Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

sobota, 9 maja 2020

Lokalni muzykanci

Ostatnio pisałam Wam o balkonowych wielbicielach luźnego ubioru. Bardzo luźnego ubioru...

Blokowi nudyści stanowią jednak mały procent mieszkańców i są, ku mojej radości, gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Znacznie większą grupę tworzą lokalni muzycy herbu Jabol Berbelucha, którzy umilają odizolowanej społeczności czas od zachodu do wschodu słońca.

Przed tą radosną twórczością nie ma ucieczki. W repertuarze grajków można znaleźć przeboje lat osiemdziesiątych, remiksy takich klasyków jak: "A łonego jo", "Gołębiorze, gołębiorze", czy "Boom boom asfalt". Biblioteka utworów jest więc naprawdę bogata i każdy, nawet najbardziej wybredny smakosz, znajdzie tu coś dla siebie. Artyści oferują też szeroką gamę utworów alternatywnych w języku Suahili. Koncerty odbywają się zazwyczaj pięć dni w tygodniu, co stanowi przedłużony weekend: czwartek-piątek-sobota-niedziela-poniedziałek. Wtorki i środy zespoły spędzają na doskonaleniu kunsztu poprzez zwilżanie i odkażanie gardła oraz próby chórku.

Tak się składa, że mieszkam na parterze, a moje łóżko stanowi miejsce VIP-a tuż przy oknie. Dzięki temu koncertów mogę słuchać nawet, kiedy artyści nie używają nagłośnienia. Tyle wygrać.

Mały zwiastun:


Niestety, jeśli twórcy muzyki alternatywnej ulegną zapętleniu, jeden utwór może umilać czas mieszkańcom nawet przez kilka godzin. Koncerty są jednak darmowe, więc nie należy narzekać, tylko napawać się pięknem sztuki ulicznej.

piątek, 8 maja 2020

Nie rozumiem

Jest taka jedna rzecz, której nigdy nie zrozumiem, choćbym nie wiem jak się starała.

Wychodzenia nago na balkon.

Ja rozumiem, że jeżeli ktoś mieszka w domku i jest otoczony tylko pięknem natury, to może czuć się swobodnie nie tylko we wnętrzu swojej posiadłości, ale także w jej bliskim otoczeniu. Jeśli jednak ktoś decyduje się na mieszkanie w bloku, który stoi w bezpośrednim sąsiedztwie innego budynku i właściwie można zajrzeć sąsiadom do garnków, to logicznym byłoby ograniczyć swoją nagość tylko do własnych czterech ścian.

Zawsze jednak znajdzie się ten jeden Alvaro, który niezależnie od tego czy jest wczesny poranek, środek dnia, czy ciemna noc, zdecyduje się wyjść na fajeczkę tak jak go natura stworzyła.

Mam tę nieprzyjemność, że naprzeciwko mojej kuchni znajduje się dwóch takich królów życia. Jeden z nich mieszka na pierwszym piętrze, drugi na czwartym. Nie znam dnia ani godziny, kiedy nalewając sobie herbaty czy smażąc kurczaka, uniosę swój wzrok w kierunku okna i oczy me znokautowane zostaną modelami 60+ bez bielizny. Czasem mogę ujrzeć ich tył, czasem przód, a czasem profil, ale niezależnie od tego jak panowie się nie ustawią, to ich męskość zawsze jest na pierwszym planie.

I to nie jest tak, że patrzę specjalnie. Uwierzcie mi, że członki sześćdziesięcioletnich mężczyzn to nie jest to czego oczekuję, kiedy zerkam przez okno. Kwiatki, przechodnie, pieski, kotki, gałęzie na wietrze, policjanci w pontonie z flaminga z megafonem - tego oczekuję od świata zewnętrznego. Nie festiwalu nudystów po wieku rozrodczym.

Ja rozumiem, że balkon jest właściwie przedłużeniem mieszkania. Tylko to przedłużenie mieszkania nie jest nawet zabudowane. Balkony u nas składają się z powierzchni płaskiej stąpającej i prętów pionowych, prostopadłych do powierzchni płaskiej. Prętów bardzo niegęsto rozstawionych należy nadmienić. Jeśli przeciska się przez nie głowa sporego psa, to nagi tyłek i mięsak męski również będzie widoczny. Te pręty nie stanowią właściwie żadnej cenzury.

Nie zrozumcie mnie źle, jestem ostatnią osobą, która chciałaby propagować body shaming i zawstydzenie własnym ciałem. To nie jest też tak, że nie widziałam w życiu nagiego człowieka jakiejkolwiek płci, ale za kalanie oczu niewinnych takim widokiem z rana powinien być kryminał, mówcie co chcecie.

To już nawet nie jest przestrzeń publiczna. To się dzieje, kiedy ja jestem w swoim własnym mieszkaniu i czuję jak ktoś mi swoją swobodą wchodzi przez okno do kuchni i miesza męskością w herbacie, kiedy ja robię sadzone.


środa, 6 maja 2020

Trawnikowych ninja dwóch

Od czego zaczyna się Wasz dzień?

Od porannej kawy? Papierosa? Serialu?

Mój zaczyna się od "Chcesz się pizgać? To choć się pizgać ch*ju!", które budzi mnie piętnaście minut przed budzikiem. 

Przez chwilę usiłuję jeszcze złapać zasięg i wejść do obecnej czasoprzestrzeni, ale głosy z zewnątrz powodują, że zawijam się w koc i maszeruję w kierunku okna, podtrzymując opadające powieki.

Na moim trawniku maluje się taki oto obrazek:

Dwóch ninja w maskach mierzy się wzrokiem i podwijając rękawy, rzuca w swoim kierunku łaciną i alternatywnym językiem polskim, szykując się do starcia. 

W prawym narożniku pan Kazimierz zwany Dark Cobrą w maseczce z gumką Calvin Klein, co pozwala twierdzić iż nakrycie twarzy zrobione zostało z majtek i pozostaje tylko mieć nadzieję, że zostały one najpierw uprane i nie są aromatyzowane.

W lewym narożniku bluzę ściąga już pan Mieczysław vel Night Shadow w przyłbicy usmarowanej czymś, co wygląda jak musztarda. Kwestia jedzenia w takim sprzęcie jest jak widać nie do końca jasna.

Obaj wojownicy stroszą się i doskakują do siebie na długość ramienia, po czym odskakują, trzymając gardę. Chociaż ciosy są wymierzane, do przeciwnika dociera jedynie podmuch wiatru spowodowany machnięciem ręki. Panowie wyglądają jakby tańczyli belgijkę, zachowując przepisowy metr odległości od siebie. 

Wychodzę do kuchni po słonecznik i kiedy wracam, Ninja Dark Cobra wykonuje półobrót w kierunku przeciwnika, który stara się osiągnąć perfekcyjne baletowe grand plié. Kowboje miotają się przez chwilę jak kuny w agreście, robiąc okrążenia wokół własnej osi, po czym stają naprzeciwko siebie w rozkroku, by ustalić dominację. Panowie pląsają, ja skubię słonecznik, następuje kulminacyjny moment przedstawienia, kiedy ze sklepu wychodzi pani Helenka z mopem i wydaje towarzystwu komunikat o wezwaniu policji. Mieczysław Night Shadow łapie ostrość obrazu, przygląda się bogini w fartuchu i widząc w jej dłoni oręż, wskazuje na drugiego wojownika, rzucając niezrozumiałe dla mnie zaklęcia. 

- Nie obchodzi mnie kto zaczął i o co. Rozejść się macie i to w tej chwili, bo policję wezwę! - odpowiada pani Helenka i przygotowuje się na rzut mokrym oszczepem z końcówką do pucowania podłóg.

Dark Cobra waha się jeszcze chwilę, ale ogłaszając swoje zwycięstwo i rzucając przeciwnikowi w twarz obelgami o jego matce i siostrze, odchodzi. Tuż za nim podąża rozchwiany władca cieni w musztardowej przyłbicy i obaj panowie znikają za rogiem bloku.

Niestety nie wiem czy arena została zorganizowana na innym trawniku czy doszło do rozejmu, ale trailer tego garażowego MMA bardzo mnie zainteresował.


wtorek, 5 maja 2020

Jak (nie) naprawiać

Zdalne nauczanie odbywa się na naszej uczelni z użyciem trzech platform do wideokonferencji: Zoom, BBB (BigBlueButton) oraz M-Teams. Każdy z tych programów ma takie same założenia, jednak specyfika ich obsługiwania jest różna.

Jeśli wykładowca jest zmuszony do użycia programu innego niż ten, który sobie początkowo założył - pojawiają się problemy natury technicznej. Zwłaszcza przy osobach, które na co dzień nie trwają w bliskiej przyjaźni z technologią, a szczytem ich możliwości jest uruchomienie rzutnika. 

Kiedy ktoś zrywa się rano na wykład tylko po to, żeby zajrzeć w nozdrza prowadzącemu, który usiłuje uzyskać odpowiedź na pytanie "dlaczego Was nie słychać?", podejmując bliski kontakt z kamerką swojego laptopa i krzycząc do uczestników dyskusji w myśl zasady "skoro ja ich nie słyszę, to oni mnie też nie", to chociaż chce się zachować powagę, śmiech jest tutaj reakcją mimowolną.

Leżałam więc sobie dnia pewnego w pieleszach, że tak to ujmę i logowałam się na platformę, by sprawiać wrażenie osoby pilnej w nauce i uważnej. Na moim lewym policzku odgniot od poduszki i wzorki z guzików, na prawym psia morda, bo akurat w tym momencie zwierzę poczuło potrzebę okazania czułości i oślinienia mojej i tak już zdeformowanej snem twarzy. Morfina kiedy się przytula, to przytula się do największej odsłoniętej powierzchni, a jako że reszta mnie znajdowała się w tamtym czasie pod kocem, połowa mojej facjaty znalazła się pod jej faflami.

Kiedy już strona postanowiła mnie wpuścić, ujrzałam czat składający się z kilkunastu osób, które usiłowały wytłumaczyć prowadzącej jak podłączyć słuchawki do komputera. Poza poradami typu "może proszę spróbować wyłączyć program i ponownie włączyć" i prośbami o sprawdzenie slotu na słuchawki, znalazło się też kilka bardziej technicznych porad, które krok po kroku opisywały ustawienia dźwięku w samym programie. Niestety niezależnie od tego jaki mikser, słuchawki i głośniki zostały wybrane oraz jakie sterowniki zainstalowane, po piętnastu minutach progresu w odtwarzaniu dźwięku wciąż widać nie było.

W pewnym momencie jakiś geniusz klawiatury rzucił hasłem "A ma Pani laptop odgłoszony?" i moje parsknięcie zbudziło śliniącą mnie beż potworę, ponieważ właśnie to okazało się być źródłem problemu. Laptop został wyłączony z trybu wyciszenia, a my przeszliśmy do wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych i wszystko skończyło się dobrze, chociaż moja codzienna dawka śmiechu została mi dostarczona.

Kilka godzin później, kiedy już zwlokłam swe ulane miłością do pączków ciało i wyprowadziłam psa na spacer, postanowiłam wstawić mięso do piekarnika.
Po pół godzinie odkryłam, że kuchenka jest zimna, a wiatraczek termoobiegu nie pracuje. Którym pokrętłem bym nie kręciła, tak nie działało, więc postanowiłam wziąć się za naprawę sprzętu. Do sprawy podeszłam bardzo profesjonalnie i na początek wyczyściłam grzałkę i gałki. Kiedy ten sposób nie zadziałał, odsunęłam od ściany lodówkę i dwie szafki, żeby dostać się do kontaktu, po czym odłączyłam kuchenkę od prądu na trzydzieści sekund i podłączyłam ją ponownie. Dalej nic. Przysunęłam lodówkę i szafki i wzięłam do ręki śrubokręt celem rozkręcenia tyłu kuchenki, kiedy przyszedł mi do głowy inny pomysł. Poświęciłam pół godziny swojego życia by przeszukać pudło z instrukcjami do urządzeń elektrycznych, znajdujących się w naszym domu. Znalazłam nawet kartę gwarancyjną z MP3, datowane na 2009 rok. Papierów od kuchenki jednak w kartonie nie było. Wróciłam więc do pomysłu ze śrubokrętem, ale coś mnie tknęło i powciskałam guziczki w panelu głównym, ustawiając przy okazji właściwą godzinę.

Okazało się, że przycisk zabezpieczenia przed dziećmi był włączony. Ktoś musiał się przypadkowo o kuchenkę oprzeć, albo wcisnąć go podczas czyszczenia.

Jeden guzik i wiatraczek termoobiegu zaczął wesoło brzęczeć, a ciepło powróciło do wnętrza piekarnika.

Zdaje się, że karma wraca szybciej niż sądziłam.

Krótka historia lisa i królika

W pewnym lesie, ukrytym przed światem, żyło dwóch przyjaciół.

Jeden z nich był smukłym lisem o płomiennym futrze, a drugi - popielatym królikiem. Lis i królik żyli obok siebie od lat dziecięcych i bardzo cenili swoje towarzystwo. Zajmowali sąsiadujące ze sobą nory i spędzali razem czas, kiedy deszcz uniemożliwiał im wędrówkę.

(Grafika własna. Kliknięcie powiększa obraz.)

Ta nietypowa przyjaźń była uznawana przez inne zwierzęta za wynaturzenie i czasem dwójka ssaków zastanawiała się co to właściwie może znaczyć.

- Rugo - zwrócił się szarak do towarzysza, kiedy oboje siedzieli skuleni pod wielkim dębem i przyglądali się niszczycielskiej ulewie - Znowu się z kimś gryzłeś? Futro masz zmierzwione.

- Nie moja wina Tokilu - odparł lis - Nie szukam zaczepki. To oni zaczynają.

- Poszło o teren? Jedzenie? A może lisicę? - drążył królik, lecz odpowiedziała mu cisza - Czyli znowu o mnie.

- O zasady Tokilu, o zasady. W lesie jest tyle królików, że jedzenia drapieżnikom nie braknie, jeśli zostawią w spokoju jednego.

- Nie uważasz, że to dziwne? - zamyślił się Tokilu - To, że jeden królik jest Ci kompanem, a inny obiadem?

- Deszcz jest dziwny - odparł Rugo - Kto to widział, żeby woda spadała z nieba?

- Rugo...

- Często dziwne jest dla nas tylko to, czego nie rozumiemy. Jeśli to pojmiemy, przestaje być dziwne. Jesteś moim przyjacielem, a tylko przy okazji królikiem. Żaden z nas nie wybierał ciała, w którym przyszło mu się urodzić.

Deszcz powoli przemijał, zabierając ze sobą troski zwierząt i kłębiące się w ich głowach myśli.

Mijały dni, tygodnie, miesiące i nic się nie zmieniało. Rugo dalej bronił Tokilu, a Tokilu dalej troszczył się o Rugo. Ślady lisich łap odnajdywano obok króliczych, chociaż wiatr i deszcz zacierały je regularnie.

Pewnego dnia spokój zwierząt został zmącony, kiedy rozpędzony Tokilu wpadł prosto pod łapy swojego lisiego przyjaciela.

- Rugo! Całe szczęście! - wysapał szarak, kuląc się i chowając za kompana - Coś mnie goni! Chce pożreć! Jest wielkie i szybkie!

Lis zasłonił sobą królika, gotowy nadstawić karku dla przyjaciela, ale w powietrzu nie wyczuwał niczego niepokojącego.

- Niczego nie widzę, ani nie słyszę - powiedział po chwili.

- Było tuż za mną! - wychylił się Tokilu, nastawiając uszu.

- Może to zgubiłeś. Co tak właściwie Cię goniło?

- Nie wiem. To nie był lis, wilk, ani nawet pies. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego.

- Dziwne, ale ja też spotkałem dzisiaj coś dziwnego. Zauważyłem to w jeziorze, ale kiedy próbowałem podejść, odsuwało się na głębiny. Wyglądało jak lis, chociaż mieszkało pod wodą.

- Lis z jeziora?

- Może to lisia syrenka albo lisi wodnik.

- Nie ma czegoś takiego jak lisia syrenka - zganił przyjaciela Tokilu - Za dużo czasu spędzasz na słońcu.

- To nie ja się wystraszyłem wiatru - odburknął Rugo.

- Naprawdę coś mnie goniło!

- Widziałeś to?

- Tylko cień, ale ten cień był prawdziwy! Był wielki i miał spiczaste uczy albo rogi!

Od tego czasu Rugo często udawał się nad jezioro, żeby zachęcić wodnego kolegę do opuszczenia kryjówki, lecz ten zawsze uciekał po tafli wody i chociaż lis wypływał coraz dalej, nie udawało mu się dosięgnąć syrenki. Często na przemoczonego Rugo wpadał też Tokilu, który uciekał przed nieznanym nikomu zagrożeniem.

- To bez sensu - stwierdził Rugo - Ja usilnie staram się coś dogonić, podczas kiedy Ty bardzo starasz się przed czymś uciec.

- Zamieńmy się - zaproponował Tokilu - Ja pójdę nad jezioro, zobaczyć tego wodnego lisa, a Ty pójdziesz na polanę, gdzie zazwyczaj spotykam to straszne zwierzę, kiedy tylko ciepło zachodzącego słońca zaczyna łaskotać mnie po plecach.

Tak zrobili i kiedy dotarli każdy na wyznaczone miejsce, zrozumieli.

Tokilu obchodził jezioro dookoła i spoglądał na taflę wody z każdej możliwej strony, ale widział w niej tylko swoje odbicie.

Rugo czekał cierpliwie na polanie, ale zachodzące słońce wydłużało tylko jego własny cień.

- Cały czas próbowałeś dogonić siebie - zaśmiał się Tokilu, kiedy zwierzęta się spotkały - To było Twoje odbicie w jeziorze, zdeformowane przez niestałą wodę.

- A Ty próbowałeś przed sobą uciec - dogryzł królikowi lis - Cień Twoich uszu Cię wystraszył i podążał za Tobą, kiedy biegłeś.

Zakończeń tej historii może być wiele, tak jak wiele może być w niej wniosków, morałów i konkluzji.

Jeśli pomyśleliście, że lis pewnie finalnie zjadł królika - nazywa się to uprzedzeniami.

Jeśli stwierdziliście, że zwierzęta skończyły jako gulasz, czapka na zimę lub element dekoracyjny mieszkania - nazywa się to pesymizmem.

Jeśli wierzycie, że żyły długo i szczęśliwie do późnej starości - cóż, optymizm też jest potrzebny.

To tylko legenda, bajka dla dzieci, historia wymyślona - stwierdzi realista.

Nie jest jednak ważne co myślicie o samej historii i jakie widzicie w niej zakończenie. Czasami jeśli zostawi się otwarte drzwi, daje to dużo więcej możliwości niż "przejść przez drzwi" i "przez drzwi nie przechodzić". Można je pomalować, wyjąć z zawiasów czy porąbać siekierą.

Nawet niedokończone opowieści mogą nieść ze sobą morały.

Jednych ta historia uczy współpracy, drugim pokazuje otwartość, a jeszcze innych utwierdza w przekonaniu, że często spędzamy czas na ucieczce przed sobą lub poszukiwaniu tej wersji siebie, która nie istnieje.

Interpretacja opowieści jest tutaj dowolna. Tak jak dowolny jest w niej udział.

Zakończeń i wniosków jest dokładnie tyle, ile jest woli czytelnika, by je odnaleźć.

_____________________

Tłum. z języka rosyjskiego: własne, #Connor, #Misha

poniedziałek, 4 maja 2020

Najlepszego

W ostatnim czasie dostałam z obcego numeru wiadomość o tej oto treści:


Chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie o jaką drogę życia chodzi, wysłałam numer do każdego, komu mógłby on coś mówić, z prośbą o ustalenie autora wiadomości.

Niestety nikt z moich znajomych ciągu cyfr nie rozpoznał, więc postanowiłam odpisać:
"Przepraszam, ale to chyba pomyłka"
I uznać sprawę za zamkniętą. Osoba po drugiej stronie miała inne zdanie na ten temat i odpisała:
"Nie sądzę" + moje prawdziwe imię i nazwisko.
Zrobiło się troszkę creepy, więc napisałam, że jeśli nie dowiem się kto to i o co dokładnie chodzi, to zakończymy rozmowę na tym etapie i numer zostanie zablokowany, ponieważ trolling przestał mnie bawić już kilka lat temu.
Byłam niemal przekonana, że odstraszyłam natręta, więc tym bardziej zdziwiło mnie połączenie przychodzące. Zrobiłam dwa wdechy i próbując brzmieć na groźniejszą niż jestem w rzeczywistości, zażądałam wyjaśnień.

W słuchawce odezwał się kobiecy głos, rzucający słowami z prędkością rapera. Dowiedziałam się, że jestem kobietą lekkich obyczajów, że Dawid (kimkolwiek ten człowiek był) i tak z nią będzie, wysłuchałam też odmiany słowa c*uj przez przypadki.

Nie potrafiłam wejść kobiecie w słowo i przerwać tego potoku żalu i frustracji, więc przeczekałam sztorm, przeanalizowałam w głowie znajomych mi Dawidów i skontaktowałam się ze wszystkimi dwoma. 
Okazało się, że jeden z nich znał numer, który zaburzył mi spokój. 

Numer należał do dziewczyny chłopaka, która przeglądając telefon lubego, natrafiła na wiadomość od osoby o moim imieniu i kierowana zazdrością, postanowiła rozwiązać wyimaginowany romans, który nigdy nie miał miejsca.

Po kilku godzinach otrzymałam telefon z przeprosinami, ponieważ okazało się, że niejednemu psu Burek i w kontaktach jest więcej osób zwanych tak samo.

Chcecie wiedzieć co tak zirytowało broniącą samca niewiastę?

Ktoś wysłał Dawidowi wiadomość o treści:
"Dasz nr konta czy wolisz, żebym Ci oddała za ostatnio osobiście?"
Chodziło o zwrot pieniędzy, które pożyczyła współpracownica na obiad w bufecie, ponieważ nie było w nim możliwości zapłaty kartą, a dziewczyna nie miała przy sobie gotówki.


sobota, 2 maja 2020

Moja nieobecność

Część z Was zastanawia się dlaczego często poruszam na blogu swoje sprawy osobiste. Dostaję wiele wiadomości o treści:


Dziękuję, że troszczycie się o moją (i nie tylko) prywatność, ale jest to mój sposób na radzenie sobie z problemami. Można powiedzieć, że pisanie ma na mnie działanie terapeutyczne. Jeśli komuś to nie odpowiada i czuje się przez to striggerowany, nie widzę powodu dla którego miałby się celowo torturować, chyba że ma zapędy masochistyczne. Nie oceniam, każdy ma jakiś kink. Po prawej stronie w górnej części ekranu jest taki duży, czerwony krzyżyk, który wyprowadzi Was ze strefy, w której nie chcecie przebywać.
Nie ma za co. Cieszę się, że mogłam pomóc.

~~~

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dziewięć lat. Ojciec nie nadawał się do posiadania rodziny i dzieci, ale odkrył to w sobie za późno. Uciekł, kiedy tylko urodziła się moja siostra i okazało się, że jest "defektywna". Nie zmieniało to w moim życiu wiele. Nawet przed rozwodem bywał w domu rzadko. Pamiętam go głównie jako człowieka za kieliszkiem wódki, śmiejącego się z żartów mojego dziadka. Bywało, że w domu brakowało jedzenia, co zmusiło nas do przeprowadzenia się bliżej mojej babci. Moja mama musiała większość swojego czasu poświęcić niepełnosprawnej siostrze. Takie dziecko pochłania niemal całą uwagę, więc większość swojego czasu spędzałam w babcinym domu lub sama ze sobą. Podczas kiedy moja mama miesiącami migrowała po szpitalach z moją siostrą, a mojego ojca już nie było, to babcia zastępowała mi obojga rodziców.

Nie utrzymywałam bliskiego kontaktu z rodziną od strony ojca. Jego matka (a moja druga babcia) była dość chłodną osobą i nigdy nie nawiązałyśmy głębszej więzi. To samo dotyczyło mojej cioci (siostry ojca) oraz kuzynów.
Jedynym wyjątkiem była moja prababcia, która już wtedy dobijała do setki.

Prababcia mieszkała jakieś 400 km ode mnie, więc nasz kontakt ograniczał się głównie do listów i w późniejszym czasie do rozmów telefonicznych, ale była to osoba bardzo bliska mojemu sercu.

Prababcię zawsze wzruszał fakt, że pomimo rozwodu rodziców dalej uważałam ją za członka rodziny, a swoją wdzięczność często okazywała płacząc do słuchawki, podczas kiedy dla mnie było to całkowicie normalne. Była moją babcią bez względu na zerwane więzi innych członków rodziny. To niczego dla mnie nie zmieniało.

Nie widziałyśmy się dobrych kilka lat, ale wysyłałyśmy sobie zdjęcia w załączniku do listów. Byłam przez prababcię zapraszana do przyjazdu przy każdej rozmowie telefonicznej. Miałam złożyć jej wizytę w wakacje tego roku. Chciałam dać jej też szalik, który zrobiłam na drutach, na których ona uczyła mnie dziergać. Napisałam jej o tym w liście, którego nie zdążyłam wysłać i którego ona już nigdy nie przeczyta.

Dostałam informację, że prababcia zmarła. 

Teraz zostałam sama z listem, szalikiem i świadomością, że właśnie straciłam ostatniego człowieka, który pełnił dla mnie funkcję babci. Bardzo ważnego dla mnie człowieka, którego nawet nie zdążyłam pożegnać i którego już nigdy więcej nie zobaczę.

W takich momentach dochodzi do mnie, że "później" może nie mieć miejsca i jeśli chcemy coś zrobić, należy to zrobić teraz i nie odkładać tego w czasie. Nie zawsze jest to możliwe, ale jeśli tylko jest, to należy przyjąć, że "jutro" nie nastąpi, bo w wielu przypadkach tak właśnie jest.

Jeśli jest więc coś ważnego, co odkładacie od jakiegoś czasu, proszę zróbcie to jak najszybciej.