Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 10 czerwca 2025

Hobby? A kto ma na to czas.

Ze względu na permanentny brak czasu związany bezpośrednio z moją pracą, dojazdami, brakiem prawa jazdy, koniecznością opieki nad starszym psem oraz ogólnym przemęczeniem, skutkującym zasypianiem w miejscach najbardziej do tego nieprzystosowanych, rozwinęłam wiele zainteresowań, które wcześniej porzuciłam z powodu mniejszego braku czasu.

Ma sens? Nie? Super.

Hobby moje, bo tak odtąd te zainteresowania będziemy nazywać, wymagają (jak zresztą niemal każde hobby) zaangażowania, czasu, nakładu pieniężnego, energii, czasu, pogłębiania wiedzy, miejsca oraz czasu.

Czyli wszystkich rzeczy, którymi nie dysponuję, ale próbuję sama siebie przekonać, że jest inaczej.

Przykład nr 1 - książki.

Czytam, kiedy tylko mam czas, czyli głównie w autobusie, toalecie i kolejce do weterynarza. Pochłaniam wszystko, co oparte na faktach i dotyczy seryjnych morderców, kanibali, ludzi popełniających zbrodnie wszelakie, psychopatów, socjopatów i wszystkich tych, których czyny nie mieszczą się w głowie typowemu mieszkańcowi tej planety. Bardzo gładko przechodzi przeze mnie również kategoria fantasy, więc jak coś ma trochę magii albo jednorożce (a najlepiej jedno i drugie), to również znajdzie miejsce na mojej półce. Gdzieś między literaturą queerową, a rzeźnikiem skazanym na czterdziestokrotne dożywocie.

Są też mangi. Bardzo dużo mang. W różnej tematyce. Również dorosłej. Tak.

Ta cała makulatura zajmuje dużo miejsca w mojej niedużej przestrzeni życiowej, ale postanowiłam jakoś z tym żyć i wypierać fakt, że regał nie udźwignie kolejnego tomu. Mogłabym wypożyczać książki albo czytać je na nośnikach cyfrowych, ale po pierwsze nie ma lepszego zapachu niż świeżutka książka prosto z drukarni, a po drugie jestem tak samo książkowym molem, co smokiem. Lubię nie tylko czytać, ale też gromadzić to co czytam.

Przykład nr 2 - rośliny.

W ten temat wciągnęłam się zupełnie przypadkiem wiosną 2023 roku i kompletnie przepadłam. Mimo, że hobby jest dość świeże, mam w swojej kolekcji rośliny egzotyczne oraz kolekcjonerskie, które posiadają własną fontannę, lampę, kwietnik (zasłaniający mi w całości jedno okno) oraz znaczną część mojego pokoju. Dokształcam się, czytam poradniki, spędzam godziny na researchu dotyczącym podłoża, lumenów, nawozów, wilgotności, pH gleby, pasożytów, chorób grzybowych i wirusowych, żeby zapewnić moim zielonym (i nie tylko) dzieciom jak najlepsze możliwe warunki.

Naliczyłam 35 doniczek, różnej wielkości w moim pokoju o powierzchni 2 m x 3 m. Czy mam na to wszystko miejsce? Nie. Czy mnie to bardzo obchodzi? Również nie. Czy mnie to powstrzyma przed dalszym zalesianiem mojego skromnego centrum dowodzenia? Zgadnijcie. Na szczęście jest jeszcze praca, do której skrupulatnie przenoszę część mojego zagajnika, tłumacząc to sobie zwiększeniem natlenienia pomieszczenia, w którym zmuszona jestem intensywnie myśleć. Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

Przykład nr 3 - Pokemony.

Ależ to dziecinne, prawda? Taka duża, a jeszcze ją bawią nieistniejące stworki, które posiadają władzę nad żywiołami. Zamiast się zająć poważnymi rzeczami i... nie. Znaczy tak, to jest dziecinne, ale nie, nie czuję się z tego powodu mniej dojrzała, dorosła, bardziej niedorzeczna czy głupsza. Pokemony były obecne w moim życiu odkąd pierwszy raz zobaczyłam je w telewizji mając ledwie 6 lat. W tamtych czasach, czyli w czasach bezinternecia, konsoli na dyskietki, telefonów komórkowych z antenką i guziczkami oraz telewizorami z wielkim tyłem, zbierało się naklejki z Pokemonami z rogalików i tazosy z czipsów. Obecnie rynek kieszonkowych potworków jest jednocześnie o wiele bogatszy i uboższy. Pierwsze wydania kart kolekcjonerskich mają wartość dobrego samochodu, a ich podróbki są tak dokładne, że często przy ich otwarciu obecnych jest kilku specjalistów od oceny stanu i możliwego fałszerstwa przedmiotu. Stare edycje (czyli mniej więcej te w moim wieku) to zabawa dla ludzi dużo bogatszych ode mnie. Ja zadowalam się kartami obecnych serii, chociaż jestem też na finiszu dodatku fossil z 1999 roku. Robię to, ponieważ rozpakowywanie i zbieranie kart niespodzianek przynosi mi podobną radość co znajdowanie plastikowych krążków i pachnących rogalem naklejek w dzieciństwie. Słowem: sentyment i nostalgia.

Gram również w Pokemon Go na telefonie (nie, ta aplikacja jeszcze nie umarła, co więcej jest coraz bardziej rozbudowywana) oraz Pokemon Sleep. Nic tak nie motywuje do pójścia spać jak informacja, że Twój Raichu jest już zmęczony i najchętniej strzeliłby komara, a nie może, bo Ty czytasz właśnie jak przyrządzić tatara z człowieka na piętnaście sposób.

Czy średnia wieku uczestników raidów w grze jest trzykrotnie mniejsza od mojego? Tak. Czy mnie to obchodzi? Ani trochę. Biorąc pod uwagę fakt, że urodziłam się kilka lat po wystartowaniu Pokemonów, a te dzieciaczki są w fandomie od niedawna, mam pełne prawo do uczestnictwa we wszelkich atrakcjach jakie w tym temacie powstaną.

Prawda jest taka, że młodsi już nie będziemy. Możemy być tylko starsi, bardziej zmęczeni, schorowani, mniej podekscytowani i zmotywowani. Jeśli znajdujemy radość w czymś dziecinnym, co nie wyrządza nikomu krzywdy, to w czym problem? "Później" może nigdy nie nadejść, a "kiedyś" już było. Oglądanie muminków w żaden sposób nie przeszkadza w byciu wspaniałym prawnikiem.

Mam więc trzy główne hobby, które upycham gdzieś między gotowaniem Morfinie potrawki z królika, a myciem zębów. Oprócz tego jest też sporadyczny haft diamentowy, haft materiałowy, kulinarne podboje kuchni, kończące się zazwyczaj fiaskiem, próby szydełkowania i powrotu do szkiców sprzed lat, lego oraz modele booknooków.

Weekendy zdarza mi się również spędzać na sesjach D&D. Niewtajemniczeni proszeni są o wygooglowanie sobie tego skrótu, ponieważ opowiedzenie o mistrzach gry, szablonach postaci, dwudziestościennych kostkach i rzutach na percepcję wymagałoby jeszcze co najmniej dziesięciu postów i to po wyrzuceniu krytyka na elokwencję.


P.S. W hobby wcale nie musicie być dobrzy, serio, nikt tego nie sprawdza. Kochasz malować, ale szczytem Twoich możliwości są ludziki z patyków? Super. Ludziki z patyków też są fajne. Masz zajawkę na roślinki, ale uśmiercasz nawet mlecze za oknem? Mlecze to trudna sprawa, kiedyś się uda, może zacznij od pokrzywy? Uspokaja Cię szydełkowanie, ale od dwóch lat tworzysz jeden bardzo dziurawy i krzywy szalik? Przewiewność jest w cenie, poza tym słyszałeś kiedyś o chciaku? Ważne, żeby to co robisz sprawiało Ci radość i wcale nie musisz być w tym ekspertem. Liczy się frajda, a frajda jest dla osób w każdym wieku.

Amen.

niedziela, 14 stycznia 2024

Co się ze mną stało?

Od ostatniego postu minął ponad rok.

Co się ze mną działo?

Stoczyłam się. Znajduję się na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Pod sobą mam tylko popękany beton, tęczowe ślady benzyny i rozkładające się liście, wymieszane z niedojedzonymi resztkami kebaba z żarciowozu. Wpadłam w ciąg, a ciąg wpadł we mnie. Na nic pięć lat studiów, czeka mnie tylko życiowa poniewierka i życie na łasce tych, którym się powiodło. Jestem odpadem systemu. To na mnie wskazują palcem rodzice, którzy chcą pokazać swoim dzieciom ścieżkę, jaką absolutnie nie powinno się podążać.

A tak naprawdę to nie.

Ale trzymało w napięciu?

Prawda jest taka, że po obronie magistra, przez krótki czas pracowałam gastronomii, żeby następnie radośnie przenieść się do świata, w którym obsługiwane przeze mnie sprzęty kosztują więcej niż czteropokojowe mieszkanie w centrum Warszawy. Pracuję w zawodzie, co oznacza, że osiem godzin dziennie spędzam w białym fartuchu, ważąc, dawkując, obliczając, gapiąc się w szalone nazwy chemicznych substancji i wkurzając się na urządzenia, które chcą współpracować tylko wtedy, kiedy akurat tego od nich nie wymagam. Od, mniej więcej, dwóch lat pracuję w laboratorium. Kocham tę pracę, kocham ludzi z którymi pracuję, kocham swoje kierownictwo (wiem, rzadki przypadek), kocham fakt, że nie mam bezpośredniego kontaktu z klientem (praca w gastronomii uświadomiła mi, że nie jestem ekstrawertykiem, a nasz gatunek jest sobie winien tylko zagładę), kocham skórę przeżartą acetonem i mój kremik ze śluzu ślimaków, który walczy dzielnie o ratowanie moich spierzchniętych i popękanych przez środki chemiczne dłoni, ale stanowczo te starcia przegrywa. Obecnie nie zamieniłabym tej pracy na inną. Dojazdy to koszmar, ale samo stanowisko i panująca wokół atmosfera dają mi to, czego chciałam, choć nie do końca o tym wiedziałam. Nie mogę narzekać na nudę czy monotonię, czyli dwóch największych wrogów każdej kariery.

Czy zmieniam świat? Raczej nie, ale dzięki mnie wielu ludzi ma mniej pracy i spokojniejszy sen. Tyle mi wystarcza. Nie każdy musi być astronautą czy światowej sławy chirurgiem, żeby czuć się dobrze z tym co robi w życiu. Chciałam mieć na plecach fartuch, na dłoniach rękawiczki i możliwość pracy 'solo', opierającej się na indywidualnym rozwiązywaniu problemu przy jednoczesnym towarzystwie innych, indywidualnie pracujących jednostek, które mogą jednak stanowić wsparcie w sytuacjach, w których wszystko wybucha nam w rękach. Chciałam biegać między jedną salą a drugą, przy pisku urządzeń, śpiewających pieśń swych braci i nawołujących inne urządzenia do przyłączenia się. Do tego klimatyzacja, środki rakotwórcze, niebezpieczne formulacje, owocowe czwartki i jedziemy dalej.

W moim otoczeniu prywatnym pojawili się (i wciąż pojawiają) nowi ludzie. Grupa po znacznym okrojeniu zaczyna się ponownie rozrastać. Odradza się niczym feniks, ze zgliszczy jakie zostawiła za sobą przeszłość. Jak wiele osób zostanie? Czy na długo? Tego nie wiem i po wydarzeniach ostatnich lat niczego nie biorę już za pewnik, na nic się nie nastawiam i przyjmuję wszystko takim, jakie jest. 

A jest inne. Nie jest lepsze, ani gorsze. Jest po prostu inne. Nigdy nie będzie już takie samo, tak jak ja nigdy nie będę już taka sama. Ludzie rodzą się i umierają jak zawsze. Niektórych z tych ludzi los jednak stawia przed nami w mniej lub bardziej odpowiedniej chwili, daje 2 zł i każe się dobrze bawić, doskonale wiedząc co nastąpi za chwilę.

My jednak nie wiemy. Mamy 2 zł i musi nam ono wystarczyć. Na pięć minut, miesiąc lub 12 lat.

Niezmiennym elementem mojego życia są w dalszym ciągu Morfina, rodzynki w serniku i korki na drogach.


Chciałabym w tym miejscu serdecznie pozdrowić profesora pierwszego roku chemii organicznej, który za życiowy cel obrał sobie uświadamianie mi jak bardzo mój sposób rozumowania przedmiotu nie pokrywa się z jego własnym, idealnym i jedynym słusznym, oraz jak szybko powinnam usunąć swoją osobę z sali wykładowej i jego życia, dla dobra własnego honoru, jak i profesorskiej poczytalności. W ramach wdzięczności dedykuję szanownemu profesorowi nadzwyczajnemu, nieocenionemu, szlachetnemu z bułki wiecznie miękkiej zrodzonemu wiersz Juliana Tuwima, zatytułowany „Całujcie mnie wszyscy w du*ę”.

Z wyrazami szacunku, ja.

niedziela, 8 stycznia 2023

Co się stało z Morfiną?

Morfina, posiadając bogatą historię operacji, skoncentrowanych głównie na usuwaniu guzów, które z namaszczeniem i determinacją w sobie hodowała, postanowiła po raz kolejny przetestować siłę mojego serca oraz grubość portfela i utworzyć w swoim ciele abominację zmian rozrostowych, obejmujących listwę mleczną, łapę oraz klatkę piersiową.

Pies po badaniu krwi czillujący z kolegą za kratami.

Biorąc pod uwagę, że świniak był kastratem największe obawy wzbudził w lekarzu guz wielkości soczystej mandarynki na klatce piersiowej. Wynik badania cytopatologicznego (biopsja cienkoigłowa) wykazał, że obie zmiany były tłuszczakami, które zajmowały jednak znaczące tereny i nie miały zamiaru się poddać w walce o kolejne. Tłuszczaki same w sobie nie są niebezpieczne. Niebezpieczny staje się natomiast ich nadmierny rozrost i mutacja guza. Umiejscowienie ma w tym wypadku niemałe znaczenie. Zajmujący okolice żeber guz mógł z łatwością przedostać się na drugą stronę klatki piersiowej, do jej wewnętrznej strony, gdzie urzędowały dość ważne organy, takie jak serce czy płuca. Żeby go wydobyć, należało pozbyć się z drogi kości (żeber), których wycięcie, przecięcie lub złamanie jest dość inwazyjne i długotrwałe w gojeniu.

Morfina przeszła badania krwi, które zakwalifikowały ją do operacji. Lekarz musiał ją jednak otworzyć "w ciemno", nie wiedząc do końca co zastanie w środku i czy spełnią się nasze obawy o przeroście guza i jego przejściu przez żebra.

Wyniki badań przed operacją, podwyższone były jedynie limfocyty,
 które nie były powodem do dyskwalifikacji Morfiny z zabiegu.


Zabieg wykonany został 19 stycznia 2022 roku, w onkologicznej placówce weterynaryjnej. Morfina była pod najlepszą, możliwą w danej chwili opieką, jednak powiedzieć, że się stresowałam, to jak powiedzieć, że glukoza jest lekko przesłodzona.

Pocięty świniak.

Po niemal ośmiu godzinach od zostawienia futra w gabinecie, zadzwonił telefon. Pies dobrze przeszedł operację i można go było odebrać. Na miejscu dowiedziałam się, że usunięcie zmian odbyło się bezproblemowo, a guz klatki piersiowej nie zdążył jeszcze wyemigrować na drugą stronę, co cieszyło mnie najbardziej. Fragment guza na łapie trafił do badania histopatologicznego, a tłuszczaki na listwie mlecznej i klatce piersiowej zostały całkowicie usunięte (wraz z kaszakiem, zbłąkanym po drodze na plecach). Zaspany, lecz w pełni wybudzony po narkozie pies i zalecenia co do opieki nad nim pojechały ze mną do domu.

Kliknięcie na obrazek, powiększa go.

Wyniki badania wyciętego fragmentu zmiany na łapie.

Tłumacząc w wielkim skrócie wyniki hispatu - zmiana okazała się być łagodnym torbielem, który w żaden sposób zwierzęciu nie zagrażał, a usunięcie go byłoby tylko zmianą kosmetyczną, na którą się nie zdecydowałam. Nie przeszkadzał on Morfinie w chodzeniu, był płaski i ledwo widoczny, więc został z nami do dalszego monitorowania.


Morświn bardzo szybko dochodził do siebie i obyło się bez powikłań. Najgorsza z tego wszystkiego była podróż samochodem, którego beżowa całą swoją puchatością nienawidziła.

Kolejne badanie kwi przeprowadzone zostało 7 maja 2022 i nie wykazało niepokojących odchyleń od normy, poza podwyższonym cholesterolem i limfocytami.


25 sierpnia 2022 wykonane zostało powtórne echo serca u psiego kardiologa, ale było to jedynie badanie kontrolne.


Dokument jest nieczytelny nawet w oryginale, ze względu na słabą jakość druku, ale potwierdza tylko niedomykalność zastawki mitralnej, wykrytej przy poprzednim badaniu. Poza tym małym ekscesem, serce było stabilne. Kolejna kontrola zapowiedziana została na sierpień 2023.

Następne badanie krwi z 5 listopada 2022 wykazało jednak nietypowy spadek erytrocytów poniżej normy, co mogło świadczyć o jakimś niezauważalnym, wewnętrznym ubytku krwi.



W połączeniu z sezonowymi biegunkami oraz niewyjaśnionymi, również sezonowymi wymiotami, trwającymi czasem po wiele godzin, lekarz zasugerował ocenę retikulocytów, badanie kału na krew utajoną i USG brzucha. Ostatecznie wraz z USG postanowiłam rozszerzyć panel krwi o żelazo, B6, specyficzną lipazę, kortyzol z krwi oraz mocz na badania ogólne i kał na lamblię oraz krew utajoną.


Kał okazał się być czysty.


Niepokojące w moczu było obecne tam białko oraz nieco za niska gęstość względna. Nie pytajcie jak zdobyłam mocz u suki, sikającej bardzo nisko. Cieszę się jednak, że Morfina nie rozpraszała się manewrowaniem jej pod ogonem podczas czynności fizjologicznych.


Parametry krwi, które wymagały szczególnej uwagi i o które się obawialiśmy, wyszły wzorowo.



USG poza drobnymi zmianami również wyszło prawidłowo. Nieznaczne powiększenia nadnerczy pozostały do przyszłej obserwacji. Jedyne badanie jakie pozostało do ewentualnego rozważenia, to badanie SDMA do oceny wczesnych problemow z nerkami. Wyniki nie rozwiązały jednak zagadki tajemniczych cofek z żołądka i północnych fontann w świetle księżyca.

Jedynym sensownym wyjaśnieniem pokarmowych rewelacji stała się karma, spożywana przez Morfinę od dawna, lecz z jakiegoś powodu już nietrawiona należycie. Na jedzeniu gotowanym cały psi układ współpracował idealnie, natomiast najmniejsza próba wprowadzenia karmy suchej lub mokrej kończyła się fiaskiem. Obecnie pies testuje już szóstą markę i nie zapowiada się, żebym szybko trafiła na coś, co będzie przez Morfinę przyswajalne w stopniu chociaż zbliżonym do domowych papek mięsnych, na których żyć nie powinna bez odpowiedniej, dodatkowej suplementacji, ze względu na brak możliwości pokrycia całego mikroelementowego zapotrzebowania, które pokrywają gotowe karmy z wyższej półki. Jeśli jednak wyczerpią się dostępne na rynku zasoby, pies zostanie na jedzeniu gotowanym, uzupełnianym odpowiednimi proszkami. Jest to jednak ostateczność.

Podsumowując: Morfina jest pod stałą opieką weterynaryjną. Na chwilę obecną nie dolega jej nic poważnego, jej układ pokarmowy po protestach jelit i żołądka przechodzi teraz zmiany żywieniowe. Na kolejne operacje się na szczęście nie zapowiada. Poza typowymi oznakami starości, które również nie są spektakularne, puchate jest w dobrej kondycji i życzyłabym sobie, żeby ten stan utrzymał się jak najdłużej.

niedziela, 31 lipca 2022

Co się stało z Karmelem?

Karmel został sam. Mimo żałoby należało się zastanowić nad dalszym działaniem. Szczury ze względu na swoją silnie stadną naturę nie mogą żyć samotnie, mając za towarzysza jedynie człowieka, tak jak robią to psy czy koty. Dla szczura niezbędne jest towarzystwo osobnika tego samego gatunku, w przeciwnym razie zwiększa się ryzyko depresji, obniżenia odporności, a co za tym idzie - chorób.

Zwykle jeśli komuś wymiera stado i zostaje jedna sztuka dżumy light, opcje są dwie: doszczurzyć się (stworzyć nowe stado dla samotnika, który stracił bliskich, przeprowadzając uprzednio prawidłowe łączenie) lub też wydać szczura do innego, istniejącego już stada (gdzie również należy przeprowadzić poprawne łączenie). Brutalne realia są takie, że bardziej niż dotychczasowego właściciela, szczur potrzebuje kompana do iskania, zaczepiania, wyrywania jedzenia i obsikiwania się nawzajem. Tego nie jest w stanie zapewnić mu nawet najbardziej zaaferowany sprawą człowiek.

Karmel podjął tę trudną decyzję za mnie, zanim zdążyłam zastanowić się nad posiadanymi opcjami. Po tygodniu od odejścia Masła przestał przeszukiwać klatkę. Zrezygnował też z wybiegów. Swój czas spędzał albo w ulubionym hamaczku albo na moich kolanach. 

Widząc jak traci zainteresowanie jedzeniem, poprawną toaletą, a w ostateczności nawet swoim hamaczkiem, sięgnęłam po telefon i karmę ratunkową, która budziła jeszcze w tamtym czasie jakiekolwiek zainteresowanie cukrowego.



Pomimo moich prób i chęci, Karmel niknął w oczach. Jego masa ciała spadała proporcjonalnie do chęci robienia czegokolwiek poza spaniem. Zaczął się u niego również postępujący niedowład kończyn. Po konsultacji z weterynarzem klatka została przearanżowana tak, by ograniczyć wspinanie się na słabych łapkach i zwiększyć komfort nieosłoniętych tłuszczykiem mięśni i stawów. Wszystko zostało wyłożone jeszcze grubszą warstwą kocyków i pluszu. Młody przyjmował tyle kalorii ile dało się w niego wcisnąć oraz całą masę suplementów, ponieważ poza oczywistymi oznakami sędziwego wieku, nie dolegało mu nic, co mogłoby zostać określone w gabinecie jako "stan chorobowy". Diagnoza brzmiała - starość.

Moja babcia mawiała, że starość jest gorszą siostrą bliźniaczką śmierci. Śmierć czasami przegrywała z człowiekiem grę w szachy o ludzkie życie, natomiast starość grała tak długo aż człowiek nie poddał się sam, akceptując swój los.

Wiedziałam dokąd zmierza ten scenariusz, widziałam go już wielokrotnie. Zastanawiało mnie tylko dlaczego zmuszana jestem do przeglądania go tak często.

Pomimo nieuniknionego, zależało mi, żeby Karmel spędził ostatnie tygodnie, miesiące, czy lata swojego życia w jak najlepszych warunkach, otoczony ciepłymi, puchatymi pyszczkami i mniej puchatymi ogonami. Nikt nie chce starzeć się w samotności. Postanowiłam wydać puchatego dziadka do sprawdzonego wcześniej stada szczurzych staruszków, którzy tak jak on, całe dnie spędzali na urynoterapii, ugniataniu kocyka i graniu w bingo słonecznikiem. Miałabym stały kontakt z nim i nowymi właścicielami. Problemem był jednak stan Karmela. Gryzoń był za słaby na łączenie z innym stadem. Szczury mogłyby wyrządzić ewidentnie "uszkodzonemu" koledze krzywdę w ramach odrzucania najsłabszych osobników. Do łączenia potrzebny był zdrowy, tłusty szczur, mogący się w razie konieczności obronić. Tymczasem płynny cukier trzymał się w pionowej pozycji jedynie siłą woli. Walka trwała kilka tygodni, jednak pogarszający się stan ostatniego majtka uświadomił mi, że ten okręt dawno zatonął i należało porzucić mrzonki o dopłynięciu do brzegu. Z dniem, w którym Karmel całkowicie odmówił jedzenia, ruch sprawiał mu niewyobrażalny problem, a jego oczy pozostawały zamknięte przez 90% dnia i nocy, wiedziałam że czeka mnie ponowna wizyta u weterynarza i prawdopodobnie kolejna trudna decyzja zakończona łzami, wyrzutami sumienia i podpisanymi dokumentami, których formułkę znałam już na pamięć.


Wpakowałam ostatnie 3 lata mojej opieki do transportera, mając świadomość, że drogę powrotną prawdopodobnie odbędę już z pustym pudłem i utwierdziłam się w przekonaniu, że zwierzęta jakie posiadam będą moimi ostatnimi i nigdy już nie zdecyduję się na ponowną emocjonalną dewastację pod powłoką powłóczystego spojrzenia i miłego futerka.


Moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Ostatni szczur opuścił pokład, pozostawiając po sobie pustą klatkę, w połowie pełną miskę z jedzeniem i w pełni zdewastowaną właścicielkę tego dobytku.

Została mi Morfina.


sobota, 30 lipca 2022

Co się stało z Masłem?

Po śmierci Popcorna w listopadzie 2021 (wcześniejszy post), na pokładzie pozostali Masło z Karmelem. 

Ze szczurami - jak i z większością gryzoni - jest jeden, podstawowy problem. Zwierzęta te mają bardzo krótką linię życia. Dłuższą w porównaniu ze swoimi nieudomowionymi przodkami, ale wciąż kończącą się na 3-4 roku życia. Posiadacz glizdogonów doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc po przekroczeniu przez nich drugiego roku życia, obserwuje je uważniej niż zwykle. Jak jedzą, czy jedzą, ile jedzą, ile z tego ląduje w kuwecie, jak wygląda kuweta. Codzienne przeglądy zajmują coraz więcej czasu. Każdy upadek z hamaczka, każdy pisk, staje się podejrzany i potencjalnie niebezpieczny dla puchatego dziadzi, który do tej pory odstawiał bungee na ogonie dwa razy dziennie i popychał tynk drewnem. 

Masło z początkiem grudnia, a więc krótko po pochowaniu szczurzego brata, zaczął pochrząkiwać oraz rezygnować z jedzenia, które wcześniej bardzo mu smakowało. W chwili, w której zauważyłam nietypowe zachowanie tłuszczyka, chwyciłam za telefon i umówiłam najbliższą wizytę u weterynarza ze specjalizacją w zwierzętach egzotycznych (tak, szczury dalej traktowane są jako zwierzęta egzotyczne, jak zresztą wszystkie gryzonie). W oczekiwaniu na podróż do Katowic, zakupiłam ratunkową karmę i starałam się utrzymać ewidentnie już chore zwierzę w jak najlepszej kondycji do momentu, aż nie obejrzy go specjalista. Zielona papka musiała smakować lepiej niż wyglądała, bo została dobrze przyjęta przez konesera orzeszków, rozwiązując w ten sposób problem ograniczonych posiłków.


Pochrząkiwanie szybko przerodziło się w świszczenie i problemy z oddychaniem. Na tym etapie wiedziałam już, że diagnoza weterynarza może być dla mnie ciężka do przyjęcia, a cała wycieczka traumatyczna. Byłam świadoma co działo się z Masłem, w przeciwieństwie do Karmela, który spędzał dnie na dogrzewaniu jednego brata i przetrząsaniu klatki w poszukiwaniu drugiego, który gdzieś sobie poszedł i długo nie wracał.

Jak przekazać zwierzęciu, że powinno na wszelki wypadek pożegnać się z kompanem, ponieważ nie ma gwarancji, że jeszcze będzie mieć taką okazję? Niestety nie uczą tego na żadnych studiach. Tego zakresu wiedzy nie obejmują żadne kursy. 

Siódmego grudnia wyciągnęłam Maślanego z klatki i umieściłam go w transporterze, by pełni nadziei wyruszyć do Katowic.


Procedury nakazywały pozostawienie zwierzęcia w opisanym transporterze i czekanie na diagnozę poza gabinetem. Jest to częsta praktyka pocovidowa, która przyspiesza również pracę lekarza i sprawdza się przy dużej liczbie pacjentów. Wywiad zbierany jest wtedy w recepcji.

Poczekalnia była przepełniona, więc zdecydowałam się wyjść na zewnątrz i zaczekać na wieści na świeżym powietrzu. Umysł był zajęty kontrolowaniem przepływu mieszanki złych myśli i paniki, więc nogi otrzymały wolną wolę i skierowały się na świąteczny jarmark, który odbywał się w okolicy. Przechadzając się między ręcznie zdobionymi bombkami, drewnianymi zabawkami oraz teatrzykami kukiełek za szkłem, wsłuchując się w wesołe świąteczne piosenki, otrzymałam telefon z diagnozą - "ze szczurem jest źle, będzie musiał zostać u nas na tlenoterapii o dogrzewaniu".

(Obraz powiększa się po kliknięciu)

Rokowania były ostrożne i z tą myślą wróciłam tego dnia do domu.

Nazajutrz zadzwonił telefon. Mimo terapii nastąpiło pogorszenie, należało podjąć decyzję o dalszym leczeniu "na siłę", co było powiązane ze zwiększającym się bólem i dyskomfortem pacjenta przy szansie powrotu do zdrowia zbliżonej do zera lub też o humanitarnym skróceniu jego cierpienia.

Spojrzałam na Karmela, który spazmatycznie przeszukiwał klatkę, nawołując braci. Czując się jak morderca i ostatni zdrajca, pojechałam ponownie do Katowic.

Dostałam czas na pożegnanie się. Tyle czasu ile tylko potrzebowałam, ale ktoś, kto był kiedyś w mojej sytuacji doskonale wie, że żadna ilość czasu nie jest "wystarczająca". Nie wiem ile tam siedziałam. Pół godziny, godzinę, pięć?

Wracałam do domu z pustym transporterem, przesiąkniętą łzami maseczką i uczuciem braku spełnionego obowiązku. Deja vu.

Jakiś czas później otrzymałam od Esthimy, pełniącej usługi pogrzebowe dla zwierząt, certyfikat kremacji oraz serduszko.






Żadne kwiaty nigdy nie wyrosły.
Mam wstręt do świątecznych jarmarków.


wtorek, 8 lutego 2022

Co się stało z Popcornem?

Jak większość z Was wie, trojaczki trafiły do mnie z miotu niespodzianki – matka albinoska, ojciec nieznany. Biorąc pod uwagę pochodzenie matki (sklep zoologiczny) istniało wysokie prawdopodobieństwo chowu wsobnego, czyli kazirodczego - takiego, w którym młode pochodzą z osobników ze sobą spokrewnionych - młode brata i siostry czy matki i syna. Pomijając etyczność takiego chowu, istnieje wiele jego medycznych przeciwwskazań, do których wlicza się między innymi znaczne obciążenia genowe wśród młodych. 

U trojaczków był to jednak wypadek, spowodowany prawdopodobnie nieostrożnością lub ignorancją ze strony sklepu/ przewoźnika/ „hodowcy”, nie celowe działanie, efekty pozostają jednak niezmienione, młode były obciążone genetycznie.

Jeśli każdy człowiek nosi jakąś klątwę, moją są tłuszczaki. Gdybym była posiadaczem nadprzyrodzonej mocy, byłaby nią zdolność do mutacji zdrowych komórek. Jestem magnesem na zwierzęta hodujące tego rodzaju guzy, niezależnie od gatunku. 

Popcorn jako ostatni nieoperowany szczur postanowił dłużej nie pozostawać w tyle i sam zaopatrzył się w całkiem pokaźny okaz tłuszczaka na prawym boku tuż za przednią łapą.



Masa jako zmiana szybko rosnąca została usunięta operacyjnie dnia 4.11.2021 r. (poprzednie szczury operowane w dniach: 26.03.2021 r. - Karmel, 12.08.2021 r. - Masło). 


Szczur senny, aczkolwiek wybudzony wrócił do domu po udanym zabiegu, z zaleceniami dogrzewania, obserwacji oraz lekami na kolejne dni. Pod moim czujnym okiem Pykkurydz drzemał sobie na zabezpieczonym termoforze, w otwartym transporterze robiącym za izolatkę, w której miał spędzić kolejne 10 dni.

*** Trigger Warning: Rana szyta *** 


Specjalnie z tej okazji zamówiłam materiałowy kołnierz w jego rozmiarze, kierowana doświadczeniami z samoróbek, które sprawdzały się raczej średnio i szybko ulegały destrukcji.


Zaopatrzona w kawę i energetyki oraz urlop od wszelkich prac i obowiązków na kolejne 10 dni, byłam gotowa do czuwania przy uszkodzonym gnojku w dzień i w nocy. Z drobnymi przerwami na trzygodzinny sen i dziesięciominutowe kąpiele, ponieważ przy całej reszcie mógł mi towarzyszyć transporter. Nastawiona na stanie się jednością ze szczurem na najbliższe dni, ponieważ puchaty bejbik chory i wymagający atencji. Całe te przygotowania i plany okazały się jednak zbędne. W jednej sekundzie szczurza klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo, w kolejnej już nie. Organizm kukurydza nie wytrzymał obciążenia związanego z operacją i mimo zastosowania narkozy wziewnej oraz wszelkich innych środków zarachowania oraz podjęcia mojej interwencji po zatrzymaniu funkcji życiowych, nie udało się przywrócić szczura do życia. 

Następnego dnia po ciało przyjechał przedstawiciel zwierzęcego krematorium, zabrał Popcorna, zawiniętego w kocyk, w pudełku po butach, w foliowej torbie, zapieczętowanej i opisanej danymi zwierzaka. Miły pan w schludnym stroju i jeszcze bardziej schludnym samochodzie odjechał z małym pakunkiem, zostawiając mnie z przekrwionymi oczami, olbrzymią dziurą w sercu i jeszcze większymi niż sama dziura wyrzutami sumienia. Człowiek chyba zawsze się w takich sytuacjach obwinia. Analizuje wybór weterynarza, momentu, słuszność podjętej decyzji, warunków, jakie stworzył, wypomina sobie wszystko co mógł zrobić, ignorując wszystko co zdołał zrobić. Umniejszanie sobie w takich chwilach leży w naszej naturze. 

Mniej więcej tydzień później otrzymałam certyfikat kremacji, który poza wspomnieniami i zdjęciami stanowił jedyną pamiątkę po istocie, która chociaż nie była ze mną tak długo, zdążyła zagnieździć się w moim sercu, jakby żyła tam od zawsze. Nie wiem czy jest to dobre miejsce na darmową reklamę, ale jestem bardzo wdzięczna za profesjonalizm i empatię Esthimy, za co chciałabym im całą sobą podziękować.

(Obraz powiększy się po kliknięciu w niego)

Popcorn został skremowany w kremacji zbiorczej. Przyznaję, mimo największych chęci, nie było mnie w danym momencie stać na kremację indywidualną z odzyskaniem prochów i choć sama siebie karcę za to zaniedbane, mój budżet był już mocno naderwany operacjami poprzednich osobników ferajny. Wątpię jednak, żeby młody miał mi to za złe, niezależnie od rodzaju pochówku, był on przeprowadzony z pełnym szacunkiem. 

Nie wierzę w życie po życiu, ani reinkarnację, ale jeśli ma to dla kogoś znaczenie, może żyć w poczuciu, że Popcorn biega sobie teraz za tęczowym mostem czy w innej krainie szczęśliwości, gramoląc się niezgrabnie Damianowi do kaptura, jak to miał w zwyczaju za życia. Jak obaj mieli.

Mówi się, że umarli nie wiedzą jaki ból zadają żyjącym i że opłakiwać powinno się raczej tych, którzy zostali – z kraterem w duszy i wyrwą w psychice. Jest w tym jakaś twarda, stalowa racja.

Zbierałam się do tego posta od miesięcy, jednak niezależnie od czasu, wszystko jest świeże jakby to zdarzyło się wczoraj.


poniedziałek, 7 lutego 2022

..

Minął prawie rok.

Nie wiem czy powinnam przeprosić za tak długą nieobecność, czy dziękować tym, którzy zdecydowali się zostać.

Nie odzywałam się, ponieważ czekałam. Czekałam aż osłabnie ból, o którym ludzie mówią, że przemija z czasem. Czas ma wspaniałe właściwości, nie potrafi jednak wszystkiego, jest niedoskonały w swoim działaniu. Tak jak wszystko na tym świecie.

Mnie nie pomógł.

Czasami tracimy coś (lub kogoś), na czego utratę nie jesteśmy gotowi, co było nam potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Czujemy się wtedy, jakby została nam wyrwana część nas samych. Rana pozostała po tym zdarzeniu ma tendencję do otwierania się, krwawienia i uwierania, niejednokrotnie do końca naszego życia. Czasem udaje nam się ją zalepić, czasem nawet zagoić, lecz blizna po niej zostaje już na zawsze. Ludzie są pokryci bliznami. Jedne z nich są płytsze, inne głębsze, węższe, szersze, jaśniejsze, ciemniejsze. Wszystkie mające za sobą historię.

Mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni i uczyni silniejszymi. Ludzie mówią wiele rzeczy. Często też się mylą, ich słowa nie są absolutne. Nie każdy cios czyni nas silniejszymi i nie zawsze jesteśmy w stanie się po nim podnieść. Czasem zostajemy na ziemi, czekając na kolejne uderzenie, ponieważ z niższej wysokości łatwiej się upada i otrzymuje się mniejsze obrażenia.

"Ból jest przyjacielem. Dzięki niemu wiesz, że żyjesz", "Los / Bóg / życie nie kładzie ci pod nogami przeszkód, z którymi nie możesz sobie poradzić", "Nie można wykrwawić się od jednej rany", "Nic nie dzieje się bez przyczyny", to hasła, które wrzynają się głęboko w pamięć i które zupełnie nic nie znaczą. Są puste w środku.

Człowiek jest stworzeniem, które szybko się uczy. Potrafi zmieniać temat rozmowy w dogodny dla siebie sposób, ukrywać ból i maskować krwawienie. Uczy się jak gotować obiad w agonii, ukrywać łzy za okularami i rozmawiać o pogodzie wewnętrznie umierając. Może śmiać się ze słabych żartów, z nożem wbitym w plecy. Potrafi udawać nie tylko przed innymi, lecz również przed samym sobą.

Kłamstwo powtarzane wiele razy nie staje się jednak prawdą. Dalej pozostaje kłamstwem. Wrak człowieka w otoczce samodyscypliny i masce, mówiącej "wszystko w porządku" dalej pozostaje wrakiem.

Ludzie się zmieniają. Te zmiany inicjowane są przez otoczenie, sytuacje z życia jednostki, impakt innych ludzi, śmierć. Śmierć zmienia bardzo wiele. Jest pewna, absolutna wszechobecna i nienaprawialna.

Jeśli każde obrażenie związane z utratą byłoby widoczne, można by było oglądać przeze mnie telewizję. Wyglądałabym jak szwajcarski ser pozostawiony w klatce pełnej gryzoni. Jako że nie można, mogę śmiało chodzić po ulicy z tabliczką "wszystko w porządku, zmiany są nieodwracalne".

Ze spraw organizacyjnych, nie wiem jak będzie odtąd wyglądał format publikowanych przeze mnie treści, możecie być jednak pewni, że będzie się on różnił od obowiązującego dotychczas.

Do listy strat poza Damianem i Olim należy doliczyć również Szyszka. Myślę, że można się łatwo domyślić przyczyny oraz skutku.

Dawna "paczka" już nie istnieje. Nie zostało z niej nic do odratowania. Znaczna część osób zdecydowała się zapomnieć o tych, których stracili i w procesie zapomnienia odciąć się od wszystkiego, co mogłoby wywoływać wspomnienia, również od ludzi. Nie mam już z nimi kontaktu, uznaliśmy że tak będzie najlepiej. Spotkani przypadkowo na ulicy, jesteśmy dla siebie obcy. Zupełnie tak, jakbyśmy nigdy się nie poznali. Szanuję tę decyzję, choć nie jest mi z nią łatwo. Czasem jednak tego zazdroszczę. Ja nie potrafię zapomnieć, choćbym usilnie się starała.

Została przy mnie garstka osób, które nie zdążyły osobiście poznać utraconych jednostek i jedna, która zdecydowała się pamiętać.

Tak wyglądają realia.

Musiałam również pożegnać jednego z trojaczków. Popcorn nie przeżył operacji usunięcia rosnącego w zawrotnym tempie guza.

Każdego dnia obserwuję postępujące oznaki starości i zmęczenia u pozostałych zwierząt. Każde potknięcie na schodach, brak zainteresowania zabawą, zwiększona senność, smętne spojrzenia w stronę miski i zmiana zachowania są konsultowane ze specjalistą, przy zachowaniu pełnej świadomości, że tego wyścigu nie uda mi się zatrzymać.