Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

środa, 7 sierpnia 2019

Typowe wesele

Zostałam ostatnio zaproszona na ślub. Kuzynka wychodziła za mąż za Latynosa spod Wrocławek. Jako, że moja rodzina jest większa niż kolonia bakterii na tygodniowym jogurcie, a bliscy pana młodego również skromnością w populacji nie grzeszą, para wynajęła lokal na dwieście osób i rozesłała zaproszenia.
Na pięknych, ozdobnych kartkach młodzi zachęcali do wzięcia udziału w uroczystości w małym kościółku, a później w imprezie weselnej z poprawinami dnia następnego. Oprócz wszelkich szczegółów potrzebnych do zlokalizowania owych miejsc, na zaproszeniu odnaleźć można było swoje imię, oraz dopisek "z osobą towarzyszącą". Była tam również prośba o potwierdzenie przybycia do wyznaczonej daty.

Zaproszenia wywołały kilka pytań, które wymagały telefonicznej konsultacji. Część gości pytała o możliwość zabrania dzieci, przesunięcia terminu ostatecznej decyzji o zamiarze przyjścia, czy możliwości zabrania osoby towarzyszącej tej samej płci w przypadku istnienia takich związków w rodzinie.
Sytuacja wyjaśniła się bardzo szybko: Termin na decyzję to ostateczność, a dzieci są mile widziane, w przeciwieństwie do par homoseksualnych, gdyż pojęciem "pary" okazała się dla młodych tylko relacja kobiety i mężczyzny.
Żeby nie prowokować i nie podburzać gości, oraz nie wywoływać skandalu, część par jednopłciowych postanowiła nie brać udziału w uroczystości, a część wysłała na wesele jednoosobową delegację.
Żaden problem, każdy się dopasował. W końcu to dzień państwa młodych.

Jako, że jestem ślubnym weteranem i niejedną imprezę weselną widziałam, postanowiłam wziąć udział w przedsięwzięciu. Zapakowałam prezent, potwierdziłam przybycie i odkryłam, że w szafie kilka moich sukienek uległo skurczeniu. Po telefonie do znajomej o podobnym rozmiarze, dałam się wbić w kieckę z kokardą w kolorze wściekły róż i ruszyłam ku przygodzie, stanowiąc reprezentację domowników o moim nazwisku. Na ślub wybrałam się sama, ponieważ osoby towarzyszącej brak, mrygające światełka to słaby pomysł dla siostry epileptyczki, a rodzicielka z holterem, stając przy głośniku, mogłaby odkryć dwa dodatkowe pulsy na nagraniu. 

Na miejsce mieli nas zawieść starości. Ci sami ludzie mieli po imprezie odstawić wszystkich do domu, ale znając rolę weselnych starostów, postanowiłam mieć backup w postaci własnego transportu na telefon.

Po mszy na której krzyk maluchów, bujanych w wózkach zagłuszał wszystko, włącznie z organistą i księdzem, wszyscy ruszyli w drogę do restauracji, znajdującej się nieopodal.
Pielgrzymka stu pięćdziesięciu osób maszerowała ulicą, zacierając ręce na myśl o zbliżającej się libacji. Usiłowałam odszukać znajome twarze, ale nikt kogo mogłabym kojarzyć nie rzucał mi się w oczy. Najwidoczniej wmieszałam się w gości pana młodego.

W restauracji powitano nas szampanem, który oddałam z ulgą wujkowi Zenkowi, zgarniającemu chętnie wszystkie niechciane trunki. Zanim odśpiewano pierwsze "sto lat" wujo był już bardzo wesolutki, a jego żona obrażona i zażenowana.
Reszta poszła szybko. Rosołek, drugie danie, deserek, przyjazd orkiestry, kilka wiwatów na cześć młodej pary i zmuszanie ich przyśpiewkami do całowania się po raz dwudziesty. Kiedy kończyło się "ona temu winna", okazywało się, że winny był jednak on, a goście "nie będą pić wódki, gdyż pocałunek za krótki", skutkiem czego szminka panny młodej zniknęła jeszcze przed obiadem i pojawiła się magicznie na ustach pana młodego. Kiedy przestało być gorzko, a orkiestra z wodzirejem rozstawiła się na scenie, zaproszono nowo powstałe małżeństwo do pierwszego tańca.

W ruch poszła maszyna do robienia mgły, a para młoda wiła się między biegającymi im pod nogami dziećmi do pościelówy stanowiącej podkład muzyczny. Kiedy muzyka nieco przyspieszyła, rozradowane wcześniej mamusie zaczęły wypatrywać swoich pociech, tonących we mgle. Nogi tańczących niosły ich niebezpiecznie blisko pływających w dymie dzieci, które nieświadome zagrożenia rozpłaszczały się na parkiecie, udając rozgwiazdy. Jeden młodzieniec przechwycił maszynę do mgły i wsadzając sobie jej główny wylot do ust, usiłował pochłonąć wszystkie chmurki i prawdopodobnie stać się dżinem. Na szczęście udało się odciąć małego narkomana od towaru tuż po pierwszym machu do pięt i dymkach puszczanych nosem. W jego głowie na pewno stało się jaśniej, pomimo półmroku panującego na sali.

Młodzi skończyli tańczyć równo z przybyciem fotografa, więc całość trzeba było powtórzyć. Człowiek z aparatem grał w twistera we mgle, próbując nie rozetrzeć o panele małych ludzików i jednocześnie złapać jakiekolwiek dobre ujęcie tańczących.

Zanim ktokolwiek wpadł na pomysł powtórzenia tańca po raz trzeci, na parkiet wpadł wodzirej, ogłaszając konkurs z nagrodami. Walka o krzesełka z urozmaiceniem w postaci przynoszenia wypowiedzianych przez mężczyznę przedmiotów tuż po ustaniu muzyki. Żaden pośladek nie mógł dotknąć krzesła, jeśli przedmiot nie znajdował się w posiadaniu ich właściciela.
Odsunęłam się taktycznie na bok. Nie miałam zamiaru zostać staranowana.
Do konkursu zgłosiła się tylko męska część widowni, ponieważ panie nie czuły się na siłach by biegać po parkiecie w szpilkach. Przynajmniej do momentu, kiedy poziom promili nie zwiększył im ruchliwości stawu skokowego.
Muzyka ustała, panowie ruszyli. Krawat, podwiązka, biustonosz. Tłum rozpędzonych mężczyzn biegał po sali i obdzierał z ubrań zarówno własne partnerki, jak i pannę młodą. Po chwili na środku sali leżał już pokaźny komplet damskiej bielizny, męskie spodnie w rozmiarze XL, talerz perkusisty i sterta butów, zwieńczona młodą kobietą w czerwonej sukni. Dziewczyna odmówiła zdjęcia obuwia, więc została przyniesiona razem z nim.
Na środku zostało już tylko jedno krzesełko. Napięcie rosło i kiedy wodzirej rzucił bezmyślnie "gumka do włosów" na sali pojawił się chaos. Panowie rzucili się na kobiety i dzieci jak wygłodniałe lwy na zwierzynę. Jeden z nich, nie mogąc odplątać potrzebnej do wygranej zdobyczy, przeciągnął swoje potomstwo po parkiecie niczym jaskiniowiec zwierzynę, nie zważając na protesty i narzekania córki. Drugi miotał się w panice po parkiecie, aż jego wzrok nie spoczął na młodej kobiecie w pięknym koku, stojącej w przejściu. Łowca ruszył, lecz dziewczyna w porę zdała sobie sprawę z zagrożenia i porzucając buty postanowiła ukryć się między stołami. W pościgu uczestniczyły obrusy, stoły, oraz miska z galaretką. Outro z "Benny Hill" idealnie odzwierciedlało sytuację. Dziewczyna drąc się wniebogłosy wpadła ostatecznie w tłum innych kobiet i wszystkie posypały się jak kręgle, kiedy pocisk w postaci Ryśka wbił się w nie z dużą prędkością.
Wracając ze zdobyczą wyszarpaną z czyiś włosów, mężczyzna wpadł na krzesełko czołem i przejechał się z nim prosto w tłumek przy ścianie.
Tym sposobem Rychu zmiótł młodego pana i swego bombelka.
Zwycięzca został obdarowany flaszką, których na stołach nie brakowało i goście, szukając po drodze swoich żeber wrócili do stołów. 

Po szóstym daniu kelnerzy zaczęli wynosić pełne miski, by robić miejsce dla następnych potraw. Oczy bardzo chciały, lecz żołądek zaniemógł, więc większość odpuściła i popijając Verdin Complexx Żołądkową Gorzką patrzyła jak miski i talerze wracają na kuchnię.

Na parkiecie trwał festiwal tańca techniką dowolną, przeplatany zabawami wodzireja. Przy stołach można było zaobserwować pierwszych kapitanów opuszczających tonący pokład, zabierających ze sobą sztandar w postaci obrusu. Promilowa dżuma kładła całe stoły i powoli zbliżała się i do mojego. Starości pilnowali, by nikt z imprezy nie wyszedł trzeźwy, więc taktycznie moja szklanka zawsze była pełna soku, czy Coli stanowiąc przykrywkę. Siorpałam jednego drinka od czterech godzin, obserwując jak Zbyszek zwany Orłem walczy ze starostą.
- Ale co Ty, ze mną się nie napijesz? - padło zdanie które zazwyczaj kończyło całą dyskusję, jeszcze zanim zdążyła się ona rozpocząć.
- Nie mogę Krzyś, nie nie mogę - odmawiał rozbujany dżentelmen, zasłaniając swój kieliszek.
- Bierzesz antybiotyk?
- Nie.
- Prowadzisz?
- Nie.
- To nie pie*dol tylko pij, bo się wódeczka grzeje mi w dłoni. Nie bądź baba. Z trzeźwym nie będę gadał.
Orzeł po takiej walce argumentów poddał się i niestety nie odnalazł już drogi powrotnej do gniazda. Poszukiwacze znaleźli go dwie godziny później, tulącego pisuar, nucącego "Daj mi tę noc".

W połowie imprezy na salę wkroczyła grupka dwunastu osób. Ku zaskoczeniu panny młodej, byli to spóźnieni goście, którzy nie zapowiedzieli swojego przybycia. Zamieszanie w kuchni i próba odgrzania dwóch dań deseru i dwunastu kolejnych potraw specjalnie dla wyjątkowych płatków śniegu zakończyła się powodzeniem, ale ich narzekania na słoność zupy i zbyt płaskiego kotleta słychać było aż na zewnątrz.

Po godzinie pierwszej na parkiecie dominował styl tańca przyziemnego z elementami akrobatyki, a przy stołach siedzieli już tylko niedobitkowie, oraz Ci, którym udało się obronić przed flaszeczką starosty.
Samego starosty nie było na sali od dobrych dwudziestu minut, więc pewnie wirował z jakąś panną w rytm "Kawiarenek". Melodie jednych piosenek stanowiły idealny podkład pod kolejne, a coraz bardziej napompowana szampanem orkiestra zatracała zdolności koordynacyjne potrzebne do obsługi instrumentów muzycznych.
Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Ważne, że w tle leciała jakaś nuta, a słowa i melodię już sobie każdy sam dopasowywał do siebie.
Tym sposobem w jednym końcu sali śpiewano "Jesteś szalona", a w drugim "O Ela".

W okolicach trzeciej w nocy na sali można było odnaleźć zawiniętych w burrito z obrusa pokonanych, dzieci śpiące na złączonych krzesłach i pannę młodą, z depresją wpatrującą się w kieliszek wina. Jej buty spoczywały na stole, ponieważ okazały się tak samo piękne jak niewygodne.
Na parkiecie słychać było wrzawę i krzyki, więc podeszłam w stronę świateł i dymu żeby zorientować się w sytuacji. 
Pan młody siedział na podłodze z rozkrwawionym nosem, podczas kiedy goście usiłowali zatamować juchę cieknącą po białej koszuli. Połowa gości krzyczała "przechylcie mu głowę do tyłu!", a druga "nie, bo do przodu!", czego skutkiem była głowa mężczyzny bujająca się w przód i w tył, chlapiąca dookoła krwią.
- Dajcie mu wódki - darł się Zenek.
- Pogotowia! - wołała Tereska.
- Gdzie są śledzie w śmietanie? - jęczał Zdzisiek.
Wybrałam najtrzeźwiejszą osobę z tłumu i spytałam dlaczego nos pana młodego przypominał surowy befsztyk. Okazało się, że Tadek zwany czołgiem, dokonując półobrotu w swoim skomplikowanym układzie choreograficznym nie wziął poprawki na dystans dzielący jego stopę od twarzy młodego i mężczyzna fyrtnął nóżką, zmieniając koledze położenie nosa na twarzy.
Krwotok na szczęście udało się opanować, ale był on tematem wieczoru wśród tych, którzy potrafili jeszcze władać swym ojczystym językiem.

O godzinie czwartej znalazłam starostę, nieprzytomnie leżącego na środku schodów, tulącego do siebie flaszeczkę i skrzydełko kurczaka. Jego twarz wyrażała tysiące emocji. Odnalazłam żonę poszkodowanego i zaproponowałam przykrycie czymś małżonka, bo na zewnątrz było jednak chłodno.
Zamiast tego kobieta kazała się przytrzymać, wzięła zamach nogą i sprzedała soczystego kopniaka staroście, celując czubkiem butów prosto w jego pośladki.
Jego ciało poderwało się do lotu, a na twarzy wyprostowały się wszystkie zmarszczki. Mrużąc oczy, obudzony mężczyzna podszedł do swojej żony i usiłując ją objąć, opadł twarzą na wykładzinę, kiedy kobieta odsunęła się z trasy wybranka. 
Zostawiłam czułości tej pary i oddaliłam się celem złapania zasięgu. Miałam wrażenie, że starosta jednak nie był w stanie odwieźć gości do domu.

Przed piątą pożegnałam się z żywymi, panną młodą i opuchniętym panem młodym i wróciłam do domu.
Jak się później okazało ominął mnie przyjazd policji, która musiała interweniować, bo syn Kazika obłapiał w tańcu żonę Stefana. Nie załapałam się też na skręconą kostkę ciotki Cecylii, która postanowiła odegrać scenę z Tytanica ze swoim mężem. Nie wzięła pod uwagę tego, że jej waga 110 kg przekraczała możliwości mięśniowe małżonka w wadze piórkowej 67 kg i jej kostka wykonała obrót o 360 stopni, czego nigdy wcześniej nie zrobiła.

Na poprawinach rozpoczynających się o dziesiątej goście zaczęli zbierać się po dwunastej. Ich liczebność spadła o połowę, a podkład muzyczny stanowić musiało gotowe nagranie, gdyż zarówno orkiestra, jak i reszta populacji narzekała na silny ból głowy, uniemożliwiający głośne słuchanie muzyki.

To były bardzo ciche i spokojne poprawiny.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Hipcia - prawdziwy pies

Pewna rodzina składająca się z matki, ojca i dwójki dzieci wybrała się do schroniska celem adopcji psa.
Rodzinka podążała za wolontariuszką, która oprowadzając ich między boksami, opowiadała o poszczególnych zwierzętach, które mogłyby zwrócić uwagę przyszłych właścicieli. Dziewczyna była im dobrze znana i sprawiała wrażenie zorientowanej. Chcąc jak najlepiej dopasować psa do rodziny, wolontariuszka starała się zebrać szybki wywiad.
- Jaki to powinien być piesek? Wiem, że musi lubić dzieci, ale powinien być mały, duży, spokojny, czy raczej żywiołowy? - dopytywała krążąc po obiekcie i przedstawiając rodzinie mieszkańców schroniska.
- Ma być prawdziwym psem. Ma wyglądać jak pies, zachowywać się jak pies i brzmieć jak pies - odpowiedział mężczyzna, patrząc z dezaprobatą na rozradowane ogony małych psiaków.
- Może pan sprecyzować?
- Ja to chciałem Wilczaka. To wygląda jak pies, jest odpowiedniej wielkości, potrafi zaszczekać jak trzeba, a nie jak jakaś piszcząca piłka, biega, skacze, goni za kotami. Jak prawdziwy pies.
- Rozmawialiśmy o tym. Podjęliśmy decyzję, że bierzemy psa ze schroniska - wtrąciła żona głowy rodziny, próbując załagodzić sytuację i uciszyć męża.
- Ty podjęłaś i dzieci. Ja nie miałem z tą decyzją nic wspólnego.
- Niech się Państwo nie martwią - odparła dziewczyna - Na pewno znajdziemy odpowiedniego psiaka.
- Raczej w to wątpię, ale niech sobie wybierają - rzucił mężczyzna i skarcony srogim spojrzeniem żony, dalej przyglądał się zawartości schroniskowych klatek. Nie wydawał się jednak zaangażowany w tak ważną dla rodziny chwilę.
Podczas kiedy matka z dziećmi mijali kolejne boksy, ojciec zostawał coraz bardziej z tyłu. Przyglądał się każdemu psu, jednak żaden nie mógł sprostać jego wymaganiom.
 - Pies powinien wyglądać jak pies. Stojące uszy, długi pysk, mocne łapy, wiszący ogon - powtarzał sobie - Najlepszy byłby Owczarek, ale nie nada się do dzieci. A takie frędzle jak Wy to psa nie przypominają. Ty masz ogon jak wiewiórka, Ty jesteś wielkości mojego buta, a Ty wyglądasz bardziej jak kot niż pies. Co to się porobiło z tymi zwierzętami - kontynuował wywód mężczyzna, kiedy w jednym z kojców ujrzał małą, szarą kulkę bez ogona, zerkającą na niego z ukosa. Kiedy mężczyzna podszedł bliżej, pies zaszczekał cicho i odszedł na bok, siadając tyłem do człowieka i ukrywając swoją małą, płaską główkę z klapniętymi uszami.
- Ty to jesteś najbardziej pokraczny - odparł człowiek, lecz z niewiadomego sobie powodu podszedł jeszcze bliżej krat. Mężczyzna usiłował zwabić do siebie psa, lecz ten nie miał odwagi się odwrócić. Dopiero po dłuższej chwili zwierzę spojrzało na obcego i zaczęło węszyć w powietrzu.
- No nie bój się, podejdź - zachęcała dalej głowa rodziny i psiak na krótkich, trzęsących się nóżkach zbliżył się nieznacznie do krat - A bo Ty jesteś dziewczynką. A kto Ci coś zrobił z oczkiem? - pytał sam siebie mężczyzna, widząc na lewej powiece psa wyraźne ślady walki. Nikt mu jednak nie odpowiedział. Dookoła nie było nikogo. Jego rodzina cały czas przemieszczała się między klatkami.
Mężczyzna siedział przy boksie z wyciągniętą ręką i wpatrywał się w małego psiaka, który niepewnie podchodził coraz bliżej, aż w końcu pozwolił się dotknąć.
Wtedy to nastąpiła gruntowna zmiana planów i pan domu, wołając swoją rodzinę wiedział już, że znalazł psa którego zabiorą ze sobą.

- Jesteś pewny? - pytała żona człowieka o jasno określonych zasadach, miętoszącego teraz na rękach szarą kulkę bez ogonka - Mówiłeś, że szukałeś "prawdziwego psa". Nie chciałeś słyszeć o kundelku.
- Lubi dzieci, jest małe, więc niewiele je i wolontariuszka mówi, że spokojne, więc nie będzie niszczyć - odparł mężczyzna szukając potwierdzenia swoich słów w dziewczynie, kiwającej z aprobatą głową.
- No dobrze, a Ty?
- Przyszliśmy po psa, wyjdziemy z tym... w sumie nie wiem co to jest, ale wyjdziemy z tym. No spójrz na nią. Przecież nikt jej nie weźmie, będzie tu sterczeć i gapić się tymi swoimi wyłupiastymi oczami przez kraty. Ludzi straszyć. Nie rusza Cię ten brzydki pysk?
- Jest urocza, po prostu jestem nieco zaskoczona.
- To nie bądź. Podpisuj co trzeba, kasa na stół i się zbieramy, bo mnie już nogi zaczynają boleć, a jeszcze trzeba wrócić. Jak to to się wabi?
- Hipcia - odparła wolontariuszka, drukując formularz adopcyjny - Ma na imię Hipcia.
- Pasuje jej. Taki hipopotam, tylko malutki.
Tym sposobem Hipcia znalazła nowy dom, a nowy dom znalazł Hipcię i obie strony były z tego faktu bardzo zadowolone.

Hipcia była bardzo spokojnym i przyjaznym psem. Potrzebowała czasu na zdobycie zaufania i zadomowienie się, ale odstraszała swoim piskliwym ujadaniem intruzów, goniła za wiewiórkami i obserwowała bawiące się dzieci.
Lata mijały, a mały, szary psiak coraz bardziej przywiązywał się do nowych właścicieli. Największą miłością obdarowywał jednak głowę rodziny, który nie stronił od mokrych buziaków i przytulasów na kolanach.
- Prawie dobrze. Tylko głośniej Hipcia i trochę niżej - pouczał psa mężczyzna, kiedy suczka szczekała na obcych, znajdujących się poza jej terenem.
- Zając to to nie jest, ale lepszy rydz niż nic - powtarzał, kiedy pies przynosił mu patyki i szyszki.
- Masz Wilczaka w sercu Hipcia, tylko go wydobądź na zewnątrz - dodawał, kiedy pies wracał z podwórka, pokonany przez kota sąsiadów.
Z czasem rodzina nie wyobrażała sobie życia bez Hipci, a Hipcia nie wyobrażała sobie życia bez swojego właściciela, którego starała się nie opuszczać ani na krok.
- Sąsiedzie! - wołali Ci, których olbrzymie psy stróżujące patrolowały podwórka dniami i nocami - Coście to za szopa przytaszczyli? Schronisko zamknięte było i trafiliście do lasu?
- Nie wielkość się liczy, tylko co kto ma w sobie - odpowiadał mężczyzna, biorąc psa na ręce.
- A to co ma w sobie? Watę, czy plusz?
- A sąsiad co ma w sobie? Bo jak tak sąsiada słucham, to podejrzewam, że głównie treści jelitowe. Niech sąsiad uważa przy wypróżnianiu, bo sam flak z sąsiada zostanie.
- Idź pan w ch*j!
- I vice versa - rzucał właściciel szarego pieska, po czym przysuwając Hipcię bliżej, szeptał jej do ucha - Jak mu kiedyś odgryziesz ptaszka, to przestanie być taki cwany.

Suczka była bardzo pojętna i nauczyła się wielu komend i sztuczek. Niczego nie niszczyła i zostawała w domu sama bez żadnych problemów, wtulając się w miejsce na pościeli swojego pana.
Na spacerach wzbudzała zachwyt młodzieży i dzieci, oraz dezaprobatę ludzi uważających owe stworzenie za pokrzywdzenie praw natury. Na wszelkie zaczepki, właściciel Hipci odpowiadał tylko:
- Brzydotę można ukryć pod makijażem, ale z paskudnym charakterem już nic się nie da zrobić. Niczyja wina, że kiedy inne psy stały w kolejce po wygląd, ona czekała na osobowość.

Niestety postępujący rak i problemy z układem krążeniowym psiny, odebrały jej radość z posiadania rodziny pięć lat po jej adopcji. Mimo starań właścicieli i olbrzymiej woli walki Hipci, suczki nie dało się uratować.
Pies nie miał szans na przeżycie i kiedy właściciele zdecydowali się ulżyć suczce w cierpieniach, odeszła dopiero kiedy głaskana po głowie usłyszała, że może już się poddać i była bardzo dzielnym psem. Zamknęła wtedy powoli oczy i nie otwarła już ich ponownie.
Lekarze uważali, że pies i tak długo pożył i przytrafiło mu się wielkie szczęście, że trafił na kochającą rodzinę.
- Nie - odpowiadał mężczyzna - To my mieliśmy szczęście.

Rodzina bardzo tęskniła za Hipcią i jej brak dawał im się we znaki. Najbardziej pogrążony w żałobie był właściciel suczki i po jej stracie całymi wieczorami przesiadywał na tarasie jak zwykł robić to kiedy jego szara przyjaciółka jeszcze żyła.
Mężczyznę udało przekonać się do adopcji kolejnego psa. Wiedział, że żaden nie zastąpi mu Hipci i adopcja wcale nie miała tego na celu. Suczka miała na zawsze zostać w jego sercu, jednak ich mieszkanie było puste i potrzebowało stukających po panelach pazurków.
Kiedy cała czwórka pojawiła się pod bramą schroniska ponownie, przywitała ich inna wolontariuszka, zaznajomiona jednak z sytuacją i historią adoptowanej Hipci.
- Jakiego pieska Państwo szukają? Musi mieć jakieś specjalne cechy? - spytała uśmiechnięta dziewczyna w nadziei, że któryś jej podopieczny znajdzie tego dnia dom.
- Tak - odpowiedział mężczyzna, rozglądając się po klatkach - Musi być jak prawdziwy pies. Musi być jak Hipcia.

Niewiele czasu zajęło rodzinie znalezienie nowego członka rodziny. Czarny, energiczny psiak o długich łapach i zakręconym ogonie był przeciwieństwem małej, pokracznej kulki o płaskim pysku, ale z jakiegoś powodu skradł on serca zarówno dzieci, jak i rodziców.
- Jak to to się wabi? - spytał mężczyzna, odklejając rozradowanego psa od swojej twarzy.
- Ugryź.
- Co?
- Ma na imię ugryź.
- Chyba zaliż. Co za pacan Ci dał takie imię? Będziesz Hipek - skwitował nowy właściciel psiaka, spoglądając na rodzinę, która najwidoczniej nie miała nic przeciwko - I będziesz prawdziwym psem.


poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Knajpa przyjazna zwierzętom i jej waleczna przeciwniczka

Wchodzę z Morfiną do jadłodajni przyjaznej zwierzętom. 
Pies na smyczy i zmęczony spacerem. Trzyma się blisko mojej nogi, częstuje wodą wystawioną dla zwierząt na progu i rozgląda z zaciekawieniem po obiekcie. W lokalu nie ma zbyt wielu ludzi. Jest pełno wolnych stolików zarówno w środku, jak i na zewnątrz.
Składam zamówienie i wychodzę z sierściem do ogródka, zajmując jeden stolik.



Po chwili oczekiwania odkrywam, że Morświnowi jest za gorąco nawet pod parasolem, więc przenosimy się do klimatyzowanej sali. Siadam sobie w kąciku, nie wadząc nikomu. Morfina błogosławiąc chłód podłogi kładzie się obok nogi stołu i zaczyna przysypiać.
- Ej, Ty, wynoś się z tym psem, ale już - słyszę nad głową i myśląc, że to obsługa, albo właściciele sklepu, spoglądam niepewnie na źródło dźwięku. Posiadaczem głosu okazuje się być klientka z dwójką małych dzieci, która właśnie weszła do lokalu i już od progu postanowiła przejąć rolę gospodyni.
Przyglądam się tabliczce na drzwiach z napisem "Pet friendly" i dociera do mnie, że przecież nie każdy włada angielskim. Po chwili mój wzrok trafia jednak nieco niżej, na tabliczkę "lokal przyjazny zwierzętom". Taki przekaz jest chyba zrozumiały dla każdego kto nauczył się czytać w naszym ojczystym języku.
Kobieta staje nad moim stolikiem, niemal przypadkowo nie rozdeptując Morfiny i patrzy na mnie wymownie.
Nie zauważyła tabliczki, na bank. Nie ma innego wytłumaczenia.
- Nie wiem czy pani zauważyła, ale tam jest tabliczka "lokal przyjazny zwierzętom" - mówię, mając nadzieję, że to wyjaśnia sprawę. 
Nie mogę mylić się bardziej.
- Guzik mnie obchodzi co tam pisze, wywalaj z tym psem, bo ja tu z dziećmi przyszłam.
Proszę kobietę by chwilę zaczekała i wzdychając dokonuję szybkiego przemarszu do baru. Pytam obsługi na tyle głośno by roszczeniowa niewiasta słyszała:
- Czy mogę w lokalu przebywać z psem?
Uśmiechnięty pan za ladą odpowiada mi, że oczywiście. Dziękuję mu za pomoc i wracam na swoje miejsce.
Kobieta gotuje się wewnętrznie i nie zwraca uwagi na szarpiące ją za spódnicę dzieci.
- Chyba Ci się w dupie poprzewracało, przecież możesz iść na zewnątrz, są wolne stoły - rzuca do mnie, dalej stojąc mi nad głową.
- Na zewnątrz jest trochę za ciepło. Tu jest klimatyzacja - odpowiadam ze spokojem, mając nadzieję, że zestresowana życiem matka wkrótce odpuści.
- Masz tam cień.
- Mój pies ma na sobie dziesięciocentymetrową warstwę futra. Cień niewiele jej daje przy takich temperaturach.
- To ja mam jeść w brudzie, bo kundlowi gorąco? Wyjdź.
- Przepraszam panią, proszę odejść od stolika i zająć miejsce - rzuca zza lady pan z obsługi, widząc co się dzieje i jestem mu za to bardzo wdzięczna.
- Ale ja nie będę jadła w brudzie! - oburza się kobieta, podczas kiedy jej dzieci rozpaczliwie próbują zwrócić na siebie jej uwagę.
- Zapewniam, że w lokalu jest czysto.
- Na pewno nie przy tych syfiarzach - odpowiada niewiasta, wskazując ręką na śpiącego u mych stóp psa.
- Jeśli jeszcze raz wyrazi się pani niepochlebnie o naszych klientach, również tych czworonożnych, to będę zmuszony wyprosić panią na zewnątrz.
Chyba kocham tego człowieka. Kobieta natomiast jest bliska histerii.
- To ja mam jeść z dziećmi na zewnątrz, bo kundel jest w środku? Mam zadzwonić do sanepidu?
- Proszę dzwonić.
- Ja mogę mieć alergię!
- Więc proszę odsunąć się od jej źródła.
- A jak ten pies jest agresywny? Jak któryś pchlarz zaraz podbiegnie i ugryzie mi dziecko? Gdzie on ma kaganiec?
- Wypraszamy agresywne zwierzęta, ten pies do takich nie należy. Nie wymagamy kagańca.
- Chcę rozmawiać z kierownikiem!
- Nie ma go aktualnie na obiekcie, ale może pani swoje zażalenie wpisać do księgi.
Księżniczka focha podchodzi do lady, tarmosząc za sobą dzieci i rozpisuje się ze swoim poematem na cała stronę A4. Mam wrażenie, że jej skarga zaczyna przeobrażać się w esej, kiedy sympatyczny pan z obsługi pyta:
- Dać pani drugi długopis gdyby tego miało zabraknąć?
- Niech pan nie będzie bezczelny.
- Najmocniej przepraszam, czy będzie pani coś zamawiała?
- I mam jeść przy brudnych zwierzętach jak w stodole?
- Może pani zawsze zaczekać aż klienci ze zwierzętami opuszczą lokal, ale zapewniam, że za chwilę wejdą nowi. Może też pani zjeść na zewnątrz.
- Zjem tam - wskazuje palcem kobieta - Tam jest najdalej. 

Kelner przynosi mi posiłek i po chwili otrzymuje go również kobieta wraz z potomstwem. Niewiasta usilnie próbuje zwrócić uwagę obsługi, że "jej syn się boi psa i czy by nie można tego jakoś załatwić". Pomijając bombla, który najchętniej podbiegłby do Morfiny i sprzedał jej soczystego całusa, pracownicy dzielnie i cierpliwie tłumaczą kobiecie, że nie istnieje taka możliwość i proszą by wróciła do swojego talerza.
Jakoś tak wyjątkowo długo spożywam swój obiad, delektując się każdym kęsem. Nie omieszkam również docenić jadłodajni w księdze skarg i pochwał. Tak dla wyrównania zdania uczulonej na psy i bojącego się purchlęcia.
Oddaję talerz, dziękuję za posiłek i wychodzę, ku szczęściu i uldze kobiety walczącej.

Uwielbiam miejsca przyjazne zwierzętom, ale pragnę też zaznaczyć, że niestety nie wszystkie zwierzęta się do nich nadają. Jeśli pies wydziera się na ludzi, inne zwierzęta na obiekcie, brudzi, czy nie potrafi usiedzieć na miejscu, prawdopodobnie zostanie słusznie wyproszony. Dokładnie tak samo jak niepotrafiący się zachować człowiek.
Niestety ludzie którzy nie potrafią uspokoić i opanować własnego zwierzaka robią bardzo krzywdzącą renomę pozostałej grupie i pośrednio również samym sobie.

Nie tak dawno byłam świadkiem jak do banku przyjaznego zwierzętom weszła kobieta z bardzo niesfornym, dużym psem. Psiak był jeszcze młody i chciał się bawić z kolegą grzecznie siedzącym obok swojej właścicielki, ale robił przy tym tak wiele hałasu, że pracujący tam ludzie nie byli w stanie usłyszeć czego oczekują od nich klienci siedzący pół metra od nich.
Pies musiał zostać wyproszony, co spotkało się z niezadowoleniem jego właścicielki i groźbami pod tytułem "więcej tutaj nie przyjdę, to jest jakaś kpina". Pies nie został wyproszony bo był większy, czy dlatego, że nie spodobał się pracownikom. Zwierzę najzwyczajniej nie potrafiło się odpowiednio zachować.



Z psem który nie potrafi się opanować należy najpierw popracować, a potem zapuszczać się w miejsca "pet friendly".
Najpierw na szkolenie, potem do restauracji. W tej kolejności, nie na odwrót.
Tylko tak uda się przekonać społeczeństwo do otwierania większej ilości lokali i placówek gdzie zwierzęta miałyby prawo przebywać.
A chyba na tym powinno zależeć właścicielom, którzy chcą zabierać ze sobą swoich czworonożnych przyjaciół gdzie tylko mogą, bez konieczności zostawiania ich na zewnątrz.
Czekające pod sklepem, czy bankiem psy są narażone na wiele niebezpieczeństw płynących z warunków atmosferycznych, obcych ludzi, czy nawet innych psów. 
Wiele osób pewniej czuje się przy zwierzaku. Pomagają one w walce ze społecznymi fobiami i stanami lękowymi. Niestety w naszym kraju nie istnieje ESA (emotional support animal) - zwierzęta wspierające emocjonalnie.
Są tylko te pomagające osobom z problemami zdrowotnymi natury fizycznej. Psy przewodnicy dla osób niewidomych, te przeczuwające spadek cukru u osób chorych na cukrzycę, zaburzenia pracy serca, czy napady padaczkowe przed ich wystąpieniem.
Zdrowie psychiczne (chociaż tak samo ważne jak fizyczne) jest wciąż spychane na drugie miejsce i traktowane z przymrużeniem oka.

Właściciele czworonogów powinni udowodnić, że są w stanie sprostać zadaniu kontrolowania zachowań własnego pupila. Wtedy i tylko wtedy uda się poprawić opinię ludności względem zwierząt w przestrzeni publicznej.
Sytuacje jak ta w jadłodajni mogą odejść w zapomnienie.
Przynajmniej ja głęboko w to wierzę.


niedziela, 4 sierpnia 2019

Pojemniki na wodę


Pisałam nie tak dawno temu o szlachetnej inicjatywie poszczególnych miast z wystawianiem misek z wodą dla bezpańskich i dzikich zwierząt. Pomysł genialny, jednak nie w naszym społeczeństwie. Ludzie kradli miski, a miasto nie nadążało z zakupem nowych.

Patrząc na smażące się w słońcu gołębie, koty chowające się po piwnicach i bezpańskie psy broniące miejsc po kałużach, postanowiłam wystawić w okolicy kilka "misek" z wodą. Deszczu nie było u nas od ładnych kilku tygodni, a jeśli już był, to trwał tak krótko, że nawet woda zebrana na roślinach natychmiast odparowywała.
Nie mając aż tylu misek i bojąc się powtórki historii z innych miast, wyciągnęłam z szafki plastikowe opakowania po lodach i ciastkach, na które (moim zdaniem) nikt nie powinien się połaszczyć, a które nadawały się na miski.
Wodę porozstawiałam w miejscach gdzie najczęściej kręciły się odwodnione zwierzęta i gniazdowały ptaki z otwartymi wiecznie dzióbkami. 
Postanowiłam codziennie sprawdzać stan misek i w razie potrzeby dolewać do nich wody.


Pierwszego dnia znalazłam tylko cztery pojemniki z sześciu. Uznałam, że dwa zostały zniszczone przez zwierzęta, albo wywleczone w inne miejsce. Żadna strata.
Znalazłam też jeden, który posłużył komuś za pisuar.
No trudno.

W ciągu kolejnych kilku dni odnajdywałam szczątki następnych pojemników. Niektóre zostały podziurawione tylko od spodu. 
Komu mogłoby sprawiać to przyjemność? Nie wiem, ale miałam wrażenie, że sprawcami nie były zwierzęta.
Na miejsce zniszczonych pojemników starałam się stawiać nowe, w nadziei, że ludziom w końcu znudzi się taka forma zabawy. 
Ciągle miałam cichą nadzieję, że pudełka niszczone były przypadkiem.


Pewnego dnia postanowiłam nawet siedzieć przy jednym z nich na okolicznej ławce i obserwować czy wzbudza zainteresowanie. 
Do pudełka podszedł starszy mężczyzna z wnukiem i wylał całą wodę. Na pytanie co tak właściwie robi i dlaczego wylewa wodę przeznaczoną dla zwierząt, odpowiedział tylko, że zaraz odda tylko jego wnuczek się pobawi w piaskownicy bo nie wzięli wiaderka.
No dobra - myślę. Młody porobi kilka babek, jego dziadek przemyje pudełko z piachu, uzupełni wodę i wstawi tam gdzie było. Nie dzieje się żadna tragedia. W końcu pożycza ten pojemnik tylko na chwilkę.
Dziecko bawiło się w piasku długo, więc przypomniałam grzecznie mężczyźnie o odniesieniu pojemnika po skończonych harcach w piasku i poszłam z psem do domu.
Wróciłam tam tego samego dnia wieczorem i nie mogąc znaleźć pojemnika zaczęłam przegrzebywać piaskownicę. Oczywiście pudełko znajdowało się pod sporą górką piachu. Miało też ułamany bok, jednak spokojnie nadawało się do dalszego przechowywania w nim wody.
Dlaczego pudełko nie wróciło na swoje miejsce, nawet puste? Tego też niestety nie udało mi się ustalić.

To, że ludzie nie potrafią uszanować wspólnego dobra nie było mi obce, jednak takie zachowanie ze strony starszej, zrównoważonej osoby było dla mnie zaskoczeniem.

Do końca miesiąca przetrwały już tylko dwa opakowania i to wystawione później jako zamienniki.

Nie wiem co się ostatnio dzieje z ludźmi, ale wolę takie rzeczy zrzucać na upały i mikroudary cieplne, bo nie chcę do końca utracić wiary w ludzkość.

sobota, 3 sierpnia 2019

Koci rewanż

Do miasta zjeżdża festyn. Są to stałe atrakcje i karuzele, które pamiętają jeszcze czasy PRL-u. Właściciele metalowych coasterów i trampolin przyjeżdżają z Rosji i Ukrainy całymi rodzinami i zostają tu na kilka dni, mieszkając w swoich Camperach.
Szybko, w miarę tanio, mobilnie i przede wszystkim wygodnie. Często zabierają ze sobą zwierzęta, ponieważ takie grupy większość swojego życia i tak spędzają w trasie (poza sezonem zimowym).

Kiedy tylko zostają postawione pierwsze latające łabędzie i wirujące krzesełka, małe ludziki do lat dziesięciu zaciągają swoich rodziców pod kasy biletowe. Jest zamieszanie, jest tłum, są krzyczące dzieci i zapach przypalonego popcornu.
Przy jednej z atrakcji dla najmłodszych (szalone gąsienice) ustawia się wyjątkowo długa kolejka małych grzybków obu płci. Rodzinnego dobytku i porządku w kolejce pilnuje starszy pan siedzący na taborecie. Bardzo dobrze mówi po polsku, ale jego ukraiński akcent zdradza jego pochodzenie. Tuż obok kręci się czarny kot z siwiejącym futrem i białą plamką na szyi. Siedzi głównie przy właścicielu, ale czasem przechadza się po obiekcie, zaczepia przyjazne psy, wchodzi do swojego domu na kółkach żeby odpocząć i pozwala się głaskać dzieciom.
Wszystko pięknie i uroczo.

Nagle do kolejki wpada matka z rozwrzeszczanym berbeciem. Młody wije się jak odwodniona kobra, podczas kiedy kobieta w szaliczku z pieluchy tetrowej próbuje ogarnąć największe dziecko w kolejce. Spoglądają na nią zarówno inne matki, jak i maluchy stojące grzecznie w kolejce. Chłopiec zdecydowanie jest od nich starszy o ładnych kilka lat.
- No ale uspokój się, zobacz jak dzieci ładnie czekają.
Fifąż, czy inny Albercik trzęsie brzuchem i wyrzuca z siebie serię sylab które nie składają się na żadne słowo, po czym uspokaja się na chwilę, kiedy zrezygnowana matka wręcza mu do ręki smartfona. Rodzicielka podnosi zajęte technologią purchle i usiłuje zrobić mu zdjęcie z karuzelą w tle drugim telefonem. Z góry, z dołu, z boku, z ukosa, z lotu ptaka. Kręci nim helikoptery, wydając z siebie dźwięki które powinny zwrócić na nią uwagę bombla. Młody jest jednak bardziej zajęty tym co dzieje się na ekranie komórki, więc odpycha matkę, mówi jej, że ma przestać i tupie małą nóżką.
Kobieta zauważa w kolejce znajomą, która stoi na samiutkim przedzie i machając do niej, ciśnie siebie i swojego pierworodnego na czoło kolejki, rozjeżdżając wózkiem małe szkraby niczym kręgle.
Znajoma średnio chce się przyznawać do pędzącej do niej kobiety, ale widzi, że nie ma wyjścia, więc uśmiecha się i wita z koleżanką.
Mimo znaku "zakaz zajmowania kolejek" matka z dzieckiem przyklejonym do komórki przesuwa się właśnie o pięć miejsc do przodu. Tak to się załatwia na dzielnicy.

Kobiety pieją i zachwycają się swoim potomstwem, wbrew rosnącej fali niezadowolenia ze strony czekających, których dzieci zbierają się właśnie z ziemi z kołami wózka odciśniętymi na plecach.
Nagle ekranowy Apollo zauważa kotka. Czarnego kotka starszego pana, który siedzi sobie na ziemi i wygrzewa się w słonku z przymrużonymi oczami. Kocia daje się głaskać małym rączkom i spogląda co jakiś czas na przesuwającą się kolejkę.
Brajanek vel Kryspinek otwiera czeluści swej twarzy i wydobywa się z nich dźwięk polującego jastrzębia.
- Chcesz do kotka? - pyta matka, przerywając na chwilę zachwyt nad zdjęciem swojej latorośli w sombrero.
- Taaaaak - wibruje chłopiec i kobieta przeciska się przez szlabany do kota.
Młody wpatruje się w niego z miną psychopaty i robi zamach nogą. Kobieta stojąca obok z małą dziewczynką w kwiecistej sukience na rękach zasłania sobą kotka, widząc do czego zmierza chłopak.
- Ej, ej. Nie wolno kopać kotka. Kotek grzecznie sobie leży, trzeba go ładnie pogłaskać.
Dziecko patrzy na żywą blokadę i opuszcza nogę, po czym z drżącą wargą spogląda na swoją matkę w poszukiwaniu wsparcia.
- Ej. To moje dziecko, nie wpierdzielaj się. Zajmij się własnym. Przecież to tylko dziecko, nie kopnąłby go mocno.
- Jest na tyle duży żeby zrozumiał, że nie wolno tak traktować zwierząt wcale.
Ksawery na dopalaczach próbuje obiec ścianę jaką tworzy z siebie kobieta i dosięgnąć kota, ale mama ze zdziwioną córką na rękach skutecznie mu to uniemożliwia.
- Przestań - mówi - Jak kopniesz kotka, to ja Cię kopnę.
W drugiej matce odpala się tryb "bronić dziecka". Czerwień na twarzy, para z uszu, skacząca żyłka i głowa bujająca się na szyi w cobra style.
- Słuchaj no Ty wywłoko. Nie będziesz mi straszyć dziecka.
Kobiety już mają rzucić się sobie do gardeł, kiedy mały Dylan z uśmiechem seryjnego mordercy przebiega między nogami kobiety i jego kopytko ląduje na kocie.
Reakcja jest natychmiastowa. Kot otrząsa się, jeży sierść i zanim matka Natanka uświadamia sobie, że jej poczęte w bólach purchle jest w tarapatach, kot już startuje z sykiem do dziecięcej nóżki, która przed chwilą zadała mu ból. Chłopak przestaje się uśmiechać, a zamiast tego zaczyna tarzać się po ziemi przy akompaniamencie zawodzącej rodzicielki i syków kota, stosującego prawe sierpowe z pazurowymi obrotami.
- Niech pan go zabiera! - krzyczy matka chłopca który odklepuje przegraną na ringu. Właściciel kota siedzący na stołku przygląda się tylko i rzecze:
- Zaraz skończy. Mocno go nie podrapie.
Kot odkleja się od pokonanego i wędruje na swoje poprzednie miejsce wypoczynku, oblizując sobie łapki i czyszcząc ucho.
Młody podnosi się z ziemi i ogląda swoje wojenne rany. Jest w takim szoku, że nie zaczyna nawet płakać na widok krwi ściekającej mu z nóg i rąk. Rany są płytkie i niegroźne, ale będzie po tym pamiątka.
Matula dobiega do dzidziula i psika go z góry do dołu Octaniseptem, czy innym środkiem odkażającym, rozczulając się nad każdą rysą.
- Pan jest nienormalny! - wydziera się do staruszka kobieta - Tego kota trzeba uśpić, on jest zagrożeniem dla małych dzieci, jego się nie powinno wpuszczać na imprezy rodzinne.
- Mam inne zdanie co do tego kogo nie powinno się wpuszczać na imprezy rodzinne - rzecze staruszek, przyglądając się jak maluchy oblegają kotka i smyrają zrelaksowanego zwierza po szyi - Dzieci trzeba nauczyć szacunku do zwierząt, albo zwierzęta nauczą ich tego szacunku same. Pani wybrała tę drugą opcję.
Kobieta oburzona bierze małego farfocla na ręce i wychodzi z kolejki, potrącając wózkiem każdego kto stanie jej na drodze i rzucając za siebie wianuszek określeń, których dzieci nie powinny słyszeć.
- To się skończy na policji! - rzuca na odchodne.
- Ja tu będę siedział i czekał.
Dziewczynka w kwiecistej sukience ląduje na ziemi i podchodzi niepewnie do kotka.
- Cacy kotek? - pyta staruszka.
- Cacy kotek dla cacy dzieci - odpowiada staruszek i w kolejce znowu panuje względny spokój, przerywany marudzeniem znudzonych czekaniem latorośli.


piątek, 2 sierpnia 2019

Dwie i pół historii

Zbliża się dwunasta w nocy. Przysypiam, oglądając jak się przydziela nową królową do pszczół. Nie wiem jak znowu znalazłam się w dziwnej części YouTube'a. Ja nawet nie mam pszczół.

Z wszechobecnego, poszerzającego się mroku wyrywa mnie telefon. Podnoszę go półświadomie, przesuwam słuchawkę na ekranie i mówię:
- Wydział ochrony środowiska, w czym mogę pomóc?
- Emm - odzywa się głos po drugiej stronie. Głos, który kojarzę, ale na razie nie jestem w stanie przypisać do niego żadnej twarzy.
Orientuję się, że jestem u siebie w mieszkaniu i właśnie strzeliłam gafę.
- Pracujesz? - pyta niepewnie głos.
- Co? Nie. Odruchowo, wybacz - odpowiadam i spoglądam na telefon. Tego numeru nie widziałam na ekranie mojego telefonu już od bardzo dawna.
Dzwoni człowiek z ciężką przeszłością i masą złych pomysłów jak sobie z nią poradzić. Nazwijmy go roboczo Damian.
- Damian? - pytam żeby się upewnić, ale numer telefonu nie może kłamać - Co jest?
- Pracujesz dziś, albo jutro? Masz jakieś egzaminy?
- Mam rano praktyki - mówię zgodnie z prawdą, próbując przetworzyć to pytanie i zastanawiając się po co mu takie informacje po północy.
- Ach... To nieważne, wybacz jeśli obudziłem.
- Nie, nie obudziłeś mnie, jeszcze nie spałam tak całkiem. Ale co jest? O co chodzi?
- Nie, spoko, nieistotne, po prostu myślałem, że masz jutro wolne. Zdzwonimy się.
- Ani mi się waż teraz rozłączać - mówię już całkowicie rozbudzona. Ten konkretny człowiek dzwoni tylko jeśli sprawa jest naprawdę ważna. Telefon po dwunastej w nocy oznacza, że musi dziać się coś niedobrego.
- Miałem prośbę, ale masz rano praktyki. Nic ważnego, idź spać.
Coś nie leży mi w jego głosie. Niby to co mówi ma sens i brzmi całkowicie normalnie, ale jakiś cichy głosik z tyłu mojej głowy mówi mi, że to nie jest zwykły telefon.
- Praktyki zaczynam dokładnie za osiem godzin. Wal.
Po drugiej stronie słuchawki następuje cisza. Chłopak albo się zastanawia i przetwarza w głowie swój własny pomysł, albo zerwało nam połączenie. Po chwili słyszę jednak:
- Ok. Jeśli nie masz czasu i ochoty, po prostu powiedz nie, ale potrzebuję się napić.
Czyli jest grubo. Ten chłopak zwykł sięgać po alkohol tylko kiedy nie może już znieść własnych myśli i tego co podpowiada mu jego własna, sfrustrowana głowa.
- U mnie, czy u Ciebie? - pytam, zerkając na zegarek. Tej nocy nie pośpię.
- Nie. Muszę wyjść. Znam jeden bar.
- Ok, ale muszę Cię uprzedzić, że kompan do kieliszka ze mnie żaden. Nie mogę pić. Jak już wspominałam jutro mam praktyki.
- Wiem, spoko. I tak zazwyczaj nie pijesz. Nie potrzebuję napić się z kimś, wtedy dzwoniłbym do Hanki. Nie szukam kogoś kto rozkręci imprezę. Chcę wyjść na kilka drinków i wrócić do domu. 
Czyli jest bardzo, bardzo grubo. Zastanawiam się jak wiele wysiłku i wewnętrznej walki musiał kosztować go ten telefon i dochodzę do wniosku, że wiele.
- Przyjadę po Ciebie - odzywa się po chwili i wstaję z krzesła w poszukiwaniu jakiegoś swetra.
- Ok, tylko nie dzwoń domofonem, bo reszta już śpi. Daj mi znać sms-em jak już będziesz na dole - mówię, wyciągając ze sterty rzeczy przerzuconych bezładnie na łóżko wymiętą bluzę. Nada się.
- Dzięki - słyszę po drugiej stronie i połączenie się urywa.
Co się z nim znowu dzieje? Nie rozmawialiśmy poważnie już kilka miesięcy. Mamy stały kontakt, ale dialogi odbywają się bardziej na zasadzie "small talków".
Co tam u Ciebie? Ładna dziś pogoda. Masz plany na wakacje? Jak tam pies? - tego typu rzeczy. Od rozmów o życiu i śmierci Damian ma psychologa, który swoją drogą wyciągał go już z niejednego bagna.

Po kilkunastu minutach dostaję wiadomość o treści "Czekam na dole", więc zabieram klucze, telefon, bluzę i wychodzę na zewnątrz.
- Cześć - mówię widząc Damiana i odkrywam, że pomimo słabego oświetlenia na jego twarzy rysuje się wyraźne zmęczenie. Bladość, worki pod oczami i nieobecny wzrok. Wygląda jakby cierpiał na poważny przypadek bezsenności.
- Daleko jedziemy? - pytam wsiadając do samochodu.
- Nie, to zaraz tutaj - słyszę i na miejsce dojeżdżamy w ciągu piętnastu minut. Właściwie ciężko nawet nazwać to miejsce barem. To typowa speluna. Knajpa jest bardzo obskurna również od środka, ale prawdopodobnie nie została wybrana przypadkiem. Zdaje się, że idealnie oddaje obecny nastrój mojego towarzysza. W barze niskich lotów przesiaduje towarzystwo specyficzne dla takiego lokalu. 90% klientów jest zalanych w trupa i to po wliczeniu również naszej dwójki.
Trzymam się blisko kompana, bo ilość barczystych, naprutych facetów na metrażu jest zdecydowanie za duża, żeby czuć się całkowicie bezpiecznie.
Podchodzimy do długiej lady przy której śpi część towarzystwa, a cała reszta podrywa barmankę i rozmawia głośno o przebiegu ostatniego, lokalnego meczu.
Obecni w lokalu ludzie zdają się nie zwracać na nas uwagi, co bardzo mnie cieszy.
Na blacie ląduje alkohol - dla Damiana i sok - dla mnie. Za nami zaczyna się rozkręcać pijane karaoke, któremu muzyka zdecydowanie nie przeszkadza. A capella "A wszystko to... (Bo Ciebie kocham)!" w spowolnionym tempie do podkładu z Tytanica to jest to, co każdy człowiek chociaż raz w życiu powinien usłyszeć.
- Na pewno się nie chcesz napić? - pyta barmanka i zaczynam odczuwać do niej niewyjaśnioną sympatię.
- Nie, dziękuję. Na pewno - odpowiadam i kobieta idzie rozdzielić awanturników, którzy zaczynają do siebie mierzyć z pięści pod drzwiami baru.
- Trzymaj - mówi Damian, wręczając mi klucze od auta - Jutro od Ciebie odbiorę. Albo pojutrze.
- Jesteś pewien, że można zostawić tutaj samochód na tak długo? Ja go nie poprowadzę, ale może kogoś znajdę żeby nas odstawił?
- Nie. Wbrew pozorom to spokojna okolica. Wrócimy taksówką, albo autobusem.
- Jak chcesz - mówię, chowając kluczyki do kieszeni.
Gdyby ktoś próbował mnie przekonać, że Damian zabił człowieka, lub obrabował bank, to uwierzyłabym w to zdecydowanie bardziej niż w to, że kiedykolwiek wsiadłby za kierownicę po alkoholu.
Nie po tym co się w jego życiu stało.

Mijają minuty, sączę soczek, naduldani panowie po pięćdziesiątce podśpiewują "A teraz idziemy na jednego", albo "Gorzko, gorzko", w tle nieliczni wciąż walczą z karaoke. W miarę upływu czasu przestają im przeszkadzać nawet słowa piosenek.
Po co komu tekst, skoro można stworzyć własny?
Damian tymczasem siedzi przy barze i patrzy nieobecnym wzrokiem w zawartość swojej szklanki. Ciałem jest obok, ale jego myśli krążą gdzieś daleko i nie jestem pewna czy powinnam zakłócać ten proces.
Problem milczenia rozwiązuje się jednak sam.
- Zatańszyyyy panięeenka? - pyta rozbujany mężczyzna, który mógłby być moim dziadkiem i z uśmiechem odpowiadam grzecznie, że dziękuję, ale nie tańczę.
- Taka ładna panięęka nie powinna nie tańszyyyć - kontynuuje mężczyzna - Taniec jest zdroowy.
- Rozumiem, ale dzisiaj podziękuję.
- Bo paniii taka łaaaadna.
Oho. To jednak prawda, że procenty upiększają świat.
- Pani nie jest zainteresowana - rzecze Damian, nie odrywając wzroku od szkła.
Mężczyzna mierzy chłopaka rozszerzonymi źrenicami i oblizując wargi odpowiada:
- A Ty co? Adwokat?
- Brat, ojciec i mąż. Pójdziesz stąd sam, czy mam Ci wskazać kierunek?
W powietrzu wisi mordobicie. Rozbujany Romeo chyba też to wyczuwa, bo wycofuje się, mrugając do mnie i mówiąc na odchodne:
- Jakby się panięęce znudziło siedzieć z marudoo, to ja tam siedzęęe.
Raczej nie skorzystam, więc mój wielbiciel pozostanie niepocieszony.
Damian ponownie udaje się do krainy własnych myśli, więc przysłuchuję się historiom opowiadanym przez barmankę do przytomnej jeszcze klienteli. 
- To moja wina - słyszę z ust towarzysza i odwracam się zaskoczona.
- Co?
- Gdyby nie ja, to by się nic nie stało.
- Nie mów mi, że znowu się zadręczasz. Przechodziliśmy przez to. Nie było w tym Twojej winy. Niczego nie zrobiłeś. To był wypadek Damian. Wypadki się zdarzają. Czasem nie ma powodu, po prostu coś się dzieje. Zupełnie bez przyczyny.
- Mhm.
Nie przekonuje go to co mówię, ale to nie znaczy, że przestanę.
- Mogłeś zrobić coś, żeby tego uniknąć? Nie. Więc to nie zależało od Ciebie.
- Mogłem się nie urodzić. Mogli mnie też nie brać. Na jedno wychodzi.
Te słowa przeszywają gęste powietrze jak maczeta i lądują mi tuż przed twarzą. Nie istnieje dobra odpowiedź na takie zdanie. Nie istnieje żadna odpowiedź.
- Nie rób sobie tego - mówię powoli, patrząc na niego, chociaż jego oczy są utkwione w jednym punkcie - Torturujesz się psychicznie i fizycznie tylko dlatego, że byłeś obok. Skąd wiesz czy to by ich nie spotkało nawet gdyby Ciebie tam nie było?
- Nie wiem - przyznaje i ponownie zapada cisza.
Szukając właściwych słów, rozglądam się po sali i zauważam, że towarzystwo opowiadające sobie historie przysunęło się bezwiednie bliżej nas.
- Wyjcie tam ciszej! - wydziera się barmanka do duetu śpiewającego właśnie jakąś pościelówę - Tu się rozmawia!
- No. To co ja mówiłem? - zastanawia się na głos barczysty pan w koszulce założonej na lewą stronę. Czy jest to zabieg przypadkowy, czy celowy wie chyba tylko on.
- No o tej kobiecie mówiłeś. Mniej wódy, więcej szachów, bo Ci szare komórki wysiadają.
- No... - podejmuje ponownie mężczyzna. Bo to było tak...

... pewnego dnia jedna kobita poszła do wróżki, bo chciała się dowiedzieć jaka będzie jej przyszłość.
- Czemu to zawszee jest wróżkaa, a nie wróżż - przerywa mężczyzna z brodą - Albo wróżżek. Wróóżbit?
- Cicho, daj mu mówić - upomina gościa barmanka i mężczyzna milknie.
- No, daj mi mówić. No i ona zachodzi do tej wróżki i chce się dowiedzieć co ją czeka, nie? A wróżki mają taką zasadę, że ponoć nie mogą powiedzieć jak Cię ma spotkać coś złego. Nie mogą tak wprost powiedzieć o śmierci, ani o niczym złym. Tylko muszą tak kręcić, nie? No.
- A czemu tak?
- Będziesz cicho? Nie wiem. Tak słyszałem, wyglądam Ci na wróżkę? Może się klątwa na nich rzuca, nie ważne. No i ta wróżka mówi tej babce, że za jej sprawą zginą tysiące ludzi. Że przez nią zginie masa ludzi. Bardzo dużo ludzi, no tysiące. I ta babeczka mówi "pani, przecież ja dobrą kobietą jestem, co pani?" i wyszła. Nie wierzyła tej wróżce, ale tak jej to siedziało w głowie i siedziało i zobaczyła chłopczyka bawiącego się na ulicy jak wracała do domu. Coś tam sobie układał jakieś patyczki. Taki mały bajtel. I jedzie na niego wóz. Taki z koniem. No to ta babka sobie myśli "zaraz tego dzieciaka przejedzie! Jak go uratuję, to będę miała dowód, że jestem dobrym człowiekiem i wróżka się myliła po całości!" No to leci do tego dzieciaka, łapie go, odrzuca na bok i sama kończy pod kopytami tego konia i ginie. Dziecko przeżywa.
- No dobra i gdzie haczyk? Wróżka się pomyliła, bo babka zginęła, to nie miała jak kogoś zabić.
- Ten dzieciak to był sam Adolf Hitler. Ten od ludobójstwa.
Po sali niesie się kilka westchnięć i słów aprobaty dla historii. Nawet barmanka wygląda na pełną podziwu.
- No, no. To ona uratowała jedno życie, a przez to zginęły tysiące.
- A skąd to wiesz o tej historii?
- Słyszałem od kogoś. Nie wiem czy prawdziwa, ale tak mi jakoś w pamięci zapadła.
- Czyli gdyby nie poszła do wróżki, to by tamtędy nie szła i nie myślała o słowach tej wróżki. Mogłaby dzieciaka nie zauważyć, albo go heroicznie nie ratować i on by umarł i nie byłoby ludobójstwa. Czyli to też trochę wina wróżki.
- Te filozof, tam masz wódkę, tam się patrz.
- Czasem chęć uniknięcia czegoś, właśnie nas do tego czegoś prowadzi - odzywa się Damian, sącząc zawartość swojej szklanki i najwidoczniej przysłuchując się opowieści.
- O, smutas dobrze mówi.
- Dobra, kto następny?
- Ja coś mam - mówi barmanka - Także zamknąć zachlane mordy i słuchać. Była noc, podobna jak ta. W barze też siedziało mnóstwo pijaków bez życia jak teraz. Nudziło im się, więc zamiast udawać, że są Travoltą urządzili sobie zawody kto będzie miał najbardziej wyczepisty tatuaż. O flaszkę. Taki tatuaż nad tatuaże. No to podchodzi jeden gostek. Bach. Ściąga koszulkę, a tam wijący się smok. Co napnie mięsień, to ten smok się porusza, no cud malina.
- Też Ci mogę napiąć mięśnie smoka, chcesz? - odzywa się siedzący przy stole pijaczek.
- Żonie napinaj te flaki, a teraz albo słuchasz, albo wypad z baru. No. Wszyscy zachwyceni, łał, piękny smok. Przychodzi drugi gość i pokazuje tatuaż na łysej głowie. Napis. Coś w stylu "jeśli to widzisz, to znowu walczę z rakiem". No przebiło to nawet tego smoka, ale że faceci myślą tylko o jednym, więc wychodzi na środek barmanka, nachyla się do tych zaślinionych świstaków i im pokazuje tatuaż na piersi. Skaczący delfinek. Jak faluje biustem, to on skacze. No gość z rakiem mógł się schować, bo facetom tak ślina ciekła, że aż na podłogę kapało.
- A pokaż nam swój tatuaż! - drze się ktoś z drugiego końca sali.
- Ja Ci zaraz mogę pokazać drzwi wsioku! No. I ta barmanka myśli, że wygraną ma w kieszeni. No bo kto przebije balony, nie? Nie w gronie pełnym wygłodniałych samców. Wszyscy wiwatują i wołają jej imię. Nagle wychodzi na środek pewien staruszek. Taki typowy dziadzio, ledwie się rusza i mówi, że on też chce spróbować. Ludzie się śmieją, ale no co tam, niech próbuje. Czym taki staruszek może przebić skaczącego na fali delfinka? Gość wychodzi i podwija ramię, a tam na przedramieniu numer. Wszyscy zamilkli, nawet największe jełopy spojrzały na tego staruszka i postawili mu nie jedną flaszkę, a trzy. Gość wygrał tatuażem który mu zrobiono jak był więźniem Auschwitz. Miał numery z obozu.

Nastaje cisza. Pijący kiwają z aprobatą głowami. Barmanka zdecydowanie przebiła swoją historią tę poprzednią. Nie wiem o co grają, ale ona najwidoczniej właśnie skasowała całą konkurencję.
- Chcesz spróbować? - Pyta Damian, tym razem spoglądając to na barmankę to na mnie. Początkowo myślę, że może chodzić mu o alkohol, ale orientuję się, że ma zamiar wrzucić mnie do zawodów.
- Nie, dzięki, nie nadaję się na publiczne wystąpienia.
- Nie żartuj. Na pewno masz coś, czym mogłabyś to przebić.
Nie mam zamiaru brać w tym udziału, ale jedyna historia jaka przychodzi mi w tej chwili do głowy, to opowieść o małej sierotce, przygarniętej przez pewną rodzinę i wyrwanej z sierocińca kiedy dziecko miało zaledwie pięć lat.
Para nie mogła mieć dzieci, a chłopak był żywą, świecącą kulą energii. Każdego dnia przypominał przybranym rodzicom jak strasznie się cieszy, że wybrano właśnie jego. Kiedy parze urodził się synek, a bezpłodność okazała się niewłaściwą diagnozą, adoptowany chłopczyk zaczął się pakować. Rodzice przyłapali go na tym i spytali dlaczego to robi. "Ja teraz wrócę, bo macie swoje dziecko" - powiedział jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Para "wypożyczyła" go, bo nie mogła mieć dziecka, ale teraz miało się urodzić, więc on musiał się zmyć. Rodzice przytulili chłopca i uświadomili mu, że on jest członkiem rodziny i że stał się ich synem dożywotnio w momencie kiedy postanowili go adoptować. To, że urodzi mu się braciszek nie usuwało go z ich życia. Adoptowany chłopiec bardzo przywiązał się do nowego członka rodziny i byli właściwie nierozłączni mimo sporej różnicy wieku. Dziecko bawiło się z maluchem, a kiedy podrosło uczyło go czytać, broniło przed zaczepkami i bujało na huśtawce.
Chłopak był bardzo wdzięczny losowi. 
Niestety ten sam los kilka lat później odebrał mu to wszystko z nawiązką. Pijany kierowca skasował mu całą rodzinę, włącznie z jego chłopakiem, który jechał razem z nimi na uczczenie matur. Mieli zjeść obiad, pójść na lody i wrócić do domu.
Przeżył tylko chłopak, który już drugi raz w swoim życiu został sierotą, tylko teraz pełnoletnim. Był w strasznym stanie i kiedy dowiedział się od lekarzy co się wydarzyło chciał, żeby i jemu pozwolono odejść. Nie chciał żyć bez rodziny, bez nikogo bliskiego. Nie chciał znowu być sam. Lekarze musieli wiązać go do łóżka żeby nie odłączał się od aparatury i leków. Próbował targnąć się na swoje życie kilka razy, jednak wszystkie próby zostały udaremnione. Rozmowy z psychologiem na początku nie przynosiły żadnych efektów, ale z czasem specjalistom udało się przekonać chłopaka do walki. Jednocześnie wokół pogrążonego w żałobie budował się gruby mur.
Postawiono pacjenta na nogi i wypuszczono ze szpitala. Od tej pory mieszkał jednak sam. Nie szukał nikogo. Nie wchodził w żadne związki i odpychał od siebie każdego z kim mógłby nawiązać głębszą więź. Bał się, że może przynieść nieszczęście każdemu kto się do niego zbliży. Zarzucał sobie, że to przez niego. Że to jego wina i gdyby nie on, nic złego by się nie wydarzyło.
Ze świetlistej kulki energii nie zostało nic poza czarną, pustą otoczką, w której nie było już miejsca na radość. Ta kula już nigdy nie zaświeciła się ponownie i wątpliwe było czy jeszcze kiedyś wykrzesze z siebie chociaż odrobinę światła.

Patrzę teraz na tę kulę i nie widzę w niej nawet odblasku zabłąkanego gdzieś promyka. Wszystko się wypaliło i tonie w drugim drinku.
Jak to mówią "Sometimes to stay alive you got to kill your mind".
"Czasem żeby pozostać żywym musisz zabić swój umysł".

Historie toczą się dalej, ale żadna nie przebija tej opowiedzianej przez barmankę, więc zostaje ona okrzyknięta królową. Damian dobija do czwartego drinka kiedy ja mam wrażenie, że wrzuciłam w siebie już całe wiadro soku i kolejne wody. Rozmawiamy, ale całkowite przebicie się przez fort jaki wokół siebie zbudował jest nierealne. Nie jest w stanie tam wejść żadna żywa istota.
- Mam dość - oświadcza po piątym drinku. Nie jest nawet podpity, ale akurat on nigdy nie upija się do nieprzytomności - Idziemy, czy chcesz jeszcze zostać?
- Podziękuję, zaraz wybuchnie mi pęcherz.
- Tam jest łazienka.
- Tam, gdzie przed chwilą rzygało pięciu kolesi jeden przez drugiego? Chyba podziękuję.
- Chyba masz rację. Jest trzecia. Może złapiemy ostatni nocny. Odprowadzę Cię i wracam do siebie.
Nie podoba mi się ten pomysł i chłopak chyba odczytuje to z mojej twarzy.
- Już mi lepiej, poważnie. Musiałem się napić. Czasem tak mam. Już mi przeszło.
- Nie żebym Ci nie ufała, ale może lepiej żebyś nie był dzisiaj sam.
- Przestań. Nic mi nie jest - odpowiada, wywołując na swojej twarzy lekki uśmiech. To mnie jednak nie przekonuje. Samotność jest idealną pożywką dla depresji, głupich pomysłów i nieodwracalnych decyzji.
- Nakarmiłeś kota przed wyjściem?
- Tak, dlaczego pytasz?
- Starczy mu jedzenia do rana?
- Na spokojnie.
- Nocujesz u mnie.
- Pff. Bez jaj. Nie jestem małym dzieckiem, nie trzeba mnie pilnować.
Blizny na rękach mówią mi co innego, więc zbieram się w sobie i bardzo powoli oświadczam poważnym głosem:
- Powiem Ci szczerze. Mam dość pogrzebów ludzi którzy nie zdążyli dobić do trzydziestki.
- Ja też. Byłem na trzech.
- Śpisz u mnie. A jak kiedyś wywiniesz jakąś krzywą akcję zamiast najpierw zadzwonić do mnie albo do kogokolwiek innego, to Cię znajdę i nakopię do dupy.
- Skoro nalegasz - wzdycha mój współtowarzysz i zmierzamy razem na przystanek.
Niestety ostatni nocny pożegnał się z ludźmi dwie godziny temu, więc dzwonimy po taksówkę.

Jedziemy do domu w ciszy. Kiedy docieramy do klatki coś mi się przypomina.
- Damian?
- No.
- Nie mam dla Ciebie nic do przebrania poza jakąś koszulką ojca która u nas została. Może być lekko za duża. 
Udaje mi się go rozbawić, chociaż na daną chwilę wydaje mi się to realnym problemem.
- Tak ze trzy razy za duża. Do rana zostało ile? Kilka godzin? Tak się walnę. Prześpię chwilę i wracam do domu.
- Ok - mówię, otwierając drzwi.
Wchodzimy po cichu i usiłujemy zahamować wokalną falę radości z jaką wita nas Morfina. Jej ogon zatacza ósemki, a język już przykleił się do twarzy Damiana. Zakradamy się do pokoju jak włamywacze. Gdyby nie oczywiste różnice w orientacjach, sytuacja mogłaby być podejrzana z punktu widzenia ewentualnie obudzonej rodzicielki.
Wrzucam na siebie pierwszą koszulę znalezioną w szafie i kładę się w nogach. Nie jestem pewna czy opłaca mi się jeszcze zasypiać, ale po chwili zanalizowania sytuacji stwierdzam, że muszę zamknąć oczy chociaż na pół godziny, bo mogę ich jutro nie otworzyć.
Morfina gramoli się na łóżko i kładzie się przy swoim nowym właścicielu, liżąc go po rękach i prowokując do głaskania. Nikt jej nie zapraszał, ale nie mam siły jej wyganiać. Jej merdający ogon uderza mnie po twarzy, więc kładę na nim rękę.
- Przepraszam - słyszę z drugiego końca łóżka.
- Tylko nie mów, że puściłeś cichacza. To rola psa, nie Twoja.
- Nie. Za dzisiaj przepraszam.
- Przestań. To Twój zakichany obowiązek dzwonić jak coś nie gra.
- Zawaliłaś przeze mnie nockę.
- Nie pierwszą i nie ostatnią.
- Dzięki.
- Niby za co? Ty płaciłeś za moje upojenie sokiem pomarańczowym.
- Wiesz za co.
- Spoko.
- Wiszę Ci wyjście o dwunastej w nocy.
- Wisisz mi.
- Dobranoc.
- Dobranoc.

Leżę jeszcze chwilę i udaje mi się zmrużyć oko dopiero, kiedy słyszę ciche pochrapywanie, a ogon Świniaka zamiera na pościeli.

Wstaję czterdzieści minut później pod wpływem bardzo agresywnego budzika, zwlekam opornego psa z łóżka i przekonuję ją do opuszczenia na chwilę obiektu do przytulania. Wyskakujemy na szybki spacer, ogarniam swój niewyjściowy wygląd i zabierając torbę obserwuję jak pies ładuje się z brudnymi łapami na łóżko. Nie mam na to siły. Niech już tam leży i go pilnuje.
Zostawiam jedną kartkę z informacją dla mamy - "W moim łóżku leży Damian, nie zdziw się, miał ciężką noc", oraz jedną z informacją dla śpiącego kolegi - "Kluczyki od domu są na komodzie, gdyby reszta jeszcze spała zamknij drzwi. Te od Twojego samochodu leżą w kuchni. Lodówka jest do Twojej dyspozycji. Nie ruszaj makaronu, leży tam od czterech dni. Nie przebywaj za dużo we własnej głowie".

Wychodzę i przyglądam się numerom autobusów, które dla zaspanego umysłu wyglądają podobnie. Mylę dziewiątkę z czwórką i wsiadam do pojazdu, upewniając się u kierowcy, że zabierze mnie we właściwe miejsce.
Czeka mnie bardzo ciężki dzień.
Kilka godzin później, kiedy próbuję rozgryźć enigmę obsługi dziurkacza, przychodzi do mnie wiadomość:
"Zabrałem psa na spacer. Klucze od auta odbiorę jutro. Twoja mama była lekko zdziwiona. Na biurku masz coś na osłodę jak wrócisz. Jestem Ci coś winien. W razie czego się odezwij. P.S. Twój pies robi strasznie duże kupy"
Zrobiło mi to dzień.
Tej nocy nie spałam najlepiej, ale mam wrażenie, że to miało jakąś przyczynę. Może nawet miało jakiś skutek.
Tego na razie nie wiem.
Obecnie wiem tylko tyle, że bardzo chce mi się spać...


czwartek, 1 sierpnia 2019

Jak zarazić się tłuszczakiem

Dosiadam się do dwóch pań na ławce w okolicznym parku, bo czuję, że muszę na chwilę usiąść. Jedna z nich trzyma na smyczy Owczarka Szetlandzkiego, druga bardzo okrągłego Labradora. Nie twierdzę, że sama mam psa sarenkę, ale ten wygląda jakby ktoś skleił bokiem dwa Labradory normalnej wielkości i zostawił tylko jedną głowę.
- O, Goldenek? - zagaduje pani od Owczarka, kiedy ja walczę w powracającymi mroczkami. Śniadanie to jednak ważny posiłek, zwłaszcza kiedy się nie jadło kolacji i obiadu dnia poprzedniego.
- Tak, Golden.
- Ile ma? 
- Siedem lat skończone.
- A zachowuje się jak szczeniaczek - ocenia słusznie kobieta, patrząc jak Morfina rozkłada się na ziemi i pozwala rozmerdanemu Sheltie lizać się po oku.
- Moja ma dziesięć - dodaje pani od Labradora, który ledwo jest w stanie chodzić.
- I spójrz jaka różnica - mówi właścicielka Owczarka do drugiej kobiety - Pies tej pani jest w połowie jak Twój, a on ma jeszcze futro.
- Bo mój już jest starszy, ten też będzie tak wyglądał za jakiś czas. Tego nie zatrzymasz.
- Ja uważam, że go przekarmiasz.
- Wcale nie. Poza tym, po wycięciu tych tłuszczaków też przytyła, bo tłuszcz wszedł na miejsce guzów.
- Moja też ma tłuszczaki - mówię, upijając łyk wody. Świat przestaje falować i jest mi znacznie lepiej.
- Co to znaczy, ma?
- No ma. Usunęliśmy ostatnio cztery, ale one wyrastają w nowych miejscach. Na razie nie będziemy jej ciąć, dopiero jak się okaże, że nie ma innego wyjścia.
Kobieta zrywa się na równe nogi i ciągnie za sobą psa, któremu nigdzie się jednak nie spieszy.
- To pani nie powinna z nią wychodzić w publiczne miejsca i jeszcze pozwalać na kontakt z innymi psami!
Mrugam intensywniej i próbując złapać logikę, spoglądam z nadzieją na drugą kobietę. Ona też wygląda jednak na zdezorientowaną.
- Ale co Ty Ela? - pyta właścicielki Labradora - Przecież z guzami można normalnie wychodzić.
- Jasne, a myślisz, że moja skąd to złapała. Jakiś pies to przytaszczył i teraz na pewno znowu to będzie miała. Twój zresztą też.
- Ela, ale tłuszczaki nie są zaraźliwe. Żaden guz nie jest. One się po prostu wytwarzają. Nie da się nimi zarazić.
- Nic się nie bierze z niczego - odpowiada kobieta i ciągnie swoją beczułkę po chodniku - A pani niech się doedukuje - rzuca do mnie i odchodzi.

Druga kobieta uśmiecha się do mnie przepraszająco, mówi, że nie wie co ugryzło jej koleżankę, ale ona przeprasza. Odpowiadam, że nie ma sprawy i właścicielka Owczarka przerywa jego proces wylizywania gałki ocznej Morfiny, żeby pobiec za drugą kobietą.

Nie wiem co tu się właśnie stało, ale chyba faktycznie muszę się doedukować, bo może to przechodzi też na ludzi i teraz jestem cała zaguzowana.
Licho nie śpi, tu pomóc może tylko całkowita separacja psa.