie argumenty zbyli tym, że "przesadzam", a Morfina jest "słodka" i nie przejawia żadnych problemów. Pokazałam im rachunki za weterynarza i kartotekę chorób. Byli jednak niewzruszeni, decyzja w ich głowach zapadła już dawno.
Jako, że szczeniaki były już odstawione od mleka, a hodowca chciał szybko pozbyć się towaru namówił on rodziców by wzięli pieska dużo wcześniej. W końcu na święta miałby już pięć miesięcy i ciężko byłoby go zapakować.
Sąsiedzi wręczyli więc dziecku jego prezent z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Chłopiec był bardzo szczęśliwy i nazwał pieska "Rodzynek", ze względu na jego ubarwienie. Dziecko wreszcie miało wymarzonego psa, zwierzę dom, a rodzice święty spokój. Happy end?
Właśnie nie do końca.
Piesek zaczął przejawiać problemy zdrowotne już tydzień po przyjeździe do domu. Scenariusz typowy i wielu osobom znany. Pasożyty zewnętrzne i wewnętrzne. Udało się załatać problem, lecz wtedy pojawił się następny. Problemy z jedzeniem i wpadanie na ściany. Okazało się że Rodzynek cierpi na wrodzone problemy z błędnikiem. Właściciele psa, mijając mnie wzrokiem wzruszali ramionami i rzucali szybkie "przypadek, w innej hodowli też mogło się zdarzyć".
Problemy behawioralne szczeniaka były naprawiane szybko, magicznymi słowami "on z tego wyrośnie". Pies sikał w domu, niszczył co popadnie i w tak młodym wieku bronił zasobów. Zachowania, które mogłyby być skorygowane w ciągu kilku tygodni nawarstwiały się tylko i potęgowały. Sąsiedzi kierowani dumą i honorem odrzucali zaoferowaną pomoc, ponieważ "sami potrafili wychować swojego psa".
Dziecku piesek znudził się po miesiącu, a wychodzić przestał z nim po dwóch tygodniach. Całe obciążenie spadło na pracujących rodziców, ku ich wielkiemu zdziwieniu.
Dorosłych przerastała sytuacja chorującego na błędnik i chroniczne zapalenia uszu Rodzynka, oraz jego destrukcyjne zapędy. Kiedy żywiołowy, młody pies wychodzi na spacer trzy razy dziennie po pięć minut, ciężko jest zwalać problem na zwierzę.
Zaoferowałam spacery. Liczyłam że przy okazji uda mi się nauczyć go też kilku rzeczy.
"To jest pies naszego syna i to on ma z nim wychodzić, musi nauczyć się odpowiedzialności". Młody jednak nie wychodził. Wychodzili rodzice, w przerwie na papierosa. Kiedy zrobiło się zimno, a potrzeby fizjologiczne psa okazały się nieubłagane rodzice podjęli decyzję o pozbyciu się problemu. Zrobili to po cichu, żeby nikt ich nie osądzał i nie uważał, że sobie nie radzą. Rodzynek wywędrował na wieś, gdzie obecnie pełni służbę jako podwórkowy alarm przeciw intruzom.
Pies z częstymi chorobami uszu nie jest na to stanowisko dobrym kandydatem, więc zaproponowałam adopcję psiaka.
Uderzyłam w ścianę po raz ostatni. "On już ma dom i jest tam szczęśliwy". Zasugerowałam, że psiak może nie mieć tam odpowiedniej opieki medycznej.
"Wszystko z nim dobrze".
Sąsiedzi odizolowali się od tych, którzy służyli im radą i próbowali odwieźć od pomysłu. Porażka okazała się zbyt bolesna. Przyjęli jednak filozofię, że jeśli spadnie się z konia trzeba na niego wsiąść. Obecnie postanowili dać synowi drugą szansę i zakupić psa rasy Akita, ponieważ wzruszył ich film "Mój przyjaciel Hachico".
Zarówno ja, jak i wiele innych osób czynnie uczestniczymy w walce o przywrócenie tym ludziom zdrowego rozsądku, lecz wydaje mi się że tę walkę przegrywamy.
Prawdą jest, że niektórzy ludzie nie powinni mieć psa, jednak moim zdaniem niektórzy nie powinni mieć nawet telewizora.
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Różyczka, Mruczuś i konflikt gatunków
W klinice weterynaryjnej pacjentem nie zawsze jest piesek czy kotek, nie zawsze nawet jest to ssak. Jak się okazuje, niektórzy ludzie nie są tego świadomi i przeżywają niemałe zdziwienie kiedy odkrywają, że tych mniej futrzanych podopiecznych też się leczy.
W poczekalni kliniki siedziała grupka ludzi. Mężczyzna koło trzydziestki, kilka młodszych osób, jedna kobieta z psem i nieco starsza z kotem na kolanach. Opiekunowie pacjentów rozmawiali między sobą i wymieniali doświadczenia chorobowe, kiedy padło na mężczyznę z transporterem.
- A Pan to co to tam ma za cudo? Chomiczka może albo Koszatniczkę? - spytała rozweselona właścicielka kota, który z niepokojem przyglądał się leżącemu na podłodze psu.
- Nie. Moje to bezfutrowe raczej -
- Czy to żółwik? Ja tak lubię żółwiki -
- Nie. Nie żółwik -
- To może jakiś jaszczurek, albo kameleon. No bo chyba nie wąż. Nie lubię węży -
- Jak Pani nie lubi węży to Różyczka też się Pani raczej nie spodoba -
- O matko, to co to Pan tam trzyma? -
- Lepiej, żeby Pani nie wiedziała -
Starsza pani umilkła na chwilę, ale ciekawość zjadała ją żywcem i musiała zerknąć przez ramię mężczyzny do transportera.
Jestem pewna, że krzyk kobiety słyszany był aż w Japonii, a tamtejsze dzieci pytały rodziców czy to Godzilla. Zapanował chaos. Kot wyleciał z kolan właścicielki, kiedy ta wyrwała z miejsca jak koń wyścigowy z boksu i futrzak o mało co nie wylądował na psie, który słysząc krzyk uruchomił swoją wewnętrzną syrenę i zaczął wyć zachrypniętym głosem. Technicy wybiegli, żeby sprawdzić kto uruchomił alarm przeciwpożarowy, a ich oczom ukazał się obrazek dość abstrakcyjny. Dorosły mężczyzna osłaniający transporter przed starszą panią, która gdyby mogła weszłaby na żyrandol i rzucała stamtąd przedmiotami, kot na szafce, pies pod szafką, reszta klientów w panice jak najdalej walczącej dwójki.
Technicy wkroczyli i zaczęli uspokajać kobietę, psią syrenę i wystraszonych ludzi.
- Co tu się dzieje? Co Pani robi? Straszy Pani pacjentów -
- Tam jest pająk! Wielki, olbrzymi! Ja mam arachnofobię... i chore serce, ja się nie mogę denerwować -
- Pająk jest w transporterze i jest pacjentem, ma prawo tu przebywać. Niech się Pani nie martwi, nie ucieknie -
- Ale, żeby taką bestię leczyć? To przecież miotłą trzeba bo się jeszcze rozmnoży -
- Mam nadzieję - odparł pod nosem mężczyzna, ale znokautowany wzrokiem technika zaprzestał mówienia.
- Niech się Pani uspokoi i usiądzie, zaraz będzie Pani kolej -
- Ja tu nie będę w jednym pomieszczeniu czekać z tym... czymś! Ja mam prawo się bać, czy nie ma jakiegoś prawa które nakazałoby im wyjść? -
- Nie. Ten Pan przyszedł tutaj ze zwierzęciem, które jest zabezpieczone. Równie dobrze ktoś może bać się Pani kota, który zabezpieczony nie jest, bo nie ma nawet transportera, ani smyczy i szelek -
- Przecież to kot, co on może zrobić -
- Nieistotne, ktoś może się bać. Proszę trzymać zwierzątko przy sobie i nie denerwować już pacjentów i ich opiekunów -
- To jest skandal, on może uciec i kogoś ugryźć i zabić -
- Ona - wtrącił mężczyzna
- Proszę Pana pająki nie mają płci. To są bezosobowe kreatury stworzone do zabijania -
- To podobnie jak koty -
- Proszę? -
- Koty przynoszą martwe zwierzęta na wycieraczkę. Tarantula przynajmniej zjada to co zabije, więc ofiara bezsensownie nie ginie. Podrapanie kota długo się goi, nie mówiąc o tym, że są wredne -
Stałam tam i przyglądałam się dwojgu dorosłych ludzi, którzy zachowywali się jak dzieci i przekomarzali kto ma rację i czyja opinia jest ważniejsza. Dyskusja skończyła się dopiero, kiedy jedno z nich musiało wejść do gabinetu.
Weterynarz obejrzał oba zwierzaki, przepisał Mruczusiowi tabletki, Różyczce dietę i odesłał właścicieli do domu.
- Ale żeby się pokłócić o nieswojego zwierzaka? - spytała technik, która uzupełniała kartotekę pająka
- Pożyjesz jeszcze trochę, to już wszystko zobaczysz -
- Gdyby tam nie zerknęła, to by nawet nie wiedziała i wszystko byłoby w porządku -
- Niewiedza bywa błogosławieństwem, nie? - uśmiechnął się lekarz - I to dla obu stron -
- Rozumiem, że można nie tolerować jakiś zwierząt ale żeby zaraz tak agresywnie? -
- Mówi się, że człowieka poznaje się po tym jak traktuje zwierzęta. Ja się z tym nie zgadzam, czasem naprawdę popaprani socjopaci bardzo lubią zwierzęta. Inni mówią, że dobra osoba jest sympatyczna dla wszystkich, ale nie oszukujmy się takich jest niewiele. Jak dla mnie to człowieka można najlepiej poznać po tym jak traktuje wroga. Kogoś kogo nie lubi i nie trawi, ale jak przyjdzie co do czego to potrafi siedzieć cicho albo nawet wyciągnąć rękę na zgodę dla dobra ogółu. Bo można się nienawidzić z pogardą, a można się nienawidzić z szacunkiem i godnością -
Nastała cisza. Ja przyglądałam się doktorowi i przyglądali się pozostali technicy.
- Co? Zbyt filozoficznie? Za dużo kawy, sorki -
Chyba trafiam na bardzo mądrych i świadomych życiowo szefów.
Tak mi się coś wydaje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
