Spotkałam dziś na spacerze w parku dwie kobiety. Jedna z nich trzymała na smyczy młodego wyżła, druga wyposażona w ciastka i kliker, pouczała jak ma szkolić swojego psa. Wmieszałam się w towarzystwo, bo widząc mnie i Morfinę pani trener poprosiła o asystę w ćwiczeniu skupienia uwagi na właścicielu.
Psu ewidentnie nie szło. Możliwe, że miał dość ciastek, przeszkadzało mu słońce lub był po prostu zmęczony. Dziewczyny postanowiły, że nie dadzą mu jeszcze odsapnąć ponieważ, cyt. "to właściciel ma decydować kiedy pies może odpocząć". Takie rozwiązanie wydało mi się radykalne ale nie jestem specjalistą w dziedzinie psiej tresury i wtedy jeszcze ufałam, że kobieta wie co robi.
Wszelkie nadzieje porzuciłam kiedy usłyszałam:
- Tylko pamiętaj o głównej zasadzie. To jest duży pies, przepuszczasz go przodem, zawsze. Przez drzwi do domu, na schodach. Obok nogi ma iść tylko na spacerze. -
Jako, że nie znałam takiej mądrości spytałam o powód i usłyszałam:
- Duże psy puszcza się przodem, ponieważ mają sprawować opiekę i być jakby ochroniarzami swoich właścicieli, natomiast małe psy powinny wchodzić za właścicielem, żeby czuły jego dominację i przywództwo-
Ok... tego jeszcze nie grali.
- A to duże psy nie musza czuć dominacji właściciela w takim razie? -
- Nie. On ma czuć funkcję opiekuńczą, dlatego powinien wchodzić pierwszy i osłaniać właściciela. A Pani to jak wpuszcza psa? -
Zrobiłam przegląd wszystkich moich wejść i wyjść z domu i odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że najczęściej suka wchodzi po mnie, a ja wchodzę pierwsza.
- Aha! - zakrzyknęła triumfalnie trenerka - Widzisz? Ta Pani popełniła tak banalny błąd i zobacz co teraz ma. Psa ciapę -
Kobieta chyba zorientowała się co powiedziała, bo dodała szybkie "bez urazy".
Nie czułam urazy. Czułam zażenowanie całą sytuacją i lekką litość do właścicielki wyżła, która dała się omotać tej szarlatance.
Wiedząc, że raczej nic nie zdziałam, podjęłam jednak próbę walki:
- Przepraszam, a Pani to ma jakieś doświadczenie w temacie szkolenia? Zawodowo to Pani robi? Trener? Behawiorysta? -
- Nie, ja tak hobbistycznie -
- Aha, ale jakieś doświadczenie Pani ma? Jakiś kurs? Szkoła weterynaryjna albo zoologia? -
- Nie, nie, ja to fryzjerką jestem ale dużo książek czytałam i to mój konik -
- Jak stare to były książki? Z 70-tego roku? Nie chcę się wymądrzać ale robi Pani krzywdę temu psu, a wodę z mózgu tej Pani takimi metodami. Bo o ile ta może nie być szkodliwa, to zakładam że ma Pani lepsze delicje w kieszeni -
- Oh, bo Pani to jest specjalistą i wie? -
- Broń boże ale nauczono mnie żeby nie doradzać innym jeśli samemu nie ma się doświadczenia w danym temacie i tym się chyba różnimy -
Padło jeszcze kilka zdań z obu stron i zostaliśmy odsunięci od tresury, jako Ci którzy popełnili podstawowe błędy szkoleniowe.
Kto wie. Może gdybym puszczała Morfinę w drzwiach pierwszą, dziś byłaby bardzo obronnym psem, a tak to jest pluszakiem w wyniku mojej nadmiernej dominacji.
Człowiek się całe życie uczy.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
środa, 8 sierpnia 2018
wtorek, 7 sierpnia 2018
Uparli się no. Po prostu się uparli.
10 rano. Środek nocy, biorąc pod uwagę, że się położyło o 4 nad ranem.
Ktoś łomocze do wrot z siłą Gestapo i nie ma zamiaru przestać, więc zwlekam się z łóżka i zaspana otwieram drzwi.
W progu stoją dwie uśmiechnięte od ucha do ucha panie (o tej godzinie to dla mnie podejrzane tak się szczerzyć) i zadają mi pytanie, które w pierwszym momencie (przez spowolniony niedawnym snem mózg) wydaje mi się być zadane w innym języku, więc proszę o powtórzenie.
- Czy przyjęłaby Pani do siebie Jezusa? -
Myślę, mam mały metraż ale w sumie spoko, jak nie ma gdzie przekimać to go przechowam.
Panie widząc że dopiero wstałam i trzeba do mnie wolniej i wyraźniej, spoglądają po sobie i zaczynają jeszcze raz, wręczając mi broszurkę:
- Czy jest Pani gotowa na Armagedon? -
- A kiedy to ma być? -
- To tylko Bóg wie -
- Aha... a w czym mogę pomóc tak właściwie? -
- Czy wierzy Pani w życie wieczne? -
Poważnie? Budzicie mnie w środku nocy żeby zadawać pytania egzystencjalne?
- No nikt nie żyje wiecznie z tego co wiem -
- Ale po śmierci. Czy wierzy Pani w życie po śmierci -
- A to nie wiem, nie byłam -
Czuję, że framuga drzwi staje się nagle bardzo wygodna i zaraz odpłynę w objęcia Morfeusza.
- Proszę przyjąć Boga pod postacią miłości -
Chwila, dopiero co miał wbić Jezus. To ilu ich tu w końcu będzie, to jest małe mieszkanie.
- Proszę się zastanowić, czy chce Pani trafić do nieba... bo -
- A z psami tam można? -
Zaraz zasnę. Jak nic, zaraz tu przy nich uderzę w kimono.
- No nie. Tylko ludzie -
- Aha, to chyba nie jestem zainteresowana, dziękuję -
Zamykam drzwi, jednak z drugiej strony kobieta przytrzymuje je ręką.
- Ewangelia św. Mateusza mówi nam, że... -
- Tak, to jest na pewno bardzo ciekawe ale może kiedy indziej. Wezmę broszurkę, poczytam i się odezwę ok? -
Jakoś udaje mi się zamknąć drzwi i wlokę się do pokoju.
Będąc jedną nogą w łóżku, słyszę domofon. Siłą woli zmuszam się żeby zawrócić.
- Jajka - słyszę po drugiej stronie słuchawki - chce Pani jajka? -
- Nie, dziękuję ale niech Pan wejdzie, może sąsiedzi wezmą -
Ponowny marsz do łóżka i ponowny dzwonek.
Dlaczego. Dlaczego ludziom tak bardzo nie podoba się pomysł zostawienia mnie w spokoju jeszcze przez co najmniej godzinę.
Kto ich skrzywdził i dlaczego oni krzywdzą mnie.
Podchodzę do słuchawki i pod wpływem rosnącej frustracji odpowiadam:
- Nie potrzebuję jajek, a Jezusa przyjmuję dopiero po dwunastej, coś jeszcze? -
- Ulotki? - słyszę po drugiej stronie - mogę wejść? -
Otwieram i modlę się, żeby limit na użycie domofonu już się na dziś skończył.
Kładę głowę na poduszce. Z pokoju dochodzi miarowe:
*Pisk* *Pisku pisk* * pisk*
- Morfina kocham Cię całym sercem ale jak za chwilę nie odłożysz tej piszczącej piłki, to zrobię z Ciebie dywan -
Już myślę, że poskutkowało i znowu zaczynam przysypiać, ciesząc się błogą ciszą. Już, już właściwie mnie tu nie ma duchem.
Wtedy to właśnie prosto w moje ucho uderza głośne:
*PIIISK*
Otwieram oczy, sprawdzam czy ucho nie krwawi, a moje bębenki jeszcze istnieją i widzę psi pysk 5 cm od mojej twarzy, trzymający piłkę piszczusię.
Ten kto powiedział, że zwierzęta nie są złośliwe, chyba nigdy nie miał psa.
Było oczywiście po spaniu, także chciałam serdecznie podziękować wysłannikom Jezusa, sprzedawcom jajek i ulotkarzom za ten jakże piękny poranek.
Może jeszcze producentom piszczących piłek... im to już szczególnie.
Ktoś łomocze do wrot z siłą Gestapo i nie ma zamiaru przestać, więc zwlekam się z łóżka i zaspana otwieram drzwi.
W progu stoją dwie uśmiechnięte od ucha do ucha panie (o tej godzinie to dla mnie podejrzane tak się szczerzyć) i zadają mi pytanie, które w pierwszym momencie (przez spowolniony niedawnym snem mózg) wydaje mi się być zadane w innym języku, więc proszę o powtórzenie.
- Czy przyjęłaby Pani do siebie Jezusa? -
Myślę, mam mały metraż ale w sumie spoko, jak nie ma gdzie przekimać to go przechowam.
Panie widząc że dopiero wstałam i trzeba do mnie wolniej i wyraźniej, spoglądają po sobie i zaczynają jeszcze raz, wręczając mi broszurkę:
- Czy jest Pani gotowa na Armagedon? -
- A kiedy to ma być? -
- To tylko Bóg wie -
- Aha... a w czym mogę pomóc tak właściwie? -
- Czy wierzy Pani w życie wieczne? -
Poważnie? Budzicie mnie w środku nocy żeby zadawać pytania egzystencjalne?
- No nikt nie żyje wiecznie z tego co wiem -
- Ale po śmierci. Czy wierzy Pani w życie po śmierci -
- A to nie wiem, nie byłam -
Czuję, że framuga drzwi staje się nagle bardzo wygodna i zaraz odpłynę w objęcia Morfeusza.
- Proszę przyjąć Boga pod postacią miłości -
Chwila, dopiero co miał wbić Jezus. To ilu ich tu w końcu będzie, to jest małe mieszkanie.
- Proszę się zastanowić, czy chce Pani trafić do nieba... bo -
- A z psami tam można? -
Zaraz zasnę. Jak nic, zaraz tu przy nich uderzę w kimono.
- No nie. Tylko ludzie -
- Aha, to chyba nie jestem zainteresowana, dziękuję -
Zamykam drzwi, jednak z drugiej strony kobieta przytrzymuje je ręką.
- Ewangelia św. Mateusza mówi nam, że... -
- Tak, to jest na pewno bardzo ciekawe ale może kiedy indziej. Wezmę broszurkę, poczytam i się odezwę ok? -
Jakoś udaje mi się zamknąć drzwi i wlokę się do pokoju.
Będąc jedną nogą w łóżku, słyszę domofon. Siłą woli zmuszam się żeby zawrócić.
- Jajka - słyszę po drugiej stronie słuchawki - chce Pani jajka? -
- Nie, dziękuję ale niech Pan wejdzie, może sąsiedzi wezmą -
Ponowny marsz do łóżka i ponowny dzwonek.
Dlaczego. Dlaczego ludziom tak bardzo nie podoba się pomysł zostawienia mnie w spokoju jeszcze przez co najmniej godzinę.
Kto ich skrzywdził i dlaczego oni krzywdzą mnie.
Podchodzę do słuchawki i pod wpływem rosnącej frustracji odpowiadam:
- Nie potrzebuję jajek, a Jezusa przyjmuję dopiero po dwunastej, coś jeszcze? -
- Ulotki? - słyszę po drugiej stronie - mogę wejść? -
Otwieram i modlę się, żeby limit na użycie domofonu już się na dziś skończył.
Kładę głowę na poduszce. Z pokoju dochodzi miarowe:
*Pisk* *Pisku pisk* * pisk*
- Morfina kocham Cię całym sercem ale jak za chwilę nie odłożysz tej piszczącej piłki, to zrobię z Ciebie dywan -
Już myślę, że poskutkowało i znowu zaczynam przysypiać, ciesząc się błogą ciszą. Już, już właściwie mnie tu nie ma duchem.
Wtedy to właśnie prosto w moje ucho uderza głośne:
*PIIISK*
Otwieram oczy, sprawdzam czy ucho nie krwawi, a moje bębenki jeszcze istnieją i widzę psi pysk 5 cm od mojej twarzy, trzymający piłkę piszczusię.
Ten kto powiedział, że zwierzęta nie są złośliwe, chyba nigdy nie miał psa.
Było oczywiście po spaniu, także chciałam serdecznie podziękować wysłannikom Jezusa, sprzedawcom jajek i ulotkarzom za ten jakże piękny poranek.
Może jeszcze producentom piszczących piłek... im to już szczególnie.
Po trzy jest cztery i bez dyskusji
Tak się składa, że Tour de Pologne przejeżdżało przez nasze małe zadupie.
Mniej więcej już na 3 godziny przed pojawieniem się pierwszego roweru, ludzie wyczekiwali przy taśmach policyjnych, bo przecież mogło braknąć miejsca. Lepiej zatem postać w trzydziestostopniowym słonku i posłuchać jak wokalistka jakiejś rockowej grupy zdziera gardło już od przeszło czterech godzin, czego zawodnicy mijający to miejsce przez jakieś 20 sekund mogli jednak nie dosłyszeć.
Zanim jednak przy ulicy zebrało się pół miasta, na scenę wszedł konferansjer i testując mikrofon, mamrotał do niego:
- Raz, dwa, trzy, trzy, trzy pom, pom, trzy, dwa -
Trwało to chwilę, kiedy spod sceny dobiegł cienki ale donośny i stanowczy głosik małej dziewczynki:
- Cztery! Po trzy jest cztery! -
- Raz, dwa, trzy, trzy, trzy -
- Mamo, powiedz coś temu Panu! Powiedz mu, że po trzy jest cztery! -
- Kochanie, Pan tylko sprawdza mikrofon -
- Nie, on nie potrafi liczyć! -
Mężczyzna na scenie albo nie dosłyszał albo nie chciał dosłyszeć dziecka i dalej wypluwał swoje monosylaby w mikrofon:
- Raz, dwa, trzy, trzy, pom, pom, raz -
- CZTERY! - spod sceny dobijała się już czysta furia. Całe 20 kilogramów złości niemal wciskało się przez barierki, zapewne żeby odebrać niedouczonemu człowiekowi mikrofon i samemu zakończyć liczenie.
- Raz, dwa trzy, trzy... -
- Cztery! Mamo on to robi specjalnie! Cztery, no cztery mówię! -
Dziecko zostało siłą odciągnięte spod sceny, lecz dalej wykrzykiwało swoje racje, jakby niedokończona sekwencja sprawiała jej niemal fizyczny ból.
Mimo, że konferansjer nie mógł już słyszeć oddalającej się dziewczynki, nie uważała ona najwidoczniej że może zaprzestać wykrzykiwania:
- Cztery, cztery, czy to takie trudne? CZTERY! -
Młoda obrończyni praw cyfr mogła mieć maksymalnie 5 lat na oko ale walczyła tak dzielnie i zaciekle, że jej nauczyciel musi się poważnie zastanowić, czy będzie chciał kiedykolwiek wystawić jej złą ocenę z matematyki.
No, ja bym nie ryzykowała.
Mniej więcej już na 3 godziny przed pojawieniem się pierwszego roweru, ludzie wyczekiwali przy taśmach policyjnych, bo przecież mogło braknąć miejsca. Lepiej zatem postać w trzydziestostopniowym słonku i posłuchać jak wokalistka jakiejś rockowej grupy zdziera gardło już od przeszło czterech godzin, czego zawodnicy mijający to miejsce przez jakieś 20 sekund mogli jednak nie dosłyszeć.
Zanim jednak przy ulicy zebrało się pół miasta, na scenę wszedł konferansjer i testując mikrofon, mamrotał do niego:
- Raz, dwa, trzy, trzy, trzy pom, pom, trzy, dwa -
Trwało to chwilę, kiedy spod sceny dobiegł cienki ale donośny i stanowczy głosik małej dziewczynki:
- Cztery! Po trzy jest cztery! -
- Raz, dwa, trzy, trzy, trzy -
- Mamo, powiedz coś temu Panu! Powiedz mu, że po trzy jest cztery! -
- Kochanie, Pan tylko sprawdza mikrofon -
- Nie, on nie potrafi liczyć! -
Mężczyzna na scenie albo nie dosłyszał albo nie chciał dosłyszeć dziecka i dalej wypluwał swoje monosylaby w mikrofon:
- Raz, dwa, trzy, trzy, pom, pom, raz -
- CZTERY! - spod sceny dobijała się już czysta furia. Całe 20 kilogramów złości niemal wciskało się przez barierki, zapewne żeby odebrać niedouczonemu człowiekowi mikrofon i samemu zakończyć liczenie.
- Raz, dwa trzy, trzy... -
- Cztery! Mamo on to robi specjalnie! Cztery, no cztery mówię! -
Dziecko zostało siłą odciągnięte spod sceny, lecz dalej wykrzykiwało swoje racje, jakby niedokończona sekwencja sprawiała jej niemal fizyczny ból.
Mimo, że konferansjer nie mógł już słyszeć oddalającej się dziewczynki, nie uważała ona najwidoczniej że może zaprzestać wykrzykiwania:
- Cztery, cztery, czy to takie trudne? CZTERY! -
Młoda obrończyni praw cyfr mogła mieć maksymalnie 5 lat na oko ale walczyła tak dzielnie i zaciekle, że jej nauczyciel musi się poważnie zastanowić, czy będzie chciał kiedykolwiek wystawić jej złą ocenę z matematyki.
No, ja bym nie ryzykowała.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Morfi, Bodzio... jeden kij
Mam taką sąsiadkę. Babeczka ma ze sto lat na karku i nie mówię tego złośliwie, raczej z podziwem. Ja w tym wieku pewnie nie będę już potrafiła sklecić swojego imienia, o ile w ogóle będę jeszcze żyła.
Ona natomiast dokarmia koty, pielęgnuje ogródek i mizia każdego psa jaki koło niej przejdzie.
Jako że mój pieszczoch ciągnie do wszystkich którzy kiedykolwiek choćby uśmiechnęli się w jej stronę, sąsiadka dobrze zna sukę i tradycją jest już codzienne głaskanie.
Pamięć jednak nie ta, a Morfina imieniem trudnym, więc normą jest:
- Co tam dziś u mojej babeczki? -
- Słucham? -
- No, Mufinki. Co tom u Mufinki -
- Tak właściwie to ona ma na imię Morfina, pamięta Pani? -
- A no oczywiście że tak. Taki słodki pies, o jak brzucho wywala. Pomiziać Nodi? Pomiziamy -
- Morfi... od Morfiny -
- No, ja rozumiem. No muszę już iść, widzimy się jutro Smerfi -
Dla mojej suki ma to małe znaczenie i może być nawet Amandą, jeśli tylko dotknie jej ludzka ręka, więc ja też nie widzę w tym problemu.
Ostatnio usłyszałam nawet że mam pozdrowić Bodzia.
Dobre 15 minut się zastanawiałam czy znam jakiegoś Bogdana, Bogumiła czy innego Bodygarda, zanim do mnie dotarło że chodzi o psa.
Mimo wszystko szacun za długowieczność.
Ona natomiast dokarmia koty, pielęgnuje ogródek i mizia każdego psa jaki koło niej przejdzie.
Jako że mój pieszczoch ciągnie do wszystkich którzy kiedykolwiek choćby uśmiechnęli się w jej stronę, sąsiadka dobrze zna sukę i tradycją jest już codzienne głaskanie.
Pamięć jednak nie ta, a Morfina imieniem trudnym, więc normą jest:
- Co tam dziś u mojej babeczki? -
- Słucham? -
- No, Mufinki. Co tom u Mufinki -
- Tak właściwie to ona ma na imię Morfina, pamięta Pani? -
- A no oczywiście że tak. Taki słodki pies, o jak brzucho wywala. Pomiziać Nodi? Pomiziamy -
- Morfi... od Morfiny -
- No, ja rozumiem. No muszę już iść, widzimy się jutro Smerfi -
Dla mojej suki ma to małe znaczenie i może być nawet Amandą, jeśli tylko dotknie jej ludzka ręka, więc ja też nie widzę w tym problemu.
Ostatnio usłyszałam nawet że mam pozdrowić Bodzia.
Dobre 15 minut się zastanawiałam czy znam jakiegoś Bogdana, Bogumiła czy innego Bodygarda, zanim do mnie dotarło że chodzi o psa.
Mimo wszystko szacun za długowieczność.
sobota, 4 sierpnia 2018
Aaaaa! Nie ma pępka!
Morfina leży na chodniku, obok niej siedzi ludzki pędrak, taki z pogranicza tych, co to dopiero zaczynają rozumieć słowa. Jako, że ta suka to psia niania i jest w niebie jak dotykają ją małe rączki, dzieciak siedzi właściwie z twarzą przyklejoną do futra i wskazując paluszkiem na różne części ciała psa, uczy się anatomii.
- Łapkia -
- Tak to jest pieska łapka, bardzo ładnie - odpowiada matka siedząca obok mnie na ławce
- Uśko -
- Uszko pieska, tak -
Laska jest tak wniebowzięta i dumna, jakby dzieciak właśnie rozpracował teorię wszechświata ale sama lepsza nie jestem, więc się nie odzywam.
- Ośko - mówi brzdąc i podtyka Morfinie palec pod oko
- Tak, a co piesek ma na oczku? -
- Zieńsy -
- Rzęsy, tak! -
Trwa to dłuższą chwilę i zaczynam myśleć, że wkrótce skończą mu się części ciała. Nagle mała glizda wpada w panikę i przeszukuje brzuch suki, jakby miał tam znaleźć diamenty:
- Pusiek! -
- Tak piesek ma puszek, futerko takie -
- Nie! Nie ma pusiek -
- Ale piesek ma puszek kochanie -
- Pusiek nie ma! - dzieciak zaczyna płakać krokodylimi łzami i Morfina zdezorientowana nie wiedząc, czy zrobiła coś źle i jak go uspokoić zaczyna mu robić masaż językiem po twarzy
- Ahaaa, pępuszek - odpowiada matka - Piesek ma pępuszek, tylko go nie widać -
Dzieciak jednak wie swoje i nie będzie mu kurde matka wpierała ciemnoty:
- Pusiek, nie ma! -
- Ale Ty też nie masz ogonka, a piesek ma. To jest po równo -
Chłopczyk momentalnie przestaje płakać, ogląda się na plecy, maca po opancerzonych w pieluchę pośladkach i jak gdyby nigdy nic wraca do wyliczanki:
- Nosiek -
- Tak, piesek ma nosek -
...
Zastanawia mnie czy matki mają książkę z tajnymi, logistycznymi sztuczkami, czy to po prostu przychodzi wraz z macierzyństwem.
Podziwiam. Naprawdę podziwiam.
- Łapkia -
- Tak to jest pieska łapka, bardzo ładnie - odpowiada matka siedząca obok mnie na ławce
- Uśko -
- Uszko pieska, tak -
Laska jest tak wniebowzięta i dumna, jakby dzieciak właśnie rozpracował teorię wszechświata ale sama lepsza nie jestem, więc się nie odzywam.
- Ośko - mówi brzdąc i podtyka Morfinie palec pod oko
- Tak, a co piesek ma na oczku? -
- Zieńsy -
- Rzęsy, tak! -
Trwa to dłuższą chwilę i zaczynam myśleć, że wkrótce skończą mu się części ciała. Nagle mała glizda wpada w panikę i przeszukuje brzuch suki, jakby miał tam znaleźć diamenty:
- Pusiek! -
- Tak piesek ma puszek, futerko takie -
- Nie! Nie ma pusiek -
- Ale piesek ma puszek kochanie -
- Pusiek nie ma! - dzieciak zaczyna płakać krokodylimi łzami i Morfina zdezorientowana nie wiedząc, czy zrobiła coś źle i jak go uspokoić zaczyna mu robić masaż językiem po twarzy
- Ahaaa, pępuszek - odpowiada matka - Piesek ma pępuszek, tylko go nie widać -
Dzieciak jednak wie swoje i nie będzie mu kurde matka wpierała ciemnoty:
- Pusiek, nie ma! -
- Ale Ty też nie masz ogonka, a piesek ma. To jest po równo -
Chłopczyk momentalnie przestaje płakać, ogląda się na plecy, maca po opancerzonych w pieluchę pośladkach i jak gdyby nigdy nic wraca do wyliczanki:
- Nosiek -
- Tak, piesek ma nosek -
...
Zastanawia mnie czy matki mają książkę z tajnymi, logistycznymi sztuczkami, czy to po prostu przychodzi wraz z macierzyństwem.
Podziwiam. Naprawdę podziwiam.
piątek, 3 sierpnia 2018
Bo dzień Goldena był
Spacer z psem jak każdy inny.
Za plecami słyszę dziecięcy krzyk małego odkrywcy, który właśnie ujrzał co najmniej zaginioną Atlantydę:
- Golden! -
Odwracam głowę i widzę garstkę dzieci wpatrujących się we mnie jak lew w ranną antylopę i nie wiem czy uciekać, czy paść na ziemię i udawać trupa. Dzieci biegną w moją stronę i zatrzymują się w odległości bezpiecznego metra. W ich oczach świecą iskierki, jakbym na smyczy prowadziła co najmniej smoka albo chociaż jednorożca.
- Tak, to Golden - odpowiadam, nie za bardzo wiedząc w jakiej krainie się teraz znajduję.
- Ekstra! Możemy zdjęcie? -
Stoję tam, niedowierzając i zastanawiając się kiedy właściwie tak pospolita rasa stała się obiektem paparazzi ale patrząc na te żebrzące spojrzenia nie mogę się nie zgodzić.
Dziecki oblegają wniebowziętą Morfinę i cykają kilka fotek, po czym zbierają się i zaczynają wypatrywać następnej zdobyczy.
- Przepraszam, a właściwie po co wam te zdjęcia? -
- Wie Pani, mamy taką zabawę. Dziadek Tomka podzielił nas na zespół dziewczyn i chłopców i codziennie daje nam inną rasę psa. Który zespół jednego dnia znajdzie więcej psów tej rasy wygrywa po dychu na łebka! Tylko trzeba mieć zdjęcia, żeby nie wyszło że ktoś ściemnia. Dzisiaj jest dzień Goldena -
Myślę sobie, no można i tak.
W końcu wszystko za cenę świętego spokoju, a i dzieciaki chyba dobrze się przy tym bawią.
Ciekawi mnie tylko co zrobią, kiedy dziadek śmieszek wymyśli jakąś rzadką rasę typu Komondor, czy Podenco.
Te dzieci prędzej umrą z wycieńczenia szukając, niż oddadzą wygraną drużynie przeciwnej.
Za plecami słyszę dziecięcy krzyk małego odkrywcy, który właśnie ujrzał co najmniej zaginioną Atlantydę:
- Golden! -
Odwracam głowę i widzę garstkę dzieci wpatrujących się we mnie jak lew w ranną antylopę i nie wiem czy uciekać, czy paść na ziemię i udawać trupa. Dzieci biegną w moją stronę i zatrzymują się w odległości bezpiecznego metra. W ich oczach świecą iskierki, jakbym na smyczy prowadziła co najmniej smoka albo chociaż jednorożca.
- Tak, to Golden - odpowiadam, nie za bardzo wiedząc w jakiej krainie się teraz znajduję.
- Ekstra! Możemy zdjęcie? -
Stoję tam, niedowierzając i zastanawiając się kiedy właściwie tak pospolita rasa stała się obiektem paparazzi ale patrząc na te żebrzące spojrzenia nie mogę się nie zgodzić.
Dziecki oblegają wniebowziętą Morfinę i cykają kilka fotek, po czym zbierają się i zaczynają wypatrywać następnej zdobyczy.
- Przepraszam, a właściwie po co wam te zdjęcia? -
- Wie Pani, mamy taką zabawę. Dziadek Tomka podzielił nas na zespół dziewczyn i chłopców i codziennie daje nam inną rasę psa. Który zespół jednego dnia znajdzie więcej psów tej rasy wygrywa po dychu na łebka! Tylko trzeba mieć zdjęcia, żeby nie wyszło że ktoś ściemnia. Dzisiaj jest dzień Goldena -
Myślę sobie, no można i tak.
W końcu wszystko za cenę świętego spokoju, a i dzieciaki chyba dobrze się przy tym bawią.
Ciekawi mnie tylko co zrobią, kiedy dziadek śmieszek wymyśli jakąś rzadką rasę typu Komondor, czy Podenco.
Te dzieci prędzej umrą z wycieńczenia szukając, niż oddadzą wygraną drużynie przeciwnej.
czwartek, 2 sierpnia 2018
Poważne problemy poważnych ludzi
Swego czasu pracowałam w gabinecie weterynaryjnym. Przychodzili do nas różni ludzie, z rożnymi problemami i chociaż było ich wielu, to niektórych zapamiętałam bardziej przez pytania z jakimi się u nas pojawili.
Pewnego dnia przyszedł do nas mężczyzna z młodym psiakiem (właściwie jeszcze szczeniakiem) i z poważną miną oświadczył, że wyczuł coś na brzuchu psa i nie wie czy to kurzajki czy guzki, przez co bardzo się martwi.
Obmacaliśmy psa ale jako, że zarówno ja, jak i moja szefowa nic nie znalazłyśmy, poprosiłyśmy mężczyznę o wskazanie dokładnego położenia tych domniemanych guzków.
Gość odwrócił szczeniaka na plecy i z najpoważniejszą miną, jaką kiedykolwiek widziałam wskazał nam kilka okrągłych wypustek (bardziej jednak przypominających pieprzyki).
Nastała chwila ciszy. Ledwo powstrzymując uśmiech spojrzałam na lekarkę, która taką sytuację miała zapewne nie raz i usłyszałam jak równie poważnie odpowiedziała:
- To są sutki proszę pana -
- Ale to jest pies! -
- Niezaprzeczalnie, a to są jego sutki -
- Ale u chłopa? To samiec jest -
- Pan też jest samiec, nie ma pan sutków? -
Mężczyzna pomyślał chwilę, ściągnął psa z kozetki i z niepewnością spytał:
- Czyli... to normalne tak? Tak ma być? -
Przez długi czas myślałam, że nic faceta nie przebije aż nie przyszła do nas kobieta z jak to ujęła: problemem behawioralnym jej psa. Kobieta przyznała, że to jej pierwszy pies i nie za bardzo wie do kogo zwrócić się w takiej sytuacji.
- Bo widzi pani doktor, on ciamka jak je -
- Może Pani sprecyzować? Wydaje przy tym jakieś dziwne dźwięki? Ma problem z przeżuwaniem? -
- No nie. Je normalnie tylko że z otwartym pyskiem i nie mogę go nauczyć żeby go zamykał jak je -
- Ale... proszę pani psy jedzą z otwartym pyskiem, ponieważ anatomia ich szczęki i zębów nie pozwala im jeść inaczej -
- Ale on tak mlaska, to niekulturalne -
- Wie Pani, to jest pies... -
- I on tak będzie ciamkał długo? Wyrośnie z tego? -
Musiałyśmy wytłumaczyć kobiecie, że pies je w ten sposób do końca życia i żaden behawiorysta nie nauczy go jeść z zamkniętym pyskiem, tak samo jak nie nauczy go jeść nożem i widelcem.
Kobieta była bardzo niepocieszona.
Pewnego dnia przyszedł do nas mężczyzna z młodym psiakiem (właściwie jeszcze szczeniakiem) i z poważną miną oświadczył, że wyczuł coś na brzuchu psa i nie wie czy to kurzajki czy guzki, przez co bardzo się martwi.
Obmacaliśmy psa ale jako, że zarówno ja, jak i moja szefowa nic nie znalazłyśmy, poprosiłyśmy mężczyznę o wskazanie dokładnego położenia tych domniemanych guzków.
Gość odwrócił szczeniaka na plecy i z najpoważniejszą miną, jaką kiedykolwiek widziałam wskazał nam kilka okrągłych wypustek (bardziej jednak przypominających pieprzyki).
Nastała chwila ciszy. Ledwo powstrzymując uśmiech spojrzałam na lekarkę, która taką sytuację miała zapewne nie raz i usłyszałam jak równie poważnie odpowiedziała:
- To są sutki proszę pana -
- Ale to jest pies! -
- Niezaprzeczalnie, a to są jego sutki -
- Ale u chłopa? To samiec jest -
- Pan też jest samiec, nie ma pan sutków? -
Mężczyzna pomyślał chwilę, ściągnął psa z kozetki i z niepewnością spytał:
- Czyli... to normalne tak? Tak ma być? -
Przez długi czas myślałam, że nic faceta nie przebije aż nie przyszła do nas kobieta z jak to ujęła: problemem behawioralnym jej psa. Kobieta przyznała, że to jej pierwszy pies i nie za bardzo wie do kogo zwrócić się w takiej sytuacji.
- Bo widzi pani doktor, on ciamka jak je -
- Może Pani sprecyzować? Wydaje przy tym jakieś dziwne dźwięki? Ma problem z przeżuwaniem? -
- No nie. Je normalnie tylko że z otwartym pyskiem i nie mogę go nauczyć żeby go zamykał jak je -
- Ale... proszę pani psy jedzą z otwartym pyskiem, ponieważ anatomia ich szczęki i zębów nie pozwala im jeść inaczej -
- Ale on tak mlaska, to niekulturalne -
- Wie Pani, to jest pies... -
- I on tak będzie ciamkał długo? Wyrośnie z tego? -
Musiałyśmy wytłumaczyć kobiecie, że pies je w ten sposób do końca życia i żaden behawiorysta nie nauczy go jeść z zamkniętym pyskiem, tak samo jak nie nauczy go jeść nożem i widelcem.
Kobieta była bardzo niepocieszona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)