Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

poniedziałek, 7 września 2020

Powódź

Podczas naszego pobytu w lawendowej arce, w lesie panowała susza. Byliśmy świadkami tylko jednego deszczu, który bardzo szybko przerodził się w małą powódź. Opady były nagłe i intensywne, a wysuszona ziemia stanowczo nie była gotowa na przyjęcie takich pokładów wilgoci. Widząc jak podwórko przeradza się w basen i poziom wody niebezpiecznie zbliża się do schodów altany, postanowiliśmy ukryć się w środku i ogrzać przy elektrycznym kominku. Niestety nasze plany pokrzyżowane zostały przez burzę, która odebrała nam dostęp do prądu. Do tego nasza arka zaczęła przeciekać. Woda wlewała się strumykami przez nieszczelne okna i ubytki w dachu, który składał się głównie z przerdzewiałej blachy. Na podłodze i meblach porozstawialiśmy miski i garnki, do których kapała sącząca się woda, okna uszczelniliśmy ręcznikami, a nasze walizki i wszelkie rzeczy znajdujące się na podłodze, wymigrowały na łóżko. Siedząc zakopani w torbach i wciśnięci pod kocami bardziej niż zwykle, zastanawialiśmy się jak trzymają się nasi sąsiedzi, których domki położone były w nizinie. Potok, płynący leśną drogą uświadomił nam, że właściwie nasza sytuacja na pewno przedstawiała się lepiej niż sytuacja ludzi znajdujących się u podnóża wzniesienia lub w pobliżu rzeki. To właśnie wtedy jezioro powstałe na zewnątrz postanowiło odwiedzić nas wewnątrz i przedrzeć się przez liche drzwi. Zerwaliśmy się z miejsc, żeby brocząc skarpetkami po tafli wody, wypychać ją miotłami i przemoczonymi ręcznikami na podwórko, na którym Posejdon toczył wojnę z Neptunem. Była to walka z wiatrakami, ale tylko tyle nam pozostało. Nasze wewnętrzne migracje i mokry grunt pod konstrukcją budynku sprawił jednak, że domek zaczął się bujać. Przestraszeni, że nasza arka może za chwilę zmienić się w tratwę, postanowiliśmy się poddać, zbić się w ludzką kulę na łóżku i obserwować jak woda bezczelnie wlewa się do środka. Patrzyliśmy jak unosi się wykładzina, a Morfina próbuje ją przydusić łapami, świetnie bawiąc się w domowym brodziku. 

Skłębieni w jednym kącie łóżka, przemoczeni i zmarznięci czekaliśmy na koniec tego Armagedonu, który miał swój finał szybciej niż sądziliśmy, jednak szkody po nim widoczne były jeszcze przez kilka następnych dni. Nie udało nam się do końca osuszyć ani chodniczków altany, które prąd porwał aż pod samą bramę, ani wykładziny, która po powodzi wydawała się jednak nieco jaśniejsza. Ubrania suszyliśmy biegając po podwórku z flagą z koszulki czy spodni, ponieważ prąd wrócił do nas dopiero z końcem tygodnia. Wtedy wrócił też do nas grzejniczek.

Byliśmy przekonani, że nie obejdzie się bez zapalenia płuc, ale jakąś niewyobrażalną mocą wszyscy wyszliśmy z tego bez ubytku na zdrowiu. Nikt nie miał nawet kataru.

W obawie przed kolejną klęską żywiołową zadzwoniliśmy do właściciela okrętu i zapytaliśmy czy moglibyśmy wprowadzić prowizoryczne poprawki dachu tak, żeby chronił nas przed deszczem chociaż w połowie. Mężczyzna się zgodził i odnajdując pod altaną młotki, siekierę i kilka innych przydatnych sprzętów, pokryliśmy blachę dodatkową warstwą tego, co akurat znajdowało się na podwórku (głównie drewno).

Na nasze szczęście taki tuning arki już nam się nie przydał, ale może ochronił choć trochę kolejnych mieszkańców.


niedziela, 6 września 2020

Głód

Przez to, że zadawaliśmy się z szamanką, lokalna społeczność nie patrzyła na nas przychylnie. Bardzo szybko staliśmy się outsiderami. Obcy, którzy nie przyjechali polować i nie znali w okolicy nikogo poza staruszką od ziółek mogli być albo hipisami (których dookoła nie brakowało), albo szpiegami jakiejś tajnej organizacji, a z tymi drugimi nikt nie miał zamiaru się zadawać. Brak kontaktu z ludźmi ani trochę nam nie przeszkadzał, ale staliśmy w obliczu pewnego problemu, jakim było jedzenie. Zastanawialiśmy się skąd mieszkańcy biorą mięso, warzywa i owoce, ponieważ lokalny sklep posiadał tylko prowiant suchy, innego lokalu nie udało się znaleźć, a nie chciało nam się wierzyć, że każdy posiada na swoim podwórku ogródek i małą farmę. Zapytaliśmy o to staruszkę, ale ona odpowiedziała nam tylko, że:

- Większość rzeczy, których potrzebujemy sama do nas przychodzi.

Brzmiało to filozoficznie, ale w tamtym momencie potrzebowaliśmy jedzenia, nie wskazania ścieżki życia. Głównym, a czasem i jedynym składnikiem naszych posiłków były ziemniaki, które stanowiły warzywny wyjątek sprowadzany do sklepu. Jedliśmy groszek z puszki, mięso z puszki, słodzone owoce z puszki, pomidory z puszki, jeśli cokolwiek nie było z puszki, to prawdopodobnie było ze słoika.

Pewnego dnia świergot ptaków przerwała wesoła melodyjka, dochodząca z wnętrza lasu. Były to dźwięki podobne do tych, jakie wydają z siebie samochody z lodami. Każdy znał ten rodzaj melodii, jednak wiedzieliśmy doskonale, że pojazd nie przejedzie wyboistą leśną ścieżką i prawdopodobnie będzie kierował się drogą główną. Byliśmy w błędzie, melodia zbliżała się i wkrótce ujrzeliśmy na horyzoncie białego jeepa, kierującego się na naszą drogę. Zatrzymywał się on przy każdym domu i sprzedawał coś mieszkańcom, po czym ruszał dalej, uruchamiając melodyjkę. Z ciekawości wyszliśmy przed dom i wkrótce naszym oczom ukazał się raj. Bagażnik samochodu załadowany był po brzegi skrzynkami z ogórkami, pomidorami, śliwkami, jabłkami i pokarmem roślinnym wszelakim. Wszystko na sprzedaż, do tego w najniższej cenie jaką kiedykolwiek widziałam. Jeszcze nigdy nie płaciliśmy 70 gr za kilogram pomidorów malinowych ani 30 gr za kilogram jabłek. Przez chwilę wydawało nam się, że kiedy spaliśmy nastąpiło przewalutowanie, ale okazało się, że rywalizacja rolnicza była w okolicy bardzo silna i wymagała drastycznego podejścia do cen oferowanych towarów. Wykupiliśmy pół samochodu, czym bardzo uszczęśliwiliśmy starszego pana, który postanowił dorzucić nam do tego wiaderko poziomek. Najbardziej szczęśliwi w tej sytuacji byliśmy jednak my. Zostaliśmy też poinformowani, że handel obwoźny dotyczy również mięsa i produktów rzeźniczych, których można spodziewać się w soboty i wtorki, natomiast samochody z warzywami, owocami i ubraniami poruszają się po lesie w każdy poniedziałek i piątek. Tym sposobem byliśmy ustawieni, przynajmniej do momentu nastania powodzi.

Jeśli kiedykolwiek obserwowaliście małe dzieci cieszące się na wesołe samochody sprzedające lody, to jest to niczym przy wystrzale naszych endorfin, kiedy tylko słyszeliśmy La Cucarachę jadącego warzywniaka.



Pożarowy problem i włamanie do arki

Kierowani ciekawością spytaliśmy lawendową szamankę co oznaczają żółte flagi z rogami, wywieszone w niektórych domostwach. Kobieta odpowiedziała, że jest to znak rozpoznawczy myśliwych lub ich nowych rekrutów. Taką flagą znakowano domy, które brały czynny udział w sezonach łowieckich. Staruszka poleciła nam nie wdawać się z posiadaczami flag w dyskusję ani nie zbliżać się do ich siedzib.

- Są jak świeży obornik - mówiła - jak się już przyczepią, to ciężko ich odkleić, a smród ciągnie się za nimi długo.

Przyjęliśmy informację do wiadomości i postanowiliśmy niepotrzebnie nie wchodzić na żółte tereny. Mijaliśmy wiele oznakowanych domów w drodze do sklepu czy na trasie spacerowej Morfiny, ale nie poświęcaliśmy im zbyt wiele uwagi. Czasem ktoś próbował naciągnąć nas na mięso z kaczki lub zapytać o pochodzenie beżowego puchu na smyczy, ale zazwyczaj przy bramie witały nas tylko ujadające psy.

Bywało, że w wyniku suszy w lesie łamały się drzewa, upadając na drogę lub czyjeś podwórko. Teoretycznie należało zgłaszać takie sprawy wójtowi, ale w praktyce powalonych drzew było codziennie tak wiele, że nikt nie zaprzątał sobie tym głowy i po prostu wołał najbliższych sąsiadów, by pomogli uprzątnąć problem.

Pewnego dnia kilka drzew spadło niebezpiecznie blisko stodoły przerobionej na zakład spawalniczy. Zagrożenie pożarowe było tak duże, że wezwani do pomocy zostali nie tylko najbliżsi sąsiedzi, ale i mieszkańcy z obrzeża lasu. Polecono nam włączyć podwórkowe zraszacze lub węże ogrodowe i zawiadomić o sprawie wójta. Zabraliśmy więc ze sobą wszystkie zwierzęta i zostawiając na podwórku odkręcony wąż, udaliśmy się całą grupą na poszukiwania człowieka u władzy, którego mało kto kiedykolwiek widział na oczy. Wójt był bardziej lokalną legendą niż żywą personą, ale plotki mówiły o tym, że czasem można było zastać go w jego siedzibie, więc tam postanowiliśmy rozpocząć poszukiwania. My i mieszkańcy wszystkich domów, ciągnących się wzdłuż ścieżki. Pozostali mieli zabrać ze sobą piły lub siekiery i zgromadzić się pod stodołą. O ewentualnym pożarze miał poinformować nas dźwięk syreny ręcznej, którego na szczęście nie dane nam było usłyszeć ani wtedy, ani nigdy później. Wójt odnalazł się jeszcze zanim zdążyliśmy dojść do budynku, w którym mógłby urzędować, a wieść o rozwiązaniu problemu rozeszła się tak szybko, że postanowiliśmy wrócić. Wielu ludzi opuszczając w pośpiechu swoje domy zapomniało o zamknięciu bramy, przez co zmuszeni byliśmy odganiać się od chmary biegających po ścieżce psów, którym bardzo nie podobała się koncepcja przepuszczania obcych. 

Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy otwarte drzwi arki. W środku panował chaos, który nie był naszym dziełem. Obraz jaki zastaliśmy przypominał przejście huraganu: przekopana pościel, potłuczone naczynia, strącone z półek garnki, porozrzucane ubrania. Wyglądało to na świeże miejsce zbrodni. Część grupy wyszła na zewnątrz w poszukiwaniu ewentualnego złodzieja, natomiast druga część starała się stworzyć bilans utraconych dóbr. Błędem było zostawianie uchylonych drzwi, ale w odróżnieniu od innych domów nasza arka została zabezpieczona zamknięciem bramy. Normalny złodziej nie brałby też na cel metalowej puszki z altaną, kiedy wokół pełno było bogatszych domów. Szybko okazało się, że zginęła tylko jedna rzecz - ponad dwa kilogramy szynki, która odmrażała się w zlewie. Równie sprawnie poszło nam zlokalizowanie rzezimieszka odpowiedzialnego za rabunek. Pod ogrodzeniem próbował przecisnąć się Beagle oflagowanych sąsiadów. Poznawaliśmy tego psa, widywaliśmy go często na podwórku należącym do grupy myśliwskiej, której pozostałe futrzaki wałęsały się po ścieżce. Beagle usilnie próbował wydostać się drogą, którą dostał się na podwórko, ale jego brzuch pełen był naszej szynki, więc stało się to dużo trudniejsze. Pies ostatecznie uporał się z problemem i wrócił na ścieżkę prowadzącą do domu, więc postanowiliśmy iść za nim. Grupa poczekała na właścicieli i poprosiła o zamknięcie stada. Poinformowaliśmy też opiekunów o kradzieży i poleciliśmy obserwować psa pod względem wystąpienia ewentualnej niestrawności. Właściciele nie przyjęli dobrze żadnej z tych informacji. Nie otrzymaliśmy żadnej formy przeprosin, zostaliśmy zwyzywani od kłamców (dowody w postaci odcisków psich łap na pościeli nie były wystarczające), a psy kręciły się po okolicy jeszcze przez kilka dni, co skracało naszą jedyną trasę spacerową o połowę. Uprzątnęliśmy wnętrze arki, zakopaliśmy dziurę pod płotem i obserwowaliśmy jak biedny Beagle męczył się ze strawieniem łupu i codziennie zwracał go po trochu na posesjach obcych ludzi. Łakomstwo nie popłaca.

Tamten dzień był dla nas dniem postnym, co więcej po okolicy zaczęły krążyć plotki o truciu i przetrzymywaniu psów myśliwych przez turystów w ramach protestu przeciw świętej tradycji zabijania kaczek.

Dziwne, ale z naszej perspektywy historia wyglądała zupełnie inaczej.



piątek, 4 września 2020

Rude z uwięzi spuszczone

Dni prania na lawendowej arce były głównie dniami poszukiwania najlepszego miejsca na rozwieszenie swoich rzeczy. Ze względu na brak pralki i konieczność ręcznego pucowania, ubrania suszyły się nieco wolniej. Jeśli nie ma sznurów na pranie, wszystko staje się sznurami na pranie. Kto wcześniej rozstawił się na dobrym miejscu - krzesła, płot, dach altany, ten miał mniejsze szanse na zdewastowanie swojej odzieży przez dzięcioły i wiewiórki, pilnujące drugiej części podwórka. Wieszanie prania na drzewach było ryzykowne i zazwyczaj wymagało powtórki z namaczaniem.

Podczas kiedy my zastanawialiśmy się jak z trzech marchewek, jednej pietruszki, czterech jajek, mleka i kilograma mirabelek zrobić obiad dla ośmiu osób, Boguś chodził z miską po podwórku w poszukiwaniu jakiejkolwiek wolnej przestrzeni, która nie uciekała i która pozwoliłaby mu na wysuszenie swoich rzeczy.

- O, nowi! - zakrzyknął nieznany nam mężczyzna, zaglądając na podwórko przez bramę. Jegomość odziany był w typowy strój tubylca, który sprowadzał się do bokserek i czapki z daszkiem. Standardowy ubiór męskiej części leśnej populacji. W niedzielę dochodziła do tego rozpięta koszula, sandały i ewentualnie spodnie. 

- Dzień dobry - odpowiedział Damian, podchodząc do bramy.

- Na polowanie przyjechali? - spytał mężczyzna. Niezdrowa fascynacja kaczkami była tematem rozmów częstszym niż dywagacje o pogodzie.

- Nie, my tu tylko na wypoczynek.

- A psa na kaczki macie - rzekł jegomość, wskazując na śpiącą Morfinę.

- Ale on o tym nie wie, że jest na kaczki.

- Wie, wie. Każdy pies wie jak tylko krwi posmakuje. Marnuje się. A ile was tu przywiało. Sporo, nie?

- No sporo.

- Nie ciasno wam tam w tej budce? Jak się mieścicie wszyscy?

- Bywa tłocznie, ale przynajmniej jest cieplej w nocy.

- No tak, nic tak nie grzeje nocą jak kobita, nie? - rzekł mężczyzna, kiwając na nas głową - A nie boicie się, że wam się rączka omsknie w tym tłumie?

- Słucham?

- No, że przypadkiem macniecie nie tą co potrzeba i będzie dym? - zaśmiał się jegomość, a mój poziom zażenowania zatrzymał się na poziomie przyglądających się naszemu praniu dzięciołów.

- On się zachowuje jakby nas tu w ogóle nie było - oburzyła się Ruda, gotowa do wyjaśnienia człowieka w czapce.

- Spokojnie, pogada i pójdzie - odparłam, wręczając Rudej nożyk i marchewkę. Chciałam spożytkować jakoś jej nadmiar energii, ale szybko zorientowałam się, że dawanie jej broni w takiej sytuacji mogło być błędem.

- Ale jak "nie tą co potrzeba"? - spytał Damian.

- No nie swoją kobitę, że przypadkiem w nocy dotkniecie. Chyba że wy z tych wolnych, co to mogą macać do woli.

- To nie są nasze "kobity", więc nie.

- A to z obcymi przyjechaliście. Ładnie, ładnie. A panie się nie boją, że was chłopy będą napastować? Chłop to chłop, jak kobitę w nocy ma blisko, to mu się może rąsia omsknąć - rzekł mężczyzna, tym razem kierując swoje słowa bezpośrednio do nas - No, chyba że tak lubicie, to może dołączę.

- Po pierwsze to takie seksistowskie żarty nas średnio bawią, po drugie jesteśmy raczej z tych co nie traktują kobiet przedmiotowo i... - zaczął Damian, ale w słowo weszła mu Ruda, startując do bramy z nożem do ziemniaków.

- A tobie się wydaje, że czym my ku*wa jesteśmy? Zabaweczkami do macanek? Wyobraź sobie łysolu, że nie każdy ru**a wszystko, co nie ucieka na drzewo, a jak masz problem z migrującą ręką, to zawsze można ją skrócić do łokcia. A teraz w tył zwrot, bo nie obiecuję, że mi się zaraz ziemniak z twoją moszną nie pomyli, a patrząc na twoje wyświechtane gacie dostęp mam łatwy.

Patrzyliśmy jak mężczyzna robi dwa kroki do tyłu, odsuwając się od bramy na bezpieczną odległość i z oburzeniem mówi do Damiana:

- Jakby moja baba mi tak właziła na łeb, to by w pysk dostała.

- Ty ku*asiarzu - padło zza płotu i furtka zaczęła się otwierać, więc jegomość mamrocząc coś o "psycholach" odwrócił się na pięcie i wrócił na ścieżkę, prowadzącą do lasu. 

- Żebym cię tu więcej nie widziała ku*asiarzu! - wydzierała się Ruda, podskakując przy płocie i obserwując oddalającego się człowieka.

- Trzymaj pan to na łańcuchu! - odkrzyknął mężczyzna.

- Stosujemy wolny wybieg! - odparł Damian, zamykając ponownie bramę i wracając do naszych łupów - Marchwianka i naleśniki z owocami? - spytał, na co pokiwaliśmy zgodnie głowami, trawiąc to, co się przed chwilą wydarzyło.

Chyba wieść o dzikim, rudym stworzeniu rozeszła się po okolicy dość szybko, bo od tamtej pory obcy ludzie trzymali się ścieżki i nie podchodzili do naszej bramy, chociaż mieszkańcy kierowani ciekawością mieli to w zwyczaju. 

Nie, żebyśmy tęsknili.

czwartek, 3 września 2020

Nastąpiła awaria

Właściciel lawendowej arki był miłośnikiem swojego podwórka, które było co prawda urządzone skromnie, ale i estetycznie. Niestety człowiek ten nie miał szczęścia do trawy. Mimo regularnego nawadniania i pielęgnacji, w zieleni były widoczne ubytki i przebarwienia. Z tego powodu zwierzęta miały kategoryczny zakaz załatwiania potrzeb w obrębie podwórka, co nie przeszkadzało ani mnie, ani Damianowi, ponieważ zarówno Morfina, jak i Kotlet wymagali regularnych spacerów, a gryzonie kuwetowały się w klatce. Wyzwaniem stawały się natomiast wyjścia nocne, które ze względu na brak jakiegokolwiek oświetlenia, wymagały użycia latarek.

Dla porównania, tak wyglądała arka wieczorem:


A tak nocą: 


Ze względu na całkowite ciemności postanowiliśmy chodzić na spacery w przynajmniej trzyosobowych drużynach. Nie wiedzieliśmy czy bardziej powinniśmy obawiać się dzikich zwierząt, czy mieszkańców, ale woleliśmy nie podejmować żadnego ryzyka.

Już drugiej nocy zostałam obudzona przez zimny nos Morfiny i jej łapę wędrującą po mojej twarzy. Oznaczało to czerwony alarm, więc odnajdując po omacku telefon i oślepiając się jego blaskiem, udało mi się określić godzinę. Była 3:30 rano.

- Damian... - szepnęłam, szturchając najbliżej położoną mnie osobę - Damian, idę z kluchą, zabrać też Kotleta?

- Co? Czekaj, która godzina? Jezu, trzecia trzydzieści, ten pies nie ma serca.

- Najwidoczniej jej się chce. To co, wziąć Kotleta?

- Przecież sama nie pójdziesz, czekaj pójdę z Tobą. Ruda... Ruda, zwijamy się.

- Szturchnij mnie jeszcze raz to zostaniesz kastratem - wymamrotała Ruda i zwinęła się w ciaśniejszy kłębek.

- Musimy się ewakuować. Zoo potrzebuje wyjść na zewnątrz - odparł Damian, próbując bezgłośnie wymknąć się z łóżka.

- Ciebie chyba pogrzało. Siedź na tyłku jak człowiek.

- Ruda, ona naprawdę musi - odparłam, uwalniając się spod kołdry. Dopiero po chwili poczułam przerażający chłód, który panował w całej arce - O Chryste jak zimno.

- Co się dzieje? - spytał półprzytomny Oli, starając się wyłapać ostrość obrazu w całkowitej ciemności.

- Nic, zwierzaki muszą wyjść - odparł Damian - śpij, jest trzecia w nocy.

- Co wy robicie o trzeciej? - przebudził się Szyszek i w ten sposób cały domko-kamper był już na nogach. Pomimo naszych najlepszych chęci nie udało nam się wyjść niepostrzeżenie, ale po zapewnieniu reszty, że zaraz wrócimy, wyszarpaliśmy Rudą i zwierzyniec na zewnątrz, zabierając ze sobą kołdrę i robiąc z niej jedno wspólne ludzkie burrito.

- Zabiję was poduszką przez sen - narzekała Ruda, której ciało musiało być przez nas wleczone po nierównościach - Po prostu będę uciskać aż nie przestaniecie drgać.

Wyglądaliśmy jak syjamskie trojaczki albo wynik jakiegoś paskudnego eksperymentu na kodzie genetycznym. Poruszaliśmy się tiptopami, oświetlając sobie drogę latarką, aż jej światło nie padło na pompującą na uboczu Morfinę.

- Chyba mamy przyczynę nagłej pobudki - rzekł Damian, ale byłam w tamtym czasie zajęta obserwacją fontanny Kotleta, będąc pod wrażeniem ciśnienia, jakie potrafiło wytworzyć kocie jelito.

- Ku*waaaa - skwierczała Ruda, starając się nie patrzeć na to kino grozy, podczas kiedy my usiłowaliśmy odnaleźć przyczynę zatrucia, przypatrując się aromatycznym wydzielinom zostawionym przez nasze zwierzęta na leśnej florze.

Po kilku seriach ze zwierzęcego karabinu maszynowego umęczone puchatki postanowiły wrócić do arki, więc poczłapaliśmy za nimi w naszej magicznej tortilli.

- Będę rzygać - oświadczyła Ruda, wbiegając do łazienki.

- A jej co? - spytał zerkający na nas spod kołdry Szyszek.

- Zdaje się, że poszło rykoszetem. Zwierzęta się potruły i ją też chyba szarpnęło - odparł Damian.

Nie chciałam psuć nikomu atmosfery, ale szczerze mówiąc czułam, że problem mógł dotyczyć i mnie. Ból brzucha zwiastował nadchodzące problemy i patrząc na niepewną minę Oliego, chłopak chyba odczuwał to samo.

- Komuś jeszcze jest niedobrze? - spytała Agnieszka, zagłuszając torsje Rudej, dochodzące z toalety.

Spojrzeliśmy po sobie i oceniając skład przypuszczalnych poszkodowanych, stwierdziliśmy zgodnie, że ilość toalet nie pokrywa ilości ewentualnych potrzebujących. Kalkulacje wskazywały na jedno - byliśmy zgubieni.

Godzinę później z miskami na kolanach siedziało już pięć osób, z czego jedna odmawiała opuszczenia łazienki. Fale zimna i gorąca oraz brutalne szarpnięcia żołądka odczuwała większa część grupy, a pozostali starali się rozdzielić na równe porcje zapas Smecty, węgla aktywnego i Nifuroksazydu. Nawadnianie było poza naszymi możliwościami. Nasze organizmy nie przyjmowały nawet najmniejszych ilości wody. Arka zaczynała przypominać ostry dyżur, a zwierzęta właściwie nie opuszczały altany. 

- Ale od czego? - zastanawiał się Damian, którego głos słyszałam jakby dobiegał z końca długiego tunelu - Jedliśmy dokładnie to samo, a mnie i Tobie nic nie jest.

- Ja to bym się tak nie cieszył - odparł Boguś - jeszcze nas może dorwać.

O godzinie piątej pożegnaliśmy zdrowie Damiana, który jako ostatni dołączył do nas równie agresywnie, co reszta grupy. Wraz ze wschodem słońca wypełzliśmy na zewnątrz, by tam dogorywać w blasku promieni i spędzić ostatnie chwile życia na łonie natury. Wielkie oczyszczenie nie brało jeńców i zdawało się nie odpuszczać, chociaż brakowało nam już amunicji.

- A może to jest reakcja wiązana - przemówił Szyszek, który miał jeszcze siłę wyciskać z siebie słowa - Jak panika, że jedno się zaraża od drugiego, ale tak naprawdę to jest w naszych głowach.

- Cokolwiek kiedyś było w mojej głowie, zapewne już to zwróciłem - odparł Boguś, przytulający miskę jak swojego jedynego przyjaciela.

- To nie ma sensu - westchnął Damian - Zwierzęta nie jadły tego co my. Może jakaś bakteria?

- Jesteśmy jagódki... czarne jagódki - recytował Arek, głaszcząc trawę.

- Komuś w ogóle jest już lepiej? - rzuciła Ruda łapiąc z trudem powietrze, lecz odpowiedziała jej cisza.

W okolicach dziesiątej pierwsze jednostki chorobowe zaczynały odzyskiwać władzę nad przewodem pokarmowym, jednak bojąc się reakcji organizmu na wszelki wypadek decydowały się nie wstawać z ziemi.

- Ej - rzucił głos, który ciężko było mi zidentyfikować - a może by pójść do tej babeczki co nam dała te suszone kwiatki? Może ona by miała jakieś ziółka na trawienie czy cokolwiek.

- O, świetny pomysł - odparł drugi głos - Trzeba iść do szamanki, pewnie ma jakąś miętę.

Nikt nie podjął się jednak tej misji. W tamtym czasie nikt nie był jeszcze na to gotowy. 

Kobieta pojawiła się sama. Wędrowała z zakupami środkiem ścieżki w południowym słońcu i słysząc nasze pełne bólu nawoływania, zdecydowała się zajrzeć na podwórko.

- A wam co się porobiło? - spytała, omiatając spojrzeniem pobojowisko.

- Pani kochana, ma pani coś na niestrawność? Cokolwiek, błagam.

- Niestrawność? A co żeście zjedli?

- No właśnie nie wiemy, ale nawet zwierzęta się rozchorowały.

- Ale wody to żeście chyba nie pili z kranu, co? 

- Tylko przegotowaną albo z filtra - odpowiedział Damian, starając się podnieść do pozycji siedzącej.

- Czy wyście na rozum upadli? - oburzyła się kobieta - Wodę z tej studni chlać? Ona się ledwo do kąpieli nadaje.

- Ale my z kranu tylko...

- Ta z kranu myśli skąd jest? Ze studni pobiera, a ta woda to się ledwo roślinom nadaje i gotowanie tu nic nie da. Trzeba ze sklepu pić, mineralną z baniaka.

- Ale nam właściciel powiedział, że zdatna do picia jest.

- Tak to jest jak się dzieci same zostawi - rzuciła kobieta, wracając na ścieżkę - Dorosłego trzeba, a nie!

- Pani kochana, ale pani nie odchodzi - wymamrotał Boguś i w głowie miałam scenę z Titanica, kiedy Rose krzyczała na odpływającą łódź "Come back!".

- Wrócę zaraz, no przecież cebulą was nie wyleczę!

Ponownie zostaliśmy sami i czekaliśmy na tę kobietę jak na anioła, jakim była. Wróciła, niosąc ze sobą dwie butelki wody i mały kartonik z tajemniczą zawartością. Zostaliśmy obdarowani wywarem, który smakował jak zielona herbata z winogronami, ale pełen skład był nam zupełnie nieznany i obojętny. W tamtej chwili wypilibyśmy własny mocz, gdyby tylko miał zadziałać. Kiedy po niecałej godzinie nasz stan zaczął się poprawiać, wzięliśmy się za gotowanie (tym razem w wodzie butelkowej) kleiku dla zwierząt, które doszły do siebie dużo szybciej niż my. Byliśmy tak wdzięczni staruszce, że obiecaliśmy jej koszenie trawnika i rąbanie drewna do końca naszego pobytu, co ona przyjęła bez mrugnięcia okiem.

- Postawić wam tarota? - zapytała, przyglądając się naszym pobladłym twarzom.

- A to jest na pewno bezpieczne? - spytała Agnieszka.

- A nie wiem. Nie jestem w tym dobra, ani trochę. Według tych kart, to powinnam już nie żyć od dwunastu lat - rzuciła wesoło kobiecina.

- Ja to bym chciała wiedzieć kiedy przestanę chodzić do toalety - odparła Ruda.

- A to ja ci bez tarota to powiem. Jutro, możliwe, że przed zachodem słońca jeszcze.

- Co?! Ja liczyłam, że dzisiaj już.

- Nie ma szybko, szybko to żeście się struli, a leczenie dłuższe jest. Tylko tej syfiatej wody nie pijcie, bo znowu to samo będzie.

- Nigdy więcej...

O tamtej pory wody kranowej używaliśmy tylko do mycia naczyń i kąpieli. Przynieśliśmy ze sklepu tyle pięciolitrowych butelek wody, ile było na stanie i gotowaliśmy w niej nawet ziemniaki. Do tej pory na myśl o tamtej nocy przechodzą mnie dreszcze, ale po rozwiązaniu problemu z wodą sytuacja już nigdy nie miała miejsca, a my chodziliśmy grzecznie kosić pani szamance trawnik i rąbać drewno na opał. Pomyśleć, że przed eksplozją już pierwszego dnia uratowały nas tylko zapasy wody z podróży.


środa, 2 września 2020

Spotkaliśmy lokalną szamankę

Pierwszego dnia po przyjeździe postanowiliśmy nadać naszemu kampero-domkowi imię. Został on więc lawendową arką. Dlaczego "lawendową" powiem za chwilę.

W lawendowej arce obowiązywało kilka zasad, ale jedna z głównych dotyczyła porannego wstawania. Jako że spaliśmy w trybie twistera i nasze kończyny tworzyły ludzkie spaghetti, a często brzuch czy plecy jednego człowieka były jednocześnie poduszką drugiego, stanowiło to pewien pobudkowy problem. Ustaliliśmy, że osoba, która przebudzi się jako pierwsza czeka aż obudzi się przynajmniej 50% współposiadaczy łóżka. Wolno było rozmawiać, lecz nie wolno było wstawać ani zmieniać pozycji. Wyjątek stanowiła silna potrzeba fizjologiczna lub klęska żywiołowa. Taki system pozwalał na wyspanie się większej części grupy i likwidował prawdopodobieństwo powstania szoku termicznego, który mógłby wystąpić, gdyby część grzejników ulotniła się ze swoich miejsc. To rozwiązanie działało na tyle dobrze, że z końcem pierwszego tygodnia właściwie wszyscy budzili się już o jednym czasie i nie byli zmuszeni wegetować w oczekiwaniu na powrót do żywych sąsiada obok.

Dnia pierwszego pojawiła się też zagwozdka o nazwie "co będziemy tutaj jedli".

- Musimy wybrać kucharza - padło, kiedy wszyscy podjęli decyzję o opuszczeniu legowiska i osiem par oczu (wliczając w to Morfinę) zwróciło się w kierunku Damiana.

- Zanim spytasz dlaczego Ty - przemówiła Ruda - pozwól, że Ci przypomnę moją jajecznicę w kolorze dojrzałych glutów. Ja bym chciała przeżyć, a Ty gotujesz najlepiej, więc powinieneś gotować. Kto jest za? Wszyscy? Przegłosowane.

- Dobra, ale załatwiacie produkty i pomagacie przy tym - odparł Damian, widząc w górze ręce wszystkich zgromadzonych i zdając sobie sprawę, że raczej się z tego nie wybroni.

Postanowiliśmy podzielić się na mniejsze grupki i poszukać sklepu, względnie jakiegoś miejsca, w którym moglibyśmy kupić coś do jedzenia. Liczyliśmy również na lokalne produkty, takie jak jajka czy mleko. Zdecydowaliśmy się kierować wonią obory, jednak poza stadninami nie udało nam się znaleźć żadnego gospodarstwa. Jako, że skarbnicą wiedzy o danym miejscu są jego mieszkańcy, zdecydowaliśmy się zapukać do drzwi drewnianej chatki, otoczonej dzwoneczkami i bukietami suszonych roślin.

- Dzień dobry - powiedział Oli, kiedy drzwi otworzyła starsza, przygarbiona kobieta - przepraszamy, że niepokoimy, ale może orientuje się pani gdzie tu jest najbliższy...

- Nie powinniście po tym chodzić - przerwała chłopakowi niewiasta i zaczęła zamykać drzwi.

- Ale po czym? - spytała Ruda - Myśmy tylko chcieli o sklep spytać.

- I nie powinniście po tym chodzić - odpowiedziała kobieta, zatrzaskując drzwi.

- No co za stara rumpla! Chleb gdzie kupić można? Halo?

- Chodź Ruda, spytamy kogoś innego - odparł Oli, odciągając dziewczynę od drzwi.

Staruszka przyglądała nam się z okna i nie wyglądała na zadowoloną z wizyty, więc postanowiliśmy opuścić jej teren, jednak kiedy wyszliśmy na ścieżkę, kobieta krzyknęła za nami i kazała nam poczekać. Zdezorientowani staliśmy więc na środku drogi, zastanawiając się czy nie powinniśmy raczej uciekać. Drzwi po chwili otwarły się i kobiecina przytruptała do nas, niosąc w ręku jakieś materiałowe zawiniątka.

- Polujecie? - spytała, patrząc nam głęboko w oczy.

- Co? - spytałam, rozglądając się dookoła. Nawet jeśli zaczęlibyśmy tu krzyczeć istniała bardzo niewielka szansa, że ktoś by nas usłyszał i jeszcze mniejsza, że ktoś by nam pomógł.

- No, na kaczki. Polujecie na kaczki? Przyjechaliście tu na kaczki?

- Nie - odparliśmy zgodnie - Na wakacje, odpocząć.

- I nie na kaczki?

- Nie, nawet nie wiedzieliśmy, że tu są kaczki.

Staruszka zmrużyła oczy i spytała:

- Ile Was jest?

- Osiem - odpowiedziałam, zastanawiając się po chwili czy powinniśmy podawać obcej osobie takie informacje.

- Osiem?

- No i zwierzęta - dodał Szyszek.

- Jakie?

- No, pies, kot, szczury... - zaczął wymieniać Oli.

Kobieta chyba nie do końca wierzyła w naszą wersję, ale ostatecznie podała nam materiałowe woreczki i rzekła:

- W domu rozwiesić, najlepiej na każdej ścianie.

- Ale co to jest?

- Rośliny ususzone.

- Ale po co?

- Powiesić - powiedziała z powagą staruszka i zaczęła odchodzić w stronę swojego domu.

- Ale bo my sklepu szukamy! - rzuciła za kobietą Ruda.

- Darmo szukacie, nie z tej strony - odparła niewiasta, zamykając za sobą drzwi.

- No dobra, ale to gdzie w takim razie - powiedziała do siebie Ruda, przyglądając się woreczkom z suszem.

- Myślicie, że to jakaś wiedźma? - spytał Oli - Wyglądała dość przyjaźnie.

- Ciekawe z której strony? Trzeba to wyrzucić w cholerę.

- Kazała nam to powiesić. W sumie nawet nie wzięła pieniędzy ani nic. Nie zdążyliśmy jej nawet podziękować.

- Nie wyglądała na normalną, ja bym to wyrzuciła.

- Ruda, ale to tylko jakieś zioła. Lawenda, pewnie jakieś leśne kwiatki.

- Dobra, ale tym się nie najemy i dalej nie wiemy gdzie jest jakiś sklep.

Po niemal dwugodzinnej wędrówce po nielicznych domach i leśnej drodze wróciliśmy do domu, niosąc ze sobą tylko woreczki z suszem. Damian spojrzał na nas z politowaniem i przejął łupy, mówiąc:

- Macie szczęście, że Boguś z Agnieszką i Arkiem przytaszczyli ziemniaki. Jest jakiś sklep cztery kilometry stąd, trzeba się tam przejść po grubsze zakupy. A właściwie po co to?

- No, powiesić mamy...

- Od kogo to dostaliście?

- Od takiej starszej pani z lasu.

Nasz nadworny kucharz spojrzał na nas jak na zjadaczy halucynków, ale zabrał ze sobą roślinki.

Jeszcze tego samego dnia do bramy zapukała starsza pani, która wręczyła nam woreczki, pytając czy może pożyczyć sobie kilku panów na chwilę, bo drzewo jej się zwaliło na podwórko i trzeba porąbać je na kawałki. Porzuciliśmy swoje placki ziemniaczane i zostawiając za sobą jedną osobę, która została wylosowana na zmywak, ruszyliśmy za kobietą do lasu.

Podczas rozdzielania drzewa i znoszenia go na przygotowane wcześniej ognisko, wywiązała się między nami rozmowa, z której wynikało, iż w lesie sezonowo organizowało się (legalne lub też mniej) polowania na kaczki, którym kobieta była bardzo przeciwna.

- Przyjeżdżają, huku narobią, kilka zwierząt zabiją i odjeżdżają i tak jest co roku - narzekała staruszka - nic tylko hałasu robią.

- No my nie przyjechaliśmy strzelać do kaczek - odparł Szyszek - Tylko szczerze mówiąc, żadnej tutaj nie widziałem.

- Bo boją się - odparła kobieta - i coraz mniej ich zostało.

- A te ziółka to właściwie po co są? Żeby w domu ładnie pachniało? Można z tego herbatę zrobić?

- Nie, to nie do picia jest. To na wyczucie.

- Na wyczucie?

- Bo jak kto zły i na przykład polować przyjechał, to naturę od niego odpycha, a jak kto dobry i polować nie przyjechał, to naturę do niego przyciąga.

- Naturę to znaczy? Jesteśmy w środku lasu, to jakby blisko natury.

- Żyjątka różne okoliczne - sprecyzowała kobieta.

- Komary też? - spytała Ruda - Jakieś węże czy coś, bo ja podziękuję, nie potrzeba.

- Komary to i tak Was nawiedzą i tak.

- No to więcej nam nie potrzeba.

- Zobaczycie sami - zakończyła staruszka.

Po skończonej pracy wróciliśmy do domu, by oczekując na prysznicową kolejkę, walczyć z brutalną napaścią małych owadzich krwiopijców, dla których spreje zdawały się być tylko zachętą.

Zauważyliśmy, że owady nie bały się tutaj ludzi, a podwórko było stałą trasą spacerową rodziny jeży. Często widywaliśmy też sarny, które skubały trawę pod samym ogrodzeniem, nie wspominając o ptakach regularnie podbierających nam niepilnowane jedzenie, zostawione na altance. Żaby właściwie wchodziły nam do domu i nigdy nie wiedzieliśmy jak się tam znalazły. Od kobiety dowiedzieliśmy się też o konieczności uważania na łosie, które ponoć mieszkały w okolicy, jednak nigdy nie dane nam było spotkać żadnego osobiście.


Wątpię, że suszone ziółka miały z tym cokolwiek wspólnego i ostatecznie musieliśmy je wynieść na zewnątrz, ponieważ moja alergia chciała mnie zabić każdego kolejnego dnia, ale staruszka bywała u nas jeszcze wiele razy przy różnych okazjach. Chyba wydaliśmy jej się ludźmi, którzy z polowaniem na kaczki mieli jednak niewiele wspólnego.

wtorek, 1 września 2020

Gdzie wybyliśmy?

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale na nas 2020 nie pozostawił suchej nitki. Rok jeszcze się nie skończył, a już wydarzyło się w nim więcej złych rzeczy niż ktokolwiek byłby w stanie udźwignąć. Zaczynając od śmierci wielu bliskich nam osób, przechodząc przez napiętą sytuację mniejszości, kończąc na porzuconych zwierzętach, którym z całych sił staraliśmy się w ostatnim czasie pomóc.

Postanowiliśmy z grupą uporządkować wszystkie sprawy i na kilka tygodni odciąć się od świata. Nie używać internetu, telefonów, wyjechać gdzieś, gdzie nie ma nawet zasięgu. Wynajęliśmy mały domek w środku lasu, wypożyczyliśmy furgonetkę, zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i razem ze zwierzętami, które nie mogły zostać w domu (z różnych powodów), wyruszyliśmy do miejsca docelowego, jakim był drugi kraniec Polski:

Po ośmiu godzinach jazdy, umilanej śpiewem Morfiny, która bardzo nie lubi jeździć samochodem i która postanowiła stać przez całą trasę, racząc nas pieśnią swego ludu, dotarliśmy na miejsce docelowe... prawie, bo ostatni kilometr ze względu na gęste zadrzewienie terenu musieliśmy przejść na nogach, a to sprowadzało się do niesienia wszystkich bagaży, transporterów ze zwierzętami i Morfiny, która po ośmiogodzinnej odmowie siedzenia potrzebowała delikatnej asysty, gdyż jej łapy odmówiły posłuszeństwa.

Zabawa zaczęła się już przy bramie, ponieważ jak się okazało, dostaliśmy złe klucze. Właściciel, z którym skontaktowaliśmy się telefonicznie, kazał nam przeskoczyć przez ogrodzenie, gdyż właściwe klucze mógł dowieźć nam dopiero następnego dnia. Spojrzeliśmy na siebie, na nasze zwierzęta i na nasze bagaże, po czym zdecydowaliśmy się stworzyć lektykę z plecaków i w ten sposób przetransportować Morfinę, trojaczki i Kotleta (jeden z kotów Damiana, wymagający opieki medycznej) na drugą stronę. Część drużyny przeskoczyła przez ogrodzenie i przejęła transportery, jednak Morfina odmówiła podróży na wysokościach, więc plan musiał ulec zmianie. Obeszliśmy teren dookoła, szukając w ogrodzeniu luki, przez którą przecisnęłaby się trzydziestokilogramowa kulka sierści, ale płot okazał się być bardzo solidny, więc wróciliśmy do pierwotnego planu. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, bo akcja jaką przeprowadziliśmy wyglądała na bardzo specyficzny przypadek włamania, z trzema osobami na terenie prywatnym, dwoma siedzącymi okrakiem na bramie i trzema stojącymi przed bramą, usiłującymi przepchnąć boeing stworzony z dwóch plecaków turystycznych, z włosianą księżniczką na szczycie, która wyglądała jakby zaraz miała zemdleć.

Ostatecznie operacja się udała i wszyscy znaleźliśmy się po drugiej stronie.

Wtedy dokładnie przyjrzeliśmy się domkowi, w którym mieliśmy zamieszkać. Nie będę Wam kłamać, na zdjęciach wyglądał na sporo większy. Nie należę do olbrzymów, mam 176 cm wzrostu. Najniższą osobą w ekipie była Ruda, dla której ta siedziba Hobbita została prawdopodobnie stworzona. Spojrzałam na Damiana, na Arka, Szyszka, Oliego i Bogusia i zaczęłam wnosić swoje rzeczy na altankę, podczas gdy panowie kontemplowali nad wysokością framugi, która nie mogła mieć więcej niż 171 cm wysokości. Te 171 cm przypominało mi o sobie każdego kolejnego dnia, odciskając się coraz mocniej na moim czole. Dzięki tej framudze wyrobiłam sobie odruch ukłonu, kiedy wchodziłam do czyjegoś domu.

Kiedy wszyscy wtaszczyliśmy się już do środka (klucze do samego domku były właściwe) i zaczęliśmy układać swoje torby i plecaki jeden na drugim, odkryliśmy dość szybko, że nie tylko z zewnątrz stacjonarny kamper był bardzo mały. Postanowiliśmy zrobić losowanie i wypchnąć trzy osoby do namiotu. Teren był ogrodzony i w obrębie kilometra pozbawiony sąsiadów, więc wydało nam się to sensownym rozwiązaniem. Padło na Arka, Rudą i Bogusia, więc pokonana trójka zabrała się za rozbijanie swojego nowego miejsca do spania, podczas kiedy my ułożyliśmy z siebie ludzkiego tetrisa i wciśnięci w każdy możliwy kąt zaczęliśmy zasypiać.

Czy tutaj dało się pomieścić pięć osób, psa, kota i klatkę ze szczurami?


Dało się pomieścić nawet osiem osób, ponieważ już o drugiej w nocy odbyły się pierwsze migracje namiotów i do środka wparowała zmarznięta i przeklinająca Ruda, moszcząc się w wolnej przestrzeni między Damianem, a Agnieszką. Pół godziny później usłyszeliśmy nieśmiałe:

- Ej, przesuńcie się trochę.

Nadejściu kolejnych osób towarzyszył powiew wnętrza lodowca, więc nie mieliśmy serca wyrzucać przybyszy z powrotem do namiotu. Okazało się, że nawet w lato w środku lasu potrafi być przerażająco zimno. Fakt, że spaliśmy w jednym, wielkim, ludzkim kokonie był właściwie naszym jedynym ratunkiem jeśli chodzi o utrzymanie właściwej temperatury ciała, ponieważ koce i kołdry były bezradne w walce z nieszczelnymi oknami. Trzy dni później odkryliśmy, że elektryczny kominek spełniał nie tylko rolę dekoracyjną, ale był też grzejnikiem, jednak w tamtym czasie, gdyby nie osiem sklejonych ze sobą osób, zapewne skończylibyśmy z odmrożeniami.

Na przestrzeni kolejnych dni nauczyliśmy się też jak ergonomicznie wykorzystać przestrzeń łóżkową tak, żeby każdy miał swoje stałe miejsce, nie przeszkadzał drugiej osobie i jednocześnie zdołał się wyspać.

Na polówce i fragmencie rogówki spał zespół składający się z Arka, Bogusia, Agnieszki, Oliego i Szyszka.

Na pozostałej części rogówki spałam ja, Damian i Ruda.


Morfina miała właściwie najwięcej przestrzeni, ponieważ należał do niej cały teren przy kominku. Kotlet najczęściej sypiał na właścicielu albo twarzy wybranej losowo osoby, a Karmel, Popcorn i Masło wylegiwali się w swojej klatce.

O, tutaj:


Jeśli myślicie, że w pokoju głównym było bardzo ciasno, to pozwólcie, że zademonstruję Wam łazienkę.


Jeśli nigdy nie staliście w kabinie, trzymając głowę przy drzwiach, ponieważ nie mieściła się ona w środku, nie wiecie czym jest życie. Nawet Ruda nie czuła się tam komfortowo, a techniki wyższej części załogi pozostają dla mnie tajemnicą, chociaż dźwięki walki o życie mniej więcej obrazowały mi jak przebiegała ich kąpiel. Nie można było jednak narzekać, ponieważ posiadaliśmy luksus w postaci ciepłej wody, a przynajmniej posiadały go cztery pierwsze osoby, ponieważ koniec kolejki miewał z tym problemy.

Nieco później przyszło nam się jednak zmierzyć ze znacznie większymi problemami, o których będzie mowa w kolejnych postach.