Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 6 marca 2020

Pierwsze wrażenie

Niedawno opublikowałam post: "Rzeczywistość jest często inna od naszych wyobrażeń".
Wspominałam w nim o przedmiocie, który nazywa się "Sztuki prezentacji". 

Lekcja druga na tych właśnie zajęciach polegała na autoprezentacji w obliczu całej grupy (kilka specjalizacji), przy użyciu tylko kilku zdań. Prowadząca wpadła na pomysł, żebyśmy dobrali się w pary i przeprowadzili wywiad z drugą osobą, zadając jej wyświetlone wcześniej pytania, a następnie przedstawili tę osobę na podstawie odpowiedzi zebranych w wywiadzie. W ten sposób mieliśmy uniknąć stresu związanego z opowiadaniem o sobie.

Każdy miał zacząć od podania swojego imienia w specyficzny sposób. Zadanie polegało na znalezieniu cechy, zaczynającej się na pierwszą literę naszego imienia, która najlepiej nas określała. Na przykład: Wesoła Wiktoria, Prawdomówny Piotr, Odważna Ola. Następnie mieliśmy przejść do omawiania wywiadu osoby z pary.

Pytania były następujące:
  1. Opisz siebie za pomocą tylko jednego zdania.
  2. Co spowodowało, że wybrałeś/aś uczelnię techniczną?
  3. „Jeśli widzę dalej, to tylko dlatego, że stoję na ramionach olbrzymów” - Isaac Newton. Czy masz swojego idola, mentora, kogoś, kogo rady są dla Ciebie niezwykle istotne?
  4. O czym mógłbyś/mogłabyś opowiadać godzinami?
  5. Co uważasz za swoje największe osiągnięcia?
  6. Jakie są Twoje najlepsze cechy?
  7. Jakie masz pasje/hobby/zainteresowania? Co lubisz robić w wolnym czasie?
Fakt, że opowiadaliśmy o sobie nawzajem pomagał zwłaszcza przy pytaniu szóstym, ponieważ to właśnie nasze otoczenie widzi najlepiej nasze cechy i zalety, podczas kiedy my sami możemy mieć problem z dostrzeganiem ich.

Atmosfera była bardzo luźna. Ponieważ każdy starał się jak najlepiej przestawić znajomego, nikt nie skupiał się tak mocno na swojej osobie i nie budował w sobie niepotrzebnego napięcia. Było wiele zabawnych odpowiedzi i każdy nauczył się czegoś nowego o jakimś członku grupy. Odkryłam na przykład, że dwie osoby z mojej specjalizacji potrafią żeglować, a kolejne dwie prowadzą kursy tańca.

Czas upływał i kiedy przedstawiło się już ponad czterdzieści osób, przyszła kolej na dziewczyny, ukryte za swoimi laptopami. Jedna z nich przedstawiła koleżankę, ale kiedy przyszła pora na rewanż, dziewczyna rzekła:
- Ja podziękuję za zabawę.
Po czym wróciła do pisania.
Atmosfera zgasła w jednej sekundzie i pełni szoku odparliśmy:
- No, ale chwila. Koleżanka Cię przedstawiła, może warto się tak odwdzięczyć?
- Nie, dzięki. Wolę się zająć czymś produktywnym - odparła dziewczyna.
Jej wyniosłość i arogancję czuć było cztery rzędy dalej i wrogie szepty zaczęły nieść się po sali.
- No dobrze, nie zmusimy nikogo na siłę - odparła z uśmiechem prowadząca, starając się ratować sytuację - To może koleżanka przedstawi nam się sama?
Dziewczyna pokręciła tylko głową i z zażenowaniem przyglądała się swoim dłoniom. Widać było w jak niezręcznej sytuacji postawiła ją znajoma. Dziewczyna kontynuowała pisanie na swoim laptopie, ignorując sugestie innych, mówiące o tym, że zachowała się po prostu chamsko. Całe przedstawienie zajęłoby jej maksymalnie trzydzieści sekund.
- Na następny raz będziemy odgrywać scenki - zaczęła prowadząca - Każdy dostanie minutę na przedstawienie swojej osoby w taki sposób, żeby udowodnić zabieganemu szefowi, że najlepiej nadaje się na dane stanowisko. To Was przygotuje do sytuacji, w której rozmowa kwalifikacyjna przebiegać będzie w nietypowych warunkach, na przykład w windzie, w drodze do wyjścia. Niestety nie zawsze szef, czy kierownik da Wam czas. Może być tak, że będziecie musieli mówić o sobie w biegu i wymyślać odpowiedzi na poczekaniu. To może pani by zechciała być szefem na następny raz? - zapytała z nadzieją prowadząca, kierując swoje słowa do dziewczyny za laptopem.
- Nie, podziękuję za zabawę - padła ponownie odpowiedź i tym razem towarzyszyły jej jawne głosy dezaprobaty reszty zgromadzonych.
- A to mogę zadać pytanie? Po co pani w takim razie przychodzi na te zajęcia?
- Żeby posłuchać i przy okazji popracować, żeby nie zasnąć.
- Umowa była taka, że przychodzą tylko te osoby, które biorą aktywnie udział w zajęciach i są one zwolnione z kolokwium zaliczeniowego - odezwał się głos z końca sali - Reszta zdecydowała, że nie będzie brała udziału w zajęciach, ale napisze kolokwium na koniec. To może się jakoś określ.
- Przecież jestem na zajęciach. Jak robiłam magistra na Uniwersytecie, to nie było takich problemów.
- Robi pani drugiego magistra? - zapytała prowadząca.
- Tak, owszem. Dlatego priorytetem są dla mnie projekty główne, nie przedmioty dodatkowe.
- Jezu, mam nadzieję, że magister nie odbierze mi radości życia - westchnął ktoś na przedzie i grupa zaśmiała się, kręcąc z niedowierzaniem głowami.
- Już dobrze - przerwała prowadząca - Nikogo nie zmusimy do brania udziału. Tak jak mówiłam, na następny raz scenki. Nie stresujcie się, nikt Was nie będzie oceniał. To ma na celu tylko wpisanie pewnych doświadczeń do Waszej puli. Jeśli robiliście już coś wcześniej, łatwiej w przyszłości wrócić do tego momentu i zorientować się, że nie ma się czym stresować, ponieważ już przez to przechodziliście. Mózg reaguje delikatniej na sytuacje, które już się w przeszłości powtarzały, nawet jeśli były tylko odgrywane w przyjaznych warunkach. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze i czasem bardzo trudno je zmienić, więc wypracujemy w Was to, żebyście robili dobre pierwsze wrażenie.
- Dla niektórych jest już za późno - rzucił chłopak z sąsiedniej specjalizacji, patrząc wymownie na pochłoniętą pracą dziewczynę.

Niestety trudno było się z nim nie zgodzić.

czwartek, 5 marca 2020

Drobny błąd, a konsekwencje tak bolesne

Poranek jak każdy.

Otwieram oczy i zastanawiając się który mamy rok, sięgam ręką po wydzierający się budzik. Psi ogon smyra mnie po stopie. Układając w głowie plan ewakuacji z ciepłego łóżka do zimnej łazienki, zaczynam ponownie zasypiać. Budzik wyje po raz drugi, ponieważ znam siebie na tyle dobrze, żeby nastawić 23 drzemki co 5 minut po pierwszym alarmie.

Wlokę się przez korytarz, zabierając ze sobą drzwi harmonijkowe, o które zahaczam kocem, czym wywołuję hałas równy walącemu się budynkowi i docieram do miejsca docelowego.

Zaspana sięgam po szczoteczkę do zębów i odkrywam, że tubka po paście jest pusta. Przeszukuję szuflady i ku mojej radości wyciągam z nich nowiutką, nieotwartą blend-a-med (niesponsorowane). Nakładam pastę, wjeżdżam na pełnej w trzonowce i zaczynam szczotkować. Pasta jest dziwna w smaku i ani trochę nie pachnie miętą, ale ma ładny różowy kolorek, więc wybaczam. Jest naprawdę mało rzeczy, którymi jestem w stanie się przejąć o 5:30 rano i zapach mojej pasty do zębów do nich nie należy.

Podniebienie zaczyna mnie łaskotać i odkrywam, że szczotkowanie sprawia mi coraz większą trudność. Ruchy przestają być płynne i pochłaniają coraz więcej energii. Czuję jak dziąsła przyklejają mi się do ust, a język nie chce opuścić podniebienia. Coś jest nie tak.

Spoglądam na tubkę i zaczyna do mnie docierać rzeczywistość.

Na opakowaniu widnieje napis blend-a-dent. "Med", "dent", jaka różnica? Okazuje się, że spora. Pasta z końcówką "med" jest popularną pastą do zębów, natomiast ta z końcówką "dent" jest klejem do protez.

Świat zwalnia i przez głowę przechodzi mi tylko jedno słowo, które nie jest cenzuralne.
Na tym etapie mam problem z otwarciem ust, ale próbuję w panice znaleźć pastę do zębów. Niestety bez powodzenia. Skończyła się, wyszła, no nie ma. Co teraz? Ryj sklejony, nie ma nawet jak wzywać pomocy. 

Ostatnia nadzieja - płyn do płukania jamy ustnej na bazie alkoholu. Żeby go wlać do dzioba trzeba jednak najpierw ten dziób otworzyć, co wymaga dużej koncentracji i zerwania sporej warstwy naskórka. Klej okazuje się być na tyle mocny, że równie dobrze mogłabym sobie wetrzeć w dziąsła kropelkę. Po wewnętrznej walce i decyzji czy chcę jeszcze w tym tygodniu używać ust, czy wolę wszystkie pokarmy spożywać przez nos za pomocą słomki, decyduję się na rozwarcie siłą sklejonej części twarzy i wlanie do środka płynu.

Przypominam, że moje usta są na chwilę obecną jedną wielką raną. Płyn do ust, którego używam zawiera alkohol. Nie wiem jak wielu z Was kiedykolwiek polewało sobie otwartą ranę alkoholem, ale to doświadczenie zapamiętuje się na długo. W momencie, w którym orientuję się, że to był błąd, jest już za późno, żeby się wycofać. Moje usta są pełne płynu, który stara się wypalić sobie drogę na zewnątrz. Równie dobrze mogę pokropić wargi cytryną albo posypać je solą. Efekt byłby ten sam. 

Szatan urządza imprezę z żywym ogniem na moim podniebieniu, ale czuję jak dziąsła odklejają się od ust. Resztę załatwia szczotkowanie mydłem w płynie (ponieważ pasty dalej brak) i po dziesiątej poprawce prawie całkowicie odzyskuję panowanie nad wnętrzem okaleczonej jaskini. Język się porusza, usta dalej krwawią, a ja czuję się jakbym wygrała walkę o życie i to wszystko przed szóstą rano.

Muszę się na jakiś czas pożegnać z ostrymi potrawami, ale jedno mogę z całą stanowczością potwierdzić. Jeśli na opakowaniu kleju do protez jest napisane, że trzyma przez 24 h, to trzyma on przez 24 h. 
Niezależnie od tego czy tego chcecie, czy nie.

środa, 4 marca 2020

Dlaczego nie warto

Tak się niemiło składa, że we wtorki moja uczelnia raczy mnie trzygodzinnym okienkiem pomiędzy wykładami, trwającymi od ósmej rano do siedemnastej trzydzieści. Żeby nie tracić czasu, zazwyczaj załatwiam wtedy sprawy na mieście, wsiadam w autobus, jadę do domu, wychodzę z psem na spacer, po czym ponownie wracam na uczelnię.

Jako, że w komunikacji miejskiej spędzam znaczną część swojego życia, często poświęcam ten czas na czytanie, czy oglądanie filmów w ramach relaksu.

Tym razem odpaliłam na telefonie film z 1990 roku, o tytule "Demonia", ponieważ lubię się pośmiać z bardzo słabych horrorów. Uważam, że mają pewien urok. Nic tak nie poprawia nastroju jak chichot z puszki i krew z ketchupu o poranku. 



Usiadłam na wolnym miejscu przy oknie, założyłam słuchawki i wysłałam mózg do krainy nicości, gdzie mógł się na chwilę wyłączyć i odpocząć. Zajęłam jedno z czterech, położonych naprzeciwko siebie miejsc (dwa siedzenia tyłem, dwa przodem) i kontynuowałam oglądanie tej porywającej produkcji o zakonnicach, kiedy chłopak z plecakiem usiadł na miejscu obok mnie. Siedzenie po drugiej stronie zajął jego towarzysz podróży. Zastanawiało mnie dlaczego koledzy nie usiedli obok siebie, ale najwidoczniej jeden z nich źle znosił jazdę tyłem.

Poczułam się obserwowana i szybko zauważyłam, że mój nowy sąsiad wpatrywał się w mój telefon. Żadna nowość w przestrzeni publicznej. Biorąc pod uwagę fakt, że nie pisałam wiadomości prywatnej, a oglądałam jedynie film, postanowiłam to zignorować. Chłopak był mało dyskretny i jego głowa właściwie spoczywała na moim ramieniu, ale poczucie przestrzeni osobistej jest w komunikacji miejskiej znacznie ograniczone.

Przypomniała mi się jedna ważna sprawa, więc zatrzymałam na chwilę film (czym spłoszyłam podglądacza, który zaczął intensywnie wpatrywać się harmonijkowe łączenie autobusu) i wykonałam szybki telefon. Musiałam dowiedzieć się czy Connor znajdował się już na uczelni, ponieważ chciałam zapytać go o podręcznik do języka rosyjskiego, który wybrałam jako nowy język obcy na uczelni.
Dialog był prowadzony po angielsku, składał się z kilku zdań i wyglądał mniej więcej w ten sposób:

- Hey, are you there yet? Where do you have lectures?
I'll be at the GiG in about half an hour.
- Ok, I'll catch you there. I have some questions about the textbook.
- Ok, first floor. See ya.
- K, bye.

Co sprowadzało się do tego, że za pół godziny miałam się z Connorem spotkać na pierwszym piętrze GiG-u.

Po zakończeniu połączenia wróciłam do przerwanego filmu. Okazało się, że młody sąsiad z siedzenia obok nie tylko gustował w podglądaniu obcych ludzi, ale też ich podsłuchiwał. Widząc hiszpańskie napisy na ekranie mojej komórki oraz słysząc kawałek rozmowy, chłopak odniósł błędne wrażenie, że nie posługuję się językiem polskim i poczuł się dużo pewniej. Młodzieniec nachylił się do kolegi i zaczął obgadywać mnie na pełnej głośności. Słyszałam go pomimo słuchawek i nie mogłam wyjść z podziwu jak przekonany o własnej racji był ten młody człowiek. Z trudem powstrzymywałam śmiech, ale nie chciałam porzucać przykrywki, która sprawiała licealistom (chyba) tak wiele radości.

- Dobra, ale weź trochę ciszej, bo Cię jeszcze usłyszy i będzie przypał - rzekł kompan plotkarza, który najwidoczniej był tym bystrzejszym w zespole.
- Nawet jak usłyszy, to nic nie czai, to co się przejmujesz? - odparł drugi chłopak, siedzący obok mnie - Ciekawe skąd przyjechało, że się czuje jak u siebie i czy wirusa nie przywlokło.
- Włochy? Tam teraz wirus panuje, nie?
- Nie, za mało opalona. Niemcy? Wygląda trochę na Niemkę.
- Ukraina może?
- Nie, to nie jest słowiańskie.

Panowie bawili się świetnie, próbując ustalić moje pochodzenie i chociaż żaden z nich nie był blisko, postanowiłam się nie wtrącać.

Na kolejnym przystanku wsiadła moja koleżanka z roku, więc pomachałam do niej i zaprosiłam ją na wolne miejsce naprzeciwko mnie.
- To kiedy w końcu odrabiamy te ostatnie zajęcia? - zapytała.
- Z tego co grupa mówiła, to postarają się to wcisnąć tak, żebyśmy nie kończyli o dwudziestej. Najlepiej by było w te okienko, ale pewnie jemu nie będzie pasować - odparłam i zrobiło mi się jeszcze weselej.

Chłopcy zerknęli na siebie i przysięgam, że było to najdłuższe i najbardziej intensywne spojrzenie, jakie w życiu widziałam. Jestem pewna, że doszło do telepatii i panowie przeprowadzali pełną konwersację w swoich głowach, starając się nie zerkać w naszą stronę. Niezręczność zagęszczała powietrze i założę się, że była wyczuwalna nawet przez kierowcę.

Niestety towarzystwo szybko postanowiło rozprostować nogi i zająć miejsca stojące przy drzwiach, dalej unikając kontaktu wzrokowego.

Lekcja 3 w 1 na dziś:

Nie podglądaj, nie podsłuchuj, nie obgaduj. 

wtorek, 3 marca 2020

Do wszystkich piesków

Chciałabym wydać oficjalne oświadczenie, kierowane do wszystkich piesków na świecie (oraz do niektórych kotków, które wewnętrznie czują się pieskami).

Treść oświadczenia brzmi:

~~~~~

My - ludzie czasem się przemieszczamy. 
Wstajemy z kanapy, łóżka, fotela, krzesła, podłogi i idziemy do kuchni, łazienki, sypialni, czy innego pomieszczenia. 

Wiem, że to może wydać się niewiarygodne, ale naprawdę zaraz wrócimy i nie musicie za każdym razem towarzyszyć nam w długiej i porywającej wędrówce do lodówki, czy toalety.

Przysięgam, że nie znikniemy, nie uciekniemy, nie zgubimy się w drodze powrotnej, nie porwie nas ten wredny liść, który zawsze przygląda się Wam z pogardą przez okno i prowokuje do walki, obijając się o szybę. Wychodzimy tylko na minutkę i nie robimy nic ważnego. 
Musicie zrozumieć, że alarm w Waszej głowie, który nakazuje Wam śledzić nas, kiedy tylko dźwigniemy swoje cztery litery z kanapy, włącza się bezpodstawnie i powoduje dyskomfort obu stron.

Wy czujecie obowiązek rozpoczęcia trzymetrowego spaceru po szklankę wody, a nas dręczą wyrzuty sumienia, że mamy słabe pęcherze i czasem musimy przeszkodzić Wam w spaniu, chociaż tak uroczo wtedy wyglądacie. 

Czy kiedy tracicie nas z oczu, gubicie też zasięg i zaczyna piszczeć Wam w uszach? Czy te dźwięki wysyłają Wam niepokojące sygnały o potencjalnym zagrożeniu życia? Czy te sygnały to: trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie?

Jeśli tak, to pragnę Wam oświadczyć, że nic nam nie jest, nie dzieje się nic strasznego. Nikt nie umiera, nie wykrwawia się, nie migruje na inną planetę bez Was. Wszyscy cali i zdrowi zaraz wrócimy na swoje stanowiska. Zaufajcie nam chociaż troszkę.

Kochane pieski. Szanujcie swoje łapki i nie przenoście się z miękkiego legowiska na twarde kafelki tylko dlatego, że poszliśmy umyć ręce. Proszę, nie wstawajcie. To rani nasze serca. I Wasze łapki również.

Pozdrawiam, ja - człowiek.


~~~~~

Koniec oświadczenia.

poniedziałek, 2 marca 2020

To nie są zabawki

Moja mama nie jest fanką trzymania w domu zwierząt. Zgodziła się na nie i toleruje je, ale nie przykłada ręki do opieki nad nimi i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Jej niechęć jest tłumaczona tym, że nie została nauczona miłości do zwierząt od wczesnego dzieciństwa. Ta teoria ma jednak mankament - ja również nie. Moja rodzina nigdy nie była prozwierzęca i jedyną osobą, która przemawiała za pupilami, była moja babcia (jednocześnie swoich własnych zwierząt nie posiadała).

Niezależnie od przyczyny, rozumiem takie stanowisko. Są ludzie lubiący zwierzęta i tacy, którzy za nimi nie przepadają. Jedni kochają dzieci, inni nie mają do nich cierpliwości. Są miłośnicy musztardy i miłośnicy ketchupu, wszystko gra.

Problem zaczyna się jednak, kiedy brak zrozumienia drugiej strony równa się ignorancji.

Pewnego dnia moja mama poinformowała mnie, że przyjedzie do niej znajoma z czwórką dzieci. Metraż mamy niewielki, a ja zaznaczyłam, że dzieciaki nie mają wstępu do mojego pokoju. Są chwile, kiedy pracuję i cenię sobie prywatność. Powiedziałam też jasno i wyraźnie, że nie istnieje możliwość wyciągania szczurów z klatki. Młodociane mogły sobie pooglądać zwierzaczki przez kratki, ale jeśli towarzyszyć temu miały piski, wpychanie palców przez pręty, czy inne tego typu zachowania, oglądanie mogło zakończyć się wcześniej. Dzieci mogły też bawić się z psem, ale na moich zasadach. Żadnego ciągnięcia za futro, czy ogon i jeśli zwierz miał dość, zabawa się kończyła. Nie było mowy o przeszkadzaniu psu w legowisku, czy przy jedzeniu. Zwierzęta to nie zabawki.
Rodzicielka sprawiała wrażenie jakby uważała, że przesadzam, ale zaakceptowała te zasady i zrozumiała co chciałam jej przekazać.

Pomyliłam się.

Kiedy mała szarańcza wpadła do domu, wiedziałam już, że kroją się kłopoty. Nie mam nic do dzieci. Często ich pilnuję i sprawuję nad nimi opiekę. Wiem jak z nimi postępować. Widziałam w swoim życiu wiele grzecznych, jak i niegrzecznych karzełków. To co się działo przechodziło jednak wszelkie pojęcie. Młodociani w przedziale 3 - 10 lat byli zupełnie poza jakąkolwiek kontrolą rodzicielki, która w spokoju piła kawę, kiedy jej dzieci robiły to, na co tylko miały ochotę. Jako, że nikt nie kwapił się do przedstawienia młodym zasad, zebrałam je wszystkie i wytłumaczyłam co pieskowi robić wolno, a czego robić nie wolno. Mam wrażenie, że ze wszystkich moich słów dotarła do dzieci może połowa. Miały absolutnie w nosie co mówiłam, a ich prawna opiekunka zupełnie je ignorowała.

Wytłumaczyłam dzieciom, że szczurków nie wyciągamy, nie wsadzamy paluszków do środka i nie krzyczymy. Jedno z berbeci popłakało się, że nie pozwalam dotknąć gryzoni i uciekło do mamy, a reszta wydawała z siebie dźwięki o decybelach większych niż start rakiety, kiedy tylko któryś ogon zmienił położenie. Całe towarzystwo musiało więc zostać wyprowadzone i do wyjących syren dołączyły jeszcze dwie sztuki. Matka dzieci spojrzała na mnie jak na SS-mana i kazała wytłumaczyć dlaczego jestem tak niemiła dla młodych gości. Moje tłumaczenia odbiły się od ściany i wróciły do mnie razem z irytacją mojej własnej matki. Przez kolejnych piętnaście minut stałam przy drzwiach, trzymając za klamkę i uniemożliwiając młodym dostanie się do mojego pokoju, do którego chciały za wszelką cenę wejść. Argumenty pod tytułem: "To tylko dzieci" i "Przecież nic im nie zrobią, daj im potrzymać na chwilę", zupełnie do mnie nie przemawiały. Zostałam uznana za "złą panią" i po godzinie płaczu dzieci odpuściły.

Koniec problemów? Niestety nie.

Kiedy zobaczyłam, że pomimo moich próśb i zakazów, dzieciaczki starają się dokarmiać Morfinę pysznościami ze stołu, jeździć na jej grzbiecie, czy ciągnąć ją za łapy, oświadczyłam, że zabawa z pieskiem dobiegła końca, jeśli żadne polecenia do nich nie docierały.

Kolejny płacz, kolejne zgrzytanie zębami obu dorosłych kobiet, a po wyjściu gości, kolejna kłótnia z rodzicielką. Dowiedziałam się, że przynoszę jej wstyd i jestem wobec zwierząt nadopiekuńcza, a nawet zaborcza. Posypało się również wiele słów, które nigdy z ust matki paść nie powinny, ale do których jestem już przyzwyczajona.

Wszystko dlatego, że istnieją zasady, które należy respektować. Przebywanie pod czyimś dachem nie może być równoznaczne z całkowitym podporządkowaniem się i porzuceniem własnych reguł. Nie można komuś nakazać bycia swoim własnym klonem.

Nie ma niczego złego w braku zrozumienia pomimo chęci. Dużo gorsza jest ignorancja i wiara we własną nieomylność.

Pomimo przeprowadzonej rozmowy i porównaniu zabawy zwierzętami do przebierania noworodka i wożenie go w zabawkowym wózku przez inne dzieci, nie sądzę, żebym została właściwie zrozumiana.

Nie chcę, żeby ktoś odebrał to jako rant na moją matkę. Posłużyła tu jedynie za przykład. Słuchajmy się nawzajem i szanujmy zasady innych ludzi, nawet jeśli nie do końca rozumiemy ich motywy. Oczywiście o ile wiemy, że nikomu one nie szkodzą. Empatia jest bardzo ważna, chociaż czasami trudno ją osiągnąć.


niedziela, 1 marca 2020

Codzienne dramaty piesku

Pewien piesku wędrował za swoim właścicielem. Piesku był niskim stworzonkiem, więc podczas wędrowania podziwiał matowe trawy i nogi swojego człowieka, odziane w sportowe buty i potargane przy kostkach spodnie. Piesku nie rozumiał dlaczego jemu nie wolno było tarmosić i ciamkać nogawek, skoro człowiek ewidentnie takie wzory akceptował. 

Piesku nie rozumiał wielu rzeczy, ale wiele też rozumiał.

Kiedy człowiek mówił "zostań", należało usiąść i przyglądać się wymownie drzwiom, za którymi człowiek znikał. Czasem znikał on na chwilę, a czasem na dłuższą chwilę. Zawsze jednak wracał i cały piesku bardzo się z tego cieszył. Człowiek nie wracał też sam. Za każdym razem przynosił ze sobą coś dobrego, czego nie wolno było jeść albo coś dobrego, co wolno było jeść. Nigdy nie wiadomo było co człowiek przyniesie tym razem i jak szybko wróci. Piesku wierzył, że powrót właściciela oraz dary jakie zdobywał uzależnione były od intensywności spojrzenia, jakim piesku obdarowywał drzwi. Piesku bardzo się starał.

Czasem drzwi pozwalały piesku obserwować właściciela nawet, kiedy były zamknięte. Piesku bardzo lubił te drzwi, to były dobre drzwi. Za tymi drzwiami zazwyczaj kryło się coś dobrego, co wolno było jeść i nie zatrzymywały one człowieka na długo. Miały w sobie wszystko, co powinny mieć w sobie dobre drzwi i spełniały one wszystkie pieskowe standardy. Trzeba było jednak siedzieć od nich w odpowiedniej odległości, ponieważ kiedy się na nie nachuchało, przestawały pokazywać człowieka. Drzwi chyba lubiły mieć osobistą przestrzeń. 



Niestety piesku nie rozumiał pojęcia osobistej przestrzeni, ponieważ był piesku. Chciał być ze swoim człowiekiem zawsze i wszędzie. Nie wiedział dlaczego inni ludzie nie chcieli tego samego dla piesku. To musiało mieć coś wspólnego z tymi dziwnymi spodniami.

"Zostań" - usłyszał piesku, więc piesku usiadł przy drzwiach spełniających wszystkie pieskowe standardy, za którymi pachniało czymś dobrym, co wolno było jeść i przyglądał się swojemu człowiekowi. W środku było kilku ludzi, więc piesku zmobilizował swoje spojrzenie, żeby pomóc właścicielowi szybciej wyjść. Człowiek jednak kłócił się z innym człowiekiem. Piesku nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że rozmawiają o nim - o piesku. Zamerdał więc ogonem, ponieważ to właśnie robi się, kiedy ludzie kłócą się o piesku.

- Odstąpiłbyś chociaż połowę tej polędwicy, kundel nie musi tego jeść. Coś innego mu weź, ja to dla dziecka potrzebuję! - krzyczała jedna osoba i nawet dobre, spełniające wszystkie pieskowe standardy drzwi nie zatrzymywały tego głosu.
- Opanuj się kobieto. Pierwszy byłem i guzik Ci do tego kto to będzie jadł. Trzeba było wcześniej przyjść i sobie kupić - odpowiedział właściciel piesku. Jego również było słychać głośno i wyraźnie.
- Znieczulica zupełna. Kundla napasie polędwicą, a ja mam dziecku mielone dać?

Piesku nie wiedział o co ta afera. Znieczulica brzmiała zupełnie jak polędwica. Czy krzycząca pani nie mogła poprosić o kilogram znieczulicy i przestać krzyczeć na pieskowego człowieka? I co mielone zrobiło, że tak źle się o nim mówiło? Czy ono też wyciamkało tej pani nogawki i teraz było jej widać kostki?
Piesku spojrzał na kostki kobiety, ale nigdzie nie widział wyciamkanych nogawek. Dziwne.

- Co mnie Twój dzieciak obchodzi? Możesz mu nawet słoninę z bułką dać - powiedział właściciel.

Piesku lubił słoninę. Piesku lubił też bułkę. Słonina z bułką brzmiała bardzo dobrze i piesku zaczęła kapać ślina. Zupełnie nie rozumiał dlaczego dobra rada została odrzucona przez krzyczącą panią. Czy słonina i bułka też wyciamkały tej pani nogawki? Piesku znał trochę słoninę oraz bułkę i wiedział, że żadna z nich nigdy by się do czegoś takiego nie posunęła. Mielony to co innego. On byłby do tego zdolny. 

Człowiek zabrał znieczulicę lub polędwicę (kto by to odróżniał), dał pani za to wymięty (ale nie wyciamkany!) papierek i podszedł do drzwi. Mielone na szczęście zostawił. Miał już wystarczająco wyciamkane nogawki.

- Chodź, idziemy - rzekł człowiek, więc piesku podniósł się i powędrował za właścicielem, podziwiając nogi swojego człowieka, odziane w sportowe buty i potargane przy kostkach spodnie, gdyż piesku był niskim stworzonkiem.

Rudy kot i ruda Ruda

Podczas popołudniowego spaceru z Morfiną, zadzwonił do mnie telefon.

- Hej, jesteś w domu? - spytała Ruda.
- Obecnie? Nie.
- Ku*wa. A gdzie jesteś?
- Z psem na spacerze.
- Ale blisko domu gdzieś jesteś?
- Powiedzmy.
- Ok - rzekła Ruda, rozłączając się.
- Hej, czekaj, ale co chcesz? - spytałam, lecz odpowiedziała mi cisza.

Jakieś piętnaście minut później telefon zadzwonił ponownie.

- Znasz się na kotach? - spytała Ruda i to pytanie tak mnie zaskoczyło, że na chwilę odsunęłam od siebie komórkę, by spojrzeć na jej ekran i upewnić się, że rozmawiam z właściwą osobą - Halo?
- Ruda, Ty się dobrze czujesz?
- Zamknij się. Potrzebna mi pomoc z kotem.
- Ale... Ty nie masz kota.
- No co Ty ku*wa nie powiesz. Pojedziesz ze mną, to Ci wszystko wyjaśnię po drodze.
- Czekaj, gdzie?
- Do kota, mówię chyba przecież.
- Ale jakiego kota?
- Co za różnica? Jesteś pielęgniarką, nie? Obowiązuje Cię przysięga jakaś, że będziesz pomagać zwierzętom, czy ch*j wie co.
- Technikiem weterynarii...
- No właśnie.
- Ale ja nie wiem o czym Ty mówisz. Jaki kot, gdzie?
- Niedaleko. Masz jakąś klatkę?
- Dla kota?
- Nie ku*wa, dla żyrafy. Krycha obudź się.
- Nie mam.
- Szlag. Jak możesz nie mieć?
- Nie mam kota.
- Ale masz inne zwierzęta.
- Ale nie mam kota.
- Musimy mieć klatkę.
- Po co?
- A jak chcesz go przewieźć?
- Gdzie go wieziemy?
- Ku*wa Krycha, dużo masz jeszcze pytań? 
- Damian ma transportery dla kotów, może nam pożyczy jeden.
- O, widzisz, dobra. Dzwonię do niego, narka.

W dalszym ciągu nie wiedziałam o co chodzi, ale miałam świadomość, że na więcej informacji nie ma co liczyć, więc wzruszyłam ramionami i wróciłam do domu.

Pół godziny później pod mój dom podjechała Ruda i pod groźbą zapukania do Anonimki, zmusiła mnie do podróży.

- Gdzie jedziemy? - zapytałam.
- Najpierw podjedziemy jeszcze po Napoleona. Nie będę się produkować dwa razy.
- Czyli on też nie wie o co chodzi?
- Wie, że ma zabrać transporter i jakąś przynętę.
- Jesteś pewna, że się dzisiaj dobrze czujesz?
- Milcz.

Tak więc milczałam, a kiedy dosiadł się do nas Damian, oboje przyglądaliśmy się Rudej, licząc na wyjaśnienia.

- Ktoś mi powie o co chodzi i po co nam transporter? - zapytał Damian.
- Trzeba złapać jednego kota, a ja go nie dotknę - odparła Ruda.
- Ok, a czyj to kot?
- Nie wiem.
- To po co go chcesz łapać?
- Kręcił się u mnie pod barem i próbował włazić jak ktoś otwierał drzwi, to go przeganiałam. Wystarczy, że menele syf wnoszą, nie jest mi potrzebny jeszcze brudny kot. No i przez tydzień nie przychodził, to myślałam, że się dziada pozbyłam. Wczoraj wrócił i cały dzień darł ryja pod schodami, ale jak go próbowałam przegonić, to się tylko ch*j zjeżył i oparł się o ścianę. Miałam go miotłą za płot przepchnąć, ale zamknął dziób, to go zostawiłam. Jak w nocy wyrzucałam jakąś ku*wę co się rzucała i szukała zaczepki, bo jej morda wysychała, a kasa się skończyła, to ten pchlarz był w tym samym miejscu, tylko tak dziwnie bujał głową. Wcześniej jacyś żule się próbowali dostać do środka i coś się pluli przed budynkiem, zaczęli mi stoły na zewnątrz przestawiać, to wzięłam gaz i pożegnałam towarzystwo. Nie wiem czy kot przypadkiem nie oberwał, może te żule go przestawiły też trochę, ale on dziwny jest. Głową na boki kiwa, nie wstaje, może go ktoś przekopał, może się pod samochód wpakował, może chory jest, nie wiem ku*wa, ale pod barem mi leżeć nie może.
- Aha... a to czemu w takim razie go nie przepchnęłaś za bramę?
- Coś go je*nie i będzie rozciapany na ulicy leżał i klientów odstraszał?
- Jak idą do baru, w którym Ty pracujesz, to rozciapany kot raczej na nich wrażenia nie zrobi.
- A chcesz zęby stracić?
- Najpierw sobie załatw drabinę. To trochę wygląda jakby Ci zależało - odparł Damian.
- Faktycznie, tak jakbyś się o kotka martwiła. Czyżby serduszko z kamienia się kruszyło? - dodałam.
- Poje*ało Was chyba. Gdzieś mam co z nim zrobicie, ma mi zniknąć spod baru.
- To czemu nie zadzwoniłaś do schroniska, do OTOZ? - spytał Damian - Marnujesz paliwo i czas dla jakiegoś kota?
- Zaraz wysiądziesz i dalej pójdziesz na pieszo jak się nie zamkniesz.
- Ale czego od nas właściwie oczekujesz?
- Następny ku*wa nieprzytomny. Coś mu jest, a Krycha się zna, nie? Ty masz klatkę. Oboje bierzecie zwierzęta jak po*ebani, to chyba logiczne.
- Ale ja mu na ślepo nie postawię diagnozy bez badań. To potrzebny jest weterynarz - odpowiedziałam - Poza tym nie biorę teraz zwierząt nawet na tymczas. Mam zapchany grafik.
- Ja go mogę wziąć, ale Krysia ma rację. Trzeba go najpierw zbadać - rzekł Damian.
- Ja mam w dupie jak się podzielicie - odparła Ruda.
- Ale ktoś nas musi zawieźć do weterynarza, a w weekend to tylko całodobowe kliniki.
- To Was zawiozę.
- Tobie zależy - uśmiechnął się Damian - Kto by pomyślał.
- Jeszcze raz rzucisz czymś takim i Ci skręcę kark. W dupie mam tego wszarza.
- Uwielbiam się z Tobą droczyć.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się sporej wielkości rudy kot, leżący na kartonie. Zwierz spojrzał na nas przelotnie i wrócił do drzemki.

- A ten karton to Ty mu dałaś? - spytałam i zostałam znokautowana spojrzeniem.
- Ciocia Ruda się martwiła, żeby kotku nie było zimno pod dupką. Rudzi muszą trzymać się razem - zaśmiał się Damian i na wszelki wypadek odsunął się na bezpieczną odległość.
- Wiedziałam, że tego ku*wa będę żałować - westchnęła Ruda.
- Komuś się tu upasło, ciocia Ruda Cię dokarmiała co? - spytał kota Damian, zbliżając się do niego powoli i otwierając transporter.

Kot prychnął i rzucił się do ucieczki, ale jego zaburzenia równowagi naprowadziły go prosto na moją nogę. Korzystając z okazji, złapałam zwierzaka za skórę na karku i spacyfikowałam zanim ostre pazury zdołały dobrać się do mojej kurtki. Kiedy chciałam włożyć kota do transportera, udało mu się wyślizgnąć i przebiec slalomem między krzesełkami.
Znaleźliśmy go skulonego pod płotem.

- Czekaj, weźmiemy go sposobem - powiedział Damian, wyciągając z kieszeni tubkę z narysowanym kotkiem.
- Co to jest? - zapytała Ruda.
- Rybna pasta dla kotów. Nie ma kota, który się temu oprze.

Zwierzak, kiedy tylko wyczuł smakołyk, zaczął węszyć w powietrzu i niepewnie turlać się w stronę ręki, która trzymała tubkę.

- Je*any zaklinacz - rzuciła Ruda, przyglądając się zwierzakowi, który zlizywał z apetytem rybną pastę i podążał za Damianem w kierunku transportera.
- Kto ma żarcie, ten ma władzę - odpowiedziałam, blokując kotu drogę ucieczki.
- Nie jest wychudzony, może ma właściciela - powiedział Damian, wabiąc kota do transportera. Zwierzakowi nie odpowiadał jednak pomysł ograniczenia wolności i nie dawał się przekonać do wejścia do środka.
- Daj kawałek tego kartonu na którym leżał - powiedziałam do Rudej.
- A w życiu Ci tego nie dotknę - odparła Ruda.
- Ruda, po prostu go podaj. Szturchnij go nogą, tylko tak, żeby się nie wystraszył. Włożymy mu to do środka, nałoży się na to tej pasty i może wejdzie.

Pech chciał, że ktoś z drugiej strony budynku wyprowadzał akurat bardzo rozszczekanego psa i kot spłoszył się, chowając się za krzakami. Zwierzak usiłował też ratować skórę, wybiegając na ulicę.

- Co trąbisz palancie?! - darła się Ruda, stojąc przy krawężniku i zabezpieczając drogę - Do dupska sobie natrąb!

Kot w tym czasie nie dawał się otoczyć i udało nam się zamknąć go w transporterze dopiero, kiedy ściemniło się już na dobre, a zwierz zdążył pochłonąć pół tubki wabika.

- Dobra, jedziem - oświadczył Damian, siadając na tylnym siedzeniu w samochodzie i kładąc transporter z kotem obok siebie - Nastawić Ci GPS?
- No raczej - odparła Ruda, przyglądając się z niesmakiem jak chłopak głaszcze głowę kota przez kraty - On może mieć pchły, jesteś obrzydliwy.
- Oj nie mów tak, bo mu będzie przykro.
- ... i po*ebany.
- Trzeba będzie sprawdzić czy ma czipa - powiedziałam.
- Co ma? - spytała Ruda.
- Czipa pod skórą z danymi właściciela.
- Co wy ku*wa robicie tym zwierzakom.
- To nie boli. To tylko taki nadajnik.
- A jak nie ma, to się rozwiesi ogłoszenia. Może komuś zwiał z domu - odparł Damian.
- Skąd wiesz, że to chłopak? - spytałam - Może to dziewczynka.
- Ty stałaś od tyłu.
- Ale pod ogon mu nie zaglądałam.
- Dajmy mu jakieś robocze imię. Tylko neutralne, żeby pasowało do samiczki i do samczyka.
- Po co? - spytała Ruda.
- Możemy go wołać "Rude", ale to już jest zajęte.
- Mam się zatrzymać?
- Proponuję Toffi - rzekłam.
- Czy Tobie wszystko kojarzy się z jedzeniem? - zapytała Ruda.
- Cicho, jest Rudy, to pasuje.
- Może być Toffi - odparł Damian.

Dotarliśmy do kliniki, odczekaliśmy swoje w poczekalni z nagłymi przypadkami i weszliśmy trójką do gabinetu.

- Troje ludzi z jednym zwierzakiem? - spytał lekarz.
- Złapaliśmy kota. Chcielibyśmy sprawdzić czy do kogoś należy i zobaczyć co mu jest, bo zatacza się, nie może złapać równowagi, buja głową - powiedziałam.
- To to nie jest Państwa kot?
- No, nie.
- To najpierw go zeskanujmy, bo za jego leczenie to muszą odpowiadać właściciele, którzy mogą sobie nie życzyć.
- Nawet jeśli to my zapłacimy?
- Nawet. Wyjątkiem jest zagrożenie życia.
- Pierwszy raz słyszę taką praktykę.
- No tak jest. Już miałem taki przypadek, że ktoś przyprowadził psa, którego znalazł, podał mu środek odrobaczający, bo nie chciał, żeby w domu zaraził inne psy, a jak się znalazł właściciel, to były problemy, bo pies już był po odrobaczaniu. Różnie się dzieje. Trzeba kotka wyjąć najpierw z transportera.

Mimo iż kot zapierał się jak mógł, został wyciągnięty na kozetkę, gdzie jeżąc się i prychając wyrażał niezadowolenie z sytuacji, w której się znalazł.
Ku naszemu zdziwieniu, kot okazał się być zaczipowany. Weterynarz zadzwonił pod podany numer i dowiedział się, że owszem, ludzie widniejący w systemie byli kiedyś właścicielami Mruczka, ale oddali go znajomym, ponieważ w domu pojawiło się dziecko i kot stał się wobec niego agresywny. Nowi właściciele najwidoczniej nie postarali się o zmianę danych w systemie, więc wykrywał on tylko poprzednich opiekunów. Kobieta obiecała, że jak najszybciej skontaktuje się ze znajomymi i oddzwoni do weterynarza.

- No dobrze, to mamy teraz czekać na telefon? - zapytał Damian, biorąc kota na ręce.
- Mogę go zbadać, ale o leczeniu decyzję podejmuje prawowity właściciel.
- To chociaż go zbadajmy.
- Mogę go obejrzeć i pobrać krew, ale żeby mu podać "głupiego jasia" do zdjęcia RTG muszę mieć zgodę właścicieli. Gdyby ich nie było w bazie, to nie byłoby problemu. Mógłbym wtedy wpisać kogoś z Państwa, ale oni się nie zrzekli praw.
- Przecież to jest chore - powiedziała Ruda.
- Nie ja ustalam prawo, ja nie chcę mieć problemów.

Kotu została pobrana krew (po walce mojej, Damiana i dwóch techników), zwierz dostał kroplówkę nawadniającą (jako jedyną, jaką mógł dostać bez zgody właściciela), a jego stan (kot okazał się być chłopcem) został określony jako stabilny. Właściciele dalej nie oddzwaniali, więc weterynarz wykonał ponowny telefon. Okazało się, że była właścicielka "zupełnie o tym zapomniała, bo jest taka zalatana" i postanowiła podać numer do obecnych właścicieli, żeby lekarz sam się z nimi skontaktował. Kilka pierwszych połączeń było głuchych, ale po kolejnym sygnale, głośne "Co?!" usłyszeli już wszyscy. Doktor wyjaśnił opiekunowi sytuację i poprosił o przyjazd, ponieważ zwierzę mogło wymagać leczenia.

Właśnie tutaj zaczęły się problemy.

Telefon po chwili przejęła kobieta, która oświadczyła, że jeśli ktoś wywiózł jej kota kilka miast dalej do kliniki, to powinien go odstawić w miejsce, gdzie go znalazł, bo ona nie będzie za nim jeździć nie wiadomo gdzie. Ryś (imię kota) był ponadto kotem wychodzącym i wracał kiedy mu się podobało. Kobieta obiecała przyjechać dopiero, kiedy weterynarz poinformował ją ile kosztuje hotelik dla zwierząt, w którym umieszczą kota, jeśli jego właściciele się po niego nie zgłoszą.

- Możemy im go przywieźć, tylko niech się zgodzą na leczenie - podpowiedział lekarzowi Damian.
- Właściciele się nie zgadzają - odpowiedział po chwili doktor.
- Nawet jak my zapłacimy?
- Nawet.
- Ale jego i tak trzeba będzie leczyć.
- Pewnie chcą przyjechać i zobaczyć na własne oczy, że zwierzak wymaga leczenia.

Przez następne dwie godziny siedzieliśmy w oddzielnym pomieszczeniu, czekając na właścicieli i pilnując, żeby zwierzak nie zerwał sobie kroplówki.
Kot na początku bardzo się opierał i usiłował wymordować wszystkich ludzi w klinice, ale później zmęczył się walką i zasnął Damianowi na kolanach. Nie mruczał, ale można było zauważyć jego zadowolenie z faktu drapania za uchem.

Na miejscu ostatecznie pojawili się właściciele zwierzaka i pytając "Co to za ludzie?!", w bardzo agresywny sposób starali się uzyskać od lekarza wszystkie informacje. Usłyszeliśmy, że porwaliśmy kota, który jest wychodzący i zabraliśmy go z podwórka bez potrzeby, więc mają nadzieję, że pokryjemy wszystkie koszty, skoro go przywlekliśmy do kliniki na własną rękę.
W tym momencie uruchomiła się Ruda.

- Je*ane odpady. To jest ku*wa Wasz kot, który tygodniami jest poza domem i chu*a Was to obchodzi. Obcy Ku*wa ludzie go wiozą do lekarza, bo Wy macie wy*ebane, chociaż to jest Wasz zasrany obowiązek i jeszcze ku*wa pretensje?! Jak się ku*wa zaraz nie zaczniecie zachowywać jak ludzie, a nie jak je*ani neandertalczycy, to mi będziecie za paliwo zwracać i ch*ja mnie obchodzi czy macie, czy nie, bo równie dobrze mogłam pchlarza wy*ebać na ulicę, a Was zaraz za nim. Jeszcze raz go zobaczę jak się włóczy pod lokalem, to Wam ku*wa zarysuję samochód śrubokrętem z każdej strony i poprzebijam opony. Jak tylko stąd wyjdziemy, to zobaczę jakie macie tablice i choćbym miała szukać cały dzień, to Was znajdę, je*ani podludzie!

Weterynarz był w takim szoku, że nawet Rudej nie zatrzymywał, ale po wszystkim kazał jej się uspokoić i odsunąć na bok. Właściciele kota stali w miejscu i chociaż mężczyzna chciał coś odpowiedzieć, to kobieta zatrzymała go i wytłumaczyła lekarzowi, że dalej kota będą leczyć już w swoim mieście i pójdą z nim do gabinetu w poniedziałek, żeby nie płacić 200% ceny w weekend, skoro jego stan nie zagrażał życiu i zwierzak czuł się już trochę lepiej.

Damian wyszedł z inicjatywą i zaproponował właścicielom adopcję kota, jeśli Ci mieli problemy finansowe. Propozycja została jednak odrzucona, ponieważ opiekunowie "bardzo się z kotkiem zżyli".

Rachunek został uregulowany, kot powędrował do właścicieli, a my z pustym transporterem wróciliśmy do samochodu, gdzie Ruda zrobiła zdjęcie numerów rejestracyjnych auta opiekunów, uświadamiając im tym samym, że mówiła poważnie.

Pozostaje nam mieć nadzieję, że właściciele podejdą do sprawy odpowiedzialnie i jeśli to nie było tylko odwodnienie lub zatrucie, zdecydują się na leczenie kota. Na to, że nie będą go już wypuszczać samowolnie raczej nie ma co liczyć.