Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Mój pies nie ma do mnie szacunku

Kojarzycie te filmiki na których psy odwracają głowę, kiedy zostają przyłapane na wpatrywaniu się w jedzenie właściciela?
Przykład:


Otóż Morfina tak nie robi. Ona się nie płoszy, kiedy ktoś na nią spogląda podczas jedzenia. Ten pies będzie się w Ciebie wpatrywał z uporem maniaka i przewiercał Ci duszę swoimi wielkimi czarnymi ślepiami. Ona nie będzie się ukrywać z faktem, że chce tego ziemniaczka, ona będzie przełykać ślinę i hipnotyzować Cię spojrzeniem tak długo aż nie dasz jej tego czego pragnie, lub nie skończysz posiłku. W tym drugim przypadku, jeśli niczego nie dostanie obdaruje Cię jeszcze spojrzeniem pogardy, wyrażającym jej poczucie zdrady jakiego właśnie doświadczyła. To spojrzenie mogłoby z powodzeniem przesuwać przedmioty i chyba takie jest jego główne założenie. Wydaje mi się, że Morfina od siedmiu lat próbuje telekinezy i myśli, że jeśli odpowiednio mocno skoncentruje wzrok na jedzeniu, spadnie ono z widelca lub z talerza prosto do jej pyska. Do tej pory się to nie powiodło, ale mam wrażenie, że z każdym dniem Świniak jest coraz bliżej celu.
Drogą wyjaśnienia.
Pies nie jest w żaden inny sposób natarczywy przy jedzeniu, jeśli każe jej się odejść - odejdzie. Nie próbuje zabrać jedzenia nawet, kiedy zostanie ono z nią sam na sam.
Testowana jest tylko siła przekonywania jej wielkich, pragnących jedzenia oczu.
Jako weteranka Morfinowej hipnozy, nieskończona głębia jej pięknych oczu nie robi już na mnie wrażenia. Moi znajomi są jednak łatwiejszym celem, dlatego też próby telekinezy odbywają się na nich. Muszę odwoływać puchatego żebraka, żeby mogli oni spokojnie zjeść bez poczucia, że każdy kolejny kęs staje im w gardle.
Pewnego dnia znajoma mojej mamy widząc sytuację w której ja jadłam, a pies spoglądał tęsknie na mój talerz rzekła:
- Ten pies nie ma do Ciebie zupełnie szacunku. Jak na niego patrzysz powinien odwracać głowę, a tego nie robi. Lada moment, a będzie Ci wyrywał jedzenie z talerza.
Wysłuchałam w ciszy opinii gdyż opinii słuchać należy, po czym położyłam talerz z jedzeniem na ziemi tuż przy Morfinie i wyszłam do kuchni. Po powrocie stan mojego posiłku był nienaruszony, a psie oczy wpatrywały się we mnie z nadzieją.
Podniosłam talerz, usiadłam na miejsce i kontynuowałam jedzenie.
- Może pani powtórzyć to co pani mówiła? Zwłaszcza ten fragment o braku szacunku i wyrywaniu jedzenia? - spytałam, lecz nie uzyskałam już odpowiedzi.
Morfina dostała po wszystkim kawałek kurczaka - nie jestem aż takim potworem.
Ta historia ma na celu podkreślić, że każde zwierzę to indywiduum. Fakt, że nie zachowuje się jak większość osobników jego rasy/gatunku nie jest niczym niepokojącym i nie prowadzi zawsze do jednego typu zachowań.
Nie należy dać się zwariować.
Należy słuchać porad weterynarzy i behawiorystów, unikać mądrości ludzi "bo mój pies tak miał" i przede wszystkim mieć własny rozum, który podpowie kiedy racje innych mogą być prawdziwe, a kiedy nie mają z nami nic wspólnego.
Niektórzy ludzie mają do powiedzenia wiele rzeczy mimo, że nie wszystkie nadają się do wypowiedzenia i należy o tym pamiętać.

sobota, 6 kwietnia 2019

Gniotek

Pilnuję trójki dzieci.
Z najstarszym odrabiam lekcje, podczas gdy pozostała dwójka młodszych troli bawi się w pokoju obok. Dochodzą stamtąd dźwięki dyskusji o tym kto jest głupszy i niepokojące odgłosy tarcia krzesła o panele. Rodzeństwo prawdopodobnie walczy, więc zostawiam starszego chłopca z dwoma pociągami jadącymi z prędkością 300 km/h i 430 km/h i odpowiedzią na pytanie który dotrze na czas szybciej biorąc pod uwagę różnicę drogi i ilość zakrętów.
Cóż, patrząc na prędkości z jakimi poruszają się maszyny żadna z nich nie dotrze w całości do stacji. Rozbiją się na pierwszym zakręcie zabijając wszystkich pasażerów. Nie takiej odpowiedzi spodziewa się jednak nauczyciel.
Wchodzę do sąsiedniego pokoju, który z jakiś powodów wygląda teraz jak nora narkomanów. Po dywanie wala się biały proszek, klocki lego, oraz figurki akcji. Całość wygląda jak po przejściu tornada. Pod kaloryferem siedzi dwójka złapanych na gorącym uczynku małych ludzików, wpatrujących się we mnie jakby do pokoju wparował właśnie sam papież Franciszek.
Przekraczam ten mokry sen kokainisty, zastanawiając się skąd pędraki wzięły tyle towaru i czy zawiadomić ich matkę teraz, czy poczekać aż wróci z pracy.
Pierwsza z amoku cuci się dziewczynka. Bierze coś w dłoń i podbiega do mnie, omijając klockowe miny porozstawiane po całym pokoju.
- On zepsuł pana gniotka! Rozsypał go całego!
- Wcale, że nie. Sam pękł, był już stary - zaczyna bronić się chłopiec.
Ktoś pamięta jeszcze gniotki? Baloniki nafaszerowane mąką ziemniaczaną lub inną sypką substancją, z narysowanymi oczami i czuprynką z wełny w przystępnej cenie 4 zł. Pierwszy dziecięcy odstresowywacz tuż przed papierosami i alkoholem. Nie miałam pojęcia, że wciąż je gdzieś produkują.
Świetna zabawka do znęcania się i mniej niebezpieczna niż laleczka voodoo. Ten gniotek dni świetności ma już jednak za sobą. Do moich rąk trafia pęknięty balonik i wysypujące się z niego wnętrzności, które doprowadziły pokój do obecnego stanu.
- Da się go jeszcze naprawić? - pyta z nadzieją dziewczynka i zmuszona jestem złamać jej serce.
Tej zabawki nie da się już wyreanimować. Gniotek wygląda jakby przedawkował i popełnił harakiri.
- Nie, przykro mi - odpowiadam i zastanawiam się gdzie może być odkurzacz, potrzebny do usunięcia całego proszku z dywanu i mebli.
- To Twoja wina! - atakuje brata dziewczynka - Ty go rozprułeś -
- On się sam rozpruł, wybuchł normalnie.
Strasznie niebezpieczne robią teraz te zabawki. Gniotek-granat nie dość, że zrobił w pokoju bałagan, to jeszcze skłócił rodzeństwo.
- Możemy zrobić nowego. Nie będzie taki ładny, ale jak macie balonik to mogę Wam zrobić nawet kilka. Pod warunkiem, że doprowadzicie pokój do stanu używalności. Ja w tym czasie skończę lekcje z Waszym bratem, co Wy na to?
Dzieci węszą podstęp, ale zgadzają się zakopać póki co topór wojenny i oczyścić pole bitwy ze zwłok poległego gniotka. Karzełki sprzątają na tyle na ile potrafią, obrzucając się wyzwiskami tylko dwa razy i wędrujemy wszyscy do kuchni, gdzie powstaje monstrum godne doktora Frankensteina. Wygląda to paskudnie, ale spełnia swoją funkcję i każdy dostaje po jednym żeby uniknąć dalszych kłótni.
Kuchnia wygląda natomiast jak po zrzucie mącznej Car Bomby i tym razem ja będę musiała to posprzątać.
Niespotykane jak moje własne pomysły wkopują mnie w coś takiego...

piątek, 5 kwietnia 2019

Nie wolno skubać piesków

Niemal na każdym spacerze Morświn spotyka kogoś znajomego. Znajomego dla niej, dla mnie już niekoniecznie mimo, że 90 % wyjść odbywa się w moim towarzystwie. Klucha zawsze zauważy jakiegoś człowieka, który nie wiadomo skąd zna jej imię, albo psa który z daleka merda na jej widok.
Kiedy weszliśmy na psie pola biegały już po nich psy różnych maści i wielkości. Morfina natychmiast wyszukała swoich najlepszych kumpli i bez zbędnych ceregieli pobiegła za nimi zostawiając mnie w ludzkim towarzystwie. Z całej grupy kojarzyłam tylko jednego człowieka, więc umiejscowiłam się taktycznie obok niego i obserwowałam jak Morfi z Guciem i Korą koszą z gracją krzaki swoimi rozpędzonymi ciałami. Psie czołgi zderzały się z drzewami i ze sobą nawzajem, terroryzując mikro psiaki które uciekały w popłochu na drugą część pola, przeznaczoną dla zwierząt mniejszych rozmiarów.
Zapowiadało się na deszcz więc wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że lepiej będzie wrócić nim chmury niebezpiecznie się do nas zbliżą.
Zawołaliśmy zapaśników i oczom naszym ukazały się brudne, pooblepiane rzepami (łopianem) i jakimiś klejącymi liśćmi abominacje które kiedyś były może psami, ale teraz przypominały bardziej jeżozwierze.
Kora i Morfina nie wyglądały najlepiej, za to Guciowi ze względu na jego krótką sierść upiekło się czyszczenie. Podczas kiedy większość właścicieli rozchodziła się do domów, ja i właścicielka drugiego oblepionego psiaka zmuszone byłyśmy zostać i wyskubać z psów całe te roślinne dobro. Nie mogły wejść do mieszkania w tym stanie. 
Chmury niebezpiecznie ciemniały i podchodziły bliżej, a my tracąc nadzieję wyciągałyśmy rzepy z poplątanej sierści. Większym wyzwaniem były jednak te klejące listki które zostawiały na futrze całą masę żywicy i nie miały zamiaru się poddać i opuścić futra.
Naszym poczynaniom przyglądała się mała dziewczynka, która czekała aż rodzice wpakują psy do samochodu. Dziecko spoglądało na nas i po dłuższych obserwacjach podeszło do mamy pytając:
- Mamo, a co te panie robią tym pieskom?
Kobieta przerwała grzebanie przy samochodzie i rozejrzała się dookoła.
- Wyskubują pieski - odpowiedziała w końcu, jakby miało to wyjaśnić konsternację dziecka.
- A po co one je skubią? Czy one chcą im wydłubać całe futro? Babcia tak skubała kurę do rosołu, czy te panie chcą zrobić rosół z piesków? Nie można zrobić rosołu z piesków, mamo powiedz im, że nie wolno! - zaczęła krzyczeć dziewczynka.
- Uspokój się, one im tylko wydłubują brud - próbowała uspokoić młodą niewiastę matka.
Dziecko jednak wiedziało swoje i nie dało sobie wciskać farmazonów.
- Ale one im wydłubują futro, patrz tam ile jest futra wydłubanego!
- Kasia, czasem jak się przyczepi coś do futra to trochę wyjdzie, uspokój się.
- Ale powiedz im, że się tak pieskom nie robi!
Dziecko zaczęło wpadać w taką histerię, że postanowiliśmy przerwać proces oczyszczania i poczekać aż samochód odjedzie. Zawstydzona zachowaniem córki matka wcisnęła ją do samochodu i pospiesznie odjechała z dziewczynką przyklejoną do szyby.
Kiedy ponownie podjęłyśmy się wyskubywania zaczynało już kropić. Nie wiem jak właścicielka Kory, ale ja do domu dotarłam kompletnie przemoczona z bardzo szczęśliwym mopem na smyczy.
Tym sposobem młoda obrończyni praw zwierząt nieświadomie zapewniła futrzakom kąpiel, która chociaż częściowo pozbawiła ich klejącej żywicy i była wstępem do szorowania które miało odbyć się w domu.
Rodzice powinni być dumni.

czwartek, 4 kwietnia 2019

Szczury, węże, groźna żona

Z okazji światowego dnia szczura (4 kwietnia) chciałabym przytoczyć pewną historię, która miała miejsce kilka dni temu.
Na czwartym piętrze naszej klatki schodowej mieszka pewien starszy pan. Pan Stanisław nazywany jest przez swoją żonę starym prykiem, a przez mieszkańców bloku smerfem marudą.
Ktoś pali na balkonie? Pan starszy już stoi ze swoim domowej roboty megafonem z gazety w oknie i wyraża swój jawny sprzeciw. 
Dzieci za głośno bawią się na placu zabaw? Przepędzić małe gnojki.
Jakiś sprzęt skrzypi na siłowni 200 metrów dalej? Za komuny było lepiej! Każdy znał swoje miejsce.
Ulotkarze chcą wejść i powrzucać reklamy do skrzynek, bo taką mają pracę? Zapomnij. Stasiu i jego lacha stoją u bram i pilnują fortecy przed najeźdźcą.
Jaśnie smerf maruda nie lubi też zwierząt, chyba że pływają w zasmażce po jego talerzu. Jest waleczny i ciekawski w stosunku do każdego człowieka. Wyjątek stanowi tutaj jego żona, która nie daje sobie wejść na głowę i zawsze ma ostatnie zdanie. To jedyna istota na ziemi której boi się pan Stanisław.
Koniec wstępu, przejdźmy do historii właściwej.
Wracam do domu obładowana siatkami. Przez jednorazówkę prześwitują psie ciastka, ściółka dla szczurów i łuskany groszek w formie "snacksów".
Na klatce stoi smerf i lustruje po skrzynkach pocztowych. Sprawdza głównie swoją, ale kątem okaz przygląda się też co to sąsiedzi mogli ciekawego otrzymać pocztą polską.
- Dzień dobry - mówię, zbliżając się do drzwi. Mieszkam na parterze, skrzynkę na listy mam tuż obok.
- A dzień dobry - odpowiada pan Stasiu, wiem jednak że na tym się nie skończy. Nigdy się na tym nie kończy.
- A ten pani pies to tak wyje jak pani nie ma - zaczyna pan Stanisław - No przeokrutnie.
- Doprawdy? - pytam odruchowo bo wiem doskonale, że Morfina kiedy tylko wychodzę uderza w kimono. Była wielokrotnie nagrywana i niezależnie od czasu jaki musi spędzić sama jej system działania nie ulega zmianie. Nigdy nie zdarzyło jej się wyć, czy szczekać. Najada się i maszeruje do legowiska.
Biorę więc słowa mężczyzny z przymrużeniem oka, zwłaszcza wiedząc o lęku separacyjnym Huskiego dwa piętra wyżej.
- Tak, no musi pani coś z tym zrobić.
- A to nie Koda przypadkiem? On lubi sobie pośpiewać jak jest sam.
- Nie, to na pewno ten pani. Ja poznaję po wyciu.
No skoro tak.
- A co to pani ma w siatkach, pani pies w domu się załatwia, czy na kota go pani wymienia? - pyta smerf, stukając laską w siatkę z peletem.
- Mam szczurki - odpowiadam i czekam na "OJezusMariadżuma", które musi paść za każdym razem kiedy ktoś przygarnia zwierzę o złej reputacji.
- To już wiem czemu się pojawiły szczury w piwnicy znowu!
Doczekałam się. Niektóre zachowania są takie przewidywalne.
W piwnicy nie ma już szczurów, pozbyliśmy się ich lata temu.
- Może to te pani?
- A jaki kolor?
- Szare.
- To nie moje.
- A jakiego ma pani koloru?
- Całe białe - odpowiadam niezgodnie z prawdą. Chcę sprawdzić w jakim czasie białe szczury zaczną być plagą piwnicy i jak szybko pan Stanisław przyjdzie do mnie z tym problemem. Jego żona zapewne się nie ucieszy, że jej mąż widuje białe gryzonie po browarku.
Do klatki wchodzi sąsiad z góry, właściciel pięknego węża który mieszka tutaj od kiedy pamiętam.
- O, a może pan chciałby karmę dla węża? Sąsiadka sprowadziła nam do bloku szczury.
Śmieszek jeden. Znamy się z właścicielem gada, więc spoglądamy na siebie i wzdychając mężczyzna odpowiada smerfowi:
- Za małe są. Moja to takie bardziej mięso pana wielkości preferuje.
- Jak nic zaraz jakieś choróbsko się przywlecze. To już nie macie co trzymać jeszcze do tego w blokach? Masz pani psa, nie wystarczy? O, może ten pies zje te szczury.
- Prędzej szczury tego psa - odpowiadam odnajdując klucze.
- Okropieństwo. One mają takie oślizgłe ogony, jak węże. Węże też są takie śliskie i paskudne.
Spoglądam na znajomego sąsiada. Wdawać się w dyskusję i uświadamiać starszego pana, że ani wężowe łuski ani szczurze ogony nie są śliskie w dotyku nie ma najmniejszego sensu. Widzę jednak stężenie na twarzy mężczyzny oznaczające wzrost jego ciśnienia.
- Panie Stanisławie ja to bym właściwie miał prośbę - odpowiada właściciel gadzinki.
- Słucham sąsiedzie.
- Słyszałem, że ma pan jakiś stopień wojskowy.
- Ano mam.
- To musiał pan być bardzo dzielny.
- Ano byłem i dalej jestem.
- Pan się węży nie boi, nie?
- Nie no gdzie tam. Lachą przez łeb i gad martwy.
- No to świetnie, bo się umówiłem z pana żoną że wypożyczę Wasz balkon dla Krysi. U nas mało miejsca na wybiegu, a tak to sobie wejdzie te piętro wyżej i pospaceruje po balkonie trochę, może do domu wejść przez uchylone okno także trzeba uważać na stopy, zwłaszcza jak są w skarpetkach. Widzi pan ona skarpetki bierze za małe włochate gryzonie i chce je zjeść, urocze nie?
- Moja żona by się w życiu nie zgodziła.
- Zabawne, bo z tego co wiem to Krysia jest właśnie u państwa i bawi się z pana żoną.
Sąsiad nie dowierza, ale widząc pewność siebie młodszego mężczyzny rusza tiptopami w stronę schodów. W tym czasie właściciel węża podchodzi do domofonu, dzwoni na czwarte piętro i informuje żonę pana Stasia o numerze jaki właśnie wykręcił husarzowi z laską. Ustalają wspólną wersję zdarzeń (wąż dopiero co poszedł do siebie, ale faktycznie był tu przed chwilką) zanim człowiek-maruda przekroczy próg domu i kobieta chichrając się do słuchawki postanawia iść na całość i oświadczyć mężowi, że Krysia będzie z nimi spać w nogach, bo jej właściciel wyjeżdża na noc a gadzinka nie lubi być sama.
Cenię tę kobietę.
W końcu mieszkając z kimś takim trzeba sobie zapewniać odrobinę rozrywki.

środa, 3 kwietnia 2019

Nocny alarm

Trzecia w nocy. Nie śpię. Właściwie zapominam już co to sen. Lista zadań nie ma końca i nieistotne jak bardzo staram się je wykonać co chwila dochodzą nowe paląc moje nadzieje, że kiedyś dotrę do mety.
Już wiem jak czuł się Herakles w stajni Augiasza, lub Syzyf taszczący na górę swój kamień.
W pokoju obok dzwoni dzwonek napędzany psią łapą. Czas więc na spacer.
Zarzucam kurtkę na piżamę i wychodzę z puchatą potworą na zewnątrz. Spacerujemy dłuższą chwilę, ale widząc bezowocność działań wracam do domu. Fałszywy alarm. Jestem w trakcie ściągania drugiego buta, kiedy dzwonek odzywa się ponownie.
Czyżby czerwony alarm
Pies nie wygląda jakby był w potrzebie, ale zakładam ponownie obuwie na wypadek gdyby jednak wezbrały fale i nieprzychylnie szumiały wody. Zwierz kołuje w pobliżu krzaków, zamiata ogonem i szczerzy się do gałęzi. Żadna materia nie opuszcza jej puchatego ciała, więc przerywam jej podrywanie buszu i wracamy ponownie na klatkę. Morświn wpada do domu i patrząc mi głęboko w oczy siada przy dzwonku.
- Ani mi się waż, nic Ci się nie chce - mówię, lecz córka anarchii już uderza z uśmiechem w narzędzie zagłady.
Sama jestem sobie winna, stworzyłam potwora.
*dzyń* *dzyń*
- Morfina byłaś dwa razy i dobrze wiem, że Ci się nie chce.
*dzyń*
- Kojarzysz tę bajkę o chłopcu, który wołał "wilk"? Wiesz jak to się skończyło?
*dzyń*
- Chłopaka w końcu zeżarło.
*dzyń* *dzyń*
- Dobra wyjdziemy, ale ostatni raz. Jeśli jeszcze raz zadzwonisz bez potrzeby odbiorę Ci przywilej dzwonka.
Ta bajka ma jeden mankament. Niezależnie od tego ile razy chłopiec bezzasadnie wołałby "wilk" matka i tak by przybiegła. Za dziesiątym razem, setnym i tysięcznym, bo chociaż dzieciak to kretyn, to jest to jej kretyn którego sama urodziła.
Tym razem spacerujemy dłużej. Piętnaście minut, pół godziny, czterdzieści minut. Może to co pobudza mechanizm łapa-dzwonek musi się trochę rozruszać.
Morświn ma jednak gdzieś zasady, Morświn tańcuje przy krzakach i usiłuje coś od nich wynegocjować. Przyglądam się roślinności i kiedy zbliżam się znacząco do buszyku psi ogon uderza energicznie na boki.
Sąsiedzi i tak mają mnie już za wariatkę, co mi szkodzi wymolestować krzaki o 4 nad ranem. Po przeszukaniu żywopłotu wyciągam z niego smoczek. Morfina piszczy i podskakuje. Dla świętego spokoju zabieram smoczek, by dołączyć go do dziwnej psiej kolekcji i kieruję się w stronę domu.
Pies buntuje się przy schodach i widać, że jeszcze nie skończył. Świnkowy nos kieruje się na trawnik po przeciwnej stronie ulicy. Człapię za psem w kurtce, czapce i piżamie i rozglądam się po zasłoniętych oknach. Ludzie jeszcze śpią, a ja szukam z psem skarbów o 4 nad ranem, mając do zrobienia jeszcze trzy projekty na dziesiątą. Co jest nie tak z moim życiem?
Psia łapa kopie w trawie i daje sygnały, że mam się łaskawie schylić i pomóc jej w tym co robi.
Znajduję drugi smoczek.
Puchaty radar nie wykrywa w okolicy więcej dziecięcych zgubisk, więc finalnie udaje mi się wprowadzić psa na schody, a następnie do domu i nie uruchomić systemu wczesnego ostrzegania pod postacią dzwonka.
Gdyby ktoś pytał Morfina traktuje swoje hobby bardzo poważnie.



wtorek, 2 kwietnia 2019

Potrzebna Wasza pomoc!

Dzisiaj post o nieco innej niż zazwyczaj treści.
Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na tego oto małego dżentelmena:


Zdjęcie użyte za zgodą jego autorki

Nie uwierzycie, ale ten oto uroczy jegomość nie ma jeszcze swojego miejsca. Ja wiem, mnie też ciężko jest w to uwierzyć, ale psiak ze zdjęcia szuka domu.
Nie chcę przeinaczać tego co zostało już w słowa ubrane, więc pozwolę sobie zacytować historię Filipka, którą znaleźć można w wydarzeniu na Facebooku:


O TUTAJ <-----

" Poznajcie Filipka, znanego również jako Ferbi. To wyjątkowy pies, którego historia nie jest nam do końca znana. Został znaleziony przez wolontariuszy Chełmskiej Straży dla zwierząt przy często uczęszczanej drodze. Najprawdopodobniej potrącił go samochód bo nie był w stanie utrzymać się na własnych łapach. Był wychudzony, wycieńczony i przerażony. Na szczęście dzięki dobroci ludzkich serc jego los mógł się odmienić." 
Dramatycznie? Okazuje się, że psiak przeżył więcej niż może nam się wydawać.

" Wolontariusze zabrali psa do lecznicy, aby ratować jego życie i zdrowie. Badania wykazały, że Filip ma chore serce, na zdjęciach RTG widać stare złamania żeber oraz śrut w jego małym ciałku. Piesek delikatnie niedowidzi, co nie przeszkadza mu w codziennym funkcjonowaniu." 
Można się tylko domyślać przez jaki koszmar musiał przejść ten biedak i skąd wziął się w psiaku ten śrut. Na szczęście po każdym deszczu musi kiedyś wyjść słońce.

" Po pobycie w lecznicy Filip trafił do domu tymczasowego, gdzie małymi kroczkami dochodził do siebie. Przeszedł rehabilitację, która pozwoliła mu na nowo stanąć na „nogi”. Piesek musiał być od nowa socjalizowany, aby mógł znów zaufać człowiekowi, co nie przyszło mu łatwo."
I nie trudno się temu dziwić...

" Filipek to delikatny pies, potrzebujący ciepła, spokoju i miłości. Ten pies błyskawicznie zyskuje sympatie każdej osoby która go pozna. Jest nauczony czystości w domu, ładnie chodzi na smyczy, nie jest agresywny czy kłopotliwy zarówno w stosunku do obcych ludzi jak i innych zwierząt. Filip jest małych rozmiarów, waży jedynie 5 kg, jest po zabiegu kastracji."

Zdjęcie użyte za zgodą jego autorki

" Szukamy osoby godnej zaufania, odpowiedzialnej i umiejącej się zaopiekować psim staruszkiem. Filipek jest chory i do końca życia będzie musiał przyjmować leki. Wierzymy, że jest gdzieś osoba która potrzebuje właśnie TEGO PSA. Psa który nigdy nie był kochany i nie czuł bliskości człowieka, który zasługuje na nowe życie. Filip potrzebuje domowego ciepła, dlatego będzie idealnym kompanem także dla starszej osoby. Bardzo nam zależy żeby nasz przyjaciel trafił w dobre ręce, więc będzie nam miło poznać osoby chętne do adopcji pieska."
Jeśli w dalszym ciągu nie jesteście przekonani to spójrzcie tylko w te oczy...

Zdjęcie użyte za zgodą jego autorki


... czy te oczy mogą kłamać?
No przecież, że nie.
Jeśli zastanawiacie się nad adopcją psiaka warto przemyśleć danie domu temu pociesznemu stworzeniu, które wystarczająco się już w życiu nacierpiało.
Nie szukacie psa? To może znajomi?
Ten post można udostępnić, lub jeszcze lepiej wejść na wydarzenie na Facebooku, do którego link widnieje wyżej i tam podzielić się nim ze znajomymi.
Można tam również znaleźć więcej zdjęć i kontakt w sprawie adopcji malucha.
Dla Was to tylko kilka kliknięć (tak niewiele), dla niego szansa na tak długo wyczekiwanego człowieka (bardzo wiele).
Może ktoś jeszcze nie wie, że w jego sercu jest miejsce na dodatkowe 5 kg miłości i jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać.
Więc jak będzie?

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Żywe spaghetti

Człapią włochate łapki w kolorze złotym, które niosą 30 kg szczęścia i miłości w puchatym etui. Łapki z gracją niedźwiedzia uderzają o chodnik i zatrzymują się przed przeszkodą.
Robal.

Na środku przejścia wije się zwabiona deszczem gąsienica. Psi pysk trąca zwierzątko nosem i spogląda na nie z zaciekawieniem. Morfina ostrożnie obchodzi glizdę i wącha ją z drugiej strony. Pachnie zapewne tak samo.
Przywołuję ją. 

Psa, nie gąsienice.
Morświn nie wie co zrobić. Za duży wybór. Zostać i popatrzeć jeszcze na demo węża, czy iść? Zostać, czy iść? Co robić? Na psim pysku maluje się dezorientacja. Dlaczego życie jest takie trudne?
W końcu zostaje podjęta najbardziej nieoczekiwana dla mnie decyzja i robal ląduje w psim paszczu. Bear Grylls byłby dumny z takiego wykorzystania darmowego białka. Ja natomiast jestem zaskoczona krwiożerczością mojej waty cukrowej i jej instynktem łowieckim.
Wybór zostaje jednak podjęty.
RIP mały wężu.
Ale co to?
Makaron wciąż żyje i niesiony jest teraz na psim języku. Morfina maszeruje dumnie ze spaghetti w paszczy i spogląda na mnie triumfalnie. 
"Jeśli nie możesz się zdecydować wybierz dwie opcje na raz."
W ten sposób może iść ze mną i nie zostawiać swojego nowego przyjaciela samego. Same plusy.
Robaczek ma jednak inne zdanie i nie podoba mu się przejażdżka. Stanowczo woli być na ziemi, co próbuje przekazać ucieczką z jaskini śmierci. Glizdka wypada z psiego pyska na trawę. Morfina spogląda na nią i merdając ogonem pragnie przekazać żywej sznurówce:
"Pardon. To było niechcący."
Pies usilnie próbuje załadować wijącą się gąsienice z powrotem na pokład, ale robak walczy dzielnie. On nie chce już iść dalej, on ma dość takiej zabawy. Morświn rezygnuje więc z wydobycia niesfornego robaczka z trawy i obserwuje jego wędrówkę wgłąb ziemi. Kiedy glizda znika całkowicie pies obwąchuje teren i patrzy na mnie jakby chciał powiedzieć:

"Makaron uciekł, widziałam jak wszedł pod ziemię. Widziałaś też? Magia."
Udaje mi się odciągnąć psa od miejsca pożegnania z nowym kolegą i przejść całe pół kilometra zanim puchata miłość nie postanawia obdarzyć swą troską i zainteresowaniem żuczka, który mężnie wspina się po drzewie.
Żuczku nie chce pomocy, ale żuczku pomoc otrzymuje. Morfina trąca owada nosem i dopinguje go chuchaniem w pancerzyk. Z niewiadomych powodów robaczek przyspiesza i udaje mu się wspiąć po korze znikając z oczu psa.
Może to ze strachu przed pożarciem, a może czekała na niego pani żuczkowa z obiadem. 
Ja myślę jednak, że pomogło mu kibicowanie puchatej potwory i jej wyraz pyska uświadamia mi, że ona myśli tak samo.