Kilka lat temu odbywałam praktyki w pewnym małym gabinecie weterynaryjnym w niedużej wiosce, która leżała na obrzeżach większego miasta.
Na miejsce dojeżdżałam rowerem. Prawie 24 km w jedną stronę. Lato i ładna pogoda o szóstej rano sprawiały, że nie wkładałam w to zbyt wiele wysiłku. Pierwszego dnia zgubiłam się, a mój GPS za każdym razem kierował mnie w inną stronę. Doszło nawet do tego, że mijałam ten sam kościół cztery razy. Przejechałam tego dnia 48 km w jedną stronę na zużytym miejskim rowerze i dojechałam na miejsce mocno spóźniona, ale na szczęście moja szefowa była wspaniałą i bardzo empatyczną kobietą. Byłam tylko zła na siebie, że ominął mnie pierwszy zabieg. Od tamtej pory zawsze docierałam przed czasem i nigdy już nie zgubiłam drogi. Czekałam przed gabinetem pół godziny, ponieważ wyjeżdżałam z domu wcześniej na wszelki wypadek. Moja szefowa dojeżdżała na miejsce około 7:15, a sam gabinet otwierany był o 8:00.
Pewnego dnia kiedy zatrzymałam się pod gabinetem, przypięłam rower do płotu i skierowałam się ku schodom, (gdzie zazwyczaj czekałam na lekarkę) ujrzałam młodego człowieka, siedzącego pod gabinetem i trzymającego na kolanach małego pieska. Mężczyzna był niewiele starszy ode mnie, a psiak z posiwiałym futerkiem, które kiedyś mogło być czarne spał wtulony w bluzę właściciela, pochrapując.
- Długo pan czeka? - spytałam i mężczyzna wzdrygnął się. Musiał mnie wcześniej nie zauważyć.
- Nie, niedawno przyszedłem - odparł.
- Przepraszam, nie chciałam pana wystraszyć. Coś pilnego? Zadzwonić do lekarza żeby przyjechał szybciej?
- Nie. Możemy poczekać, nie spieszy nam się.
- Otwieramy dopiero o ósmej, jest pan pewien?
- Jasne - odparł chłopak i przesunął się w róg schodów, gdzie dalej miętosił zaspanego psiaka.
Zastanawiało mnie co w takim razie człowiek ten robił pod gabinetem czterdzieści minut przed otwarciem? Czyżby pomylił godziny? Może jechał z daleka? A może to był nagły przypadek, ale psu się polepszyło, lub po prostu chciał porozmawiać z kimś bardziej doświadczonym, a nie z technikiem?
Postanowiłam zostawić go w spokoju i dać znać szefowej, że jestem już pod gabinetem i mamy pacjenta na schodach, ale nie wydaje się być cierpiący.
Moja nadzorująca przyjechała o typowej dla niej godzinie, przywitała się z mężczyzną i zaprosiła go do środka mimo, że gabinet nie był jeszcze otwarty. Należało zrobić przegląd leków, zadzwonić do hurtowni i uruchomić system i światła zanim otworzy się drzwi dla pacjentów.
- Ja jeszcze chwilkę poczekam, dobrze? Czekam na kogoś - odparł właściciel pieska i wyciągnął z plecaka maluteńki kocyk, którym okrył swojego małego podopiecznego. Zaczynało robić się chłodniej.
- Dobrze - odpowiedziała lekarka - W razie czego, jesteśmy w środku.
Mężczyzna czekał więc na schodach. Minęła ósma, dziewiąta, dziewiąta trzydzieści. Do gabinetu wchodzili ludzie ze swoimi zwierzętami. Niektórzy pytali go czy czeka w kolejce, a on kiwał z zaprzeczeniem głową i odpowiadał, że mogą iść przed niego.
Kiedy zegar wskazał dziesiątą piętnaście, a na zewnątrz robiło się coraz zimniej i zanosiło się na deszcz, zaczęliśmy się niepokoić. Człowiek w kapturze siedział na schodach, trzymając owiniętego w koc pieska już kilka godzin.
- Co ten chłopak wyprawia? - spytała samą siebie lekarka, wyglądając przez okno.
- Mówił, że na kogoś czeka? - spytałam, usiłując wyciągnąć bardzo upartego kota z transportera żeby przygotować go do kastracji, przy której miałam asystować.
- Tak, ale nikt nie przychodzi. No nic. Zmarznie to może wejdzie do środka.
Mężczyzna jednak nie wchodził do środka mimo, że poczekalnia stała pusta, a otwarte drzwi zachęcały do zajęcia miejsca na obitym krześle.
Pół godziny później zaczęło padać. To nie była zwykła letnia mżawka, która przechodzi po kilku sekundach. To była bardzo potężna ulewa, z wiatrem który zamykał i otwierał drzwi gabinetu.
Mężczyzna osłaniał parasolem głównie swojego psa, pozwalając by mieszanina kropel wody i lodu uderzała w niego z dużą siłą.
- Dobra, będzie tego - rzekła szefowa widząc co dzieje się na zewnątrz i wychodząc do czekającego człowieka w samym fartuchu.
- Co Ty wyprawiasz dzieciaku?! - usłyszałam jej głos - Zapalenie płuc złapiesz, właź natychmiast do środka.
- Ale ja jeszcze na kogoś czekam.
- Poczekasz w środku jak człowiek, nie będziesz mi tu na schodach jak bezdomny siedział. Chodź, mamy dobrą kawę.
- Nie, naprawdę, dziękuję.
- To nie było zaproszenie, to był rozkaz. Już, maszeruj.
Przemokniętego mężczyznę udało się w końcu zaciągnąć do środka i napoić herbatą, ponieważ okazało się, że podobnie jak ja nie cierpiał kawy.
- No, to na kogo tak czekasz tyle czasu?
- Na tatę. Miał tu być zaraz po otwarciu, ale coś mu wypadło w pracy i musiał zostać. Jak zwykle. Teraz napisał mi, że stoi w korkach, ale pewnie nawet nie opuścił jeszcze pracy. Raczej nie wyjechałby w deszcz.
- Czemu nie wrócisz do domu i nie poczekasz tam na niego? Możecie przyjść razem - spytała szefowa, podając przybyszowi ręcznik do wysuszenia się.
- Nie dam rady tutaj przyjść drugi raz - odparł chłopak, walcząc z własnymi słowami które nie chciały opuścić jego gardła. Wyglądało to jakby zbierało mu się na płacz.
- Odwiń no trochę tego psiaka, niech mu spojrzę na mordkę - zarządziła lekarka i mężczyzna wykonał polecenie.
- A to nie jest Gremli? Byliście u mnie w zeszłym tygodniu, racja? Chyba Twój brat?
- Zgadza się. Mój brat wyjechał do pracy już, bo chciał przy tym być. W przeciwieństwie do ojca, on się przejmuje.
- Posłuchaj, wiem jak to brzmi, ale dobrze postępujesz. Jemu się już nie polepszy. Przeżył szczęśliwie 19 lat, ale teraz rak zjada go od środka i nic nie można już z tym zrobić.
- Wiem. On już nie je, nie pije, właściwie cały czas śpi. Po tej operacji było mu trochę lepiej i po chemii, ale potem mu się pogorszyło. Normalnie byśmy jeszcze walczyli, ale jego chyba to boli, bo cały się kuli i piszczy, nawet na tych lekach co dostaliśmy.
- No tak często jest w późnym stadium. Już nawet leki przeciwbólowe nie dają rady. Nie ma co go męczyć.
- Mhm - odpowiedział chłopak, ściskając mocniej pieska.
Dotarło to do mnie. Ten człowiek siedział na schodach pod gabinetem czekając na swojego ojca żeby razem z nim uśpić ich rodzinnego psa, który nie miał już siły walczyć. Jako, że nie było to dla chłopaka proste chciał ten ból podzielić z kimś bliskim. Siedział na zewnątrz, bo dopóki nie wszedł do gabinetu jakoś się trzymał.
Telefon w kieszeni przybysza zadzwonił i mężczyzna odebrał go.
- Jak to nie dasz rady? Nie, nie można tego przełożyć, czy Ty nie widzisz, że on cierpi? On już się nawet nie rusza. Przestań kłamać, nie stoisz w żadnym korku, nie wyjechałeś nawet z biura. Słyszę faks za Tobą i nie ściemniaj mi, że nie możesz się wyrwać. Ty akurat możesz, jesteś tam szefem. Nie było dla Ciebie problemem zwolnić się wcześniej kiedy Twoja kuzynka miała jakieś mało istotne przedstawienie, ale kiedy jesteś naprawdę potrzebny to oczywiście nie masz czasu. Co jest dla Ciebie ważniejsze? To, że przemoknie Ci marynarka? Do mnie też byś nie przyjechał, bo pada? Nie. Nie chcę Cię dalej słuchać. Przyjeżdżasz tu, czy nie? Nie? Ok. - rzucił chłopak, rozłączając się.
- Przepraszam - dodał po chwili - Taty nie będzie. Guzik go wszystko obchodzi jak zwykle. Gremli był z nami właściwie od początku, a on się zachowuje jakby go nie znał.
- W porządku. Na pewno chcesz to zrobić dzisiaj? - spytała lekarka.
- Nie będę go dłużej męczył. Tylko, że ojciec miał przywieźć pieniądze. Mógłbym zapłacić kiedy wróci?
- O to się nie martw, zapłacisz przy okazji.
- Będzie go to... bolało?
- Nie. Tyle co ukłucie igłą.
- A długo to potrwa? Wie pani, zanim...
- Nie, tylko chwilę.
Podczas kiedy z lekarką przygotowywałyśmy leki i sprzęt, właściciel psiaka krążył po gabinecie, tuląc malucha na rękach i powtarzając mu jak bardzo go kocha, prosząc żeby mu wybaczył i obiecując, że nie będzie go to bolało.
Teraz już nawet nie próbował trzymać się w kupie. Z jego oczu wylewał się wodospad łez i mężczyzna siorbiąc próbował zatamować go rękawem bluzy.
Reszta przebiegła bardzo szybko. Psiak dostał zastrzyk, najpierw wyciszający, a potem właściwy i równomierne oddychanie zwierzątka zwolniło, a następnie ustało zupełnie.
Mężczyzna nie widząc wiele przez zaszklone oczy zabrał małe ciałko owinięte w kocyk, podziękował i wyszedł w deszcz, zostawiając swój parasol i nie zakładając nawet kaptura.
Najwidoczniej w deszczu łatwiej było mu ukryć własne łzy.
Parasol został przez nas znaleziony chwilę później, ale odebrał go dopiero ojciec chłopaka, który pojawił się w gabinecie kilka dni po całym zdarzeniu.
- Przepraszam za syna, jest strasznie sentymentalny po matce - rzucił mężczyzna w średnim wieku odziany w koszulę i spodnie od garnituru. Poczułam do niego jakąś dziwną niechęć. Tym jednym zdaniem potrafił przekreślić wszelką empatię i zrozumienie jakim mogłam go darzyć.
- Powinien pan przy nim być - rzekła lekarka, oddając zostawiony przedmiot.
- Nie mogłem. Kto ma czas na takie rzeczy pani doktor, poza tym to trochę obrzydliwe. Pani chyba nie płacą od oceniania czyjejś sytuacji, tylko od leczenia i usypiania zwierząt, racja? Pozbiera się, dorosły jest, życie nie jest łatwe - odparł mężczyzna i opuścił gabinet.
- Kiedyś usłyszy to samo - powiedziała szefowa odwracając się do mnie - Kiedy będzie najbardziej potrzebował wsparcia, kiedy będzie już stary, pomarszczony i nie będzie potrafił się podetrzeć, jego synowie powiedzą mu dokładnie to samo. "Nie mogłem", "Nie miałem czasu", "Komu by się chciało jeździć do ośrodka dla zniedołężniałych staruszków", "To obrzydliwe". Oddadzą mu dokładnie to czym byli karmieni. Chyba, że będą sentymentalni, wtedy będzie miał dużo szczęścia. A jak nie, to będzie sobie siedział w swoich własnych szczynach i czekał na zmiłowanie pielęgniarki oglądając jak resztki życia przeciekają mu miedzy palcami. Mam rację?
- No - odpowiedziałam, bo w pełni się z nią zgadzałam.
- Masz ochotę mu przyłożyć? Oswój się z tym uczuciem, w tej pracy będziesz czuła to częściej niż byś chciała. Zaufaj mi, trzydzieści lat już w tym siedzę.
I miała rację. Miałam ochotę komuś przyłożyć średnio dwa razy w tygodniu. Mimo, że jestem pacyfistą i człowiekiem pokoju. Mimo, że mam dużą cierpliwość do ludzi.
Nie mogłam tego zrobić, ponieważ jest to karalne i nieetyczne.
Nigdy tego nie zrobiłam, ale gdyby Ci ludzie wiedzieli jakie myśli chowają się pod moją maską uśmiechu i życzliwości, nie spaliby w nocy spokojnie.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
niedziela, 7 lipca 2019
sobota, 6 lipca 2019
Chory Świniak i działalność naszego miasta
Dzisiejszego poranka nie obudził mnie Morfinowy dzwonek.
Nie obudził mnie nawet powiew ciepłego powietrza opuszczającego psi pysk i zatrzymującego się na mojej twarzy.
Nie był to też Morświn wymownie patrzący na mnie i czekający kiedy łaskawie zwlokę się z łóżka.
Obudził mnie dźwięk pompowania wrotnego wydobywający się z psiego legowiska. Zawsze to ciekawe rozpoczęcie dnia w sobotę rano.
Do haftów szybko dołączyła jednak gorączka i fontanna tylna z krwią, więc spakowałam się i udałyśmy się w podróż do weterynarza.
Pod samym gabinetem okazało się, że w związku z sezonem urlopowym nasz lekarz nie przyjmuje. Weterynarz awaryjny miał wolne w weekend, więc zostało nam dwóch pozostałych lekarzy jacy urzędowali w moim mieście. Do jednego z nich nie poszłabym choćby był ostatnim weterynarzem w tym kraju, toteż ruszyłyśmy na drugi koniec miasta do naszej ostatniej nadziei.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce pod gabinetem kłębiło się już kilkanaście psów i ich właścicieli. Czworonogi leżały, dyszały, puszczały pawie i barwiły swoimi wydzielinami trawnik i okolice. Chyba trafiłyśmy na epidemię.
Miejsce wyglądało jak sen rzeźnika. Wszystko pływało w brązie i czerwieni i pachniało jak rybie zwłoki nafaszerowane jajkami i serem pozostawione w upale na tydzień.
Oszczędzę Wam więcej szczegółów.
Weterynarz z technikami krzątali się między psami pozostającymi na zewnątrz, a tymi czekającymi w poczekalni.
Zanim zdążyłam dopytać kto jest ostatni na ten rollercoaster, jeden z techników przystanął i nie patrząc na mnie rzucił:
- Pani w jakiej sprawie? Wymioty, biegunka?
- Ja? Tak.. znaczy... pies tak - odpowiedziałam i młody człowiek odziany w fartuch zniknął za drzwiami bez słowa.
Medium, czy co? Skąd wiedział?
Rozejrzałam się dookoła i dotarło do mnie skąd wiedział. To samo miał chyba każdy pies znajdujący się w naszym otoczeniu. O ile Morfina po kilku haftach postanowiła zostać przy ewakuacji tylko treści jelitowej, tak niektóre psy pompowały non stop jak małe drezyny.
Co tu się do cholery działo? Skąd tyle poszkodowanych? Czy to coś zaraźliwego? Kto tu był ostatni?
Na żadne z tych pytań nie mogłam znaleźć odpowiedzi, ponieważ jak się okazało kolejka nie istniała. Lekarz obsługiwał najpierw tych najbardziej cierpiących, więc stanęłyśmy sobie z boku i obserwowałyśmy pole bitwy.
Ludzie pocieszali poszkodowane zwierzęta, zapewniali im wsparcie psychiczne, płakali i usiłowali złapać w miski to co z futrzaków wylatywało, jednak ciśnienie płynów było porównywalne do uszkodzonego hydrantu. Miałam tylko nadzieję, że Morfina nie postanowi dołączyć do imprezy.
Kiedy większość psów dostała zastrzyk, a właściciele odebrali receptę i zostali odesłani do domu, przyszła nasza kolej.
- Wymioty, biegunka? - pytał weterynarz znając już odpowiedź.
- Tak, biegunka trochę z krwią i gorączka. Jakiś wirus panuje?
- Jadła trawę?
- Tak?
Następny jasnowidz. Co oni wszyscy? Synowie wróżbity Macieja?
- Pewnie tą co rośnie przy chodniku zaraz - dodał doktor i zabrał się do omacywania brzucha Świniaka.
- No zdarzało jej się. Ogólnie to jak ona idzie to tu sobie skubnie, tam sobie skubnie.
- No takie biedactwo. Trochę Cię pomęczy. Nie będzie dziś ciasteczek.
Morfi spojrzała na lekarza, na mnie i ponownie na lekarza. Ale jak to bez ciasteczek? To, że haftuje dalej niż widzi to przecież jeszcze nie powód żeby ją szantażować brakiem ciastek. Co się zje, to się cofnie, co się cofnie, to się zje, racja?
- Dzisiaj głodówka. Cały dzień. Jakby nie przeszło, to jutro też i w poniedziałek podejść. Jakby było lepiej wdrażać powolutku jedzenie, najlepiej płynne.
- Tak, to akurat wiem. Byłam w tej sytuacji więcej razy niż bym chciała. Kleik, ryż z marchewką, ewentualnie gotowany kurczak.
- Dokładnie, widzę, że pani wie o co chodzi. Do tego Nifuroksazyd 100 mg 3 razy dziennie. Połknie tabletkę?
- Bez problemu, ona tabletki szamie jak cukierki. Ale dowiem się co to? To nie wyglądało jak zwykłe zatrucie, ta gorączka i krew mnie trochę zaniepokoiły. Ze zwykłą biegunką bym nie przychodziła, a widziałam, że chyba połowa psów w mieście się pochorowała.
- Pani uwierzy, że ja jestem dzisiaj jedynym weterynarzem który ma otwarte? Dlatego wszyscy tu przyszli. Psy się masowo pochorowały bo zjadły trawę która w ostatnich dniach była psikana środkiem na chwasty i insektobójczym. Powinny wisieć ogłoszenia, ale ich nie było. Pryskane były tylko obrzeża trawników, ale ludzie z tymi pojemnikami chodzili po całym mieście i ja takie zamieszanie mam już od dwóch dni, bo to w innych częściach miasta jest w różnych dniach. Psy się podtruły trochę, ale to nie były takie stężenia, że mogłyby im uszkodzić narządy. Zwłaszcza u tych dużych. Pije, czy odmawia?
- Pije.
- To zachęcać ją do picia więcej żeby się nie odwodniła i szybciej wypłukała. Damy jeszcze zastrzyk żeby jej tak nie piłowało po jelitkach i na temperaturę. Dzisiaj dopiero wieczorem dać tą tabletkę. Powinno być lepiej już jutro, jak na razie te psy które zachorowały na samym początku, dzisiaj czują się już całkiem dobrze. Jakby gorączka nie spadała, albo coś by się więcej działo, więcej krwi by było to dzwonić. Ta krew głównie ze zdartego nabłonka jelit jest, bo są teraz mocno podrażnione.
- Pojęcia nie miałam, że czymś pryskali trawniki - odpowiedziałam, obserwując jak lekarz podaje Śwince zastrzyki, nie wywołując u niej żadnej reakcji.
- Ja też nie, dopóki mi się ludzie z psami nie zbiegli. Wszystkie takie same objawy, wszystkie skubały trawę. Rozmawiałem z ludźmi odpowiedzialnymi w mieście za koszenie trawy i mi powiedzieli, że owszem była taka akcja. Tereny które były pryskane pokrywały się z zachorowaniami, a że nie było deszczy, to to wszystko na tych trawach zostało. Powinni ogłoszenia rozwieszać jak rok temu. Roboty mi tylko narobili, zwierzęta narazili, ja nawet nie wiem czy to jest zgodne z prawem bez obwieszczenia. Dowiem się jeszcze. Mam nadzieję, że już skończyli te trawy traktować środkami biobójczymi, bo nie nadążam z zamawianiem leków i czyszczeniem tego wszystkiego.
- Domyślam się - powiedziałam, podziękowałam ładnie i wróciłyśmy do domu.
Z jednej strony cieszę się, że to prawdopodobnie nic poważnego, ale z drugiej strony kto do jasnej anielki robi opryski w całym mieście bez uprzedzenia o tym mieszkańców? Bez żadnej informacji? Czy tak ciężko rozwiesić jest kartki na słupach?
Nie obudził mnie nawet powiew ciepłego powietrza opuszczającego psi pysk i zatrzymującego się na mojej twarzy.
Nie był to też Morświn wymownie patrzący na mnie i czekający kiedy łaskawie zwlokę się z łóżka.
Obudził mnie dźwięk pompowania wrotnego wydobywający się z psiego legowiska. Zawsze to ciekawe rozpoczęcie dnia w sobotę rano.
Do haftów szybko dołączyła jednak gorączka i fontanna tylna z krwią, więc spakowałam się i udałyśmy się w podróż do weterynarza.
Pod samym gabinetem okazało się, że w związku z sezonem urlopowym nasz lekarz nie przyjmuje. Weterynarz awaryjny miał wolne w weekend, więc zostało nam dwóch pozostałych lekarzy jacy urzędowali w moim mieście. Do jednego z nich nie poszłabym choćby był ostatnim weterynarzem w tym kraju, toteż ruszyłyśmy na drugi koniec miasta do naszej ostatniej nadziei.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce pod gabinetem kłębiło się już kilkanaście psów i ich właścicieli. Czworonogi leżały, dyszały, puszczały pawie i barwiły swoimi wydzielinami trawnik i okolice. Chyba trafiłyśmy na epidemię.
Miejsce wyglądało jak sen rzeźnika. Wszystko pływało w brązie i czerwieni i pachniało jak rybie zwłoki nafaszerowane jajkami i serem pozostawione w upale na tydzień.
Oszczędzę Wam więcej szczegółów.
Weterynarz z technikami krzątali się między psami pozostającymi na zewnątrz, a tymi czekającymi w poczekalni.
Zanim zdążyłam dopytać kto jest ostatni na ten rollercoaster, jeden z techników przystanął i nie patrząc na mnie rzucił:
- Pani w jakiej sprawie? Wymioty, biegunka?
- Ja? Tak.. znaczy... pies tak - odpowiedziałam i młody człowiek odziany w fartuch zniknął za drzwiami bez słowa.
Medium, czy co? Skąd wiedział?
Rozejrzałam się dookoła i dotarło do mnie skąd wiedział. To samo miał chyba każdy pies znajdujący się w naszym otoczeniu. O ile Morfina po kilku haftach postanowiła zostać przy ewakuacji tylko treści jelitowej, tak niektóre psy pompowały non stop jak małe drezyny.
Co tu się do cholery działo? Skąd tyle poszkodowanych? Czy to coś zaraźliwego? Kto tu był ostatni?
Na żadne z tych pytań nie mogłam znaleźć odpowiedzi, ponieważ jak się okazało kolejka nie istniała. Lekarz obsługiwał najpierw tych najbardziej cierpiących, więc stanęłyśmy sobie z boku i obserwowałyśmy pole bitwy.
Ludzie pocieszali poszkodowane zwierzęta, zapewniali im wsparcie psychiczne, płakali i usiłowali złapać w miski to co z futrzaków wylatywało, jednak ciśnienie płynów było porównywalne do uszkodzonego hydrantu. Miałam tylko nadzieję, że Morfina nie postanowi dołączyć do imprezy.
Kiedy większość psów dostała zastrzyk, a właściciele odebrali receptę i zostali odesłani do domu, przyszła nasza kolej.
- Wymioty, biegunka? - pytał weterynarz znając już odpowiedź.
- Tak, biegunka trochę z krwią i gorączka. Jakiś wirus panuje?
- Jadła trawę?
- Tak?
Następny jasnowidz. Co oni wszyscy? Synowie wróżbity Macieja?
- Pewnie tą co rośnie przy chodniku zaraz - dodał doktor i zabrał się do omacywania brzucha Świniaka.
- No zdarzało jej się. Ogólnie to jak ona idzie to tu sobie skubnie, tam sobie skubnie.
- No takie biedactwo. Trochę Cię pomęczy. Nie będzie dziś ciasteczek.
Morfi spojrzała na lekarza, na mnie i ponownie na lekarza. Ale jak to bez ciasteczek? To, że haftuje dalej niż widzi to przecież jeszcze nie powód żeby ją szantażować brakiem ciastek. Co się zje, to się cofnie, co się cofnie, to się zje, racja?
- Dzisiaj głodówka. Cały dzień. Jakby nie przeszło, to jutro też i w poniedziałek podejść. Jakby było lepiej wdrażać powolutku jedzenie, najlepiej płynne.
- Tak, to akurat wiem. Byłam w tej sytuacji więcej razy niż bym chciała. Kleik, ryż z marchewką, ewentualnie gotowany kurczak.
- Dokładnie, widzę, że pani wie o co chodzi. Do tego Nifuroksazyd 100 mg 3 razy dziennie. Połknie tabletkę?
- Bez problemu, ona tabletki szamie jak cukierki. Ale dowiem się co to? To nie wyglądało jak zwykłe zatrucie, ta gorączka i krew mnie trochę zaniepokoiły. Ze zwykłą biegunką bym nie przychodziła, a widziałam, że chyba połowa psów w mieście się pochorowała.
- Pani uwierzy, że ja jestem dzisiaj jedynym weterynarzem który ma otwarte? Dlatego wszyscy tu przyszli. Psy się masowo pochorowały bo zjadły trawę która w ostatnich dniach była psikana środkiem na chwasty i insektobójczym. Powinny wisieć ogłoszenia, ale ich nie było. Pryskane były tylko obrzeża trawników, ale ludzie z tymi pojemnikami chodzili po całym mieście i ja takie zamieszanie mam już od dwóch dni, bo to w innych częściach miasta jest w różnych dniach. Psy się podtruły trochę, ale to nie były takie stężenia, że mogłyby im uszkodzić narządy. Zwłaszcza u tych dużych. Pije, czy odmawia?
- Pije.
- To zachęcać ją do picia więcej żeby się nie odwodniła i szybciej wypłukała. Damy jeszcze zastrzyk żeby jej tak nie piłowało po jelitkach i na temperaturę. Dzisiaj dopiero wieczorem dać tą tabletkę. Powinno być lepiej już jutro, jak na razie te psy które zachorowały na samym początku, dzisiaj czują się już całkiem dobrze. Jakby gorączka nie spadała, albo coś by się więcej działo, więcej krwi by było to dzwonić. Ta krew głównie ze zdartego nabłonka jelit jest, bo są teraz mocno podrażnione.
- Pojęcia nie miałam, że czymś pryskali trawniki - odpowiedziałam, obserwując jak lekarz podaje Śwince zastrzyki, nie wywołując u niej żadnej reakcji.
- Ja też nie, dopóki mi się ludzie z psami nie zbiegli. Wszystkie takie same objawy, wszystkie skubały trawę. Rozmawiałem z ludźmi odpowiedzialnymi w mieście za koszenie trawy i mi powiedzieli, że owszem była taka akcja. Tereny które były pryskane pokrywały się z zachorowaniami, a że nie było deszczy, to to wszystko na tych trawach zostało. Powinni ogłoszenia rozwieszać jak rok temu. Roboty mi tylko narobili, zwierzęta narazili, ja nawet nie wiem czy to jest zgodne z prawem bez obwieszczenia. Dowiem się jeszcze. Mam nadzieję, że już skończyli te trawy traktować środkami biobójczymi, bo nie nadążam z zamawianiem leków i czyszczeniem tego wszystkiego.
- Domyślam się - powiedziałam, podziękowałam ładnie i wróciłyśmy do domu.
Z jednej strony cieszę się, że to prawdopodobnie nic poważnego, ale z drugiej strony kto do jasnej anielki robi opryski w całym mieście bez uprzedzenia o tym mieszkańców? Bez żadnej informacji? Czy tak ciężko rozwiesić jest kartki na słupach?
piątek, 5 lipca 2019
Dokarmianie zwierząt
Dokarmianie zwierząt, niezależnie od pory roku jest bardzo szlachetnym i godnym naśladowania zachowaniem. O ile robi się to we właściwy sposób...
Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że swoją chęcią pomocy i troską o czworonożnych, lub pierzastych przyjaciół może tak naprawdę wyrządzić im dużą krzywdę.
Czym najczęściej ludzie dokarmiają zarówno ptaki pływające, jak i te nie lubiące wody? Chlebem. Starszy pan rzucający gołębiom pokruszone kromki, rodzina na pikniku karmiąca kaczki i łabędzie bułeczkami, pieczywo w karmnikach i na trawnikach to niestety bardzo popularne obrazki. To wszystko dla ptaszków. Żeby pomóc im w zdobywaniu pokarmu i wesprzeć w tych ciężkich czasach.
Poczucie spełnienia dobrego uczynku może spowodować u ptactwa pogorszenie zdrowia, a nawet utratę życia. "Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" wydaje się być tutaj idealnym określeniem.
Pieczywo zawiera mnóstwo soli, szybko chłonie wodę i błyskawicznie pleśnieje.
Należy również kontrolować czy pozostawione przez nas jedzenie nie zaczyna się psuć (zwłaszcza w przypadku owoców i słoniny, która wytrzyma około dwóch tygodni) i usuwać nadpsutą żywność, wymieniając ją na świeżą.
Jeśli naprawdę zależy nam na losie ptaków i chcemy im pomóc, a nie zaszkodzić, nie można dopuszczać do zjadania przez nich pokarmów nieświeżych.
Wbrew pozorom karmienie ptaków wodnych różni się nieco od dokarmiania ptaków które nie pływają.
Przede wszystkim nigdy nie należy rzucać jedzenia do wody!
Pozornie to uproszczenie dla ptaków, ale taki pokarm szybko pęcznieje, a jego resztki opadają na dno, pleśniejąc i zanieczyszczając akwen. Powoduje to eutrofizację wód, czyli przyrost pierwiastków biofilnych które przyspieszają rozwój glonów i skutecznie ograniczają natlenienie wód, doprowadzając do śmierci ryb i zakwitów (często trującej roślinności).
Ptaki (nawet te duże) naprawdę świetnie radzą sobie z wydłubywaniem nawet malutkich ziaren z trawy i piasku. Nie trzeba im w tym pomagać.
Do karmienia świetnie nadają się otręby, czy naturalne płatki owsiane, albo pokrojone w kostkę, ugotowane bez soli jarzyny, czy ugotowane bez soli kasze.
Ptaki tak naprawdę radzą sobie jednak bardzo dobrze bez ingerencji człowieka. Jeśli na danym terenie nie znalazłyby pożywienia, przeniosłyby się na inny. Dokarmiając je, pośrednio oswajamy je z ludźmi i rozleniwiamy, co może mieć dla nich bardzo przykre konsekwencje w przyszłości.
Gołąb któremu nie chce się uciekać przed kotem, lub nie zdąży na czas odlecieć przed kołami autobusu nie pożyje długo. Przykro mi to mówić, ale wielokrotnie osobiście widziałam sytuacje w których ptaki były po prostu rozjeżdżane i zgniatane żywcem, ponieważ nie zauważały niebezpieczeństwa w porę. Nie jest to przyjemny widok... ani dźwięk.
Nie róbmy ptakom niedźwiedziej przysługi i jeśli już chcemy im pomóc, to pomagajmy naprawdę. Z głową.
Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że swoją chęcią pomocy i troską o czworonożnych, lub pierzastych przyjaciół może tak naprawdę wyrządzić im dużą krzywdę.
Zacznijmy od ptaków.
Czym najczęściej ludzie dokarmiają zarówno ptaki pływające, jak i te nie lubiące wody? Chlebem. Starszy pan rzucający gołębiom pokruszone kromki, rodzina na pikniku karmiąca kaczki i łabędzie bułeczkami, pieczywo w karmnikach i na trawnikach to niestety bardzo popularne obrazki. To wszystko dla ptaszków. Żeby pomóc im w zdobywaniu pokarmu i wesprzeć w tych ciężkich czasach.
Czy aby na pewno?
Poczucie spełnienia dobrego uczynku może spowodować u ptactwa pogorszenie zdrowia, a nawet utratę życia. "Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" wydaje się być tutaj idealnym określeniem.
Pieczywo zawiera mnóstwo soli, szybko chłonie wodę i błyskawicznie pleśnieje.
Spójrzmy do czego przyczynia się taka niewinna kromeczka:
- zatrucie pokarmowe i biegunka,
- uszkodzenie nerek i odwodnienie organizmu,
- kwasica, a co za tym idzie osteoporoza (przez osłabienie kości i zwiększenie ich łamliwości), choroby i zwyrodnienia stawów,
- cukrzyca,
- zespół anielskiego skrzydła (zwyrodnienie stawów powodujące wykrzywianie się skrzydeł ptaka i odstawanie ich od ciała - utrudnia, a czasem całkowicie uniemożliwia latanie)
To tylko część problemów, ponieważ ludzie zwykli rzucać ptakom i innym zwierzętom resztki z obiadu i zepsute jedzenie, którego sami nie mogą już zjeść, ale z jakiś powodów uważają, że układ pokarmowy zwierząt sobie z nim poradzi.
Należy zapamiętać, że żadne zwierzę nie może jeść zepsutego, zgniłego, lub spleśniałego jedzenia, inaczej czekają je przykre konsekwencje zdrowotne.
Należy zapamiętać, że żadne zwierzę nie może jeść zepsutego, zgniłego, lub spleśniałego jedzenia, inaczej czekają je przykre konsekwencje zdrowotne.
Czym więc karmić?
Ptaki z powodzeniem można karmić gotowymi mieszankami zbóż i ziaren, których duża paczka kosztuje kilka złotych i jest dostępna w większości marketów i sklepach zoologicznych. Można też podawać świeże owoce, słonecznik (niesolony), suszone owoce, orzechy, oraz słoninę i smalec (bez przypraw i niewędzone).Należy również kontrolować czy pozostawione przez nas jedzenie nie zaczyna się psuć (zwłaszcza w przypadku owoców i słoniny, która wytrzyma około dwóch tygodni) i usuwać nadpsutą żywność, wymieniając ją na świeżą.
Jeśli naprawdę zależy nam na losie ptaków i chcemy im pomóc, a nie zaszkodzić, nie można dopuszczać do zjadania przez nich pokarmów nieświeżych.
A ptaki wodne?
Wbrew pozorom karmienie ptaków wodnych różni się nieco od dokarmiania ptaków które nie pływają.
Przede wszystkim nigdy nie należy rzucać jedzenia do wody!
Pozornie to uproszczenie dla ptaków, ale taki pokarm szybko pęcznieje, a jego resztki opadają na dno, pleśniejąc i zanieczyszczając akwen. Powoduje to eutrofizację wód, czyli przyrost pierwiastków biofilnych które przyspieszają rozwój glonów i skutecznie ograniczają natlenienie wód, doprowadzając do śmierci ryb i zakwitów (często trującej roślinności).
Ptaki (nawet te duże) naprawdę świetnie radzą sobie z wydłubywaniem nawet malutkich ziaren z trawy i piasku. Nie trzeba im w tym pomagać.
Do karmienia świetnie nadają się otręby, czy naturalne płatki owsiane, albo pokrojone w kostkę, ugotowane bez soli jarzyny, czy ugotowane bez soli kasze.
Ptaki tak naprawdę radzą sobie jednak bardzo dobrze bez ingerencji człowieka. Jeśli na danym terenie nie znalazłyby pożywienia, przeniosłyby się na inny. Dokarmiając je, pośrednio oswajamy je z ludźmi i rozleniwiamy, co może mieć dla nich bardzo przykre konsekwencje w przyszłości.
Gołąb któremu nie chce się uciekać przed kotem, lub nie zdąży na czas odlecieć przed kołami autobusu nie pożyje długo. Przykro mi to mówić, ale wielokrotnie osobiście widziałam sytuacje w których ptaki były po prostu rozjeżdżane i zgniatane żywcem, ponieważ nie zauważały niebezpieczeństwa w porę. Nie jest to przyjemny widok... ani dźwięk.
Nie róbmy ptakom niedźwiedziej przysługi i jeśli już chcemy im pomóc, to pomagajmy naprawdę. Z głową.
Co ze zwierzętami futerkowymi?
Tak samo jak ptakom, kotom i psom szkodzą solone ludzkie pokarmy. Sól powoduje u nich szereg problemów zdrowotnych, tak samo jak zepsuta żywność.
Kolejnym problemem jest wyrzucanie przez ludzi ryb z ośćmi, czy kości "dla psów". To prawda, że niektóre psy poradzą sobie z kośćmi (surowymi), ale są one jednak dość ryzykowne. Połknięte kawałki ości, czy kości (zwłaszcza tych ugotowanych) mogą uszkodzić układ pokarmowy i jelita czworonogów, skazując je na bardzo bolesne, a czasem i śmiertelne w skutkach konsekwencje zdrowotne. O ile psu domowemu właściciel może pospieszyć z pomocą, tak bezdomnego psa nikt nie odwiezie do kliniki weterynaryjnej. Zwierzę będzie się potwornie męczyć, krwawić i odczuwać bardzo silny ból.
Nie można nazwać tego pomocą, prawda?
Nie ma niczego złego w dokarmianiu bezdomnych kotów i psów, ale tak samo jak w przypadku ptaków należy kierować się zdrowym rozsądkiem. Pozbywanie się zepsutej żywności i resztek z obiadu na trawniku nie jest dobrym rozwiązaniem dla nikogo. Bardzo szybko resztkami zainteresują się szczury wędrowne, które w przeciwieństwie do tych hodowlanych przenoszą choroby, pchły i bywają niebezpieczne. Należy też zaznaczyć, że szczur to zwierzę stadne i jeśli zauważymy jednego, najprawdopodobniej gdzieś w pobliżu żyje jego kolonia, która może składać się nawet z 200 osobników! Szczury łatwo się aklimatyzują, uczą się omijać pułapki i trutki, potrafią bardzo wysoko skakać i wspinać się na słupy i drzewa żeby dosięgnąć jedzenia. Woń psujących się resztek przyciągnie je bardzo szybko, lecz pozbyć się ich będzie bardzo trudno.
Tak samo jak ptakom, kotom i psom szkodzą solone ludzkie pokarmy. Sól powoduje u nich szereg problemów zdrowotnych, tak samo jak zepsuta żywność.
Kolejnym problemem jest wyrzucanie przez ludzi ryb z ośćmi, czy kości "dla psów". To prawda, że niektóre psy poradzą sobie z kośćmi (surowymi), ale są one jednak dość ryzykowne. Połknięte kawałki ości, czy kości (zwłaszcza tych ugotowanych) mogą uszkodzić układ pokarmowy i jelita czworonogów, skazując je na bardzo bolesne, a czasem i śmiertelne w skutkach konsekwencje zdrowotne. O ile psu domowemu właściciel może pospieszyć z pomocą, tak bezdomnego psa nikt nie odwiezie do kliniki weterynaryjnej. Zwierzę będzie się potwornie męczyć, krwawić i odczuwać bardzo silny ból.
Nie można nazwać tego pomocą, prawda?
Najlepszym rozwiązaniem w dokarmianiu bezdomnych zwierząt jest rozstawianie im misek z karmą (mokrą lub suchą) i zmiana jej na świeżą kiedy nie zostanie zjedzona. Najlepiej miski umieszczać pod zadaszeniem, żeby karma nie rozmiękła i nie zepsuła się szybciej przez opady deszczu lub śniegu.
Nie ma też przeciwwskazań do gotowania bezdomniakom samemu, jednak nie należy używać przy tym soli, ani przypraw, a mięso powinno się oddzielać od kości i tych drugich nie podawać obcym zwierzętom wcale. Psy i koty chętnie posilają się również mięsem suszonym, które psuje się dużo wolniej.
Nie ma też przeciwwskazań do gotowania bezdomniakom samemu, jednak nie należy używać przy tym soli, ani przypraw, a mięso powinno się oddzielać od kości i tych drugich nie podawać obcym zwierzętom wcale. Psy i koty chętnie posilają się również mięsem suszonym, które psuje się dużo wolniej.
A jak z mlekiem?
Po urodzeniu kociąt ich kocia mama produkuje enzym - laktazę, który rozdziela w jej mleku cukier mleczny, znany lepiej pod nazwą laktoza. Tylko dzięki temu mleko to jest przez kocięta odpowiednio trawione i przyswajane. Kiedy kocięta przechodzą na pokarm stały, a matka przestaje produkować mleko (w tym również laktazę), mleko pochodzenia innych zwierząt (na przykład krowy) staje się znowu nieodpowiednie, ponieważ zawiera cukier mleczny (laktozę), ale nie zawiera już odpowiedniego dla kociąt enzymu pozwalającego na rozkład tego cukru (laktazy) które produkowane było z mlekiem ich matki. Koty nie są w stanie enzymatycznie samodzielnie rozłożyć takiego mleka i reagują na nie biegunką, wzdęciami, lub bólem brzucha.
Podobnie sytuacja ma się u większości ssaków. Ludzie piją mleko, ponieważ zaadoptowali się do trawienia cukrów które się w nim znajdują. Wciąż jednak mamy osoby z nietolerancją laktozy, które sobie z produktami mlecznymi nie radzą.
Te szkody dla zdrowia mogą nie być widoczne. Kot nie powie, że boli go brzuch, albo nie czuje się najlepiej, a nie zawsze można to zauważyć. Układ pokarmowy niektórych kotów reaguje też na mleko bardziej agresywnie, niż u innych.
To, że zwierze coś lubi nie oznacza jeszcze, że należy mu to podawać.
Znam psy które dałyby się pokroić za czekoladę, jednak jest ona dla nich silnie toksyczna. Ludzkie dzieci gdyby mogły też jadłyby tylko frytki, lody i hamburgery, nie znaczy jednak, że jest to dla nich zdrowe i należy im na to pozwolić.
Zwierzęta są w pełni zależne od nas i to na nas spoczywa obowiązek zapewnienia im odpowiednich warunków i żywienia.
Pomagajmy nie szkodząc.
Przez lata tradycji utarło się, że kotom należy podawać mleko, a szczurom i myszom ser. Mleko jest jednak dla kotów tak samo szkodliwe jak ser dla gryzoni.
Odradza się podawanie kotom mleka krowiego, ponieważ ze względu na zawartość w nim laktozy, może powodować poważne kłopoty z trawieniem. Bezpieczniejsze jest specjalne mleko dla kotów, lub takie bez laktozy. Takiego mleka również nie należy jednak podawać zbyt często ponieważ prowadzi do nadwagi.
Nie wszystko co stare i propagowane przez wiele lat jest dobre. Nie każde twierdzenie które jest bardzo wiekowe i "sprawdzało się" na przestrzeni lat jest właściwe. Przez lata dominowało przecież twierdzenie, że suka musi mieć przynajmniej raz młode (absolutnie nie), szczenięta należy trzymać w ciemnościach i przyzwyczajać tylko do jednego człowieka (broń boże), a bat jest bardzo pomocny do "ustawiania" i tresury psa (kto na to w ogóle wpadł?).
Skąd więc te teorie?
Małe kotki (podobnie jak wszystkie małe ssaki) żywione są przez matkę mlekiem. Ludzie nie widzą jednak różnicy w mleku matki, a takim pochodzącym od innych zwierząt. Różnica jest jednak rażąca.
Po urodzeniu kociąt ich kocia mama produkuje enzym - laktazę, który rozdziela w jej mleku cukier mleczny, znany lepiej pod nazwą laktoza. Tylko dzięki temu mleko to jest przez kocięta odpowiednio trawione i przyswajane. Kiedy kocięta przechodzą na pokarm stały, a matka przestaje produkować mleko (w tym również laktazę), mleko pochodzenia innych zwierząt (na przykład krowy) staje się znowu nieodpowiednie, ponieważ zawiera cukier mleczny (laktozę), ale nie zawiera już odpowiedniego dla kociąt enzymu pozwalającego na rozkład tego cukru (laktazy) które produkowane było z mlekiem ich matki. Koty nie są w stanie enzymatycznie samodzielnie rozłożyć takiego mleka i reagują na nie biegunką, wzdęciami, lub bólem brzucha.
Podobnie sytuacja ma się u większości ssaków. Ludzie piją mleko, ponieważ zaadoptowali się do trawienia cukrów które się w nim znajdują. Wciąż jednak mamy osoby z nietolerancją laktozy, które sobie z produktami mlecznymi nie radzą.
"Ale mój kot tak strasznie lubi mleko i ono mu nie szkodzi."
Te szkody dla zdrowia mogą nie być widoczne. Kot nie powie, że boli go brzuch, albo nie czuje się najlepiej, a nie zawsze można to zauważyć. Układ pokarmowy niektórych kotów reaguje też na mleko bardziej agresywnie, niż u innych.
To, że zwierze coś lubi nie oznacza jeszcze, że należy mu to podawać.
Znam psy które dałyby się pokroić za czekoladę, jednak jest ona dla nich silnie toksyczna. Ludzkie dzieci gdyby mogły też jadłyby tylko frytki, lody i hamburgery, nie znaczy jednak, że jest to dla nich zdrowe i należy im na to pozwolić.
Zwierzęta są w pełni zależne od nas i to na nas spoczywa obowiązek zapewnienia im odpowiednich warunków i żywienia.
Pomagajmy nie szkodząc.
Świetną inicjatywą w związku z panującymi obecnie upałami wykazały się takie miasta jak Kielce, czy Zielona Góra w których porozstawiane zostały miski z wodą dla zwierząt i ptaków.
Niestety nie mogło być aż tak miło...
Wiele misek (prawie trzydzieści) zostało przez ludzi ukradzionych i zniknęło z centrum miasta i pobliskich parków. Koszt takiej miski to 5 - 10 zł. Jeśli kogoś nie stać na taki wydatek, nie powinien mieć zwierząt, a jeśli ich nie ma, to po co mu taka miska?
Niestety nasz kraj nie dojrzał jeszcze najwidoczniej do kultury wspólnego dobra publicznego, a ludzie zachowujący się w ten sposób na pewno nie są miłośnikami zwierząt, nawet jeśli właśnie tak się określają.
A żeby im tak ktoś ukradł ostatni słoik Nutelli jak ich najdzie ochota na słodkie...
Niestety nie mogło być aż tak miło...
Wiele misek (prawie trzydzieści) zostało przez ludzi ukradzionych i zniknęło z centrum miasta i pobliskich parków. Koszt takiej miski to 5 - 10 zł. Jeśli kogoś nie stać na taki wydatek, nie powinien mieć zwierząt, a jeśli ich nie ma, to po co mu taka miska?
Niestety nasz kraj nie dojrzał jeszcze najwidoczniej do kultury wspólnego dobra publicznego, a ludzie zachowujący się w ten sposób na pewno nie są miłośnikami zwierząt, nawet jeśli właśnie tak się określają.
A żeby im tak ktoś ukradł ostatni słoik Nutelli jak ich najdzie ochota na słodkie...
Podsumowując...
Jeśli już dokarmiamy, róbmy to we właściwy sposób. Nie wyrzucajmy na trawniki, albo przez balkony zawartości lodówki i jedzenia które nie jest nam już potrzebne, lub się zepsuło. Nie wszystkie produkty nadają się do podania zwierzętom. Pamiętajmy, że lepiej jest w tym przypadku nie pomóc wcale niż zaszkodzić.
Wierzę, że ludzie są reformowalni i większość z nich robi to z czystej niewiedzy. Osobiście wiele lat temu przez bardzo długi czas edukowałam babcię o żywieniu ptaków które tak lubiła dokarmiać. Tłumaczyłam jej, że robi im krzywdę rzucając chlebek kilka tygodni zanim pojęła, że nie było to dobrym pomysłem. Znacznie lepiej czuła się zarówno ona, jak i ptaki kiedy przerzuciła się na płatki owsiane i ziarno które jej przyniosłam.
Szczęście zwierząt, to także nasze szczęście.
A to...
... nie powinno nigdy być obrazem "pomocy" i "dobroci" ludzi, ponieważ tak naprawdę jest jego przeciwieństwem.
Tak nie zachowują się miłośnicy zwierząt, tak zachowują się ich wrogowie.
Wierzę, że ludzie są reformowalni i większość z nich robi to z czystej niewiedzy. Osobiście wiele lat temu przez bardzo długi czas edukowałam babcię o żywieniu ptaków które tak lubiła dokarmiać. Tłumaczyłam jej, że robi im krzywdę rzucając chlebek kilka tygodni zanim pojęła, że nie było to dobrym pomysłem. Znacznie lepiej czuła się zarówno ona, jak i ptaki kiedy przerzuciła się na płatki owsiane i ziarno które jej przyniosłam.
Szczęście zwierząt, to także nasze szczęście.
A to...
![]() |
| To co się dzieje na moim osiedlu przechodzi niestety ludzkie pojęcie. |
Tak nie zachowują się miłośnicy zwierząt, tak zachowują się ich wrogowie.
czwartek, 4 lipca 2019
Jak Morfina została królewskim psem
Przechodząc z Morfiną obok ostatniej klatki naszego bloku widzę grupkę bawiących się dzieci o średniej wieku około pięć lat. Musiały przyjechać do kogoś na wakacje, bo nie widziałam ich tu wcześniej.
Widząc nas dzieci zamierają, podbiegają do swojego dziadka siedzącego z laseczką na ławce i jedno przez drugie wołają:
- A ten dziadku? A ten? A ten też?
- No jasne - odpowiada z uśmiechem mężczyzna. Nie widzicie jaki ma piękny ogon jak paw i takie gęsto futro dookoła szyi jak lew?
Pojęcia nie mam o co chodzi, ale podejrzewam, że jak to typowe dzieci zaraz przybiegną oblec psa ze wszystkich stron celem miziania. Nie mam nic przeciwko. Morfina tym bardziej, więc zbliżając się powoli w ich stronę, nastawiam się już na inwazję małych rączek.
Dzieci jednak nie biegną w naszą stronę, a zamiast tego odsuwają się na boki chodnika, ustępując psu miejsca i kiedy przechodzimy zaczynają mu się kłaniać. Dziewczynki dygają na kolano, chłopcy robią pełny skłon.
Jestem tak zdezorientowana, że przez chwilę myślę, że to bardzo realistyczny i dziwny sen.
Po ukłonach, dziewczynka w sukience (która przed zabawą na trawie na pewno była biała) podchodzi do mnie i pyta najcichszym głosikiem jaki kiedykolwiek słyszałam:
- Proszę pani, a czy można pogłaskać pieska? Czy piesek się zgodzi?
- Pewnie - odpowiadam, bo mała jest tak słodka w tej kiecuni, że można dostać cukrzycy. Dziewczynka daje znak reszcie i dzieci powoli podchodzą do psa. W życiu nie widziałam tak opanowanych kilkulatków.
- A piesek na pewno pozwoli się pogłaskać? - upewnia się dziewczynka - Czy on na pewno chce?
- Ten piesek zawsze chce się głaskać - odpowiadam i dzieci bardzo delikatnie zaczynają głaskać psa po bokach. Żadne nawet nie zbliża się do głowy, uszu, czy ogona. Morfinie obojętne jest miejsce dotyku ponieważ nauczona została, że każdy kontakt z ręką to dobry kontakt. Pracowała zarówno z dziećmi niepełnosprawnymi ruchowo, jak i umysłowo.
Ktoś jednak (bardzo słusznie zresztą) musiał uświadomić młodocianych, że obcego psa nie należy dotykać po głowie, a najbezpieczniejsze są boki i szyja.
Dzieciaki po chwili mizianek dziękują mi, ponownie kłaniają się psu i odchodzą do piaskownicy, zabierając ze sobą porzucone wcześniej na trawie grabki i łopatki.
Tak dobrze wychowane dzieci to rzadkość, ale zastanawiające dla mnie są te pokłony, więc podchodzę do starszego mężczyzny urzędującego na ławce i zagajam:
- Przepraszam? Jestem pełna podziwu dla zachowania dzieci, naprawdę mają świetne podejście do zwierząt, ale o co chodzi z tymi ukłonami?
Mężczyzna uśmiecha się i mówi:
- Oglądaliśmy ostatnio taki film dla dzieci. Animowany. Coś o Corgi i królowej.
- "Corgi, psiak Królowej"? - wtrącam, bo również słyszałam o tej bajce.
- Chyba tak. No i dzieciaki pytały mnie czy te pieski to tak naprawdę w zamku mieszkają razem z Królową i czy to są takie królewskie psy. No to im odpowiedziałem, że tak, że pieski tej rasy są trzymane przez Królową i że jest ich miłośniczką. No to mnie młodzi spytali czy w takim razie to są jakby takie książęta. Odpowiedziałem, że tak jakby, bo dzieciom ciężko niektóre rzeczy wytłumaczyć, zwłaszcza, że u nas rządy wyglądają inaczej. Wtedy spytali czy są jeszcze inne rasy królewskie. To im odpowiedziałem, że dawniej wielu królów hodowało swoje linie psów i trzymane one były na zamku. Dzieciaki zaczęły mnie pytać na spacerach o każdego jednego psa czy to królewski pies, czy nie. Taką zabawę sobie zrobiłem, bo to tak śmiesznie wygląda jak one się ustawiają w rządku i kłaniają przed losowymi psami, a nieświadomi ludzie nie wiedzą czy to do nich i o co właściwie chodzi. Ich miny są takie bezbłędne! - odpowiada mężczyzna - I tak to trwa już z trzy dni. Czasem im mówię - tak to pies królewski, a czasem - nie, ten jest zwykły. Nawet tych ras czasem nie znam, albo to może być zwykły kundelek, ale bardzo ładny. A one to wszystko łykają jak małe pelikanki. Gdzieś podpatrzyły w jakiejś bajce, albo filmie, że przed członkami rodziny królewskiej należy się kłaniać i tak się kłaniają każdemu psu o którym powiem, że jest królewski jak te Corgi z bajki. Pani ile ja mam śmiechu przy tym, to ja się nigdy tak dobrze z wnukami nie bawiłem, a swoje lata już mam - kończy dziadzio i również nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu, dziękuję mu za odpowiedź, życzę miłego dnia i odchodzę.
Tak oto mój pies stał się stworzeniem królewskim, chociaż sama Morfina chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę.
Widząc nas dzieci zamierają, podbiegają do swojego dziadka siedzącego z laseczką na ławce i jedno przez drugie wołają:
- A ten dziadku? A ten? A ten też?
- No jasne - odpowiada z uśmiechem mężczyzna. Nie widzicie jaki ma piękny ogon jak paw i takie gęsto futro dookoła szyi jak lew?
Pojęcia nie mam o co chodzi, ale podejrzewam, że jak to typowe dzieci zaraz przybiegną oblec psa ze wszystkich stron celem miziania. Nie mam nic przeciwko. Morfina tym bardziej, więc zbliżając się powoli w ich stronę, nastawiam się już na inwazję małych rączek.
Dzieci jednak nie biegną w naszą stronę, a zamiast tego odsuwają się na boki chodnika, ustępując psu miejsca i kiedy przechodzimy zaczynają mu się kłaniać. Dziewczynki dygają na kolano, chłopcy robią pełny skłon.
Jestem tak zdezorientowana, że przez chwilę myślę, że to bardzo realistyczny i dziwny sen.
Po ukłonach, dziewczynka w sukience (która przed zabawą na trawie na pewno była biała) podchodzi do mnie i pyta najcichszym głosikiem jaki kiedykolwiek słyszałam:
- Proszę pani, a czy można pogłaskać pieska? Czy piesek się zgodzi?
- Pewnie - odpowiadam, bo mała jest tak słodka w tej kiecuni, że można dostać cukrzycy. Dziewczynka daje znak reszcie i dzieci powoli podchodzą do psa. W życiu nie widziałam tak opanowanych kilkulatków.
- A piesek na pewno pozwoli się pogłaskać? - upewnia się dziewczynka - Czy on na pewno chce?
- Ten piesek zawsze chce się głaskać - odpowiadam i dzieci bardzo delikatnie zaczynają głaskać psa po bokach. Żadne nawet nie zbliża się do głowy, uszu, czy ogona. Morfinie obojętne jest miejsce dotyku ponieważ nauczona została, że każdy kontakt z ręką to dobry kontakt. Pracowała zarówno z dziećmi niepełnosprawnymi ruchowo, jak i umysłowo.
Ktoś jednak (bardzo słusznie zresztą) musiał uświadomić młodocianych, że obcego psa nie należy dotykać po głowie, a najbezpieczniejsze są boki i szyja.
Dzieciaki po chwili mizianek dziękują mi, ponownie kłaniają się psu i odchodzą do piaskownicy, zabierając ze sobą porzucone wcześniej na trawie grabki i łopatki.
Tak dobrze wychowane dzieci to rzadkość, ale zastanawiające dla mnie są te pokłony, więc podchodzę do starszego mężczyzny urzędującego na ławce i zagajam:
- Przepraszam? Jestem pełna podziwu dla zachowania dzieci, naprawdę mają świetne podejście do zwierząt, ale o co chodzi z tymi ukłonami?
Mężczyzna uśmiecha się i mówi:
- Oglądaliśmy ostatnio taki film dla dzieci. Animowany. Coś o Corgi i królowej.
- "Corgi, psiak Królowej"? - wtrącam, bo również słyszałam o tej bajce.
- Chyba tak. No i dzieciaki pytały mnie czy te pieski to tak naprawdę w zamku mieszkają razem z Królową i czy to są takie królewskie psy. No to im odpowiedziałem, że tak, że pieski tej rasy są trzymane przez Królową i że jest ich miłośniczką. No to mnie młodzi spytali czy w takim razie to są jakby takie książęta. Odpowiedziałem, że tak jakby, bo dzieciom ciężko niektóre rzeczy wytłumaczyć, zwłaszcza, że u nas rządy wyglądają inaczej. Wtedy spytali czy są jeszcze inne rasy królewskie. To im odpowiedziałem, że dawniej wielu królów hodowało swoje linie psów i trzymane one były na zamku. Dzieciaki zaczęły mnie pytać na spacerach o każdego jednego psa czy to królewski pies, czy nie. Taką zabawę sobie zrobiłem, bo to tak śmiesznie wygląda jak one się ustawiają w rządku i kłaniają przed losowymi psami, a nieświadomi ludzie nie wiedzą czy to do nich i o co właściwie chodzi. Ich miny są takie bezbłędne! - odpowiada mężczyzna - I tak to trwa już z trzy dni. Czasem im mówię - tak to pies królewski, a czasem - nie, ten jest zwykły. Nawet tych ras czasem nie znam, albo to może być zwykły kundelek, ale bardzo ładny. A one to wszystko łykają jak małe pelikanki. Gdzieś podpatrzyły w jakiejś bajce, albo filmie, że przed członkami rodziny królewskiej należy się kłaniać i tak się kłaniają każdemu psu o którym powiem, że jest królewski jak te Corgi z bajki. Pani ile ja mam śmiechu przy tym, to ja się nigdy tak dobrze z wnukami nie bawiłem, a swoje lata już mam - kończy dziadzio i również nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu, dziękuję mu za odpowiedź, życzę miłego dnia i odchodzę.
Tak oto mój pies stał się stworzeniem królewskim, chociaż sama Morfina chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę.
środa, 3 lipca 2019
Co robi babcia w obronie Morfiny?
Jak wielu z Was zdążyło się już zorientować, moja babcia była dość nietypową kobietą z brakiem zahamowań i o ciętym języku.
Od kiedy Morfina była jeszcze małym szczeniorkiem, dość regularnie zaczepiał nas sąsiad mojej babci. Mężczyzna był już w mocno starszym wieku i bardzo przeszkadzał mu brak kagańca u psów. Problem widział jednak tylko w dużych rasach, ptyśki do kolana mogły sobie biegać gołe i wesołe, bo przecież "nawet jak ugryzą, to nic nikomu nie zrobią".
Cóż, człowiek ten najwidoczniej nigdy nie został dziabnięty przez Jamnika, Westa albo Cockera.
Kiedy moja babcia była jeszcze na tyle sprawna, że wyjścia nie sprawiały jej problemu, przychodziłam po nią razem z psem i szłyśmy na długi spacer.
Za każdym razem kiedy spotykałyśmy sąsiada, nie omieszkał zaznaczyć nam, że "psu kaganiec, bo ma zęby".
Tłumaczenia, że zwierz jest pacyfistą i hipisem, który kocha wszystko co oddycha, oraz fakt, że prowadzony jest na smyczy niczego nie zmieniały.
Przypominajka w postaci mężczyzny siedzącego całymi dniami na ławeczce i krzyczącego za nami "psu kaganiec, bo ma zęby!" zaczęła się kiedy Morfina skończyła cztery miesiące i trwała przez dobrych kilka lat, ponieważ (o zgrozo) pies nie miał ochoty zmaleć.
W tym czasie moja babcia zdążyła przejść z kuli na balkonik, a następnie na wózek inwalidzki. Determinacji mężczyzny mógłby pozazdrościć każdy. Niezależnie od pory roku i warunków pogodowych, z balkonu, ławeczki, czy klatki schodowej - zawsze znalazł czas na swoje "psu kaganiec, bo ma zęby". To hasło stało się już tradycją i było rzucane zamiast "dzień dobry".
Przestałyśmy tłumaczyć, przestałyśmy nawet reagować.
Jednak pewnego dnia moja babcia miała gorszy dzień. A gorszy dzień mojej babci mógł skończyć się źle dla każdego kto "miał coś" do jej rodziny. Rodzina była święta, a pies był jej oficjalnym członkiem.
- Psu kaganiec, bo ma zęby! - usłyszałyśmy tuż po wyjściu z klatki i widziałam po minie babci i rosnącym na jej twarzy uśmiechu, że tym razem nie skończy się na "chodźmy, nie ma co zwracać uwagi". Babcia włączała właśnie tryb "zaczepiłeś mnie o jeden raz za dużo koleżko".
- Paulinka podwieź mnie bliżej do pana sąsiada, dobrze? - rzekła babcia i wiedziałam, że dyskusja nie wchodziła w grę. Babcia nie mogła krzyczeć ze względu na raka atakującego jej struny głosowe, ale szeptem też można było się kłócić jeśli było się wystarczająco blisko.
Przewiozłam więc babciny wózek bliżej klatki schodowej na której stał mężczyzna i babcia najsłodszym tonem jaki potrafiła z siebie wykrzesać, spytała z uśmiechem:
- Przepraszam panie sąsiedzie. Nie dosłyszałam pana stamtąd, co pan raczył powiedzieć?
- Powiedziałem, że psu trzeba nałożyć kaganiec, bo ma zęby - odparł mężczyzna.
- Naprawdę? Z tego co słyszę, to pan tutaj szczeka najwięcej od kilku lat. Zastanawiam się też czy powiedzieć pańskiej żonie, że jej wyliniały wilk lubi chadzać do lasu pooglądać młodsze wilczyce wyginające się na drzewach. Co pan robi taką minę? Myśli, że nikt nie wie? Stara wilczyca już się tak nie wygina, co? Ślinka cieknie na świeże mięso? Zaproponowałabym panu kaganiec, ale ślina i tak przecieknie, na szczekanie lepszy jest knebel i według pańskiej teorii "kaganiec to się zakłada wszystkiemu co ma zęby", więc panu już on nie jest potrzebny. Chce pan coś dodać?
Nigdy nie zapomnę miny mężczyzny i jego oburzenia mieszającego się z dezorientacją, ale nie powiedział już nic. Stałam za wózkiem i nie wiedziałam za bardzo co mam robić.
- Tak myślałam - odparła babcia przerywając milczenie - To życzę panu miłego dnia. Chodźmy wnusia na rurki z kremem, chyba mi cukier spadł. Tak mnie jakoś ochota na słodkie wzięła.
Nigdy więcej nie usłyszałam już od sąsiada: "psu kaganiec, bo ma zęby". Nawet po śmierci mojej babci, jedyne co wychodziło z ust tego człowieka to odpowiedź na moje "dzień dobry". Podążał wzrokiem dezaprobaty za Morfiną, ale dalsze uwagi pozostawiał już dla siebie.
Pytanie czy usta zasznurowała mu sama babcina odpowiedź, czy raczej ta część o młodych wilczycach...
Od kiedy Morfina była jeszcze małym szczeniorkiem, dość regularnie zaczepiał nas sąsiad mojej babci. Mężczyzna był już w mocno starszym wieku i bardzo przeszkadzał mu brak kagańca u psów. Problem widział jednak tylko w dużych rasach, ptyśki do kolana mogły sobie biegać gołe i wesołe, bo przecież "nawet jak ugryzą, to nic nikomu nie zrobią".
Cóż, człowiek ten najwidoczniej nigdy nie został dziabnięty przez Jamnika, Westa albo Cockera.
Kiedy moja babcia była jeszcze na tyle sprawna, że wyjścia nie sprawiały jej problemu, przychodziłam po nią razem z psem i szłyśmy na długi spacer.
Za każdym razem kiedy spotykałyśmy sąsiada, nie omieszkał zaznaczyć nam, że "psu kaganiec, bo ma zęby".
Tłumaczenia, że zwierz jest pacyfistą i hipisem, który kocha wszystko co oddycha, oraz fakt, że prowadzony jest na smyczy niczego nie zmieniały.
Przypominajka w postaci mężczyzny siedzącego całymi dniami na ławeczce i krzyczącego za nami "psu kaganiec, bo ma zęby!" zaczęła się kiedy Morfina skończyła cztery miesiące i trwała przez dobrych kilka lat, ponieważ (o zgrozo) pies nie miał ochoty zmaleć.
W tym czasie moja babcia zdążyła przejść z kuli na balkonik, a następnie na wózek inwalidzki. Determinacji mężczyzny mógłby pozazdrościć każdy. Niezależnie od pory roku i warunków pogodowych, z balkonu, ławeczki, czy klatki schodowej - zawsze znalazł czas na swoje "psu kaganiec, bo ma zęby". To hasło stało się już tradycją i było rzucane zamiast "dzień dobry".
Przestałyśmy tłumaczyć, przestałyśmy nawet reagować.
Jednak pewnego dnia moja babcia miała gorszy dzień. A gorszy dzień mojej babci mógł skończyć się źle dla każdego kto "miał coś" do jej rodziny. Rodzina była święta, a pies był jej oficjalnym członkiem.
- Psu kaganiec, bo ma zęby! - usłyszałyśmy tuż po wyjściu z klatki i widziałam po minie babci i rosnącym na jej twarzy uśmiechu, że tym razem nie skończy się na "chodźmy, nie ma co zwracać uwagi". Babcia włączała właśnie tryb "zaczepiłeś mnie o jeden raz za dużo koleżko".
- Paulinka podwieź mnie bliżej do pana sąsiada, dobrze? - rzekła babcia i wiedziałam, że dyskusja nie wchodziła w grę. Babcia nie mogła krzyczeć ze względu na raka atakującego jej struny głosowe, ale szeptem też można było się kłócić jeśli było się wystarczająco blisko.
Przewiozłam więc babciny wózek bliżej klatki schodowej na której stał mężczyzna i babcia najsłodszym tonem jaki potrafiła z siebie wykrzesać, spytała z uśmiechem:
- Przepraszam panie sąsiedzie. Nie dosłyszałam pana stamtąd, co pan raczył powiedzieć?
- Powiedziałem, że psu trzeba nałożyć kaganiec, bo ma zęby - odparł mężczyzna.
- Naprawdę? Z tego co słyszę, to pan tutaj szczeka najwięcej od kilku lat. Zastanawiam się też czy powiedzieć pańskiej żonie, że jej wyliniały wilk lubi chadzać do lasu pooglądać młodsze wilczyce wyginające się na drzewach. Co pan robi taką minę? Myśli, że nikt nie wie? Stara wilczyca już się tak nie wygina, co? Ślinka cieknie na świeże mięso? Zaproponowałabym panu kaganiec, ale ślina i tak przecieknie, na szczekanie lepszy jest knebel i według pańskiej teorii "kaganiec to się zakłada wszystkiemu co ma zęby", więc panu już on nie jest potrzebny. Chce pan coś dodać?
Nigdy nie zapomnę miny mężczyzny i jego oburzenia mieszającego się z dezorientacją, ale nie powiedział już nic. Stałam za wózkiem i nie wiedziałam za bardzo co mam robić.
- Tak myślałam - odparła babcia przerywając milczenie - To życzę panu miłego dnia. Chodźmy wnusia na rurki z kremem, chyba mi cukier spadł. Tak mnie jakoś ochota na słodkie wzięła.
Nigdy więcej nie usłyszałam już od sąsiada: "psu kaganiec, bo ma zęby". Nawet po śmierci mojej babci, jedyne co wychodziło z ust tego człowieka to odpowiedź na moje "dzień dobry". Podążał wzrokiem dezaprobaty za Morfiną, ale dalsze uwagi pozostawiał już dla siebie.
Pytanie czy usta zasznurowała mu sama babcina odpowiedź, czy raczej ta część o młodych wilczycach...
wtorek, 2 lipca 2019
Dwie skrajności
Dziś będzie o tym jak nie należy przesadzać w żadną stronę.
Dwoje ludzi o skrajnych poglądach mieszkało obok siebie.
Dziewczyna uważała zwierzęta za najbliższą sobie rodzinę.
Chłopak natomiast traktował je jako stworzenia pełniące określone funkcje.
Krowa miała dawać mleko, kury znosić jajka, psy pilnować podwórka, a koty polować na myszy.
Między sąsiadami o tak różnych stanowiskach dochodziło do częstych kłótni.
Chłopak wyśmiewał ubranka i spineczki w które odziane były psy dziewczyny, a ona rozpaczała nad losem tych zwierząt które nigdy nie widziały szamponu.
Awantury były właściwie o wszystko.
O konia, który zdaniem dziewczyny był męczony ciągnięciem wozu.
O psy, które zjadały resztki i kości.
O koty które atakowały ptaki i wyciągały z gniazd małe gryzonie, tylko po to by się nimi pobawić.
O krowę stojącą w upale.
Dziewczyna była oburzona. Psy były co prawda szczepione, ale ich żywienie i higiena wołały o pomstę do nieba.
Jej zwierzęta były zadbane, dostawały najlepsze frykasy i chodziły tylko w najnowszych ubrankach.
Chłopak codziennie obrywał od swojej sąsiadki za zaniedbanie i skandaliczne traktowanie zwierząt. On nie pozostawał dłużny i odcinał się śmiechem z ubranych psiaków i filtrowanej wody jaką dostawały do picia.
Minęło kilka lat i powiedzenia "kto się czubi, ten się lubi", oraz "przeciwieństwa się przyciągają" chyba się u nich sprawdziły, bo zostali parą i zamieszkali razem. Żadne z nich nie zrezygnowało ze swojego zdania odnośnie małych domowników. Kłótnie nie zelżały, do tego każde z nich chciało swoje praktyki przenieść na zwierzęta partnera, co zaostrzało tylko spór.
Pewnego dnia ukochane psy dziewczyny zaczęły się drapać i wymiotować. Winą został obarczony chłopak. Dziewczyna myślała, że wprowadził on swoje barbarzyńskie zachowania na jej biedne czworonogi. Mogły też złapać coś od ich podwórkowych braci.
Para pojechała z chorymi do weterynarza.
Na miejscu okazało się, że psów nie można kąpać co kilka dni, bo zmywa im się naturalną florę bakteryjną. Ludzkie frykasy takie jak kurczak w czekoladzie, czy galaretki owocowe nie są odpowiednią formą żywienia, a lakiery do włosów i te do paznokci to czysta fanaberia właścicielki.
Psy przez brak odporności i złe żywienie złapały jakieś paskudztwo i były leczone ponad miesiąc.
Od tamtej pory konflikty zelżały. Para zaczęła wymieniać się swoimi uwagami i spostrzeżeniami zamiast wszczynać kłótnie. Kupili kilka książek i razem je przeczytali. Warunki bytowe i żywieniowe poprawiły się wszystkim zwierzętom - zarówno tym kanapowym, jak i tym strzegącym podwórka.
Koty zostały wykastrowane, psy przestały jeść kości i solone potrawy, ubranka poszły w niepamięć.
Jeśli można z tej historii wyciągnąć jakieś wnioski, to chyba głównie takie, że należy rozmawiać. Antagonizm bardzo rzadko rozwiązuje sprawy, za to argumenty i chęć wysłuchania drugiej strony mogą przynieść wiele dobrego.
Zanim opowiemy się po którejkolwiek ze stron w jakiejkolwiek sprawie, najpierw powinnyśmy wysłuchać obu. Może się bowiem okazać, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż wydawałoby się to na początku.
Dwoje ludzi o skrajnych poglądach mieszkało obok siebie.
Dziewczyna uważała zwierzęta za najbliższą sobie rodzinę.
Chłopak natomiast traktował je jako stworzenia pełniące określone funkcje.
Krowa miała dawać mleko, kury znosić jajka, psy pilnować podwórka, a koty polować na myszy.
Między sąsiadami o tak różnych stanowiskach dochodziło do częstych kłótni.
Chłopak wyśmiewał ubranka i spineczki w które odziane były psy dziewczyny, a ona rozpaczała nad losem tych zwierząt które nigdy nie widziały szamponu.
Awantury były właściwie o wszystko.
O konia, który zdaniem dziewczyny był męczony ciągnięciem wozu.
O psy, które zjadały resztki i kości.
O koty które atakowały ptaki i wyciągały z gniazd małe gryzonie, tylko po to by się nimi pobawić.
O krowę stojącą w upale.
Dziewczyna była oburzona. Psy były co prawda szczepione, ale ich żywienie i higiena wołały o pomstę do nieba.
Jej zwierzęta były zadbane, dostawały najlepsze frykasy i chodziły tylko w najnowszych ubrankach.
Chłopak codziennie obrywał od swojej sąsiadki za zaniedbanie i skandaliczne traktowanie zwierząt. On nie pozostawał dłużny i odcinał się śmiechem z ubranych psiaków i filtrowanej wody jaką dostawały do picia.
Minęło kilka lat i powiedzenia "kto się czubi, ten się lubi", oraz "przeciwieństwa się przyciągają" chyba się u nich sprawdziły, bo zostali parą i zamieszkali razem. Żadne z nich nie zrezygnowało ze swojego zdania odnośnie małych domowników. Kłótnie nie zelżały, do tego każde z nich chciało swoje praktyki przenieść na zwierzęta partnera, co zaostrzało tylko spór.
Pewnego dnia ukochane psy dziewczyny zaczęły się drapać i wymiotować. Winą został obarczony chłopak. Dziewczyna myślała, że wprowadził on swoje barbarzyńskie zachowania na jej biedne czworonogi. Mogły też złapać coś od ich podwórkowych braci.
Para pojechała z chorymi do weterynarza.
Na miejscu okazało się, że psów nie można kąpać co kilka dni, bo zmywa im się naturalną florę bakteryjną. Ludzkie frykasy takie jak kurczak w czekoladzie, czy galaretki owocowe nie są odpowiednią formą żywienia, a lakiery do włosów i te do paznokci to czysta fanaberia właścicielki.
Psy przez brak odporności i złe żywienie złapały jakieś paskudztwo i były leczone ponad miesiąc.
Od tamtej pory konflikty zelżały. Para zaczęła wymieniać się swoimi uwagami i spostrzeżeniami zamiast wszczynać kłótnie. Kupili kilka książek i razem je przeczytali. Warunki bytowe i żywieniowe poprawiły się wszystkim zwierzętom - zarówno tym kanapowym, jak i tym strzegącym podwórka.
Koty zostały wykastrowane, psy przestały jeść kości i solone potrawy, ubranka poszły w niepamięć.
Jeśli można z tej historii wyciągnąć jakieś wnioski, to chyba głównie takie, że należy rozmawiać. Antagonizm bardzo rzadko rozwiązuje sprawy, za to argumenty i chęć wysłuchania drugiej strony mogą przynieść wiele dobrego.
Zanim opowiemy się po którejkolwiek ze stron w jakiejkolwiek sprawie, najpierw powinnyśmy wysłuchać obu. Może się bowiem okazać, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż wydawałoby się to na początku.
poniedziałek, 1 lipca 2019
Crazy rat lady?
Nasi sąsiedzi bardzo cenią sobie zakupy przez internet. Szczegół tkwi jednak w tym, że są w domu bardzo rzadko, a zamawiają dostawę kurierami.
Zazwyczaj pakunki lądują u nas i są przez właścicieli odbierane kiedy Ci wrócą w końcu do domu wieczorową porą.
Sytuacja miała miejsce tak często, że obecnie panowie z przesyłkami pukają od razu do obu drzwi - moich i sąsiada żeby zaoszczędzić czas, bo wiedzą, że paczka i tak prawdopodobnie zostanie u nas.
Jednego dnia potrafi przyjść nawet pięć przesyłek, które układają się w piramidę w naszym salonie. Sąsiedzi maja do nas zaufanie, więc czasem paczki czekają na nich nawet kilka dni.
Ostatnio nasza kolekcja kartonów rosła niepokojąco i już zastanawialiśmy się czy sąsiedzi nie wyjechali przypadkiem na wakacje. Obmyślaliśmy gdzie można przenieść pakunki żeby za chwilę nie utonąć w morzu paczek które lada dzień mogły pogrzebać nas żywcem na naszym skromnym metrażu.
Moja siostra miała wczoraj przedłużoną rehabilitację, więc byłam w domu sama. Ogarniałam akurat moje małe zoo i czyściłam klatki kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Z jednym szczurem na ramieniu, a drugim w dłoni (Masło spał jak zwykle snem niewinnych na mojej poduszce) podreptałam do wizjera i ujrzałam w nim twarz sąsiada który z listonoszem widuje się od święta. Ucieszyłam się, bo sterta była już naprawdę imponująca i zaczynało brakować nam miejsca.
- Dzień dobry sąsiadko - usłyszałam otwierając drzwi - Nie przeszkadzam? Ja po paczki, bo coś tam pewnie przyszło.
- Oj przyszło i to sporo, dobrze, że pan jest - odparłam przyglądając się niepewności dojrzewającej w obliczu mężczyzny który zerkał na małe stworzonka wczepione w moje ubranie.
Pewnie był to dla niego dość niecodzienny widok, ale odważył się wejść do środka.
- Paczki są w pokoju obok szafy - rzekłam - Proszę wejść w butach, jeszcze nie odkurzałam.
- Dziękuję bardzo, naprawdę. Całe szczęście, że pani jest w domu... Jezusie słodki aż tyle? - zamarł sąsiad na widok kartonowej konstrukcji sięgającej już połowy ściany.
- No aż tyle.
- Ja bardzo przepraszam, to ta moja musiała tyle nazamawiać. Ile tego jest! Tu jest z połowa sklepu, ja z nią muszę... - tłumaczył mężczyzna i nagle przerwał wywód. Cisza wydała mi się bardzo dziwna, więc wyszłam z kuchni i zajrzałam do pokoju. Sąsiad stał z trzema kartonami w dłoniach i z lewoskrętem szyi przyglądał się mojemu otwartemu na oścież pokojowi.
Na powierzchni którą jego kartony pokryłyby całkowicie odnalazł wzrokiem śpiącą w legowisku Morfinę, dwie duże klatki, oraz jedną mniejszą i śpiącego na poduszce szczura, zwiniętego w precelka.
Na jego twarzy malowało się zaciekawienie pomieszane z niepokojem. W jego mózgu wyskakiwały właśnie raporty o błędach i oceniał on pewnie sytuację jako "ta kobieta ma jakiś głęboki problem".
- Przepraszam za bałagan, jestem w trakcie sprzątania - przerwałam milczenie i mężczyzna oprzytomniał.
- Ja przepraszam, to nie ze wścibstwa, tak po prostu mi oko uciekło. Pani to niedługo braknie miejsca na ten zwierzyniec - uśmiechnął się niepewnie sąsiad i nie odrywając wzroku od pokoju zaczął przemieszczać się z paczkami w stronę wyjścia.
- Jeszcze się zmieści, spokojnie.
- Chyba jak pani usunie łóżko.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Właściwie i tak od jakiegoś czasu go nie używam. Byłaby dodatkowa przestrzeń dla puchatków.
- Ja wiem, że to pewnie miłe zwierzątka są, ale mnie ten ogon odrzuca. Bałbym się inwazji.
- W porządku, szczury nie mają dobrego PR'u.
- Dobrze, że mojej tutaj nie wysłałem. Dostałaby paniki. Ona to się nawet myszy boi do tego stopnia, że potrafi mdleć.
- Przecież wie, że mam szczury.
- Tak, ale nie że aż tyle i że one sobie tak chodzą po domu, po łóżku, na wolności. W klatce to tak pewniej jednak... Ja obrócę parę razy po te paczki dobrze? Bo się nie zabiorę.
- Jasne - odparłam i wzięłam się za przesypywanie żwirku do kuwet.
- Kot też się gdzieś tam schował?
- Nie, nie. To dla gryzoni.
- Ah, bo już myślałem, że mi umknęło. Mogę zostawić otwarte drzwi? Nie uciekną?
- Nie, spokojnie. Ja już i tak je zamykam - odparłam i przyglądałam się jak za każdym razem kiedy mężczyzna przechodził obok mojego pokoju zapuszczał dyskretnego żurawia do środka.
Śmiałam się z "szalonych kocich mam", a niechcący chyba sama stałam się "szaloną szczurzą mamą".
Czuję jak deratyzator puka do mych drzwi...
Zazwyczaj pakunki lądują u nas i są przez właścicieli odbierane kiedy Ci wrócą w końcu do domu wieczorową porą.
Sytuacja miała miejsce tak często, że obecnie panowie z przesyłkami pukają od razu do obu drzwi - moich i sąsiada żeby zaoszczędzić czas, bo wiedzą, że paczka i tak prawdopodobnie zostanie u nas.
Jednego dnia potrafi przyjść nawet pięć przesyłek, które układają się w piramidę w naszym salonie. Sąsiedzi maja do nas zaufanie, więc czasem paczki czekają na nich nawet kilka dni.
Ostatnio nasza kolekcja kartonów rosła niepokojąco i już zastanawialiśmy się czy sąsiedzi nie wyjechali przypadkiem na wakacje. Obmyślaliśmy gdzie można przenieść pakunki żeby za chwilę nie utonąć w morzu paczek które lada dzień mogły pogrzebać nas żywcem na naszym skromnym metrażu.
Moja siostra miała wczoraj przedłużoną rehabilitację, więc byłam w domu sama. Ogarniałam akurat moje małe zoo i czyściłam klatki kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Z jednym szczurem na ramieniu, a drugim w dłoni (Masło spał jak zwykle snem niewinnych na mojej poduszce) podreptałam do wizjera i ujrzałam w nim twarz sąsiada który z listonoszem widuje się od święta. Ucieszyłam się, bo sterta była już naprawdę imponująca i zaczynało brakować nam miejsca.
- Dzień dobry sąsiadko - usłyszałam otwierając drzwi - Nie przeszkadzam? Ja po paczki, bo coś tam pewnie przyszło.
- Oj przyszło i to sporo, dobrze, że pan jest - odparłam przyglądając się niepewności dojrzewającej w obliczu mężczyzny który zerkał na małe stworzonka wczepione w moje ubranie.
Pewnie był to dla niego dość niecodzienny widok, ale odważył się wejść do środka.
- Paczki są w pokoju obok szafy - rzekłam - Proszę wejść w butach, jeszcze nie odkurzałam.
- Dziękuję bardzo, naprawdę. Całe szczęście, że pani jest w domu... Jezusie słodki aż tyle? - zamarł sąsiad na widok kartonowej konstrukcji sięgającej już połowy ściany.
- No aż tyle.
- Ja bardzo przepraszam, to ta moja musiała tyle nazamawiać. Ile tego jest! Tu jest z połowa sklepu, ja z nią muszę... - tłumaczył mężczyzna i nagle przerwał wywód. Cisza wydała mi się bardzo dziwna, więc wyszłam z kuchni i zajrzałam do pokoju. Sąsiad stał z trzema kartonami w dłoniach i z lewoskrętem szyi przyglądał się mojemu otwartemu na oścież pokojowi.
Na powierzchni którą jego kartony pokryłyby całkowicie odnalazł wzrokiem śpiącą w legowisku Morfinę, dwie duże klatki, oraz jedną mniejszą i śpiącego na poduszce szczura, zwiniętego w precelka.
Na jego twarzy malowało się zaciekawienie pomieszane z niepokojem. W jego mózgu wyskakiwały właśnie raporty o błędach i oceniał on pewnie sytuację jako "ta kobieta ma jakiś głęboki problem".
- Przepraszam za bałagan, jestem w trakcie sprzątania - przerwałam milczenie i mężczyzna oprzytomniał.
- Ja przepraszam, to nie ze wścibstwa, tak po prostu mi oko uciekło. Pani to niedługo braknie miejsca na ten zwierzyniec - uśmiechnął się niepewnie sąsiad i nie odrywając wzroku od pokoju zaczął przemieszczać się z paczkami w stronę wyjścia.
- Jeszcze się zmieści, spokojnie.
- Chyba jak pani usunie łóżko.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Właściwie i tak od jakiegoś czasu go nie używam. Byłaby dodatkowa przestrzeń dla puchatków.
- Ja wiem, że to pewnie miłe zwierzątka są, ale mnie ten ogon odrzuca. Bałbym się inwazji.
- W porządku, szczury nie mają dobrego PR'u.
- Dobrze, że mojej tutaj nie wysłałem. Dostałaby paniki. Ona to się nawet myszy boi do tego stopnia, że potrafi mdleć.
- Przecież wie, że mam szczury.
- Tak, ale nie że aż tyle i że one sobie tak chodzą po domu, po łóżku, na wolności. W klatce to tak pewniej jednak... Ja obrócę parę razy po te paczki dobrze? Bo się nie zabiorę.
- Jasne - odparłam i wzięłam się za przesypywanie żwirku do kuwet.
- Kot też się gdzieś tam schował?
- Nie, nie. To dla gryzoni.
- Ah, bo już myślałem, że mi umknęło. Mogę zostawić otwarte drzwi? Nie uciekną?
- Nie, spokojnie. Ja już i tak je zamykam - odparłam i przyglądałam się jak za każdym razem kiedy mężczyzna przechodził obok mojego pokoju zapuszczał dyskretnego żurawia do środka.
Śmiałam się z "szalonych kocich mam", a niechcący chyba sama stałam się "szaloną szczurzą mamą".
Czuję jak deratyzator puka do mych drzwi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

