W ostatnich tygodniach spędziłam sporo czasu w gabinetach weterynaryjnych, próbując zdiagnozować Morfinę. Natrafiałam tam na różnych ludzi, zazwyczaj mi obojętnych. Czasem miedzy oczekującymi wywiązywała się miła rozmowa, czasem siedziało się w poczekalni, patrząc na wiszące tam obrazy, które znało się już na pamięć, lub przeglądając zostawione dla właścicieli pacjentów książki o kotach.
Można było też trafić na przypadki podobne z pozoru, lecz skrajnie różne przy bliższym poznaniu.
Właśnie o tym będzie dzisiaj.
Przekroczyłam próg gabinetu, pełna nadziei, że ostatnie badania wyjdą w porządku. Ze względu na godziny poranne i zakończenie sezonu wakacyjnego, w poczekalni było stosunkowo niewiele osób. Czekała tam pani z Beaglem, mężczyzna z kotem w transporterze, drugi z wystraszonym kundelkiem i starsza pani z królikiem. Spytałam kto jest ostatni i usiadłam na wolnym miejscu, tuż obok staruszki z królikiem. Jak to często w poczekalniach bywa, było lekkie zamieszanie. Zestresowane psy popiskiwały, pomimo uspakajania przez swoich właścicieli, kot jeżył się i prychał od nadmiaru bodźców i obcych zapachów, Beagle postanowił opuścić gabinet, mimo swojego ograniczenia w postaci szelek i smyczy, po czym zdecydował się poinformować właścicielkę szczekaniem, że nie jest zadowolony z jego obecnej sytuacji. Z całego towarzystwa cicho był tylko przerażony królik i leżąca na podłodze Morfina, która jest już weteranką takich wizyt, więc dźwięki, zapachy i nakłuwanie igłami nie robiły na niej wrażenia.
W poczekalni nie działo się jednak nic nadzwyczajnego. Zwierzęta mają prawo bać się weterynarza i badań, które zazwyczaj nie są dla nich komfortowe, a bywają i bolesne. Ten strach był więc okazywany.
Na obiekt weszła kobieta z około dwuletnim dzieckiem na rękach i bez żadnego "dzień dobry", czy "kto ostatni" przetransportowała się bezpośrednio pod drzwi gabinetu. Pomimo tabliczki "o kolejności przyjęć decyduje lekarz", oraz "proszę zadzwonić dzwonkiem i czekać na wezwanie", kobieta wbiła do środka, gdzie trwał akurat delikatny zabieg pobierania krwi u fretki, trzymanej przez trójkę ludzi.
- Proszę poczekać na zewnątrz - oświadczył lekarz, manewrując igłą przy małym diable tasmańskim, który usiłował stylem węgorza opuścić kozetkę.
Kobieta zamknęła więc drzwi i poprawiając swoje dziecko na rękach, usiadła na wolnym krześle. Bez słowa wyjaśnień.
- Przepraszam panią - podjął rozmowę mężczyzna z kotem, który w kolejce był pierwszy - Tutaj obowiązuje kolejka jak kto przyszedł, chyba, że była pani umówiona na godzinę.
- Ja tylko po tabletki - oświadczyła niewiasta, rzucając wszystkim wrogie spojrzenie.
- To może pani wejść ze mną - odpowiedział właściciel kota, chcąc być uprzejmym - Tylko trzeba takie rzeczy mówić. Nie można sobie tak po prostu wchodzić bez kolejki.
- Pff - żachnęła się kobieta i dalej siedziała już w milczeniu, kołysząc dziecko na kolanach. Dziewczynka wyginając się w łuk, dawała znaki matce, że nie ma zamiaru siedzieć spokojnie, więc rodzicielka wypuściła młodocianą z objęć. Dziecko zaczęło biegać po poczekalni i prowokować zwierzęta. Piszczało, podskakiwało, zaczepiało je rączkami. Na zwrócenie uwagi, matka zareagowała zdaniem "To tylko dziecko" i pozwoliła córce na dalsze harce i wciskanie paluszków do kratek transportera. Kiedy dwulatka o mało nie straciła kciuków po zbyt bliskim kontakcie z kundelkiem, właściciel psa stanowczym głosem kazał kobiecie zapanować nad własnym dzieckiem.
- To niech te psy przestaną tak skomleć, już mnie głowa od tego boli - odparła niewiasta, spodziewając się zapewne, że w poczekalni weterynaryjnej zastanie absolutną ciszę. Niestety spotkało ją rozczarowanie i przymus czekania wśród zwierząt, które nie dość, że były zestresowane samą wizytą, to teraz jeszcze poszczekiwały, nakręcone przez piszczącą dziewczynkę.
- Jak któryś ją upieprzy, to nie ręczę za siebie, więc niech go pan trzyma - rzuciła po chwili, ku zaskoczeniu oczekujących pacjentów. Ten nagły wybuch agresji zadecydował o umieszczeniu kobiety na końcu kolejki i nie wpuszczeniu jej do gabinetu razem z właścicielem kota.
Dziecko przez ten czas zdążyło porozsypywać kredki w kąciku malucha, zjeść połowę kredy tablicowej i badać z bliska gniazdko kontaktowe.
Druga sytuacja była podobna tylko pod jednym względem. Kiedy weszłam do poczekalni było tam kilku ludzi z psami i kotami, oraz młoda mama z dwulatką, którą rodzicielka starała się zająć przy kąciku. Kiedy małe, niezgrabne rączki upuszczały kredki, kobieta podnosiła je i odkładała na miejsce. Matka pokazywała córce jak przesuwać klocki po zawiniętym druciku i tłumaczyła, że nie można podchodzić do piesków, bo to nie jest ich piesek i któryś z nich może zrobić krzywdę. Widząc, że Morfina patrzy na dziecko jak leprechaun na garnek złota, spytała czy może podejść z dziewczynką, czy piesek lubi dzieci, czy nic go nie boli, nie jest chory i nie będzie mu to przeszkadzać. Kobieta mówiła o tym, że w domu również mają zwierzęta i że starają się nauczyć córkę szacunku do puchatych braci mniejszych. Mówią jej o tym, że nie wolno szarpać zwierząt za futro, częstować swoim jedzeniem, ani wkładać paluszków do pyska, oka, nosa, czy ucha.
Dziecko podeszło do Morfiny, a matka kontrolowała małe rączki i przesuwała nimi delikatnie po futrze, cały czas powtarzając "delikatnie po futerku". Po głaskaniu kobieta z córką wróciły do tablicy i rysowały sobie kreski. Żadnych krzyków, żadnych pretensji do dźwięków wydawanych przez zwierzęta.
Dwa tak podobne przypadki, a wciąż tak skrajnie różne.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
piątek, 6 września 2019
czwartek, 5 września 2019
Trzy kamienie
Jaka jest jedna z gorszych kar dla współczesnej dziesięciolatki w środku wakacji?
Odebranie jej telefonu.
Taka życiowa tragedia spotkała trzy dziewczynki w tym wieku, w wyniku szlabanu. Karę wszystkie dostały taką samą, do tego w tym samym terminie, więc można było przypuszczać, że młodociany gang wspólnie sobie na nią zapracował. Dziewczynki były nierozłączne i odebranie im głównego urządzenia, służącego do komunikacji i namierzania się wzajemnie, było dla nich ciosem poniżej pasa. Dziesięciolatki zachowały jednak godność i przyjęły pokornie karę, nie próbując negocjować jej warunków. Widocznie wiedziały już, że jedyne co mogły uzyskać to wydłużenie szlabanu.
Pojawił się jednak problem.
Bez komunikatorów nie były w stanie umawiać się na podwórkowe zabawy. Często mijały się, lub nie trafiały w miejsca spotkań, które nie były z góry umówione. Jako, że dzieci nie posiadły tajemnej wiedzy osób dorastających bez tych wszystkich gadżetów (które potrafiły wyczuć czy ktoś jest w domu z odległości dwóch kilometrów), dziewczynki nie były w stanie odnaleźć się bez użycia telefonu.
Wyrośnięte atomówki były jednak obdarzone intelektem i umiejętnością logicznego, nieszablonowego myślenia, więc szybko odkryły rozwiązanie swojego problemu z komunikacją.
Kamienie.
Każda z dziewczynek wybrała sobie jeden, słusznej wielkości kamień. Każdy kamień musiał różnić się od dwóch pozostałych, tak jak różniły się od siebie ich właścicielki. Każda z młodocianych musiała zapamiętać do kogo należy który kamień i cała kolekcja w liczbie trzy została położona na wieczku studzienki, w pobliżu ich wspólnej szkoły.
System polegał na tym, że kiedy któraś z dziesięciolatek wychodziła na zewnątrz, biegła do studzienki, odkładała swój kamień na bok i kredą pisała na jego spodzie pierwsze litery miejsca w które się udawała.
PLA - oznaczało plac zabaw.
RAM - oznaczało rampę.
TRA - oznaczało trampoliny itd.
Kiedy dziecko wracało do domu, wycierało napis o trawę i odkładało kamień na studzienkę.
Proste, ale w swej prostocie genialne. Kamień na studzience - jestem w domu. Kamień zdjęty ze studzienki - jestem na zewnątrz, odwróć, by dowiedzieć się gdzie mnie znaleźć.
Oczywiście taki komunikator nie był idealny i bardzo słabo funkcjonował w deszczu, zmywając napisy z kredy. Wtedy jednak dzieci najczęściej i tak przebywały w mieszkaniach.
Zdarzało się też nieumyślne przestawianie kamieni, lub ich celowe usuwanie przez nieco starszego kolegę, który podpatrzył niczym przyczajony paparazzi sposób dziewczyn na namierzanie się i postanowił zabawić się ich kosztem. Sneaky koleżka został jednak szybko zdemaskowany i nauczony manualnie, że nie należy wtrącać się w cudze wiadomości, obojętnie w jakiej by nie były formie. Zemsta małych, dziewczęcych rączek była brutalna i obejmowała prymitywne, aczkolwiek skuteczne sztuki walki.
Chłopak nigdy więcej nie spojrzał już na studzienkę.
Rozpoczął się rok szkolny, telefony komórkowe wróciły do małych właścicielek, system komunikacji studzienkowej upadł, a kamienie informacyjne leżą porzucone na uboczu.
Nie mówię, że powinniśmy przestać korzystać ze zdobyczy technologicznych, które znacznie upraszczają nam życie, ale może czasem warto odłożyć je na bok chociaż na chwilę, robiąc przysługę swojej kreatywności.
Just sayin'.
środa, 4 września 2019
Łamacz serc
Leżę na kanapie, przeglądając telefon. Na łóżku obok zalega podpity znajomy, czekający na transport jako jeden z ostatnich niedobitków imprezy w bloku obok, która musiała wyewakuować się ze względu na zakłócanie ciszy nocnej.
- Jesteś najpiękniejsza na świecie - słyszę nagle, ale nie odrywam wzroku z ekranu. No to już sporo procentów dotarło do baniaka, skoro mu się tak zmysł wzroku zaburzył.
- Taka mądra - kontynuuje i zastanawiam się po ilu litrach musi być znajomy, skoro do mnie podbija.
- Bardzo inteligentna - snuje dalej, a ja udaję, że go nie słyszę, co mu jednak ani trochę nie przeszkadza w prowadzeniu monologu.
- Taka wesoła zawsze jesteś.
Tak mi mów - myślę. Piękna, inteligentna, wesoła, niech te promile w krwiobiegu podnoszą moje ego.
- Ty masz najpiękniejszy uśmiech. Jak Ty się śmiejesz, to śmieje się cały świat - mówi.
Trochę to oklepane, ale dobry komplement nie jest zły. Nie ma co narzekać.
- Ja to Cię chyba kocham - pada z jego ust i zastygam.
Proszę hamulcować.
Chyba się trochę chłopak za szybko angażuje.
- A czy Ty mnie kochasz?
Niespecjalnie, ale jak to ziomkowi powiedzieć żeby mu nie zranić uczuć. Jest zapity, ale może to jutro pamiętać.
- Jaka Ty jesteś słodka i puchata - dodaje, nie czekając na odpowiedź.
Chwila, what?
Odklejam się od telefonu i wykręcam głowę tak, żeby spojrzeć na znajomego.
Koleżka miziając Morfinę, patrzy jej głęboko w oczy i kontynuuje:
- Nic, tylko Cię schrupać. Ja to Cię chyba uprowadzę. Czy zgadzasz się być moją księżniczką z wieży porwaną?
No tak... to wiele wyjaśnia.
- Jesteś najpiękniejsza na świecie - słyszę nagle, ale nie odrywam wzroku z ekranu. No to już sporo procentów dotarło do baniaka, skoro mu się tak zmysł wzroku zaburzył.
- Taka mądra - kontynuuje i zastanawiam się po ilu litrach musi być znajomy, skoro do mnie podbija.
- Bardzo inteligentna - snuje dalej, a ja udaję, że go nie słyszę, co mu jednak ani trochę nie przeszkadza w prowadzeniu monologu.
- Taka wesoła zawsze jesteś.
Tak mi mów - myślę. Piękna, inteligentna, wesoła, niech te promile w krwiobiegu podnoszą moje ego.
- Ty masz najpiękniejszy uśmiech. Jak Ty się śmiejesz, to śmieje się cały świat - mówi.
Trochę to oklepane, ale dobry komplement nie jest zły. Nie ma co narzekać.
- Ja to Cię chyba kocham - pada z jego ust i zastygam.
Proszę hamulcować.
Chyba się trochę chłopak za szybko angażuje.
- A czy Ty mnie kochasz?
Niespecjalnie, ale jak to ziomkowi powiedzieć żeby mu nie zranić uczuć. Jest zapity, ale może to jutro pamiętać.
- Jaka Ty jesteś słodka i puchata - dodaje, nie czekając na odpowiedź.
Chwila, what?
Odklejam się od telefonu i wykręcam głowę tak, żeby spojrzeć na znajomego.
Koleżka miziając Morfinę, patrzy jej głęboko w oczy i kontynuuje:
- Nic, tylko Cię schrupać. Ja to Cię chyba uprowadzę. Czy zgadzasz się być moją księżniczką z wieży porwaną?
No tak... to wiele wyjaśnia.
Kiedy zwierzę jest niechciane
Kojarzycie te wzruszające i pełne nadziei historie o ludziach, którzy byli przeciwko adopcji jakiegokolwiek zwierzęcia, ale kiedy pojawiło się ono w domu, to pokochali je bardziej niż właściciel?
Pełno jest ich na forach zwierzęcych, tuż pod pytaniem:
Takie historie są bardzo sympatyczne i dają nadzieję nowym właścicielom na to, że mimo wcześniejszego sprzeciwu zwierzę w domu zostanie zaakceptowane i pokochane.
Jednak nie zawsze tak bywa.
Wśród tych wszystkich historii o pięknej przyjaźni, znajdują się też takie, w których pojawienie się zwierzaka w domu niczego nie zmieniło. Nikt nie poczuł nagłej więzi ze stworzeniem, ani potrzeby opieki, nie mówiąc o wielkiej miłości.
Tych historii jest mniej i często są one pomijane jako wyjątek od reguły. Kiedy jednak przydarzą się osobie, która po nasłuchaniu się tych cukrowych opowieści jest pełna nadziei i bierze taki finał za pewnik, nagle pojawia się rozczarowanie.
No bo jak to? Przecież wszyscy opisywali, że zdanie mamy/taty/chłopaka/kuzynki szwagra się zmieni i to diametralnie, a tu coś takiego?
Niestety, nie zawsze bywa kolorowo.
Co, jeśli rodzic czy inna bliska osoba nie zgadza się na zwierzę w domu?
Najgorszą możliwą poradą jest:
Jeśli nie mieszkamy "na swoim" musimy liczyć się ze zdaniem rodziców, czy współlokatorów, ponieważ są oni właścicielami, lub współwłaścicielami mieszkania. Ich zdanie jest tak samo ważne, a często nawet ważniejsze jeśli sami nie opłacamy rachunków, ani czynszu.
Zwierzę to bardzo poważna decyzja i obowiązek na lata. Obowiązek, którym nie można obarczać innych.
Jeśli ktoś wyraża jawny sprzeciw w sprawie zwierzęcia, należy z nim porozmawiać i przedstawić swój punkt widzenia. Próbować uświadomić taką osobę, przekonać ją, że jest to dla nas bardzo ważne i że nowy lokator nie będzie sprawiał problemów, ani zakłócał spokoju domowników. Należy zaznaczyć, że wszystkie obowiązki związane ze zwierzęciem będzie się wykonywało samemu.
Musimy też zaakceptować argumenty przeciwne i dowiedzieć się co warunkuje niechęć drugiej strony. Jakie są jej obawy i opinie.
Jeśli nie uda się dojść do kompromisu, nie należy przyprowadzać zwierzęcia pomimo to, wbrew woli innych mieszkańców. Może to mieć przykre konsekwencje, głównie dla zwierzęcia, a tego przecież nikt nie chce.
Może kiedyś zmieni się zdanie osób z którymi mieszkamy, lub przeprowadzimy się w miejsce bardziej przyjazne zwierzętom.
Cierpliwość jest bardzo zalecana. Decyzje odnośnie zwierząt, podejmowane pod wpływem chwili, zazwyczaj nie są dobrymi decyzjami. Trzymanie podopiecznego w ukryciu jest jeszcze gorszym pomysłem. Prędzej czy później nowy lokator zostanie odkryty, a jego stres związany z mieszkaniem w pudełku czy pod łóżkiem nie jest tego warty.
Mieszkańcy się zgodzili, ale nikt się zwierzakiem nie zajmuje.
Jeśli nie był ustalany jasny podział obowiązków między lokatorami, to nie ma się czemu dziwić. Zwierzęciem powinien zajmować się jego opiekun i reszta wcale nie musi mu w tym pomagać, jeśli nie ma takiej ochoty.
Zwierzę jest w domu akceptowane, ale nikt nie chce nawiązać z nim żadnej więzi.
To jest właśnie przykład, w którym słodkie, cukierkowe love story po przyprowadzeniu zwierzęcia nie występuje. Może się to mijać z naszymi oczekiwaniami, ale nie każdy kto akceptuje zwierzę, musi je od razu lubić.
Istnieją osoby, które akceptują alkohol w domu, chociaż same nie piją.
Należy zrozumieć, że zwierzę jest przede wszystkim nasze. To my musimy o nie dbać, bawić się z nim, wyprowadzać w razie potrzeby i finansować wizyty u weterynarza. Darzenie go uczuciem i poczucie więzi to również nasze zadanie. Nasze, nie naszego otoczenia. Ludzie wokół mogą, lecz nie muszą czuć przywiązania do zwierzaka i nie należy z tym walczyć. Nie da się nikogo zmusić do miłości. To, że my czujemy potrzebę okazywania podopiecznemu uczuć, nie oznacza, że inni czują to samo i nie ma w tym niczego złego czy dziwnego.
Każdy ma inny stosunek do zwierzęcia i nie należy narzucać drugiej osobie swojego zdania, ani sposobu zachowania, bo "ja go kocham, dlaczego Ty nie możesz?".
Nic na siłę. Czasem trzeba zaakceptować fakt, że jedynymi osobami w domu, które mają ze zwierzęciem silną więź jesteśmy my.
Taka sytuacja ma miejsce również u mnie.
Morfina i spożywczaki są tylko i wyłącznie moimi zwierzętami. To ja się nimi opiekuję, wyprowadzam na spacery, zajmuję im czas, płacę za jedzenie, zabawki, weterynarza, ja rozdzielam i podaję leki. Kiedy są chore, to ja nie śpię po nocach. Jestem jedyną osobą, którą tak naprawdę obchodzą.
Kiedy długo jestem poza domem, mogę prosić rodzicielkę o jednorazowe, szybkie wyjście z psem, lub o pożyczenie niedużej sumy pieniędzy na kilka dni, ale na tym się kończy. Jestem wdzięczna, że mogę liczyć chociaż na taką pomoc, ponieważ są właściciele którzy nie mają nawet tego.
Nikt nie wyjdzie jednak na spacer z psem z dobrej woli, nikt go nie będzie głaskał, ani się z nim bawił. Nie mam co liczyć na to, ze ktoś wypuści szczury na wybieg, nakarmi któreś ze zwierząt, poda im leki, czy wyjdzie do weterynarza. To moje zadania i ani siostra, ani mama nie są do tego zobowiązane.
Żadna z nich nie czuje nic do tych zwierząt i puchatki są traktowane jako obiekty, które poruszają się po domu, jedzą i linieją. Są akceptowane, ale nie są uwielbiane.
Wiem, że gdyby mnie zabrakło żadna z tych osób nie zajęłaby się ani Morfiną, ani trojaczkami. Takie są fakty i są one znane wszystkim domownikom.
Takie scenariusze też występują i nie należy mieć pretensji do członków rodziny czy otoczenia, jeśli nie wzięło się tego pod uwagę, lub liczyło na cudowną przemianę.
Podsumowując:
Pełno jest ich na forach zwierzęcych, tuż pod pytaniem:
Moja mama/tata/dziadek/babcia/mąż/chłopak/sąsiad nie zgadza się na (tu wstawcie gatunek zwierzęcia). Co robić? Jak Wasi zareagowali na zwierzę?W komentarzach wylewa się wtedy fala pięknych historii o niesamowitej przyjaźni i trwałej więzi zwierzęcego przeciwnika w domu. Jest opisywana jego nagła przemiana, kiedy poczuł więź łączącą go z futrzakiem i zapałał do niego miłością wielką i nierozerwalną.
"Moja mama była przeciwko szczurom, bo uważała, że śmierdzą i roznoszą choroby, a teraz sama im robi sałatki"
"Mój chłopak nie lubił psów, ale kiedy zwierzak już w domu zagościł, to od razu go pokochał"
"Mój tata powiedział, że jak się pojawię w domu z chomikiem, to wyleci przez balkon, ale go zaakceptował i właśnie oliwi mu kółeczko do biegania"
"Moi współlokatorzy nie chcieli widzieć w domu żadnego zwierzaka, ale oczarował ich mój kot i teraz z nim śpią. Są nierozłączni."You get the point.
Takie historie są bardzo sympatyczne i dają nadzieję nowym właścicielom na to, że mimo wcześniejszego sprzeciwu zwierzę w domu zostanie zaakceptowane i pokochane.
Jednak nie zawsze tak bywa.
Wśród tych wszystkich historii o pięknej przyjaźni, znajdują się też takie, w których pojawienie się zwierzaka w domu niczego nie zmieniło. Nikt nie poczuł nagłej więzi ze stworzeniem, ani potrzeby opieki, nie mówiąc o wielkiej miłości.
Tych historii jest mniej i często są one pomijane jako wyjątek od reguły. Kiedy jednak przydarzą się osobie, która po nasłuchaniu się tych cukrowych opowieści jest pełna nadziei i bierze taki finał za pewnik, nagle pojawia się rozczarowanie.
No bo jak to? Przecież wszyscy opisywali, że zdanie mamy/taty/chłopaka/kuzynki szwagra się zmieni i to diametralnie, a tu coś takiego?
Niestety, nie zawsze bywa kolorowo.
Co, jeśli rodzic czy inna bliska osoba nie zgadza się na zwierzę w domu?
Najgorszą możliwą poradą jest:
"Postaw ich przed faktem dokonanym. Przyprowadź go pomimo to. Jak go zobaczą to pokochają, nie ma innej opcji."Otóż jest inna opcja i nie należy się dziwić kiedy zwierz wyląduje w schronisku, na ulicy, w lesie czy wróci tam skąd przyszedł.
Jeśli nie mieszkamy "na swoim" musimy liczyć się ze zdaniem rodziców, czy współlokatorów, ponieważ są oni właścicielami, lub współwłaścicielami mieszkania. Ich zdanie jest tak samo ważne, a często nawet ważniejsze jeśli sami nie opłacamy rachunków, ani czynszu.
Zwierzę to bardzo poważna decyzja i obowiązek na lata. Obowiązek, którym nie można obarczać innych.
Jeśli ktoś wyraża jawny sprzeciw w sprawie zwierzęcia, należy z nim porozmawiać i przedstawić swój punkt widzenia. Próbować uświadomić taką osobę, przekonać ją, że jest to dla nas bardzo ważne i że nowy lokator nie będzie sprawiał problemów, ani zakłócał spokoju domowników. Należy zaznaczyć, że wszystkie obowiązki związane ze zwierzęciem będzie się wykonywało samemu.
Musimy też zaakceptować argumenty przeciwne i dowiedzieć się co warunkuje niechęć drugiej strony. Jakie są jej obawy i opinie.
Jeśli nie uda się dojść do kompromisu, nie należy przyprowadzać zwierzęcia pomimo to, wbrew woli innych mieszkańców. Może to mieć przykre konsekwencje, głównie dla zwierzęcia, a tego przecież nikt nie chce.
Może kiedyś zmieni się zdanie osób z którymi mieszkamy, lub przeprowadzimy się w miejsce bardziej przyjazne zwierzętom.
Cierpliwość jest bardzo zalecana. Decyzje odnośnie zwierząt, podejmowane pod wpływem chwili, zazwyczaj nie są dobrymi decyzjami. Trzymanie podopiecznego w ukryciu jest jeszcze gorszym pomysłem. Prędzej czy później nowy lokator zostanie odkryty, a jego stres związany z mieszkaniem w pudełku czy pod łóżkiem nie jest tego warty.
Mieszkańcy się zgodzili, ale nikt się zwierzakiem nie zajmuje.
Jeśli nie był ustalany jasny podział obowiązków między lokatorami, to nie ma się czemu dziwić. Zwierzęciem powinien zajmować się jego opiekun i reszta wcale nie musi mu w tym pomagać, jeśli nie ma takiej ochoty.
Zwierzę jest w domu akceptowane, ale nikt nie chce nawiązać z nim żadnej więzi.
To jest właśnie przykład, w którym słodkie, cukierkowe love story po przyprowadzeniu zwierzęcia nie występuje. Może się to mijać z naszymi oczekiwaniami, ale nie każdy kto akceptuje zwierzę, musi je od razu lubić.
Istnieją osoby, które akceptują alkohol w domu, chociaż same nie piją.
Należy zrozumieć, że zwierzę jest przede wszystkim nasze. To my musimy o nie dbać, bawić się z nim, wyprowadzać w razie potrzeby i finansować wizyty u weterynarza. Darzenie go uczuciem i poczucie więzi to również nasze zadanie. Nasze, nie naszego otoczenia. Ludzie wokół mogą, lecz nie muszą czuć przywiązania do zwierzaka i nie należy z tym walczyć. Nie da się nikogo zmusić do miłości. To, że my czujemy potrzebę okazywania podopiecznemu uczuć, nie oznacza, że inni czują to samo i nie ma w tym niczego złego czy dziwnego.
Każdy ma inny stosunek do zwierzęcia i nie należy narzucać drugiej osobie swojego zdania, ani sposobu zachowania, bo "ja go kocham, dlaczego Ty nie możesz?".
Nic na siłę. Czasem trzeba zaakceptować fakt, że jedynymi osobami w domu, które mają ze zwierzęciem silną więź jesteśmy my.
Taka sytuacja ma miejsce również u mnie.
Morfina i spożywczaki są tylko i wyłącznie moimi zwierzętami. To ja się nimi opiekuję, wyprowadzam na spacery, zajmuję im czas, płacę za jedzenie, zabawki, weterynarza, ja rozdzielam i podaję leki. Kiedy są chore, to ja nie śpię po nocach. Jestem jedyną osobą, którą tak naprawdę obchodzą.
Kiedy długo jestem poza domem, mogę prosić rodzicielkę o jednorazowe, szybkie wyjście z psem, lub o pożyczenie niedużej sumy pieniędzy na kilka dni, ale na tym się kończy. Jestem wdzięczna, że mogę liczyć chociaż na taką pomoc, ponieważ są właściciele którzy nie mają nawet tego.
Nikt nie wyjdzie jednak na spacer z psem z dobrej woli, nikt go nie będzie głaskał, ani się z nim bawił. Nie mam co liczyć na to, ze ktoś wypuści szczury na wybieg, nakarmi któreś ze zwierząt, poda im leki, czy wyjdzie do weterynarza. To moje zadania i ani siostra, ani mama nie są do tego zobowiązane.
Żadna z nich nie czuje nic do tych zwierząt i puchatki są traktowane jako obiekty, które poruszają się po domu, jedzą i linieją. Są akceptowane, ale nie są uwielbiane.
Wiem, że gdyby mnie zabrakło żadna z tych osób nie zajęłaby się ani Morfiną, ani trojaczkami. Takie są fakty i są one znane wszystkim domownikom.
Takie scenariusze też występują i nie należy mieć pretensji do członków rodziny czy otoczenia, jeśli nie wzięło się tego pod uwagę, lub liczyło na cudowną przemianę.
Podsumowując:
- Nie każdy musi uwielbiać Wasze zwierzęta, nawet jeśli znajduje się w bliskim otoczeniu,
- Nie da się nikogo zmusić do miłości, bo już przekonanie do akceptacji bywa nie lada wyczynem,
- Nasze wyobrażenie pewnej sytuacji nie zawsze pokrywa się z prawdą i należy brać to pod uwagę,
- Każdy ma prawo do własnej reakcji,
- Przekonać nie znaczy zmusić,
- Nie bierzmy zwierząt wbrew woli reszty domowników na litość boską. Najbardziej cierpią na tym niewinni. Zwierzę to nie zabawka, którą można zwrócić. Kierujmy się rozwagą.
wtorek, 3 września 2019
Czy Morfina to na pewno suka?
Park. Późne popołudnie. Ptaszki ćwierkają, dzieci płaczą, lody kapią na chodnik, tak jak białka oczu tych, którzy odważyli się wyjść.
Pogoda morduje wszystko co nie zdoła skryć się w cieniu, więc przemieszczam się ze Świniakiem pod koronami drzew. Pies wlecze się za mną w samej obroży. Futro nie pomaga jej w przetrwaniu. Robimy wiele przerw na pojenie i bardzo powoli przesuwamy się do przodu.
Na ławkach rozpuszczają się ludzie, dla których taka temperatura to terror w czystej postaci.
Mijamy małego psiaka, siedzącego obok swojego właściciela przy ławce. Zwierzę również nie ma na sobie smyczy. Morfina człapie obok mojej nogi, dysząc i nie zwracając uwagi na otoczenie. Zwierz szuka ławki i to jest teraz jej główny cel.
- Leya iaaa uaauueeje! - dobiega mnie głos z ławki i zastanawiam się czy zupełnie usmażyło mi już mózg, czy jakiś szaman w desperacji postanowił wezwać deszcz.
Spoglądam w dół i widzę małego psiaka, który podbiegł do Morfiny i rozpłaszczył się przed nią na chodniku. Duża i puchata nie pozostaje drobince dłużna i również układa swoje cielsko na ziemi. Teraz oba psy patrzą sobie w oczy i merdają do siebie z poziomu.
- Leya nie! - woła psa mężczyzna z ławki - To pies prawda? - dodaje i dochodzi do mnie, że to pytanie skierowane w moją stronę. Patrzę w dół i zastanawiam się nad odpowiedzią. Taka trochę wydra, ewentualnie śledź, ale w papierach ma, że pies.
- Czy suka? - dodaje z niepokojem właściciel psa i do mózgu dociera, że pytanie było o płeć, nie o gatunek.
- Suka - odpowiadam i widzę jak mężczyzna zrywa się z ławki.
- Leya Jezus Maria, Leya! - słyszę i zastanawiam się nad ilością imion tego psa. Z Hiszpanii czy jak?
- Pani bo to dwie suki, pani trzyma swoją, Boże drogi! - pokrzykuje właściciel, kołując nad rozwalonymi na chodniku futrami.
- Ale grzecznie leżą, nic się nie dzieje. Pana taka groźna?
- Nie, ale to przecież dwie suki, pani. Jezu nie będzie co zbierać.
- Wyglądają jakby się dogadywały - odpowiadam widząc, że mniejsza księżniczka wciska głowę pod pachę większej koleżance.
- To na pewno suka? - pada pytanie.
- Na pewno.
- Ale bo... Bo to dwie suki, bo moja to też suka. Jak tak?
Mężczyzna wygląda na skołowanego. Nie wiem czy to udar, czy szok, ale jego usta tworzą idealne kółeczko.
- Jaka ona jest cudna - mówi po chwili i schyla się do Świniaka - Mogę ją dotknąć?
- Proszę.
- Taka duża, a taka łagodna? Jaka rasa? Ona tak zawsze? - padają kolejne pytania i mężczyzna zachwyca się nowym odkryciem o nazwie "nie każda duża suka to maszyna do zabijania".
Po chwili przytulanek zbieramy się i odchodzimy, a zafascynowany właściciel mniejszej pociechy przygląda nam się z oddali.
Tego samego dnia wieczorem ponownie spotykamy mężczyznę z suczką i cała sytuacja powtarza się od nowa.
- Ona jest świetna, naprawdę. Ja pierwszy raz coś takiego widzę na oczy - mówi oczarowany śledziem właściciel.
Kilka dni później mijamy się na spacerze i tym razem mężczyzna jest ze swoją dziewczyną, a piesek wędruje na smyczy.
- O, czekaj! - mówi, widząc nas z oddali - To ten pies, jak Ci coś pokaże, to nie uwierzysz - dodaje i cała trójka podchodzi w naszą stronę.
Psy odwalają naleśniki, gość tłumaczy przerażonej dziewczynie, że to ten magiczny zwierz co nie pożera małych piesków i po chwili każdy odchodzi w swoją stronę.
- Ja Ci nie wierzyłam, ale to na poważnie - mówi do chłopaka dziewczyna.
- No mówiłem Ci, ja mało zawału nie dostałem za pierwszym razem.
- No ja też bym dostała. Gdzie dwie suki i to jedna taka wielka?
- Może ona nie wie, że jest wielka?
- Może nie wie, że jest suczką?
Dywaguje para, kiedy my powoli się oddalamy.
Jak to niewiele niektórym trzeba do szczęścia.
Morfinę to chyba jednak muszę uświadomić.
Tyle lat w niewiedzy to haniebne zaniedbanie.
Pogoda morduje wszystko co nie zdoła skryć się w cieniu, więc przemieszczam się ze Świniakiem pod koronami drzew. Pies wlecze się za mną w samej obroży. Futro nie pomaga jej w przetrwaniu. Robimy wiele przerw na pojenie i bardzo powoli przesuwamy się do przodu.
Na ławkach rozpuszczają się ludzie, dla których taka temperatura to terror w czystej postaci.
Mijamy małego psiaka, siedzącego obok swojego właściciela przy ławce. Zwierzę również nie ma na sobie smyczy. Morfina człapie obok mojej nogi, dysząc i nie zwracając uwagi na otoczenie. Zwierz szuka ławki i to jest teraz jej główny cel.
- Leya iaaa uaauueeje! - dobiega mnie głos z ławki i zastanawiam się czy zupełnie usmażyło mi już mózg, czy jakiś szaman w desperacji postanowił wezwać deszcz.
Spoglądam w dół i widzę małego psiaka, który podbiegł do Morfiny i rozpłaszczył się przed nią na chodniku. Duża i puchata nie pozostaje drobince dłużna i również układa swoje cielsko na ziemi. Teraz oba psy patrzą sobie w oczy i merdają do siebie z poziomu.
- Leya nie! - woła psa mężczyzna z ławki - To pies prawda? - dodaje i dochodzi do mnie, że to pytanie skierowane w moją stronę. Patrzę w dół i zastanawiam się nad odpowiedzią. Taka trochę wydra, ewentualnie śledź, ale w papierach ma, że pies.
- Czy suka? - dodaje z niepokojem właściciel psa i do mózgu dociera, że pytanie było o płeć, nie o gatunek.
- Suka - odpowiadam i widzę jak mężczyzna zrywa się z ławki.
- Leya Jezus Maria, Leya! - słyszę i zastanawiam się nad ilością imion tego psa. Z Hiszpanii czy jak?
- Pani bo to dwie suki, pani trzyma swoją, Boże drogi! - pokrzykuje właściciel, kołując nad rozwalonymi na chodniku futrami.
- Ale grzecznie leżą, nic się nie dzieje. Pana taka groźna?
- Nie, ale to przecież dwie suki, pani. Jezu nie będzie co zbierać.
- Wyglądają jakby się dogadywały - odpowiadam widząc, że mniejsza księżniczka wciska głowę pod pachę większej koleżance.
- To na pewno suka? - pada pytanie.
- Na pewno.
- Ale bo... Bo to dwie suki, bo moja to też suka. Jak tak?
Mężczyzna wygląda na skołowanego. Nie wiem czy to udar, czy szok, ale jego usta tworzą idealne kółeczko.
- Jaka ona jest cudna - mówi po chwili i schyla się do Świniaka - Mogę ją dotknąć?
- Proszę.
- Taka duża, a taka łagodna? Jaka rasa? Ona tak zawsze? - padają kolejne pytania i mężczyzna zachwyca się nowym odkryciem o nazwie "nie każda duża suka to maszyna do zabijania".
Po chwili przytulanek zbieramy się i odchodzimy, a zafascynowany właściciel mniejszej pociechy przygląda nam się z oddali.
Tego samego dnia wieczorem ponownie spotykamy mężczyznę z suczką i cała sytuacja powtarza się od nowa.
- Ona jest świetna, naprawdę. Ja pierwszy raz coś takiego widzę na oczy - mówi oczarowany śledziem właściciel.
Kilka dni później mijamy się na spacerze i tym razem mężczyzna jest ze swoją dziewczyną, a piesek wędruje na smyczy.
- O, czekaj! - mówi, widząc nas z oddali - To ten pies, jak Ci coś pokaże, to nie uwierzysz - dodaje i cała trójka podchodzi w naszą stronę.
Psy odwalają naleśniki, gość tłumaczy przerażonej dziewczynie, że to ten magiczny zwierz co nie pożera małych piesków i po chwili każdy odchodzi w swoją stronę.
- Ja Ci nie wierzyłam, ale to na poważnie - mówi do chłopaka dziewczyna.
- No mówiłem Ci, ja mało zawału nie dostałem za pierwszym razem.
- No ja też bym dostała. Gdzie dwie suki i to jedna taka wielka?
- Może ona nie wie, że jest wielka?
- Może nie wie, że jest suczką?
Dywaguje para, kiedy my powoli się oddalamy.
Jak to niewiele niektórym trzeba do szczęścia.
Morfinę to chyba jednak muszę uświadomić.
Tyle lat w niewiedzy to haniebne zaniedbanie.
poniedziałek, 2 września 2019
"Zostaw", "Wypluj", Chodź" i "Nie" - czyli rodzeństwo idealne
Młodszy brat mojego sąsiada jest aktywistą. Działa na rzecz nielegalnego rozmnażania psów. Pomaga namierzać i rozwiązywać pseudohodowle, bierze udział w warsztatach uświadamiających przyszłych kupców i prowadzi dom tymczasowy dla futrzaków wszelkiej maści. Jest tym samym pośrednikiem między pseudohodowlami, a przyszłymi właścicielami.
Po rozwiązaniu pewnej "hodowli" w jego ręce trafiły cztery szczenięta, które miały być Beagle, ale przypominały bardziej Bassety. Matka zmarła przy porodzie i młode trzeba było odchować przy matce zastępczej, która akurat karmiła swoje szczenięta i zaakceptowała dodatkową czwórkę. Beaglo-Bassety były więc wychowywane przez Dalmatynkę i kotkę, która nadzorowała czy żadne z młodych nie zapuszcza się zbyt daleko od źródła mleka.
Kiedy maluchy podrosły, nadano im imiona na "B" (poczucie humoru właściciela psiej mamki, który stwierdził, że z miotu "B" szczeniaki co prawda nie pochodziły, ale skoro nie wiadomo jakiej dokładnie były rasy, to mogła to być jakaś rasa na "B").
Borys, Benia, Bryś i Basia zostali przetransportowani do domu tymczasowego i tam spędzili kilka kolejnych miesięcy, machając swoimi słodkimi, za dużymi na ich małe główki uszami. Szczeniaki były urocze, lecz z niewiadomych przyczyn nie przyciągały wielu chętnych, a Ci, którzy już pojawiali się na rozmowach, szybko z nich rezygnowali. Maluchy były niesforne i należało mieć je na oku przez całą dobę, inaczej niszczyły, demolowały i zjadały wszystko co znalazły na swojej drodze. Kilku kandydatów na właścicieli zostało odrzuconych, a kilku wycofało się samych.
Właściciel domu tymczasowego nie wiedział co robić. Reklamował szczeniaki najlepiej jak potrafił, ale psie rodzeństwo nie pomagało mu w tym trudnym zadaniu. Maluchy nie lubiły też być rozdzielane. Przestawały wtedy jeść i stawały się apatyczne, nawet kiedy znikał tylko jeden z braci. Jest bardzo mało osób, chcących zaadoptować na raz aż cztery psy, ale mężczyzna liczył na cud. Czekając na właściwego człowieka, starał się też utemperować trochę charakterek szczeniąt i ich destrukcyjne zapędy.
Kiedy wychodził z domu musiał zabierać pieski ze sobą, ponieważ wyrządzały w swoim otoczeniu niewyobrażalne szkody, oraz demoralizowały inne psy przebywające w tamtym czasie w domu tymczasowym.
Mijały miesiące i chociaż psiaki z dnia na dzień stawały się coraz grzeczniejsze, dalej nie było na nie chętnych.
Ich opiekun nadał im pseudonimy: "Zostaw", "Wypluj", "Chodź" i "Nie", ponieważ tych wyrazów używał najczęściej w odniesieniu do szczeniąt i z czasem zaczęły one zastępować poprzednio nadane im imiona.
Po kastracji całej czwórki, mężczyzna został postawiony przed decyzją - oddać pieski do schroniska, czy dalej próbować znaleźć im dom, w międzyczasie oferując swój własny. Zdecydował, że nie może pozbyć się sierotek i pełen nadziei, że ktoś w końcu się po nie zgłosi, zabrał je do domu.
Psy, jak większość podrzutków z pseudohodowli zaczęły przejawiać problemy zdrowotne.
"Nie", oraz "Chodź" miały problemy z nerkami, "Wypluj" miewał ciągłe problemy z przewodem słuchowym wewnętrznym, a u "Zostaw" wykryto dysplazję stawu łokciowego.
Podrostki zostały poddane leczeniu i rehabilitacji. Mężczyzna codziennie wnosił po schodach "Zostaw", kiedy przez zabieg kazano mu ograniczyć ruch, pilnował diety "Nie" i "Chodź", oraz wmasowywał w ucho "Wypluj" weterynaryjne specyfiki. Jeszcze nigdy nie miał u siebie tak wymagających drobiazgów, ale nie miał im tego za złe. Opiekun nie żalił się i nie skarżył, ponieważ wierzył, że pewnego dnia psy wyjdą na prostą i znajdą kochające domy.
Obecnie Beaglo-Bessety mają już cztery lata i zostały zaadoptowane przez swojego pierwotnego opiekuna. Ich dom tymczasowy stał się ich domem stałym. Mężczyźnie nie udało się znaleźć im nowych właścicieli, więc sam przejął tę funkcję i teraz nie wyobraża sobie życia bez wesołej gromadki z przerośniętymi uszami. Ich problemy zdrowotne nie zniknęły całkowicie, ale zostały opanowane i nie utrudniają psom życia.
Właściciel został przy nietypowych imionach by móc na spacerze, czy u weterynarza podziwiać zdezorientowanych ludzi, kiedy nawoływał wszystkie psy.
Za każdym razem brzmiało to tak, jakby miał rozdwojenie jaźni i zespół Tourette'a w jednym. Otoczenie miało go za wariata, lecz on sam się za niego uważał i nie próbował tego zmienić. W końcu kto normalny trzyma w domu taką ilość psów, wydając te zdrowe nowym właścicielom, a uszkodzone zostawiając sobie?
Imiona psów przypominały mu nie tylko o trudnej i wyboistej drodze jaką przeszły szczeniaki, ale i o progresie jaki zrobiły zwierzęta. To wszystko nie miałoby takiego finału, gdyby nie jego ciężka praca, wielkie serce i poświęcony czas. O przeszłości nie należało zapominać. Należało na nią spoglądać, analizować ją i doceniać to, co zrobiło się by przyszłość była od niej lepsza.
"Zostaw", "Wypluj", "Chodź" i "Nie" nie miały dobrego startu, ale ich historia dopiero się rozpoczynała, a ich właściciel robił wszystko, by została ona napisana jak najlepiej... odrobinę się przy tym bawiąc.
Z takimi imionami uszatki mogły być skazane już tylko na sukces.
niedziela, 1 września 2019
Agnieszki ciąg dalszy
Mówią, że człowiek uczy się na własnych błędach i nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki.
Czemu więc spędziłam kolejną noc jako opiekunka Agnieszki?
Ciekawość. Ciekawość, która kiedyś zaprowadzi mnie w bardzo złe miejsca, oraz racjonalność na której staram się opierać wszystkie decyzje.
Jeśli nie znacie historii pięcioletniej Agnieszki zapraszam tutaj:
Bez poprzedniej części nie będziecie niestety wiedzieli o co chodzi.
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie Róża - mama dziewczynki i oświadczyła, że wybierają się z mężem na imprezę przeznaczoną tylko dla dorosłych. Po raz kolejny poszukiwali niani i wybór był dla nich oczywisty. Agnieszka ponoć bardzo nalegała, żebym to była ja.
Moje ego zostało połechtane, ale w tym samym momencie mój instynkt samozachowawczy zaczął wysyłać sygnały alarmowe do całego organizmu.
- Aga jest w Tobie zakochana - usłyszałam w słuchawce telefonu - Nie wiem jak to zrobiłaś, ale czuję się nawet trochę zazdrosna.
- Ojej, to bardzo miłe - odparłam, zwalczając irracjonalną chęć rozłączenia się - Kiedy by to miało być?
- Najbliższa sobota. Wieczorem. Czyli właściwie do niedzieli rano, bo nie wiem o której wrócimy, może już w nocy. To co, zgadzasz się?
- Spojrzę w kalendarz i dam Ci znać dobrze? Mam teraz tak dużo rzeczy, że sama już nie pamiętam które dni mam zajęte - odparłam, bo moje dwie półkule mózgu walczyły ze sobą na miecze.
"Głupiaś" - wołała lewa, odpowiedzialna za myślenie logiczne - "Roi Ci się w głowie, jak tej małej dziewczynce. Dziecko ma za dużą wyobraźnię, czego się boisz? Chwilowej przerwy w dostawie prądu? Ile Ty masz lat?"
"AAAA" - wrzeszczała prawa, która odpowiadała za kreatywność i wyobraźnię - "Absolutnie nie, życie Ci niemiłe? Nie pamiętasz już co było ostatnio? Nie zgadzaj się na to!"
- Jasne - wybił mnie z rozmyślań głos Róży - Nie ma problemu. Daj znać jak coś ustalisz - dodała kobieta i rozłączyła się, a ja zostałam z tą decyzją sama.
Jak to zwykle bywa w moich wewnętrznych konfliktach, wygrała półkula lewa, dekapitując rywala i pozbawiając go prawa głosu. Racjonalne myślenie i uciszanie emocji sprawdzało się w 80% przypadków. Statystycznie nie miałam szansy przegrać, więc zadzwoniłam do matki dziewczynki, zanim zdążyłam się rozmyślić.
- Róża? Sprawdziłam kalendarz. Mam wolne. O której mam u Was być? - spytałam i sprzedałam swą duszę bladej pięciolatce z gromadką niewidzialnych znajomych.
Na miejsce zajechałam w okolicach 19:00. Przywitałam się z Różą i poczułam, że coś wpada we mnie z impetem. To była Agnieszka.
- Przyjechałaś! - krzyknęła dziewczynka, oplatając mnie chudymi rączkami. Nie spodziewałam się z jej strony tak ciepłego powitania, mając na uwadze jak wyglądało to pierwsze. Odwzajemniłam uścisk i dopiero po chwili ujrzałam w dłoni dziewczynki Matyldę. Tym razem lalka miała na sobie inną sukienkę i buciki. Zdaje się, że Agnieszka nie rozstawała się z nią ani na chwilę.
- Ale się będziemy świetnie bawić! - podskakiwała podekscytowana dziewczynka.
- No, no - odparła matka dziecka - Tylko grzecznie, proszę nie męczyć Pauliny i spać przed 21. Pamiętaj.
- Jasne mamo.
- Anastazja już jest? - spytałam dziewczynki i ta odparła niemal natychmiast:
- Nie, ale pewnie przyjdzie na kolację. Ona też się bardzo cieszyła, że przyjdziesz.
- Nie wątpię - odpowiedziałam.
- Ty już wszystko wiesz, to Ci nie będę mówić co i jak. Chyba, że czegoś nie pamiętasz? - wtrąciła Róża.
- Kolacja, kakałko, Nickelodeon, ząbki, piżamka i spać. Czasem nawala prąd, główny przełącznik jest w piwnicy. Kawa i herbata w szafce nad zlewem, baterie do niani w szufladzie pod jelonkami, numery kontaktowe na lodówce.
- Masz pamięć.
- Nie ma tego aż tyle. Co na kolację?
- Potrafisz robić omlet?
- Jasne.
- Jakbyś mogła małej zrobić. Z jednego jajka. Z rukolą.
- Nie ma problemu.
- Mniam, rukola - odparła dziewczynka, wspinając się na krzesło. Była dzisiaj nad wyraz aktywna.
Jeśli jednak potrzebowałam potwierdzenia, że to dziecko jest niezwykłe, to już je miałam. Który normalny pięciolatek lubi rukolę?
Podczas kiedy mama dziewczynki przygotowywała się do wyjścia, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś zmieniło się w jej wyglądzie i stylu poruszania. Była też jakby... większa objętościowo. Starałam się nie gapić, ale było to dość zauważalne. Tak jakby spuchła i miała problemy żołądkowe.
- Ja to się chyba jednak podzielę tą nowiną, bo widzę, że tak mi się przyglądasz - rzuciła w końcu, jakby z ulgą.
- Nie, ja to nie...
- Będziemy mieli drugie dziecko - zapiała radośnie Róża.
- Łał, co za wieści, gratulacje - odparłam lekko zszokowana taką informacją.
- To dopiero trzeci miesiąc, ale tak strasznie się cieszę. Wszystkim mówię, dosłownie wszystkim. Ja wiem, że się nie powinno, no ale ja się nie mogę powstrzymać.
- To świetne nowiny, naprawdę gratuluję. Będziesz się miała z kim bawić Aga - zwróciłam się do dziewczynki.
- Mhm - odpowiedziała, przywdziewając nieśmiały uśmiech.
Wzięłam to za normalną reakcję. Też nie wiedziałam jak zareagować na wieści o tym, że będę miała siostrzyczkę, a byłam od niej starsza o kilka lat. Nie wiedziałam po co rodzicom drugie dziecko i co to dla mnie oznaczało. Do tego wizualnie wyglądała średnio, ciągle płakała, jadła i robiła kupy. Gorzej niż Tamagotchi.
- Pokochasz ją jak ją zobaczysz - rzekła Róża - Albo jego.
Nie wiem jakie oczekiwania miała Agnieszka, ale małego, beczącego ziemniaka się raczej nie spodziewała, więc nie byłam co do tego aż tak przekonana.
Kiedy rodzice dziewczynki opuścili dom, machając nam na do widzenia, zbliżała się właściwie pora kolacji.
- Dla ilu osób? - spytałam, sięgając po jajka.
- Tylko dla mnie i Matyldy - odparła Agnieszka - Zjemy na pół.
- No tak, Anastazja nie je.
- Nie ma jej jeszcze. Coś dzisiaj długo jej schodzi, a mówiłam jej, że przyjdziesz.
- Wiesz, pewnie ma coś do załatwienia - odparłam, wbijając jajko do miski - Na pewno jeszcze wpadnie.
- Pewnie tak.
Podałam kolację i kakao na stół, włączyłam ulubiony kanał dziewczynki i wróciłam do kuchni by umyć patelnię po jajku. Nie lubię zostawiać po sobie bałaganu, zwłaszcza w obcym domu.
- Możemy się po kolacji pobawić raz w chowanego? - spytała Agnieszka.
- Możemy, a nie chcesz poczekać na Anastazję?
- Martwię się, obiecała, że przyjdzie. Może przyjdzie jak się zaczniemy bawić.
- Zgaduję, że ja szukam?
- Tak.
- Tak też myślałam.
Zabawa trwała dłużej niż sądziłam, ponieważ tym razem dziewczynka siedziała cicho i wybrała sobie bardzo dobrą kryjówkę. Nie to co Matylda, którą znalazłam niemal od razu, za koszem na śmieci.
W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy nie zacząć nawoływać dziecka. Nie podobało mi się, że tak długo znajduje się poza zasięgiem moich oczu. Szukałam jej zarówno na parterze, jak i na piętrze. Pomyślałam nawet, że może Agnieszka schowała się na dworze, ale chwilę potem udało mi się znaleźć ją za kurtyną w łazience. Przysięgam, że zaglądałam tam wcześniej.
- Mam Cię! - powiedziałam, lecz odnaleziona nie wyglądała jakby dobrze się bawiła.
- Nie smuć się. Ta kryjówka była świetna, już miałam się poddać - dodałam, opuszczając z dziewczynką łazienkę - Matyldę znalazłam już dawno.
- Nie dlatego mi smutno, tylko, że Anastazja nie przyszła. Przecież mówiła, że przyjdzie, ona nigdy nie omija zabawy w chowanego.
- Coś ważnego musiało ją zatrzymać, nie smuć się. Na pewno to nadrobi. Przecież gdyby mogła to by przyszła, racja?
- Tak, pewnie tak.
Nastała chwila ciszy, więc żeby ją przerwać spytałam wesoło:
- Cieszysz się pewnie, że będziesz miała braciszka albo siostrzyczkę.
- Ja to chyba tak, chociaż wolałabym żeby to była dziewczynka.
- Może będzie.
- Nie, to będzie chłopiec.
- Skąd wiesz?
- Anastazja mi powiedziała, ona wie takie rzeczy.
- Ale z chłopcem też się można fajnie bawić.
- Anastazja nie lubi chłopców. Dokuczali jej zawsze.
- Teraz jej nie dokuczają?
- Nie.
- Czemu? Co się zmieniło?
- Nie żyją już.
- Och...
- Nie polubią się jak to będzie chłopiec.
- No, czas na Ciebie młoda damo. Poradzisz sobie sama w łazience, czy mam Ci pomóc? - przerwałam dziewczynce, bo rozmowa zaczynała zmierzać w dziwnym kierunku.
- Poradzę sobie - westchnęła Agnieszka, biorąc w dłoń lalkę, którą jej podałam - Chodź Matylda, dzisiaj się musimy same uszykować.
Koło 21 dziewczynka leżała już w łóżku, pod swoim różowym kocykiem w jednorożce. Kiedy do niej podeszłam, zauważyłam, że spoczywa koło niej małe lusterko.
- Będziesz sprawdzać czy ładnie wyglądasz jak śpisz? - spytałam w żartach.
- Nie. Czasem łatwiej zobaczyć Anastazję w lusterku. Może jeszcze przyjdzie.
- Aha... no może.
- Nie wiem czemu jeszcze jej nie ma.
- Poczytać Ci coś?
- No... zazwyczaj Anastazja coś mi opowiada, ale skoro jej teraz nie ma, to chyba się nie obrazi.
- Jasne, że nie. "Martynka"? - zaproponowałam, przeglądając dziecięcą kolekcję książek.
- Znam to.
- Piesek Szafir?
- To dla dzieci.
- Kubuś Puchatek?
- Może być Kubuś Puchatek.
No tak - pomyślałam. Kubuś to już poważna literatura. Co tam Szafirek i jego psie przygody. Posłuchajmy o niedźwiedziu z nadwagą i o jego ekipie z najróżniejszymi problemami psychicznymi.
Wbiłam się obok Agnieszki i zapalając małą lampkę, zaczęłam młodej czytać.
Starałam się nie spoglądać w plastikowe oczy demonów śmierci, odzianych w kolorowe sukienki, które otaczały mnie z każdej strony. W razie potrzeby miałam zamiar je staranować i dobiec do drzwi.
Ich niewinne miny i rączki ułożone na stoliku, tuż obok małego, różowego serwisu do niewidzialnej kawy, wcale mnie nie przekonywały. Nie ze mną te numery.
Dziecko zasnęło w połowie opowieści, więc wyślizgnęłam się delikatnie spod koca, położyłam na moje miejsce Matyldę i obserwując lalki kątem oka opuściłam pokój.
- No to z głowy - powiedziałam do siebie i zeszłam po schodach, oglądając się za siebie i upewniając się, że nikt (i nic) za mną nie podąża.
Zrobiłam sobie herbaty, usiadłam na kanapie i przełączyłam kanał.
Żadnej burzy, żadnej przerwy w dostawie prądu, żadnych spadających z łóżka lalek. Tylko elektroniczna niania jak zwykle dawała koncert imienia Geigera.
Skierowałam się w stronę szuflady, wyjęłam z niej baterie i wymieniłam je w pyrczącym urządzeniu. Niestety, niczego to nie zmieniło. Spodziewałam się tego.
Kontrolki urządzenia również robiły co chciały. Mimo dźwięków dobiegających z niani, światełka informowały mnie o trybie spoczynku, co nie miało najmniejszego sensu. Powinna być na czuwaniu, jeśli nie było całkowitej ciszy.
Najwidoczniej lata świetności aparacik miał już za sobą i przyszedł czas na jego wymianę. Postanowiłam poinformować o tym rodziców po powrocie. Skoro spodziewali się drugiego dziecka, pewnie i tak planowali zakup drugiej niani.
Gapiąc się na jakiś program o wytapianiu mieczy, przeglądałam telefon. Niania wydawała z siebie dźwięki i milczała na zmianę. Odpisałam też na wiadomość zatroskanej mamy.
Moje powieki zaczynały być coraz cięższe. Owinęłam się kocem i wbiłam w róg kanapy. Ekran telewizora stawał się coraz mniejszy, aż w końcu zniknął całkowicie. Byłam już w półśnie kiedy zdecydowałam, że otworzę na chwilę oczy żeby spojrzeć dla pewności na schody.
Na rogu kanapy coś siedziało i patrzyło na mnie z mroku, rozświetlanego tylko przez ekran telewizora, na którym trwał już inny program. Czarna postać przesunęła się i podskoczyłam, odsuwając się od widma.
- Jezus Maria, Aga? - spytałam, zagłuszając galopujące serce i poświeciłam na dziewczynkę światłem telefonu. Dziecko siedziało w rogu, trzymając na kolanach swoją lalkę. Już nie trzeba mi było kawy.
- Nie chciałam Cię budzić - odparła nieśmiało dziewczynka w kremowej koszuli nocnej.
- Ale co się stało? Miałaś zły sen? Która godzina? - spytałam bardziej samą siebie niż Agnieszkę i spojrzałam na komórkę. Ekran poraził moje oczy światłem i ujrzałam na nim 2:45.
- Chyba się zdrzemnęłam - dodałam - Długo już tu siedzisz? Trzeba mnie było obudzić, albo zawołać przez nianię.
- Nie. Właściwie dopiero przyszłam. Spałam, ale potem się obudziłam i nie mogłam już zasnąć. Anastazji dalej nie ma. Coś się musiało stać.
- No, ale co my możemy z tym faktem zrobić?
- Wiem gdzie może być. Tylko potrzebne mi moje pudełko.
- Aha, no te je weź. Gdzie ono jest?
- Na górze.
- Przecież stamtąd wróciłaś.
- Na strychu.
- Że co proszę?
- No to pudełko jest na strychu, bo dawno go nie używałam, a mama mówi, że żeby nie zagracać pokoju rzeczy których się używa rzadko powinny być na strychu. Musimy po nie pójść. Pójdziesz ze mną? Ja nie dosięgam do drabinki.
To dziecko albo żartowało i nieźle jej to szło, albo poważnie myślało, że o 3 nad ranem będę z nią chodzić po strychu.
- Inaczej nie zasnę. Anastazja musi przyjść - powiedziała dziewczynka z taką powagą, że z niewiadomych mi przyczyn zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Pomysł był poroniony, ale postanowiłam zagrać silną kartą.
- Aga, Twoja mama nie byłaby zachwycona jakby się dowiedziała, że myszkujemy na strychu o tak późnej porze.
- Możemy jej zapytać. Tam jest światło i wszystko, czasem się tam bawię sama.
- Bawisz się sama na strychu?
- Tak.
- Dobra, ja napiszę do Twojej mamy, ale jak się nie zgodzi to wracamy do łóżka i wymyślimy inny sposób, ok?
- Ok - odpowiedziała Agnieszka, a ja sięgnęłam po telefon.
Szczerze mówiąc, liczyłam na odpowiedź w stylu: "Pokopało Was? Natychmiast do łóżka, co ta za pomysły w środku nocy."
Zamiast tego dostałam jednak:
- Twoja mama mówi, że tak - westchnęłam.
- Zostań tu Matylda - powiedziała dziewczynka, kładąc lalkę na kanapie - Nie możesz iść z nami, bo nie masz jak się złapać.
Weszłyśmy po schodach na górę i stanęłam przed wrotami piekieł. O dziwo prowadziły w górę, nie na dół.
- Trzeba pociągnąć za to - powiedziała dziewczynka, zaciskając rączkę i orientując się, że nie ma przy niej lalki, którą zazwyczaj miętosiła.
Pociągnęłam za haczyk i oczom naszym ukazała się drabinka, prowadząca na strych.
- Ty pierwsza - powiedziałam do dziecka. Ktoś musiał je asekurować w razie upadku - Tylko uważaj i trzymaj się mocno.
- Dobrze - odparła Agnieszka i weszliśmy na górę. Kiedy dotarłam na szczyt, dziewczynka zapaliła światło i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nie przypominało tradycyjnych strychów, a raczej uporządkowany pokój bez mebli. Stała tu choinka, bujane krzesło z dziurawym oparciem, wielki globus, stary rower i mnóstwo kartonów. Było tam nawet dość przyjemnie.
- Właściwie to jak to pudełko wygląda? - spytałam, obawiając się, że przy takiej ilości pudeł możemy nie znaleźć tego, czego szukałyśmy.
- Takie małe i ciemnobrązowe - odparła Agnieszka, przekopując metalowe półki - Gdzieś tu było.
- A co jest w środku?
- Rzeczy Anastazji. Nikomu nie pozwala ich ruszać. Dlatego są w pudełku.
- Aha - odparłam i zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu, szukając czegoś co mogłoby pasować do opisu dziewczynki. Kiedy obejrzałam się by sprawdzić co porabia Agnieszka, ujrzałam ją stojącą naprzeciw dużego obiektu zakrytego starym prześcieradłem.
- Co tam masz? - spytałam, podchodząc bliżej.
- Nasze stare lustro. Tata je tu dał, bo mówił, że jest za duże. Ja je lubiłam. Łatwiej się w nim widziało Anastazję. Czasem jak tu przychodzę, to przez nie sobie gadamy.
- Aha... znalazłaś już to pudełko?
- Nie, jeszcze nie. O, zobacz - powiedziała Agnieszka, odsłaniając część lustra - Patrz.
- Ale co? - odparłam, patrząc na swoje odbicie, pokryte warstwą kurzu.
- No tu, nie widzisz kto tu stoi?
- No my.
- Oprócz nas.
Ciarki chodziły mi po plecach z dołu do góry. Nie miałam zamiaru się odwracać, ale w lustrze widziałam tylko nas dwie, na tle kartonowych pudeł.
- Że Anastazja? - spytałam niepewnie. Lepszy swój wróg niż obcy.
- To nie jest Anastazja.
- Ok, Aga, jesteśmy tu po pudełko, pamiętasz? Nie możemy się tak dekoncentrować. Szukamy pudełka i wychodzimy.
- Tak, wiem. Powiesz Anastazji, że czekamy? - spytała dziewczynka nie do mnie, a do lustra, machając do niego na powitanie. Nie miałam zamiaru zostawać tu dłużej niż było to konieczne. Rozglądałam się dookoła, cały czas mając na oku wyjście. Pomacałam się odruchowo po kieszeni, ale razem z falą ciepła doszedł do mnie fakt, że komórka została na dole.
- To krzesło lubi Lusia - rzekła Agnieszka, zasłaniając lustro.
- Chyba lubiła? - poprawiłam ją.
- Nie, dalej lubi. Tylko jest już zniszczone.
- Wszystko fajnie, ale gdzie to pudełko?
- Na pewno tu jest. Zaraz je znajdziemy.
- Oby.
- Mam, zobacz! - krzyknęła Agnieszka, machając mi przed oczami drewnianą skrzyneczką.
- Taki to bardziej kuferek niż pudełko - odparłam, prowadząc dziecko do drabinki.
- No pudełko.
- Ja zejdę pierwsza i wezmę pudełko, a potem Ty ostrożnie zejdziesz i wrócisz spać, tak?
- Mhm.
Zeszłam na dół, przejęłam cenny skarb i pomogłam dziewczynce zejść po drabinie po tym jak zgasiła światło. Podniosłam haczyk do góry i wszystko wpełzło na swoje miejsce. Całe szczęście miałyśmy to już za sobą.
Zeszłyśmy na parter po Matyldę i zaskoczył mnie mrok, jaki panował na dole. Dałabym sobie uciąć rękę, że zostawiłam włączony telewizor, ale najwidoczniej wyłączył się on automatycznie. Wydawało mi się też, że Matylda siedziała w innej pozycji, kiedy ją tu zostawiałyśmy, ale pewnie była to pomyłka zaspanego mózgu.
- Masz wszystko? - spytałam, kiedy Agnieszka ponownie weszła na schody z lalką i pudełeczkiem w dłoni.
- Tak, lusterko mam w pokoju.
- Chcesz wody, albo do łazienki?
- Nie, nie trzeba.
- No to chodźmy. Jeszcze parę godzin do rana.
Zapakowałam Dziewczynkę do łóżka, opatuliłam kocykiem, podałam wszystkie niezbędne przedmioty i spytałam czy potrzebuje kolejnej bajki.
- Nie, dziękuję. Tylko zgaś światło. Anastazja nie lubi światła.
- Tak, pamiętam - odparłam i wstałam, kierując się do drzwi.
- O, możesz nam włączyć piosenkę - powiedziała dziewczynka, wskazując na mały boombox na półce.
- Jasne, co Ci włączyć?
- Tą niebieską - usłyszałam i sięgnęłam po pudełko z napisem "Śpij córeczko, spij syneczku. Najpiękniejsze polskie kołysanki". Włożyłam płytę do napędu i gasząc światło, opuściłam pokój.
Słysząc dobiegające zza drzwi "Na Wojtusia z popielnika" zeszłam po schodach na dół i usiadłam na kanapie, włączając ponownie telewizor.
Z elektronicznej niani dochodziły dźwięki piosenki i mogłam się dzięki temu dowiedzieć kto był z cukru, kto z piernika, a kto z marcepana.
W telewizji poprawiano komuś tatuaże, będące błędem młodości, kiedy mych uszu dobiegło:
- Anastazja!
Siorbnęłam herbatkę, zerkając na nieoświetlone schody i mając nadzieję, że po rozmowie ze znajomą, Agnieszka zaśnie jeszcze na chwilę.
- Czemu tyle nie przychodziłaś? Czekałyśmy na Ciebie. - mówiła dziewczynka.
Zauważyłam, że nie zagłuszała jej już muzyka. Dziecko musiało wstać z łóżka i wyłączyć boomboxa, mimo że nie słyszałam na górze żadnych kroków.
- No przyniosłam Twoje pudełko, tu jest. Paulina jest na dole - usłyszałam i odkręciłam głośniej telewizor. Nie chciałam słyszeć tej rozmowy. W końcu nieładnie jest podsłuchiwać.
- Idziesz do niej? Ale wrócisz zaraz? - padło z urządzenia i ruszyłam w stronę włączników światła. Zrobiłam to zupełnie przy okazji, przecież i tak szłam sobie nalać herbaty.
- Ok, ale przyjdź zaraz, nie opowiedziałaś mi dzisiaj historii - kontynuowała niania. Wróciłam więc na kanapę, wbiłam się w nią, opatulając kocem i starałam się nie rozglądać na boki. Zwłaszcza unikałam zerkania na schody. Nie żebym się bała, że coś tam zobaczę, po prostu na wszelki wypadek. Zaspany mózg potrafi nasyłać oczom różne projekcje.
Tatuażyści w programie robili co mogli, a mnie zaczęła przeszkadzać cisza urządzenia. Trwała ona może z piętnaście minut, ale dla mnie były to długie godziny. Kiedy myślałam już, że dziecko najzwyczajniej zasnęło, niania przemówiła ponownie.
- Nie śpi jeszcze? To chcesz jej to teraz dać?
Miałam dziwną ochotę wyjść się przewietrzyć, ale kiedy spojrzałam na czystą czerń za oknem, stwierdziłam, że to średni pomysł. Dookoła były tylko pola i drzewa. Nie było na czym zawiesić oka.
- No dobra, to rano. Teraz historia?
Odetchnęłam, chociaż nie byłam pewna o czym dziewczynka mówiła. To była tak naturalna reakcja organizmu, że aż sama się zdziwiłam.
Z urządzenia dobiegało sporadyczne "No coś Ty", albo "Ale jak to widłami?", lecz nie docierały do mnie pełne zdania.
Niania zamilkła dopiero kiedy słońce zaczynało już wychodzić zza drzew.
Rodzice dziewczynki przyjechali w okolicach 7:30. Pożegnałam się ładnie i kiedy już miałam wychodzić, podeszła do mnie Agnieszka i konspiracyjnie odciągnęła na bok.
- Poczekaj tu chwilę - powiedziała i poszła na górę.
Spojrzałam na Różę, ale ona tylko wzruszyła z uśmiechem ramionami. Dziecko chwilę później zeszło na dół, niosąc coś w rączkach poza Matyldą.
- To ode mnie. Zrobiłam na zajęciach z plastyki. Nazwałam go Stefan, jak w tej bajce - powiedziała Agnieszka, wręczając mi rekina na papierze. Nic mi nie mówiła bajka o rekinku Stefanku, ale prezent mi się spodobał.
Czemu więc spędziłam kolejną noc jako opiekunka Agnieszki?
Ciekawość. Ciekawość, która kiedyś zaprowadzi mnie w bardzo złe miejsca, oraz racjonalność na której staram się opierać wszystkie decyzje.
Jeśli nie znacie historii pięcioletniej Agnieszki zapraszam tutaj:
---> Agnieszka sama tu raczej nie mieszka <---
Bez poprzedniej części nie będziecie niestety wiedzieli o co chodzi.
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie Róża - mama dziewczynki i oświadczyła, że wybierają się z mężem na imprezę przeznaczoną tylko dla dorosłych. Po raz kolejny poszukiwali niani i wybór był dla nich oczywisty. Agnieszka ponoć bardzo nalegała, żebym to była ja.
Moje ego zostało połechtane, ale w tym samym momencie mój instynkt samozachowawczy zaczął wysyłać sygnały alarmowe do całego organizmu.
- Aga jest w Tobie zakochana - usłyszałam w słuchawce telefonu - Nie wiem jak to zrobiłaś, ale czuję się nawet trochę zazdrosna.
- Ojej, to bardzo miłe - odparłam, zwalczając irracjonalną chęć rozłączenia się - Kiedy by to miało być?
- Najbliższa sobota. Wieczorem. Czyli właściwie do niedzieli rano, bo nie wiem o której wrócimy, może już w nocy. To co, zgadzasz się?
- Spojrzę w kalendarz i dam Ci znać dobrze? Mam teraz tak dużo rzeczy, że sama już nie pamiętam które dni mam zajęte - odparłam, bo moje dwie półkule mózgu walczyły ze sobą na miecze.
"Głupiaś" - wołała lewa, odpowiedzialna za myślenie logiczne - "Roi Ci się w głowie, jak tej małej dziewczynce. Dziecko ma za dużą wyobraźnię, czego się boisz? Chwilowej przerwy w dostawie prądu? Ile Ty masz lat?"
"AAAA" - wrzeszczała prawa, która odpowiadała za kreatywność i wyobraźnię - "Absolutnie nie, życie Ci niemiłe? Nie pamiętasz już co było ostatnio? Nie zgadzaj się na to!"
- Jasne - wybił mnie z rozmyślań głos Róży - Nie ma problemu. Daj znać jak coś ustalisz - dodała kobieta i rozłączyła się, a ja zostałam z tą decyzją sama.
Jak to zwykle bywa w moich wewnętrznych konfliktach, wygrała półkula lewa, dekapitując rywala i pozbawiając go prawa głosu. Racjonalne myślenie i uciszanie emocji sprawdzało się w 80% przypadków. Statystycznie nie miałam szansy przegrać, więc zadzwoniłam do matki dziewczynki, zanim zdążyłam się rozmyślić.
- Róża? Sprawdziłam kalendarz. Mam wolne. O której mam u Was być? - spytałam i sprzedałam swą duszę bladej pięciolatce z gromadką niewidzialnych znajomych.
Na miejsce zajechałam w okolicach 19:00. Przywitałam się z Różą i poczułam, że coś wpada we mnie z impetem. To była Agnieszka.
- Przyjechałaś! - krzyknęła dziewczynka, oplatając mnie chudymi rączkami. Nie spodziewałam się z jej strony tak ciepłego powitania, mając na uwadze jak wyglądało to pierwsze. Odwzajemniłam uścisk i dopiero po chwili ujrzałam w dłoni dziewczynki Matyldę. Tym razem lalka miała na sobie inną sukienkę i buciki. Zdaje się, że Agnieszka nie rozstawała się z nią ani na chwilę.
- Ale się będziemy świetnie bawić! - podskakiwała podekscytowana dziewczynka.
- No, no - odparła matka dziecka - Tylko grzecznie, proszę nie męczyć Pauliny i spać przed 21. Pamiętaj.
- Jasne mamo.
- Anastazja już jest? - spytałam dziewczynki i ta odparła niemal natychmiast:
- Nie, ale pewnie przyjdzie na kolację. Ona też się bardzo cieszyła, że przyjdziesz.
- Nie wątpię - odpowiedziałam.
- Ty już wszystko wiesz, to Ci nie będę mówić co i jak. Chyba, że czegoś nie pamiętasz? - wtrąciła Róża.
- Kolacja, kakałko, Nickelodeon, ząbki, piżamka i spać. Czasem nawala prąd, główny przełącznik jest w piwnicy. Kawa i herbata w szafce nad zlewem, baterie do niani w szufladzie pod jelonkami, numery kontaktowe na lodówce.
- Masz pamięć.
- Nie ma tego aż tyle. Co na kolację?
- Potrafisz robić omlet?
- Jasne.
- Jakbyś mogła małej zrobić. Z jednego jajka. Z rukolą.
- Nie ma problemu.
- Mniam, rukola - odparła dziewczynka, wspinając się na krzesło. Była dzisiaj nad wyraz aktywna.
Jeśli jednak potrzebowałam potwierdzenia, że to dziecko jest niezwykłe, to już je miałam. Który normalny pięciolatek lubi rukolę?
Podczas kiedy mama dziewczynki przygotowywała się do wyjścia, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś zmieniło się w jej wyglądzie i stylu poruszania. Była też jakby... większa objętościowo. Starałam się nie gapić, ale było to dość zauważalne. Tak jakby spuchła i miała problemy żołądkowe.
- Ja to się chyba jednak podzielę tą nowiną, bo widzę, że tak mi się przyglądasz - rzuciła w końcu, jakby z ulgą.
- Nie, ja to nie...
- Będziemy mieli drugie dziecko - zapiała radośnie Róża.
- Łał, co za wieści, gratulacje - odparłam lekko zszokowana taką informacją.
- To dopiero trzeci miesiąc, ale tak strasznie się cieszę. Wszystkim mówię, dosłownie wszystkim. Ja wiem, że się nie powinno, no ale ja się nie mogę powstrzymać.
- To świetne nowiny, naprawdę gratuluję. Będziesz się miała z kim bawić Aga - zwróciłam się do dziewczynki.
- Mhm - odpowiedziała, przywdziewając nieśmiały uśmiech.
Wzięłam to za normalną reakcję. Też nie wiedziałam jak zareagować na wieści o tym, że będę miała siostrzyczkę, a byłam od niej starsza o kilka lat. Nie wiedziałam po co rodzicom drugie dziecko i co to dla mnie oznaczało. Do tego wizualnie wyglądała średnio, ciągle płakała, jadła i robiła kupy. Gorzej niż Tamagotchi.
- Pokochasz ją jak ją zobaczysz - rzekła Róża - Albo jego.
Nie wiem jakie oczekiwania miała Agnieszka, ale małego, beczącego ziemniaka się raczej nie spodziewała, więc nie byłam co do tego aż tak przekonana.
Kiedy rodzice dziewczynki opuścili dom, machając nam na do widzenia, zbliżała się właściwie pora kolacji.
- Dla ilu osób? - spytałam, sięgając po jajka.
- Tylko dla mnie i Matyldy - odparła Agnieszka - Zjemy na pół.
- No tak, Anastazja nie je.
- Nie ma jej jeszcze. Coś dzisiaj długo jej schodzi, a mówiłam jej, że przyjdziesz.
- Wiesz, pewnie ma coś do załatwienia - odparłam, wbijając jajko do miski - Na pewno jeszcze wpadnie.
- Pewnie tak.
Podałam kolację i kakao na stół, włączyłam ulubiony kanał dziewczynki i wróciłam do kuchni by umyć patelnię po jajku. Nie lubię zostawiać po sobie bałaganu, zwłaszcza w obcym domu.
- Możemy się po kolacji pobawić raz w chowanego? - spytała Agnieszka.
- Możemy, a nie chcesz poczekać na Anastazję?
- Martwię się, obiecała, że przyjdzie. Może przyjdzie jak się zaczniemy bawić.
- Zgaduję, że ja szukam?
- Tak.
- Tak też myślałam.
Zabawa trwała dłużej niż sądziłam, ponieważ tym razem dziewczynka siedziała cicho i wybrała sobie bardzo dobrą kryjówkę. Nie to co Matylda, którą znalazłam niemal od razu, za koszem na śmieci.
W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy nie zacząć nawoływać dziecka. Nie podobało mi się, że tak długo znajduje się poza zasięgiem moich oczu. Szukałam jej zarówno na parterze, jak i na piętrze. Pomyślałam nawet, że może Agnieszka schowała się na dworze, ale chwilę potem udało mi się znaleźć ją za kurtyną w łazience. Przysięgam, że zaglądałam tam wcześniej.
- Mam Cię! - powiedziałam, lecz odnaleziona nie wyglądała jakby dobrze się bawiła.
- Nie smuć się. Ta kryjówka była świetna, już miałam się poddać - dodałam, opuszczając z dziewczynką łazienkę - Matyldę znalazłam już dawno.
- Nie dlatego mi smutno, tylko, że Anastazja nie przyszła. Przecież mówiła, że przyjdzie, ona nigdy nie omija zabawy w chowanego.
- Coś ważnego musiało ją zatrzymać, nie smuć się. Na pewno to nadrobi. Przecież gdyby mogła to by przyszła, racja?
- Tak, pewnie tak.
Nastała chwila ciszy, więc żeby ją przerwać spytałam wesoło:
- Cieszysz się pewnie, że będziesz miała braciszka albo siostrzyczkę.
- Ja to chyba tak, chociaż wolałabym żeby to była dziewczynka.
- Może będzie.
- Nie, to będzie chłopiec.
- Skąd wiesz?
- Anastazja mi powiedziała, ona wie takie rzeczy.
- Ale z chłopcem też się można fajnie bawić.
- Anastazja nie lubi chłopców. Dokuczali jej zawsze.
- Teraz jej nie dokuczają?
- Nie.
- Czemu? Co się zmieniło?
- Nie żyją już.
- Och...
- Nie polubią się jak to będzie chłopiec.
- No, czas na Ciebie młoda damo. Poradzisz sobie sama w łazience, czy mam Ci pomóc? - przerwałam dziewczynce, bo rozmowa zaczynała zmierzać w dziwnym kierunku.
- Poradzę sobie - westchnęła Agnieszka, biorąc w dłoń lalkę, którą jej podałam - Chodź Matylda, dzisiaj się musimy same uszykować.
Koło 21 dziewczynka leżała już w łóżku, pod swoim różowym kocykiem w jednorożce. Kiedy do niej podeszłam, zauważyłam, że spoczywa koło niej małe lusterko.
- Będziesz sprawdzać czy ładnie wyglądasz jak śpisz? - spytałam w żartach.
- Nie. Czasem łatwiej zobaczyć Anastazję w lusterku. Może jeszcze przyjdzie.
- Aha... no może.
- Nie wiem czemu jeszcze jej nie ma.
- Poczytać Ci coś?
- No... zazwyczaj Anastazja coś mi opowiada, ale skoro jej teraz nie ma, to chyba się nie obrazi.
- Jasne, że nie. "Martynka"? - zaproponowałam, przeglądając dziecięcą kolekcję książek.
- Znam to.
- Piesek Szafir?
- To dla dzieci.
- Kubuś Puchatek?
- Może być Kubuś Puchatek.
No tak - pomyślałam. Kubuś to już poważna literatura. Co tam Szafirek i jego psie przygody. Posłuchajmy o niedźwiedziu z nadwagą i o jego ekipie z najróżniejszymi problemami psychicznymi.
Wbiłam się obok Agnieszki i zapalając małą lampkę, zaczęłam młodej czytać.
Starałam się nie spoglądać w plastikowe oczy demonów śmierci, odzianych w kolorowe sukienki, które otaczały mnie z każdej strony. W razie potrzeby miałam zamiar je staranować i dobiec do drzwi.
Ich niewinne miny i rączki ułożone na stoliku, tuż obok małego, różowego serwisu do niewidzialnej kawy, wcale mnie nie przekonywały. Nie ze mną te numery.
Dziecko zasnęło w połowie opowieści, więc wyślizgnęłam się delikatnie spod koca, położyłam na moje miejsce Matyldę i obserwując lalki kątem oka opuściłam pokój.
- No to z głowy - powiedziałam do siebie i zeszłam po schodach, oglądając się za siebie i upewniając się, że nikt (i nic) za mną nie podąża.
Zrobiłam sobie herbaty, usiadłam na kanapie i przełączyłam kanał.
Żadnej burzy, żadnej przerwy w dostawie prądu, żadnych spadających z łóżka lalek. Tylko elektroniczna niania jak zwykle dawała koncert imienia Geigera.
Skierowałam się w stronę szuflady, wyjęłam z niej baterie i wymieniłam je w pyrczącym urządzeniu. Niestety, niczego to nie zmieniło. Spodziewałam się tego.
Kontrolki urządzenia również robiły co chciały. Mimo dźwięków dobiegających z niani, światełka informowały mnie o trybie spoczynku, co nie miało najmniejszego sensu. Powinna być na czuwaniu, jeśli nie było całkowitej ciszy.
Najwidoczniej lata świetności aparacik miał już za sobą i przyszedł czas na jego wymianę. Postanowiłam poinformować o tym rodziców po powrocie. Skoro spodziewali się drugiego dziecka, pewnie i tak planowali zakup drugiej niani.
Gapiąc się na jakiś program o wytapianiu mieczy, przeglądałam telefon. Niania wydawała z siebie dźwięki i milczała na zmianę. Odpisałam też na wiadomość zatroskanej mamy.
Moje powieki zaczynały być coraz cięższe. Owinęłam się kocem i wbiłam w róg kanapy. Ekran telewizora stawał się coraz mniejszy, aż w końcu zniknął całkowicie. Byłam już w półśnie kiedy zdecydowałam, że otworzę na chwilę oczy żeby spojrzeć dla pewności na schody.
Na rogu kanapy coś siedziało i patrzyło na mnie z mroku, rozświetlanego tylko przez ekran telewizora, na którym trwał już inny program. Czarna postać przesunęła się i podskoczyłam, odsuwając się od widma.
- Jezus Maria, Aga? - spytałam, zagłuszając galopujące serce i poświeciłam na dziewczynkę światłem telefonu. Dziecko siedziało w rogu, trzymając na kolanach swoją lalkę. Już nie trzeba mi było kawy.
- Nie chciałam Cię budzić - odparła nieśmiało dziewczynka w kremowej koszuli nocnej.
- Ale co się stało? Miałaś zły sen? Która godzina? - spytałam bardziej samą siebie niż Agnieszkę i spojrzałam na komórkę. Ekran poraził moje oczy światłem i ujrzałam na nim 2:45.
- Chyba się zdrzemnęłam - dodałam - Długo już tu siedzisz? Trzeba mnie było obudzić, albo zawołać przez nianię.
- Nie. Właściwie dopiero przyszłam. Spałam, ale potem się obudziłam i nie mogłam już zasnąć. Anastazji dalej nie ma. Coś się musiało stać.
- No, ale co my możemy z tym faktem zrobić?
- Wiem gdzie może być. Tylko potrzebne mi moje pudełko.
- Aha, no te je weź. Gdzie ono jest?
- Na górze.
- Przecież stamtąd wróciłaś.
- Na strychu.
- Że co proszę?
- No to pudełko jest na strychu, bo dawno go nie używałam, a mama mówi, że żeby nie zagracać pokoju rzeczy których się używa rzadko powinny być na strychu. Musimy po nie pójść. Pójdziesz ze mną? Ja nie dosięgam do drabinki.
To dziecko albo żartowało i nieźle jej to szło, albo poważnie myślało, że o 3 nad ranem będę z nią chodzić po strychu.
- Inaczej nie zasnę. Anastazja musi przyjść - powiedziała dziewczynka z taką powagą, że z niewiadomych mi przyczyn zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Pomysł był poroniony, ale postanowiłam zagrać silną kartą.
- Aga, Twoja mama nie byłaby zachwycona jakby się dowiedziała, że myszkujemy na strychu o tak późnej porze.
- Możemy jej zapytać. Tam jest światło i wszystko, czasem się tam bawię sama.
- Bawisz się sama na strychu?
- Tak.
- Dobra, ja napiszę do Twojej mamy, ale jak się nie zgodzi to wracamy do łóżka i wymyślimy inny sposób, ok?
- Ok - odpowiedziała Agnieszka, a ja sięgnęłam po telefon.
Szczerze mówiąc, liczyłam na odpowiedź w stylu: "Pokopało Was? Natychmiast do łóżka, co ta za pomysły w środku nocy."
Zamiast tego dostałam jednak:
Dziewczynka zaglądała mi przez ramię i chociaż doskonale znała odpowiedź, spytała dla pewności:
- To, co? Możemy iść?- Twoja mama mówi, że tak - westchnęłam.
- Zostań tu Matylda - powiedziała dziewczynka, kładąc lalkę na kanapie - Nie możesz iść z nami, bo nie masz jak się złapać.
Weszłyśmy po schodach na górę i stanęłam przed wrotami piekieł. O dziwo prowadziły w górę, nie na dół.
- Trzeba pociągnąć za to - powiedziała dziewczynka, zaciskając rączkę i orientując się, że nie ma przy niej lalki, którą zazwyczaj miętosiła.
Pociągnęłam za haczyk i oczom naszym ukazała się drabinka, prowadząca na strych.
- Ty pierwsza - powiedziałam do dziecka. Ktoś musiał je asekurować w razie upadku - Tylko uważaj i trzymaj się mocno.
- Dobrze - odparła Agnieszka i weszliśmy na górę. Kiedy dotarłam na szczyt, dziewczynka zapaliła światło i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nie przypominało tradycyjnych strychów, a raczej uporządkowany pokój bez mebli. Stała tu choinka, bujane krzesło z dziurawym oparciem, wielki globus, stary rower i mnóstwo kartonów. Było tam nawet dość przyjemnie.
- Właściwie to jak to pudełko wygląda? - spytałam, obawiając się, że przy takiej ilości pudeł możemy nie znaleźć tego, czego szukałyśmy.
- Takie małe i ciemnobrązowe - odparła Agnieszka, przekopując metalowe półki - Gdzieś tu było.
- A co jest w środku?
- Rzeczy Anastazji. Nikomu nie pozwala ich ruszać. Dlatego są w pudełku.
- Aha - odparłam i zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu, szukając czegoś co mogłoby pasować do opisu dziewczynki. Kiedy obejrzałam się by sprawdzić co porabia Agnieszka, ujrzałam ją stojącą naprzeciw dużego obiektu zakrytego starym prześcieradłem.
- Co tam masz? - spytałam, podchodząc bliżej.
- Nasze stare lustro. Tata je tu dał, bo mówił, że jest za duże. Ja je lubiłam. Łatwiej się w nim widziało Anastazję. Czasem jak tu przychodzę, to przez nie sobie gadamy.
- Aha... znalazłaś już to pudełko?
- Nie, jeszcze nie. O, zobacz - powiedziała Agnieszka, odsłaniając część lustra - Patrz.
- Ale co? - odparłam, patrząc na swoje odbicie, pokryte warstwą kurzu.
- No tu, nie widzisz kto tu stoi?
- No my.
- Oprócz nas.
Ciarki chodziły mi po plecach z dołu do góry. Nie miałam zamiaru się odwracać, ale w lustrze widziałam tylko nas dwie, na tle kartonowych pudeł.
- Że Anastazja? - spytałam niepewnie. Lepszy swój wróg niż obcy.
- To nie jest Anastazja.
- Ok, Aga, jesteśmy tu po pudełko, pamiętasz? Nie możemy się tak dekoncentrować. Szukamy pudełka i wychodzimy.
- Tak, wiem. Powiesz Anastazji, że czekamy? - spytała dziewczynka nie do mnie, a do lustra, machając do niego na powitanie. Nie miałam zamiaru zostawać tu dłużej niż było to konieczne. Rozglądałam się dookoła, cały czas mając na oku wyjście. Pomacałam się odruchowo po kieszeni, ale razem z falą ciepła doszedł do mnie fakt, że komórka została na dole.
- To krzesło lubi Lusia - rzekła Agnieszka, zasłaniając lustro.
- Chyba lubiła? - poprawiłam ją.
- Nie, dalej lubi. Tylko jest już zniszczone.
- Wszystko fajnie, ale gdzie to pudełko?
- Na pewno tu jest. Zaraz je znajdziemy.
- Oby.
- Mam, zobacz! - krzyknęła Agnieszka, machając mi przed oczami drewnianą skrzyneczką.
- Taki to bardziej kuferek niż pudełko - odparłam, prowadząc dziecko do drabinki.
- No pudełko.
- Ja zejdę pierwsza i wezmę pudełko, a potem Ty ostrożnie zejdziesz i wrócisz spać, tak?
- Mhm.
Zeszłam na dół, przejęłam cenny skarb i pomogłam dziewczynce zejść po drabinie po tym jak zgasiła światło. Podniosłam haczyk do góry i wszystko wpełzło na swoje miejsce. Całe szczęście miałyśmy to już za sobą.
Zeszłyśmy na parter po Matyldę i zaskoczył mnie mrok, jaki panował na dole. Dałabym sobie uciąć rękę, że zostawiłam włączony telewizor, ale najwidoczniej wyłączył się on automatycznie. Wydawało mi się też, że Matylda siedziała w innej pozycji, kiedy ją tu zostawiałyśmy, ale pewnie była to pomyłka zaspanego mózgu.
- Masz wszystko? - spytałam, kiedy Agnieszka ponownie weszła na schody z lalką i pudełeczkiem w dłoni.
- Tak, lusterko mam w pokoju.
- Chcesz wody, albo do łazienki?
- Nie, nie trzeba.
- No to chodźmy. Jeszcze parę godzin do rana.
Zapakowałam Dziewczynkę do łóżka, opatuliłam kocykiem, podałam wszystkie niezbędne przedmioty i spytałam czy potrzebuje kolejnej bajki.
- Nie, dziękuję. Tylko zgaś światło. Anastazja nie lubi światła.
- Tak, pamiętam - odparłam i wstałam, kierując się do drzwi.
- O, możesz nam włączyć piosenkę - powiedziała dziewczynka, wskazując na mały boombox na półce.
- Jasne, co Ci włączyć?
- Tą niebieską - usłyszałam i sięgnęłam po pudełko z napisem "Śpij córeczko, spij syneczku. Najpiękniejsze polskie kołysanki". Włożyłam płytę do napędu i gasząc światło, opuściłam pokój.
Słysząc dobiegające zza drzwi "Na Wojtusia z popielnika" zeszłam po schodach na dół i usiadłam na kanapie, włączając ponownie telewizor.
Z elektronicznej niani dochodziły dźwięki piosenki i mogłam się dzięki temu dowiedzieć kto był z cukru, kto z piernika, a kto z marcepana.
W telewizji poprawiano komuś tatuaże, będące błędem młodości, kiedy mych uszu dobiegło:
- Anastazja!
Siorbnęłam herbatkę, zerkając na nieoświetlone schody i mając nadzieję, że po rozmowie ze znajomą, Agnieszka zaśnie jeszcze na chwilę.
- Czemu tyle nie przychodziłaś? Czekałyśmy na Ciebie. - mówiła dziewczynka.
Zauważyłam, że nie zagłuszała jej już muzyka. Dziecko musiało wstać z łóżka i wyłączyć boomboxa, mimo że nie słyszałam na górze żadnych kroków.
- No przyniosłam Twoje pudełko, tu jest. Paulina jest na dole - usłyszałam i odkręciłam głośniej telewizor. Nie chciałam słyszeć tej rozmowy. W końcu nieładnie jest podsłuchiwać.
- Idziesz do niej? Ale wrócisz zaraz? - padło z urządzenia i ruszyłam w stronę włączników światła. Zrobiłam to zupełnie przy okazji, przecież i tak szłam sobie nalać herbaty.
- Ok, ale przyjdź zaraz, nie opowiedziałaś mi dzisiaj historii - kontynuowała niania. Wróciłam więc na kanapę, wbiłam się w nią, opatulając kocem i starałam się nie rozglądać na boki. Zwłaszcza unikałam zerkania na schody. Nie żebym się bała, że coś tam zobaczę, po prostu na wszelki wypadek. Zaspany mózg potrafi nasyłać oczom różne projekcje.
Tatuażyści w programie robili co mogli, a mnie zaczęła przeszkadzać cisza urządzenia. Trwała ona może z piętnaście minut, ale dla mnie były to długie godziny. Kiedy myślałam już, że dziecko najzwyczajniej zasnęło, niania przemówiła ponownie.
- Nie śpi jeszcze? To chcesz jej to teraz dać?
Miałam dziwną ochotę wyjść się przewietrzyć, ale kiedy spojrzałam na czystą czerń za oknem, stwierdziłam, że to średni pomysł. Dookoła były tylko pola i drzewa. Nie było na czym zawiesić oka.
- No dobra, to rano. Teraz historia?
Odetchnęłam, chociaż nie byłam pewna o czym dziewczynka mówiła. To była tak naturalna reakcja organizmu, że aż sama się zdziwiłam.
Z urządzenia dobiegało sporadyczne "No coś Ty", albo "Ale jak to widłami?", lecz nie docierały do mnie pełne zdania.
Niania zamilkła dopiero kiedy słońce zaczynało już wychodzić zza drzew.
Rodzice dziewczynki przyjechali w okolicach 7:30. Pożegnałam się ładnie i kiedy już miałam wychodzić, podeszła do mnie Agnieszka i konspiracyjnie odciągnęła na bok.
- Poczekaj tu chwilę - powiedziała i poszła na górę.
Spojrzałam na Różę, ale ona tylko wzruszyła z uśmiechem ramionami. Dziecko chwilę później zeszło na dół, niosąc coś w rączkach poza Matyldą.
- To ode mnie. Zrobiłam na zajęciach z plastyki. Nazwałam go Stefan, jak w tej bajce - powiedziała Agnieszka, wręczając mi rekina na papierze. Nic mi nie mówiła bajka o rekinku Stefanku, ale prezent mi się spodobał.
Rekinek był słodki i robił omnomnomnom.
Drugi prezent spodobał mi się znacznie mniej. Była to lalka. Jedna z tych starszych, które się ruszają, ale pamiętają jeszcze czasy mojej babci i są z nieznanego mi materiału.
- To od Anastazji.
- Ale ja chyba nie mogę tego przyjąć - odpowiedziałam, spoglądając na Różę i szukając u niej ratunku. Matka mogła zabronić dziecku rozdawania zabawek, ale ona tylko uśmiechnęła się i stwierdziła:
- Cóż, to prezent.
- Anastazja ją znalazła na torach. Mówi, że to ważne żebyś ją miała, bo w środku ktoś mieszka. Ma na imię Beatka.
- Aha? A nie będzie jej lepiej z koleżankami u Ciebie?
- Ona nie lubi być z innymi. Musi być sama, bo inaczej nigdy nie wyjdzie.
Nie chciałam tej lalki. Nie miałam nawet ochoty trzymać jej w dłoni, ale nie miałam pomysłu jak odmówić dziecku, więc przyjęłam prezent. Zostałam wyściskana i opuściłam dom.
Teraz pozostaje jeszcze kwestia co zrobić z Beatką. Z oczywistych względów nie może u mnie zostać i szczerze mówiąc nie jest w moim domu mile widziana. Chyba jednak nie wypada się jej pozbywać w brutalny sposób.
Tę sprawę muszę jeszcze przemyśleć, ale jeden fałszywy ruch tego demona i spłonie w ogniu. Nie dealuję z lalkami, zwłaszcza z takimi które nie są puste w środku.
Tę sprawę muszę jeszcze przemyśleć, ale jeden fałszywy ruch tego demona i spłonie w ogniu. Nie dealuję z lalkami, zwłaszcza z takimi które nie są puste w środku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








