Z okna mam widok na tył sklepu spożywczego, więc kiedy wstaję wcześniej, często widzę jak przebiega dostawa produktów i jak towary są przenoszone z ciężarówki do sklepu. Mają tam naprawdę pyszną kapustę kiszoną oraz nie najgorsze ogórki.
Wygramoliłam się z łóżka w okolicach 5:30 i rozsuwając żaluzje przyglądałam się dostawie. Kierowca wysiadł z ciężarówki, poprzerzucał parę worków ziemniaków, po czym stwierdził że musi opróżnić pęcherz i postanowił zrobić to za drzewem, które stoi zaraz przed moim oknem. Mężczyzna niespecjalnie przejmował się widownią i po "odcedzeniu kartofelków" wrócił na tył ciężarówki, by tam gołymi rękami (bo rękawiczki to przeżytek) przekładać kiszoną kapustę z beczki do mniejszych wiadereczek, które następnie zostały przeniesione przez kasjerki do sklepu.
Chyba już podziękuję za kiszone z tego obiektu...
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
wtorek, 13 lutego 2018
Jak utraciłam wiarę w ludzkość
Zakupy w sklepie z odzieżą w centrum handlowym. Przeglądam kolejne koszulki, kiedy zauważam po przeciwnej stronie wieszaków kobietę z psem na smyczy, niemal przyklejonym pyskiem do jej nogi. Zdziwiłam się, ponieważ na terenie centrum handlowego nie można przebywać ze zwierzętami, nie mówiąc o wejściu do jakiegokolwiek sklepu. Moje oczy zatrzymały się na czerwonych szelkach psa i napisie "service dog". Oh. OK. Miałam zapytać, czy mogę pogłaskać to łaciate cudo ale teraz byłam zmuszona trzymać rączki przy sobie i nie zawracać głowy psu, który pracuje. Przeglądałam więc dalej ubrania... jednak nie każdy zdawał się być tak trzeźwo myślący. Podczas przejścia przez tylko jedną szynę z wieszakami, psa zdążyło zaczepić więcej ludzi niż sądziłam, że znajduje się na tym obiekcie. Kobieta za każdym razem spokojnie prosiła, żeby nie rozpraszać psa i odejść, ponieważ on nie jest tu bez powodu i wiecie co? Ludzie są bezczelni. Prawdopodobnie gdybym była w skórze tej kobiety ten sklep byłby już oklejony żółtą taśmą, jako miejsce zbrodni.
Parę przykładów, zapnijcie pasy:
Mała dziewczynka podbiegła i zaczęła głaskać psa (można jej wybaczyć niewiedzę, miała może z 5 lat). Tuż za nią stała jednak jej babcia, która najwyraźniej miała za słaby wzrok żeby przeczytać napisy na szelkach, które głosiły "nie dotykać" oraz "nie rozpraszaj, jestem w pracy". Kobieta poprosiła kulturalnie o zabranie dziecka, ponieważ pies nie może być rozpraszany. Babcia oburzona stwierdziła, że to dziecko i nic psu nie zrobi, więc chyba może chwilę go pogłaskać. Kobieta chwyciła dziecko za rączkę i powiedziała patrząc dziewczynce w oczy "Przepraszam ale nie możesz głaskać tego pieska. Rozpraszasz go, a on musi mi pomagać żeby nie stała mi się krzywda". Dziewczynka zrozumiała przekaz i odsunęła się od zwierzęcia, chociaż jej babcia wychodziła z siebie, nie kryjąc oburzenia na "bezczelne" zachowanie kobiety.
Następny był mężczyzna, który stwierdził że ekspedienci powinni natychmiast usunąć stąd to zwierzę, ponieważ (uwaga hit) on ma alergię i nie może z nim przebywać w jednym pomieszczeniu, poza tym prawdopodobnie pies zanieczyści podłogę i pogryzie wystawę. Obsługa poinformowała mężczyznę, że takie działanie byłoby nielegalne, ta kobieta ma takie samo prawo do przebywania tutaj jak on i jeśli przeszkadza mu obecność psa może wrócić, kiedy właścicielka czworonoga skończy zakupy. Oburzenie mężczyzny było podobne do oburzenia babci.
Niestety, to nie koniec.
Kolejny mężczyzna złapany na głaskaniu psa, co prawda zaprzestał działania ale oświadczył kobiecie, że:
A. Kundle nie mogą być psami pomocnikami, ponieważ tylko rasowe psy się szkoli
B. Kobieta nie wygląda na chorą i potrzebującą pomocy zwierzęcia, więc ma skończyć udawać i wyprowadzić tego fałszywego psa pracującego poza budynek.
Mężczyzna na szczęście wyszedł, razem z resztką mojej wiary w ludzkość.
Kiedy już myślałam, że życie tej kobiety będzie proste chociaż przez 10 minut do akcji przystąpiła kobieta z dwojgiem dzieci, które co prawda psa nie dotykały ale ciamkały, cmokały i gwizdały w jego kierunku. Po zwróceniu uwagi przez właścicielkę psa, matka dzieci stwierdziła, że przecież go nie dotykają więc o co jej w ogóle chodzi. Ta sytuacja trwała jednak na tyle długo, że pies zaczął sygnalizować coś właścicielce, kładąc na niej obie łapy i cicho skomląc. Kobieta usiadła na pufie do przymierzania obuwia i wyciągnęła telefon oraz batonik, który odwinęła i zaczęła jeść.
Było mi jej autentycznie żal.
Na szczęście obsługa sklepowa okazała się być w porządku i podeszła do niej młoda dziewczyna, spytać czy wszystko w porządku. Kobieta poprosiła o wodę i odpowiedziała, że pies przeczuwa nagłe wahania glukozy ale napisała już do chłopaka, więc zaraz po nią przyjdzie.
Teraz wisienka na torcie.
Nad kobietą stanął mężczyzna i powiedział coś w stylu:
"Te miejsca są dla tych co mierzą, a nie żeby się rozsiadać i nażerać (gość miał z 200 kg wagi), więc jak Pani nie mierzy to niech Pani zejdzie".
Zcięło mnie. Kobieta głaszcząc psa, który był już coraz bardziej zaniepokojony starała się wyjaśnić mężczyźnie, że źle się czuje i musi siedzieć. Ten jednak nie reagował, do czasu aż w mniej kulturalny sposób wyprosił go mężczyzna z obsługi, sugerując, że w ich sklepie raczej nie znajdzie nic w swoim rozmiarze.
Wkrótce potem pojawił się chłopak kobiety i usiadł przy niej, pytając o coś obsługę.
W całym tym zamieszaniu pamiętam tylko jedno dziecko zatrzymane w drodze do psa przez swojego ojca, który spytał go co piesek ma na sobie. Kiedy chłopczyk odpowiedział że szeleczki, ojciec dodał że są to specjalne szeleczki i takich piesków nie wolno zaczepiać bo one ratują życie. Że takie pieski muszą być dla innych ludzi niewidoczne i traktowane jak część ciała tej osoby z którą są, a przecież nie wolno głaskać czyjejś nogi albo ręki.
Mówi się o uświadamianiu dzieci od najmłodszych lat... ale najpierw chyba trzeba zająć się edukacją dorosłych.
Fotografowanie psa w takiej sytuacji byłoby szczytem hipokryzji z mojej strony, więc nie mam zdjęcia tej cudnej istoty.
Parę przykładów, zapnijcie pasy:
Mała dziewczynka podbiegła i zaczęła głaskać psa (można jej wybaczyć niewiedzę, miała może z 5 lat). Tuż za nią stała jednak jej babcia, która najwyraźniej miała za słaby wzrok żeby przeczytać napisy na szelkach, które głosiły "nie dotykać" oraz "nie rozpraszaj, jestem w pracy". Kobieta poprosiła kulturalnie o zabranie dziecka, ponieważ pies nie może być rozpraszany. Babcia oburzona stwierdziła, że to dziecko i nic psu nie zrobi, więc chyba może chwilę go pogłaskać. Kobieta chwyciła dziecko za rączkę i powiedziała patrząc dziewczynce w oczy "Przepraszam ale nie możesz głaskać tego pieska. Rozpraszasz go, a on musi mi pomagać żeby nie stała mi się krzywda". Dziewczynka zrozumiała przekaz i odsunęła się od zwierzęcia, chociaż jej babcia wychodziła z siebie, nie kryjąc oburzenia na "bezczelne" zachowanie kobiety.
Następny był mężczyzna, który stwierdził że ekspedienci powinni natychmiast usunąć stąd to zwierzę, ponieważ (uwaga hit) on ma alergię i nie może z nim przebywać w jednym pomieszczeniu, poza tym prawdopodobnie pies zanieczyści podłogę i pogryzie wystawę. Obsługa poinformowała mężczyznę, że takie działanie byłoby nielegalne, ta kobieta ma takie samo prawo do przebywania tutaj jak on i jeśli przeszkadza mu obecność psa może wrócić, kiedy właścicielka czworonoga skończy zakupy. Oburzenie mężczyzny było podobne do oburzenia babci.
Niestety, to nie koniec.
Kolejny mężczyzna złapany na głaskaniu psa, co prawda zaprzestał działania ale oświadczył kobiecie, że:
A. Kundle nie mogą być psami pomocnikami, ponieważ tylko rasowe psy się szkoli
B. Kobieta nie wygląda na chorą i potrzebującą pomocy zwierzęcia, więc ma skończyć udawać i wyprowadzić tego fałszywego psa pracującego poza budynek.
Mężczyzna na szczęście wyszedł, razem z resztką mojej wiary w ludzkość.
Kiedy już myślałam, że życie tej kobiety będzie proste chociaż przez 10 minut do akcji przystąpiła kobieta z dwojgiem dzieci, które co prawda psa nie dotykały ale ciamkały, cmokały i gwizdały w jego kierunku. Po zwróceniu uwagi przez właścicielkę psa, matka dzieci stwierdziła, że przecież go nie dotykają więc o co jej w ogóle chodzi. Ta sytuacja trwała jednak na tyle długo, że pies zaczął sygnalizować coś właścicielce, kładąc na niej obie łapy i cicho skomląc. Kobieta usiadła na pufie do przymierzania obuwia i wyciągnęła telefon oraz batonik, który odwinęła i zaczęła jeść.
Było mi jej autentycznie żal.
Na szczęście obsługa sklepowa okazała się być w porządku i podeszła do niej młoda dziewczyna, spytać czy wszystko w porządku. Kobieta poprosiła o wodę i odpowiedziała, że pies przeczuwa nagłe wahania glukozy ale napisała już do chłopaka, więc zaraz po nią przyjdzie.
Teraz wisienka na torcie.
Nad kobietą stanął mężczyzna i powiedział coś w stylu:
"Te miejsca są dla tych co mierzą, a nie żeby się rozsiadać i nażerać (gość miał z 200 kg wagi), więc jak Pani nie mierzy to niech Pani zejdzie".
Zcięło mnie. Kobieta głaszcząc psa, który był już coraz bardziej zaniepokojony starała się wyjaśnić mężczyźnie, że źle się czuje i musi siedzieć. Ten jednak nie reagował, do czasu aż w mniej kulturalny sposób wyprosił go mężczyzna z obsługi, sugerując, że w ich sklepie raczej nie znajdzie nic w swoim rozmiarze.
Wkrótce potem pojawił się chłopak kobiety i usiadł przy niej, pytając o coś obsługę.
W całym tym zamieszaniu pamiętam tylko jedno dziecko zatrzymane w drodze do psa przez swojego ojca, który spytał go co piesek ma na sobie. Kiedy chłopczyk odpowiedział że szeleczki, ojciec dodał że są to specjalne szeleczki i takich piesków nie wolno zaczepiać bo one ratują życie. Że takie pieski muszą być dla innych ludzi niewidoczne i traktowane jak część ciała tej osoby z którą są, a przecież nie wolno głaskać czyjejś nogi albo ręki.
Mówi się o uświadamianiu dzieci od najmłodszych lat... ale najpierw chyba trzeba zająć się edukacją dorosłych.
Fotografowanie psa w takiej sytuacji byłoby szczytem hipokryzji z mojej strony, więc nie mam zdjęcia tej cudnej istoty.
niedziela, 11 lutego 2018
Prowizorka lvl Poland
Ja rozumiem wszystko, naprawdę...
Może ktoś mi jednak wytłumaczy...
Dlaczego inżynierzy tego zacnego projektu...
Nie wzięli pod uwagę, że mieszkają tu osoby z dziećmi i ludzie niepełnosprawni.
sobota, 10 lutego 2018
Dwa oblicza Morfiny (oczami przyjaciółki) + komentarz własny fioletową kursywą
Golden Retriever - rasa łagodna, rodzinna, a radość sprawia im spełnianie oczekiwań człowieka (Hahahahahaha, idźmy dalej). Tak głosi internet, a ja zdążyłam się przekonać, że oprócz wyżej wymienionych cech są to najbardziej przebiegłe i sprytne stworzenia jakie znam. (Znaczy... masz tu na myśli wpatrywanie się w powiewającą na środku chodnika reklamówkę, która "uniemożliwia" przejście 30 kg psa. Mówimy o tego rodzaju przebiegłości i sprycie? OK).
Morfi znam od szczeniaczka, który bezlitośnie znęcał się nad biednym krzaczkiem (Morfina vs krzak 1:0). Na ogół jest to ułożony pies, jedyne z czym ma problem to z nadmierną miłością, okazywaną każdemu napotkanemu człowiekowi. (Nie nazwałabym tego problemem, dopóki godzisz się, żeby Twój pies miał na sobie więcej zarazków niż toi-toie na Woodstocku). Przy swojej właścicielce, a zarazem mojej przyjaciółce Morfina jest psem idealnym, grzecznie chodzi przy nodze, słucha się oraz robi wszystko by jej Pani była zadowolona. Wewnętrzny, psi diabełek odzywa się natomiast kiedy to ja przejmuję obowiązek jakim jest spacer z nią. Z grzecznego psa wychodzi uparciuch i szantażysta jakich mało. (Przepraszam Cię bardzo, jeśli ktoś wychodzi z psem raz na kilka miesięcy, nie może się spodziewać że będzie przywódcą z automatu.)
Nadszedł ten czas, kiedy zjawiam się po Morfi. Zapinam ją w jej spacerowy osprzęt i ruszamy przed siebie. Przez pierwsze 5 minut jest świetnie, suczka załatwia swoje potrzeby, a ja się cieszę że wszystko idzie gładko aż do momentu, kiedy to futrzak stwierdza że wystarczy spaceru i teraz będziemy siedzieć na ławce. Niczym prawdziwy alfa próbuję zapanować nad buntowniczą naturą Morfiny, pokazując kto tu rządzi (hahahaha razy 2). Tym oto sposobem dochodzimy w okolice skate parku, czyli ulubionego miejsca czworonożnej damy (to w końcu pies nie chciał się ruszyć z miejsca, czy zaciągnął Cię pół kilometra dalej do skate parku?). I tu zaczynają się schody, po wejściu na małą rampę suka odmawia zejścia. (Gdyby kochana przyjaciółka trochę lepiej znała psa, którego jak wspomina odwiedzała od szczeniaka, to wiedziałaby że istnieje u tej suki obsesja na punkcie trzech rzeczy: patyki, jedzenie... i skate park.) Po wielu negocjacjach, pisku i pełnych dezaprobaty spojrzeniach ludzi, którzy nie rozumieją jak mogę tak podle znęcać się nad smutnym pieskiem, który chce posiedzieć na rampie... robimy to na co Morfi ma ochotę (Morfina vs opiekun 1:0).
Podsumowując, po powrocie jej właścicielki suczka zachowywała się znowu jak wzorowy pies, a ja już wiem że przez słabość do tych błagalnych czarnych kamyczków (jej oczek) zrobię wszystko na co Morfi ma ochotę. (Jak na prawdziwego alfę i przewodnika przystało).
Wnioski własne: Morfina mimo, że kocha wszystkich ludzi dookoła i chętnie korzysta z ich usług masażu, jest psem jednego właściciela i tylko jego poleceń będzie słuchać w stu procentach. Reszta zależy od jej nastroju i starań osoby wychodzącej. Pomijając fakt, że nie wierzę w jej nikczemną naturę, wybacz ;)
Morfi znam od szczeniaczka, który bezlitośnie znęcał się nad biednym krzaczkiem (Morfina vs krzak 1:0). Na ogół jest to ułożony pies, jedyne z czym ma problem to z nadmierną miłością, okazywaną każdemu napotkanemu człowiekowi. (Nie nazwałabym tego problemem, dopóki godzisz się, żeby Twój pies miał na sobie więcej zarazków niż toi-toie na Woodstocku). Przy swojej właścicielce, a zarazem mojej przyjaciółce Morfina jest psem idealnym, grzecznie chodzi przy nodze, słucha się oraz robi wszystko by jej Pani była zadowolona. Wewnętrzny, psi diabełek odzywa się natomiast kiedy to ja przejmuję obowiązek jakim jest spacer z nią. Z grzecznego psa wychodzi uparciuch i szantażysta jakich mało. (Przepraszam Cię bardzo, jeśli ktoś wychodzi z psem raz na kilka miesięcy, nie może się spodziewać że będzie przywódcą z automatu.)
Nadszedł ten czas, kiedy zjawiam się po Morfi. Zapinam ją w jej spacerowy osprzęt i ruszamy przed siebie. Przez pierwsze 5 minut jest świetnie, suczka załatwia swoje potrzeby, a ja się cieszę że wszystko idzie gładko aż do momentu, kiedy to futrzak stwierdza że wystarczy spaceru i teraz będziemy siedzieć na ławce. Niczym prawdziwy alfa próbuję zapanować nad buntowniczą naturą Morfiny, pokazując kto tu rządzi (hahahaha razy 2). Tym oto sposobem dochodzimy w okolice skate parku, czyli ulubionego miejsca czworonożnej damy (to w końcu pies nie chciał się ruszyć z miejsca, czy zaciągnął Cię pół kilometra dalej do skate parku?). I tu zaczynają się schody, po wejściu na małą rampę suka odmawia zejścia. (Gdyby kochana przyjaciółka trochę lepiej znała psa, którego jak wspomina odwiedzała od szczeniaka, to wiedziałaby że istnieje u tej suki obsesja na punkcie trzech rzeczy: patyki, jedzenie... i skate park.) Po wielu negocjacjach, pisku i pełnych dezaprobaty spojrzeniach ludzi, którzy nie rozumieją jak mogę tak podle znęcać się nad smutnym pieskiem, który chce posiedzieć na rampie... robimy to na co Morfi ma ochotę (Morfina vs opiekun 1:0).
Podsumowując, po powrocie jej właścicielki suczka zachowywała się znowu jak wzorowy pies, a ja już wiem że przez słabość do tych błagalnych czarnych kamyczków (jej oczek) zrobię wszystko na co Morfi ma ochotę. (Jak na prawdziwego alfę i przewodnika przystało).
Wnioski własne: Morfina mimo, że kocha wszystkich ludzi dookoła i chętnie korzysta z ich usług masażu, jest psem jednego właściciela i tylko jego poleceń będzie słuchać w stu procentach. Reszta zależy od jej nastroju i starań osoby wychodzącej. Pomijając fakt, że nie wierzę w jej nikczemną naturę, wybacz ;)
piątek, 9 lutego 2018
Audiobook
Codzienna jazda autobusem nie jest ani niczym przyjemnym, ani zachwycającym. Zgiełk, ścisk, kustosze piwa, wydalający swe opary w miejscu gdzie i tak panuje deficyt tlenu, rozwrzeszczane dzieci i wiecznie niezadowolone z życia staruszki.
Wtem z kabiny kierowcy zamiast biesiad śląskich czy najnowszych hitów disco polo dobiega spokojny, głęboki głos. Audiobook. Kierowca słucha audiobooka. Wbrew wszelkim stereotypom. Teraz nieważne jest czego słucha ale że w ogóle postanawia wybrać literaturę ponad muzyką. Rozwiewa się aura kultury i zainteresowania.
Z podziwu i zadumy wybija nagle hamujący autobus, który przetacza wszystkie stojące z tyłu osoby do przodu. Na szybie kabiny kierowcy znajduje się teraz kilka osób robiąc na niej glonojadka. Ludzie wykazują swoją dezaprobatę, niektórym puszczają nerwy. Nieważne, ważne że kierowca okazał się kulturalnym, chcącym się samodoskonalić i edukować człowiekiem.
Z kabiny oprócz głosu audiobooka da się słyszeć głos kierowcy:
- Ku*wa jak jedziesz baranie, uważaj gdzie tej palec pokazujesz bo jak Ci przy#*bię to ci się ten samochodzik skróci ku*#@ -
... Czar prysł.
Flexi nie dla każdego
Myślę, że automatyczne smycze typu "Flexi" powinny być sprzedawane po sprawdzeniu IQ osoby kupującej.
Idę chodnikiem, wieczornym spacerem, względny spokój dookoła. W ręku parciana smycz, a na jej końcu moja sucz. Po drugiej stronie długiego chodnika pewna kobieta walczy z młodym Bernardynem na Flexi. Idzie jego śladami i odplątuje wszystkie drzewa, jakie podczas swojego przemarszu opieczętował pies. Znajdowali się jakieś 30 metrów od nas, więc podjęłam decyzję że skręcimy wcześniej żeby nie robić zamieszania.
Nie zdążyłam. Bernardyn nas zauważył.
Usłyszałam trzask Flexi, którą desperacko próbowała zablokować właścicielka ale mechanizm zawiódł i słychać było tylko wesołe terkotanie, a pies zaczynał się już rozpędzać, biegnąc w naszą stronę. Wiedząc, że teraz nie ma co się już wycofywać stanęłam w miejscu i czekałam aż 50 kg futra przeciągnie swoją właścicielkę przez chodnik jak szmacianą lalkę, żeby w końcu zatrzymać się przy nas. Kobieta nie miała najmniejszej kontroli nad psem. Zaparła się na sztywnych nogach ale w efekcie zdzierała tylko podeszwy butów, sunąć po chodniku jak narciarz wodny za motorówką. Na słowa " Arat. Nie. Siad. Wracaj.", pies nie raczył się nawet odwrócić, czemu się nie dziwię równie dobrze mogłaby wykrzykiwać "Buty. Ziemniaki. Wiadro. Buraki.". Bernardyn z impetem zatrzymał się kilka centymetrów od nas, prawie taranując mi przerażoną gabarytami kolegi sukę, która położyła się już na plecach odsłaniając brzuch. 5 metrów później dotarła zmachana właścicielka. Pies w międzyczasie, kręcąc wokół mnie kółeczka, skutecznie oplątywał zarówno mnie, jak i Morfinę pajęczyną smyczy. Niestety proces odplątywania był dużo wolniejszy niż zaplątywania, czego efektem było złączenie mnie i dwóch psów jak osznurowaną szyneczkę. Zdolność poruszania rękami straciłam już z 2 minuty temu i teraz tylko modliłam się, żeby nie przewrócić się na żadnego psa. Właścicielka Bernardyna starała się mi pomóc, wykrzykując nieokreślone hasła do psa, który najwidoczniej zapomniał, że istnieje coś na drugim końcu smyczy.
- Ja Panią bardzo przepraszam, młody jest jeszcze wariat - usłyszałam, odzyskując kontrolę nad prawą ręką.
- To może wartałoby z nim poćwiczyć chodzenie na krótkiej smyczy? -
- Ale on strasznie ciągnie na krótkiej, ja nie mam siły go utrzymać -
- Nie sądzę, żeby Flexi Pani w tym pomogła. Ma Pani jeszcze mniejszą kontrolę nad psem i wcale nie ciągnie mniej -
- On z tego wyrośnie -
- Sam nie wyrośnie, z psem trzeba ćwiczyć -
- Pani łatwo mówić, bo Pani ma mniejszego psa! -
- Żaden pies sam się nie wychowa. Przykro mi to mówić ale nie została Pani zmuszona do wyboru psa rasy olbrzymiej, to był Pani wybór -
Właścicielka Arata zamilkła, co chyba miało mi dać do zrozumienia że czuje się urażona moimi słowami. Udało mi się wyplątać zarówno siebie jak i sukę, więc czym prędzej oddaliliśmy się, unikając kolejnego nieszczęścia. Arat stracił nami zainteresowanie i wywołując swoim biegiem drgania ziemi, sunął właśnie ku kolejnej ofierze, którą tym razem okazała się dziewczynka z Westem na smyczy. Jej twarz była bielsza niż futro jej pieska ale również nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Właścicielka Bernardyna wesoło frunęła za psem jak latawiec i nie była w stanie zatrzymać go z powietrza.
Jestem tylko ciekawa co się stanie, kiedy pewnego dnia Arat podbiegnie do psa swoich gabarytów, któremu nie spodoba się jego towarzystwo i nie będzie chciał się bawić w muchę i pająka.
Idę chodnikiem, wieczornym spacerem, względny spokój dookoła. W ręku parciana smycz, a na jej końcu moja sucz. Po drugiej stronie długiego chodnika pewna kobieta walczy z młodym Bernardynem na Flexi. Idzie jego śladami i odplątuje wszystkie drzewa, jakie podczas swojego przemarszu opieczętował pies. Znajdowali się jakieś 30 metrów od nas, więc podjęłam decyzję że skręcimy wcześniej żeby nie robić zamieszania.
Nie zdążyłam. Bernardyn nas zauważył.
Usłyszałam trzask Flexi, którą desperacko próbowała zablokować właścicielka ale mechanizm zawiódł i słychać było tylko wesołe terkotanie, a pies zaczynał się już rozpędzać, biegnąc w naszą stronę. Wiedząc, że teraz nie ma co się już wycofywać stanęłam w miejscu i czekałam aż 50 kg futra przeciągnie swoją właścicielkę przez chodnik jak szmacianą lalkę, żeby w końcu zatrzymać się przy nas. Kobieta nie miała najmniejszej kontroli nad psem. Zaparła się na sztywnych nogach ale w efekcie zdzierała tylko podeszwy butów, sunąć po chodniku jak narciarz wodny za motorówką. Na słowa " Arat. Nie. Siad. Wracaj.", pies nie raczył się nawet odwrócić, czemu się nie dziwię równie dobrze mogłaby wykrzykiwać "Buty. Ziemniaki. Wiadro. Buraki.". Bernardyn z impetem zatrzymał się kilka centymetrów od nas, prawie taranując mi przerażoną gabarytami kolegi sukę, która położyła się już na plecach odsłaniając brzuch. 5 metrów później dotarła zmachana właścicielka. Pies w międzyczasie, kręcąc wokół mnie kółeczka, skutecznie oplątywał zarówno mnie, jak i Morfinę pajęczyną smyczy. Niestety proces odplątywania był dużo wolniejszy niż zaplątywania, czego efektem było złączenie mnie i dwóch psów jak osznurowaną szyneczkę. Zdolność poruszania rękami straciłam już z 2 minuty temu i teraz tylko modliłam się, żeby nie przewrócić się na żadnego psa. Właścicielka Bernardyna starała się mi pomóc, wykrzykując nieokreślone hasła do psa, który najwidoczniej zapomniał, że istnieje coś na drugim końcu smyczy.
- Ja Panią bardzo przepraszam, młody jest jeszcze wariat - usłyszałam, odzyskując kontrolę nad prawą ręką.
- To może wartałoby z nim poćwiczyć chodzenie na krótkiej smyczy? -
- Ale on strasznie ciągnie na krótkiej, ja nie mam siły go utrzymać -
- Nie sądzę, żeby Flexi Pani w tym pomogła. Ma Pani jeszcze mniejszą kontrolę nad psem i wcale nie ciągnie mniej -
- On z tego wyrośnie -
- Sam nie wyrośnie, z psem trzeba ćwiczyć -
- Pani łatwo mówić, bo Pani ma mniejszego psa! -
- Żaden pies sam się nie wychowa. Przykro mi to mówić ale nie została Pani zmuszona do wyboru psa rasy olbrzymiej, to był Pani wybór -
Właścicielka Arata zamilkła, co chyba miało mi dać do zrozumienia że czuje się urażona moimi słowami. Udało mi się wyplątać zarówno siebie jak i sukę, więc czym prędzej oddaliliśmy się, unikając kolejnego nieszczęścia. Arat stracił nami zainteresowanie i wywołując swoim biegiem drgania ziemi, sunął właśnie ku kolejnej ofierze, którą tym razem okazała się dziewczynka z Westem na smyczy. Jej twarz była bielsza niż futro jej pieska ale również nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Właścicielka Bernardyna wesoło frunęła za psem jak latawiec i nie była w stanie zatrzymać go z powietrza.
Jestem tylko ciekawa co się stanie, kiedy pewnego dnia Arat podbiegnie do psa swoich gabarytów, któremu nie spodoba się jego towarzystwo i nie będzie chciał się bawić w muchę i pająka.
czwartek, 8 lutego 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)



