Kiedy byłam w liceum nauczycielka biologii postanowiła zbliżyć nas do praktycznej części tego przedmiotu.
Zakupiła dwanaście serc świńskich, ustawiła stoły w literę "U" i nakazała nam włożyć rękawiczki. Każda grupa uczniów dostała do ręki skalpel, a na tacki trafiły piękne, krwiste, świńskie serca.
- Macie znaleźć zastawkę dwudzielną, trójdzielną i aortę. Zespół który jako pierwszy wskaże mi je prawidłowo zgarnie szóstkę - rzekła nauczycielka i przechadzając się dumnie po sali obserwowała jak grupy stają się coraz mniej liczne. Z każdą minutą coraz więcej ludzi migrowało bliżej otwartych okien, drzwi. Niektórzy odczuwali również silną potrzebę wyjścia do toalety.
Część z nich, z minami wyrażającymi jawny sprzeciw takiej formie przeprowadzania zajęć oblegała kosze na śmieci, część zmieniała kolory na twarzy, twardo stojąc przy tacce i uważając by skalpelem nie odkryć przypadkiem aorty kolegi. Mieliśmy paru mdlejących i kilku haftujących. Syndrom miękkich nóg i porannych mdłości występował u 60 % męskiej populacji. Z niewiadomych powodów dziewczyny trzymały się lepiej, choć i tu odnieśliśmy straty w ludziach.
Nie pamiętam już kto zgarnął tę szóstkę, ale pamiętam minę dyżurnego który wszedł niepewnie do sali przerywając zajęcia, by przekazać biologiczce informację od dyrektora. Pamiętam strach w oczach posłańca i jego pusty wzrok skierowany na rozprute serca. Widok zakrwawionych uczniów, bawiących się w rzeźników o 8:30 rano chyba nie był tym czego można się było o tej godzinie spodziewać.
Wyczyściliśmy się i zostawiając mięso na tackach udaliśmy się na następne zajęcia. Część serc dyrektor zabrał dla swoich psów, a część została zebrana i w szczelnym foliowym worku trafiła do szuflady, skąd miały zostać odebrane i wyrzucone przez woźną pod koniec dnia.
Woźna o niczym jednak nie wiedziała. Nauczycielka zapomniała ją poinformować, a szuflady były sprzątane raz w tygodniu.
Do sali biologicznej weszliśmy ponownie cztery dni później. Byliśmy jedyną grupą korzystającą z tej sali. To był środek lata i upał dawał się nam ostro we znaki.
Kiedy nauczycielka otwarła drzwi do sali, uderzyła nas mieszanina stężonego, gorącego powietrza i czegoś co można było określić jako zapach stęchłego zwierza, który za długo siedział w saunie.
Woń była tak silna, że pierwsze rzędy pokłoniły się jak poddani przed królem i zarządzając odwrót, starali się przepchnąć przez zaciekawiony aromatami tłum stojący z tyłu. Po chwili zapach dotarł i do mnie. Świat zwolnił. W życiu nie czułam tak silnego i powalającego smrodu. Miałam wrażenie, że powietrze wydobywające się z sali było koloru zgniłej zieleni.
Niestety, koledzy stojący obok nierozważnie wzięli macha do samych pięt i usłyszeli jak przemawiają do nich pradawni bogowie, więc również przyklęknęli.
Do nauczycielki powoli docierało co wywoływało zaburzenia czasoprzestrzeni i powolne otwieranie się portalu do piekieł w sali biologicznej.
Świńskie serca.
- No dobrze, to kto na ochotnika żeby się tego pozbyć?
Wszyscy z rozwagą zrobili krok do tyłu i unikając kontaktu wzrokowego z biologiczką, podziwiali architekturę korytarza.
Tego nie była w stanie przebić żadna szóstka świata.
Nauczycielka nie chciała zrzucać zadania na woźną, ponieważ kobieta nie była niczemu winna. Sytuacja wynikała tylko i wyłącznie z roztargnienia biologiczki. Nauczycielka wzięła głęboki wdech i zniknęła za drzwiami sali. Byliśmy przekonani, że już nie wróci i trzeba będzie ogłosić turniej z wysokimi nagrodami by wyłonić śmiałka który odzyska kobietę z rąk samego Hadesa.
Drzwi po chwili otworzyły się z impetem i biologiczka trzymając przed sobą zzieleniałą torbę, niczym broń biologiczną, udała się truchtem wzdłuż korytarza, a następnie schodami w dół. Niestety odór był tak gęsty, że pozostał na całej długości trasy przebiegu i nie ustępował nawet silnym substancjom chemicznym z tajnego magazynku woźnej.
Powietrze w sali kwasiło mleko jeszcze dobry tydzień i zajęcia odbywały się w sali zastępczej.
Mimo wszystko dobrze wspominam całą sytuację. Tego samego nie mogły jednak powiedzieć późniejsze roczniki, ponieważ operacje na martwym sercu wycofano z programu.
Zastanawia mnie tylko dlaczego...
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
sobota, 13 lipca 2019
piątek, 12 lipca 2019
Koko
Spacerowałam ostatnio podczas ulewy. Deszcz złapał mnie i Morfinę bez parasola i zbyt daleko od domu żeby próbować do niego dobiec. W szczerym polu nie było gdzie się schować, więc zaakceptowałam fakt, że obie wrócimy kompletnie przemoczone i idąc powoli krok za krokiem czułam jak w moich butach zbierają się kałuże.
Wśród kurtyny deszczu zalewającego ulice zauważyłam dziecko. Na oko ośmioletnie, krążące po trawniku i nawołujące kogoś. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że chłopiec płacze. Podejrzewając, że się zgubił, albo stracił z oczu rodziców spytałam co się stało i czy mogę mu jakoś pomóc.
Dziecko spojrzało na mnie i najwidoczniej przemoczony dorosły z mopem na smyczy nie wydawał mu się bezpośrednim zagrożeniem, bo naciągając bardziej kaptur odpowiedziało, że zgubiło psa swojego wujka. Pies wyrwał mu się z ręki razem ze smyczą i teraz nie mógł go nigdzie znaleźć.
- Powiedziałeś rodzicom? Czemu nie pomagają Ci szukać? - spytałam.
- Nie, nie mogę im powiedzieć - chlipał młodzieniec - Musze go znaleźć.
- W takim razie Ci pomogę - odparłam i poprosiłam o opis psa.
Obok nas przechodzili ludzie chowający się pod parasolami. Albo żadnemu nie wydałam się pedofilem ani porywaczem, albo byli zbyt zajęci własnymi sprawami żeby interweniować i upewnić się, że ta obca kobieta nie ma złych zamiarów w stosunku do małego chłopca.
Dowiedziałam się, że pies był dość spory, podobny do wilka i miał biało-czarne futro. Zgarnęłam więc rękę chłopca i poszliśmy we wskazanym przez niego kierunku, podążając śladami uciekiniera.
Krążyliśmy między sklepami i budkami z fast foodami, przeszliśmy dookoła szkoły i siłowni, a po psie nie było ani śladu. Nieliczni przechodnie spytani o zagubionego, kręcili tylko głowami i znikali w strugach deszczu.
Psa udało nam się znaleźć dopiero na psiej górce, gdzie szedł za mężczyzną z małym kundelkiem na smyczy.
- To on! - krzyknął chłopiec - Koko! Koko wracaj!
- Chodź - powiedziałam, ciągnąc dziecko i Morfinę za sobą - Bo nam znowu zwieje.
Pies nie atakował mężczyzny ani kundelka, ale był na tyle natarczywy, że właściciel mikrusa zaczynał bronić się nogami i odganiać obcego psa od swojego. Za chwilę mogło dojść do nieszczęścia.
Kiedy udało nam się dobiec na miejsce, ujrzałam wielkiego Malamuta. Nic dziwnego, że się zerwał. Prawdopodobnie sama miałabym problem utrzymać tak potężnego psa. Niestety Koko widząc chłopca wołającego jego imię odskoczył i odbiegł kawałek dalej.
- Pilnujcie tego swojego bydlaka, moja ma cieczkę! - wrzasnął mężczyzna kiedy tylko znaleźliśmy się bliżej.
- Przepraszam bardzo, ale to nie mój pies. Wyrwał się małemu.
- To dzieciaka się pilnuje!
- To nie moje dziecko - odparłam i mężczyzna nie wiedząc czy ma mi wierzyć, zabrał suczkę na ręce i przeklinając pod nosem zszedł z górki.
Chłopiec biegał za psem, który uznając to za propozycję zabawy w berka, uciekał przed nim i kasując krzaki zawracał tylko po to żeby przyspieszyć tuż przed chłopczykiem.
- Nie goń go! - krzyknęłam - Bo będzie uciekał. On myśli, że Ty się z nim bawisz. Zatrzymaj się.
Chłopiec niechętnie, ale wykonał polecenie i zainteresowany Morfiną Koko zbliżył się na tyle żeby można było złapać jego smycz.
- Dziękuje bardzo - usłyszałam z ust zasapanego i przemokniętego dziecka - Dziękuję za pomoc, my już pójdziemy.
- O nie, nie - odpowiedziałam - Idę z Tobą i oddaj smycz. Nie chcemy żeby nam znowu uciekł, prawda? Muszę pogadać z Twoimi rodzicami.
Chłopak był przerażony, ale uspokoiłam go i powiedziałam, że nie chcę robić mu problemów, a tylko pogadać z rodzicami, ewentualnie wujkiem o tym, że tak duży pies jest stanowczo za silny na spacer z dzieckiem.
Co Ci ludzie właściwie sobie myśleli? Malamut stojąc na czterech łapach prawie dorównywał wielkością chłopcu. Kto wpadł na tak świetny pomysł?
Przecież dziecko mogło zostać pociągnięte prosto na ulicę i pod samochód. Nie opanowałoby też psa jeśli ten stałby się agresywny, albo wszczął bójkę z innym psem.
Dotarliśmy na miejsce kiedy deszcz przestawał już padać. Drzwi otworzyła kobieta, od progu krzycząca na chłopca i pytająca gdzie się podziewał i kim jest kobieta którą ze sobą przyprowadził.
- Młodemu wyrwał się pies - odparłam nie czekając na przedstawienie mnie - Szukaliśmy go i na szczęście udało nam się go znaleźć, ale to jest naprawdę silny pies i chłopiec nie daje sobie z nim rady. Im obu mogło się coś stać. Od przewrócenia się po wypadek samochodowy, albo pogryzienie przez innego psa, którego dziecko nie dałoby rady oddzielić.
- Jasne, dziękuję, do widzenia - odparła kobieta, zamykając drzwi.
Usłyszałam jeszcze jak ganiła chłopaka za rozmawianie z obcymi i przyprowadzanie ich pod dom. Zeszłam na dół i ruszyłam w kierunku własnego mieszkania licząc, że takie wydarzenie wpłynie trochę na wyobraźnię rodziców.
Niestety nie dalej jak wczoraj znów zobaczyłam chłopca na spacerze z Koko. Tym razem pies miał na sobie kolczatkę. Wiedząc, że najszybciej dotrę do dziecka, wyjaśniłam mu do czego kolczatka służy i że jest niewłaściwie użyta, a w ciągnięciu przez psa i tak mu nie pomoże.
Chłopiec odparł, że to pomysł rodziców i na razie ciągnie mniej i można z nim chodzić.
Pamiętając gdzie mieszka dziecko wstąpiłam tam ponownie, ale nikt mi nie otworzył mimo, że słyszałam ruch za drzwiami.
Nie chciałam żeby podpadało to pod nękanie, ale pies szedł w jedną stronę, a dziecko w drugą. Z tym, że pies wygrywał. Malamut nie był agresywny, ale jego młody wiek, brak szkolenia i duża siła sprawiały, że mógł bardzo szybko nieumyślnie stać się zagrożeniem zarówno dla właściciela jak i dla siebie.
Nie chcę krakać, ale wypadek wisiał w powietrzu.
Nie wiem czym kierowali się rodzice dziecka. Lenistwem? Brakiem wyobraźni? Przekonaniem, że nic złego się nie stanie?
Cokolwiek by to nie było, nie sądzę, że było warte ryzykowania zdrowia zarówno malucha jak i psa.
Proszę, nie puszczajcie dzieci z psami samych, nawet jeśli jest to mały pies i dają sobie z nim radę. Zawsze jakiś bezpański gagatek może zrobić z psiaka szmacianą lalkę i Wasza pociecha nie da rady obronić ani futra na smyczy, ani siebie. Sama byłam wielokrotnie atakowana przez bezpańskie psy wielkości Owczarków i wiem, że już z jednym bardzo trudno sobie poradzić. Skoro jest to trudne dla dorosłej osoby, to jest to niewykonalne dla dziecka.
To nie jest tego warte.
Wśród kurtyny deszczu zalewającego ulice zauważyłam dziecko. Na oko ośmioletnie, krążące po trawniku i nawołujące kogoś. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że chłopiec płacze. Podejrzewając, że się zgubił, albo stracił z oczu rodziców spytałam co się stało i czy mogę mu jakoś pomóc.
Dziecko spojrzało na mnie i najwidoczniej przemoczony dorosły z mopem na smyczy nie wydawał mu się bezpośrednim zagrożeniem, bo naciągając bardziej kaptur odpowiedziało, że zgubiło psa swojego wujka. Pies wyrwał mu się z ręki razem ze smyczą i teraz nie mógł go nigdzie znaleźć.
- Powiedziałeś rodzicom? Czemu nie pomagają Ci szukać? - spytałam.
- Nie, nie mogę im powiedzieć - chlipał młodzieniec - Musze go znaleźć.
- W takim razie Ci pomogę - odparłam i poprosiłam o opis psa.
Obok nas przechodzili ludzie chowający się pod parasolami. Albo żadnemu nie wydałam się pedofilem ani porywaczem, albo byli zbyt zajęci własnymi sprawami żeby interweniować i upewnić się, że ta obca kobieta nie ma złych zamiarów w stosunku do małego chłopca.
Dowiedziałam się, że pies był dość spory, podobny do wilka i miał biało-czarne futro. Zgarnęłam więc rękę chłopca i poszliśmy we wskazanym przez niego kierunku, podążając śladami uciekiniera.
Krążyliśmy między sklepami i budkami z fast foodami, przeszliśmy dookoła szkoły i siłowni, a po psie nie było ani śladu. Nieliczni przechodnie spytani o zagubionego, kręcili tylko głowami i znikali w strugach deszczu.
Psa udało nam się znaleźć dopiero na psiej górce, gdzie szedł za mężczyzną z małym kundelkiem na smyczy.
- To on! - krzyknął chłopiec - Koko! Koko wracaj!
- Chodź - powiedziałam, ciągnąc dziecko i Morfinę za sobą - Bo nam znowu zwieje.
Pies nie atakował mężczyzny ani kundelka, ale był na tyle natarczywy, że właściciel mikrusa zaczynał bronić się nogami i odganiać obcego psa od swojego. Za chwilę mogło dojść do nieszczęścia.
Kiedy udało nam się dobiec na miejsce, ujrzałam wielkiego Malamuta. Nic dziwnego, że się zerwał. Prawdopodobnie sama miałabym problem utrzymać tak potężnego psa. Niestety Koko widząc chłopca wołającego jego imię odskoczył i odbiegł kawałek dalej.
- Pilnujcie tego swojego bydlaka, moja ma cieczkę! - wrzasnął mężczyzna kiedy tylko znaleźliśmy się bliżej.
- Przepraszam bardzo, ale to nie mój pies. Wyrwał się małemu.
- To dzieciaka się pilnuje!
- To nie moje dziecko - odparłam i mężczyzna nie wiedząc czy ma mi wierzyć, zabrał suczkę na ręce i przeklinając pod nosem zszedł z górki.
Chłopiec biegał za psem, który uznając to za propozycję zabawy w berka, uciekał przed nim i kasując krzaki zawracał tylko po to żeby przyspieszyć tuż przed chłopczykiem.
- Nie goń go! - krzyknęłam - Bo będzie uciekał. On myśli, że Ty się z nim bawisz. Zatrzymaj się.
Chłopiec niechętnie, ale wykonał polecenie i zainteresowany Morfiną Koko zbliżył się na tyle żeby można było złapać jego smycz.
- Dziękuje bardzo - usłyszałam z ust zasapanego i przemokniętego dziecka - Dziękuję za pomoc, my już pójdziemy.
- O nie, nie - odpowiedziałam - Idę z Tobą i oddaj smycz. Nie chcemy żeby nam znowu uciekł, prawda? Muszę pogadać z Twoimi rodzicami.
Chłopak był przerażony, ale uspokoiłam go i powiedziałam, że nie chcę robić mu problemów, a tylko pogadać z rodzicami, ewentualnie wujkiem o tym, że tak duży pies jest stanowczo za silny na spacer z dzieckiem.
Co Ci ludzie właściwie sobie myśleli? Malamut stojąc na czterech łapach prawie dorównywał wielkością chłopcu. Kto wpadł na tak świetny pomysł?
Przecież dziecko mogło zostać pociągnięte prosto na ulicę i pod samochód. Nie opanowałoby też psa jeśli ten stałby się agresywny, albo wszczął bójkę z innym psem.
Dotarliśmy na miejsce kiedy deszcz przestawał już padać. Drzwi otworzyła kobieta, od progu krzycząca na chłopca i pytająca gdzie się podziewał i kim jest kobieta którą ze sobą przyprowadził.
- Młodemu wyrwał się pies - odparłam nie czekając na przedstawienie mnie - Szukaliśmy go i na szczęście udało nam się go znaleźć, ale to jest naprawdę silny pies i chłopiec nie daje sobie z nim rady. Im obu mogło się coś stać. Od przewrócenia się po wypadek samochodowy, albo pogryzienie przez innego psa, którego dziecko nie dałoby rady oddzielić.
- Jasne, dziękuję, do widzenia - odparła kobieta, zamykając drzwi.
Usłyszałam jeszcze jak ganiła chłopaka za rozmawianie z obcymi i przyprowadzanie ich pod dom. Zeszłam na dół i ruszyłam w kierunku własnego mieszkania licząc, że takie wydarzenie wpłynie trochę na wyobraźnię rodziców.
Niestety nie dalej jak wczoraj znów zobaczyłam chłopca na spacerze z Koko. Tym razem pies miał na sobie kolczatkę. Wiedząc, że najszybciej dotrę do dziecka, wyjaśniłam mu do czego kolczatka służy i że jest niewłaściwie użyta, a w ciągnięciu przez psa i tak mu nie pomoże.
Chłopiec odparł, że to pomysł rodziców i na razie ciągnie mniej i można z nim chodzić.
Pamiętając gdzie mieszka dziecko wstąpiłam tam ponownie, ale nikt mi nie otworzył mimo, że słyszałam ruch za drzwiami.
Nie chciałam żeby podpadało to pod nękanie, ale pies szedł w jedną stronę, a dziecko w drugą. Z tym, że pies wygrywał. Malamut nie był agresywny, ale jego młody wiek, brak szkolenia i duża siła sprawiały, że mógł bardzo szybko nieumyślnie stać się zagrożeniem zarówno dla właściciela jak i dla siebie.
Nie chcę krakać, ale wypadek wisiał w powietrzu.
Nie wiem czym kierowali się rodzice dziecka. Lenistwem? Brakiem wyobraźni? Przekonaniem, że nic złego się nie stanie?
Cokolwiek by to nie było, nie sądzę, że było warte ryzykowania zdrowia zarówno malucha jak i psa.
Proszę, nie puszczajcie dzieci z psami samych, nawet jeśli jest to mały pies i dają sobie z nim radę. Zawsze jakiś bezpański gagatek może zrobić z psiaka szmacianą lalkę i Wasza pociecha nie da rady obronić ani futra na smyczy, ani siebie. Sama byłam wielokrotnie atakowana przez bezpańskie psy wielkości Owczarków i wiem, że już z jednym bardzo trudno sobie poradzić. Skoro jest to trudne dla dorosłej osoby, to jest to niewykonalne dla dziecka.
To nie jest tego warte.
czwartek, 11 lipca 2019
Dentysta
Lubicie chodzić do dentysty?
To trochę jakbym spytała Was czy lubicie tortury.
Odpowiedź dzieli się zazwyczaj na dwa sektory:
To trochę jakbym spytała Was czy lubicie tortury.
Odpowiedź dzieli się zazwyczaj na dwa sektory:
- Osoby które odpowiadają, że owszem, lubią takie wizyty - te osoby zazwyczaj chodzą tylko na kontrole i ich zęby są w stanie idealnym.
- Osoby dla których dentysta jest gorszy od rzeźnika, ponieważ poznały już symfonię wiertła i narzędzi sprawiających ból w fotelu rozpaczy.
Osobiście jestem gdzieś pomiędzy. Mam olbrzymi szacunek do tego zawodu, bo to co się dzieje w niektórych jamach ustnych jest gorsze niż przejście przez dziewięć kręgów piekła, ale nie jestem kimś kto lubi płacić za ból i cierpienie, więc trzymam się na dystans do momentu w którym jestem zmuszona skorzystać z pomocy ludzi w fartuchach i masce na twarzy.
Uwielbiam moją dentystkę.
Wiem, że jest to mało popularne stwierdzenie, ale jest to najsympatyczniejsza i najbardziej życzliwa osoba jaką znam. Ma bardzo wymagający i nielubiany zawód, ale komorników też nikt nie darzy miłością.
Jak mówiła moja babcia: "Nie muszą Cię uwielbiać. Ważne, że Cię szanują".
Jak mówiła moja babcia: "Nie muszą Cię uwielbiać. Ważne, że Cię szanują".
Kto jak kto, ale drobna kobieta, ubrana na biało, z maską zasłaniającą wyraz jej twarzy i wiertłem w dłoni budzi respekt. Nikt nie chce narazić się dentyście.
W przypływie odwagi umówiłam się na wizytę, ponieważ moje zęby to małe, wredne gnojki. Dbam o nie jak mogę. Szczotkuję, nitkuję, przepłukuję, poleruję, a one z jakiś powodów i tak się psują. Mam wrażenie, że spiskują z Tobym. Jednym i drugim (jak ktoś nie wie o co chodzi, zapraszam do poprzedniego posta). To jest typowo zachowanie Tobich.
Nastawiłam się więc psychicznie na ból twarzy i portfela, po czym ruszyłam na miejsce. Weszłam do gabinetu, gdzie pani recepcjonistka skierowała mnie do poczekalni i usiadłam na wygodnym fotelu w towarzystwie roślinki i góry pisemek.
Jeśli czeka się w kolejce na krzesło tortur, nie pomaga spokojne i ciche otoczenie delikatnej zieleni i miękkich obić.
Jak tu się relaksować, wiedząc że za ścianą ktoś właśnie walczy o życie?
Oczywiście wiedziałam, że nic mi nie grozi, a moja dentystka zadba o to, by obyło się bez bólu, ale i tak za każdym razem gdzieś z tyłu mojej głowy odzywa się cichutki głosik krzyczący "Panika i ucieczka! Panika i ucieczka! Ratuj się kto może, opuścić pokład!" z którym walczę aż do momentu usadowienia się w fotelu. Wtedy nie ma już odwrotu.
Anielskie głosy dobiegające z głośników przygotowywały mnie na nadchodzący Armagedon i walkę z bossem. Sądząc po miejscu w którym się znajdowałam mógł to być sam Lucyfer.
- Dawno pani u nas nie było - przywitała mnie jedyna kobieta w obecności której skalpel to narzędzie masażu.
- Tak, wiem - odpowiedziałam, bo nie było sensu się tłumaczyć i usiadłam w fotelu z widokiem na plakat o rodzajach próchnicy.
Fajnie. Będzie co poczytać podczas borowania.
Zaczęło się od przeglądu i okazało się, że jest co robić. Na zębie zawsze znajdzie się jakaś złośliwa rysa po której rozwierceniu odkrywa się przejście do Narnii, więc nie byłam zdziwiona.
Fajnie. Będzie co poczytać podczas borowania.
Zaczęło się od przeglądu i okazało się, że jest co robić. Na zębie zawsze znajdzie się jakaś złośliwa rysa po której rozwierceniu odkrywa się przejście do Narnii, więc nie byłam zdziwiona.
Górne chłopaki trzymały się dobrze i nie wywoływały zastrzeżeń, to dolni panowie organizowali jakieś powstanie, werbując coraz więcej kościstych obywateli jamy ustnej.
Plusy dla górnego uzębienia. Natomiast dolne... wstyd mi za Was chłopaki, nie taka była umowa.
Plusy dla górnego uzębienia. Natomiast dolne... wstyd mi za Was chłopaki, nie taka była umowa.
Natychmiastowej interwencji wymagała piątka i jej koleżanka szóstka, która nie powinna imprezować zbyt blisko piątki, bo zaczynała już przejawiać jej niezdrowe i buntownicze podejście do życia.
Do moich ust trafiła sycząca kobra zwana ssakiem i w ruch poszły igła ze strzykawką. Nie wiem jak Wy, ale ja się bez znieczulenia nie ruszam i moja dentystka o tym wie. Jestem w stanie znieść każdy ból, ale wiercenie na żywca w moich zębach jest poza moją strefą wytrzymałości.
Po chwili rozpierania poczułam przyjemne mrowienie które objęło nie tylko mój język i dziąsła, ale i połowę twarzy, wliczając w to czoło. Po tym specyficznym botoksie można było mnie kroić. Nie miałam absolutnie nic przeciwko.
Kiedy moja dentystka bawiła się grabkami w mojej zdrętwiałej jaskini, ja starałam się przeczytać plakat mówiący o tym jak szczotkować zęby. Mam szczoteczkę elektryczną, więc omijają mnie częste aktualizacje co do tego procesu. Kiedyś wystarczyło przesuwać szczoteczką z prawa na lewo, później należało wykonywać ruchy okrężne, dopóki nie okazało się, że należy szczotkować zęby ruchem wymiatającym. Kto by się w tym połapał?
Kiedy moja dentystka bawiła się grabkami w mojej zdrętwiałej jaskini, ja starałam się przeczytać plakat mówiący o tym jak szczotkować zęby. Mam szczoteczkę elektryczną, więc omijają mnie częste aktualizacje co do tego procesu. Kiedyś wystarczyło przesuwać szczoteczką z prawa na lewo, później należało wykonywać ruchy okrężne, dopóki nie okazało się, że należy szczotkować zęby ruchem wymiatającym. Kto by się w tym połapał?
Ujrzałam chmurę sproszkowanego uzębienia wydobywającą się z moich ust i i poczułam jak fala płynu zalewa mi gardło.
Niesamowite są te zastrzyki. Każdy zawodowy bokser powinien przed walką zrobić sobie dwa zęby po przeciwnej stronie twarzy i iść się tłuc na pewniaka, nie czując absolutnie niczego. Waciana twarz mogłaby krwawić, łamać się i kontaktować z podłogą, a walka trwałaby dalej bez uczucia jakiegokolwiek dyskomfortu.
- Była pani gdzieś na wakacjach? - zagadała dentystka.
- Y-y - wydobyłam z siebie jedyne dźwięki na jakie pozwalało mi pełne rozwarcie szczęki i narzędzia powkładane w moje usta.
Dentyści muszą robić to dla zabawy, albo znają tajemniczy język uwięzionego gardła. Nie ma możliwości żeby ktoś liczył w takim momencie na wartościową konwersację.
Dentyści muszą robić to dla zabawy, albo znają tajemniczy język uwięzionego gardła. Nie ma możliwości żeby ktoś liczył w takim momencie na wartościową konwersację.
- A ma pani zamiar jechać?
- Y-y.
- Praca?
- Y-y. A Ayi. Uęie. O.
- Rozumiem. Fascynujące. Długo?
- Ey. Iu. Eioeuyo.
- No to się pani narobi.
Nie wiem czy rozwiązywania Enigmy złożonej z samych samogłosek uczą ich już na studiach, ale chciałabym posiąść tę umiejętność. Jest temu bardzo blisko do procentowego języka Amareny którym posługują się akademiki.
- Gdyby bolało, proszę unieść rękę, dobrze?
O troskliwa kobieto, bogini gabinetu dentystycznego. Nie czuję nawet mojego oka, boruj do woli.
- Machniem dwa - usłyszałam ekscytację zza zasłony maski i nie mając nic przeciwko przytaknęłam dentystce. Niech się kobiecina zabawi, a co.
Podczas kiedy lekarka rozmawiała o czymś z asystentką, prosząc ją sporadycznie o podanie substancji których nazwy nie potrafię powtórzyć, ja leżałam odprężona w fotelu, patrząc w światło lampy. Skończyły mi się obiekty do czytania.
- Ojoj. No nic. Będziemy ratować piąteczkę póki jeszcze żyje - usłyszałam - Możliwe, że tutaj konieczna będzie kanałówka.
Nie. Tylko nie to. Przecież to była mała rysa, jaka kanałówka? Co się tam dzieje w środku? Co to za spiski?
- Pani się nie martwi. Założymy lekarstwo na sześć tygodni i może sobie z tym poradzi. Nie wygląda to aż tak źle. Jak nie, no to niestety kanalik.
Musi sobie poradzić, nie ma innej opcji - pomyślałam, planując już jak przekazać lekarce, że wolałabym wyrwać tego niewdzięcznego białego smroda niż męczyć się z kanałówką. Nie zależało mi na tym zębie, miałam ich aż nadto i wiedziałam, że inni towarzysze szybko zajęliby jego miejsce i przejęli jego funkcje. Są rzeczy których nie warto ratować.
- Gdyby bolało, to natychmiast do mnie przychodzić dobrze? Nie powinno boleć. Ząb może być jedynie wrażliwy. Robimy światełkiem szósteczkę?
- Y-hy - przytaknęłam, bo światłoutwardzalne plomby trzymają się u mnie latami. Najstarsza z nich będzie wkrótce obchodzić swoje ósme urodziny. Oszczędność w temacie zębów nie przyniosła mi jeszcze niczego dobrego.
Błysnęło UV, w ruch poszła szlifierka i zostałam poproszona o przepłukanie i wyplucie.
Zadanie całkiem proste kiedy ma się czucie w twarzy, ale kiedy nie wie się czy usta dotykają już wody, jest to niesamowicie trudne. Starając się za bardzo nie oślinić, męczyłam się z kubkiem jak noworodek który nie potrafi jeszcze zapanować nad swoim ciałem.
Zadanie całkiem proste kiedy ma się czucie w twarzy, ale kiedy nie wie się czy usta dotykają już wody, jest to niesamowicie trudne. Starając się za bardzo nie oślinić, męczyłam się z kubkiem jak noworodek który nie potrafi jeszcze zapanować nad swoim ciałem.
Uśmiechając się tylko jedną połową twarzy (swoją drogą to musiało być creepy) umówiłam się na następną wizytę i wybełkotałam ładnie:
- Do wiłenia.
- Proszę pamiętać, że picie za pół godziny najwcześniej, a jedzenie za godzinkę, tak? - rzuciła lekarka stojąc w drzwiach i zapraszając następną osobę.
- Dobłe - odparłam, wciągając niesforną ślinę. Musiałam wyglądać jak ofiara nieudanej operacji plastycznej.
- I przyjść jakby bolało, dobrze?
- Dobłe. Dziękunę pani doktoł.
- To do widzenia.
- Do wiłenia.
Czucie w twarzy odzyskałam po czterech godzinach i póki co nic mnie nie uwiera, nie boli i nie uciska.
Moja mama dla odmiany męczy się u swojego dentysty już drugi miesiąc, ponieważ lekarz na zmianę zabrania jej i nakazuje wykonywać płukanki. Kiedy zgłosiła ból podczas zabiegu odparł tylko:
- Musi trochę poboleć.
Nie było żadnego "Proszę podnieść rękę gdyby bolało", albo "Proszę się natychmiast zgłosić gdyby coś panią niepokoiło". Nie. Było "musi trochę poboleć".
Jest to idealny przykład dlaczego każda praca wymaga powołania, oraz właściwego podejścia i nie powinno się jej wykonywać na siłę, wbrew sobie.
środa, 10 lipca 2019
Toby prawy miał wypadek
Uwaga: Jeśli jesteście wrażliwi na opisy krwi i cięcia mięsa, ten post może nie być dla Was. Zostaliście uprzedzeni.
Wiecie do czego służy najmniejszy palec każdej ludzkiej stopy?
Do wykrywania mebli w pomieszczeniach w zupełnej ciemności.
Wiem o tym, ponieważ jak każdy człowiek na tej planecie posiadający te małe, bezużyteczne wyrostki, niejednokrotnie przydzwoniłam nimi podczas nocnego przemarszu do toalety, czy lodówki.
Zdarza się to u mnie tak często, że nazwałam swoje małe palce Toby. Tak, oba to Toby. Jest więc Toby prawy i Toby lewy.
Tym razem nie było inaczej. Wyszłam do kuchni po małe co nieco, bo Kubusiowemu brzuszkowi zawsze się przypomina w okolicach drugiej w nocy, że coś by jednak wszamał.
Światła nie zapalałam, bo i po co? Na takim metrażu ciężko się zgubić, a po co budzić resztę domowników.
Ominęłam więc rozłożonego na rozgwiazdę psa, zalegającego w sąsiednim pokoju i kiedy wychodziłam już na długą prostą w korytarzu, znikąd wyrósł spod ziemi przesunięty stół.
Nie zauważyłam go. Zauważył go natomiast Toby prawy i nie omieszkał mnie o tym poinformować, zginając się pod kątem 90 stopni od płaszczyzny stopy i wysyłając falę bólu do reszty organizmu.
Wydając z siebie ciche "uff", zostałam unieruchomiona na kilka sekund i przeklinając małego parcha doczłapałam się do kuchni na jednej kończynie.
Ktokolwiek kiedyś skasował swojego palca zamaszystym kopniakiem ten wie, że ból po chwili zaczyna przechodzić w pulsowanie i stopniowo zanika.
Nie tym razem. Zdążyłam opracować pół słoika przecieru jabłkowego zanim się zorientowałam, że z Tobym jest coś mocno nie tak i mały żołnierz jest bardziej ranny niż sądziłam.
Przede wszystkim Toby krwawił i nie reagował na sygnały wysyłane z wieży dowodzenia. Zamiast tego dość intensywnie pulsował i wylewał z siebie czerwoną posokę.
Zajrzałam do korytarza i kiedy włączyłam światło okazało się, że mój krwawy przemarsz zarejestrowały kafelki i panele na całej długości wycieczki. Zawinęłam rannego w chusteczkę i posprzątałam miejsce zbrodni. Palec przestawał już haftować soczkiem, więc nałożyłam kilka dodatkowym warstw, zrobiłam oprysk z Octaniseptu i położyłam się spać.
Nad ranem zorientowałam się, że był to błąd. Toby niemiłosiernie spuchł i zaczął drgać w niekontrolowany sposób. Nie miał zamiaru też oddać prowizorycznego opatrunku bez walki. Przyczepił się do niego jak Morfina do słoika z masłem orzechowym i kiedy siłą wyrwałam mu chusteczki okazało się, że czegoś na obrazku brakuje.
Na palcu nie było połowy paznokcia, a druga połowa tańczyła twista na kawałku mięsa które zaczynało znowu krwawić. Oszczędzę Wam zdjęć, na wypadek gdyby ktoś akurat jadł. Tego widoku się nie spodziewałam.
Napuchnięty palec, teraz w kolorze burgundowym, w dalszym ciągu pulsował i wysyłał raport o błędach do reszty towarzyszy.
Moją pierwszą racjonalną myślą było pozbycie się reszty paznokcia, skoro już postanowił się ewakuować, wykonanie opatrunku i pójście do sklepu po ogórki, bo miałam ochotę na mizerię.
Plan dobry, ale z wykonaniem było gorzej. Po pierwsze paznokieć nigdzie się nie wybierał i z każdym podważeniem ciągnął za sobą kawałki mięsistych braci, którzy wypełniali miejsce operacji krwią. Bolało, ale nie do tego stopnia żebym przerwała manewr. Szarpanie, ciągnięcie, wykręcanie, nic nie pomagało. Toby nie chciał rozstać się z pancerzem, więc odkaziłam palec, zawinęłam go w gazę i w przyciasnym przez opuchliznę bucie pomaszerowałam do sklepu. Marsz był dość chybotliwy, ale dotarłam z ogórkami do domu.
W okolicach południa wieczko z paznokcia stało się dokuczliwe, więc poszłam do przychodni lekarskiej by zostało usunięte i nie przeszkadzało mi w chodzeniu.
Odczekałam swoje w kolejce, której średnia wieku wynosiła 60+ i po rozmowie z bardzo znudzonym życiem lekarzem dostałam skierowanie na szpital, a konkretnie na chirurgię.
Szpital znajduje się po przeciwnej stronie miasta, ale jako, że portfela ze sobą nie wzięłam postanowiłam się przejść. Nie było to najlepszym pomysłem, ale poczułam to dopiero w połowie drogi, więc nie miałam zamiaru zawracać.
Udało mi się na jednej nodze dotrzeć do rejestracji, wyjaśnić mój problem i odebrać numerek "143". Przeszłam do poczekalni w której nie znalazłam wolnego miejsca siedzącego i ujrzałam na monitorze numer "57".
Usiadłam na ziemi. Pierdzielić zarazki i brud, nie miałam zamiaru stać przez 86 numerków. Bolała mnie stopa, nie głowa.
Gdzieś tak po numerze "120" i trzech nagłych przypadkach, (w którym jeden obejmował gwoździarkę bębnową i ludzkie ramię) zaczęłam nabierać ochoty na pożyczenie narzędzi chirurgicznych i samoobsługę mojego skrzywdzonego palca.
Kobieta w rejestracji klikała długopisem przez czterdzieści minut, podczas rozmowy przez telefon.
Przepuściłam też mężczyznę ze skręconą kostką o numerze "160". Jego przypadek był pilniejszy.
Kiedy w końcu dotarłam do gabinetu i lekarz obejrzał Tobiego, zacmokał i rzucił coś w stylu:
- No to się będzie długo goić, ale paznokieć kiedyś odrośnie.
Miałam między ziemniakami a koperkiem to czy odrośnie, chciałam się go pozbyć i wrócić do domu.
- Usunie mi go pan? Próbowałam sama, ale nie chciał puścić.
- Tak, usuniemy, nie boli to pani?
- Tak umiarkowanie.
- Powinno bardzo.
Przypomniało mi się kiedy w drugiej klasie podstawówki rozdarłam kolano o gwoździa. Poczułam wtedy tylko lekkie szarpnięcie i koleżanki uświadomiły mi, że moje białe rybaczki stały się czerwonymi szortami. Spojrzałam wtedy w dół i ujrzałam tkanki odsłaniające kość i ocean krwi.
Ból przyszedł dopiero przy zakładaniu szwów. Wcześniej byłam tylko skupiona na moich pięknych rybaczkach których nie dało się uratować.
- Damy zastrzyk - wybudził mnie z rozmyślań lekarz i sądziłam, że chodzi mu o zwykły zastrzyk przeciwtężcowy. Ujrzałam jednak igłę zbliżającą się do mięsistego palca i wiedziałam już, że to nie spodoba się Tobiemu tańczącemu w rytm bicia serca.
Igła przeszła pod paznokciem, przedarła się przez krwawiące mięsko i po chwili rozpierania Toby zasnął. Miałam teraz bardzo sympatyczny waciany paluszek.
- Na pewno chce pani patrzeć? - spytał niepewnie lekarz - Może się pani położy? Muszę ten paznokieć zerwać.
- Jestem przyzwyczajona - odparłam, nie odrywając wzroku od palca.
I kto się teraz śmieje ostatni Toby?
- Zazwyczaj pacjenci mdleją jak zobaczą trochę krwi.
- Pierwszy raz patrzyłam na zabieg kiedy szyto mi kolano. Wtedy odkryłam, że mi się to podoba. To były bardzo estetyczne szwy.
- Została blizna?
- Tak, nawet wpisali mi ją w książeczkę wojskową. Na złej nodze, ale zawsze.
- Długo były szwy?
- Dwa tygodnie i to na wakacjach. Maszerowałam o sztywnej nodze na latarnię morską. To było pewne doświadczenie...
- Boli? - spytał lekarz bawiąc się skalpelem i cążkami przy palcu.
- Nie - odpowiedziałam i ujrzałam ostatni odłamek paznokcia ciągnący się na czymś co określić można tylko jako galaretka ze zbyt dużą ilością żelatyny.
Toby został oskalpowany i zmumifikowany, a ja zostałam odesłana do domu.
Teraz było mi znacznie wygodniej.
Obudziłam się w nocy z silną potrzebą przejścia do łazienki. Uważając na rannego Tobiego zrobiłam krótki przemarsz i tuż przed samą łazienką drzwi otworzyły się, uderzając w lewego Tobiego.
"To musi być jakaś klątwa małego palca" myślałam, kuląc się i zbierając przeprosiny od siostry, która nie zauważyła mnie po drugiej stronie drzwi. W tamtym momencie miałam ochotę amputować oba nieużytki nożem do masła.
Czy te palce służą tylko do zadawania bólu? Czy nasze ciało jest aż tak masochistyczne?
Nie wierzę w te całe gadanie o stabilizacji i zwiększeniu powierzchni na której stoimy. Mój kuzyn stracił dwa ostatnie palce lewej stopy i świetnie sobie z tym radził. Jedyne co stracił to zdolność wykrywania mebli w środku nocy.
Nauczyłam się więc dwóch rzeczy:
1. Rodzeństwo ma rozmach w używaniu drzwi.
2. Toby prawy spiskuje z Tobym lewym i obaj knują przeciwko mnie, próbując mnie zdetronizować i przejąć kontrolę nad światem.
wtorek, 9 lipca 2019
Nocny gość
Środek nocy.
Morświn chrapie, księżyc świeci, w klatkach śpią futrzane dzieci.
Jak raz cisza i spokój, promienie słońca zaraz zaczną nieubłaganie przebijać się do mojego pokoju.
Coś nagle uderza z dużą prędkością w moje okno. Obiekt jest ciemny i robi niemiłosierny huk.
Przybyły demony. Lepiej późno niż wcale, muszę spakować walizkę.
Czarny przybysz z krzykiem odbija się od mojej szyby i w panice usiłuje od niej odlecieć, ale z jakiegoś powodu tylko nokautuje framugę. Moje małe zoo zaniepokojone hałasem budzi się i nie wiedząc cóż to za straszliwe stworzenie usiłuje wedrzeć się do mieszkania, wszczyna histerię. Rozpętuje się chaos i zamieszanie.
Nietoperz (na pierwszy rzut oka) obija się o szybę jak ćma i zbliża się do uchylonej części okna. Morfina z niewiadomych powodów znosi mi na łóżko wszystkie pluszaki jakie jest w stanie znaleźć i chyba ma zamiar pertraktować z kosmitami i negocjować własne życie. Popcorn ewidentnie chce walczyć i z nastroszonym futrem usiłuje odgonić obcego, Masło odstawia taniec brzucha przy kratach, a Karmel podskakuje siedząc zadkiem w misce z jedzeniem jakby chciał odlecieć. Zapewne utożsamia się ze szczurzym aniołkiem pucującym zewnętrzną część mojego okna. Panowie Bartek i Kuba, znajdujący się najbliżej oszołomionego nietoperza, biegają natomiast w kółko, przewracając wszystko co znajduje się na ich drodze. Wszędzie fruwa confetti z jedzenia i żwirku.
Muszę zatrzymać to szaleństwo. Nietoperz zaraz dostanie się do mieszkania i wywołanej tym faktem anarchii nie uda mi się już poskromić.
Staczam się więc z łóżka po omacku, lądując na Morfinich zabawkach i odpychając na bok dywan z pluszaków. Nie orientuję się w porę, że moja lewa noga opuściła pokład i utraciła kontakt z wieżą, a tym samym z centrum dowodzenia. Kiedy próbuję stanąć na zdrętwiałej kończynie, ta ugina się pode mną i sunę na kolanie po jakiejś bardzo kolczastej piłce. Zderzam się twarzą z oparciem krzesła i wspinając się na parapet jak zawodowy himalaista, udaje mi się zatrzasnąć okno w odpowiednim momencie. Skrzydlaty wysłannik szatana miota się jeszcze chwilę po drugiej stronie i odlatuje.
Widoczność zasłaniają mi różowe bąbelki i wielki, falujący teleport. Skutek zbyt szybkiego wstania. Po kilku głębszych wdechach wracam do swojego wymiaru i spoglądam na pokój, w dalszym ciągu pogrążony w ciemnościach.
Złote i puchate trzyma w pysku Pieczarka Piotrka, Maślane i tłuste odwala pozę z "Egzorcysty", robiąc pełen mostek do tyłu i spoglądając na mnie spod własnego ogona, Prażony kukurydz dalej spięty jak tygrys na polowaniu przygląda się szybie, Cukrowy książę ciągnie za sobą kocyk i usiłuje wtaszczyć go do najwyższego koszyka (skoro nie poleciał z aniołkiem, poleci na swoim magicznym dywanie), a panowie pensjonariusze usilnie próbują wcisnąć się pod przewróconą miskę i stworzyć tym samym bardzo unikatowego, dwugłowego żółwia.
Upewniając się, że stwór odleciał, otwieram okno. Coś czarnego znajduje się na parapecie - pozostałość po nocnym gościu dzięki któremu odkryłam, że potrafię zginać się w połowie uda i bez problemu dotknąć czołem kolana.
To nie był nietoperz. To był ptak.
Kruk, wrona, gawron, czy inny czarny bocian wpakował mi się w szybę w środku nocy i darł się tak, że jeszcze trochę a wskrzesiłby dinozaury, robiąc z siebie naklejkę w kształcie orła.
Czemu mnie to już nie dziwi...
Morświn chrapie, księżyc świeci, w klatkach śpią futrzane dzieci.
Jak raz cisza i spokój, promienie słońca zaraz zaczną nieubłaganie przebijać się do mojego pokoju.
Coś nagle uderza z dużą prędkością w moje okno. Obiekt jest ciemny i robi niemiłosierny huk.
Przybyły demony. Lepiej późno niż wcale, muszę spakować walizkę.
Czarny przybysz z krzykiem odbija się od mojej szyby i w panice usiłuje od niej odlecieć, ale z jakiegoś powodu tylko nokautuje framugę. Moje małe zoo zaniepokojone hałasem budzi się i nie wiedząc cóż to za straszliwe stworzenie usiłuje wedrzeć się do mieszkania, wszczyna histerię. Rozpętuje się chaos i zamieszanie.
Nietoperz (na pierwszy rzut oka) obija się o szybę jak ćma i zbliża się do uchylonej części okna. Morfina z niewiadomych powodów znosi mi na łóżko wszystkie pluszaki jakie jest w stanie znaleźć i chyba ma zamiar pertraktować z kosmitami i negocjować własne życie. Popcorn ewidentnie chce walczyć i z nastroszonym futrem usiłuje odgonić obcego, Masło odstawia taniec brzucha przy kratach, a Karmel podskakuje siedząc zadkiem w misce z jedzeniem jakby chciał odlecieć. Zapewne utożsamia się ze szczurzym aniołkiem pucującym zewnętrzną część mojego okna. Panowie Bartek i Kuba, znajdujący się najbliżej oszołomionego nietoperza, biegają natomiast w kółko, przewracając wszystko co znajduje się na ich drodze. Wszędzie fruwa confetti z jedzenia i żwirku.
Muszę zatrzymać to szaleństwo. Nietoperz zaraz dostanie się do mieszkania i wywołanej tym faktem anarchii nie uda mi się już poskromić.
Staczam się więc z łóżka po omacku, lądując na Morfinich zabawkach i odpychając na bok dywan z pluszaków. Nie orientuję się w porę, że moja lewa noga opuściła pokład i utraciła kontakt z wieżą, a tym samym z centrum dowodzenia. Kiedy próbuję stanąć na zdrętwiałej kończynie, ta ugina się pode mną i sunę na kolanie po jakiejś bardzo kolczastej piłce. Zderzam się twarzą z oparciem krzesła i wspinając się na parapet jak zawodowy himalaista, udaje mi się zatrzasnąć okno w odpowiednim momencie. Skrzydlaty wysłannik szatana miota się jeszcze chwilę po drugiej stronie i odlatuje.
Widoczność zasłaniają mi różowe bąbelki i wielki, falujący teleport. Skutek zbyt szybkiego wstania. Po kilku głębszych wdechach wracam do swojego wymiaru i spoglądam na pokój, w dalszym ciągu pogrążony w ciemnościach.
Złote i puchate trzyma w pysku Pieczarka Piotrka, Maślane i tłuste odwala pozę z "Egzorcysty", robiąc pełen mostek do tyłu i spoglądając na mnie spod własnego ogona, Prażony kukurydz dalej spięty jak tygrys na polowaniu przygląda się szybie, Cukrowy książę ciągnie za sobą kocyk i usiłuje wtaszczyć go do najwyższego koszyka (skoro nie poleciał z aniołkiem, poleci na swoim magicznym dywanie), a panowie pensjonariusze usilnie próbują wcisnąć się pod przewróconą miskę i stworzyć tym samym bardzo unikatowego, dwugłowego żółwia.
Upewniając się, że stwór odleciał, otwieram okno. Coś czarnego znajduje się na parapecie - pozostałość po nocnym gościu dzięki któremu odkryłam, że potrafię zginać się w połowie uda i bez problemu dotknąć czołem kolana.
To nie był nietoperz. To był ptak.
Kruk, wrona, gawron, czy inny czarny bocian wpakował mi się w szybę w środku nocy i darł się tak, że jeszcze trochę a wskrzesiłby dinozaury, robiąc z siebie naklejkę w kształcie orła.
Czemu mnie to już nie dziwi...
poniedziałek, 8 lipca 2019
Hodowca ras wszelakich
W poczekalni u weterynarza grzecznie czekam z Morfiną na kontrolę. Przede mną w kolejce jest kilka osób, w tym kobieta bez zwierzaka, która przyszła tylko po tabletki na odrobaczanie.
- Piękny Labrador - słyszę z ust niewiasty kiedy wchodzę do gabinetu i siadam na krześle.
- To Golden - odpowiadam z uśmiechem, bo pomylić się łatwo.
- No złoty, złoty, chociaż nie wiem czy nie biszkopt - rzecze kobieta.
W mojej głowie uruchamia się szereg procesów myślowych i dociera do mnie, że kobieta musiała odebrać moją odpowiedź jako podanie umaszczenia.
- Nie, nie. To taka rasa. Golden retriever. Jest Labrador retriever i Golden retriever. Dwie różne rasy - mówię żeby rozjaśnić sytuację.
- Oj to teraz tak powymyślali. Kiedyś to było długowłosy Labrador i krótkowłosy Labrador i tyle.
Nie sądzę żeby tak było, ale odpuszczam. Nie chcę się z kobietą sprzeczać, bo nie po to tutaj przyszłam. Może być i Dalmatyńczyk, jest mi to bez różnicy.
- Nie wydaje mnie się - odzywa się mężczyzna siedzący do tej pory cicho, miętosząc swojego psa.
- Proszę pana, moja babka hodowała psy, moja matka hodowała psy i ja też ten interes przejmę niebawem. Wiem co mówię, bo mam doświadczenie od dziecka z psami.
- Naprawdę? - pyta mężczyzna - A jakaż to hodowla?
- A nie pamiętam dokładnie nazwy. Słoneczna dolina, kraina, coś takiego.
- Ja pytam jakie psy pani hoduje.
- Moja matka hoduje póki co. A wiele proszę pana. Właściwie większość ras.
- Ale wie pani, że ras psów jest ponad 300, jak nie więcej?
- Dzisiaj może tak, ale kiedyś to większość z tego to były tylko odmiany.
- Mam wrażenie, że do FCI to ta pani hodowla nie należy, co? Pseuduchy cholerne.
- Należymy gdzie musimy. Tylko nie pseuduchy proszę pana, tylko nie pseuduchy. Wszystko legalnie proszę pana. A ten pana Mops to jakiś taki wyrośnięty. Z hodowli był brany? Chyba panu wcisnęli jakiegoś zdeformowanego psa. Nie ten rozstaw uszu, oczy za daleko siebie, sylwetka nie ta, no wszystko nie tak.
- No z hodowli i to dobrej, należącej do FCI. Naprawdę pani uważa, że nie jest wzorcowy?
- Proszę pana do wzorca to mu tyle brakuje, że można wyliczać. Za szeroki, zły rozstaw łap, nieprawidłowe umaszczenie, no koszmar.
- Naprawdę? Co jeszcze?
- Przede wszystkim to ma źle klapnięte uszy i nos za nisko. No nie wygląda w ogóle jak Mops.
- Całkiem możliwe bo to Buldog Angielski jest proszę pani.
Nastała cisza i cisza ta trwała aż do wejścia kobiety do gabinetu.
Milczenie chyba naprawdę jest złotem.
- Piękny Labrador - słyszę z ust niewiasty kiedy wchodzę do gabinetu i siadam na krześle.
- To Golden - odpowiadam z uśmiechem, bo pomylić się łatwo.
- No złoty, złoty, chociaż nie wiem czy nie biszkopt - rzecze kobieta.
W mojej głowie uruchamia się szereg procesów myślowych i dociera do mnie, że kobieta musiała odebrać moją odpowiedź jako podanie umaszczenia.
- Nie, nie. To taka rasa. Golden retriever. Jest Labrador retriever i Golden retriever. Dwie różne rasy - mówię żeby rozjaśnić sytuację.
- Oj to teraz tak powymyślali. Kiedyś to było długowłosy Labrador i krótkowłosy Labrador i tyle.
Nie sądzę żeby tak było, ale odpuszczam. Nie chcę się z kobietą sprzeczać, bo nie po to tutaj przyszłam. Może być i Dalmatyńczyk, jest mi to bez różnicy.
- Nie wydaje mnie się - odzywa się mężczyzna siedzący do tej pory cicho, miętosząc swojego psa.
- Proszę pana, moja babka hodowała psy, moja matka hodowała psy i ja też ten interes przejmę niebawem. Wiem co mówię, bo mam doświadczenie od dziecka z psami.
- Naprawdę? - pyta mężczyzna - A jakaż to hodowla?
- A nie pamiętam dokładnie nazwy. Słoneczna dolina, kraina, coś takiego.
- Ja pytam jakie psy pani hoduje.
- Moja matka hoduje póki co. A wiele proszę pana. Właściwie większość ras.
- Ale wie pani, że ras psów jest ponad 300, jak nie więcej?
- Dzisiaj może tak, ale kiedyś to większość z tego to były tylko odmiany.
- Mam wrażenie, że do FCI to ta pani hodowla nie należy, co? Pseuduchy cholerne.
- Należymy gdzie musimy. Tylko nie pseuduchy proszę pana, tylko nie pseuduchy. Wszystko legalnie proszę pana. A ten pana Mops to jakiś taki wyrośnięty. Z hodowli był brany? Chyba panu wcisnęli jakiegoś zdeformowanego psa. Nie ten rozstaw uszu, oczy za daleko siebie, sylwetka nie ta, no wszystko nie tak.
- No z hodowli i to dobrej, należącej do FCI. Naprawdę pani uważa, że nie jest wzorcowy?
- Proszę pana do wzorca to mu tyle brakuje, że można wyliczać. Za szeroki, zły rozstaw łap, nieprawidłowe umaszczenie, no koszmar.
- Naprawdę? Co jeszcze?
- Przede wszystkim to ma źle klapnięte uszy i nos za nisko. No nie wygląda w ogóle jak Mops.
- Całkiem możliwe bo to Buldog Angielski jest proszę pani.
Nastała cisza i cisza ta trwała aż do wejścia kobiety do gabinetu.
Milczenie chyba naprawdę jest złotem.
niedziela, 7 lipca 2019
Dobranoc
Moja mama przypomniała mi dzisiaj pewną historię sprzed wielu lat, o której zupełnie zapomniałam. Byłam wtedy tak mała, że pamiętam tylko fragmenty tego wydarzenia, ale kiedy zostały one wspomniane rozjaśniły się i nabrały wyrazu jakby wydarzyły się wczoraj.
Kiedy byłam młodsza, moja rodzina często się przeprowadzała. W mieście w którym mieszkam obecnie, mieszkałam już trzy razy w odstępie kilku lat.
Jako dziecko nie byłam takim stanem rzeczy zachwycona. Przenosząc się każdego roku w inne miejsce musiałam zmieniać szkoły. Radziłam sobie z nauką, ale nie miałam stałych przyjaciół. Pisaliśmy do siebie listy (wtedy jeszcze internet zaczynał dopiero raczkować), ale byłam zmuszona zawsze poznawać nowych ludzi. Próbowałam zawierać znajomości w grupach które były już zgrane i w efekcie kończyłam jako piąte koło. Wiedziałam też, że prawdopodobnie pewnego dnia wyjedziemy i więcej już ich nie zobaczę.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego przeprowadziliśmy się do Poznania, gdzie mieszkała rodzina ze strony ojca. Miałam iść do pierwszej klasy podstawówki i tego roku na świat przyszła moja siostra.
W szkole poznałam wielu przyjaciół, którzy towarzyszyli mi nawet przez jakiś czas w późniejszym życiu. W samym Poznaniu przeprowadzaliśmy się trzykrotnie w ciągu jednego roku, ponieważ firma mojego ojca upadała i sytuacja finansowa zmuszała nas do przenoszenia się do coraz tańszych i mniejszych mieszkań. Z końcem roku szkolnego, tuż po narodzinach mojej siostry wynajmowaliśmy dwupokojowe mieszkanie na parterze. Mieściło się ono dość daleko od szkoły, ale rodzice obiecali nauczyć mnie poruszać się po mieście tramwajami, żebym mogła dotrzeć na miejsce na czas.
Byłam bardzo odpowiedzialna jak na swój wiek i często zajmowałam się nowym członkiem rodziny. Potrafiłam ją przewijać, karmić, a nawet kąpać. Rodzice nie bali się zostawić jej pod moją opieką na kilka minut. Potrafiłam obsługiwać kuchenkę gazową (uważając na ogień), używać żelazka tak żeby się nie poparzyć, włączyć pralkę i przyrządzić siostrze mleko.
Ojciec zaczął balangować i trwonić pieniądze których i tak ledwie starczało na opłaty i chleb, co skutkowało częstymi awanturami i opóźnieniami w przeprowadzce. Bywał w domu rzadko, zanim kilka lat później opuścił nas na dobre. Nie mam z nim zbyt wiele miłych wspomnień. Nie pamiętam żeby zabierał nas na spacery, grał z nami w karty, czy robił cokolwiek co zazwyczaj robią z dziećmi ojcowie. Pamiętam dźwięk jego kroków kiedy wracał późnymi nocami, otwierał lodówkę i siadał przed telewizorem.
Tak w mojej głowie wygląda ojciec.
Jego obraz w głowie mojej siostry jest zapewne jeszcze słabszy.
Pomimo braku połowy mebli, które nie zdążyły jeszcze dojechać z poprzedniego mieszkania, zmuszeni byliśmy nocować w nowym miejscu. Dostałam swój pokój, który był mniejszy niż poprzedni, nieco obdarty i ciemny, ale mimo wszystko go polubiłam. Pierwszej nocy był pusty, nie działały w nim światła i spałam wtulona w swoją nocną lampkę.
Nie chciałam przyznać, że się boję żeby nie robić nikomu kłopotu i nie rozczarować rodziców, ale to było dla mnie zupełnie nowe miejsce i cień rzucany przez drzewa prosto na moją ścianę tworzył wizerunki których nie chciałam oglądać. Widziałam w nich człowieka. Bardzo wysokiego człowieka który spacerował z lewej strony okna na prawą.
Zrobiłam to, co robią dzieci kiedy się czegoś wystraszą - schowałam się pod tarczą z kołdry i usiłowałam zasnąć.
W mieszkaniu zawsze było przeraźliwie cicho, ponieważ budynek oddalony był od ulic i umieszczony w pobliżu parku. Byłam przyzwyczajona do gwaru miasta, ponieważ wcześniej mieszkaliśmy w centrum. Dźwięk przejeżdżających samochodów działał na mnie kojąco.
Pewnej nocy kiedy zdołaliśmy umeblować i odświeżyć mieszkanie, mój ojciec wrócił do domu bardzo późno. Nie mogłam zasnąć, ponieważ budziły mnie gałęzie drzew stukające w szybę mojego okna.
Usłyszałam dźwięk otwieranych kluczem drzwi, jego kroki... a następnie ciszę. Czegoś brakowało. Nie było dźwięku otwieranej lodówki i włączanego telewizora.
Kiedy drzwi mojego pokoju otwarły się powoli ze skrzypnięciem, zamknęłam szybko oczy i udawałam, że śpię. W końcu grzeczne dzieci o tej porze powinny już spać, a ja nie chciałam złościć niepotrzebnie rodzica. Chwilę później drzwi ponownie zaskrzypiały i usłyszałam oddalające się kroki, otwierane drzwi wyjściowe i zamykanie ich na klucz.
Nie wiedziałam dlaczego ojciec wyszedł w środku nocy i dlaczego w ogóle wrócił. Może czegoś zapomniał i wrócił po to do domu, przy okazji sprawdzając czy wszyscy już śpią?
To wydawało mi się jedynym rozsądnym wytłumaczeniem.
Nad ranem spytałam mamy gdzie nocował tatuś. Odpowiedziała, że całą noc ojciec spędził u wujka, bo naprawiali jakiś samochód. Spytałam czy w takim razie zapomnieli jakiejś części po którą musieli tutaj w nocy przyjść.
- Taty tu nie było w nocy. Przecież mówię Ci, że nocował u wujka. Pili piwo, więc nie mogli tutaj przyjechać.
Pokręciłam głową i przysięgałam mamie, że tata był tu w nocy i zaraz wyszedł. Nie wiedziałam która to mogła być godzina, ale wiedziałam, że dawno powinnam już spać. Nie chciałam wpakować się w kłopoty, ale powiedziałam mamie, że obudził mnie dźwięk przekręcanych w zamku kluczy.
- Widziałaś go? - spytała.
- Nie. Miałam zamknięte oczy, ale go słyszałam. Chodził po pokoju, zajrzał do mnie i wyszedł.
Rodzicielka wykonała szybki telefon i upewniając się, że męża na pewno nie było zeszłej nocy w domu, uśmiechnęła się i stwierdziła, że musiało mi się przyśnić.
Dzieci mają w końcu wielką wyobraźnię i często nie odróżniają fikcji od rzeczywistości.
Prawda?
Pogodziłam się z faktem, że rodzice często nie wierzyli w to co im mówiłam. Dla nich nie istniały żadne potwory spod łóżka, talerze nie tłukły się same, a sny były tylko snami.
Ja jednak wiedziałam, że tamtej nocy to nie był sen, ani przywidzenie. Tata był w domu i nikt nie mógł mi przetłumaczyć inaczej. Nie wiedziałam tylko dlaczego nie chciał się do tego przyznać.
Tak jak do przypadkowego zbicia telewizora, który postawił na pufie.
Siedziałam obok i pojąc moją siostrę mlekiem obserwowałam jak telewizor z powolnym skrzypnięciem przechyla się coraz bardziej w stronę podłogi. Zdążyłam tylko krzyknąć:
- Mamo! Telewizor zaraz...
I sprzęt upadł z hukiem na ziemię. Oskarżona zostałam ja, ponieważ siedziałam najbliżej. Nie miałam jednak jak uniknąć katastrofy, ponieważ trzymałam na rękach dziecko. Wina ewidentnie spoczywała na rodzicu. Telewizor przechylił się sam, ale sam się tam przecież nie postawił.
Mimo tego, to właśnie ojciec obwiniał mnie najgłośniej.
Podejrzewałam więc, że nocna wyprawa była jedną z tych spraw których dzieciom wiedzieć nie wolno i wkrótce zapomniałam o całej sytuacji.
Nie mogłam spać. W nocy przekręcałam się z boku na bok i starałam się nie patrzeć na gałęzie które usilnie przedstawiały na mojej ścianie człowieka. Nuciłam sobie, czasami dość głośno, tuliłam misia, a nawet liczyłam owieczki, ale nic nie pomagało. Ta cisza i stukanie gałęzi o okno doprowadzały mnie do szału.
Zawsze słyszałam też kiedy ojciec wracał do domu. Zazwyczaj podążał za swoją rutyną, brał w dłoń piwo z lodówki i włączał telewizor (zabrany z mojego pokoju, ponieważ jego został zniszczony). Czasami jednak wchodził do mieszkania ciszej, spacerował po nim, zaglądał do pokoi i wychodził. Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy otwierał moje drzwi udawałam, że śpię. To było silniejsze ode mnie. Chyba po prostu bałam się spojrzeć w jego stronę. Lęk był irracjonalny (przecież to był tylko mój tata), ale jednak tak mocny, że nigdy nie odważyłam się postąpić inaczej.
Mówiłam o tym mamie wielokrotnie, ale nakazała mi "skończyć wymyślać niestworzone rzeczy", więc przestałam się odzywać.
Te ciche wejścia były rzadkie, ale jednak występowały w naszym domu regularnie.
Pewnego dnia zachorowałam na szkarlatynę. Miałam bardzo wysoką gorączkę, przeraźliwie bolało mnie gardło, a moja siostra darła się wniebogłosy przez kolki. Pełen pakiet. Ból głowy zapewniony. Ojca jak zwykle nie było na miejscu, więc moja mama spakowała torbę, zabrała portfel i kazała mi pilnować siostry przez kilka minut i nie zbliżać się do niej zbytnio żeby jej nie zarazić. Chciała tylko wyskoczyć do apteki na rogu, kupić w sklepie jakieś banany i coś miękkiego, co udałoby mi się przełknąć i zaraz wrócić.
- Wychodzę tylko na chwilkę. Mam klucze, nie otwieraj nikomu, pilnuj siostry i nie podchodź do niej bez potrzeby, ok? - powiedziała, zamykając drzwi.
- Ok - odparłam ledwo przytomna, szturchając miotłą bujak siostry i starając się sprawić by przestała chociaż na chwilę płakać.
Gorączka mi nie służyła. Ściany falowały, wszystko było w odcieniach różu, a dźwięki wydawane przez siostrę wydawały się jeszcze głośniejsze niż były w rzeczywistości.
Usłyszałam pukanie w parapet. Pewna, że to mama czegoś zapomniała podeszłam śmiało do okna, rozchyliłam zasłony i ujrzałam w nich męską twarz. To był bardzo niski parter, pozbawiony balkonu, więc człowiek w średnim wieku z gęstą brodą stał dużo wyżej niż ja mimo, że znajdował się na zewnątrz.
- Hej - powiedział, uśmiechając się - Wpuścisz mnie? Wysłał mnie Twój tata.
"Nie rozmawiaj z obcymi!" odezwał się w mojej głowie znajomy głos i niepewnie pokręciłam przecząco głową. Nie znałam tego człowieka.
- No co Ty, nie poznajesz mnie? - kontynuował mężczyzna - Byłem kiedyś u Ciebie na starym mieszkaniu. Jestem znajomym Twojego taty, wpuść mnie, jest mama?
Wycie mojej siostry zagłuszało częściowo słowa przybysza które słyszałam tylko dzięki uchylonemu lufcikowi. Nie miałam jednak zamiaru mu otwierać. Nie znałam go. Nawet jeśli był znajomym taty, to nie pamiętałam żeby był kiedyś w naszym mieszkaniu. Tym, ani jakimkolwiek innym.
- Nie mogę rozmawiać z obcymi, niech pan poczeka na mamę przed klatką - odparłam i zabrałam się za zasłanianie rolet.
Ręka mężczyzny błyskawicznie powędrowała do uchylonego lufciku i przedarła się do mieszkania.
Krzyknęłam. Mimo potwornego bólu i opuchlizny całego gardła wydałam z siebie najgłośniejszy pisk jaki tylko potrafiłam. Chciałam dosięgnąć do małego okienka i zatrzasnąć go na ręce mężczyzny, ale byłam za mała i nie mogłam dosięgnąć. Bałam się też, że jeśli podejdę zbyt blisko mężczyźnie uda się mnie złapać i już mnie nie wypuści. Zabrałam bujak z siostrą w najdalszy kąt mieszkania i tuląc się do niej obserwowałam jak ręka wędruje po framudze okna, nie mogąc dosięgnąć klamki.
- Niech pan zaczeka przed klatką! - krzyczałam, przedzierając się przez wrzaski mojej siostry - Niech pan tam na nią poczeka!
- Wpuść mnie - cedził przez zęby mężczyzna - Twój tata będzie bardzo zły jak mu powiem, że mnie nie wpuściłaś, zobaczysz. Spierze Cię.
Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć kiedy mężczyźnie uda się wedrzeć do domu. Płakałam i krzyczałam na zmianę żeby sobie poszedł i poczekał na mamę przed klatką. Nie zorientowałam się nawet kiedy przestał i odszedł. Moje myśli zagłuszało łkanie mojej siostry i moje własne.
- Co tu się dzieje? Przecież miałaś do niej nie podchodzić, zarazisz ją - usłyszałam głos mojej mamy która nie wiadomo kiedy weszła do mieszkania.
Rzuciłam jej się w obładowane siatkami ramiona i usiłowałam wydusić z siebie, że był tutaj taki wysoki pan, stał na zewnątrz i próbował dostać się do środka. Chciałam opowiedzieć wszystko na raz, ale rodzicielka nie potrafiła nic zrozumieć zarówno przez płacz dziecka w bujaku, jak i przez moje zapowietrzenia. Kiedy się trochę uspokoiłam udało mi się częściowo opowiedzieć co się stało. Opisałam jak dokładnie wyglądał mężczyzna. Miał brązową kurtkę, brązowe spodnie, ciemne włosy i gęstą brodę, oraz bardzo jasne, niebieskie oczy.
- On chciał żebym go wpuściła, ale ja pamiętałam, że nie mogę wpuszczać obcych. Ja pamiętałam. Kazałam mu poczekać na Ciebie przed klatką. Czekał na Ciebie przed klatką? - powiedziałam, próbując się uspokoić.
- Kochanie nie spotkałam żadnego mężczyzny w kurtce. Jest za ciepło na kurtkę. Jak tu weszłam to obie płakałyście na ziemi.
- On tu był. Naprawdę. Stał tam, na zewnątrz. Tuż za oknem. Próbował otworzyć te większe przez lufcik. Mówił, że jest znajomym taty i że mam go wpuścić, bo tata będzie zły.
- Jesteś pewna, że Ci się nie przywidziało? Masz bardzo wysoką gorączkę. Pamiętasz te słonie?
- Mamo, te słonie widziałam przez gorączkę, ale pan był tutaj naprawdę. Naprawdę tu był i chciał wejść do domu!
- Zadzwonię do taty - powiedziała mama - Zapytamy go czy wysyłał tu jakiegoś znajomego, dobrze?
- Dobrze - załkałam, ale wiedziałam już, że tata się wykręci. Tak jak robił to zawsze. Zaczęłam nawet podejrzewać, że robił to specjalnie.
Ojciec oczywiście zaprzeczył. Powiedział mamie, że nie ma żadnego znajomego z brodą o jasnych oczach i że nikogo nie wysyłał.
Całe zdarzenie zostało zaklasyfikowane jako omamy mojego przegrzanego mózgu, ale na wszelki wypadek zamykaliśmy na noc wszystkie okna.
Tej nocy w której zobaczyłam nieznajomego spałam z mamą w jej łóżku. Nie chciałam jej zarazić, ale nie byłabym w stanie zasnąć w swoim pokoju, ze stukotem gałęzi i dziwnym teatrzykiem cieni rzucanym przez nie na moje ściany. Tata po powrocie miał spać w moim pokoju, ale tej nocy miał jedno ze swoich cichych wejść. Kroki były głośniejsze niż zwykle, ponieważ nie wygłuszała ich ściana mojego pokoju. Ojciec zajrzał do mnie i kiedy zobaczył puste łóżko, skierował się do salonu. Oczy miałam zamknięte, ale słyszałam jak kroki ustają i tata zawraca żeby wyjść i zamknąć drzwi od zewnątrz.
Tej nocy nie nocował w domu.
Nad ranem znalazłam na komodzie lalkę, zapakowaną w nowiuteńką folię. Przyniosłam ją mamie i spytałam dla kogo jest ta zabawka. Ja nie bawiłam się lalkami, przerażały mnie, natomiast moja siostra była na nią zdecydowanie za mała. Lalka była wielkości torebki cukru, miała śliczne, kręcone blond loki i niebieskie oczy. Ubrana była w różową sukienkę i pomarańczowe buciki.
Mama wzięła do ręki przedmiot, obejrzała go z każdej strony i odłożyła na kuchenny blat.
- Nie wiem słonko - odparła po chwili - Zadzwonię do taty. Ja nie kupowałam lalki. Wiem, że niespecjalnie je lubisz, ale ojciec ma sklerozę. Może on kupił.
Była na niego zła, można to było wyczuć z tonu jej głosu. Ją pewnie też drażniło to całe znikanie po nocach.
"Może zostawił ją w nocy" pomyślałam. "Może głupio się poczuł, że oszukał nas z tym kolegą i kupił mi prezent. Nietrafiony, ale zawsze to prezent."
Ojciec jednak zaprzeczył. Powiedział, że niczego nie kupował i że nie było go w nocy w domu, bo "musi harować na nasze utrzymanie". Mama się rozłączyła, a lalka trafiła do szuflady.
Nie pytałam o nią, bo wcale mi na niej nie zależało. Lepiej żeby była zamknięta, przynajmniej w nocy.
Kilka dni później w domu rozpętała się spora awantura. Siedziałam w swoim pokoju, bawiąc się pluszakami i organizując im tajną bazę pod łóżkiem i nasłuchiwałam jak mama krzyczała coś o "szwendaniu się po nocach po mieszkaniu". Ojciec zaprzeczał i bardzo głośno próbował udowodnić rodzicielce, że w domu albo bywał aż do rana, albo nie wracał na noc wcale żeby nas nie budzić.
Znaczyło to dla mnie tyle, że ona też słyszała czasem jego kroki w środku nocy i zamykane na zamek drzwi.
Po kłótni mama postanowiła, że zamknie drzwi na klucz, a te zostawi w środku. W ten sposób osoba z zewnątrz nie mogła otworzyć drzwi swoimi kluczami, ponieważ te w zamku blokowały dostęp.
- Jak raz się prześpi na wycieraczce, albo w samochodzie, to się nauczy - powiedziała i położyłyśmy się spać.
Mama liczyła, że ojciec będzie się dobijał, albo dzwonił na komórkę. Klamka poruszyła się kilka razy i kiedy zamek ani drgnął, osoba po drugiej stronie przestała i odeszła.
Tej nocy usłyszałam jeszcze parę stuknięć w parapet, ale nic więcej.
Oznaczało to wojnę i ciche dni między rodzicami. Byłam tego w pełni świadoma.
Rodzice nie odzywali się do siebie, a w mieszkaniu panowało dziwne napięcie. Nie wspominałam im o gałęziach stukających w nocy o mój parapet, ani o tym, że wiatr czasem wydawał z siebie dźwięki jakby nucił melodię którą ja często nuciłam sobie przed snem. Kołysankę, która miała pomóc mi zasnąć.
Nie chciałam ich bardziej denerwować.
Pewnej nocy usłyszałam łomot do drzwi i odgłosy kłótni dobiegające z klatki schodowej. Obudziło to nawet moją mamę i obie podeszłyśmy do wizjera żeby sprawdzić co się dzieje i co to za awantura.
- Schowaj się - powiedziała mama i uchyliła drzwi. Stanęłam za framugą pokoju i przyglądałam się jak tata szarpiąc jakiegoś mężczyznę i używając przekleństw i słów których nie wolno było mi słuchać, usiłował wyrzucić obcego z korytarza.
- Wypier*alaj - usłyszałam z ust ojca - Stary zboczeniec. Poszedł, bo Ci ręce powyrywam.
- Co Ty wyprawiasz? Co to za awantury w środku nocy? - rzuciła się w obronie mężczyzny mama, ale ojciec ją zablokował, wepchnął do mieszkania i zamknął drzwi na klucz.
- Próbował się włamać, nie słyszałaś? Majstrował coś przy zamku, dobrze, że przyszedłem. Dziad stary wyliniały.
- Słyszałam coś, ale myślałam, że to Ty.
- Nie, to jakiś kutafon, cholera. Znasz go?
- Nie no gdzie, pierwszy raz go widzę. Ale co majstrował przy zamku? Czym?
- Klucze miał, skubany, chyba lokale pomylił. Dobrze, że nasze w drzwiach były.
- Czy ten pan miał niebieskie oczy? - spytałam, nie wychylając się zza framugi.
- Nie wiem dziecko, nie przyglądałem się jego oczom. A Ty czemu jeszcze nie śpisz? - odparł ojciec, starając się uspokoić.
- On miał takie samo ubranie jak ten kolega taty zza okna - powiedziałam zgodnie z prawdą - Ale tamten miał niebieskie oczy i brodę.
- O czym ona bredzi, jaki mój kolega zza okna? - nabrał podejrzliwości ojciec i skierował pełen powątpiewania wzrok na mamę.
- Ten gość miał brodę? - spytała rodzicielka.
- No miał - odpowiedział tata i znalazłam się na rekach mamy szybciej niż zdążyłam zaprotestować.
- Nie zostanę tu na noc, to jakaś paranoja. Ta ma jakieś zwidy, w nocy coś mi wali po oknach, Ty udajesz, że nie ma Cię w domu kiedy jesteś, przynosisz jakieś lalki do domu, wiedząc doskonale, że ona się ich boi...
- Niczego nie przyniosłem do jasnej anielki, ile razy Ci powtarzać? Jak mówię, że mnie nie ma w domu, to mnie nie ma. Po co miałbym Ci mówić inaczej? Masz. Chcesz dowodów? Zadzwonię do Pawła i on Ci potwierdzi.
- Nie chcę Twoich potwierdzeń. Jedziemy spać do Twojej mamy, dzwoń do niej.
- Ale ona już śpi.
- Albo do Twojej siostry. Nie obchodzi mnie to. Masz nam załatwić nocleg gdziekolwiek poza tym miejscem, rozumiesz? Ja tu nocuję sama, z dwójką małych dzieci, Ciebie całymi nocami nie ma, jeszcze jakiś obcy mężczyzna próbuje mi się włamać do domu w środku nocy i moja córka twierdzi, że go zna.
- To jest ten pan zza okna - dodałam szeptem i wylądowałam na rękach drugiego rodzica, podczas kiedy moja mama ruszyła do szafy w poszukiwaniu ubrań dla mojej siostry.
- Miał brązową kurtkę, brązowe spodnie, ciemną brodę i niebieskie oczy - powtarzałam ledwo słyszalnym głosem, kiedy w mieszkaniu panowało zamieszanie.
Godzinę później siedzieliśmy już na kanapie mojej cioci, podczas kiedy moja mama próbowała wyjaśnić jej powód tak późnej wizyty.
W domu kuzynostwa spędziliśmy więcej niż jedną noc. Moja mama nie chciała wracać do domu, a i mnie niespecjalnie się tam spieszyło.
Okazało się, że ojciec wypowiedział umowę wynajmu.
Jeszcze tej samej nocy poszedł do starszej kobiety, która wynajmowała wiele mieszkań w tym bloku i opowiedział o sytuacji.
- Ahaaa - odpowiedziała kobieta z uśmiechem - To pan pewnie mówi o poprzednim lokatorze. On jest niegroźny. Jest dziwny i czasem taki nieobecny, ale niegroźny.
- Zapomniał, że już tu nie mieszka? - zapytał wkurzony ojciec.
- Nie zapomniał, a może i zapomniał? On na coś chorował wie pan, z głową. Nawet zapomniał mi oddać klucze do mieszkania jak się stąd wyprowadzał. Albo zgubił, już nie pamiętam. On pewnie chciał się tylko przywitać, albo czegoś zapomniał jak się wyprowadzał.
Nie muszę chyba dodawać, że w stronę kobiety posypało się wiele nieprzychylnych epitetów, a nasze rzeczy zostały tydzień później przewiezione do kolejnego mieszkania.
Zamki nie zostały zmienione, ponieważ tak naprawdę niewiele mogliśmy w mieszkaniu zmienić w ramach umowy wynajmu.
Pewnie już wszystko układa Wam się w całość?
Cień człowieka rzucany na mojej ścianie każdej nocy, stukanie w parapet, mężczyzna którego widziałam kiedy moja mama wyszła do apteki, tajemnicza lalka do której posiadania nikt się nie przyznawał, nucący kołysankę wiatr?
Historia nie została przez nikogo wyjaśniona w pełni, ale ojciec nigdy nie przyznał się do kłamania o swoich nocnych przechadzkach po domu.
Biorąc pod uwagę to, oraz fakt, że poprzedni lokator (prawdopodobnie chory umysłowo) nigdy nie oddał wynajmującej kluczy do mieszkania, można wysnuć tylko dwa wyjaśnienia tej sprawy.
Albo miałam bardzo bujną wyobraźnię jako dziecko, mój ojciec był wielkim kłamcą i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności ktoś wielokrotnie mylił mieszkania...
Albo mieliśmy cichego obserwatora, który od pierwszego dnia naszego pobytu przyglądał nam się przez dłuższy czas z bardzo, bardzo bliska.
P.S. Zostawiajcie na noc klucze w drzwiach i zamykajcie okna na niższych piętrach. Nigdy nie wiadomo kto ma zapas i zechce życzyć Wam dobrej nocy.
~~~~~~~~~~~~~~
Kiedy byłam młodsza, moja rodzina często się przeprowadzała. W mieście w którym mieszkam obecnie, mieszkałam już trzy razy w odstępie kilku lat.
Jako dziecko nie byłam takim stanem rzeczy zachwycona. Przenosząc się każdego roku w inne miejsce musiałam zmieniać szkoły. Radziłam sobie z nauką, ale nie miałam stałych przyjaciół. Pisaliśmy do siebie listy (wtedy jeszcze internet zaczynał dopiero raczkować), ale byłam zmuszona zawsze poznawać nowych ludzi. Próbowałam zawierać znajomości w grupach które były już zgrane i w efekcie kończyłam jako piąte koło. Wiedziałam też, że prawdopodobnie pewnego dnia wyjedziemy i więcej już ich nie zobaczę.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego przeprowadziliśmy się do Poznania, gdzie mieszkała rodzina ze strony ojca. Miałam iść do pierwszej klasy podstawówki i tego roku na świat przyszła moja siostra.
W szkole poznałam wielu przyjaciół, którzy towarzyszyli mi nawet przez jakiś czas w późniejszym życiu. W samym Poznaniu przeprowadzaliśmy się trzykrotnie w ciągu jednego roku, ponieważ firma mojego ojca upadała i sytuacja finansowa zmuszała nas do przenoszenia się do coraz tańszych i mniejszych mieszkań. Z końcem roku szkolnego, tuż po narodzinach mojej siostry wynajmowaliśmy dwupokojowe mieszkanie na parterze. Mieściło się ono dość daleko od szkoły, ale rodzice obiecali nauczyć mnie poruszać się po mieście tramwajami, żebym mogła dotrzeć na miejsce na czas.
Byłam bardzo odpowiedzialna jak na swój wiek i często zajmowałam się nowym członkiem rodziny. Potrafiłam ją przewijać, karmić, a nawet kąpać. Rodzice nie bali się zostawić jej pod moją opieką na kilka minut. Potrafiłam obsługiwać kuchenkę gazową (uważając na ogień), używać żelazka tak żeby się nie poparzyć, włączyć pralkę i przyrządzić siostrze mleko.
Ojciec zaczął balangować i trwonić pieniądze których i tak ledwie starczało na opłaty i chleb, co skutkowało częstymi awanturami i opóźnieniami w przeprowadzce. Bywał w domu rzadko, zanim kilka lat później opuścił nas na dobre. Nie mam z nim zbyt wiele miłych wspomnień. Nie pamiętam żeby zabierał nas na spacery, grał z nami w karty, czy robił cokolwiek co zazwyczaj robią z dziećmi ojcowie. Pamiętam dźwięk jego kroków kiedy wracał późnymi nocami, otwierał lodówkę i siadał przed telewizorem.
Tak w mojej głowie wygląda ojciec.
Jego obraz w głowie mojej siostry jest zapewne jeszcze słabszy.
Pomimo braku połowy mebli, które nie zdążyły jeszcze dojechać z poprzedniego mieszkania, zmuszeni byliśmy nocować w nowym miejscu. Dostałam swój pokój, który był mniejszy niż poprzedni, nieco obdarty i ciemny, ale mimo wszystko go polubiłam. Pierwszej nocy był pusty, nie działały w nim światła i spałam wtulona w swoją nocną lampkę.
Nie chciałam przyznać, że się boję żeby nie robić nikomu kłopotu i nie rozczarować rodziców, ale to było dla mnie zupełnie nowe miejsce i cień rzucany przez drzewa prosto na moją ścianę tworzył wizerunki których nie chciałam oglądać. Widziałam w nich człowieka. Bardzo wysokiego człowieka który spacerował z lewej strony okna na prawą.
Zrobiłam to, co robią dzieci kiedy się czegoś wystraszą - schowałam się pod tarczą z kołdry i usiłowałam zasnąć.
W mieszkaniu zawsze było przeraźliwie cicho, ponieważ budynek oddalony był od ulic i umieszczony w pobliżu parku. Byłam przyzwyczajona do gwaru miasta, ponieważ wcześniej mieszkaliśmy w centrum. Dźwięk przejeżdżających samochodów działał na mnie kojąco.
Pewnej nocy kiedy zdołaliśmy umeblować i odświeżyć mieszkanie, mój ojciec wrócił do domu bardzo późno. Nie mogłam zasnąć, ponieważ budziły mnie gałęzie drzew stukające w szybę mojego okna.
Usłyszałam dźwięk otwieranych kluczem drzwi, jego kroki... a następnie ciszę. Czegoś brakowało. Nie było dźwięku otwieranej lodówki i włączanego telewizora.
Kiedy drzwi mojego pokoju otwarły się powoli ze skrzypnięciem, zamknęłam szybko oczy i udawałam, że śpię. W końcu grzeczne dzieci o tej porze powinny już spać, a ja nie chciałam złościć niepotrzebnie rodzica. Chwilę później drzwi ponownie zaskrzypiały i usłyszałam oddalające się kroki, otwierane drzwi wyjściowe i zamykanie ich na klucz.
Nie wiedziałam dlaczego ojciec wyszedł w środku nocy i dlaczego w ogóle wrócił. Może czegoś zapomniał i wrócił po to do domu, przy okazji sprawdzając czy wszyscy już śpią?
To wydawało mi się jedynym rozsądnym wytłumaczeniem.
Nad ranem spytałam mamy gdzie nocował tatuś. Odpowiedziała, że całą noc ojciec spędził u wujka, bo naprawiali jakiś samochód. Spytałam czy w takim razie zapomnieli jakiejś części po którą musieli tutaj w nocy przyjść.
- Taty tu nie było w nocy. Przecież mówię Ci, że nocował u wujka. Pili piwo, więc nie mogli tutaj przyjechać.
Pokręciłam głową i przysięgałam mamie, że tata był tu w nocy i zaraz wyszedł. Nie wiedziałam która to mogła być godzina, ale wiedziałam, że dawno powinnam już spać. Nie chciałam wpakować się w kłopoty, ale powiedziałam mamie, że obudził mnie dźwięk przekręcanych w zamku kluczy.
- Widziałaś go? - spytała.
- Nie. Miałam zamknięte oczy, ale go słyszałam. Chodził po pokoju, zajrzał do mnie i wyszedł.
Rodzicielka wykonała szybki telefon i upewniając się, że męża na pewno nie było zeszłej nocy w domu, uśmiechnęła się i stwierdziła, że musiało mi się przyśnić.
Dzieci mają w końcu wielką wyobraźnię i często nie odróżniają fikcji od rzeczywistości.
Prawda?
Pogodziłam się z faktem, że rodzice często nie wierzyli w to co im mówiłam. Dla nich nie istniały żadne potwory spod łóżka, talerze nie tłukły się same, a sny były tylko snami.
Ja jednak wiedziałam, że tamtej nocy to nie był sen, ani przywidzenie. Tata był w domu i nikt nie mógł mi przetłumaczyć inaczej. Nie wiedziałam tylko dlaczego nie chciał się do tego przyznać.
Tak jak do przypadkowego zbicia telewizora, który postawił na pufie.
Siedziałam obok i pojąc moją siostrę mlekiem obserwowałam jak telewizor z powolnym skrzypnięciem przechyla się coraz bardziej w stronę podłogi. Zdążyłam tylko krzyknąć:
- Mamo! Telewizor zaraz...
I sprzęt upadł z hukiem na ziemię. Oskarżona zostałam ja, ponieważ siedziałam najbliżej. Nie miałam jednak jak uniknąć katastrofy, ponieważ trzymałam na rękach dziecko. Wina ewidentnie spoczywała na rodzicu. Telewizor przechylił się sam, ale sam się tam przecież nie postawił.
Mimo tego, to właśnie ojciec obwiniał mnie najgłośniej.
Podejrzewałam więc, że nocna wyprawa była jedną z tych spraw których dzieciom wiedzieć nie wolno i wkrótce zapomniałam o całej sytuacji.
Nie mogłam spać. W nocy przekręcałam się z boku na bok i starałam się nie patrzeć na gałęzie które usilnie przedstawiały na mojej ścianie człowieka. Nuciłam sobie, czasami dość głośno, tuliłam misia, a nawet liczyłam owieczki, ale nic nie pomagało. Ta cisza i stukanie gałęzi o okno doprowadzały mnie do szału.
Zawsze słyszałam też kiedy ojciec wracał do domu. Zazwyczaj podążał za swoją rutyną, brał w dłoń piwo z lodówki i włączał telewizor (zabrany z mojego pokoju, ponieważ jego został zniszczony). Czasami jednak wchodził do mieszkania ciszej, spacerował po nim, zaglądał do pokoi i wychodził. Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy otwierał moje drzwi udawałam, że śpię. To było silniejsze ode mnie. Chyba po prostu bałam się spojrzeć w jego stronę. Lęk był irracjonalny (przecież to był tylko mój tata), ale jednak tak mocny, że nigdy nie odważyłam się postąpić inaczej.
Mówiłam o tym mamie wielokrotnie, ale nakazała mi "skończyć wymyślać niestworzone rzeczy", więc przestałam się odzywać.
Te ciche wejścia były rzadkie, ale jednak występowały w naszym domu regularnie.
Pewnego dnia zachorowałam na szkarlatynę. Miałam bardzo wysoką gorączkę, przeraźliwie bolało mnie gardło, a moja siostra darła się wniebogłosy przez kolki. Pełen pakiet. Ból głowy zapewniony. Ojca jak zwykle nie było na miejscu, więc moja mama spakowała torbę, zabrała portfel i kazała mi pilnować siostry przez kilka minut i nie zbliżać się do niej zbytnio żeby jej nie zarazić. Chciała tylko wyskoczyć do apteki na rogu, kupić w sklepie jakieś banany i coś miękkiego, co udałoby mi się przełknąć i zaraz wrócić.
- Wychodzę tylko na chwilkę. Mam klucze, nie otwieraj nikomu, pilnuj siostry i nie podchodź do niej bez potrzeby, ok? - powiedziała, zamykając drzwi.
- Ok - odparłam ledwo przytomna, szturchając miotłą bujak siostry i starając się sprawić by przestała chociaż na chwilę płakać.
Gorączka mi nie służyła. Ściany falowały, wszystko było w odcieniach różu, a dźwięki wydawane przez siostrę wydawały się jeszcze głośniejsze niż były w rzeczywistości.
Usłyszałam pukanie w parapet. Pewna, że to mama czegoś zapomniała podeszłam śmiało do okna, rozchyliłam zasłony i ujrzałam w nich męską twarz. To był bardzo niski parter, pozbawiony balkonu, więc człowiek w średnim wieku z gęstą brodą stał dużo wyżej niż ja mimo, że znajdował się na zewnątrz.
- Hej - powiedział, uśmiechając się - Wpuścisz mnie? Wysłał mnie Twój tata.
"Nie rozmawiaj z obcymi!" odezwał się w mojej głowie znajomy głos i niepewnie pokręciłam przecząco głową. Nie znałam tego człowieka.
- No co Ty, nie poznajesz mnie? - kontynuował mężczyzna - Byłem kiedyś u Ciebie na starym mieszkaniu. Jestem znajomym Twojego taty, wpuść mnie, jest mama?
Wycie mojej siostry zagłuszało częściowo słowa przybysza które słyszałam tylko dzięki uchylonemu lufcikowi. Nie miałam jednak zamiaru mu otwierać. Nie znałam go. Nawet jeśli był znajomym taty, to nie pamiętałam żeby był kiedyś w naszym mieszkaniu. Tym, ani jakimkolwiek innym.
- Nie mogę rozmawiać z obcymi, niech pan poczeka na mamę przed klatką - odparłam i zabrałam się za zasłanianie rolet.
Ręka mężczyzny błyskawicznie powędrowała do uchylonego lufciku i przedarła się do mieszkania.
Krzyknęłam. Mimo potwornego bólu i opuchlizny całego gardła wydałam z siebie najgłośniejszy pisk jaki tylko potrafiłam. Chciałam dosięgnąć do małego okienka i zatrzasnąć go na ręce mężczyzny, ale byłam za mała i nie mogłam dosięgnąć. Bałam się też, że jeśli podejdę zbyt blisko mężczyźnie uda się mnie złapać i już mnie nie wypuści. Zabrałam bujak z siostrą w najdalszy kąt mieszkania i tuląc się do niej obserwowałam jak ręka wędruje po framudze okna, nie mogąc dosięgnąć klamki.
- Niech pan zaczeka przed klatką! - krzyczałam, przedzierając się przez wrzaski mojej siostry - Niech pan tam na nią poczeka!
- Wpuść mnie - cedził przez zęby mężczyzna - Twój tata będzie bardzo zły jak mu powiem, że mnie nie wpuściłaś, zobaczysz. Spierze Cię.
Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć kiedy mężczyźnie uda się wedrzeć do domu. Płakałam i krzyczałam na zmianę żeby sobie poszedł i poczekał na mamę przed klatką. Nie zorientowałam się nawet kiedy przestał i odszedł. Moje myśli zagłuszało łkanie mojej siostry i moje własne.
- Co tu się dzieje? Przecież miałaś do niej nie podchodzić, zarazisz ją - usłyszałam głos mojej mamy która nie wiadomo kiedy weszła do mieszkania.
Rzuciłam jej się w obładowane siatkami ramiona i usiłowałam wydusić z siebie, że był tutaj taki wysoki pan, stał na zewnątrz i próbował dostać się do środka. Chciałam opowiedzieć wszystko na raz, ale rodzicielka nie potrafiła nic zrozumieć zarówno przez płacz dziecka w bujaku, jak i przez moje zapowietrzenia. Kiedy się trochę uspokoiłam udało mi się częściowo opowiedzieć co się stało. Opisałam jak dokładnie wyglądał mężczyzna. Miał brązową kurtkę, brązowe spodnie, ciemne włosy i gęstą brodę, oraz bardzo jasne, niebieskie oczy.
- On chciał żebym go wpuściła, ale ja pamiętałam, że nie mogę wpuszczać obcych. Ja pamiętałam. Kazałam mu poczekać na Ciebie przed klatką. Czekał na Ciebie przed klatką? - powiedziałam, próbując się uspokoić.
- Kochanie nie spotkałam żadnego mężczyzny w kurtce. Jest za ciepło na kurtkę. Jak tu weszłam to obie płakałyście na ziemi.
- On tu był. Naprawdę. Stał tam, na zewnątrz. Tuż za oknem. Próbował otworzyć te większe przez lufcik. Mówił, że jest znajomym taty i że mam go wpuścić, bo tata będzie zły.
- Jesteś pewna, że Ci się nie przywidziało? Masz bardzo wysoką gorączkę. Pamiętasz te słonie?
- Mamo, te słonie widziałam przez gorączkę, ale pan był tutaj naprawdę. Naprawdę tu był i chciał wejść do domu!
- Zadzwonię do taty - powiedziała mama - Zapytamy go czy wysyłał tu jakiegoś znajomego, dobrze?
- Dobrze - załkałam, ale wiedziałam już, że tata się wykręci. Tak jak robił to zawsze. Zaczęłam nawet podejrzewać, że robił to specjalnie.
Ojciec oczywiście zaprzeczył. Powiedział mamie, że nie ma żadnego znajomego z brodą o jasnych oczach i że nikogo nie wysyłał.
Całe zdarzenie zostało zaklasyfikowane jako omamy mojego przegrzanego mózgu, ale na wszelki wypadek zamykaliśmy na noc wszystkie okna.
Tej nocy w której zobaczyłam nieznajomego spałam z mamą w jej łóżku. Nie chciałam jej zarazić, ale nie byłabym w stanie zasnąć w swoim pokoju, ze stukotem gałęzi i dziwnym teatrzykiem cieni rzucanym przez nie na moje ściany. Tata po powrocie miał spać w moim pokoju, ale tej nocy miał jedno ze swoich cichych wejść. Kroki były głośniejsze niż zwykle, ponieważ nie wygłuszała ich ściana mojego pokoju. Ojciec zajrzał do mnie i kiedy zobaczył puste łóżko, skierował się do salonu. Oczy miałam zamknięte, ale słyszałam jak kroki ustają i tata zawraca żeby wyjść i zamknąć drzwi od zewnątrz.
Tej nocy nie nocował w domu.
Nad ranem znalazłam na komodzie lalkę, zapakowaną w nowiuteńką folię. Przyniosłam ją mamie i spytałam dla kogo jest ta zabawka. Ja nie bawiłam się lalkami, przerażały mnie, natomiast moja siostra była na nią zdecydowanie za mała. Lalka była wielkości torebki cukru, miała śliczne, kręcone blond loki i niebieskie oczy. Ubrana była w różową sukienkę i pomarańczowe buciki.
Mama wzięła do ręki przedmiot, obejrzała go z każdej strony i odłożyła na kuchenny blat.
- Nie wiem słonko - odparła po chwili - Zadzwonię do taty. Ja nie kupowałam lalki. Wiem, że niespecjalnie je lubisz, ale ojciec ma sklerozę. Może on kupił.
Była na niego zła, można to było wyczuć z tonu jej głosu. Ją pewnie też drażniło to całe znikanie po nocach.
"Może zostawił ją w nocy" pomyślałam. "Może głupio się poczuł, że oszukał nas z tym kolegą i kupił mi prezent. Nietrafiony, ale zawsze to prezent."
Ojciec jednak zaprzeczył. Powiedział, że niczego nie kupował i że nie było go w nocy w domu, bo "musi harować na nasze utrzymanie". Mama się rozłączyła, a lalka trafiła do szuflady.
Nie pytałam o nią, bo wcale mi na niej nie zależało. Lepiej żeby była zamknięta, przynajmniej w nocy.
Kilka dni później w domu rozpętała się spora awantura. Siedziałam w swoim pokoju, bawiąc się pluszakami i organizując im tajną bazę pod łóżkiem i nasłuchiwałam jak mama krzyczała coś o "szwendaniu się po nocach po mieszkaniu". Ojciec zaprzeczał i bardzo głośno próbował udowodnić rodzicielce, że w domu albo bywał aż do rana, albo nie wracał na noc wcale żeby nas nie budzić.
Znaczyło to dla mnie tyle, że ona też słyszała czasem jego kroki w środku nocy i zamykane na zamek drzwi.
Po kłótni mama postanowiła, że zamknie drzwi na klucz, a te zostawi w środku. W ten sposób osoba z zewnątrz nie mogła otworzyć drzwi swoimi kluczami, ponieważ te w zamku blokowały dostęp.
- Jak raz się prześpi na wycieraczce, albo w samochodzie, to się nauczy - powiedziała i położyłyśmy się spać.
Mama liczyła, że ojciec będzie się dobijał, albo dzwonił na komórkę. Klamka poruszyła się kilka razy i kiedy zamek ani drgnął, osoba po drugiej stronie przestała i odeszła.
Tej nocy usłyszałam jeszcze parę stuknięć w parapet, ale nic więcej.
Oznaczało to wojnę i ciche dni między rodzicami. Byłam tego w pełni świadoma.
Rodzice nie odzywali się do siebie, a w mieszkaniu panowało dziwne napięcie. Nie wspominałam im o gałęziach stukających w nocy o mój parapet, ani o tym, że wiatr czasem wydawał z siebie dźwięki jakby nucił melodię którą ja często nuciłam sobie przed snem. Kołysankę, która miała pomóc mi zasnąć.
Nie chciałam ich bardziej denerwować.
Pewnej nocy usłyszałam łomot do drzwi i odgłosy kłótni dobiegające z klatki schodowej. Obudziło to nawet moją mamę i obie podeszłyśmy do wizjera żeby sprawdzić co się dzieje i co to za awantura.
- Schowaj się - powiedziała mama i uchyliła drzwi. Stanęłam za framugą pokoju i przyglądałam się jak tata szarpiąc jakiegoś mężczyznę i używając przekleństw i słów których nie wolno było mi słuchać, usiłował wyrzucić obcego z korytarza.
- Wypier*alaj - usłyszałam z ust ojca - Stary zboczeniec. Poszedł, bo Ci ręce powyrywam.
- Co Ty wyprawiasz? Co to za awantury w środku nocy? - rzuciła się w obronie mężczyzny mama, ale ojciec ją zablokował, wepchnął do mieszkania i zamknął drzwi na klucz.
- Próbował się włamać, nie słyszałaś? Majstrował coś przy zamku, dobrze, że przyszedłem. Dziad stary wyliniały.
- Słyszałam coś, ale myślałam, że to Ty.
- Nie, to jakiś kutafon, cholera. Znasz go?
- Nie no gdzie, pierwszy raz go widzę. Ale co majstrował przy zamku? Czym?
- Klucze miał, skubany, chyba lokale pomylił. Dobrze, że nasze w drzwiach były.
- Czy ten pan miał niebieskie oczy? - spytałam, nie wychylając się zza framugi.
- Nie wiem dziecko, nie przyglądałem się jego oczom. A Ty czemu jeszcze nie śpisz? - odparł ojciec, starając się uspokoić.
- On miał takie samo ubranie jak ten kolega taty zza okna - powiedziałam zgodnie z prawdą - Ale tamten miał niebieskie oczy i brodę.
- O czym ona bredzi, jaki mój kolega zza okna? - nabrał podejrzliwości ojciec i skierował pełen powątpiewania wzrok na mamę.
- Ten gość miał brodę? - spytała rodzicielka.
- No miał - odpowiedział tata i znalazłam się na rekach mamy szybciej niż zdążyłam zaprotestować.
- Nie zostanę tu na noc, to jakaś paranoja. Ta ma jakieś zwidy, w nocy coś mi wali po oknach, Ty udajesz, że nie ma Cię w domu kiedy jesteś, przynosisz jakieś lalki do domu, wiedząc doskonale, że ona się ich boi...
- Niczego nie przyniosłem do jasnej anielki, ile razy Ci powtarzać? Jak mówię, że mnie nie ma w domu, to mnie nie ma. Po co miałbym Ci mówić inaczej? Masz. Chcesz dowodów? Zadzwonię do Pawła i on Ci potwierdzi.
- Nie chcę Twoich potwierdzeń. Jedziemy spać do Twojej mamy, dzwoń do niej.
- Ale ona już śpi.
- Albo do Twojej siostry. Nie obchodzi mnie to. Masz nam załatwić nocleg gdziekolwiek poza tym miejscem, rozumiesz? Ja tu nocuję sama, z dwójką małych dzieci, Ciebie całymi nocami nie ma, jeszcze jakiś obcy mężczyzna próbuje mi się włamać do domu w środku nocy i moja córka twierdzi, że go zna.
- To jest ten pan zza okna - dodałam szeptem i wylądowałam na rękach drugiego rodzica, podczas kiedy moja mama ruszyła do szafy w poszukiwaniu ubrań dla mojej siostry.
- Miał brązową kurtkę, brązowe spodnie, ciemną brodę i niebieskie oczy - powtarzałam ledwo słyszalnym głosem, kiedy w mieszkaniu panowało zamieszanie.
Godzinę później siedzieliśmy już na kanapie mojej cioci, podczas kiedy moja mama próbowała wyjaśnić jej powód tak późnej wizyty.
W domu kuzynostwa spędziliśmy więcej niż jedną noc. Moja mama nie chciała wracać do domu, a i mnie niespecjalnie się tam spieszyło.
Okazało się, że ojciec wypowiedział umowę wynajmu.
Jeszcze tej samej nocy poszedł do starszej kobiety, która wynajmowała wiele mieszkań w tym bloku i opowiedział o sytuacji.
- Ahaaa - odpowiedziała kobieta z uśmiechem - To pan pewnie mówi o poprzednim lokatorze. On jest niegroźny. Jest dziwny i czasem taki nieobecny, ale niegroźny.
- Zapomniał, że już tu nie mieszka? - zapytał wkurzony ojciec.
- Nie zapomniał, a może i zapomniał? On na coś chorował wie pan, z głową. Nawet zapomniał mi oddać klucze do mieszkania jak się stąd wyprowadzał. Albo zgubił, już nie pamiętam. On pewnie chciał się tylko przywitać, albo czegoś zapomniał jak się wyprowadzał.
Nie muszę chyba dodawać, że w stronę kobiety posypało się wiele nieprzychylnych epitetów, a nasze rzeczy zostały tydzień później przewiezione do kolejnego mieszkania.
Zamki nie zostały zmienione, ponieważ tak naprawdę niewiele mogliśmy w mieszkaniu zmienić w ramach umowy wynajmu.
Pewnie już wszystko układa Wam się w całość?
Cień człowieka rzucany na mojej ścianie każdej nocy, stukanie w parapet, mężczyzna którego widziałam kiedy moja mama wyszła do apteki, tajemnicza lalka do której posiadania nikt się nie przyznawał, nucący kołysankę wiatr?
Historia nie została przez nikogo wyjaśniona w pełni, ale ojciec nigdy nie przyznał się do kłamania o swoich nocnych przechadzkach po domu.
Biorąc pod uwagę to, oraz fakt, że poprzedni lokator (prawdopodobnie chory umysłowo) nigdy nie oddał wynajmującej kluczy do mieszkania, można wysnuć tylko dwa wyjaśnienia tej sprawy.
Albo miałam bardzo bujną wyobraźnię jako dziecko, mój ojciec był wielkim kłamcą i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności ktoś wielokrotnie mylił mieszkania...
Albo mieliśmy cichego obserwatora, który od pierwszego dnia naszego pobytu przyglądał nam się przez dłuższy czas z bardzo, bardzo bliska.
P.S. Zostawiajcie na noc klucze w drzwiach i zamykajcie okna na niższych piętrach. Nigdy nie wiadomo kto ma zapas i zechce życzyć Wam dobrej nocy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




