Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Łatek

Sytuacja miała miejsce 3 lata temu. Moja kuzynka mieszka z rodziną na totalnym zadupiu. Niewielki dom, środek lasu, totalna cisza, jelenie pod oknami, robactwo, słowem terror cywilizacji a dla mnie raj na ziemi. Jako że miała dość natury, postanowiła na wakacje przenieść się do zgiełku miasta, nawet tak niewielkiego jak nasze. Postawiony jej jednak został warunek - ma ze sobą zabrać psa. Jako że nie mieszkam sama, spytałam reszty domowników czy na tydzień dałoby radę zmieścić na tym metrażu jeszcze jedno bydlę. Nie znałam dokładnego opisu psa, nigdy też go nie widziałam ale z opisu kuzynki wynikało, że należał do tych sporych. Nie spodziewałam się ujrzeć niczego większego od owczarka. Jakże się myliłam. W drzwiach stanęła kuzynka, walizki, a tuż za jej plecami na smyczy która dla mnie wyglądała bardziej na linkę holowniczą stał niedźwiedź, tylko że bez futra.
- No cześć -
- Mój Boże co to jest?! - wypaliłam, wskazując na twór za jej plecami.
- Mówiłam, że duży -
Natomiast za swoimi plecami usłyszałam dźwięk wiertarki z rozładowanym akumulatorem. To był zduszony krzyk mojej matki. Kuzynka widząc reakcję, przylgnęła z oczami szczeniaka do drzwi:
- Ciociu ja Cię błagam, to tylko tydzień, on jest grzeczny, on właściwie ciągle śpi, a jak nie śpi to je -
- I tego się właśnie obawiam - rodzicielka uważnie lustrowała psa, w głowie mając zapewne wizję siebie na psim talerzu. Spojrzałam jej w oczy. Krył się w nich strach. W moich ona zapewne ujrzała serduszka.
- Ale gdzie to to będzie spało? Zajmie całą podłogę. Paulina, gdzie Ty go chcesz umieścić? -
Nie słuchałam. Byłam już przy psie, ugniatając fałdki na jego czole i bawiąc się uszami. Mama westchnęła i czując swoją przegraną odparła:
- No dobra już. Wprowadź tego potwora bo się jeszcze sąsiedzi wystraszą -
W mieszkaniu moja sucz dopadła do psa i zaczęła zapraszać go do zabawy. Pies jednak tylko pomerdał leniwie i rozłożył się w przedpokoju. Całym przedpokoju. Morfina nie widząc innego rozwiązania problemu braku miejsca na kafelkach, położyła się na nim. Sprawa metrażu była więc załatwiona. Podczas gdy rodzicielka rozmawiała z moją kuzynką, ja robiłam psu zakładki z fafli i byłam już przy czwartej, kiedy usłyszałam że pies ma na imię Łatek. Obeszłam psa, który był jednolitego, brązowego koloru i z pytajnikami w oczach skierowałam wzrok na kuzynkę.
- Nie patrzcie tak na mnie. Dostaliśmy go jak miał pół roku od jakiegoś wiejskiego chłopa, który go nazwał po poprzedniku. Facet twierdził, że mu się nie nadaje do pilnowania posesji -
Spojrzałam na psa, który pochrapywał oraz na sukę, unoszącą się w rytm jego oddechów na jego boku. Jakoś mnie to nie dziwiło.
- Nigdy nie miał kontaktu z psami ani ze zbyt wieloma ludźmi i nie byliśmy pewni jak zareaguje. Wiecie w środku głuszy ciężko o jakieś zwierzęta co by się chciały z nim bawić. Na wiewiórki i zające nawet nie spojrzy, bo mu się nie chce a sarny się go boją -
Z dalszej rozmowy wynikało, że pies jest w typie Mastiffa angielskiego i naprawdę jest leniwy do granic możliwości, mimo że ma dopiero 3 lata. Gdyby mógł tylko by jadł i spał (utożsamiałam się z nim), oraz że ma lekkie problemy z chodzeniem na smyczy (nie rozróżniał kiedy ma skręcać i po prostu szedł prosto dopóki się go nie nawróciło siłą), jako że u siebie hasał sobie goły i wesoły w samej obroży. Kuzynka wpadła na pomysł, że szelki będą idealnym rozwiązaniem dla 100-kilowego Łatka. W te szelki spokojnie zmieściłabym się razem z moją kuzynką i jeszcze byłby luz. Starałam się jej wytłumaczyć, że to nie jest najlepszy pomysł ale nie słuchała. To doprowadziło do naszej zguby.
Pewnego pięknego wieczora wybrałyśmy się na spacer. Ja ze swoją suką, kuzynka ze swoim niedźwiedziem w szelkach i na lince holowniczej. Po drodze ludzie rozstępowali się przed nami jak morze przed Mojżeszem. Łatek człapał leniwie, szukając już miejsca gdzie by się mógł położyć i zasnąć (dopiero wyszłyśmy, marsz trwał jakieś 6 minut). Na jeden jego krok moja sucz robiła 3. Nie znalazł się ani jeden śmiałek, który chciałby go pogłaskać. Raz tylko podbiegł do nas ujadający, mały jegomość, którego właściciel nie zauważył sytuacji i nie zapiął psa na smycz. Morfina odważnie schowała się za mną, natomiast Łatek schylił łeb, powąchał wypierdka, zamerdał dwa razy i podjął marsz dalej, o mało nie miażdżąc łapą pieska, po którego już biegł spanikowany właściciel. Po pół godzinie pies zwalił swe cielsko na środku pagórka i udając trupa stwierdził że dalej to sobie możemy iść same a on poczeka. Jako, że nie miałyśmy sił ani go pociągnąć ani skulać zarządziłyśmy postój. Moje ADHD biegało za badylami, niosąc w pysku po 4 na raz, natomiast Łatek z właścicielką siedzieli na pagórku. Parę razy sucz zahaczyła łapami o psa i przekoziołkowała w dół, po czym podniosła się i lekko skołowana dalej szukała kijków. Łatek zdawał się nawet nie zauważać, że coś na niego przed chwilą wpadło i nie przerywał sobie drzemki takimi błahostkami. W końcu udało nam się go zmusić do dalszego marszu i pies z wielkim niezadowoleniem ruszył dalej. Mijaliśmy właśnie zakręt w drodze powrotnej, kiedy pies wyrwał się mojej niczego nie spodziewającej się kuzynce i zaczął patatajać w stronę srebrnych koszy na śmieci, które widniały na horyzoncie. Stałyśmy osłupiałe a pies nabierał prędkości. Łatek nigdy nie widział akurat takich pojemników i coś w jego mózgu kazało mu zrobić sobie z nich kręgle. Puste (na szczęście) kosze poprzewracały się pod wpływem impetu a pies nawet nie zwalniając, wziął zakręt i ruszył w naszą stronę. Ziemia drżała jakby biegł po niej co najmniej nosorożec. Nie wiem, co sobie myślałam ale podałam kuzynce smycz z rozradowaną suką i stanęłam w pozycji zapaśnika sumo, gotowego przyjąć cios. Chciałam zatrzymać psa (moje ówczesne 75 kg vs jego 100 kg) ale moja pewność siebie malała proporcjonalnie do dystansu jaki został mu do pokonania. Zaczęłam się wycofywać ale decyzja została podjęta za mnie kiedy uderzył we mnie ten rozpędzony meteoryt a ja znalazłam się na ziemi, widząc ciemność... po chwili gwiazdy,,, a chwilę potem moją babcię. Kiedy ponownie ujrzałam przewijające się chmury, na plecach i karku czułam przyjemne smyranie trawy. Na nodze było mi lekko. Mój lewy but pojechał na wakacje ale w tamtym momencie nie przejmowałam się tym wcale. Ktoś krzyczał w oddali a ja sunęłam wśród chmur z wyciągniętymi nad głową rękami. Po chwili oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że zdążyłam złapać za smycz i teraz jadę wesoło, stylem grzbietowym po trawie z dość sporą prędkością, ciągnięta przez Łatka, który przymierzał się właśnie do zakrętu.
- Paulina puść smycz! -
Puściłam. Smyranie ustało a chmury zwolniły, jednak but dalej nie znajdował się na nodze. Rozejrzałam się. Kuzynka stała na horyzoncie z moją wyrywającą się suką a Łatek kosił właśnie sobą jakieś krzaki. To mogłoby mnie zaboleć. Czułam się dziwnie ale kości wydawały się być w całości. W każdym razie postanowiłam nie ryzykować i jeszcze trochę poleżeć. Całą sytuację widział pewien łysy, napakowany jegomość. Wyglądał na takiego co to na śniadanie pochłania 20 jajek, a potem siłownia i shake energetyczny. Biceps miał jak ja dwa, więc czując się w obowiązku pomóc, krzyknął że zatrzyma psa. Żałowałam, że nie mam przy sobie popcornu. Mężczyźnie udało się złapać za smycz, którą ja puściłam i począł surfować po trawie, orząc nogami ziemię i zostawiając za sobą dwie piękne bruzdy. Koledzy jegomościa najpierw pokładali się ze śmiechu ale w końcu postanowili pomóc koledze na nartach wodnych (tylko że bez nart i wody) w niedoli i również rzucili się na smycz. Pies znacznie zwolnił ale nie zatrzymał się całkowicie, mimo że ciężar na smyczy kilkukrotnie przekraczał już jego własny. W końcu siły opuściły Łatka i usiadł, ciężko dysząc. Na pysku malowało się zadowolenie. Kuzynka podbiegła do psa, po drodze zostawiając przy mnie sukę, która położyła się koło mnie myśląc, że to pewnie jakiś rodzaj zabawy. Kuzynka zaczęła przepraszać mężczyzn, wciąż nie mogąc wyjść z szoku. Tłumaczyła, że pies nigdy nie biegał za piłkami, wiewiórkami, czymkolwiek i nie wie co mu odbiło. Mężczyźni zrobili dobrą minę do złej gry, otrzepali się, poklepali psa po łbie i poszli, machając do mnie wciąż leżącej na trawie, kilka metrów dalej. Do tej pory nie wiemy, dlaczego pies postanowił się przebiec. Nigdy wcześniej ani jak mi wiadomo nigdy później nie wywinął takiego numeru. Kiedy wróciłyśmy do domu, wyglądałam mniej więcej jak po spotkaniu z kosiarką (ale buta znalazłam). Kuzynka już nie przyjeżdża do nas z psem. Mimo wszystko szkoda, mnie się tam kulig przyjemnie wspomina.

Psi Zespół Tourette'a

Mój znajomy podczas naszej ostatniej rozmowy celnie zauważył, że osoby posiadające małe dzieci lub psa zachowują się podczas rozmowy telefonicznej jakby chorowały na zespół Tourette'a. Nie wierzyłam dopóki sama tego nie zauważyłam na własnym przypadku:
- Halo? No hej. Co mówisz? Morfi zostaw to!... tak, no mówiłam Ci, że z Sebastianem poszła zamiast z Andrzejem... Nie ruszaj tego! Co? Nie, no ja dopiero jutro idę ale jeszcze nie wiem... Morfina wypluj to! Wypluj to powiedziałam... o której i w co się ubiorę, pewnie coś wygodnego założę... Jak matkę szanuję jak zaraz nie odłożysz tej skarpetki to zamieszkasz w piwnicy!... żeby wiesz nie musieć się przebierać potem. No ja też nie ogarniam tego ósmego zadania ale jak wrócę to zajrzę do... Do mnie Morfi, nie zaczepiaj pana... do książki coś tam powinno być... Co ty tam znowu żujesz! Proszę nie karmić psa chlebem... tak myślę, że wieczorem jak będę miała to wyślę ... słucham? Tak, ja wiem że ona chce ale ona by zjadła arszenik jakby ją Pan poczęstował... a byłaś już u Bożenki po ten podręcznik?... nie proszę Pana, pies nie jest głodny... bo jak jeszcze nie byłaś to ja mogę... Morfi odejdź stamtąd... Ci podejść bo i tak chodzę...-
Post nie miał na celu nikogo urazić.
(Dla nieświadomych zespół Tourette'a to występowanie tików ruchowych i werbalnych, niekontrolowanych przez chorego. Werbalnie sprowadza się to do niekontrolowanego wykrzykiwania lub wypowiadania wyrazów nie związanych z aktualnie wypowiadanym zdaniem, czasami przekleństw wbrew własnej woli.)

Bezdomny

Historia będzie długa i niewesoła, więc jeżeli nie czujecie się na siłach to przejdźcie do następnego posta.
Jakoś na początku tego roku zostałam zmuszona do częstego podróżowania. Katowice a konkretnie dworzec i okolice były moim miejscem przesiadek autobusowych i pociągowych. Tym sposobem przejeżdżałam przez to miasto niemal codziennie, dwa razy – zmierzając do celu oraz wracając do
domu. Zdarzało mi się zabierać ze sobą psa jeśli akurat nie miałam go z kim zostawić na cały dzień, chociaż takie sytuacje były rzadkie i głównie podróżowałam sama.
W okolicach dworca oraz na ulicach 3-maja i Andrzeja widywałam bezdomnego. Starszy mężczyzna, na oko 50-letni (chociaż bujna broda mogła dodawać mu kilka lat), brudny i w zużytych ubraniach siedział na krawężniku i zdawał się niezbyt przejmować otaczającym go światem. Przed nim stał kubeczek, do którego sporadycznie wpadało kilka złotych. Jego dobytek zamykał się w plecaku i dwóch torbach które zawsze miał ze sobą. Nie oceniam ludzi zwłaszcza jeśli nie znam ich historii. Nigdy nie widziałam wokół niego puszek czy butelek po piwie. Nie zaczepiał nikogo, nie żebrał natarczywie po prostu tam siedział z tym kubeczkiem, większość czasu wyglądając jak posąg, ożywiając się tylko wtedy kiedy usłyszał brzęk monet lub kiedy był częstowany jedzeniem. Dziękował wtedy, uśmiechał się życzliwie po czym wracał do bycia niewidzialnym dla świata. Sam fakt, że na moje oko nie pił alkoholu stawiał go dla mnie w dobrym świetle, więc kiedyś postanowiłam że podejdę i podzielę się jedzeniem. Zostały mi jeszcze dwie kanapki. Nie byłam głodna a do domu miałam już ostatnią przesiadkę. Podeszłam więc do człowieka siedzącego na krawężniku, owiniętego kocem, który najlepsze lata grzewcze miał już za sobą. Był styczeń i co prawda śnieg jeszcze nie sypał ale zimno dawało się już odczuć .
- Przepraszam, mam nadzieję że to Pana nie obrazi ale może jest Pan głodny? –
Mężczyzna spojrzał spod koca niebieskimi oczami, uśmiechnął się, wyciągnął rękę po kanapki i spytał czy jestem pewna że chcę mu to dać. Odpowiedziałam, że oczywiście jeśli ma ochotę i że mam niedaleko do domu. Podziękował i zabrał się do odwijania sreberka. Zanim przeszłam na drugą stronę ulicy kanapki były już wspomnieniem. Stanowczo był głodny.
Czasami nie spotykałam go tygodniami mimo, że przejeżdżałam przez Katowice niemal codziennie. Pewnie lokował się w różnych miejscach a ja nie zawsze przez te miejsca przechodziłam. Kiedy jednak go mijałam, starałam się oddać mu część jedzenia lub jeśli akurat już go nie miałam wrzucić mu kilka złotych do kubeczka.
Pewnego lutowego poranka śnieg bawił się z wiatrem w najlepsze a ja modliłam się już o ciepłe wnętrze autobusu, kiedy dostrzegłam owego bezdomnego, zawiniętego w burrito z koca, co skutecznie uniemożliwiało jakąkolwiek identyfikację. Mimo to poznałam mężczyznę po torbach i plecaku i ruszona sumieniem spojrzałam na swoje pakunki, w których w styropianowym opakowaniu, pozawijanym w ręczniki dla lepszej izolacji przed zimnem spoczywał mój jeszcze ciepły obiad. Od samego patrzenia na trzęsący się koc robiło mi się zimniej więc ruszyłam w jego stronę z postanowieniem, że dzisiaj obiad zjem na mieście. Podałam mężczyźnie torby, usuwając z nich tylko ręczniki i powiedziałam że powinno być jeszcze ciepłe i że życzę mu smacznego. Człowiek wychylił się spod koca i z niedowierzaniem spojrzał na pojemnik.
- Ale ja tego nie mogę przyjąć –
- Musi Pan, ten obiad zrobiła moja babcia i sadzę że czułaby się źle jakby go Pan nie przyjął –
- Ale … Pani będzie głodna –
Skłamałam wtedy i powiedziałam, że nie ma się o co martwić ponieważ obiad czeka na mnie na miejscu a ten był zapasowy, poza tym mam jeszcze kanapki. W życiu nie widziałam kogoś tak szczęśliwego na widok zwykłych ziemniaków z mięsem i surówką. Żeby nie było mężczyźnie głupio jeść samemu, zabrałam się za kanapki i postanowiłam z nim chwilę porozmawiać. Nie miałam zamiaru pytać go o nic osobistego ale zaciekawiło mnie czemu marznie na zewnątrz zamiast wejść na chwilę do Galerii Katowickiej gdzie jest nieporównywalnie cieplej albo do jakiegokolwiek sklepu chociaż na parę minut. Odpowiedział wtedy że przeganiają go ze sklepów i galerii ze względu na jego zapach i prezencje i że już nawet nie próbuje. Zrobiło mi się głupio za ludzkość. Nie zdradził mi swojego imienia, twierdząc że to nie ma znaczenia. Nie napierałam. Rozmawialiśmy jeszcze o nieistotnych sprawach, o pogodzie tak tylko żeby podtrzymać konwersację. Zauważyłam, że zjadł całe ziemniaki i surówkę ale większość mięsa zostawił, zawinął w swoje szmatki i schował. Pomyślałam że pewnie zostawia sobie na później ale nie miałam zamiaru pytać, to nie była moja sprawa. Mężczyzna zauważył jednak moją konsternację a mi zrobiło się z tego powodu głupio ale odpowiedział z uśmiechem, że to dla Stefanka. Uznałam to za urocze, że dzieli się z innym człowiekiem chociaż sam ma tyle co nic i modliłam się tylko, żeby Stefanek nie okazał się dzieckiem. (Różne są sytuacje ten Pan mógł być na przykład samotnym ojcem). Nie miałam czasu go delikatnie o to podpytać bo do autobusu zostało mi już tylko kilka minut ale udało mi się przekonać go że drugiej kanapki nie potrzebuję i tak lżejsza o cały prowiant ale szczęśliwsza pobiegłam na przystanek. Mijały tygodnie czasem spotykałam go w mojej podróży, czasem nie. Przełomowy moment nastąpił pod koniec lutego kiedy zauważyłam, że siedzi opatulony swoim kocem i trzyma na kolanach jakąś włochatą szarawą kulkę, częściowo również zawiniętą w koc. Z bliższej odległości kulka okazała się mieć pyszczek i oczka. Mężczyzna trzymał na kolanach psa w stanie porównywalnym do niego. Kiedy podeszłam zwierzę uniosło łeb i przyglądało mi się niepewnie kiedy wrzucałam drobniaki do kubka. Pies był skołtuniony i brudny ale mimo wszystko uroczy, z klapniętymi uszkami i ciemnymi oczami. Skomplementowałam pieska i spytałam czy od dawna ma jego towarzystwo.
- To Stefanek. Znalazłem go jak jeszcze był mały jakieś 4 lata temu. Wygrzebałem go w śmieciach. Ktoś go wyrzucił. Był sam, ja byłem sam to go wziąłem. Nikomu go nie ukradłem przysięgam. –
Powiedziałam, że wierzę i że spytałam tylko dlatego że wcześniej go tu nie widziałam. Mężczyzna uśmiechnął się i powiedział że Stefanek ma swoje drogi i codziennie musi patrolować swój teren. Przychodziłam akurat w godzinach jego patrolu więc go nie widziałam. Jak wraca to dostaje coś dobrego jeśli akurat jest coś do jedzenia. Dzisiaj jest za zimno więc Stefanek odpuścił patrol i siedzi sobie tu z nim. Słodycz widoku tego psa i sposób w jakim spał, zwinięty w kulkę na kolanach właściciela oraz troska z jaką owy Pan opowiadał o pupilu przelała się we mnie tak mocno że tylko patrzyłam zafascynowana na nich dwóch. Stanowczo nie mieli nikogo innego. Tylko siebie. Spojrzałam na zegarek. Do pociągu miałam 25 minut. Spytałam mężczyzny czy będzie tu jeszcze chwilkę. Odpowiedział, ze póki Stefanek śpi to nigdzie się stąd nie rusza. Upewniłam go, że zaraz wrócę, poszłam do pierwszego spożywczaka w okolicy, kupiłam kilka puszek psiego jedzenia, bułki, ser i trochę wędliny. Pewnie zrobiłabym większe zakupy ale nie miałam przy sobie zbyt wielu pieniędzy i musiałam odliczyć jeszcze środki na powrót. Wręczyłam reklamówkę i szybko się zmyłam nie dając mężczyźnie czasu do odmowy przyjęcia jedzenia. Uciekłam też dlatego że w gardle rosła mi coraz większa gula a oczy robiły się mokre. Ktoś ewidentnie przewoził gdzieś wiadro obranej cebuli. 
W ciągu następnych tygodni widywałam mężczyznę samego, z pieskiem lub też nie widywałam ich wcale. Podczas następnego spotkania, kiedy udało mi się przyłapać i Stefanka, zapytałam czy mogę psiaka pogłaskać, czy raczej boi się obcych. Właściciel kuleczki odpowiedział, że pewnie ale on ma pchły i jest brudny, więc może lepiej nie. Czesał go jak się okazało jeśli tylko miał okazję połamanym grzebykiem ale to było za mało żeby utrzymać psa w czystości. Odpowiedziałam, że pchły mi nie straszne bo mam własnego psa ponadto mam ze zwierzętami do czynienia w pracy, w gabinecie więc jeśli się zgodzi to muszę kulkę wymiętosić. Stefanek okazał się być pieszczochem skorym do lizania po rękach, więc pojechałam późniejszym autobusem. Jak już wspominałam czasem podróżowałam z psem. Wtedy były ochy i achy jaki piesek gładki i czyściutki oraz mizianie, co bardzo mojej suczy odpowiadało. Kilka razy trafiło się tak, że Morfina miała możliwość spotkania Stefanka ale chociaż piesek był młody to szybko przerosła go różnica gabarytów i przywitać się owszem ale na zabawę ochoty nie miał. Z czasem coraz rzadziej jeździłam przez Katowice ergo coraz rzadziej spotykałam mężczyznę i jego psa. W dalszym ciągu muszę załatwiać pewne sprawy i podróżować ale nie jest to już tak częste i składa się raczej do max 2 razy w tygodniu. Ostatnio udało mi się jednak spotkać bezdomnego ponownie. Podeszłam i entuzjastycznie spytałam czy psiak na patrolu. Mężczyzna automatycznie posmutniał, więc obawiając się najgorszego spytałam czy wszystko w porządku i czy psu nic się nie stało. Miałam wizje potrącenia przez samochód albo kradzieży lub otrucia. Usłyszałam jednak:
- Chcą mi go zabrać. Bo nie mam pieniędzy żeby mu zapewnić najlepsze warunki. Pewnie gdzie indziej miałby lepiej i pewnie powinienem im pozwolić ale ja wtedy będę sam. – Zamurowało mnie i nic z tego nie rozumiałam więc chcąc wyciągnąć więcej informacji kontynuowałam:
- Ale kto chce go zabrać? –
- Jakieś stowarzyszenie. Przyszli ze strażą miejską, bo ktoś zadzwonił że przetrzymuję psa w złych warunkach i wykorzystuję go do żebrania. To nieprawda. Wtedy go ze mną nie było to nie mieli kogo zabrać ale oni na pewno wrócą, bo wracali już kilka lat wcześniej ale wtedy odpuścili. Teraz chyba nie odpuszczą – patrzyłam jak dorosłego mężczyznę zalewa bezsilność – i co ja mam zrobić? Przecież jak będą go chcieli odebrać siłą to go odbiorą –
Kompletnie nie widziałam co mam odpowiedzieć więc powiedziałam, żeby się nie martwił i że sprawdzę parę rzeczy, np. czy to w ogóle jest legalne. Przekopałam internet i natknęłam się na podobne akcje min. z Paryża. Okazuje się że prawo nie jest do końca jasne. Straż miejska lub policja może w dowolnym momencie odebrać zwierzę, jeśli stwierdzi wobec niego nadużycia lub niemożliwość zadbania o jego dobrostan w stopniu odpowiednim. Pies nie posiadał książeczki zdrowia ani aktualnych szczepień, więc może być traktowany jak pies bezpański, również z tego powodu że jego właściciel nie ma domu. Tym samym może być przewieziony do schroniska, jednakże sytuacje bezpańskich zwierząt rzadko interesują policję czy straż miejską. Musiał być ku temu jakiś powód i komuś musiało bardzo przeszkadzać, że bezdomny ma psa. Psiak był bardzo przywiązany do mężczyzny który starał się mu zapewnić jak najlepsze warunki. Od zabrania psa w takiej sytuacji można się odwoływać. Nie oszukujmy się jednak ten człowiek nie miałby za wielkich szans, zwłaszcza że w grę włączyło się jakieś stowarzyszenie. Postanowiłam podzielić się informacjami przy następnej wizycie w Katowicach i przy okazji podpytać o to stowarzyszenie, może chociaż pamiętał jak się przedstawili. Jednak nie udało mi się na niego natknąć przez 2 tygodnie aż w końcu zobaczyłam go siedzącego na chodniku w cieniu niedaleko dworca. Podeszłam i zaczęłam mówić jak wygląda sprawa i że jeśli będą się upierać tylko o szczepienia i książeczkę to można to załatwić, ostatecznie pieniądze jakoś uzbieramy. Spytałam czy pamięta może nazwę organizacji czy tam stowarzyszenia które z nim rozmawiało, bo jeśli tak to można je sprawdzić i…. tu przerwałam swój wywód ponieważ mężczyzna płakał. Usłyszałam, że to już bez znaczenia. Złapali psa, wpakowali do klatki i czytając mu jakieś kodeksy i artykuły zabrali skomlące zwierzę mówiąc na odchodnym, że tak będzie lepiej. Mężczyzna starał się uśmiechnąć co wyszło bardziej jak grymas i powiedział:
- Może będzie miał lepszy dom. Taki z regularnymi posiłkami, dużym podwórkiem, szamponem, zabawkami. Może będzie spał w łóżku. Nie będzie na niego padało, bo będzie w domu –
- Może się Pan odwołać. Można napisać taki dokument tylko potrzebuję nazwę tej organizacji, może nazwisko strażnika miejskiego który wtedy był albo chociaż jakiś kodeks na bazie którego zabrali pieska –
- Może tam będą inne psy albo dzieci. Będzie miał się z kim bawić –
Czułam ze ktoś znowu niesie wiadro cebul.
- Może go Pan jeszcze odzyskać, może nie był zabrany do końca legalnie, trzeba to sprawdzić, chyba chce Pan o niego walczyć? –
- Żeby walczyć trzeba mieć czym a ja już nie mam nic.– 
Wiadro się zbliżało.
- No nie może Pan się poddać. Na pewno da się to wszystko odkręcić.-
- Powiedzieli, że będzie mu tam lepiej. Znajdą mu dom prawda? Taki prawdziwy dom.- 
I co mu miałam odpowiedzieć? Że nie wiadomo kto go zabrał i czy zapewni mu właściwą opiekę? Że trzeba mieć nadzieję, że jeśli nie znajdą mu domu to go nie uśpią? Tego nie mógł usłyszeć, więc tylko przytaknęłam i powiedziałam, że pewnie tak. Jak totalny tchórz. Nie mając już nic do powiedzenia zaczęłam odchodzić zła na siebie, że nie potrafię wyciągnąć z mężczyzny informacji i zmusić go do podjęcia próby odzyskania psa. Wtedy usłyszałam za plecami słowa powiedziane bardziej do siebie niż do mnie.
- Teraz już jestem całkiem sam. -
Wiadro się przewróciło i to prosto na mnie.
Od kilku tygodni nie widziałam tego człowieka. Mam nadzieję, że wszystko z nim w porządku i że jednak uda mi się go nakłonić do zmiany decyzji i przypomnienia sobie czegokolwiek.
Miałam się tym tutaj nie dzielić ale postanowiłam to zrobić, bo może jeśli historia dotrze chociaż do części osób zobaczą one jak łatwo można złamać człowieka, kierując się tylko dobrem jednej strony.
Może osoby odbierające psa miały rację. Staram się patrzeć po obu stronach barykady ale jak na razie widzę tu tylko jeden wielki absurd. Absurd odbierania zwierzęcia osobie, która mimo braku środków traktuje je z miłością i opiekuje się nim jak może, podczas gdy miliony bezpańskich psów i kotów biega sobie w najlepsze po ulicach i nikt się tym nie interesuje. Wiele zwierząt jest bitych i przetrzymywanych w skrajnie złych warunkach i odebranie wtedy zwierzęcia jest trudne a sprawy potrafią ciągnąć się latami. Tylko dlatego, że właściciele maja pieniądze żeby się bronić. Niektóre społeczności romskie wykorzystują szczeniaki do wyżebrania większej ilości pieniędzy, bezczelnie się nimi wymieniając lub biorąc nowe kiedy tamte podrosną ale to pozostaje bezkarne. Nielegalne fermy, kłusownictwo, przetrzymywanie dzikich zwierząt w za ciasnych klatkach cyrkowych, często brutalna tresura, testy na zwierzętach, nielegalne walki psów czy kogutów, znęcanie się nad zwierzętami, przewóz z naturalnych środowisk zagrożonych gatunków… a tym ludziom najbardziej przeszkadza bezdomny z psem. Wstyd. Po raz kolejny wstyd mi za ludzkość. Jak ktoś mi powie, że w dzisiejszych czasach człowiek jest człowiekowi równy i ma takie same prawa, to może niech się najpierw zastanowi czy to aby na pewno prawda.

Trójnóg

Kiedy byłam mała i miałam jakieś 10 lat jeździłam do Raciąża do prababci i pradziadka z babcią oraz moją mamą. Prababcia kochała wszystko co się ruszało. Chociaż to była wioska zgarniała małe kotki, podkarmiała bezpańskie psy których było tam więcej niż tych z właścicielami. Niestety była bita i zastraszana przez pradziadka który hodował gołębie. Szanował tylko te zwierzęta i pastwił się nad resztą. Miał przy gołębniku psa do stróżowania w typie Owczarka, ale sporo od niego większego. 
Pies był bity łopatą, zaszczuty do granic możliwości, całe życie na łańcuchu, jadł tylko suchy chleb maczany w wodzie. Miał świerzba i inne paskudztwa oraz połamane zęby od gryzienia łańcucha. Wyglądał strasznie. 
Kiedyś złodziej ukradł najdroższe gołębie dziadkowi, bo jak miał je obronić pies na metrowym łańcuchu. Byłam wtedy z prababcią w domu (mama z babcią na targowisku) kiedy wparował pradziadek i wziął łopatę z zamiarem "zatłuczenia tego kundla co to nawet nie potrafi pilnować". Miałam 10 lat, byłam przerażona, widziałam go złego ale jeszcze nigdy aż tak. Prababcia próbowała mu przetłumaczyć, zasłonić sobą drogę, ale on tylko odepchnął ją na bok i ruszył w stronę drzwi. Uczepiłam się jego nogi i wręcz błagałam go żeby zostawił psa. Oberwałam wtedy i to porządnie chociaż zazwyczaj nie bił dzieci i skupiał się na maltretowaniu żony. Zapłakane siedziałyśmy w kuchni i słuchałyśmy tylko pisków psa i krzyków pradziadka. Wieczorem kiedy pojechał po gołębie do kolegi, zeszliśmy z prababcią na dół zobaczyć czy pies przeżył i czy można mu jakoś pomóc (kiedy pradziadek nie widział, prababcia potajemnie dokarmiała zwierzę gulaszami i kaszą inaczej prawdopodobnie by nie przeżył). Pies leżał na jednym boku, ledwo dyszał, ale kiedy podeszłyśmy rzucił się na łańcuchu w naszą stronę. Łańcuch go zatrzymał i pies znowu się przewrócił. Wezwałyśmy weterynarza który stwierdził, że psa nie da się uratować. Miał obrażenia wewnętrzne i połamane kości. Na prośbę prababci uśpiono psa, ale poleciła żeby zostawić go w tym miejscu, żeby mąż się nie zorientował. Pradziadek wrócił z gołębiami późno w nocy, zakopał psa, a następnego dnia przywiózł nowego wielorasowca wielkości małego cielaka, którego dostał od kolegi w celach stróżowania. Temu psiakowi też nie szczędził łopaty i głodzenia. O ile do poprzedniego psa nie dało się podejść (włącznie z pradziadkiem) i jedzenie podsuwało się kijem, o tyle ten reagował agresją tylko na dorosłych. Pies miał łeb właściwie na mojej wysokości ale cieszył się na każde dziecko jakie tylko znajdowało się w okolicy. Mimo, że prababcia gotowała i dawała mu jedzenie, wielokrotnie chciał ją pogryźć. Jednak kiedy dzieciom wpadła do niego piłka, mogły bez problemu po nią wejść i nie martwić się choćby zadrapaniem.
To strasznie złościło pradziadka. Przecież pies miał być agresywny w stosunku do wszystkich. Kiedy po raz kolejny użył wobec niego łopaty, pies rzucił się mu do ręki i ugryzł go. W furii pradziadek tak mocno się zamachnął, że złamał psu przednią łapę. Wyleciała wtedy moja babcia, mama, ja i prababcia i jakoś udało nam się go przytrzymać i wezwać policję. To była jednak mała wioska, komendant był jego kumplem i szybko go wypuszczono. 
W międzyczasie okazało się, że psu trzeba łapę amputować i nie da się jej złożyć. Kiedy pradziadek wrócił, zobaczył psa z obandażowanym kikutem, więc wiadomo było co z nim zrobi. Prababcia próbowała go ugłaskać, udało jej się go upić tak, że zasnął. Prababcia powiedziała wtedy do mnie, że najlepiej dla pieska jeśliby się zgubił i zamieszkał w jakiejś szopie, np. w tej opuszczonej za rzeką. Miałam 10 lat, ale zrozumiałam. Pies nie bał się tylko dzieci i chociaż strasznie się go obawiałam, wzięłam kaganiec (wtedy robione prowizorycznie z drutu) i zeszłam na dół, trzymając w ręku kiełbasę. Prababcia obserwowała mnie z okna. Pies jak zwykle ucieszył się na mój widok, zjadł kiełbasę i pozwolił sobie założyć kaganiec. Długo zajęło mi odczepienie łańcucha, ale w końcu mi się udało i trzymając jego koniec poszłam z psem za bramę. Nie wiedziałam co zrobię, jeśli nagle mnie pociągnie, był ogromny, a ja mała i prawdopodobnie puściłabym wtedy łańcuch, ale tak się nie stało. Pies wlókł się za mną o 3 łapach. Udało mi się go zaprowadzić tam gdzie chciałam, po drodze spotykając tylko kilku ciekawych ludzi, ale wtedy nie wtrącano się w nie swoje sprawy i zajmowano się sobą. Martwiłam się tylko, że znajdzie mnie policja i odstawią mnie i psa do domu, a pradziadek się dowie. Nikt nas nie zaczepił. Doszłam do tej szopy, przywiązałam psa jak umiałam, zdjęłam kaganiec i odeszłam. Wiedziałam że przyjdzie tu rano prababcia i da mu jeść. Było tak ciemno, że niemal biegłam do domu. Powiecie, że to nieodpowiedzialne ze strony prababci i może się z Wami zgodzę, ale gdybym długo nie wracała sama pewnie zawiadomiłaby policję. 
Wróciłam i zastałam prababcię uderzającą siekierą w budę psa i wyrywającą zawiasik na którym był łańcuch. Powiedziała, że tu musi wyglądać na ucieczkę i jakby pies się zerwał. Koło obiadu pradziadek wstał z kacem i poszedł z łopatą pod gołębnik. Uciekłyśmy wtedy wszyscy do sąsiadki. Tak na wszelki wypadek. Jak nietrudno się domyślić, pradziadek wpadł w szał. Dobijał się do sąsiadki aż nie usłyszał syren policji. Dostał "upomnienie" kazano mu się uspokoić i wrócić do domu. Musiałyśmy też tam kiedyś wrócić, ale chciałyśmy poczekać aż trochę ochłonie. Nie dał się nabrać. Sąsiedzi podkablowali mu, że w nocy wyprowadziłyśmy gdzieś psa. Pamiętam jak prababcia zgarnęła całe cęgi. Nie mógł pobić nikogo innego przy mamie i babci. Potem trochę utykała. Jak to zobaczyłam, coś we mnie pękło. Bałam się, że jak to powiem to mnie zabije, był niebezpieczny ale mimo wszystko jakaś dziecięca naiwność kazała mi to zrobić. Kiedy jadł coś w salonie podeszłam do niego i powiedziałam, że jeśli jeszcze raz pobije prababcię, pobiegnę na policję, ale nie tą tutaj tylko tą w sąsiedniej wiosce, że jeśli jeszcze raz uderzy jakieś zwierzę to spalę gołębnik ze wszystkimi gołębiami w środku (nie zrobiłabym tego ale to był jego słaby punkt) i również pobiegnę na policję, że jeżeli przyprowadzi jeszcze jednego psa to znowu go wypuszczę i może mnie bić, a i tak to zrobię. Pradziadek przestał jeść, popatrzył na mnie i powiedział że mam stąd spadać i to szybko, póki jest w nastroju. Powiedziałam że naprawdę to zrobię, że nie żartuję, a jeśli urwie mi nogę jak pieskowi to też się doczołgam do komisariatu i wiem gdzie leżą zapałki. Nie powiedział nic, a ja ulotniłam się z pokoju cała roztrzęsiona. Byłam przekonana, że jednak oberwę. Psa chodziłam karmić głównie ja i inne dzieci oraz prababcia. Dalej bał się dorosłych, ale po czasie, kiedy ściągnięto mu opatrunki i rany się pozrastały kulił się i przed nimi uciekał, nieprowokowany nie atakował. Po pewnym czasie odczepiliśmy mu łańcuch, ale nie uciekł z szopy i zwiedzał tylko jej okolice. Pradziadek dość szybko dowiedział się gdzie jest pies. To była naprawdę mała wieś, ale zostawił go w spokoju i udawał, że nic nie wie. Wiedział, że pies bawi się ze wszystkimi dzieciakami w okolicy. Pamiętam, że płakałam kiedy stamtąd wyjeżdżałam, ale prababcia obiecała mi, że będzie go codziennie karmić.
Zaraz po moim wyjeździe pradziadek oczywiście wrócił do katowania żony i znalazł nowego psa, ale kiedy przyjeżdżałam tam, starał się nad sobą panować. Psa odwiedzałam w każde wakacje i bawiliśmy się z nim całymi dniami. Nie opuszczał szopy, po prostu tam zamieszkał. Niestety parę lat później umarła prababcia i nie jeździliśmy już tam na wakacje, bo nie było do kogo. Pradziadek się rozpił i przepił mieszkanie. Umarł 3 lata po niej. Kiedy przyjechaliśmy na jego pogrzeb i załatwić sprawy testamentu, mieszkaliśmy u cioci 2 wsie dalej. Na rowerze pojechałam wtedy już jako nastolatka pod szopę łudząc się że pies tam będzie. Psa jednak nie było i brak śladów wskazywał, że już od dłuższego czasu. Mogłam się tego spodziewać. Dowiedziałam się jednak rozmawiając z ludźmi, że pies kiedy babcia nie była już w stanie go dokarmiać, a dzieci podrosły i o nim zapomniały poszedł szukać jedzenia do centrum. Panicznie bał się ludzi, uciekał przed wszystkimi. Chodził w nocy i wyjadał śmieci i resztki po targowiskach. Ludzie zaczęli mu rzucać jedzenie przez okna tak, że pies wyżył i włóczy się dalej po ulicach. Natrafiłam na niego dopiero 3 dni później kiedy pożerał rozjechanego gołębia na ulicy. Był wychudzony, widać było, że brak mu opieki weterynarza. Podeszłam do niego, ale jak tylko mnie zobaczył porwał gołębia i uciekł. Próbowałam wielokrotnie, ale nie dał się podejść. Nie pamiętał mnie po tylu latach, to oczywiste. Poza tym byłam dla niego już bardziej dorosłym niż dzieckiem. Dałam po piątaku dzieciakom na loda żeby złapały go na linkę i zaciągnęły do szopy gdzie można go było przycisnąć do ściany, odrobaczyć, podać szczepionkę itp. Pies dalej ubóstwiał dzieci i mimo, że nie miał już siły się bawić chętnie za nimi dreptał i ich lizał. Udało się (poszło wtedy całe moje kieszonkowe i wysępione po rodzinie pieniądze). Wiedziałam, że to niewiele bo kiedy wyjadę nikt się nim nie zajmie i dalej będzie bezdomny, brudny i zapchlony. Jednak tylko tyle mogłam zrobić. W następnych latach przyjeżdżając do ciotki co jakieś dwa, trzy lata, jeździłam tam sprawdzić czy dalej żyje. Widziałam czasem trójnoga jak przekuśkiwał przez centrum, dostawał resztki lodów od dzieci i choć nie podszedł już do mnie ani ja nie mogłam podejść do niego, to nie żałowałam że wtedy zrobiłam to co zrobiłam. Z opowieści ciotki wiem że spotykała go jeszcze kilka razy, kiedy jeździła na targowisko aż w końcu przestał się pojawiać. 
Podejrzewam, że umarł ze starości gdzieś w samotności. Do końca jednak uwielbiał dzieci, chociaż niektóre z nich nie traktowały go tak jak na to zasługiwał.

Chyba jednak nie Altacet

Wychodzę rano z psem. 5 rano. Wyglądam tak jak wygląda człowiek o 5 rano,czyli źle. Mentalnie jeszcze leżę w łóżku więc wszelkie procesy myślowe są spowolnione a do nóg zaczyna dopiero docierać że wypadałoby się ruszyć. Obok klatki naprzeciwko stoi starszy pan o laseczce i drze się : Altacet!.... Altaaaacet! Myślę sobie no niespełniony aptekarz jakiś. Po chwili kiedy krew postanawia dotrzeć do mózgu odkrywam niczym Sherlock Holmes że pewnie woła psa. Jestem ostatnią osobą która się może wypowiadać na temat dziwnych imion, więc straciłam zainteresowanie człowiekiem i namierzam moją sucz która teraz skrupulatnie ogryza badyle. Pan dalej drze się Altaaaaceeet! Jakiś czarny psiak chodzi pod drzewkami ale zdaje się nic sobie nie robić z nawoływań. Gdzieś tak po 12 altacecie na drugim piętrze otwiera się okno. Wychyla się z niego młody człowiek zaspany chyba bardziej niż ja. Fryzura na Einsteina, przymróż oczu do niezbędnych 5 milimetrów żeby cokolwiek widzieć, na twarzy odciśnięta poduszka. Słowem ja o 4:30. Młodzieniec począł krzyczeć do staruszka: dziadku co ty wyprawiasz?! Starszy pan odwraca się w stronę otwartego okna i odkrzykuje: jak to co?! Twojego psa wyprowadzam bo ty nie raczysz wstać o normalnej porze. Po czym odwrócił się do drzewek i począł znowu krzyczeć: Altaceeeet! (zazdroszczę ludziom którzy o tej godzinie są w stanie tak głośno krzyczeć.... i stać... i oddychać). Młodzieniec popatrzył chwile tępym wzrokiem, przesył informacji do mózgu było widać gołym okiem i odkrzyknął: dziadku, mówiłem Ci tyle razy! Axel! Pies ma na imię Axel!

Kolekcjonerka

Nie wiem czy Wasze czworonogi też tak mają ale moja suka lubi zbierać pamiątki ze spacerów i nieść je całą drogę, czasem próbując nawet przemycić te skarby do domu. Mniejsza jeśli są to patyki, czy kamyczki, chociaż czasem potrafią to być potężne kłody, które ledwo niesie. Problem zaczyna się kiedy nie pozwalam znalezisk wprowadzać do mieszkania (kto by chciał mieć zbiórkę drzewa w salonie), wtedy jest smutek i fochy ale skarby natury to jedno. Moja sucz uwielbia zbierać wszelkie ludzkie zgubiska (buty, paski i inne elementy garderoby) ze szczególnym uwielbieniem dla przedmiotów dziecięcych (wszelkie gryzaki, zgubione buciki, skarpetki, śliniaczki), prawdopodobnie ze względu na zapach właściciela. Ubóstwia zwłaszcza czapeczki i rękawiczki do tego stopnia że witając się z dziećmi w zimę próbuje ich z tych akcesoriów rozebrać. Oczywiście na to nie pozwalam tak jak na ruszanie ludzkich znalezisk na podwórku (ktoś może ich szukać zwłaszcza przedmiotów dziecięcych) ale ninja golden czasem przemyci coś mimo mojego czujnego oka.
Teraz historia właściwa. Wracamy ze spaceru, godz ok 22-23. Ciemno, ponieważ latarnie są u nas rozstawione w dość sporych odległościach. Jestem trochę zapatrzona w ekran telefonu ale z uwagą na otoczenie i przechodzących ludzi. Suka wyjątkowo grzecznie maszeruje na luźnej smyczy obok mojej nogi. Trochę ta grzeczność podejrzana ale zwaliłam to na zmęczenie spacerem. Nie będę przecież narzekać na poprawnie idącego psa. Z naprzeciwka idzie grupa nastolatków, mijając nas wybuchają salwą śmiechu. Dość częsta przypadłość więc nie reaguję. Kolejni ludzie koło przystanku autobusowego również mi się przyglądają. Jedni z dozą rozbawienia inni z jakimś dziwnym grymasem. Zaczęłam się oglądać czy może nie jestem gdzieś brudna albo nie mam czegoś na czole, jednak niczego nie zlokalizowałam a pies z góry też wyglądał w porządku. Kilka metrów dalej mijałam parę trzymającą się za ręce. Spojrzeli na psa, na mnie i znowu na psa a potem zaczęli coś między sobą szeptać. To było dość dziwne ale ludzie często komentowali to, że zrobiłam goldenowi krzywdę i zgoliłam ją na lato na labradora, więc myślałam że to właśnie jedni z tych komentatorów. Jednak za zakrętem siedzące na ławce starsze panie, właśnie zbierające się do domu skomentowały nasze przejście czymś w stylu "świat się kończy". Zupełnie nie rozumiałam o co tym ludziom chodzi ale nie miałam zamiaru się tym przejmować. Na ostatniej prostej pewien starszy człowiek wręcz zlinczował mnie spojrzeniem i wychylając do końca piwko które trzymał powiedział " niektórym to się w dupach poprzewracało, dzieciaka byś sobie lepiej zrobiła". Wmurowało mnie do tego stopnia że aż zwolniłam na chwilę kroku. Co się działo dzisiaj z tymi ludźmi. Skąd tyle jadu, przecież grzecznie szłam z psem na spacer nikomu nie wadząc. Suka szła nawet grzeczniej niż zwykle więc skąd te komentarze. Wchodząc do domu i zdejmując buty zastanawiałam się czy może nie mam jakiegoś obraźliwego napisu na koszulce. Schyliłam się żeby zdjąć psu obrożę i w tym momencie zastygłam. W pycholu znajdował się piękny różowy smoczek z serduszkiem a sucz namiętnie go sobie memlała. Nie wiem w którym momencie go znalazła ale to tłumaczyło jej grzeczność. Dotarło do mnie że szłam przez całe miasto z psem cyckającym różowego smoczka. Sucz była bardzo niezadowolona z odbioru przedmiotu a ja z faktu że po raz kolejny zrobiła ze mnie wariatkę.
Poniżej zdjęcie Morfiny tutaj akurat ze skarpetką.



Jeże

Moja suka uważa za przyjaciół wszystko co się rusza i ma nóżki więc chce się z tym bawić/ poprzytulać lub chociaż koło tego poleżeć. Dogaduje się z gołębiami, fretkami, szczurami, kotami, królikami, kurami, lisami, wszelaką zwierzyną łowną i wolnożyjącą, nawet z bykami czy końmi jeśli akurat jesteśmy na wsi ( niestety często bez wzajemności ku jej rozpaczy... Duże, kopytne pieski nie chcą się z nią bawić patyczkiem ). Kiedyś wykopała z ziemi przerażonego kreta i była z tego powodu tak dumna jakby właśnie uratowała go od pewnej śmierci. Była wobec niego bardzo delikatna, nawet zapewniła mu kąpiel. Zwierzaczkowi nic się nie stało, lekko sparaliżowany i obśliniony trafił znowu na wolność. Mamy jednak jeden problem jeśli chodzi o stosunki międzygatunkowe. JEŻE. Nie wiem czy to dlatego że przypominają piłki z kolcami czy mają jakiś specyficzny zapach ale dostaje na ich punkcie obsesji. Właściwie wyjście z nią w lato po 19 oscyluje na granicy walki o przetrwanie i modlitwie o powrót bez igieł gdzie tylko się da. Jak tylko otworzą się drzwi nos do ziemi i zakola łapami. Znajduje je z dużą skutecznością i tym sposobem na odcinku jakiś 3 km spotykamy nawet do 20 jeży. Przed posiadaniem psa nawet nie wiedziałam że nasze miasto nocą jest nimi usiane .Czasem nawet ciężko na nie nie nadepnąć. Kiedyś stwierdziłam że jeśli się ukłuje to straci zainteresowanie. Jakże byłam w błędzie. Biedny jeż dyndał w jej pysku dopóki jej nie złapałam i nie zabrałam zwierzołka. (Był przestraszony ale nic mu się nie stało, nosiła go za łapkę). Bardzo lubię nocne spacery ale w sezonie jeżowym stały się one nie do zniesienia, postanowiliśmy więc nad tym popracować. Teraz jest znacznie lepiej i ekscytacja na widok jeża jest unormowana choć dalej wyczuwalna. Mamy taki sposób że jak znajdziemy jakiegoś kolczastego jegomościa to siadamy sobie obok niego w bezpiecznej odległości i czekam aż suka będzie w jego obecności już całkowicie odprężona i przestanie się nim interesować. Jeże na początku stają się kulką ale po chwili nie wyczuwając zagrożenia zaczynają węszyć i albo podchodzą będąc ciekawskie albo odchodzą sobie powoli w swoją stronę. Taki spacer trwa nawet kilka godzin bo czasem przystajemy nawet co kilka metrów ale są postępy więc warto. Jednak nie każde jeże są ciekawskie lub obojętne i zdarzają się i te bojowe ( większe napakowane osobniki ) nie wiem czy wiecie jak "warczy" jeż ale jest to dźwięk przypominający dmuchanie przez słomkę do butelki pełnej wody. Bardziej bulgotanie niż warczenie. Wczoraj w okolicy 1 w nocy zaliczaliśmy właśnie ostatnią prostą do domu kiedy zauważyliśmy jeżyka na trawniku. Żeby tradycji stało się zadość podchodzimy, suka się kładzie ja przy niej kucam jako że trawa była po deszczu i nie specjalnie miałam ochotę na nią siadać. Przywykłam już że tym sposobem skupiam na sobie uwagę ludzi często też słyszę komentarze albo pytanie czy coś zgubiłam. Bo kto normalny siada na trawie w środku nocy i patrzy się przed siebie pół godziny po czym wstaje, idzie kilka metrów i powtarza manewr. Tym razem wracała grupka podchmielonych jegomościów w liczbie 5, stanęła koło kebaba i widzę że mi się przyglądają i z zażyłością coś między sobą komentują. W końcu jeden z nich chwiejnym krokiem podchodzi do mnie i pyta czy wszystko w porządku. Jako że nie chciało mi się tłumaczyć co dokładnie robię osobie która ma we krwi już z połowę browarni odpowiedziałam tylko że tak dziękuję wszystko gra. Niepocieszony wrócił do towarzystwa w międzyczasie jeż się zmył więc i my wstałyśmy i ruszyłyśmy dalej. Dosłownie przy samej klatce schodowej w krzakach siedział ledwie widoczny wypasiony jeż więc powtórka z rozrywki. Ja w kucki pies leży i obserwuje. Jak to na większe osobniki przystało zaczął na nas bulgotać i to dość donośnie. Pech chciał że akurat tą trasa chwilę później wracało podchmielone towarzystwo z kebabami w ręce (u nas czynne do 3 nad ranem, wtedy najlepszy ruch zwłaszcza w weekend). Ten sam jegomość podchodzi ponownie i pyta czy aby na pewno wszystko ok, bo oni mnie mogą podprowadzić do domu jak się źle czuję. Powiedziałam że nie, dziękuję mieszkam blisko i nic mi nie jest. W tym momencie jeżyk wkurzył się zwiększająca się liczba obserwatorów gatunku ludzkiego i zaczął intensywnie "warczeć". Pan nie widząc jeża zaczął mi się z niepokojem przyglądać i w końcu oświecony stwierdził : 
- Aaa ty się czymś strułaś biedaku widzisz tak to jest jak się zje na mieście -
Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi ale potem dotarło do mnie jak musiałam wyglądać skulona i według niego wydająca z siebie takie odgłosy. Pospieszyłam z wyjaśnieniami ale mężczyzna przerwał mi wpół słowa :
- Nie spoko, nie tłumacz się wszyscy wiemy jak to jest, odprowadzić cię może jednak bo to nie brzmi dobrze? -
Naprawdę chciałam wytłumaczyć człowiekowi że to jeż wydaje takie odgłosy a nie moje domniemane problemy gastryczne ale jegomość już odwrócił się do kolegów i począł krzyczeć:
- E chłopaki! Nie jemy tych kebabów może, tu się dziewczyna od czegoś pochorowała -
- Ja tam się sraczki nie boję - usłyszał w odpowiedzi - a to po kebabie w ogóle?-
Miałam ochotę jak najszybciej się stamtąd ulotnić więc odrzekłam tylko że nie, że się spieszę i szybkim krokiem oddaliliśmy się od towarzystwa. Usłyszałam jeszcze za sobą :
- No tak trzeba lecieć jak przycisnęło -
- Żeby tylko zdążyła -
W domu czując lekkie zażenowanie zaczęłam się z tego śmiać. Kto powiedział że zwierzęta nie są mściwe. Mam wrażenie że ten jeż był całkiem zadowolony z siebie.