Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 18 lipca 2019

Jak zostałam mamą

Wracam wymęczona z praktyk. Przed oczami wciąż mam kurtynę cyferek po ośmiogodzinnym przeglądaniu dokumentacji. Minie kolejna godzina zanim napchanym do granic możliwości autobusem, wciskając się komuś pod pachę i robiąc glonojadka na szybce, dotrę do domu. Wyciągam telefon i podchodzę do włącznika sygnalizacji dla pieszych.
Stojąc przed pasami przeglądam wiadomości od znajomych w telefonie, wolną ręką trzymając torebkę dla bezpieczeństwa. W takim tłumie nigdy nie wiadomo.
Ktoś łapie moją dłoń.
Spoglądam w dół i widzę malutką, chłopięcą rączkę przyklejoną do mojej.
- Nie uciekaj mamo - słyszę z ust chłopca wpatrzonego w ekran swojego telefonu, w którym toczy się właśnie bitwa kolorowych cukierków - Bo mnie zgubisz i będzie.
Przyglądam się małemu Kajtkowi i rozglądam się niepewnie.
Przepraszam, co tu się dzieje? Rozumiem, że to dziecko jest teraz moje? Nie sądziłam, że zostanę matką tak z dnia na dzień, ale chyba podołam. 
Już mam zamiar spytać małego księcia czy przypadkiem nie pomylił adresów, ale w tym samym momencie chłopiec spogląda na mnie i widzę w jego oczach narastającą panikę. Gałki stają się coraz większe i po chwili powiek nie widać już wcale. Dziecko wygląda jak zdziwiona żaba i wydając z siebie dźwięk który zdefiniować można jako kombinację wiertarki udarowej i odgłosu pocierania paznokciami o tablicę, puszcza moją rękę.
- Nie mama! - wykrzykuje i rozgląda się w panice dookoła.
No nie mów. 
- Gdzie mama? Mamoo! - drze się chłopiec i czuję, że wszyscy dookoła bacznie mi się przyglądają. Staram się opanować szkraba i nie wyjść na porywaczkę. Każde zdanie wypowiedziane przeze mnie w obronie, byłoby odebrane źle.
"To nie moje dziecko"
"Mały sam złapał moją dłoń"
"Pojęcia nie mam skąd się tu wziął"
W głowie słyszę już syreny policyjne.
Stoję więc, uśmiechając się do spanikowanego smyka w czapeczce Pikachu i usiłuję skłonić go do konstrukcji pełnego zdania które byłoby odpowiedzią na pytanie "gdzie ostatnio widział mamę i jak ona wygląda?".
Zamiast tego chłopczyk stoi w miejscu ze łzami w oczach i w histerii wskazuje mi wszystkie strony świata. Kręci paluszkiem jak zepsuty kompas, wołając mamę i starając się nie rozpłakać.
- Zaraz. Masz telefon. Masz tam numer do mamy?
- Mam - pochlipuje dziecko i stuka w ekran. Zanim jednak zdąży wcisnąć słuchawkę za moimi plecami odzywa się kobiecy głos.
- Olaf! Olaf na litość boską miałeś stać koło fontanny. Mówiłam żebyś poczekał tam chwilę, przecież poszłam tylko na pięć minut do toalety, a Ty już gdzieś zniknąłeś!
- Mama! - krzyczy wesoło chłopczyk i biegnie z uśmiechem do kobiety stojącej na przeciwległym chodniku. W ostatnim momencie łapię go za koszulkę i przyciągam do siebie zanim jego krótkie nóżki zdołałyby ponieść go na ulicę.
- Czerwone znaczy stój - mówię do zdziwionego nagłym zatrzymaniem smyka - Zaraz pójdziesz do mamy tylko się zrobi zielone.
Czekamy więc aż rzeka samochodów przepłynie nam przed oczami i kiedy zielony ludzik pojawia się na sygnalizacji, puszczam małego Pokemona, który biegnie w stronę swojej prawdziwej mamy. Kobieta podnosi go i dokonuje powierzchownych oględzin.
- Bo ja czekałem - tłumaczy chłopczyk - Ale się zapatrzyłem i zobaczyłem, że stoisz tam na chodniku i chcesz przejść przez ulicę. No to myślałem, że o mnie zapomniałaś, albo mnie nie widziałaś i pobiegłem, ale to nie byłaś Ty tylko ta pani.
Przyglądam się kobiecie i stwierdzam, że chłopiec potrzebuje wizyty u okulisty. Kobieta waży jakieś dziesięć kilo mniej niż ja, jest niższa i bardziej opalona. Mamy podobne marynarki i włosy, ale to wszystko. 
- No co Ty, oszalałeś? Ja bym Cię miała zapomnieć? Skoro kazałam Ci siedzieć to oczywiste, że zaraz bym po Ciebie przyszła - odpowiada kobieta.
- A wtedy w sklepie?
- Wtedy w sklepie to Ty się zgubiłeś, nie ja. Nie możesz się oddalać i musisz czekać jak Ci mówię żebyś czekał.
- Dobrze.
- Przepraszam panią za zamieszanie.
- Nie no, nic się nie stało - odpowiadam - Dobrze, że miał telefon to by prędzej czy później panią znalazł.
- No, całe szczęście.
- A nie chciałaś mi kupić - wtrąca chłopiec i wraca do swoich kolorowych kuleczek na ekranie.
Kobieta łapie synka za rękę, mały sprawdza dwa razy czy trzyma go prawidłowa osoba i razem maszerują w stronę przeciwną niż moja.
Uruchamiam sygnalizację ponownie i spoglądam na swoją dłoń, czekając aż przylepi się do niej kolejny 500+.
Żadne dziecko nie łapie już jednak mojej ręki i wracam spokojnie do domu, walcząc o powietrze i równowagę w komunikacji miejskiej. Tuż obok Kazika z dzwoniącymi w torbie butelkami, nucącego pod nosem "Tango Straconych".
Chcę zapytać, czy zna może coś Linkin Park, ale jegomość gubi się już po dwóch wersach własnej pieśni, zmieniając w niej raz po raz słowa, więc odpuszczam.

Pomyśleć, że jeszcze trochę, a wracałabym teraz do domu z małym Kajtkiem / Olafem w czapce Pikachu...


środa, 17 lipca 2019

90 dni

90 dni. 

Tyle czasu dostał pies którego bali się nawet właściciele.
Musiał zmienić swoje nastawienie, zachowanie i podejście. Poprawy wymagało niemal wszystko, a czasu było naprawdę mało.

Mowa tutaj o Koli - sześcioletniej suczce rasy Biały Owczarek Szwajcarski.
Kola została zabrana do domu jako małe szczenię, jednak jej właściciele nie zdawali sobie sprawy jak wiele pracy, wysiłku i poświęcenia jest potrzebne by wychować psa. Jakiegokolwiek psa. Opieka nad Owczarkiem szybko ich przerosła.

Uznali, że suczka wychowa się sama i żadne treningi nie są potrzebne. Szczeniak szybko zaczął przejawiać problemy behawioralne, z których najmniejszym było ciągnięcie na smyczy, a największym wzmagająca się agresja.
Kola była nieobliczalna. Rzucała się na psy i ludzi na spacerach, a nawet na własnych właścicieli. Broniła zasobów i nie pozwalała się dotykać. Pies w bardzo krótkim czasie przejął całkowitą kontrolę nad domem i terroryzował wszystkich do tego stopnia, że siedział w kagańcu cały czas, nawet podczas snu. Ściągano mu go tylko do jedzenia i picia.

Zanim właściciele zainwestowali jednak w magiczny koszyczek, osłaniający psie zęby, musieli wielokrotnie opłacać leczenie zarówno poszarpanych psów, jak i przechodniów. Kola nie gryzła by odstraszyć, czy pokazać kto tu rządzi. Ona gryzła by zabić.
Mogę to śmiało powiedzieć, ponieważ wielokrotnie byłam świadkiem zachowania psa. Zachowywał się jak wściekły, dziki szakal prowadzony na rzeź. Jakby widział ludzi, inne psy, samochody i drzewa po raz pierwszy w życiu i pragnął to wszystko rozszarpać na strzępy. Spacery z Kolą były walką o przetrwanie. W życiu nie widziałam tak sfrustrowanego i zafiksowanego psa.
Terror trwał od sześciu lat i szerokim łukiem psa obchodziło już całe osiedle.
Właścicielami suczki była para ludzi mniej więcej w moim wieku, mieszkających u matki dziewczyny. 
Ich liczba znajomych zmniejszała się drastycznie z roku na rok, sąsiedzi nie zatrzymywali się na pogawędki. Nawet listonoszka prosiła żeby schodzić do niej po list polecony na dół. Każdy bał się psa i nikt nie chciał ryzykować, że pewnego dnia kaganiec go nie powstrzyma.

Pewnego dnia matka właścicielki rozjuszonego niedźwiedzia uderzyła pięścią w stół i dała młodzieży 3 miesiące na naprawienie psa.
Miała dość strachu o siebie i swoich bliskich. Nie chciała każdej nocy przed snem sprawdzać czy pies ma nałożony kaganiec, nie miała ochoty więcej siłować się na spacerach i słuchać ludzi szepczących za jej plecami. Miała dość samotności i faktu, że nikt ich już nie odwiedzał. Chciała żyć normalnie, jak każdy właściciel psa, nie jak sługa wyprowadzonego z lasu niedźwiedzia.
- Ona już taka jest, niby co mam zrobić? - usłyszała w odpowiedzi z ust swojej córki.
- Nie wiem, ale jeśli niczego nie zrobicie Kola trafi do schroniska. Nie radzicie sobie z nią. Nikt sobie z nią nie radzi. Tak nie może być. Nie mogę bać się o swoje życie we własnym domu.
- Ona nie znajdzie drugiego domu, nikt jej nie weźmie.
- Trudno.
- To odwieź ją teraz, ja nie mam pomysłu co z nią zrobić. Albo najlepiej ją uśpić.
To zdanie rzucone tak beztrosko zakuło kobietę. Dziewczyna deklarowała wielką miłość w stosunku do swojego zwierzęcia, a poddawała się tak łatwo. Pies był jaki był, ale to jednak członek rodziny. Przynajmniej tak jej się do tej pory wydawało.
- Odpuszczasz tak szybko?
- Ty coś wymyśl, a jak nie to ją oddaj. Znajdziemy innego psa. 
Kobieta zmusiła dziewczynę do zrzeknięcia się praw do psa i przekazania jej pełnej opieki nad zwierzęciem.
- Nie tak Cię wychowałam - odparła wychodząc z pokoju córki - Nie tak.
Dziewczyna usłyszała również, że ma nie zbliżać się do psa, nie wychodzić z nim i nie dotykać go. Ma się nim nie interesować i jeśli kobiecie udałoby się naprawić (przynajmniej częściowo) to, co zostało zepsute w zwierzęciu, to córka z chłopakiem musiałaby wyprowadzić się do końca roku.
Dziewczynie nie spodobało się takie postanowienie, ale wiedziała, że nie ma wyboru. Miała tylko nadzieję, że psu nie da się już pomóc. Była tego niemal pewna.

Kobieta szukała długo i po wykluczeniu chorób u weterynarza i rozmowie z kilkoma specjalistami znalazła bardzo dobrego behawiorystę zwierzęcego i trenera. Mężczyzna zajmował się już wcześniej beznadziejnymi przypadkami i twierdził, że każdego psa da się wyprowadzić na prostą. Kwestią są tylko czas i pieniądze.
Kobieta nie szczędziła jednak żadnego z nich. 3 razy w tygodniu dojeżdżała na treningi za miastem. Behawiorysta często przyjeżdżał również do niej i tłumaczył jak kontrolować sytuację na spacerach. Kobieta została na froncie z psem sama, ale starała się wdrożyć wszystkie polecone techniki i sposoby. Początki nie były łatwe i postępy nie były widoczne nawet w najmniejszym stopniu. Nowa pełnoprawna właścicielka Koli nie poddawała się jednak, nie pozwalała też żeby rządził nią gniew i zmęczenie. Usiłowała zrobić wszystko by nie popełniać więcej błędów i nie prowokować psa.
Odkryła, że Kola nie była tutaj problemem. Największym problemem była nieświadomość i złe podejście jej właścicieli. Droga którą wybrała kobieta była kręta i wyboista, ale nie miała zamiaru z niej schodzić. Była w tym bardzo zdeterminowana.
Zrozumiała, że potrzebny jest czas i dużo cierpliwości, ponieważ bardzo łatwo jest coś zepsuć, a dużo trudniej naprawić.

Mimo, że kobieta nie widziała postępów w swojej ciężkiej pracy, zauważali je przechodnie i właściciele innych psów. Właścicielka z dnia na dzień stawała się coraz bardziej pewna siebie i opanowana. Nie była już szmacianą lalką na drugim końcu smyczy. Wiedziała co robić i jak zachować się w danej sytuacji. Każdy wymagał innego sposobu odwracania uwagi psa. Co innego działało na samochody, co innego na ludzi i rowerzystów, a co innego na inne psy.
Kola dalej miała w oczach chęć mordu, ale nie zachowywała się już jak dzika bestia, tylko jak pies z problemami. Różnica była znacząca mimo, że pies dalej jeżył się, warczał i ujadał.

Po miesiącu intensywnej pracy Kola zaczęła rozumieć na czym polega spacer i że smycz potrafi być luźna. Co więcej zaobserwowała, że kiedy nie jest napięta staje się dużo wygodniejsza. Zaczynała pojmować, że swoje niezadowolenie może wyrazić w delikatniejszy lecz równie dobitny sposób. Cały spacer nie polegał już na walce o utrzymanie psa na smyczy i ciągłym jazgocie. Kola wracała do dawnej siebie w obliczu wrogów, takich jak słupy czy drzewa, ludzi i wszystkiego co się poruszało, ale były momenty w których szła obok właścicielki z cichym pomrukiem. 

W kolejnym miesiącu pies ograniczył swoją listę obiektów do rozszarpania już tylko do żywych istot. Był to jeden z większych sukcesów Koli.
Pies wciąż walczył z bronieniem zasobów i opanowaniem agresji, ale miewał też swoje spokojne chwile. Potrafił się wyciszyć i nawiązywał coraz głębszą więź ze swoim opiekunem. W końcu otrzymywał jasne zasady, reguły i wskazówki jak powinien się zachowywać. Miał wyraźnie wyznaczoną ścieżkę i jeśli z niej nie zbaczał, czekała go nagroda. Uczył się życia bez stresu, gniewu i frustracji. Bez ciągłego napięcia i poczucia niepewności.
Sześcioletnia suczka uczyła się życia i tego jak wyglądało ono dla typowego psa.

Na początku trzeciego miesiąca kobieta popłakała się opowiadając trenerowi przez telefon jak Kola polizała jej rękę kiedy ta ściągała jej kaganiec.
Nie ugryzła, nawet nie warknęła, a po prostu ją polizała.
Dla każdego właściciela psa jest to najbardziej normalna i oczywista rzecz na świecie. Dla kobiety która przeżyła to po raz pierwszy była to przełomowa chwila. Myślę, że dopiero wtedy zrozumiała jak wiele już osiągnęła. Kola dalej mogła ugryźć jej rękę przy próbie głaskania, albo jeśli znalazłaby się zbyt blisko miski, ale w tamtym momencie właścicielka uwierzyła, że to co robi ma sens i że dla psa jest jeszcze nadzieja.

Po 90 dniach od rozpoczęcia szkolenia Kola potrafiła już przejść obok człowieka bez warkotu i obnażania zębów, a jedynie obrzucając go pełnym nienawiści spojrzeniem. Zaczynała przyjmować pokarm z ręki bez gryzienia jej i w napadzie złości była w stanie dość szybko się opanować. Dalej chodziła w kagańcu i stanowiła zagrożenie dla każdego psa, oraz rowerzysty, ale potrafiła też siedzieć ze swoją panią przy ławce i obserwować przejeżdżające samochody. Bez negatywnych emocji i lęku. Jeszcze trzy miesiące wcześniej taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.
Przed kobietą było jeszcze mnóstwo pracy i daleko psu było do normy, a co dopiero do ideału, ale zarówno Kola jak i jej właścicielka uczyły się czegoś nowego każdego dnia i obie były z tego powodu bardzo szczęśliwe.
Droga nie była prosta. Zdarzały się wzloty i upadki. Czasem kobieta musiała cofnąć się o dwa kroki, by zrobić jeden naprzód, ale nigdy nie narzekała, nie poddawała się i nie winiła za to psa.
Pracowała dalej i była wdzięczna za każdy mały postęp oraz brak pogorszenia się w zachowaniu suczki.

Z końcem roku młodzi musieli wyprowadzić się z mieszkania kobiety i byli z tego powodu bardzo rozgoryczeni. Wyrzucali jej, że robi to ze względu na psa.
- Nie - odpowiedziała - To ze względu na to co Wy zrobiliście temu psu.
Córka poczuła się urażona i nie odzywała się do matki miesiącami.
Kiedy w końcu przełamała się i przeprosiła rodzicielkę, została zaproszona na święta razem ze swoim chłopakiem.
To, co ujrzała przechodziło jej pojęcie. Kola chodziła po mieszkaniu bez kagańca, była karmiona z ręki, reagowała na dwie podstawowe komendy i w czasie pobytu córki nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.
Kobieta bardzo przywiązała się do psa i wytworzyła z nim silną więź. Nie bała się już ryzykownych sytuacji i trenowała z suczką zarówno sama jak i pod opieką behawiorysty, z którego nie zrezygnowała.
Kola dalej miała problemy z mijaniem psów, ale jej agresja wobec nich była dużo lżejsza i znacznie prostsza do opanowania. Wciąż chodziła na spacery w kagańcu, ale w domu była od niego wolna. Po raz pierwszy od tylu lat. Przynosiła właścicielce zabawki, potrafiła koło niej leżeć i czasem nawet merdała ogonem, co wywoływało w kobiecie największy zachwyt.
Właścicielka widziała wielką ulgę w oczach swojej psiej towarzyszki i radość którą suczka odnajdywała w sobie dopiero teraz.

Mijam czasem Kolę, oraz jej właścicielkę. Stosunki kobiety z sąsiadami i listonoszką ociepliły się. Opiekunka niegdyś bardzo agresywnego psa zaczyna życie od nowa, tak samo jak jej coraz bardziej opanowany pies. Chodzi na spacery ze znajomymi, może zapraszać ich do siebie na ciasto i organizować wypady poza miasto.
Wszystko to za sprawą bardzo ciężkiej pracy, olbrzymiego nakładu cierpliwości, optymizmu i nadziei w to, że się uda.
Kiedy mija się je na spacerze na sercu od razu robi się cieplej.
Najbardziej rozczulające są jednak te małe momenty w których kobieta i jej pies zapominają o wszystkich dawnych problemach, siedzą obok siebie na ławce albo balkonie i po prostu patrzą przed siebie. Ręka właścicielki spoczywa najczęściej na boku psa, głaszcząc go bez poczucia strachu i niepewności. Czasem nawet można zaobserwować psi ogon ruszający się delikatnie po ziemi.
Myślę, że dla takich chwil została podjęta ta walka.
Myślę, że takie chwile rekompensują cały wysiłek obu z nich.
Sprawiają, że warto było przedłużyć walkę z 90 dni do czasu wyżej nieokreślonego.

wtorek, 16 lipca 2019

Kontakt wzrokowy

Bardzo późny spacer, nie wywołany (o dziwo) Morświnowym dzwonkiem. Przechadzka o 3:20 jest moim pomysłem, ponieważ sen złapał niespodziewanie i nie chciał puścić. Za trzy godziny autobus, czasu jest więc sporo.
Zaspany umysł rozgląda się leniwie i rozmyśla nad kombinacją marchewki i śliwki, ponieważ z jakiegoś powodu taki był motyw przewodni głównego snu.
Nie należy się kłaść z pustym żołądkiem.

Podczas kiedy Morfina przegląda poranną trawiastą pocztę, ja obserwuję zdeformowane drzewo. To naprawdę grube drzewo. Coś ewidentnie jest z nim nie tak. Drzewo wydaje z siebie dźwięki i widzę zza niego parę ludzkich oczu.
Chyba czas zacząć kłaść się do łózka zamiast zasypiać bez kontroli przy biurku.

Drzewo mruga i przyglądając mi się rzecze:
- Dzieńobry.
Właściwie nie wiem czy ta pora nadaje się jeszcze na "dobry wieczór", czy już na "dzień dobry". Dlaczego też typem przywitania w nocy nie jest "dobranoc" i dlaczego pisze się to razem? Kiedy mówi się komuś dobranoc to jest to raczej pożegnanie. Co ze spotkaniami w nocy, czy dalej jest to "dobry wieczór"? Noc nie jest wieczorem. Dlaczego jeszcze nikt się tym nie zajął i dlaczego nie zastanawiam się bardziej nad gadającym drzewem.
- Dzień dobry - odpowiadam po chwili zawiasu i dalej wpatruję się w zjawisko. Światła przejeżdżającego samochodu uświadamiają mi, że za drzewem stoi człowiek. Mężczyzna w średnim wieku. Gość jest mocno podchmielony i oddaje się błogiemu procesowi oddawania moczu na niczego nieświadome drzewko.
Roślina służy za cenzurę genitaliów, niestety nie wycisza odgłosów procesu fizjologicznego. Do tego pan drzewny zalany jest w trupa i buja rytmicznie biodrami w rytm lambady, co musi utrudniać mu zadanie i ograniczać celność.


Jedna z głównych zasad życia mówi o tym, by nigdy nie łapać kontaktu wzrokowego z osobą opróżniającą swój pęcherz, a kiedy już się go złapie, to żeby natychmiast go przerwać.
Ja jednak z jakiegoś powodu nie mogę odkleić wzroku od twarzy tego człowieka. Mój mózg sprzeciwia się zmianie scenerii. Jest zbyt zmęczony by przetwarzać kolejny obraz.
Jegomościowi nie zdaje się to przeszkadzać i patrząc mi głęboko w oczy pyta:

- Która hodzina?
- 3:30 - odpowiadam nie odrywając od niego wzroku, bo zegarek sprawdzałam przed sekundą.
Dociera do mnie, że mogło to być kulturalne przerwane niezręczności sytuacji, albo usilna próba odwrócenia mojego wzroku. Niestety mózg dalej sprzeciwia się takiemu działaniu.
- Ładny pssek - rzecze mężczyzna, odstawiając przy drzewku węgorza i walcząc z ciśnieniem płynu.
- Dziękuję - mówię, nie spoglądając na psa. Znam jego wygląd na pamięć. Nic się raczej przez te kilka minut w nim nie zmieniło, a mnie się naprawdę nie chce odwracać wzroku i zmuszać do dalszego marszu.
- Ładna pogooda - kontynuuje mężczyzna, a ja przytakuję. Odpowiadanie o tej godzinie również potwornie męczy.
W końcu 12 piwek które jaśnie pan strażak musiał obalić wcześniej opuszcza jego organizm i słyszę dźwięk zapinanego zamka.
- Dobrnoc - rzecze mężczyzna i wspierając się na drzewach niczym Tarzan, odchodzi w kierunku całodobowego pubu.
- Dobranoc - odpowiadam i zastanawiam się dlaczego mężczyzna nie skorzystał z toalety dostępnej w pubie. Kolejki? Brud? A może po prostu woli oddawać się temu procesowi w blasku księżyca, ucinając sobie pogawędkę z nieznajomą?
Tego się jednak nie dowiaduję.

Tak samo jak tego dlaczego "dzień dobry" to przywitanie, a "Dobranoc" już nie bardzo. 

Ludzie są dziwni.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Chętna na Morfinowe szczenięta

Morfina trafiła do mnie jako zaledwie kilkutygodniowe szczenię.
Była małym, słodkim, niedożywionym kluskiem na króciutkich nóżkach, który został zabrany z dość beznadziejnych warunków. Przyjechała zarobaczona i z zaropiałymi oczami.


Po raz pierwszy na spacerze zaczepiła mnie pewna kobieta, zachwycona szczeniakiem.
- Gdzie pani dostała takiego słodziaka? - spytała, a ja opowiedziałam nieciekawą historię pseudohodowcy, który ze wszystkiego pragnął zrobić psy rozpłodowe i nie znał znaczenia słowa "genetyka". Tłumaczyłam kobiecie, że psiak ma masę problemów nie tylko przez warunki w jakich był trzymany, ale także przez swoje pochodzenie. Zarobaczenie i problemy z trzustką były tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Kobieta przytakując słuchała uważnie moich słów i przyznała, że to okropne tak traktować zwierzęta. Zgodziłam się z nią. Z rozmowy wynikało, że bardzo chciała mieć własnego psa tej rasy, skierowałam ją więc na forum dla goldeniarzy, gdzie w polecanych hodowlach można było dostać pięknego, zdrowego szczeniaka z rodowodem. Nawet jeśli istniały wtedy fundacje, to nic o nich nie wiedziałam, nie mogłam ich więc polecić.

Wydawało mi się wtedy, że niewiasta w pełni zrozumiała przekaz i powagę sytuacji, lecz nie było to moje ostatnie spotkanie z kobietą.

Kilka miesięcy później, kiedy mały Świniak zmienił się w nieco większego i bardziej pokracznego Świniaka, wpadłam na nią ponownie. Kobieta nie miała jeszcze psa. Przyznała, że te z hodowli są za drogie i nie stać ją na taki wydatek. Spytała czy można dostać takiego pieska taniej. Odpowiedziałam, że zakup poza hodowlą jest tylko wspieraniem tego bardzo przykrego dla psów biznesu i czasem można trafić na oferty adopcyjne z likwidowanych pseudohodowli, jak miało to miejsce w przypadku miotu w którym znalazła się Morfina i jej większy braciszek. Przestrzegłam jednak kobietę, że takie psy nierzadko są chore. W przypadku mojego malucha były to problemy z dysplazją, zwyrodnieniami, sercem i trzustką. Morświn miewał też częste zapalenia uszu.
Wytłumaczyłam jak mogłam najlepiej jakiego rodzaju kosztów należy się w takim wypadku spodziewać.
Kobieta ponownie przytaknęła, wygłaskała psiaka i poszła w swoją stronę.

Następna rozmowa odbyła się w bardzo krótkim odstępie czasu od poprzedniej.
- A to jest suczka, mam rację? - spytała z zapałem kobieta.
- Tak, suczka.
- To może by tak, no wiesz, znaleźć jej kawalera, a ja bym przygarnęła jednego szczeniaka. Oczywiście coś bym Ci odpaliła.
Nie wierzyłam w to co usłyszałam. Po co strzępiłam język? Czy nie dotarł do niej cały wywód o genach i dobrych hodowlach? Twierdziła, że osiemnastolatka miałaby wystarczająco dużo miejsca, dobre warunki i wiedzę pozwalającą na zabawę w rozmnażanie? 
- A co z resztą szczeniaków? - spytałam - Pani by wzięła jednego, ale może urodzić się i dziesięć.
- Oj no to by się wyprzedało. Jest masa chętnych na takie pieski. Źle by nie miały.
Stanowczo odmówiłam i nie chcąc się denerwować poszłam dalej.

Kobieta była jednak zdeterminowana i zaczepiła mnie ponownie świeżo po operacji Morfiny. Pies miał w gipsie obie łapy, był cały pocięty i nieszczęśliwy.
- To kiedy szczeniaczki? - usłyszałam zamiast "dzień dobry" i starając się nie podnosić głosu, dobitnie przekazałam niedosłyszącej i opornej na komunikaty, że żadnych szczeniaczków nie będzie. Gestykulując namiętnie i wskazując na psa pytałam, czy tego właśnie chce? Czy nudzi jej się w domu i ma zamiar wydać tysiące na leczenie, operacje, rehabilitacje. Czy planuje objeździć pół kraju żeby znaleźć lekarza który podejmie się próby naprawienia tego, co tak łatwo było zepsuć rozmnażając psy jak popadnie. Czy ma tyle siły, żeby wnosić psa w gipsie ponad osiem tygodni po schodach, w górę i w dół. Czy będzie urozmaicać mu czas i słuchać jak skomle po nocach z bólu i niewygody.
Kobieta odeszła niepocieszona i zła, że odniosłam się do niej w ten sposób.

Myślałam, że to koniec jej spektakularnych pytań, ale hasło "Kiedy szczeniaczki" słyszałam z jej ust regularnie.
- Ona jeszcze sama jest szczeniakiem - odpowiadałam.
- To jak podrośnie? A ile musi mieć?
- Nie. Nie jak podrośnie, tłumaczyłam już pani.
Kobieta wciskała mi w dłoń swój numer telefonu, gdyby pojawiły się szczenięta i kazała dzwonić jeśli miałabym wolną suczkę. Nie docierały do niej argumenty, nie docierały krzyki, nie docierało nawet zwykłe "nie".

Niewiasta nękała mnie planowaniem ciąży mojej suki aż do momentu w którym dowiedziała się, że Morfina została wysterylizowana.
- Ale jak to? - spytała z miną, jakby właśnie dostała w twarz - A szczeniaczki?
- Nie będzie szczeniaczków. Mówiłam to już wielokrotnie. Nie będzie rozmnażania chorego psa z mnóstwem wad genetycznych, do tego poza hodowlą. Jeśli nie obszedł panią los tego psa, jak i wielu innych w podobnej sytuacji, to nie powinna pani mieć zwierząt, to nie zabawki.
Kobieta zapowietrzyła się, wyzwała mnie od smarkul, gówniar i zbeształa za obrażanie starszych i mądrzejszych od siebie.
"Wiek nie zawsze idzie w parze z rozumem" - powtarzała mi babcia i miała rację.

Kobietę widziałam jeszcze wielokrotnie (na szczęście bez psa), jednak nigdy nie podeszła już do mnie, ani do Morfiny. Skończyły się zachwyty nad szczeniakiem, jak i zwykłe przywitania.
Pies ewidentnie był jej zachcianką i nie miała zamiaru wydać na niego dużej kwoty. Jego leczenie zapewne też nie przypadłoby jej do gustu. Cieszyłam się więc, że zrezygnowała z tego pomysłu, lub nie znalazła pieska na swoją kieszeń (bo w schroniskach rasowych przecież nie ma, a jak tu się pokazać z kundelkiem).

Do tej pory zastanawiam się jak opornym na fakty i wiedzę trzeba być człowiekiem żeby zignorować wszelkie możliwe argumenty i skupiać się tylko na tym, że stworzenie jest śliczne i puchate, a nie na jego zdrowiu, samopoczuciu i komforcie życia.

Każdy przyszły posiadacz jakiegokolwiek zwierzęcia powinien najpierw przechodzić testy nie tylko na wiedzę, ale i empatię. W przeciwnym wypadku nic się nie zmieni.

niedziela, 14 lipca 2019

Bardzo ważne bańki mydlane

Są takie dni kiedy człowiek budzi się rześki i pełen życia. Przeciąga się i myśli "Dzisiaj nic mi tego dnia nie zepsuje, to jest bardzo dobry dzień. Zrobię tyle rzeczy, będę produktywna, nadrobię zaległości, nic nie zmieni mojego nastroju".
A potem okazuje się, że ten dzień ma dla nas inne plany, wszystko trafia szlag i po serii złych wiadomości, kłótni z szefem, czy nieudanych pracach stwierdzamy, że było jednak za wcześnie na taki optymizm.

Nagle dobry dzień staje się bardzo złym dniem. Pogoda zsyła serię plag, gradobicia i rzuca piorunami, podczas gdy trzeba przebiec się po urzędach czy innych mało przyjaznych miejscach, gdzie znudzona życiem kobieta patrzy na petenta jak na ostatniego karalucha i odsyła go z piętra na piętro, od drzwi do drzwi, tylko po to by końcowo wrócił do królowej dezaprobaty i płaszczył się przed nią jak przed cesarzem.
Problemy w domu, w pracy, w szkole, na siłowni, czy z sąsiadami. Wszystko sprzeciwia się ludzkiej woli i postanawia, że dzisiaj wyprowadzi z równowagi jak największą część populacji. Nic nam nie wychodzi.
Po takiej serii niepowodzeń snujemy się ulicami, które nagle wydają się bardziej szare i denerwujące. Samochody trąbią na siebie, sygnalizacja nie działa, chodniki zablokowane przez roboty budowlane. Gorzej być nie może. Brakuje tylko jakiejś krajowej tragedii.
To wszystko działa nam na nerwy.

Wtedy coś kapie nam na czoło. Świetnie. Albo właśnie jakiś samotny ptak narobił nam na głowę, albo zaraz się rozpada i wrócimy całkowicie przemoczeni.

Dotykamy mokrego miejsca i odkrywamy, że nie jest to ptasia kupa, a na niebie co prawda kłębią się chmury, ale nie są to chmury deszczowe.
Podnosimy zasępioną twarz i rozglądamy się dookoła.Wszędzie gdzie okiem sięgnąć przetaczają się w powietrzu kolorowe bańki mydlane. Niebo zasłane jest tęczowymi kuleczkami. Bąbelki everywhere.


Szukamy źródła takiego zabąblowania. Spoglądamy na parapety domów, na brudne chodniki i zajęte ławki. 

Na balkonie widzimy starszego człowieka, który poprawiając okulary odchyla firanę i woła kogoś ukrytego we wnętrzu mieszkania. Po chwili do staruszka dołącza przygarbiona kobieta w podobnym wieku. Mężczyzna całuje ją w czoło i obejmuje ramieniem. Oboje przyglądają się z uśmiechem wirującym w powietrzu bańkom, przejmującym teraz całą ulicę.


Słyszymy piskliwy, dziecięcy śmiech i spoglądamy w kierunku jego właściciela. Mały chłopczyk wydając z siebie bardzo zaraźliwy chichot ściga się z dorosłym mężczyzną na wózku inwalidzkim. Oboje usiłują złapać jak najwięcej baniek zanim te dotrą do chodnika. Kuleczki pękają im w dłoni, rozbijają się na głowach i pryskają do oczu. Chłopczyk przebiera małymi, tłustymi nóżkami, nad którymi dopiero co nauczył się panować i przegania mężczyznę na wózku, który ewidentnie daje małemu fory. To może być jego brat, ojciec, albo wujek, nie ma to w tym momencie znaczenia. Panowie świetnie się bawią i śmigają po chodniku między pękającymi bąbelkami.

Na ławce siedzi kobieta z psem, której podopieczny przygląda się dziwnemu zjawisku z przekrzywioną głową i po chwili zaczyna łapać pyskiem zbliżające się bańki, nie dając im najmniejszych szans na przetrwanie. Zwierzę merda ogonem i poszczekuje, podczas gdy właścicielka przebija palcem te wodne kuleczki, które znalazły się zbyt blisko jej twarzy.


Patrzymy na to wszystko i orientujemy się, że stoimy na środku chodnika i tamujemy ruch. Ludzie nie upominają się jednak o przejście. Część z nich również się zatrzymała i obserwuje kolorowy pokaz malutkich baloników z płynu do mycia naczyń. Część mija nas, rozmawiając przez telefon, albo spiesząc się gdzieś z oczami wlepionymi w ekrany smarfonów. Traktują nas jak przeszkodę, którą należy ominąć i skierować się do punktu docelowego. Nie zwracają na nas uwagi.

Łapiemy kontakt wzrokowy z pozostałymi gapiami. Niektórzy peszą się i wracają do czynności którą wykonywali wcześniej, inni uśmiechają się nieśmiało i kontynuują obserwowanie tęczy w kulistej formie.

Wszystko na chwilę staje się lepsze. Nasze problemy okazują się być bez znaczenia w tym jednym momencie. Płyn do baniek kiedyś się skończy, bąbelki znikną, a my wrócimy do naszego denerwującego, trudnego dnia i dawnych problemów, tak jak reszta tych ludzi. Przez te kilka minut coś odwróciło jednak naszą uwagę. Może nawet sprawiło, że się uśmiechnęliśmy. Coś nas zatrzymało, kazało nam unieść głowy i spojrzeć na chwilę w niebo. Rozejrzeć się dookoła.

Świat jaśnieje nam chociaż na chwilę. Nawet jeśli tylko na kilka sekund, to przyjmujemy je z ulgą. Nikt nie może żyć w ciągłym stresie i napięciu, takie chwile są ważne. Czasem dużo ważniejsze od tego co robiliśmy przez cały dzień, bo są tylko dla nas. Odbieramy je sami i nikt nie może nam ich zabrać. Możemy dzielić z kimś te chwile, ale każdy z nas zareaguje na nie inaczej, u każdego wywołają one inne emocje.

Nie wiemy dlaczego zarówno my, jak i inny dorośli ludzie reagują tak na tę atrakcję dla dzieci. Może w naszym życiu brakuje takich małych niespodzianek? Może nawet jeśli temu zaprzeczamy, my też potrzebujemy odrobiny kolorowych kuleczek?

Ruszamy powoli do przodu i odkrywamy, że sprawcą całego zamieszania jest mała maszyna do baniek, stojąca na parapecie jakiegoś sklepu.




Czy ktoś wystawił ją na sprzedaż, czy tylko żeby przyciągnąć do sklepu dzieci, nie ma tu większego znaczenia. Nie liczy się motyw, a skutek. Ktokolwiek to zrobił na pewno nie spodziewał się efektu który wywołał na wielu twarzach pokrytych już zmarszczkami, w wielu zrezygnowanych ludziach. To było przypadkiem.

Nikt nie jest szczęśliwy cały czas i nawet jeśli ktoś tak twierdzi, to tylko się oszukuje. Nie jest to możliwe. Wszyscy mają lepsze i gorsze chwile. Trzeba jednak szukać w życiu tego, co jest nas w stanie odciąć od świata chociaż na krótki czas. Czegoś, co zablokuje na kilka sekund cały ten zgiełk.
Każdy w swoim życiu powinien mieć takie maszyny do baniek pojawiające się niespodziewanie w odpowiednim momencie.

Dla każdego ta maszyna wygląda jednak inaczej.
Może dlatego tak trudno je znaleźć.
A może wystarczy tylko uważnie się rozglądać i poczekać aż taka maszyna sama się pojawi. Może dopiero wtedy dowiemy się jak wygląda i czego powinniśmy szukać.

Taka maszyna może też za każdym razem wyglądać inaczej.
Ważne jest tylko by mieć oczy szeroko otwarte, bo bardzo łatwo jest je przegapić.



sobota, 13 lipca 2019

Serduszka. Świńskie serduszka.

Kiedy byłam w liceum nauczycielka biologii postanowiła zbliżyć nas do praktycznej części tego przedmiotu.

Zakupiła dwanaście serc świńskich, ustawiła stoły w literę "U" i nakazała nam włożyć rękawiczki. Każda grupa uczniów dostała do ręki skalpel, a na tacki trafiły piękne, krwiste, świńskie serca.
- Macie znaleźć zastawkę dwudzielną, trójdzielną i aortę. Zespół który jako pierwszy wskaże mi je prawidłowo zgarnie szóstkę - rzekła nauczycielka i przechadzając się dumnie po sali obserwowała jak grupy stają się coraz mniej liczne. Z każdą minutą coraz więcej ludzi migrowało bliżej otwartych okien, drzwi. Niektórzy odczuwali również silną potrzebę wyjścia do toalety.
Część z nich, z minami wyrażającymi jawny sprzeciw takiej formie przeprowadzania zajęć oblegała kosze na śmieci, część zmieniała kolory na twarzy, twardo stojąc przy tacce i uważając by skalpelem nie odkryć przypadkiem aorty kolegi. Mieliśmy paru mdlejących i kilku haftujących. Syndrom miękkich nóg i porannych mdłości występował u 60 % męskiej populacji. Z niewiadomych powodów dziewczyny trzymały się lepiej, choć i tu odnieśliśmy straty w ludziach.


Nie pamiętam już kto zgarnął tę szóstkę, ale pamiętam minę dyżurnego który wszedł niepewnie do sali przerywając zajęcia, by przekazać biologiczce informację od dyrektora. Pamiętam strach w oczach posłańca i jego pusty wzrok skierowany na rozprute serca. Widok zakrwawionych uczniów, bawiących się w rzeźników o 8:30 rano chyba nie był tym czego można się było o tej godzinie spodziewać.


Wyczyściliśmy się i zostawiając mięso na tackach udaliśmy się na następne zajęcia. Część serc dyrektor zabrał dla swoich psów, a część została zebrana i w szczelnym foliowym worku trafiła do szuflady, skąd miały zostać odebrane i wyrzucone przez woźną pod koniec dnia.

Woźna o niczym jednak nie wiedziała. Nauczycielka zapomniała ją poinformować, a szuflady były sprzątane raz w tygodniu.

Do sali biologicznej weszliśmy ponownie cztery dni później. Byliśmy jedyną grupą korzystającą z tej sali. To był środek lata i upał dawał się nam ostro we znaki.
Kiedy nauczycielka otwarła drzwi do sali, uderzyła nas mieszanina stężonego, gorącego powietrza i czegoś co można było określić jako zapach stęchłego zwierza, który za długo siedział w saunie.

Woń była tak silna, że pierwsze rzędy pokłoniły się jak poddani przed królem i zarządzając odwrót, starali się przepchnąć przez zaciekawiony aromatami tłum stojący z tyłu. Po chwili zapach dotarł i do mnie. Świat zwolnił. W życiu nie czułam tak silnego i powalającego smrodu. Miałam wrażenie, że powietrze wydobywające się z sali było koloru zgniłej zieleni.
Niestety, koledzy stojący obok nierozważnie wzięli macha do samych pięt i usłyszeli jak przemawiają do nich pradawni bogowie, więc również przyklęknęli.

Do nauczycielki powoli docierało co wywoływało zaburzenia czasoprzestrzeni i powolne otwieranie się portalu do piekieł w sali biologicznej.
Świńskie serca.

- No dobrze, to kto na ochotnika żeby się tego pozbyć?
Wszyscy z rozwagą zrobili krok do tyłu i unikając kontaktu wzrokowego z biologiczką, podziwiali architekturę korytarza.
Tego nie była w stanie przebić żadna szóstka świata.

Nauczycielka nie chciała zrzucać zadania na woźną, ponieważ kobieta nie była niczemu winna. Sytuacja wynikała tylko i wyłącznie z roztargnienia biologiczki. Nauczycielka wzięła głęboki wdech i zniknęła za drzwiami sali. Byliśmy przekonani, że już nie wróci i trzeba będzie ogłosić turniej z wysokimi nagrodami by wyłonić śmiałka który odzyska kobietę z rąk samego Hadesa.
Drzwi po chwili otworzyły się z impetem i biologiczka trzymając przed sobą zzieleniałą torbę, niczym broń biologiczną, udała się truchtem wzdłuż korytarza, a następnie schodami w dół. Niestety odór był tak gęsty, że pozostał na całej długości trasy przebiegu i nie ustępował nawet silnym substancjom chemicznym z tajnego magazynku woźnej.
Powietrze w sali kwasiło mleko jeszcze dobry tydzień i zajęcia odbywały się w sali zastępczej.

Mimo wszystko dobrze wspominam całą sytuację. Tego samego nie mogły jednak powiedzieć późniejsze roczniki, ponieważ operacje na martwym sercu wycofano z programu.
Zastanawia mnie tylko dlaczego...


piątek, 12 lipca 2019

Koko

Spacerowałam ostatnio podczas ulewy. Deszcz złapał mnie i Morfinę bez parasola i zbyt daleko od domu żeby próbować do niego dobiec. W szczerym polu nie było gdzie się schować, więc zaakceptowałam fakt, że obie wrócimy kompletnie przemoczone i idąc powoli krok za krokiem czułam jak w moich butach zbierają się kałuże.

Wśród kurtyny deszczu zalewającego ulice zauważyłam dziecko. Na oko ośmioletnie, krążące po trawniku i nawołujące kogoś. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że chłopiec płacze. Podejrzewając, że się zgubił, albo stracił z oczu rodziców spytałam co się stało i czy mogę mu jakoś pomóc.

Dziecko spojrzało na mnie i najwidoczniej przemoczony dorosły z mopem na smyczy nie wydawał mu się bezpośrednim zagrożeniem, bo naciągając bardziej kaptur odpowiedziało, że zgubiło psa swojego wujka. Pies wyrwał mu się z ręki razem ze smyczą i teraz nie mógł go nigdzie znaleźć.
- Powiedziałeś rodzicom? Czemu nie pomagają Ci szukać? - spytałam.
- Nie, nie mogę im powiedzieć - chlipał młodzieniec - Musze go znaleźć.
- W takim razie Ci pomogę - odparłam i poprosiłam o opis psa.
Obok nas przechodzili ludzie chowający się pod parasolami. Albo żadnemu nie wydałam się pedofilem ani porywaczem, albo byli zbyt zajęci własnymi sprawami żeby interweniować i upewnić się, że ta obca kobieta nie ma złych zamiarów w stosunku do małego chłopca.
Dowiedziałam się, że pies był dość spory, podobny do wilka i miał biało-czarne futro. Zgarnęłam więc rękę chłopca i poszliśmy we wskazanym przez niego kierunku, podążając śladami uciekiniera.

Krążyliśmy między sklepami i budkami z fast foodami, przeszliśmy dookoła szkoły i siłowni, a po psie nie było ani śladu. Nieliczni przechodnie spytani o zagubionego, kręcili tylko głowami i znikali w strugach deszczu.
Psa udało nam się znaleźć dopiero na psiej górce, gdzie szedł za mężczyzną z małym kundelkiem na smyczy.

- To on! - krzyknął chłopiec - Koko! Koko wracaj!
- Chodź - powiedziałam, ciągnąc dziecko i Morfinę za sobą - Bo nam znowu zwieje.
Pies nie atakował mężczyzny ani kundelka, ale był na tyle natarczywy, że właściciel mikrusa zaczynał bronić się nogami i odganiać obcego psa od swojego. Za chwilę mogło dojść do nieszczęścia. 
Kiedy udało nam się dobiec na miejsce, ujrzałam wielkiego Malamuta. Nic dziwnego, że się zerwał. Prawdopodobnie sama miałabym problem utrzymać tak potężnego psa. Niestety Koko widząc chłopca wołającego jego imię odskoczył i odbiegł kawałek dalej.
- Pilnujcie tego swojego bydlaka, moja ma cieczkę! - wrzasnął mężczyzna kiedy tylko znaleźliśmy się bliżej.
- Przepraszam bardzo, ale to nie mój pies. Wyrwał się małemu.
- To dzieciaka się pilnuje!
- To nie moje dziecko - odparłam i mężczyzna nie wiedząc czy ma mi wierzyć, zabrał suczkę na ręce i przeklinając pod nosem zszedł z górki.

Chłopiec biegał za psem, który uznając to za propozycję zabawy w berka, uciekał przed nim i kasując krzaki zawracał tylko po to żeby przyspieszyć tuż przed chłopczykiem.
- Nie goń go! - krzyknęłam - Bo będzie uciekał. On myśli, że Ty się z nim bawisz. Zatrzymaj się.
Chłopiec niechętnie, ale wykonał polecenie i zainteresowany Morfiną Koko zbliżył się na tyle żeby można było złapać jego smycz.
- Dziękuje bardzo - usłyszałam z ust zasapanego i przemokniętego dziecka - Dziękuję za pomoc, my już pójdziemy.
- O nie, nie - odpowiedziałam - Idę z Tobą i oddaj smycz. Nie chcemy żeby nam znowu uciekł, prawda? Muszę pogadać z Twoimi rodzicami.
Chłopak był przerażony, ale uspokoiłam go i powiedziałam, że nie chcę robić mu problemów, a tylko pogadać z rodzicami, ewentualnie wujkiem o tym, że tak duży pies jest stanowczo za silny na spacer z dzieckiem.
Co Ci ludzie właściwie sobie myśleli? Malamut stojąc na czterech łapach prawie dorównywał wielkością chłopcu. Kto wpadł na tak świetny pomysł?
Przecież dziecko mogło zostać pociągnięte prosto na ulicę i pod samochód. Nie opanowałoby też psa jeśli ten stałby się agresywny, albo wszczął bójkę z innym psem.

Dotarliśmy na miejsce kiedy deszcz przestawał już padać. Drzwi otworzyła kobieta, od progu krzycząca na chłopca i pytająca gdzie się podziewał i kim jest kobieta którą ze sobą przyprowadził.
- Młodemu wyrwał się pies - odparłam nie czekając na przedstawienie mnie - Szukaliśmy go i na szczęście udało nam się go znaleźć, ale to jest naprawdę silny pies i chłopiec nie daje sobie z nim rady. Im obu mogło się coś stać. Od przewrócenia się po wypadek samochodowy, albo pogryzienie przez innego psa, którego dziecko nie dałoby rady oddzielić.

- Jasne, dziękuję, do widzenia - odparła kobieta, zamykając drzwi.
Usłyszałam jeszcze jak ganiła chłopaka za rozmawianie z obcymi i przyprowadzanie ich pod dom. Zeszłam na dół i ruszyłam w kierunku własnego mieszkania licząc, że takie wydarzenie wpłynie trochę na wyobraźnię rodziców.

Niestety nie dalej jak wczoraj znów zobaczyłam chłopca na spacerze z Koko. Tym razem pies miał na sobie kolczatkę. Wiedząc, że najszybciej dotrę do dziecka, wyjaśniłam mu do czego kolczatka służy i że jest niewłaściwie użyta, a w ciągnięciu przez psa i tak mu nie pomoże.
Chłopiec odparł, że to pomysł rodziców i na razie ciągnie mniej i można z nim chodzić.
Pamiętając gdzie mieszka dziecko wstąpiłam tam ponownie, ale nikt mi nie otworzył mimo, że słyszałam ruch za drzwiami.
Nie chciałam żeby podpadało to pod nękanie, ale pies szedł w jedną stronę, a dziecko w drugą. Z tym, że pies wygrywał. Malamut nie był agresywny, ale jego młody wiek, brak szkolenia i duża siła sprawiały, że mógł bardzo szybko nieumyślnie stać się zagrożeniem zarówno dla właściciela jak i dla siebie.

Nie chcę krakać, ale wypadek wisiał w powietrzu. 

Nie wiem czym kierowali się rodzice dziecka. Lenistwem? Brakiem wyobraźni? Przekonaniem, że nic złego się nie stanie?
Cokolwiek by to nie było, nie sądzę, że było warte ryzykowania zdrowia zarówno malucha jak i psa.

Proszę, nie puszczajcie dzieci z psami samych, nawet jeśli jest to mały pies i dają sobie z nim radę. Zawsze jakiś bezpański gagatek może zrobić z psiaka szmacianą lalkę i Wasza pociecha nie da rady obronić ani futra na smyczy, ani siebie. Sama byłam wielokrotnie atakowana przez bezpańskie psy wielkości Owczarków i wiem, że już z jednym bardzo trudno sobie poradzić. Skoro jest to trudne dla dorosłej osoby, to jest to niewykonalne dla dziecka. 

To nie jest tego warte.