Wstaję rano, szykuję transporter i Morfinią książeczkę zdrowia. Czeka nas wizyta u weterynarza. Mama świnka na kontrolę guzów, małe prosiaczki na zwykły przegląd techniczny.
Morfina wie co oznaczają takie przygotowania. Ta książeczka może wróżyć tylko jedno - ciastki. Będą ciastki z fartucha wysokiego pana. Eksplozja radości zalewa mój pokój. Gryzonie obserwują mnie za to z niepokojem. To nie wygląda jak wybieg, to wcale nie wygląda jak wybieg.
Pakuję zwierzyniec, osłaniam transporter chłodnym ręcznikiem, bo żar z nieba leje się już o siódmej rano i wybieram komunikację miejską, co by mi się futra nie przegrzały w trakcie drogi przez pół miasta. Morfinie nie podoba się opcja pojazdu, ale w grę wchodzą ciastki. Świniak walczy więc z chorobą lokomocyjną i brakiem stabilności w łapach, podczas gdy drobiazgi usiłują wciągnąć ręcznik do środka przez otwory transportera.
Jest dość tłoczno. Ludzie jadą do pracy. Jakieś dziecko zagląda mi przez ramię.
- Mamo, a co tam pani ma? - pyta kobiety, balansując nad krzesełkiem.
- Usiądź, bo spadniesz - upomina ją zmęczona życiem rodzicielka.
- Ale co tam jest? Co?
- Spytaj pani, może Ci powie.
- Proszę pani, a co tam jest?
- Szczurki - odpowiadam.
- Szczurki mamo, tam są szczurki!
- Usiądź już, bo na nie wpadniesz. Przez takie osoby właśnie mamy plagę we Wrocławiu - rzuca kobieta.
- Niech mi pani wierzy, gdyby to takie szczury były odpowiedzialne za plagę, nie byłoby problemu - odpowiadam, zastanawiając się kiedy ludzie zaczną dostrzegać różnicę między zwierzętami hodowlanymi, a dzikimi. W końcu nikt na widok Mopsa nie krzyczy "wilk!".
- Jest ich coraz więcej, zaczynają się rzucać na ludzi - rozkręca się matka dziewczynki.
- Plaga się rozszerza, bo ludzie to okropne fleje i nie dość, że kupują więcej jedzenia niż są w stanie zjeść, to jeszcze nie wszystkie odpady trafiają na śmietnik. Jak ktoś nie potrafi wyrzucić jedzenia do kosza, tylko rzuca nim z balkonu, albo zostawia "dla ptaszków", to potem jest jedna wielka uczta szczura. To wina człowieka, który trawnik myli z wysypiskiem.
Kobieta milknie, jednak po chwili mówi tak żebym słyszała.
- Ładniejsze są chomiczki i króliczki, nie córcia?
- Są gusta i guściki - odpowiadam i wstaję, bo zbliża się mój przystanek.
Wychodzimy z tej nagrzanej puszki, poję moje futra i zmierzam w kierunku gabinetu. Morświn zna drogę i nie omieszka mi przypominać gdzie należy skręcić, a gdzie przejść przez pasy.
Wchodzimy do środka. O dziwo nie ma ludzi i lekarz zaprasza nas do gabinetu.
- W czym mogę pomóc?
- To duże na kontrolę tłuszczaków. Te mniejsze na przegląd.
- Wszyscy po kolei na wagę. Duże na dużą, małe na małą.
Wyniki są następujące:
Morfina: 30 kg
Karmel: 440 g
Popcorn: 488 g
Masło: 520 g
- Pies na dietę. Tak z dwa kilo musiałaby zrzucić - odpowiada lekarz, wklepując wyniki do komputera.
- Panie doktorze, ona jest na diecie. Tak od kilku lat.
- No to trzeba ograniczyć ciastka.
Morfina podnosi głowę i maszeruje do pana w białym fartuchu, podając mu łapę. Wie co znaczy to słowo. To słowo znaczy, że będzie zaraz rozdawane smaczne dobro.
- Ups - mówi lekarz, przemycając pod stołem psiego krakersa prosto po Świnkowego pyska - Tak jak mówiłem. Na dietę. Ten tłusty też - dodaje doktor wskazując na Masło, które przysypia właśnie na wadze. Musi być mu nad wyraz wygodnie.
- Tu może być większy problem. On żyje żeby jeść.
- Jak często je?
- Cały czas.
- Zwiększyć mu ruch w takim razie.
- Jakiś pomysł? Mam go szturchać dopóki się nie przesunie?
- Coś trzeba wymyślić. Można mu zrobić tor przeszkód z nagrodami. Może go to zachęci.
- Wątpię...
- A temu coś jest? - pyta lekarz, aplikując Morfinie drugie ciastko i wskazując na Popcorna, jeżącego się na słuchawki zostawione na kozetce.
- Nie. Temu się tylko wydaje, że jest bossem Włoskiej Mafii.
- Tłucze resztę?
- Nie do krwi.
- To może być. Ten ma wagę w miarę, ile one mają?
- Niecałe 5 miesięcy.
- To będą duże szczury.
- Zdaję sobie sprawę.
- A ten je mniej?
Morświn pochłania już trzecie ciastko, po jednym na każdego szczura.
- No ten zawsze był chudszy od reszty - odpowiadam, przyglądając się jak Karmel stoi na krawędzi kozetki i węszy za braćmi - Jest bardziej aktywny.
- Tego można trochę podtuczyć. Tak żeby dobił przynajmniej do 460 g.
- Rozumiem.
- Czyli tak, Golden do wagi 28 kg. Boss Mafii jest ok. Jak mu wzrośnie chęć mordu braci przez hormony i zacząłby się rzucać do krwi, to jaj cięcie może być konieczne.
- Tak, wiem. Póki co we wszystkich stadach mi się obyło.
- Prosiaczek kimający na wadze na dietę. Chudzielca można trochę porozpieszczać dobrociami. One nie mają nawet pół roku, a już ważą prawie po pół kilo. Ten pączek, to nawet więcej. Będą jak małe koty.
- Więcej do kochania - odpowiadam.
Lekarz po chwili przechodzi do macania Świnki, co spotyka się z jej aprobatą. Jak dla niej szukanie tych guzów mogłoby odbywać się cały czas.
- Dopóki jakoś bardzo nie będą rosły, nie będziemy usuwać - mówi weterynarz - Jest duże ryzyko, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej ostatni numer na stole operacyjnym.
Przychodzi kolej na oględziny drobiazgów. Pierwszy w kolejce jest przelewający się przez dłonie lekarza, zaspany Masło.
Płynny tłuszczyk ma w nosie kto go maca i ogląda, ważne żeby odłożył go potem do wygodnego łóżka.
Popcorn ma większe opory. Nie podoba mu się dłoń w rękawiczce i usiłuje zdjąć ją z lekarza. Ta sztuka mu się jednak nie udaje. Tak samo jak nie udaje mu się ucieczka na drugi koniec stołu.
Mina dezaprobaty i przymrużone oczy mówią "puść mnie, albo ranę po moich zębach będziesz jeszcze wnukom pokazywał".
Karmel również chce ratować dłoń doktora z objęć tego lateksowego potwora. Po chwili zmienia jednak plan i postanawia wspiąć się na ramię lekarza w poszukiwaniu ciasteczek. Kiedy zostaje unieruchomiony na stole, zaczyna lizać rękawiczkę. To nie to co ręka, ale też może być przyjacielem. Każdy może nim być.
Po oględzinach zbieram futra i odciągam to największe od kieszeni lekarza.
Wracamy do domu w ten sam sposób, tym razem miejsce obok zajmuje jednak dziewczyna która z zainteresowaniem dopytuje o zwierzęta w transporterze. Okazuje się, że też miała szczurki swego czasu i również jest wielbicielką glizdowych ogonów.
Miło ze swoim porozmawiać.
Wysiadam na przystanku, dochodzę do domu i wypuszczam zwierzyniec na swoje pozycje.
Teraz jak im przekazać te wieści?
Dwóch obywateli których imiona zaczynają się na "M" nie będzie zachwyconych diagnozą...
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
środa, 26 czerwca 2019
wtorek, 25 czerwca 2019
Co zrobić gdy znajdziemy małego dzikuska
Kiedy wynosiłam śmieci i rozdzielałam je do kolorowych pojemników, usłyszałam przypadkiem kawałek rozmowy małych dzieci (góra dziewięć lat) bawiących się przy trzepaku.
Dialog brzmiał mniej więcej tak:
- No i znalazłem go kurna w trawie. Leżał tak sobie, to razem z tatą go złapaliśmy i do domu go zabraliśmy.
- I co, masz teraz tego królika?
- Nie, strasznie dziki był. Musieliśmy go wypuścić na dwór, ale z parę dni go miałem.
Zamarłam. Albo chłopczyk znalazł porzuconego królika hodowlanego, albo wziął do domu dzikiego królika / zająca i pozbył się go po kilku dniach.
Jako jednak, że dzieci często mają bogatą wyobraźnię, udałam się do rodziców chłopca. Znałam ich dobrze jako, że kilka lat temu pomagałam w angielskim ich starszemu synowi.
Podeszłam do drzwi, zapukałam, sąsiad otworzył i bez zbędnego zawracania głowy, zaczęłam od:
- Dzień dobry, słyszałam, że znaleźliście Państwo ostatnio króliczka. To prawda?
- Tak. Koło kościoła, siedział w takich chaszczach i w ogóle się nie ruszał.
- A to był taki domowy królik, czy dziki?
- Dziki. Domowego bym poznał. Ileśmy się namęczyli żeby go złapać, a darło się to. No ale uratować chciałem. Matki nigdzie nie było, porzuciła go pewnie.
Czułam jak zalewa mnie fala bezsilności i wraz z gęsią skórką wędruje po moim karku.
- Macie go jeszcze? - zapytałam z nadzieją, chociaż z zeznań chłopca wynikało, że został on wypuszczony.
- Nie. Nie chciał nic jeść i dziki był strasznie, tośmy go wypuścili na zewnątrz.
- Jak dawno temu i gdzie?
- Z kilka dni temu? Koło placu zabaw.
- A dlaczego nie tam gdzie został znaleziony?
- Za daleko.
Tutaj nastąpiła długa pauza. Mężczyzna widział chyba po mojej minie, że zrobił coś nie tak. Wprosiłam się na herbatę. Wiedziałam, że to może nie być odpowiednia pora na odwiedziny, ale mało mnie to w tamtym momencie obchodziło. Najwyżej zostałabym wyproszona. Przeprowadziłam około półgodzinny wykład na temat "nie zabieramy młodych z ich naturalnego środowiska chyba, że są ranne, albo widzimy obok nich martwą matkę". Wytłumaczyłam sąsiadowi jak działają dzikie króliki i zające, oraz że młode prawdopodobnie nie było porzucone. Matka odwiedza je tylko dwa razy dziennie żeby je nakarmić i swoim zapachem nie zwabić drapieżników. Króliczek siedział cicho, bo tak zachowują się w razie zagrożenia - próbują nie zwracać na siebie uwagi, nawet jeśli drapieżnik stoi tuż przed nimi. Młode zazwyczaj są same, bo matka umieszcza je w różnych miejscach żeby zwiększyć ich szansę na przeżycie. Nawet jeśli drapieżnik znajdzie jedno, to reszcie może się upiec. Pokazałam mężczyźnie strony fundacji zajmujących się "uratowanymi" drobiazgami. Wytłumaczyłam, że odchowanie takiego malucha jest bardzo trudne nawet dla specjalistów i że zabierając go już w tamtej chwili skazał go na śmierć, natomiast wypuszczając go (do tego w innym miejscu niż został zabrany) tylko dopełnił dzieła. Ten króliczek był teraz martwy. Zjadł go drapieżnik których nie brakuje, bo mamy tutaj lisy i sowy, albo umarł z głodu.
Mężczyzna działał z dobrej woli. Nie kierowała nim arogancja, czy chęć posiadania nietypowego zwierzątka, ale zwykła niewiedza. Chciał pomóc, a tylko zaszkodził.
Był w szoku, że tak to się odbywa w naturze. Przyswoił te informacje i obiecał, że już nigdy takiego maleństwa nie zabiorą, obojętnie czy będzie to królik, sarenka, mała myszka, czy pisklak.
Zabrałam Morfinę i obeszłam plac zabaw dookoła uznając, że jeśli ktokolwiek mógłby znaleźć to maleństwo to tylko psi nos. Oczywiście było jak przypuszczałam i ślad po króliczku zaginął.
Tutaj prośba do wszystkich czytających, chociaż wielu z Was pewnie już o tym wie.
Co więc zrobić jeśli przypadkiem znajdzie się takie małe "porzucone" zwierzątko?
Jeśli mamy pewność, że nie jest to zwierzę domowe, to akceptujemy fakt, że matka go nie porzuciła. Jeśli młode nie jest ranne i nie ma w pobliżu martwej matki oddalamy się powoli od miejsca, nie "ojojamy", nie dotykamy, nie podnosimy, nie przenosimy, nie rozczulamy się jakie słodkie, nie chuchamy na nie, nie krzyczymy. Odchodzimy, dając mu spokój i nie stresując bardziej niż to potrzebne. Matka nie podejdzie do młodego, widząc przy nim drapieżnika, a zostawiając na nim swój zapach zwiększamy tylko szansę, że młode zostanie odrzucone.
Nie "pomagajmy" w ten sposób, bo tak naprawdę tylko szkodzimy.
Niestety fundacje i schroniska zgłaszają coraz więcej takich "znalezisk" i "odratowańców" kiedy tak naprawdę żadne z tych młodych nie wymagało odratowania. Teraz wymaga, bo profesjonaliści walczą o jego życie i starają się je wykarmić, dogrzać i nie stresować zbytnio, co nie jest łatwe.
Jest sezon wakacyjny. Niestety wiele zwierząt domowych traci teraz dach nad głową i zostaje porzuconych - w lesie, na śmietniku, przy drodze. To im można pomagać, bo one tej pomocy realnie potrzebują.
Dialog brzmiał mniej więcej tak:
- No i znalazłem go kurna w trawie. Leżał tak sobie, to razem z tatą go złapaliśmy i do domu go zabraliśmy.
- I co, masz teraz tego królika?
- Nie, strasznie dziki był. Musieliśmy go wypuścić na dwór, ale z parę dni go miałem.
Zamarłam. Albo chłopczyk znalazł porzuconego królika hodowlanego, albo wziął do domu dzikiego królika / zająca i pozbył się go po kilku dniach.
Jako jednak, że dzieci często mają bogatą wyobraźnię, udałam się do rodziców chłopca. Znałam ich dobrze jako, że kilka lat temu pomagałam w angielskim ich starszemu synowi.
Podeszłam do drzwi, zapukałam, sąsiad otworzył i bez zbędnego zawracania głowy, zaczęłam od:
- Dzień dobry, słyszałam, że znaleźliście Państwo ostatnio króliczka. To prawda?
- Tak. Koło kościoła, siedział w takich chaszczach i w ogóle się nie ruszał.
- A to był taki domowy królik, czy dziki?
- Dziki. Domowego bym poznał. Ileśmy się namęczyli żeby go złapać, a darło się to. No ale uratować chciałem. Matki nigdzie nie było, porzuciła go pewnie.
Czułam jak zalewa mnie fala bezsilności i wraz z gęsią skórką wędruje po moim karku.
- Macie go jeszcze? - zapytałam z nadzieją, chociaż z zeznań chłopca wynikało, że został on wypuszczony.
- Nie. Nie chciał nic jeść i dziki był strasznie, tośmy go wypuścili na zewnątrz.
- Jak dawno temu i gdzie?
- Z kilka dni temu? Koło placu zabaw.
- A dlaczego nie tam gdzie został znaleziony?
- Za daleko.
Tutaj nastąpiła długa pauza. Mężczyzna widział chyba po mojej minie, że zrobił coś nie tak. Wprosiłam się na herbatę. Wiedziałam, że to może nie być odpowiednia pora na odwiedziny, ale mało mnie to w tamtym momencie obchodziło. Najwyżej zostałabym wyproszona. Przeprowadziłam około półgodzinny wykład na temat "nie zabieramy młodych z ich naturalnego środowiska chyba, że są ranne, albo widzimy obok nich martwą matkę". Wytłumaczyłam sąsiadowi jak działają dzikie króliki i zające, oraz że młode prawdopodobnie nie było porzucone. Matka odwiedza je tylko dwa razy dziennie żeby je nakarmić i swoim zapachem nie zwabić drapieżników. Króliczek siedział cicho, bo tak zachowują się w razie zagrożenia - próbują nie zwracać na siebie uwagi, nawet jeśli drapieżnik stoi tuż przed nimi. Młode zazwyczaj są same, bo matka umieszcza je w różnych miejscach żeby zwiększyć ich szansę na przeżycie. Nawet jeśli drapieżnik znajdzie jedno, to reszcie może się upiec. Pokazałam mężczyźnie strony fundacji zajmujących się "uratowanymi" drobiazgami. Wytłumaczyłam, że odchowanie takiego malucha jest bardzo trudne nawet dla specjalistów i że zabierając go już w tamtej chwili skazał go na śmierć, natomiast wypuszczając go (do tego w innym miejscu niż został zabrany) tylko dopełnił dzieła. Ten króliczek był teraz martwy. Zjadł go drapieżnik których nie brakuje, bo mamy tutaj lisy i sowy, albo umarł z głodu.
Mężczyzna działał z dobrej woli. Nie kierowała nim arogancja, czy chęć posiadania nietypowego zwierzątka, ale zwykła niewiedza. Chciał pomóc, a tylko zaszkodził.
Był w szoku, że tak to się odbywa w naturze. Przyswoił te informacje i obiecał, że już nigdy takiego maleństwa nie zabiorą, obojętnie czy będzie to królik, sarenka, mała myszka, czy pisklak.
Zabrałam Morfinę i obeszłam plac zabaw dookoła uznając, że jeśli ktokolwiek mógłby znaleźć to maleństwo to tylko psi nos. Oczywiście było jak przypuszczałam i ślad po króliczku zaginął.
Tutaj prośba do wszystkich czytających, chociaż wielu z Was pewnie już o tym wie.
Nie zabieramy młodych dzikich zwierząt, nie dotykamy ich, nie zbliżamy się do nich.
Jeśli mamy pewność, że nie jest to zwierzę domowe, to akceptujemy fakt, że matka go nie porzuciła. Jeśli młode nie jest ranne i nie ma w pobliżu martwej matki oddalamy się powoli od miejsca, nie "ojojamy", nie dotykamy, nie podnosimy, nie przenosimy, nie rozczulamy się jakie słodkie, nie chuchamy na nie, nie krzyczymy. Odchodzimy, dając mu spokój i nie stresując bardziej niż to potrzebne. Matka nie podejdzie do młodego, widząc przy nim drapieżnika, a zostawiając na nim swój zapach zwiększamy tylko szansę, że młode zostanie odrzucone.
Nie "pomagajmy" w ten sposób, bo tak naprawdę tylko szkodzimy.
Niestety fundacje i schroniska zgłaszają coraz więcej takich "znalezisk" i "odratowańców" kiedy tak naprawdę żadne z tych młodych nie wymagało odratowania. Teraz wymaga, bo profesjonaliści walczą o jego życie i starają się je wykarmić, dogrzać i nie stresować zbytnio, co nie jest łatwe.
Jest sezon wakacyjny. Niestety wiele zwierząt domowych traci teraz dach nad głową i zostaje porzuconych - w lesie, na śmietniku, przy drodze. To im można pomagać, bo one tej pomocy realnie potrzebują.
poniedziałek, 24 czerwca 2019
Wykład o skomplikowanych rytuałach kobiecych w toaletach publicznych
Pół godziny przed egzaminem. Wykorzystuję ostatnie chwile na powtórzenie materiału, więc z notatkami na kolanie przyglądam się wzorom i metodyce obliczania RLM. Zajmuję jedyne wolne miejsce pośrodku. Po lewej mam naburmuszoną dziewczynę, po prawej jej podpitego chłopaka który najwyraźniej coś przeskrobał. Kawaler nie wygląda jednak jakby się przejmował i z rogalem na ustach przygląda się moim rozłożonym kartkom.
- Mądre to - rzecze i spoglądając na swą lubą dodaje - Kobiety na Politechniiki, nie misia?
- Nie odzywaj się do mnie - odpowiada dziewczyna i nie zwracając uwagi na chłopaka wlepia wzrok w ekran komórki.
- Kobiety są skomplikowane - wzdycha chłopak i studiuje razem ze mną notatki. Nie znam go, ale niespecjalnie mi przeszkadza wspólne czytanie, o ile tylko nie są to moje wiadomości prywatne. Skoro go interesuje prędkość przepływu zlewni, niech sobie patrzy.
- Misia nie gniewaj się - podejmuje drugą próbę podchmielony zalotnik, ale dziewczyna pozostaje nieugięta.
- Może się przesiądę i zrobię Wam miejsce obok siebie? - pytam w końcu, bo trochę mi głupio, że para musi rozmawiać przez osobę trzecią. To na pewno nie jest wygodne.
- Nie! Proszę siedzieć, ja z nim rozmawiać nie mam zamiaru - odpowiada dziewczyna i wraca do komórki. No nic. Skoro nie, to wracam do notatek.
Trochę szkoda mi chłopaka. Nie wiem co zrobił, ale musiał mocno sobie nagrabić, że doprowadził do takiego stanu. Albo i nie. Niektórzy potrafią obrażać się o błahostki.
- Kobiety są dziwne - powtarza chłopak - Na przykład. Jak facet sika w publicznej toalecie, to sika. Strumieniem takim mocnym i długim, albo i nie. To zależy jaki kto ma sprzęt. Ale sika ogólnie. Nie staje obok pisuaru kogoś innego, bo to jest dziwne, ale nie wstydzi się sikać. A laski jak sikają, to żeby tylko najciszej i nikt z kabiny obok nie usłyszał, że one przypadkiem sikają bo przecież normalni ludzie nie sikają. Nie dość, że sobie gniazdo z papieru najpierw muszą uwić, to potem jeszcze strumień cichacz, bo kurde ktoś usłyszy, że ona sika! Przecież to jest normalny proces fizjo... fizjologiczny. To jakby się wstydzić pić. Bo to ten sam proces co picie, tylko na odwrót. Już końcowa faza. Jak w tej oczyszczalni ścieków tu - wskazuje na schemat chłopak - Tu się zagęszcza, tu jest ta... filtracja, o właśnie a tu jest osad nadmierny i się go odprowadza. Tak jak siku. Co w tym takiego kurcze dziwnego?
Trochę racji ma, ale zastanawia mnie skąd zna szczegóły procesu opróżniania pęcherza przez kobiety w damskiej toalecie. Jego dziewczyna chyba też dochodzi do tego wniosku, bo odwraca się do chłopaka i z miną pod tytułem "masz prawo zachować milczenie i lepiej z niego skorzystaj, bo od tej pory każde słowo może być użyte przeciwko Tobie" pyta człowieka herbu browar:
- A skąd Ty to niby możesz wiedzieć? Do damskich sobie chadzasz, podglądaczu jeden?
- Nie. Kolega mi mówił.
- Akurat kolega. Jesteś bezczelny.
- Ale znowu się do mnie odzywasz.
- Wcale nie!
- No jak nie...
Dyskusja trwa jeszcze chwilę i w końcowej fazie rozmów niemal dochodzi do rękoczynów. Ręce fruwają mi przed oczami to tu to tam, a ja zastanawiam się czy można by zamienić w tym ułożeniu piaskownik na sita gęste.
Para w końcu opuszcza swoje miejsca i wychodzi, zostawiając mnie i moje notatki. Najpierw autobus opuszcza dziewczyna, tuż za nią podąża jej chłopak.
Nie wspomniałam...
Cała sytuacja, włącznie z rozważaniem nad procesem oddawania moczu przez kobiety dzieje się w zatłoczonej komunikacji miejskiej, na tylnych siedzeniach autobusu...
niedziela, 23 czerwca 2019
Pogryziony przez Morfinę
Macie czasem tak, że robicie sobie półgodzinną drzemkę po obiedzie, a budzicie się trzy godziny później, nie wiedząc w jakiej czasoprzestrzeni się obecnie znajdujecie?
Tak się kończą wszystkie moje drzemki. Najgorzej jest w zimę, bo kiedy spoglądam na zegarek i widzę 7:00, nie wiem czy jest to siódma rano, czy wieczorem i czy spałam 3 godziny, czy 15.
Teraz na szczęście można to określić po położeniu słońca. Kolejny powód żeby szanować lato.
Budzę się z takiej drzemki, zastanawiając się który mamy rok i z odciśniętym guziczkiem na policzku zakładam psu obrożę. Idziemy na spacer, bo po co się najpierw wybudzać? Wybudzę się na zewnątrz.
Pies drepcze zadowolony na luźnej smyczy, podczas kiedy ja próbuję nogami ogarnąć grawitację i poruszając się jak ośmiornica wyciągnięta z wody, prę naprzód.
Na horyzoncie widzę kobietę z Cocker Spanielem, któremu jakiś groomer zrobił krzywdę golarką. Pies idzie grzecznie obok swojej pani. Wyminiemy się bez problemu, może nawet psy się ze sobą przywitają i każda z nas pójdzie w swoją stronę - taki racjonalny scenariusz układa się w mojej głowie. Jednak kiedy tylko kobieta nas zauważa, robi psu windę smyczą i wciąga go na ręce. Dzieje się to tak szybko, że mój mózg przez chwilę nie rejestruje smyczy i zastanawiam się, czy kobieta jest Yodą i właśnie siłą telekinezy przeniosła psa z ziemi w swoje objęcia. Do kompletu jak spod ziemi wyrasta obok niej druga kobieta w podobnym wieku, tuląc do siebie stworzenie o oczach większych niż jego głowa, a o głowie większej niż reszta ciała.
Staję w miejscu i rozglądam się dookoła szukając innych czarodziejów. Trafiłam na jakiś portal do Hogwartu, nie ma innej opcji. McGonagall z nadwagą trzymająca psa który przed chwilą przelewitował w jej ramiona i koleżanka z sową w objęciach również stoją nieruchomo. Czekam aż któraś z nich zmieni się w kota. Na tym etapie łyknęłabym wszystko, może w końcu wręczą mi mój list z Hogwartu. Trochę spóźniony, ale to pewnie wina tej niepełnosprawnej sowy która cała się trzęsie i rozgląda dookoła jak mała surykatka.
Nagle czarodziejka z psem przerywa ciszę i rzecze do koleżanki, nie spuszczając wzroku z Morfiny:
- To ten pies.
Na wszelki wypadek oglądam się za siebie, ale panie zdecydowanie patrzą na mojego psa. Co to, to nie. Nie oddam psa nawet specjalistkom od czarnej magii. W tym momencie przypomina mi się scena z książki w której Pettigriew okazuje się być animagiem i może bez problemu zmieniać się z człowieka w szczura i na odwrót. Teraz i ja przyglądam się Morfinie, czekając na wielkie objawienie. Jeśli przez tyle lat obserwowała moje poczynania i milczała będąc tak naprawdę człowiekiem, to mamy teraz duży problem.
- To on pogryzł Tofika - dociera do mnie głos kobiety.
Jest za wcześnie na intensywne myślenie, ale moje komórki mózgowe robią co mogą żeby rozwiązać tę zagadkę. Panie najwyraźniej myślą, że Morfina kogoś pogryzła. Albo pomyliły psa, albo Świniak ma dużo bardziej tajemnicze życie niż przypuszczałam.
Ruszam przed siebie i z rozczarowaniem odkrywam, że to stworzenie należące do drugiej kobiety to nie sowa, a Chihuahua. Chyba czas na okulary.
- Chodź na bok, bo jeszcze doskoczy i znowu będę musiała go szyć - mówi z oburzeniem kobieta i schodzi z chodnika na trawnik.
No nie. Nikt nie będzie robił ptysiowi złej reputacji, do tego fałszywej. Już prędzej bym uwierzyła, że ja pogryzłam tego psa niż, że zrobiła to Morfina.
- Przepraszam bardzo - mówię najmniej zaspanym głosem jaki jestem w stanie z siebie wykrzesać. Zdaję sobie sprawę, że wyglądam teraz jak narkoman po dobrej imprezie - Panie chyba mylą z jakimś innym psem mojego psa.
Analizuję zdanie które w mojej głowie brzmiało lepiej, ale odpuszczam dla dobra sprawy.
- Pani pies pogryzł mojego Tofika! Miał dwanaście szwów, a to już starszy pies. Się nie spuszcza takich bydlaków jak się nad nimi nie panuje.
- Proszę pani, mój pies nawet jakby chciał to nie potrafiłby ugryźć. Ona po prostu nie wie jak to się robi.
- Ona? - pyta druga kobieta.
- No tak. Ona. To suczka jest.
- Mówiłaś, że tamten to był samiec - rzecze kobieta z psią sówką której oczka wyskoczą zaraz z orbitek.
- Tak mi się zdawało - mówi już mniej pewnie oskarżycielka i przygląda się Morfinie.
- Czy ja byłam wtedy z psem? - pytam żeby potwierdzić prawidłową wersję zdarzeń.
- Nie, to była taka szczupła pani w blond włosach.
- Niestety. Ten pies wychodzi tylko ze mną, albo z moją mamą, która nie jest ani blond, ani szczupła.
- To to nie jest ten pies? Ale jest identyczny.
- Wie pani ta rasa jest dość popularna. W naszym mieście jest siedem takich psów, jak nie więcej. Zapewniam panią, że ten konkretny osobnik nikogo by nie pogryzł.
- Aha.
- Może pani puścić pieska. Nic mu nie grozi.
- Rzeczywiście tamten był chyba trochę większy.
Po chwili kobieta zaczyna bardziej ufać uległemu Świniakowi, który leżąc na boku skubie trawę i merda ogonem do wszechświata. Oba psy lądują finalnie na ziemi, witają się z Morfiną, a uspokojone panie odchodzą w swoją stronę.
Zastanawia mnie tylko z którego Goldena taki agresor, zdolny do rozprucia podstarzałego Cockera. To chyba dowód na to, że w nieodpowiednich rękach nawet łyżka może być zabójczą bronią.
Tak się kończą wszystkie moje drzemki. Najgorzej jest w zimę, bo kiedy spoglądam na zegarek i widzę 7:00, nie wiem czy jest to siódma rano, czy wieczorem i czy spałam 3 godziny, czy 15.
Teraz na szczęście można to określić po położeniu słońca. Kolejny powód żeby szanować lato.
Budzę się z takiej drzemki, zastanawiając się który mamy rok i z odciśniętym guziczkiem na policzku zakładam psu obrożę. Idziemy na spacer, bo po co się najpierw wybudzać? Wybudzę się na zewnątrz.
Pies drepcze zadowolony na luźnej smyczy, podczas kiedy ja próbuję nogami ogarnąć grawitację i poruszając się jak ośmiornica wyciągnięta z wody, prę naprzód.
Na horyzoncie widzę kobietę z Cocker Spanielem, któremu jakiś groomer zrobił krzywdę golarką. Pies idzie grzecznie obok swojej pani. Wyminiemy się bez problemu, może nawet psy się ze sobą przywitają i każda z nas pójdzie w swoją stronę - taki racjonalny scenariusz układa się w mojej głowie. Jednak kiedy tylko kobieta nas zauważa, robi psu windę smyczą i wciąga go na ręce. Dzieje się to tak szybko, że mój mózg przez chwilę nie rejestruje smyczy i zastanawiam się, czy kobieta jest Yodą i właśnie siłą telekinezy przeniosła psa z ziemi w swoje objęcia. Do kompletu jak spod ziemi wyrasta obok niej druga kobieta w podobnym wieku, tuląc do siebie stworzenie o oczach większych niż jego głowa, a o głowie większej niż reszta ciała.
Staję w miejscu i rozglądam się dookoła szukając innych czarodziejów. Trafiłam na jakiś portal do Hogwartu, nie ma innej opcji. McGonagall z nadwagą trzymająca psa który przed chwilą przelewitował w jej ramiona i koleżanka z sową w objęciach również stoją nieruchomo. Czekam aż któraś z nich zmieni się w kota. Na tym etapie łyknęłabym wszystko, może w końcu wręczą mi mój list z Hogwartu. Trochę spóźniony, ale to pewnie wina tej niepełnosprawnej sowy która cała się trzęsie i rozgląda dookoła jak mała surykatka.
Nagle czarodziejka z psem przerywa ciszę i rzecze do koleżanki, nie spuszczając wzroku z Morfiny:
- To ten pies.
Na wszelki wypadek oglądam się za siebie, ale panie zdecydowanie patrzą na mojego psa. Co to, to nie. Nie oddam psa nawet specjalistkom od czarnej magii. W tym momencie przypomina mi się scena z książki w której Pettigriew okazuje się być animagiem i może bez problemu zmieniać się z człowieka w szczura i na odwrót. Teraz i ja przyglądam się Morfinie, czekając na wielkie objawienie. Jeśli przez tyle lat obserwowała moje poczynania i milczała będąc tak naprawdę człowiekiem, to mamy teraz duży problem.
- To on pogryzł Tofika - dociera do mnie głos kobiety.
Jest za wcześnie na intensywne myślenie, ale moje komórki mózgowe robią co mogą żeby rozwiązać tę zagadkę. Panie najwyraźniej myślą, że Morfina kogoś pogryzła. Albo pomyliły psa, albo Świniak ma dużo bardziej tajemnicze życie niż przypuszczałam.
Ruszam przed siebie i z rozczarowaniem odkrywam, że to stworzenie należące do drugiej kobiety to nie sowa, a Chihuahua. Chyba czas na okulary.
- Chodź na bok, bo jeszcze doskoczy i znowu będę musiała go szyć - mówi z oburzeniem kobieta i schodzi z chodnika na trawnik.
No nie. Nikt nie będzie robił ptysiowi złej reputacji, do tego fałszywej. Już prędzej bym uwierzyła, że ja pogryzłam tego psa niż, że zrobiła to Morfina.
- Przepraszam bardzo - mówię najmniej zaspanym głosem jaki jestem w stanie z siebie wykrzesać. Zdaję sobie sprawę, że wyglądam teraz jak narkoman po dobrej imprezie - Panie chyba mylą z jakimś innym psem mojego psa.
Analizuję zdanie które w mojej głowie brzmiało lepiej, ale odpuszczam dla dobra sprawy.
- Pani pies pogryzł mojego Tofika! Miał dwanaście szwów, a to już starszy pies. Się nie spuszcza takich bydlaków jak się nad nimi nie panuje.
- Proszę pani, mój pies nawet jakby chciał to nie potrafiłby ugryźć. Ona po prostu nie wie jak to się robi.
- Ona? - pyta druga kobieta.
- No tak. Ona. To suczka jest.
- Mówiłaś, że tamten to był samiec - rzecze kobieta z psią sówką której oczka wyskoczą zaraz z orbitek.
- Tak mi się zdawało - mówi już mniej pewnie oskarżycielka i przygląda się Morfinie.
- Czy ja byłam wtedy z psem? - pytam żeby potwierdzić prawidłową wersję zdarzeń.
- Nie, to była taka szczupła pani w blond włosach.
- Niestety. Ten pies wychodzi tylko ze mną, albo z moją mamą, która nie jest ani blond, ani szczupła.
- To to nie jest ten pies? Ale jest identyczny.
- Wie pani ta rasa jest dość popularna. W naszym mieście jest siedem takich psów, jak nie więcej. Zapewniam panią, że ten konkretny osobnik nikogo by nie pogryzł.
- Aha.
- Może pani puścić pieska. Nic mu nie grozi.
- Rzeczywiście tamten był chyba trochę większy.
Po chwili kobieta zaczyna bardziej ufać uległemu Świniakowi, który leżąc na boku skubie trawę i merda ogonem do wszechświata. Oba psy lądują finalnie na ziemi, witają się z Morfiną, a uspokojone panie odchodzą w swoją stronę.
Zastanawia mnie tylko z którego Goldena taki agresor, zdolny do rozprucia podstarzałego Cockera. To chyba dowód na to, że w nieodpowiednich rękach nawet łyżka może być zabójczą bronią.
sobota, 22 czerwca 2019
Babciny sposób na podglądacza
Kolejna babcina historia, która przypomniała mi się w związku z pewnym wydarzeniem.
Było to lata temu, kiedy moja babcia była jeszcze sprawna i nie potrzebowała wózka, balkonika, ani kuli do poruszania się. Mieszkaliśmy wtedy na czwartym piętrze, a moja babcia na trzecim.
Babcia często przychodziła do nas nocować. Jako, że było to czwarte piętro, latem bywało tak gorąco, że chodziła po domu w samej podomce. Każdy narzucał na siebie minimum ubrania, a w nocy najcieńszą koszulę nocną jaka tylko istniała.
Pewnego dnia moja mama dowiedziała się, że w bloku naprzeciwko mieszka pewien starszy pan z lunetą i sprzętem do oglądania nocnych zjawisk astronomicznych na niebie. Mężczyzna jednak bardziej niż kosmosem zainteresowany był skromnym odzieniem mojej mamy i kilku innych sąsiadek które nocą lubiły palić przy otwartym balkonie w stroju skromnym, lecz zakrywającym co trzeba. Nie mieliśmy wtedy rolet, ani zasłon, więc podglądanie kogoś w nocy nie było znowu takim wyzwaniem.
Jak nietrudno się domyślić wywołało to oburzenie mojej rodzicielki, która postanowiła z samego rana iść do starszego pana i porozmawiać z nim, nie przebierając w słowach.
Kiedy wróciła do domu pełna frustracji i zażenowania, zwróciło to uwagę mojej babci która spytała co chodzi. Po przedstawieniu jej sytuacji babcia uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- Pewnego dnia go oczy zapieką. Pewnego dnia.
Znałam moją babcię dość długo i spędzałam z nią na tyle dużo czasu, że wiedziałam co oznacza sformułowanie "pewnego dnia". Oznaczało to, że babcia ma plan, a sąsiad przekichane, chociaż jeszcze o tym nie wiedział.
Nadszedł wieczór, a babcia chodząc po domu narzekała na to jak upalnie i parno będzie tej nocy.
- Można nago spać - odparła żartując. Przynajmniej wtedy myślałam, że był to żart. Z moją babcią czasami ciężko było zgadnąć kiedy mówiła poważnie, a kiedy śmieszkowała. Była nieobliczalna (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) i nie przejmowała się opinią obcych.
W tym miejscu wypada zaznaczyć iż moja babcia całe życie była kobietą potężną. I mówiąc "potężną" mam na myśli sporo ponad 100 kg żywej masy. Było się do czego przytulać, jednak objęcie jej całej było zadaniem nie do osiągnięcia przez jednego człowieka.
W naszym domu były wówczas same kobiety. Ja, moja mama, moja mała siostra, oraz babcia. Męska część ekipy albo dość wcześnie wypisywała się z funkcji rodziny, albo wieczory spędzała w barach.
Babcia miała więc plan porażenia swoim kobiecym wdziękiem starszego mężczyzny, a była to kobieta która swój plan zawsze doprowadzała do końca, choćby się góry waliły. Babcina nagość była dla nas normą, chociaż nie chodziła ona po domu na waleta. Myłyśmy jej plecy, zmieniałyśmy opatrunki, smarowałyśmy kremem kiedy coś ją bolało, więc z widokiem byłyśmy oswojone. Kiedy wszyscy przebrali się już w piżamki i szykowali łóżka do spania, babcia wyszła do okna na papieroska, w samej haleczce. Szybko wypatrzyła sąsiada z lornetką i niewiele myśląc zrzuciła z siebie ubranie. Można by pomyśleć, że to wystarczyłoby żeby albo zniechęcić podglądacza, albo bardziej go zmotywować, ale moja babcia zawsze szła na całość. Zaczęła pokazując środkowe palce krzyczeć w stronę staruszka:
- Młodych się zachciało dziadu? Tu patrz! Tu! Tu masz ciało w swoim wieku. Co? Co się chowasz za firaną, widzę Cię. Wszyscy tu wiedzą, że jesteś zboczeniec. Takiś niewyżyty? Masz, patrz sobie! Kobiety żeś nie widział? Twoja Ci nie daje popatrzeć? To obejrzyj sobie, a rano porozmawiam z Krysią (żona sąsiada) o tym w jakich kobietach gustujesz pedofilu Ty!
Pamiętam, że byłam w takim szoku siedząc na krześle i obserwując znad książki babcine pośladki i mamę próbującą odciągnąć ją od okna, że przez chwilę zapomniałam mrugać i oddychać.
Sąsiad zniknął za zasłoną zanim na balkonach pojawili się zaciekawieni ludzie. Pewnie kilku z nich widziało babcię na waleta krzyczącą na sąsiada, ale mało ją to obchodziło. Nie krępowała się i nie miała kompleksów. Nie biegała nago po ulicach, ale też nie wahała się użyć takiej broni w obliczu zwykłego chamstwa.
- Mamo, co Ty wyprawiasz? - pytała mama, wciągając babcię do środka.
- Zobaczysz, on już więcej nie będzie podglądał po takim widoku. Może nawet będzie miał koszmary - odpowiedziała babcia, wrzucając na siebie halkę.
Jeśli dla kogoś takie zachowanie jest gorszące i nie na miejscu, to znaczy, że nigdy nie znał nikogo o metodyce rozwiązywania problemów mojej babci. Sposoby są brutalne, ale zazwyczaj bardzo skuteczne.
Sąsiad więcej nie podglądał kobiet. Obeszło się bez rozmowy z jego żoną, a nawet bez rozmowy z nim. Od tej pory nie obserwował nawet gwiazd. Po zmroku nie wychodził do okna. Jego rolety były zasłonięte od 18 do samego rana.
Można więc powiedzieć, że podziałało, chociaż sama na taki ruch bym się raczej nie odważyła.
Było to lata temu, kiedy moja babcia była jeszcze sprawna i nie potrzebowała wózka, balkonika, ani kuli do poruszania się. Mieszkaliśmy wtedy na czwartym piętrze, a moja babcia na trzecim.
Babcia często przychodziła do nas nocować. Jako, że było to czwarte piętro, latem bywało tak gorąco, że chodziła po domu w samej podomce. Każdy narzucał na siebie minimum ubrania, a w nocy najcieńszą koszulę nocną jaka tylko istniała.
Pewnego dnia moja mama dowiedziała się, że w bloku naprzeciwko mieszka pewien starszy pan z lunetą i sprzętem do oglądania nocnych zjawisk astronomicznych na niebie. Mężczyzna jednak bardziej niż kosmosem zainteresowany był skromnym odzieniem mojej mamy i kilku innych sąsiadek które nocą lubiły palić przy otwartym balkonie w stroju skromnym, lecz zakrywającym co trzeba. Nie mieliśmy wtedy rolet, ani zasłon, więc podglądanie kogoś w nocy nie było znowu takim wyzwaniem.
Jak nietrudno się domyślić wywołało to oburzenie mojej rodzicielki, która postanowiła z samego rana iść do starszego pana i porozmawiać z nim, nie przebierając w słowach.
Kiedy wróciła do domu pełna frustracji i zażenowania, zwróciło to uwagę mojej babci która spytała co chodzi. Po przedstawieniu jej sytuacji babcia uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- Pewnego dnia go oczy zapieką. Pewnego dnia.
Znałam moją babcię dość długo i spędzałam z nią na tyle dużo czasu, że wiedziałam co oznacza sformułowanie "pewnego dnia". Oznaczało to, że babcia ma plan, a sąsiad przekichane, chociaż jeszcze o tym nie wiedział.
Nadszedł wieczór, a babcia chodząc po domu narzekała na to jak upalnie i parno będzie tej nocy.
- Można nago spać - odparła żartując. Przynajmniej wtedy myślałam, że był to żart. Z moją babcią czasami ciężko było zgadnąć kiedy mówiła poważnie, a kiedy śmieszkowała. Była nieobliczalna (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) i nie przejmowała się opinią obcych.
W tym miejscu wypada zaznaczyć iż moja babcia całe życie była kobietą potężną. I mówiąc "potężną" mam na myśli sporo ponad 100 kg żywej masy. Było się do czego przytulać, jednak objęcie jej całej było zadaniem nie do osiągnięcia przez jednego człowieka.
W naszym domu były wówczas same kobiety. Ja, moja mama, moja mała siostra, oraz babcia. Męska część ekipy albo dość wcześnie wypisywała się z funkcji rodziny, albo wieczory spędzała w barach.
Babcia miała więc plan porażenia swoim kobiecym wdziękiem starszego mężczyzny, a była to kobieta która swój plan zawsze doprowadzała do końca, choćby się góry waliły. Babcina nagość była dla nas normą, chociaż nie chodziła ona po domu na waleta. Myłyśmy jej plecy, zmieniałyśmy opatrunki, smarowałyśmy kremem kiedy coś ją bolało, więc z widokiem byłyśmy oswojone. Kiedy wszyscy przebrali się już w piżamki i szykowali łóżka do spania, babcia wyszła do okna na papieroska, w samej haleczce. Szybko wypatrzyła sąsiada z lornetką i niewiele myśląc zrzuciła z siebie ubranie. Można by pomyśleć, że to wystarczyłoby żeby albo zniechęcić podglądacza, albo bardziej go zmotywować, ale moja babcia zawsze szła na całość. Zaczęła pokazując środkowe palce krzyczeć w stronę staruszka:
- Młodych się zachciało dziadu? Tu patrz! Tu! Tu masz ciało w swoim wieku. Co? Co się chowasz za firaną, widzę Cię. Wszyscy tu wiedzą, że jesteś zboczeniec. Takiś niewyżyty? Masz, patrz sobie! Kobiety żeś nie widział? Twoja Ci nie daje popatrzeć? To obejrzyj sobie, a rano porozmawiam z Krysią (żona sąsiada) o tym w jakich kobietach gustujesz pedofilu Ty!
Pamiętam, że byłam w takim szoku siedząc na krześle i obserwując znad książki babcine pośladki i mamę próbującą odciągnąć ją od okna, że przez chwilę zapomniałam mrugać i oddychać.
Sąsiad zniknął za zasłoną zanim na balkonach pojawili się zaciekawieni ludzie. Pewnie kilku z nich widziało babcię na waleta krzyczącą na sąsiada, ale mało ją to obchodziło. Nie krępowała się i nie miała kompleksów. Nie biegała nago po ulicach, ale też nie wahała się użyć takiej broni w obliczu zwykłego chamstwa.
- Mamo, co Ty wyprawiasz? - pytała mama, wciągając babcię do środka.
- Zobaczysz, on już więcej nie będzie podglądał po takim widoku. Może nawet będzie miał koszmary - odpowiedziała babcia, wrzucając na siebie halkę.
Jeśli dla kogoś takie zachowanie jest gorszące i nie na miejscu, to znaczy, że nigdy nie znał nikogo o metodyce rozwiązywania problemów mojej babci. Sposoby są brutalne, ale zazwyczaj bardzo skuteczne.
Sąsiad więcej nie podglądał kobiet. Obeszło się bez rozmowy z jego żoną, a nawet bez rozmowy z nim. Od tej pory nie obserwował nawet gwiazd. Po zmroku nie wychodził do okna. Jego rolety były zasłonięte od 18 do samego rana.
Można więc powiedzieć, że podziałało, chociaż sama na taki ruch bym się raczej nie odważyła.
piątek, 21 czerwca 2019
Mały psi terrorysta
Wchodzimy na psią górkę. Ja, smycz i mój narkotyk na jej drugim końcu. Czworonogi biegają, taranują się nawzajem i ślinią jeden drugiego. Spuszczam więc moje futro jako, że wszystkie psy hasają sobie wesoło na waleta bez smyczy. Podczas kiedy Morfina zapoznaje się z towarzystwem, ja stoję między innymi właścicielami.
Świniak kroczy ze swoim maleńkim kijkiem za jakimś Owczarkiem który znalazł chyba największą kłodę w okolicy. W skrócie - psy świetnie się bawią.
Na pole wchodzi nowy obywatel czworonożnej społeczności wraz ze swoim panem, wlekącym się za nim 500 metrów dalej. Młode gniewne, którego tatusiem mógł być Jamnik, a mamusią coś kudłatego już na starcie drze paszczu na wszystko co się rusza. Psy przyglądają mu się jak zjawisku z innej planety i odskakują zaskoczone kiedy zamiast z kulturalnym powąchaniem tyłka, spotykają się z zębami i warkotem małej kosiarki.
Chcąc pokazać kto tu jest prawdziwym bossem imitacja Jamnika podbiega do Morfiny w trybie diabła tasmańskiego. Pełna furia. Moja trzydziestokilowa ciapa nie wie co robić. Patrzy na to małe, wściekłe stworzenie z góry i będąc hipisem i pacyfistą jakim jest, usiłuje merdaniem i uśmiechem przekonać wroga do przejścia na dobrą stronę mocy.
Osobisty urok suczy nie robi jednak na psiaku wrażenia i wywijając wargi po same czoło próbuje on przestraszyć przeciwnika kłami wielkości wykałaczki. To przerażające widowisko robi wrażenie tylko na Morfinie. Widzę jak mój pies kładzie się na ziemi i nie przestając merdać usiłuje uspokoić natręta, obdarowując mnie spojrzeniem pt. "Matka, to na mnie szczeka, interweniuj". Kwestią czasu jest jej pisk i chowanie się za moimi nogami, jak to ma w zwyczaju robić żeby uniknąć starcia.
- Może pan zabrać psa, albo go uspokoić? - pytam mężczyznę któremu udaje się w końcu wpakować na górkę - Terroryzuje mi sukę.
- He he he. Przecież on taki mały. To tak słodko wygląda - słyszę w odpowiedzi i już wiem, że będzie ciężko.
- No mój pies nie wygląda jakby się świetnie bawił. Proszę go zabrać.
- Przecież nic jej nie zrobi. On tak tylko doskakuje, ale nie ugryzie.
- A skąd pan wie, że moja nie ugryzie?
Mężczyzna obdarowuje mnie przeciągłym spojrzeniem niedowierzania. Fakt. Patrząc na moją fokę, która zaraz sturla się z górki na sam dół żeby tylko uwolnić się od szczekacza raczej można mieć pewność co do jej zamiarów.
- Niech pan odwoła psa, albo ja go odwołam ręcznie - mówię do człowieka o szerokim uśmiechu, ale nie brzmi to chyba przekonująco, bo mężczyzna nawet nie patrzy w moją stronę.
Morfina w tym czasie przepycha swój patyk w stronę najeźdźcy, oferując mu drobną łapówkę za pokój. Warkot tylko przybiera na sile, więc suka wstaje i unikając kontaktu wzrokowego odchodzi powoli w moją stronę, zerkając co chwila na agresora z miną mówiącą: "W domu mam trzech małych braci. Rozniosą Cię. Jesteś u mamy".
Wychodzę ptysiowi naprzeciw i rozdzielam nogą ujadacza który przykleił się mojemu psu do ogona. Nie kopię go, a jedynie blokuję mu dalsze podążanie za Morfiną bosą stopą, odzianą tylko w japonkę. Jeśli już ktoś ma być pogryziony to lepiej żebym to była ja.
- E, co robisz? - cuci się właściciel małej kluski - Zostaw go, bo ja Twojego kopnę.
- Nie kopię go, tylko oddzielam od mojego psa - mówię powoli i wyraźnie, pokazując nogę która nawet nie dotyka warczącej kosiarki. Przez ujadanie groźnej wydry mężczyzna chyba mnie nie słyszy i widzę, że podchodzi do kręcącej się na uboczu Morfiny.
Jeśli ją tknie, czeka go dekapitacja, oraz kończyny poskładane w żurawia origami.
Ruszam w jego stronę, zostawiając na chwilę małego natręta, jednak uprzedza mnie właściciel Owczarka.
- Ej. Bierz tego swojego ujadacza, bo mój mu zaraz zrobi sajgonki z wnętrzności - mówi mężczyzna, nie wyciągając peta z ust. Tuż po tym zdaniu następuje pisk. Odwracam się. Młode gniewne jest spanikowane i trybem zająca ucieka slalomami przed warczącym Owczarkiem. Najwidoczniej nie każdego psa da się zastraszyć jak mojego. Owczarkowi włącza się tryb pogoni i wymijając inne psy namierza małą parówę, zmniejszając dzielący ich dystans. Małe nóżki jamnikowatego stworzenia nie dają rady i goniący go pies właściwie siedzi mu już na ogonie.
- Milo! Milo do mnie, szybko - nawołuje mężczyzna, odpuszczając podążanie za moim psem. Ma teraz inne zmartwienie. Milo jednak nie słyszy i w panice biegnie w kierunku przeciwnym do swojego właściciela.
- K*wa mać, zabierz tego swojego potwora. Zagryzie go przecież - wrzeszczy spanikowany mężczyzna do właściciela Owczarka.
- Przecież oni się tylko bawią. Zobacz jak słodko. On mu nic nie zrobi, on tak tylko doskakuje - dostaje w odpowiedzi i na jego twarzy maluje się histeria połączona z niedowierzaniem. Futrzany parówek drze się wniebogłosy, Owczarek już prawie trąca go nosem, a Morfina wącha się z jakiś Dalmatyńczykiem, niezainteresowana całą sytuacją.
W ostatniej chwili kiedy każdy myśli, że cała trawa zbroczona będzie krwią traktorka, właściciel Owczarka gwiżdże i wołając "Wer, zostaw, do mnie!" odwołuje psa, który niechętnie przerywa pościg, patrzy chwilę za uciekającą ofiarą i wraca truchtem do opiekuna.
- Nienormalni wszyscy jesteście! Znęcać się nad najmniejszym! Nieodpowiedzialność! - pokrzykuje właściciel uciekającego psiaka i próbuje dogonić swoje zwierzę skręcające właśnie w pełnym pędzie na drugi trawnik.
Kiedy mężczyzna znika nam z oczu, na górce ponownie robi się cicho, Wer wraca do porzuconej kłody i przechadza się z nią pomiędzy innymi psami. Nic nie warczy i nie ujada. Psy wracają do zabawy.
Teraz należy odpowiedzieć sobie na pytanie: kto tu był właściwie nieodpowiedzialny?
Świniak kroczy ze swoim maleńkim kijkiem za jakimś Owczarkiem który znalazł chyba największą kłodę w okolicy. W skrócie - psy świetnie się bawią.
Na pole wchodzi nowy obywatel czworonożnej społeczności wraz ze swoim panem, wlekącym się za nim 500 metrów dalej. Młode gniewne, którego tatusiem mógł być Jamnik, a mamusią coś kudłatego już na starcie drze paszczu na wszystko co się rusza. Psy przyglądają mu się jak zjawisku z innej planety i odskakują zaskoczone kiedy zamiast z kulturalnym powąchaniem tyłka, spotykają się z zębami i warkotem małej kosiarki.
Chcąc pokazać kto tu jest prawdziwym bossem imitacja Jamnika podbiega do Morfiny w trybie diabła tasmańskiego. Pełna furia. Moja trzydziestokilowa ciapa nie wie co robić. Patrzy na to małe, wściekłe stworzenie z góry i będąc hipisem i pacyfistą jakim jest, usiłuje merdaniem i uśmiechem przekonać wroga do przejścia na dobrą stronę mocy.
Osobisty urok suczy nie robi jednak na psiaku wrażenia i wywijając wargi po same czoło próbuje on przestraszyć przeciwnika kłami wielkości wykałaczki. To przerażające widowisko robi wrażenie tylko na Morfinie. Widzę jak mój pies kładzie się na ziemi i nie przestając merdać usiłuje uspokoić natręta, obdarowując mnie spojrzeniem pt. "Matka, to na mnie szczeka, interweniuj". Kwestią czasu jest jej pisk i chowanie się za moimi nogami, jak to ma w zwyczaju robić żeby uniknąć starcia.
- Może pan zabrać psa, albo go uspokoić? - pytam mężczyznę któremu udaje się w końcu wpakować na górkę - Terroryzuje mi sukę.
- He he he. Przecież on taki mały. To tak słodko wygląda - słyszę w odpowiedzi i już wiem, że będzie ciężko.
- No mój pies nie wygląda jakby się świetnie bawił. Proszę go zabrać.
- Przecież nic jej nie zrobi. On tak tylko doskakuje, ale nie ugryzie.
- A skąd pan wie, że moja nie ugryzie?
Mężczyzna obdarowuje mnie przeciągłym spojrzeniem niedowierzania. Fakt. Patrząc na moją fokę, która zaraz sturla się z górki na sam dół żeby tylko uwolnić się od szczekacza raczej można mieć pewność co do jej zamiarów.
- Niech pan odwoła psa, albo ja go odwołam ręcznie - mówię do człowieka o szerokim uśmiechu, ale nie brzmi to chyba przekonująco, bo mężczyzna nawet nie patrzy w moją stronę.
Morfina w tym czasie przepycha swój patyk w stronę najeźdźcy, oferując mu drobną łapówkę za pokój. Warkot tylko przybiera na sile, więc suka wstaje i unikając kontaktu wzrokowego odchodzi powoli w moją stronę, zerkając co chwila na agresora z miną mówiącą: "W domu mam trzech małych braci. Rozniosą Cię. Jesteś u mamy".
Wychodzę ptysiowi naprzeciw i rozdzielam nogą ujadacza który przykleił się mojemu psu do ogona. Nie kopię go, a jedynie blokuję mu dalsze podążanie za Morfiną bosą stopą, odzianą tylko w japonkę. Jeśli już ktoś ma być pogryziony to lepiej żebym to była ja.
- E, co robisz? - cuci się właściciel małej kluski - Zostaw go, bo ja Twojego kopnę.
- Nie kopię go, tylko oddzielam od mojego psa - mówię powoli i wyraźnie, pokazując nogę która nawet nie dotyka warczącej kosiarki. Przez ujadanie groźnej wydry mężczyzna chyba mnie nie słyszy i widzę, że podchodzi do kręcącej się na uboczu Morfiny.
Jeśli ją tknie, czeka go dekapitacja, oraz kończyny poskładane w żurawia origami.
Ruszam w jego stronę, zostawiając na chwilę małego natręta, jednak uprzedza mnie właściciel Owczarka.
- Ej. Bierz tego swojego ujadacza, bo mój mu zaraz zrobi sajgonki z wnętrzności - mówi mężczyzna, nie wyciągając peta z ust. Tuż po tym zdaniu następuje pisk. Odwracam się. Młode gniewne jest spanikowane i trybem zająca ucieka slalomami przed warczącym Owczarkiem. Najwidoczniej nie każdego psa da się zastraszyć jak mojego. Owczarkowi włącza się tryb pogoni i wymijając inne psy namierza małą parówę, zmniejszając dzielący ich dystans. Małe nóżki jamnikowatego stworzenia nie dają rady i goniący go pies właściwie siedzi mu już na ogonie.
- Milo! Milo do mnie, szybko - nawołuje mężczyzna, odpuszczając podążanie za moim psem. Ma teraz inne zmartwienie. Milo jednak nie słyszy i w panice biegnie w kierunku przeciwnym do swojego właściciela.
- K*wa mać, zabierz tego swojego potwora. Zagryzie go przecież - wrzeszczy spanikowany mężczyzna do właściciela Owczarka.
- Przecież oni się tylko bawią. Zobacz jak słodko. On mu nic nie zrobi, on tak tylko doskakuje - dostaje w odpowiedzi i na jego twarzy maluje się histeria połączona z niedowierzaniem. Futrzany parówek drze się wniebogłosy, Owczarek już prawie trąca go nosem, a Morfina wącha się z jakiś Dalmatyńczykiem, niezainteresowana całą sytuacją.
W ostatniej chwili kiedy każdy myśli, że cała trawa zbroczona będzie krwią traktorka, właściciel Owczarka gwiżdże i wołając "Wer, zostaw, do mnie!" odwołuje psa, który niechętnie przerywa pościg, patrzy chwilę za uciekającą ofiarą i wraca truchtem do opiekuna.
- Nienormalni wszyscy jesteście! Znęcać się nad najmniejszym! Nieodpowiedzialność! - pokrzykuje właściciel uciekającego psiaka i próbuje dogonić swoje zwierzę skręcające właśnie w pełnym pędzie na drugi trawnik.
Kiedy mężczyzna znika nam z oczu, na górce ponownie robi się cicho, Wer wraca do porzuconej kłody i przechadza się z nią pomiędzy innymi psami. Nic nie warczy i nie ujada. Psy wracają do zabawy.
Teraz należy odpowiedzieć sobie na pytanie: kto tu był właściwie nieodpowiedzialny?
czwartek, 20 czerwca 2019
Paraliże nie takie złe
Środek nocy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo kiedy otwieram oczy w pokoju jest ciemno. Nie wiem dlaczego się obudziłam, ale mam zamiar wrócić do spania. Wszystko wygląda znajomo. Moje łóżko. Moje biurko. Moja półka na książki. Klatka.
Wszystko oprócz dziwnego, czarnego gluta siedzącego na krześle przy oknie. Początkowo wydaje mi się, że to rzucone w nieładzie ubrania, które zaspane oczy interpretują jako coś innego. Ciemna postać porusza się jednak. To nie złudzenie. Cokolwiek siedzi na moim krześle, z pewnością oddycha.
Jest całkowicie czarne. Nie odbija się od niego światło księżyca i ulicznych latarni. Wygląda jakby w pełni pochłaniało wszelkie promienie jakie do niego docierają.
Z całą pewnością nie jest to jednak człowiek.
Chcę wstać i spytać kim jest, oraz czego chce. Odkrywam jednak, że nie mogę się ruszyć. Próbuję coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie opuszcza moich ust.
Czarna postać odwraca głowę w moją stronę. Nie ma oczu, ale czuję jakby mi się przyglądała. Widziałam to już wiele razy. Zaraz głowa tego czegoś otworzy się wpół, pokazując szereg ostrych jak brzytwy, pokrytych krwią zębów. Tak też się dzieje, chociaż nie do końca. Postać rozsuwa niewidzialny zamek błyskawiczny idący przez środek twarzy i ukazuje zawartość swojej czaszki. Niczego tam jednak nie ma. Żadnych kości, zębów, ani krwi. Wnętrze stwora jest puste i wygląda jak wnętrze łupiny orzecha. Ze środka tego krateru coś się wylewa, spływa po krześle i kapie na podłogę. Jakaś gęsta, ciemna maź, wyglądająca jak smoła. Maź wędruje po podłodze i ścianach. Wdrapuje się na sufit. W tym czasie stworzenie na krześle sięga po nożyczki leżące na parapecie i wbija je sobie w miejsce gdzie u człowieka znajdowałaby się klatka piersiowa. Cały czas mając otwartą połowę głowy, przekręca narzędzie wbite w "ciało" jakby używało śrubokręta. Po chwili z powstałego otworu zaczynają wypełzać pluskwy.
Wiem już co to jest. Widziałam to już wcześniej, chociaż spektakl za każdym razem jest trochę inny, a dziwny, czarny glut bywa zdeformowany i falujący. Czasem ma zęby jak brzytwy, czasem wije się po pokoju, zagląda do szczurzej klatki i na psie legowisko, po czym siada na skraju łóżka i uśmiecha się najokropniejszym uśmiechem jaki tylko można sobie wyobrazić.
Paraliż senny.
Muszę się wybudzić zanim to wszystko dotrze do mojego łóżka. Jestem w pełni świadoma co należy robić, jednak ciało nie chce odpuścić i pozostaje w bezruchu dobrych kilkanaście sekund. Po pewnym czasie odzyskuję władzę w palcach. Pluskwy znikają, smoła ze ścian wraca na podłogę, a stworzenie zanika powoli i wtapia się w krzesło. Walczę o powietrze, bo z jakiegoś powodu za każdym razem kiedy to wszystko znika okazuje się, że zapomniałam oddychać.
Obok mojej twarzy znajduje się psi pysk, chuchający na mnie gorącym powietrzem. Morfina merda ogonem i buczy, zastanawiając się pewnie o co to zamieszanie.
Zapalam światło. Pokój wygląda normalnie. Wszystko leży na swoim miejscu. W klatce trwa tryb demolki, zegarek wskazuje czwartą rano, nożyczki leżą na parapecie. Tam, gdzie je zostawiłam.
Jestem zmęczona i najchętniej jeszcze bym się położyła, ale byłby to powrót prosto do koszmaru z którego dopiero wyszłam. Podziękuję.
Zwlekam się z łóżka, wrzucam na siebie przypadkowe ubrania i maszeruję do kuchni. Kwestię spania mamy już z głowy.
Jeśli ktoś się zastanawia co się właśnie wydarzyło, to albo nigdy nie miał sennego paraliżu i nie wie co to jest, albo zjawisko było u niego na tyle słabe, że o nim zapomniał.
Ze strony medonet dowiedzieć się można, że:
Kiedy byłam mała, miewałam paraliże dość regularnie. Nie wiedziałam wtedy o nich nic i byłam nimi prawdziwie przerażona, ponieważ za każdym razem wydawało mi się, że umieram. Kiedy podrosłam i zdobyłam o nich wiedzę, przestały mnie nękać.
Wróciły jakiś czas temu jako objaw nacisku na naczynka i zaburzenia ciśnienia krwi. Przeszłam drobny zabieg i objawy (włącznie z paraliżami) zniknęły.
Ostatnio widuję się z czarnym glutem dość regularnie. Po konsultacji z lekarzem (w końcu kiedy ostatni raz doświadczałam tego zjawiska konieczna była interwencja chirurgiczna) doszliśmy do wniosku, że to wina niedoboru snu, moich nieregularnych pór kładzenia się, stresu i napięcia emocjonalnego. Polecone zostało mi kładzenie się wcześnie, ośmiogodzinny tryb snu, nie korzystanie z urządzeń elektrycznych na godzinę przed położeniem się, czasowa zmiana miejsca snu, regularne posiłki, ograniczenie stresu, spacery przed snem i spożywanie ostatniego posiłku dnia najpóźniej o osiemnastej.
Brzmi jak schemat kogoś kto ma bardzo ułożone i zdrowe życie - czyli moje zupełne przeciwieństwo. Wiedząc, że rady są świetne, ale dla mnie raczej nieosiągalne, postanowiłam wypróbować kilka z nich.
Spałam już chyba w każdym możliwym pomieszczeniu mojego mieszkania i Czarek (tak nazwałam tego czarnego gluta, bo skoro już gości u mnie w domu, to powinien mieć jakieś imię) pojawia się wszędzie. Nie można od niego uciec.
Sprawdzałam, czy pomieszczenie w którym śpię ma dostatecznie dobry przepływ powietrza i czy nie miewam bezdechów. Jadłam o osiemnastej i odkładałam wszelkie urządzenia elektroniczne na bok. Kładłam się o 23:30 (jak dla mnie środek dnia) z książką w dłoni, albo po prostu patrzyłam jak rośnie rzeżucha dopóki nie zmorzył mnie sen.
Rzeżuchę posadziłam bo zaczyna się sesja, a jak wiadomo wszystko jest lepsze od wzięcia się do nauki.
No spójcie tylko na nią...
... so cute.
Niezależnie od sposobu, nic nie mogło powstrzymać pojawiających się co jakiś czas paraliżów. Stwierdziłam, że jeśli same się pojawiły, to zapewne same znikną i postanowiłam się tym nie przejmować.
Tak, budziłam się po paru godzinach snu z wizją rozprutego Czarka, niezdolna do ruchu, ale przecież widywałam już gorsze rzeczy.
Po paraliżu nie powinno się zasypiać ponownie, ponieważ istnieje szansa, że się do niego powróci. Podobnie jest z koszmarami.
Popijając wodę zerkam na zegarek, pakuję butelkę do plecaka i zabieram psa na spacer. W końcu jakoś z chęcią snu walczyć muszę, więc równie dobrze mogę zaliczyć spacer o 4:15 rano.
Idę przed siebie i pozwalam zwierzowi wybierać trasę. Świniak zaciąga mnie w mniej uczęszczaną część miasta. O tej godzinie całe miasto jest tak naprawdę mniej uczęszczane, zwłaszcza w święto.
Kokosanka grzebie chwilę przy krzakach i wyciąga z nich pluszowego misia.
Byłabym może tym faktem zdziwiona, gdyby Morfini nos nie był radarem na smoczki i pluszaki wszelakie. Wygląda na to, że jej kolekcja powiększy się jeśli nikt nie zgłosi się po różowego niedźwiedzia.
Z pluszanką w jednej dłoni i smyczą w drugiej, maszeruję więc dalej. Nasza trasa zmierza w innym kierunku niż się spodziewałam, więc korzystając z faktu, że większość ludzi śpi jeszcze smacznie w swoich łóżkach, idziemy w odwiedziny do babci.
Można powiedzieć, że dzięki Czarkowi udało mi się zrobić dziś coś dobrego. Jedna osoba na świecie będzie miała jedno zmartwienie mniej.
Może te paraliże nie są takie złe.
[1] O paraliżu.
Wszystko oprócz dziwnego, czarnego gluta siedzącego na krześle przy oknie. Początkowo wydaje mi się, że to rzucone w nieładzie ubrania, które zaspane oczy interpretują jako coś innego. Ciemna postać porusza się jednak. To nie złudzenie. Cokolwiek siedzi na moim krześle, z pewnością oddycha.
Jest całkowicie czarne. Nie odbija się od niego światło księżyca i ulicznych latarni. Wygląda jakby w pełni pochłaniało wszelkie promienie jakie do niego docierają.
Z całą pewnością nie jest to jednak człowiek.
Chcę wstać i spytać kim jest, oraz czego chce. Odkrywam jednak, że nie mogę się ruszyć. Próbuję coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie opuszcza moich ust.
Czarna postać odwraca głowę w moją stronę. Nie ma oczu, ale czuję jakby mi się przyglądała. Widziałam to już wiele razy. Zaraz głowa tego czegoś otworzy się wpół, pokazując szereg ostrych jak brzytwy, pokrytych krwią zębów. Tak też się dzieje, chociaż nie do końca. Postać rozsuwa niewidzialny zamek błyskawiczny idący przez środek twarzy i ukazuje zawartość swojej czaszki. Niczego tam jednak nie ma. Żadnych kości, zębów, ani krwi. Wnętrze stwora jest puste i wygląda jak wnętrze łupiny orzecha. Ze środka tego krateru coś się wylewa, spływa po krześle i kapie na podłogę. Jakaś gęsta, ciemna maź, wyglądająca jak smoła. Maź wędruje po podłodze i ścianach. Wdrapuje się na sufit. W tym czasie stworzenie na krześle sięga po nożyczki leżące na parapecie i wbija je sobie w miejsce gdzie u człowieka znajdowałaby się klatka piersiowa. Cały czas mając otwartą połowę głowy, przekręca narzędzie wbite w "ciało" jakby używało śrubokręta. Po chwili z powstałego otworu zaczynają wypełzać pluskwy.
Wiem już co to jest. Widziałam to już wcześniej, chociaż spektakl za każdym razem jest trochę inny, a dziwny, czarny glut bywa zdeformowany i falujący. Czasem ma zęby jak brzytwy, czasem wije się po pokoju, zagląda do szczurzej klatki i na psie legowisko, po czym siada na skraju łóżka i uśmiecha się najokropniejszym uśmiechem jaki tylko można sobie wyobrazić.
Paraliż senny.
Muszę się wybudzić zanim to wszystko dotrze do mojego łóżka. Jestem w pełni świadoma co należy robić, jednak ciało nie chce odpuścić i pozostaje w bezruchu dobrych kilkanaście sekund. Po pewnym czasie odzyskuję władzę w palcach. Pluskwy znikają, smoła ze ścian wraca na podłogę, a stworzenie zanika powoli i wtapia się w krzesło. Walczę o powietrze, bo z jakiegoś powodu za każdym razem kiedy to wszystko znika okazuje się, że zapomniałam oddychać.
Obok mojej twarzy znajduje się psi pysk, chuchający na mnie gorącym powietrzem. Morfina merda ogonem i buczy, zastanawiając się pewnie o co to zamieszanie.
Zapalam światło. Pokój wygląda normalnie. Wszystko leży na swoim miejscu. W klatce trwa tryb demolki, zegarek wskazuje czwartą rano, nożyczki leżą na parapecie. Tam, gdzie je zostawiłam.
Jestem zmęczona i najchętniej jeszcze bym się położyła, ale byłby to powrót prosto do koszmaru z którego dopiero wyszłam. Podziękuję.
Zwlekam się z łóżka, wrzucam na siebie przypadkowe ubrania i maszeruję do kuchni. Kwestię spania mamy już z głowy.
Jeśli ktoś się zastanawia co się właśnie wydarzyło, to albo nigdy nie miał sennego paraliżu i nie wie co to jest, albo zjawisko było u niego na tyle słabe, że o nim zapomniał.
Ze strony medonet dowiedzieć się można, że:
"W trakcie trwania fazy REM snu następuje fizjologiczna katapleksja ciała, czyli porażenie mięśni całego ciała (z wyłączeniem mięśni oddechowych i gałek ocznych). Dzieje się tak żeby człowieka uchronić przed niekontrolowanymi ruchami, którymi mógłby zrobić sobie lub komuś krzywdę. O paraliżu sennym mówi się, gdy bezwład następuje w nieodpowiednim momencie: gwałtowne wybudzanie się z fazy REM, lub przy zasypianiu. Osoba w paraliżu jest w pełni świadoma, ale nie może się poruszyć ani nic powiedzieć. Zjawisku może towarzyszyć przyspieszone oddychanie i rytm serca, oraz omamy wzrokowe, słuchowe, lub czuciowe. Mija samoistnie w ciągu kilku sekund do kilkunastu minut."[1]Jednym słowem - kicha.
Kiedy byłam mała, miewałam paraliże dość regularnie. Nie wiedziałam wtedy o nich nic i byłam nimi prawdziwie przerażona, ponieważ za każdym razem wydawało mi się, że umieram. Kiedy podrosłam i zdobyłam o nich wiedzę, przestały mnie nękać.
Wróciły jakiś czas temu jako objaw nacisku na naczynka i zaburzenia ciśnienia krwi. Przeszłam drobny zabieg i objawy (włącznie z paraliżami) zniknęły.
Ostatnio widuję się z czarnym glutem dość regularnie. Po konsultacji z lekarzem (w końcu kiedy ostatni raz doświadczałam tego zjawiska konieczna była interwencja chirurgiczna) doszliśmy do wniosku, że to wina niedoboru snu, moich nieregularnych pór kładzenia się, stresu i napięcia emocjonalnego. Polecone zostało mi kładzenie się wcześnie, ośmiogodzinny tryb snu, nie korzystanie z urządzeń elektrycznych na godzinę przed położeniem się, czasowa zmiana miejsca snu, regularne posiłki, ograniczenie stresu, spacery przed snem i spożywanie ostatniego posiłku dnia najpóźniej o osiemnastej.
Brzmi jak schemat kogoś kto ma bardzo ułożone i zdrowe życie - czyli moje zupełne przeciwieństwo. Wiedząc, że rady są świetne, ale dla mnie raczej nieosiągalne, postanowiłam wypróbować kilka z nich.
Spałam już chyba w każdym możliwym pomieszczeniu mojego mieszkania i Czarek (tak nazwałam tego czarnego gluta, bo skoro już gości u mnie w domu, to powinien mieć jakieś imię) pojawia się wszędzie. Nie można od niego uciec.
Sprawdzałam, czy pomieszczenie w którym śpię ma dostatecznie dobry przepływ powietrza i czy nie miewam bezdechów. Jadłam o osiemnastej i odkładałam wszelkie urządzenia elektroniczne na bok. Kładłam się o 23:30 (jak dla mnie środek dnia) z książką w dłoni, albo po prostu patrzyłam jak rośnie rzeżucha dopóki nie zmorzył mnie sen.
Rzeżuchę posadziłam bo zaczyna się sesja, a jak wiadomo wszystko jest lepsze od wzięcia się do nauki.
No spójcie tylko na nią...
Niezależnie od sposobu, nic nie mogło powstrzymać pojawiających się co jakiś czas paraliżów. Stwierdziłam, że jeśli same się pojawiły, to zapewne same znikną i postanowiłam się tym nie przejmować.
Tak, budziłam się po paru godzinach snu z wizją rozprutego Czarka, niezdolna do ruchu, ale przecież widywałam już gorsze rzeczy.
Po paraliżu nie powinno się zasypiać ponownie, ponieważ istnieje szansa, że się do niego powróci. Podobnie jest z koszmarami.
Popijając wodę zerkam na zegarek, pakuję butelkę do plecaka i zabieram psa na spacer. W końcu jakoś z chęcią snu walczyć muszę, więc równie dobrze mogę zaliczyć spacer o 4:15 rano.
Idę przed siebie i pozwalam zwierzowi wybierać trasę. Świniak zaciąga mnie w mniej uczęszczaną część miasta. O tej godzinie całe miasto jest tak naprawdę mniej uczęszczane, zwłaszcza w święto.
Kokosanka grzebie chwilę przy krzakach i wyciąga z nich pluszowego misia.
Byłabym może tym faktem zdziwiona, gdyby Morfini nos nie był radarem na smoczki i pluszaki wszelakie. Wygląda na to, że jej kolekcja powiększy się jeśli nikt nie zgłosi się po różowego niedźwiedzia.
Z pluszanką w jednej dłoni i smyczą w drugiej, maszeruję więc dalej. Nasza trasa zmierza w innym kierunku niż się spodziewałam, więc korzystając z faktu, że większość ludzi śpi jeszcze smacznie w swoich łóżkach, idziemy w odwiedziny do babci.
Na miejscu odkrywam, że wiatr zdmuchnął płomienie zniczy i poprzewracał parę rzeczy, więc ogarniam grób i opuszczam cmentarz zanim ktoś zacznie mieć pretensje za wejście na teren z psem.
Wychodząc za bramę i przechodząc obok śmietnika należącego zarówno do cmentarza, jak i mieszkańców okolicznych bloków, znajduję na ziemi kawałek zapisanego, prostokątnego plastiku. Podnoszę go. To dowód osobisty niejakiego G.L. - mężczyzny w wieku mojej mamy. Musiał wypaść mu przy wyrzucaniu śmieci, albo kiedy wracał z cmentarza. To dowód nowego typu, bez adresu zamieszkania. Spoglądam na zegarek, dochodzi siódma. Postanawiam przejść się po klatkach schodowych najbliższych bloków i odnaleźć na domofonie nazwisko z dowodu. Jeśli nie znajdę właściciela, odniosę dokument na komisariat.
Chodzimy z Morfiną od klatki do klatki, cały czas trzymając różowego misia i spoglądając na nazwiska na domofonach. Ku mojemu zaskoczeniu odnajduję właściwe nazwisko przy trzecim budynku. Dzwonię. Słuchawkę podnosi kobieta. Tłumaczę jej, że chyba znalazłam dowód osobisty kogoś z rodziny. Drzwi zostają otwarte i wchodzę do środka.
Mieszkanie otwiera starsza pani w fartuszku, która na pewno zaskoczona jest widokiem obcej kobiety z cieszącym się psem i misiem pod pachą o siódmej rano w święto. Pytam, czy mieszka tu pan G.L.
- Tak, to mój syn - odpowiada kobieta, wystraszona jakby do drzwi zapukała sama policja - On wyszedł poćwiczyć, przed chwilką dosłownie.
- Mogę prosić imiona rodziców syna? - pytam i chociaż pytanie wydaje się dziwne, muszę mieć pewność, że oddaję dowód właściwej osobie. Peselu może nie znać na pamięć, a osoba o tym samym nazwisku, z tymi samymi imionami rodziców, do tego mieszkająca w okolicy znalezienia dowodu jest praktycznie w 100% jego posiadaczem.
Kobieta podaje właściwe imiona bez zająknięcia. Oddaję jej dowód i proszę żeby skontaktowała się z synem i uświadomiła mu, że zgubił dokument i nie wpadał niepotrzebnie w panikę. Mówię, że znalazłam go koło śmietnika, więc pewnie go tam przypadkowo zgubił.
Kobieta odbiera dokument, dziękuje mi i lekko oszołomiona mówi, że musi zadzwonić do syna. Takiej wizyty się pewnie nie spodziewała.
Wracamy powoli do domu, wlekąc się noga za nogą.
Koło dziewiątej otwieram drzwi. Reszta domowników jeszcze śpi. Karmię Świniaka, produkty spożywcze w klatce i przechodzę do przyrządzenia śniadania sobie.Można powiedzieć, że dzięki Czarkowi udało mi się zrobić dziś coś dobrego. Jedna osoba na świecie będzie miała jedno zmartwienie mniej.
Może te paraliże nie są takie złe.
[1] O paraliżu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


