Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

środa, 17 stycznia 2018

Będzie świetnie

Wiesz, że to będzie dobry dzień, kiedy kroisz coś w poprzek deski a ona łamie się wzdłuż.👍


piątek, 12 stycznia 2018

Co tak hałasuje?

Fragment rozmowy mojej mamy przez telefon z ciotką:
- A Paulina w domu już? –
- Tak ciociu już wróciła –
- Zdrowi wszyscy? –
- Zdrowi, zdrowi –
- A co tak hałasuje w tle –
- A to Morfina morduje słonie Pauliny –
- … -
- Halo ciociu jesteś? –

Najlepszym wyjaśnieniem niech będzie to zdjęcie.



czwartek, 11 stycznia 2018

Autobusowa lista przebojów

7:44 - autobus miejski. Ścisk, jak to w godzinach porannych. Ludzie zaspani, półprzytomni i źli, że ktoś wpadł na pomysł wychodzenia z domu w poniedziałek. Większość powlepiana we własne smartfony, lub w okno za którym rozciąga się widok na kopalnię i ogołocone z liści drzewa. Wkładam słuchawki, chcąc odciąć się od tego jakże przytulnego poniedziałkowego klimatu. Po pewnym czasie zauważam jednak że jakaś inna muzyka przebija się przez tą płynącą ze słuchawek. Wyjmuję je i słyszę "Brother Louie - Modern Talking". Rozglądam się po autobusie w poszukiwaniu osoby, która postanowiła zrobić dyskotekę z przebojów lat 80. Odnajduję wzrokiem mężczyznę w bordowej kurtce, który niczego nieświadomy siedzi w słuchawkach z odpiętym od telefonu kabelkiem i wsłuchuje się w muzykę, którą teraz słyszy już cały autobus z kierowcą włącznie. Chcę mu jakoś pomóc, powiedzieć że odpiął mu się kabel i teraz jego listy przebojów słucha cała komunikacja miejska ale siedzę za daleko. Nie dam rady się przepchać do mężczyzny, więc obserwuję ludzi wokół niego w nadziei, że ktoś zwróci mu uwagę. Wszyscy uśmiechają się pod nosem, podczas gdy mężczyzna dalej rusza głową w rytm muzyki, święcie przekonany że wypływa ona ze słuchawek. Nikt nie pomaga. Chwilę później na "Doktorspiele", mężczyzna w końcu orientuje się że przez cały ten czas jego piosenki były słyszalne dość wyraźnie przez wszystkich pasażerów. Jego twarz zaczyna zlewać się z kolorem kurtki a nerwowe ruchy nie pomagają w podłączeniu kabelka z powrotem do komórki. Mężczyzna próbuje patrzeć w okno i udawać, że nie wie dlaczego podśmiewuje się z niego cały autobus. Wysiada na wcześniejszym przystanku (tak myślę, po nagłym zerwaniu się z miejsca tuż przed zamknięciem drzwi).
Empatia dzisiejszego społeczeństwa. 

Historia o Szymonie - dobrym włascicielu

Historia o Szymonie i jego psie. Otóż Szymon pewnego dnia, w przypływie samotności postanowił, że sprawi sobie labradora. Szczenię słodkie, pocieszne, wzbudzające zachwyt głównie płci przeciwnej. Wcześniej Szymon nie posiadał zwierząt, lecz pomyślał zapewne co w tym trudnego i postanowił wychowywać psa po swojemu. "Starymi, dobrymi metodami", jak to ujął. Miło było popatrzeć jak bawią się razem, spacerują i obsikują drzewa w parku, jednak ta historia nie kończy się tutaj.
Kiedy nadchodziła pora karmienia, Szymon - dobry właściciel psa szedł po miski, nasypywał do nich jedzenia, po czym namiętnie szczuł 3-miesięcznego podrostka słowami:
- Dawaj żarcie, broń żarcia, broń -
Na co szczeniak zaczynał się jeżyć, warczeć i obnażać zęby, cały czas pilnując miski i patrząc z ukosa na właściciela, który chwalił go wtedy i odchodził, pozwalając zjeść posiłek.
- Co Ty na kły bernardyńskie wyprawiasz? -
Rzekłam ja, z fotela na którym siedziałam, widząc sytuację
- Pies musi pilnować michy - usłyszałam - nie może sobie dać zabrać jedzenia -
Prosząc psie niebiosa o cierpliwość, przeprowadziłam wykład pod tytułem "Dlaczego nie szczuć psa, poradnik dla obłąkanych", oraz poleciłam kilka pozycji literaturowych, napisanych przez fachowców.
Szymon poczuł się urażony zwróceniem uwagi. Szymon dalej robił swoje.
Trzy miesiące później dobry właściciel - Szymon oraz jego wyrośnięty już pies poszli na spacer. Jakaż to była radość hasać tak sobie i wąchać tyłki innym psom, lecz jeszcze większa radość, kiedy znalazło się w trawie całkiem dobrą kość. Jej zielonkawy kolor nie miał znaczenia, dodawał tylko pikanterii przy przeżuwaniu. Dobry właściciel - Szymon rzucił się, by odebrać psu kość, którą mógł się zatruć lub zakrztusić. Pies jednak bardzo chciał zjeść kość, którą sam przecież znalazł i teraz była jego. Konflikt interesów i co tu zaradzić? Szymon odważnie wsadził rękę do psiego pyska i począł mocować się z wściekłą, włosianą kulką o pyszną kość, która już, już prawie była w gardziołku. Walka była długa i głośna, gdyż żadne z nich nie chciało odpuścić. W końcu jednak Szymon wyjął rękę zaciśniętą na kości i spojrzał triumfalnie na psa. Coś go jednak zaniepokoiło, ponieważ z psiego pyska kapała krew. Szymon - dobry właściciel począł oglądać psi pysk szukając uszkodzeń, czy skaleczeń, szybko jednak pojął że to nie jest krew psa, lecz jego własna. Szymon przyjrzał się krwawiącej dłoni, która dalej była zaciśnięta na kości i zaczynała już boleć. Czegoś ewidentnie w tej dłoni brakowało. Szymon zorientował się, że w ferworze walki owszem wyjął rękę ale już bez dwóch paznokci. Ku zaskoczeniu pies został skarcony i odprowadzony do domu. W psiej głowie zapewne roiło się od pytań: Co zrobiłem źle? Czy zbyt słabo broniłem kości? Dlaczego mój Pan mnie nie pochwalił za mą dzielność i odwagę? Tak pięknie warczałem.
Z tej historii można by wysnuć wniosek, że Szymon nie do końca wiedział co robi, ucząc psa agresji przy jedzeniu.
Szymon dalej ma psa... lecz nie ma już paznokci.
Morał z tego jest krótki i niektórym znany: Nie szczuj psa, jeśli nie chcesz być kąsany.

piątek, 22 grudnia 2017

Wafel miał przechlapane

Obecnie na uczelni jest stosunkowo prosto załatwić sobie zwolnienie z zajęć obowiązkowych (takich jak laboratoria). Wystarczy pójść do lekarza pierwszego kontaktu i uzyskać zaświadczenie o chorobie.
Kiedyś nie było tak łatwo.
Kilkanaście lat temu, żeby nie mieć nieusprawiedliwionej nieobecności nie wystarczyło, że zaświadczenie wystawił lekarz domowy. Świstek musiał także podbić doktor uczelniany (studenci posiadali specjalne książeczki). W tamtym czasie takie zaświadczenia pisało się jeszcze po łacinie, w związku z czym uczelniany lekarz nie przyglądał się zbyt dokładnie dokumentom, które musiał podbić jeśli dziennie odwiedzały go setki studentów. Rzucał okiem i podbijał, nie bawiąc się w tłumaczenie wypisanych chorób.
Jak łatwo się domyśleć taką sytuację szybko wykorzystał pewien zdolny student o przezwisku Wafel. Chłopak miał trudne do rozczytania pismo i znał jedną chorobę po łacinie. To wystarczyło, żeby rozwinął swój pierwszy biznes i kasował studentów za lewe zaświadczenia, które trzeba było już tylko podsunąć do podbicia uczelnianemu doktorowi. Interes kwitł zgodnie z zasadą popyt-podaż, studenci zadowoleni, wszystko piękne i nielegalne... aż do czasu, bowiem uczelniany lekarz pewnego dnia, w przypływie dobrego nastroju, postanowił wyrywkowo przetłumaczyć sobie chorobę z zaświadczenia, z którym przyszedł do niego student.
Lekarz przyjrzał się chłopakowi, który siedział przed nim jak na szpilkach i wyglądał jakby za 5 minut miał ostatni autobus w bardzo ważne miejsce.
Doktor zsunął lekko okulary, zlustrował osobnika i spokojnym głosem zapytał:
- Ale z Panem to wszystko dobrze? -
- No tak, już się lepiej czuję -
- Bo Pan to Pan prawda? -
- W jakim sensie? - 
- No jest Pan mężczyzną tak? -
Student przyjrzał się niespokojnie lekarzowi, gotowy w każdej chwili podjąć ryzyko ucieczki oknem z drugiego pietra.
- No... tak -
- Ale jest Pan pewny? -
- Tak, jestem pewny, że jestem mężczyzną. O co Panu chodzi? -
- W takim razie, ja nie mogę Panu podbić tego zaświadczenia -
- Co? Ale dlaczego? -
Lekarz odsunął od siebie dokument, nachylił się z uśmiechem nad biurkiem i powiedział:
- Bo tutaj jest napisane, że ma Pan zapalenie jajników -
Można tylko współczuć Waflowi, kiedy zostało odkrytych więcej fałszywek i studenci zbiegli się do niego z reklamacją.

Zderzenie światów

Moja ciocia posiada "Yorka miniaturkę" imieniem Zoey. Suczka boi się wychodzić na zewnątrz, ponieważ została nauczona załatwiania się w domu, na macie. Obszczekuje wszystkich, pije tylko wodę z sokiem i je z miski z podgrzewanym dnem. Codziennie inne ubranko, pomalowane pazurki, traktowana jak niemowlę, łapami rzadko dotyka ziemi, zazwyczaj znajduje się na rękach albo na kolanach. To mniej więcej obraz tego stworzenia, które ciężko już nazwać psem.
Podczas wyjazdu właścicielki (wraz z suczką) na wieś, nastąpiło zderzenie światów.
York miniaturka poznał Yorka normalnych formatów - Metkę (również sukę), która (o zgrozo) piła wodę z kranu, jadła również to co spadło na ziemię i przede wszystkim pracowała. Suczka była istnym terminatorem, jeśli chodzi o tępienie szkodników. Od rana do wieczora strzegła zapasów w szopie przed myszami i szczurami, a jak starczyło jej jeszcze energii biegała po polach i likwidowała krety. Stworzenie choć małe to tak waleczne, że kunę czy lisa też potrafiło przegnać z kurnika albo chociaż narobić tyle hałasu że drapieżnik odchodził zrezygnowany. Kiedy było zimno pies nocował w domu, natomiast w ciepłe dni zostawał na zewnątrz. Dobrze zsocjalizowana, dająca się głaskać, lubiąca dzieci. Słowem, pies miód malina. 
Miastowa ciocia ze zdegustowaniem spojrzała na umarasaną Metkę, która czaiła się właśnie przy jakiejś mysiej norze i rzekła:
- Od polowania na myszy to są koty, a nie psy -
Starsza wiekiem ciocia (właścicielka Metki) nie pozostała dłużna:
- A do noszenia na rączkach to są torebki -
Jej mąż nie ukrywał rozbawienia całą sytuacją i odparł od niechcenia:
- Zostaw Lidzia, to miastowe. A Ty lepiej nie stawiaj tego maleństwa na ziemi, bo jeszcze się pobrudzi -
Początkowo kontakty obu suk były trudne. Metka z zainteresowaniem podeszła do małego zjawiska, które cały czas siedziało na kolanach ale odgoniona jazgotem zarówno suczki jak i jej właścicielki szybko wróciła do swoich spraw.
Nad ranem spanikowana ciocia (ta miastowa wersja) wybiegła z domu i zaczęła nawoływać Zoey, która w nocy gdzieś się ulotniła. Starsze małżeństwo próbowało złagodzić histerię właścicielki ale nie przynosiło to wielkich skutków.
Oba psy po chwili zostały znalezione w szopie. Większa suczka wyciągała właśnie z dziury jakiegoś gryzonia, a mniejsza przyglądała jej się z zainteresowaniem i obszczekiwała zdobycz. Wyglądało na to, że się dogadują i choć Zoey nie wiedziała o co w tej zabawie chodzi, to podążała za Metką krok w krok.
Wrzask cioci i jej gorączkowe wycieranie psa w chusteczki nawilżone przywróciły dawny porządek rzeczy i miastowi goście opuścili wiejskie klimaty jeszcze tego samego dnia.
Jak widać psy potrafią się dogadać pomimo wielu różnic, to ludzie napotykają trudności.

niedziela, 17 grudnia 2017

Pies - milczący świadek

Siostra: "Szkoda, że psy nie potrafią mówić nie?"
Flashbacki ze wszystkich zafałszowanych piosenek, od których rozstępują się kontynenty, wszystkich imitacji tańca, które nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego, wszystkich pokręconych pomysłów które okazały się fiaskiem* ale nikt nigdy się o nich nie dowiedział, bo ich jedynym świadkiem był pies, wszystkich monologów na tematy egzystencjalne, wszystkich sekretów które to zwierzę zna. Milczący obserwator całego Twojego szaleństwa i niepoczytalności...
Ja: "No, masz rację... szkoda"
* Piramida z dwudziestu szklanek, ułożonych jedna na drugiej nigdy nie jest dobrym pomysłem. Zanotować.