Tak się niefortunnie stało, że nadepnęłam na ludzką pułapkę, zastawioną pod balkonami na psy, koty i zwierzęta wszelakie. Nie wiem który psychopata rozłożył w wysokiej trawie deski z powbijanymi gwoździami i podsypał ziemią, ale skutecznie przebiły się one przez podeszwę mojego trampka i utknęły w pięcie. W całym tym nieszczęściu jest taki plus, że trafiło na mnie, a nie na Morfinę, ale sytuacja wygląda teraz tak, że pięta nie działa, a ja kuśtykam sobie wesoło, wlokąc się za swoim psem na spacerach.
Na trasie spacerowej mijam czasem starszego pana, który nie cierpi zwierząt, ale ogranicza swoją nienawiść do słownych dywagacji, więc jego szkodliwość jest znikoma. Mężczyzna uwielbia ponarzekać na szczekające psy, podgryzające trawę króliki, śpiewające za głośno kanarki i wszędobylskie koty. Potrafi zaczepiać właścicieli psów tylko po to, by móc poużalać się na pupili, którzy za każdym razem są czemuś winni, nawet jeśli akurat niczego nie zrobili.
- O, witam. Spacerujemy sobie, a piesek bez kagańca? - zaczepił mnie mężczyzna, a moja okaleczona pięta nie pozwoliła mi na ucieczkę z tej sytuacji.
- Piesek nie musi mieć kagańca, ponieważ piesek nie wie jak używać zębów - odparłam, chociaż wiedziałam, że tej dyskusji nie wygram.
- A co to się stało, że pani kuleje? Piesek w nóżkę udziabał? Tak to jest jak się kagańca nie zakłada. Pani chce, żeby on innych też pogryzł?
- A, nie. To akurat nie piesek, tylko głupota ludzka. Ktoś deski z gwoździami porozstawiał w trawie.
- I bardzo dobrze, przynajmniej mniej nasrane będzie wszędzie.
- Pan uważa, że ja chciałam się na trawniku załatwiać?
- Pani nie, ale piesek pewnie tak.
- Ale to mnie się w nogę wbiło, nie pieskowi na szczęście.
- Ale za psem wlazła? Było za psem nie łazić, tylko po chodnikach jak człowiek, to by się nic nie stało. A tak to ma na własne życzenie.
- Jakby się na trawie bawiło dziecko, to też by miało za swoje? A jakby tak na boso biegło jak to dzieci potrafią?
- No rodzice powinni pilnować, ale to faktycznie. To źle ktoś zrobił, nie pomyślał - przyznał mężczyzna, odprowadzając mnie do końca ścieżki i wracając do kolejnej ofiary, która odważyła się wejść ze zwierzęciem na monitorowany przez niego teren.
Empatia i poczucie sprawiedliwości niektórych ludzi zaskakują mnie na nowo każdego dnia.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
niedziela, 17 maja 2020
sobota, 16 maja 2020
O kupie rant
Ktoś ostatnio zarzucił mi, że wkrótce zacznę pisać o kupie, ponieważ ten blog jest już tak bliski dna, że stanie się to jedyną pasującą tematyką.
Specjalna dedykacja dla tej osoby, ponieważ dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o kupie. Dokładniej - o psiej kupie.
Nie jest dla nikogo odkryciem, że po zwierzętach należy sprzątać. Regulują to przepisy prawne. Jest to też czynność, która bardzo szybko wchodzi w nawyk. Przeciętny pies średniej wielkości robi w przybliżeniu 3 kupy dziennie. To daje 21 kasztanów tygodniowo, 84 miesięcznie, 1008 rocznie, co z kolei (przyjmując średnią życia psa - 15 lat) daje nam 15120 skłonów po psie czekoladki w ciągu całego życia pupila. Pomijając problemy żołądkowe oraz posiadanie wielu zwierząt, ponieważ wtedy ta liczba znacząco rośnie.
Ludzie posiadający psy dzielą się na trzy grupy:
Specjalna dedykacja dla tej osoby, ponieważ dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o kupie. Dokładniej - o psiej kupie.
Nie jest dla nikogo odkryciem, że po zwierzętach należy sprzątać. Regulują to przepisy prawne. Jest to też czynność, która bardzo szybko wchodzi w nawyk. Przeciętny pies średniej wielkości robi w przybliżeniu 3 kupy dziennie. To daje 21 kasztanów tygodniowo, 84 miesięcznie, 1008 rocznie, co z kolei (przyjmując średnią życia psa - 15 lat) daje nam 15120 skłonów po psie czekoladki w ciągu całego życia pupila. Pomijając problemy żołądkowe oraz posiadanie wielu zwierząt, ponieważ wtedy ta liczba znacząco rośnie.
Ludzie posiadający psy dzielą się na trzy grupy:
- Sprzątam po psie.
- Nie sprzątam po psie.
- Pakuję psie kupy w woreczek, ale zostawiam ten woreczek na ziemi albo wyrzucam go w krzaki.
Spośród tych trzech grup to tej ostatniej nie jestem w stanie zrozumieć. To, czy ktoś po psie sprząta, czy nie, jest sprawą jego własnego sumienia, ale Ci, którzy schylają się po kasztany, zawijają je w woreczek i podejmują cały ten wysiłek tylko po to, żeby prezent porzucić pół metra od kosza lub nawet pozostawić w tym samym miejscu, są dla mnie kosmitami. Jestem w stanie przyjąć argumenty obu pierwszych grup, ale nie potrafię uznać logiki grupy trzeciej. Co to jest? Próba wyrażenia swojego sprzeciwu? Czynna walka z prawem? Ktoś w połowie się zorientował, że jednak mu się nie chce? Może zapomniał co robi w momencie, w którym się schylił i krew spłynęła mu do głowy? Szukałam odpowiedzi już od kilku lat, ale pojawiła się ona przed moimi oczami dopiero kilka dni temu, kiedy ujrzałam jak młody chłopak (obstawiałabym 17-19 lat) obserwuje swojego załatwiającego potrzeby psa, zakłada na dłoń woreczek, schyla się po te potrzeby, a następnie wykonuje nimi rzut do kosza z odległości dziesięciu metrów. Potrzeby do kosza nie trafiły, ale pewny siebie chłopak odszedł z pupilem jakby uznał, że trafił workiem do celu.
Nie wiem czy taka sytuacja ma miejsce w każdym przypadku, ale nawet jeśli nie, wiem teraz, że przynajmniej część przypadków porzucenia worka jest spowodowana nieudanym rzutem do kosza i przerostem pewności siebie.
piątek, 15 maja 2020
Kolekcjoner
Kiedy miałam siedem lat, wracałam ze szkoły do domu przez opuszczone pola. Trasa była dość długa i zazwyczaj przemierzałam ją samotnie.
Pamiętam jak pewnego dnia omal nie nadepnęłam na malutką, czarną jaszczurkę. Płaz zdołał uciec od pewnej śmierci, jaką niosły moje halówki, a ja zapragnęłam małe żyjątko odnaleźć i zabrać do domu. Każdego dnia po szkole spędzałam długie godziny na polach, przeszukując wysokie trawy i zaglądając pod kamienie. Byłam bardzo zdeterminowana w swoich działaniach.
Któregoś dnia podszedł do mnie obcy mężczyzna w wieku mojego dziadka i zapytał czego szukam. Rodzice zabronili mi rozmawiać z obcymi, więc zrobiłam to, czego zostałam nauczona i uciekłam do domu. Mężczyzna wracał co jakiś czas i dopytywał co zgubiłam, ale za każdym razem stosowałam tę samą taktykę. Człowiek ten zdołał jednak przekonać do siebie kilka moich koleżanek, które czasami pomagały mi szukać jaszczurki i zaoferował tazosy (takie małe krążki z plastiku do kolekcjonowania z postaciami z Anime - Pokemony, Yu-Gi-Oh) w zamian za wyłapywanie dla niego motyli. Ostatecznie namówić dali się wszyscy, ponieważ zapłata była zbyt kusząca, by odmówić. Chodziło przecież o tazosy. Rodzice zabraniali przyjmować od obcych jedzenie, ale nie wspominali o przedmiotach kolekcjonerskich. Wyłapywaliśmy więc motyle dla mężczyzny, który płacił nam za nie krążkami i odbierał owady w słoikach. Praca nie należała do łatwych, zwłaszcza że nie mogły to być jakiekolwiek motyle. Dostawaliśmy opisy konkretnych okazów i to na nich musieliśmy się skupić. Nie wiedzieliśmy co działo się z motylkami potem, ale nie wnikaliśmy. Mężczyzna powiedział, że jest ich kolekcjonerem. Dbaliśmy o swoje kolekcje kółeczek, więc byliśmy przekonani, że taki kolekcjoner motyli pewnie ma dla nich jakąś wielką wolierę i trzyma je wszystkie za siatką, tak jak niektórzy trzymali rybki w akwarium. Było to dla nas tak oczywiste, że nie zadawaliśmy więcej pytań.
Kiedy mężczyzna dowiedział się o jaszczurce, zaoferował nam za nią podwójną stawkę. Szukanie motyli zeszło na drugi plan i połowa mojej klasy zaangażowała się w poszukiwania płaza. Znajdywaliśmy jaszczurkę wielokrotnie, ale za każdym razem nam się wymykała. Rozpierała nas duma, kiedy udało nam się ją schwytać. Ta była nieco większa i jaśniejsza od tej, którą ja widziałam, ale jaszczurka to jaszczurka. Byliśmy przekonani, że trafi do dobrego domu, gdzie nie będzie się już musiała chować i uciekać.
Po pewnym czasie sprawie zaczęli przyglądać się nasi rodzice i zaniepokojeni sytuacją, interweniowali. To wtedy dowiedzieliśmy się na czym polegało kolekcjonowanie owadów i płazów. Mężczyzna preparował zwierzęta, a cały proces został nam dokładnie opisany, żebyśmy dostali nauczkę.
Do tej pory mam na sumieniu te wszystkie motylki i niewinną jaszczurkę, która wcale nie skończyła w cieplutkim terrarium.
To było bardzo mocne zderzenie z rzeczywistością dla siedmiolatka.
Pamiętam jak pewnego dnia omal nie nadepnęłam na malutką, czarną jaszczurkę. Płaz zdołał uciec od pewnej śmierci, jaką niosły moje halówki, a ja zapragnęłam małe żyjątko odnaleźć i zabrać do domu. Każdego dnia po szkole spędzałam długie godziny na polach, przeszukując wysokie trawy i zaglądając pod kamienie. Byłam bardzo zdeterminowana w swoich działaniach.
Któregoś dnia podszedł do mnie obcy mężczyzna w wieku mojego dziadka i zapytał czego szukam. Rodzice zabronili mi rozmawiać z obcymi, więc zrobiłam to, czego zostałam nauczona i uciekłam do domu. Mężczyzna wracał co jakiś czas i dopytywał co zgubiłam, ale za każdym razem stosowałam tę samą taktykę. Człowiek ten zdołał jednak przekonać do siebie kilka moich koleżanek, które czasami pomagały mi szukać jaszczurki i zaoferował tazosy (takie małe krążki z plastiku do kolekcjonowania z postaciami z Anime - Pokemony, Yu-Gi-Oh) w zamian za wyłapywanie dla niego motyli. Ostatecznie namówić dali się wszyscy, ponieważ zapłata była zbyt kusząca, by odmówić. Chodziło przecież o tazosy. Rodzice zabraniali przyjmować od obcych jedzenie, ale nie wspominali o przedmiotach kolekcjonerskich. Wyłapywaliśmy więc motyle dla mężczyzny, który płacił nam za nie krążkami i odbierał owady w słoikach. Praca nie należała do łatwych, zwłaszcza że nie mogły to być jakiekolwiek motyle. Dostawaliśmy opisy konkretnych okazów i to na nich musieliśmy się skupić. Nie wiedzieliśmy co działo się z motylkami potem, ale nie wnikaliśmy. Mężczyzna powiedział, że jest ich kolekcjonerem. Dbaliśmy o swoje kolekcje kółeczek, więc byliśmy przekonani, że taki kolekcjoner motyli pewnie ma dla nich jakąś wielką wolierę i trzyma je wszystkie za siatką, tak jak niektórzy trzymali rybki w akwarium. Było to dla nas tak oczywiste, że nie zadawaliśmy więcej pytań.
Kiedy mężczyzna dowiedział się o jaszczurce, zaoferował nam za nią podwójną stawkę. Szukanie motyli zeszło na drugi plan i połowa mojej klasy zaangażowała się w poszukiwania płaza. Znajdywaliśmy jaszczurkę wielokrotnie, ale za każdym razem nam się wymykała. Rozpierała nas duma, kiedy udało nam się ją schwytać. Ta była nieco większa i jaśniejsza od tej, którą ja widziałam, ale jaszczurka to jaszczurka. Byliśmy przekonani, że trafi do dobrego domu, gdzie nie będzie się już musiała chować i uciekać.
Po pewnym czasie sprawie zaczęli przyglądać się nasi rodzice i zaniepokojeni sytuacją, interweniowali. To wtedy dowiedzieliśmy się na czym polegało kolekcjonowanie owadów i płazów. Mężczyzna preparował zwierzęta, a cały proces został nam dokładnie opisany, żebyśmy dostali nauczkę.
Do tej pory mam na sumieniu te wszystkie motylki i niewinną jaszczurkę, która wcale nie skończyła w cieplutkim terrarium.
To było bardzo mocne zderzenie z rzeczywistością dla siedmiolatka.
czwartek, 14 maja 2020
Historia o łabędziach zmieniających kolory
Na stawie, który znajduje się na trasie spacerowej Morfiny, pojawiły się ostatnio łabędzie.
To przypomniało mi o historii, którą opowiadała nam prababcia. Słyszeliśmy ją wiele razy, tak jak kilka innych opowieści i może dlatego przypomina mi się za każdym razem, kiedy widzę te piękne ptaki.
Nie bójcie się być takimi łabędziami i nie bójcie się nimi otaczać. Macie wpływ na to jakimi osobami jesteście, nie na to jak widzą Was inni. Jeśli nie robicie nic złego, nikt nie ma prawa Was krzywdzić. Choćbyście byli najbardziej oryginalnymi łabędziami na tej planecie.
To przypomniało mi o historii, którą opowiadała nam prababcia. Słyszeliśmy ją wiele razy, tak jak kilka innych opowieści i może dlatego przypomina mi się za każdym razem, kiedy widzę te piękne ptaki.
~~~
Pewnego dnia na jeziorze pojawiły się łabędzie o nietypowym ubarwieniu. Ptaki miały na sobie plamy w różnych odcieniach szarości i czerni. Początkowo myślano, że były to inne odmiany łabędzi lub młode osobniki zmieniały akurat swoje upierzenie. Zauważono jednak, że plamy u łabędzi zmieniały położenie. Jednego dnia część ptaków miała czarne kupry, szare skrzydła i białe głowy, by kilka dni później pojawić się z czarnymi brzuchami, szarymi głowami i białymi skrzydłami. Kilka ptaków miała okaleczone (przez rybackie żyłki) płetwy. Dzięki temu okoliczna ludność zauważyła, że kolory zmieniają te same łabędzie, a nie osobniki, które przyleciały na miejsce poprzednich.
Zjawisko było na tyle niezwykłe, że wzbudziło zainteresowanie położonych bliżej wiosek. Ludzie podziwiali ptaki i zachodzili w głowę jak możliwa jest taka anomalia i co ją wywoływało. Wokół łabędzi powstało wiele legend i domysłów.
Niestety, wszystko co budzi ludzkie zainteresowanie, prędzej czy później ponosi tego konsekwencje.
Mieszkańcy bardzo szybko przeszli od obserwacji do czynów. Część osób chwytała żywe osobniki do klatek i sprzedawała je na targowisku za wysoką cenę, część strzelała do łabędzi, podbierała osierocone młode i niewyklute jajka sądząc, że "magiczne" właściwości mięsa i jaj przejdą na tego, kto się takim niezwykłym stworzeniem posili. Jeszcze inni wierzyli, że nagłe zmiany ubarwienia piór są zjawiskiem nienaturalnym i mogą ściągnąć na wioski nieszczęście, jeśli nie wybije się całej "zarażonej" populacji. Tylko nieliczni twierdzili, że ptaki powinno się zostawić naturze, skoro to natura uczyniła je takimi.
Wkrótce łowcy zupełnie zdominowali obrońców i zarzucając im stawanie w obronie "zła i klątwy", wymusili zaniechanie wszelkich działań w sprawach dotyczących łabędzi.
Ptaki zostały wybite, sprzedane, a po części również zjedzone przez miejscową ludność. Mieszkańcy podzielili się na tych, którzy nie chcieli mieć ze złym omenem nic wspólnego i tych, którzy twierdzili, że zwierzęta miały przynieść wsi błogosławieństwo i wiele dobrodziejstw. Podczas kiedy pierwsza grupa zabijała nawet własne psy, które odważyły się podebrać łabędziom jajka lub naruszyć martwego osobnika, druga grupa ucztowała i czciła dary niebios jakie zostały im zesłane.
Co roku niezwykłych łabędzi przybywało, jednak spotykał je ten sam przykry los. W końcowym efekcie jezioro opustoszało i zostało porzucone nie tylko przez łabędzie, ale i przez kaczki oraz wszelkie ptactwo, które wcześniej korzystało ze zbiornika.
Zmianę umaszczenia zaczęto obserwować również u innych zwierząt. Coraz częściej spotykano łaciate wiewiórki i pociemniałe gołębie. Natrafiano również na pręgowane sarny. Ludność zwróciła się o pomoc do księdza, jednak poświęcenie okolicy przez kapłana nie pomogło.
Rzeź "zauroczonych" zwierząt zakończyły dzieci, które zupełnie przypadkiem wyjaśniły sprawę dziwnych czarów, kiedy same uległy "urokowi".
Okazało się, że jezioro było nielegalnie podsypywane przez kopalnię. Za zbiornikiem tworzyły się hałdy górnicze. Zwierzęta brudziły się popiołem i żużlem, powstałym w wyniku eksploatacji kopalni. Ubarwienie łabędzi było inne każdego dnia, ponieważ ptaki wypłukiwały bród w wodzie i ozdabiały się ponownie, kiedy przesiadywały na hałdach. Dzieci bawiące się na usypiskach i pluszczące w jeziorze wyglądały tak samo.
Ludzie sami stworzyli swoje demony i swoich bożków, których się bali i których sławili. Zniszczyli coś pięknego tylko dlatego, że tego nie rozumieli.
Prababcia zawsze kończyła tę historię słowami:
"Nie bądźcie takimi łabędziami. Jeśli ktoś się wyróżnia, odbiega od normy i zwraca na siebie uwagę, naraża się na niebezpieczeństwo i krzywdę ze strony innych."Ja powiem coś zupełnie innego.
Nie bójcie się być takimi łabędziami i nie bójcie się nimi otaczać. Macie wpływ na to jakimi osobami jesteście, nie na to jak widzą Was inni. Jeśli nie robicie nic złego, nikt nie ma prawa Was krzywdzić. Choćbyście byli najbardziej oryginalnymi łabędziami na tej planecie.
wtorek, 12 maja 2020
Trawy ulegiwanie
- Pani weźmie tego psa - odzywa się głos kobiety, stojącej za mną na chodniku.
Odwracam się i widzę niewiastę metr pięćdziesiąt, z Cocker Spanielem na smyczy. Morfina wypoczywa na trawie, więc w żaden sposób nie przeszkadza kobiecie w przejściu chodnikiem.
- Ale ona sobie leży - odpowiadam, szukając powodu zaczepki - Nie zwraca uwagi.
- No właśnie chodzi o to GDZIE leży.
- No... na trawie.
Zaczynam rozglądać się za jakimiś kwieciem objętym ochroną, ale dookoła psa znajdują się tylko mlecze i stokrotki.
- Ja tu mieszkam w tym bloku. Widok z balkonu mam akurat na ten trawnik.
- Aha?
- No, aha.
- Dobrze, ale co w związku z tym?
- To, że się tej trawy nie kosi teraz nie po to, żeby ją psy ulegiwały. Taka uleżana trawa nie trzyma tej wody jak susza jest, a sucho jest i to nieestetycznie wygląda. Poza tym schronienie dla zwierząt.
- Ale pani pies chyba też się załatwia na trawie. Czy na chodniku?
- Ale on tam wchodzi na chwilę, a nie leży!
- No dobrze.
- To go pani weźmie stąd.
- Mam zabrać psa z trawy i przenieść go na chodnik, gdzie będzie przeszkadzać przechodniom?
- W domu niech leży.
- Morfina, w domu się leży - mówię do psa, który spogląda na mrówki, chodzące po jego łapie i zdaje się nie przejmować powagą sytuacji - No widzi pani, nie słucha.
Kobieta urażona odchodzi, przypominając mi co krok, że ona w tym bloku mieszka.
Jestem więc winna ulegiwaniu psem okolicznych traw i chciałam bardzo przeprosić wszystkich urażonych tą sytuacją.
Kajam się.
poniedziałek, 11 maja 2020
ARBUZA
Jak wszyscy dobrze wiemy, istnieją na tym świecie dania, potrawy i rodzaje produktów spożywczych ogółem, które podczas konsumpcji ozdabiają sobą nasze twarze, dłonie, a czasem nawet ubranie.
W skrócie: jest żarcie, którego nie da się zjeść, żeby się nie uwalić.
Przykład nr 1: spaghetti.
Ja wiem, że są osoby, które nawet pizzę jedzą nożem i widelcem, ale ja jestem w kategorii: jeśli jesz publicznie, zamów coś bezpiecznego. Spaghetti w moich rękach staje się bronią masowego rażenia i zachowuje się jak ośmiornica wrzucona do soli.
Myślę, że wiele osób rozumie mój ból i wie o czym mówię.
Przykład nr 2: arbuz.
Owoce same w sobie są skomplikowane, ale arbuz jest wśród nich mistrzem. Zasada jest prosta: im więcej w czymś wody, tym trudniej zjeść to bez łyżeczki. Arbuz, który składa się w 92% z monotlenku diwodoru (nie ma za co), w oczywisty sposób sprawia, że po jego spożyciu wygląda się jak Dracula po udanym polowaniu.
Jestem wielką miłośniczką arbuza i trwam w tej trudnej miłości, czekając z utęsknieniem całą zimę, żeby znosić do domu te zielone kulki, kiedy tylko pojawią się w sklepach. Wyposzczona rzucam się wtedy na nie i pochłaniam jeszcze zanim zdążę umieścić owoc na talerzu. Radko kiedy arbuz dociera do pokoju i zazwyczaj swój żywot kończy już w kuchni.
Po tym wstępie teoretycznym przejdźmy do części praktycznej.
Historia jakich wiele. Stałam tego dnia, odziana w dres, w stanie wczesnoporannym i pochłaniałam arbuza, który ściekał mi po brodzie i przepływał między palcami. Wpatrywałam się beztrosko w kuchenne okno i początkowo nawet nie zauważyłam, że po drugiej stronie przyglądał mi się mały człowiek na poziomie czwartym. Odruchowo przestałam jeść i zatrzymałam się z ustami pełnymi czerwonego dobra, nie spuszczając z dziecka wzroku. Młody patrzył na mnie z ciekawością. Ja spoglądałam na niego, ponieważ się zawiesiłam. Trwaliśmy tak sobie chwilę w bezruchu i żadne z nas nawet nie mrugnęło. Całe napięcie przerwała matka chłopca, która pojawiła się przy nim i pospieszając go, zaczęła przepędzać zapatrzoną latorośl chodnikiem. Kobieta oglądała się za siebie niepewnie i co chwila spoglądała w moje okno. Ja natomiast odprowadzałam ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła za rogiem budynku.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wyglądałam jak lew na sawannie, który dopiero zagryzł gazelę. Musiałam przypadkowo wpatrywać się w chłopca jak w moją kolejną ofiarę, co wywołało pośpiech i niepewność rodzicielki, która zwinęła swoje młode z oczu drapieżnika póki ten był zajęty posiłkiem i usunęła się z pola widzenia.
Wyszło niezręcznie, ale ja byłam u siebie.
Trzeba się było nie gapić po oknach...
W skrócie: jest żarcie, którego nie da się zjeść, żeby się nie uwalić.
Przykład nr 1: spaghetti.
Ja wiem, że są osoby, które nawet pizzę jedzą nożem i widelcem, ale ja jestem w kategorii: jeśli jesz publicznie, zamów coś bezpiecznego. Spaghetti w moich rękach staje się bronią masowego rażenia i zachowuje się jak ośmiornica wrzucona do soli.
Myślę, że wiele osób rozumie mój ból i wie o czym mówię.
Przykład nr 2: arbuz.
Owoce same w sobie są skomplikowane, ale arbuz jest wśród nich mistrzem. Zasada jest prosta: im więcej w czymś wody, tym trudniej zjeść to bez łyżeczki. Arbuz, który składa się w 92% z monotlenku diwodoru (nie ma za co), w oczywisty sposób sprawia, że po jego spożyciu wygląda się jak Dracula po udanym polowaniu.
Jestem wielką miłośniczką arbuza i trwam w tej trudnej miłości, czekając z utęsknieniem całą zimę, żeby znosić do domu te zielone kulki, kiedy tylko pojawią się w sklepach. Wyposzczona rzucam się wtedy na nie i pochłaniam jeszcze zanim zdążę umieścić owoc na talerzu. Radko kiedy arbuz dociera do pokoju i zazwyczaj swój żywot kończy już w kuchni.
Po tym wstępie teoretycznym przejdźmy do części praktycznej.
Historia jakich wiele. Stałam tego dnia, odziana w dres, w stanie wczesnoporannym i pochłaniałam arbuza, który ściekał mi po brodzie i przepływał między palcami. Wpatrywałam się beztrosko w kuchenne okno i początkowo nawet nie zauważyłam, że po drugiej stronie przyglądał mi się mały człowiek na poziomie czwartym. Odruchowo przestałam jeść i zatrzymałam się z ustami pełnymi czerwonego dobra, nie spuszczając z dziecka wzroku. Młody patrzył na mnie z ciekawością. Ja spoglądałam na niego, ponieważ się zawiesiłam. Trwaliśmy tak sobie chwilę w bezruchu i żadne z nas nawet nie mrugnęło. Całe napięcie przerwała matka chłopca, która pojawiła się przy nim i pospieszając go, zaczęła przepędzać zapatrzoną latorośl chodnikiem. Kobieta oglądała się za siebie niepewnie i co chwila spoglądała w moje okno. Ja natomiast odprowadzałam ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła za rogiem budynku.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wyglądałam jak lew na sawannie, który dopiero zagryzł gazelę. Musiałam przypadkowo wpatrywać się w chłopca jak w moją kolejną ofiarę, co wywołało pośpiech i niepewność rodzicielki, która zwinęła swoje młode z oczu drapieżnika póki ten był zajęty posiłkiem i usunęła się z pola widzenia.
Wyszło niezręcznie, ale ja byłam u siebie.
Trzeba się było nie gapić po oknach...
niedziela, 10 maja 2020
Kaganiec? Kaganiec.
Popołudniowy spacer. Przechadzam się chodnikiem i czekam aż umęczony ciepłem Świniak porzuci swoją zacienioną lokalizację, zrezygnuje z wesołego tarzania się w trawie i podejmie dalszy marsz.
Na trawniku stoi barczysty mężczyzna, rzucający psu szarpak. Psisko jest spore, ale zainteresowane tylko swoim kolorowym sznurkiem. Mieszanka Molosa z Owczarkiem nie zwraca uwagi na otoczenie i skupia się wyłącznie na właścicielu.
Chodnikiem biegnie rozpędzony i ujadający ile sił w płucach Maltańczyk. Mikro pies wpada prosto pod rozpędzonego kolegę XXL, który nawet waciaka nie zauważa i zawraca wesoło z przechwyconym szarpakiem. Tuż za Molosem podąża rozwścieczona wełenka, która zdążyła już wyjść z pierwszego szoku.
- Takiego psa to na smyczy! - krzyczy właścicielka mikrusa, usiłując przechwycić odskakującego psiaka.
- No, powinien być na smyczy, bo go kiedyś coś staranuje i kark złamie - odpowiada mężczyzna.
- Ten pana powinien być na smyczy! Mój to nikomu krzywdy nie zrobi, a takie bydle, to i owszem, może.
- Mój taki głupi nie jest, żeby się pchać pod kopyta innemu, co biegnie do tego i goni zabawkę. Jak takie nieostrożne, to dla własnego bezpieczeństwa powinien być na smyczy. Do tego się wydziera. Głupi jakiś czy co?
- Gdzie jest kaganiec?!
- No mam przecież - odpowiada mężczyzna, wskazując na swoją maskę na twarzy.
- Dla psa!
- Psy nie muszą. By mu spadała, bo te gumki są cienkie i by mu się z uszu zsuwało.
- Ja to zgłoszę. Pan się powinien cieszyć, że dzisiaj się spieszę akurat.
- A pani gdzie ma kaganiec?
- Takim małym psom nie trzeba.
- Nie psu. Pani ma obowiązek, zdaje się? Maska gdzie?
- Ja mam problemy z płucami i nie muszę. Pana to guzik powinno obchodzić.
- To pani weźmie to szczekadło i już odejdzie, bo ponoć się pani spieszyło.
- Kaganiec! - odkrzykuje kobieta, zabierając Maltańca na ręce i odchodząc z nim na chodnik.
- Mam przecież! - odpowiada mężczyzna, spoglądając na wpatrzonego w sznurek psa - No nie patrz tak na mnie, mam. Też nie wiem o co jej chodzi. Ryj zakryty, a ta pyskuje.
Na trawniku stoi barczysty mężczyzna, rzucający psu szarpak. Psisko jest spore, ale zainteresowane tylko swoim kolorowym sznurkiem. Mieszanka Molosa z Owczarkiem nie zwraca uwagi na otoczenie i skupia się wyłącznie na właścicielu.
Chodnikiem biegnie rozpędzony i ujadający ile sił w płucach Maltańczyk. Mikro pies wpada prosto pod rozpędzonego kolegę XXL, który nawet waciaka nie zauważa i zawraca wesoło z przechwyconym szarpakiem. Tuż za Molosem podąża rozwścieczona wełenka, która zdążyła już wyjść z pierwszego szoku.
- Takiego psa to na smyczy! - krzyczy właścicielka mikrusa, usiłując przechwycić odskakującego psiaka.
- No, powinien być na smyczy, bo go kiedyś coś staranuje i kark złamie - odpowiada mężczyzna.
- Ten pana powinien być na smyczy! Mój to nikomu krzywdy nie zrobi, a takie bydle, to i owszem, może.
- Mój taki głupi nie jest, żeby się pchać pod kopyta innemu, co biegnie do tego i goni zabawkę. Jak takie nieostrożne, to dla własnego bezpieczeństwa powinien być na smyczy. Do tego się wydziera. Głupi jakiś czy co?
- Gdzie jest kaganiec?!
- No mam przecież - odpowiada mężczyzna, wskazując na swoją maskę na twarzy.
- Dla psa!
- Psy nie muszą. By mu spadała, bo te gumki są cienkie i by mu się z uszu zsuwało.
- Ja to zgłoszę. Pan się powinien cieszyć, że dzisiaj się spieszę akurat.
- A pani gdzie ma kaganiec?
- Takim małym psom nie trzeba.
- Nie psu. Pani ma obowiązek, zdaje się? Maska gdzie?
- Ja mam problemy z płucami i nie muszę. Pana to guzik powinno obchodzić.
- To pani weźmie to szczekadło i już odejdzie, bo ponoć się pani spieszyło.
- Kaganiec! - odkrzykuje kobieta, zabierając Maltańca na ręce i odchodząc z nim na chodnik.
- Mam przecież! - odpowiada mężczyzna, spoglądając na wpatrzonego w sznurek psa - No nie patrz tak na mnie, mam. Też nie wiem o co jej chodzi. Ryj zakryty, a ta pyskuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
