Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 7 czerwca 2019

Przyjaciółka

Na pewno słyszeliście powiedzenie: 
"Nie pal za sobą mostów, bo nie wiadomo czy tą samą drogą nie przyjdzie Ci kiedyś wracać."
Moim zdaniem istnieją mosty które należy spalić właśnie dlatego żeby nie korciło po nich wracać.

Przez ostatnich siedem lat miałam przyjaciółkę (chyba można ją tak nazwać).

To jak się zaprzyjaźniłyśmy nie było jasne dla żadnej ze stron. Po raz pierwszy poznałyśmy się w podstawówce. Byłam nowa, przeprowadziłam się z Poznania, ale mieszkałam już tutaj wcześniej. Nie cierpiałyśmy się wtedy. Ona unikała mnie, a ja jej. 
Ja byłam grzecznym prymusem z warkoczykami, ona buntowniczką we fryzurze członka Tokio Hotel, sprawiającą problemy i uciekającą z zajęć. 
Po raz kolejny spotkałyśmy się w liceum. Trafiłyśmy do tej samej klasy i wydawało mi się, że znacząco się zmieniła. Zaczęłyśmy się przyjaźnić mimo znaczących różnic, w myśl zasady kto się czubi, ten się lubi.
Mieszkałyśmy blisko siebie. To chyba jedyna rzecz jaka nas łączyła.
Ona uwielbiała romansidła, na które nie byłam w stanie patrzeć bez odruchu wymiotnego i pełnego cringe'u.
Ja wolałam horrory, na których ona miała zamknięte oczy, bo przerażał ją każdy ruch postaci.
Ona najbardziej ceniła wygląd, ja charakter i poczucie humoru.
To w jakiś sposób działało. Kiedy chodziłyśmy do siebie na filmowe nocki, każda z nas wybierała po jednym filmie i umierała na wyborze drugiej strony.
Kompromis.
W kinie byłyśmy na wszystkich częściach "50 twarzy Greya" mimo, że za każdym razem miałam ochotę wygryźć fotel albo opuścić swoje miejsce w trybie natychmiastowym. Nie potrafiłam tego znieść. Dobrnęłam tylko do połowy książki, a gra aktorska i cały scenariusz przyprawiał mnie o ból głowy. 
Ona była zachwycona. Nalegała i szantażowała mnie tak długo, aż nie wyciągnęła ode mnie obietnicy, że z nią pójdę.
W końcu o gustach się nie dyskutuje.
Mnie natomiast udało się wyciągnąć ją na horror raz. Poszłyśmy na "Annabelle 2" i kiedy ja wraz z połową kina zanosiłam się śmiechem widząc przerobione milion razy jumpscare'y i "kiedy się odwrócę, antagonista/potwór będzie za mną" - cliché, ona wychodziła duszą z ciała, starając się nie patrzeć na ekran.
Postanowiłam więcej jej nie torturować mimo, że ona nie miała zamiaru przestać torturować mnie.
Właściwie nie miałyśmy wspólnych zainteresowań, a tematy naszych rozmów ograniczały się do szkoły i tego którego nauczyciela nienawidziłyśmy najbardziej.
Po liceum każda z nas wybrała inną drogę.
Ona poszła do pracy, a ja - na studia. Dalej mieszkałyśmy blisko siebie, więc spotykałyśmy się na spacerach, lub rozmawiałyśmy godzinami przez telefon. Nie było dnia żebyśmy nie przegadały chociaż godzinki.
W tamtym czasie miałam już psa i moje pierwsze, szczurze stado. Ona też miała zwierzęta klatkowe, oraz psa. 
Kiedy prosiła mnie o wyjście, starałam się być dyspozycyjna. Byłam w stanie przełożyć pewne rzeczy zakłócające spotkanie. Jeśli szłyśmy na spacer, brałam ze sobą psa ponieważ nie przeszkadzał nam w niczym, a przy okazji zaliczał swoją dawkę ruchu.
Kiedy ja prosiłam ją o wyjście, musiałam czekać na odpowiedź. Nawet jeśli się zgadzała, doliczałam piętnaście minut rezerwy bo wiedziałam, że się spóźni. Nigdy nie była punktualna.
Jej zwierzęta miały stałe pory posiłków i trzy wybiegi po dwie godziny dziennie o stałych porach. Rozumiałam to, w końcu sama miałam zwierzęta. Umówienie się z nią graniczyło jednak z cudem, ponieważ należało wstrzelić się w okienka kiedy akurat się nimi nie zajmowała.
Kiedy ja nie mogłam wyjść - była awantura i obrażanie się.
Kiedy ona nie mogła wyjść - odpowiadałam, że nie ma sprawy i słuchałam przez słuchawkę, że mam przestać się obrażać bo ona słyszy to w moim tonie głosu. Mimo, że nigdy się o takie sprawy nie obrażałam. Chyba brała to za pewnik, podyktowany doświadczeniami własnego zachowania.
Podczas kłótni zawsze wyciągała rzeczy które powiedziałam jej w tajemnicy, albo których nie powinna w ogóle wyciągać. Słyszałam, że wszędzie wlekę ze sobą psa, chociaż sama miała ścisły grafik dotyczący swoich zwierząt.
Kończyło się na tym, że przepraszałam. Mimo, że w większości przypadków nie miałam za co. Chciałam po prostu spokoju i byłam skłonna przyznać się nie do swojego błędu.
Nasze kłótnie były u mnie bezpieczne. Nikomu o nich nie mówiłam i nie wyciągałam ich w przyszłości. 
Ona musiała o nich opowiedzieć ludziom w pracy, a kiedy nie uzyskiwała ich poparcia i aprobaty, mówiła o nich randomowym osobom na GG. Jestem całkowicie poważna, wpisywała dowolny numer na komunikatorze i żaliła się obcym osobom z prywatnych problemów.
Nie wnikałam. Każdy ma własny sposób na radzenie sobie z problemami.
Zauważyłam też, że jest coraz bardziej zazdrosna. Uważała, że jeśli poszłam na studia to poznam tam nowych ludzi i o niej zapomnę. Zapewnianie, że tak nie będzie przynosiło rezultat tylko na chwilę. 
Nie chciała poznać moich znajomych, chociaż zapraszałam ją na spotkania za każdym razem. Ja natomiast bardzo chciałam poznać osoby z jej otoczenia które o mnie wiedziały pewnie więcej, niż ja kiedykolwiek mogłam dowiedzieć się o nich. Odwoływała każde spotkanie i zaczęłam podejrzewać, że się mnie wstydzi.
Musiałam się tłumaczyć z każdego wyjścia. Zachowywała się jak chorobliwie zazdrosna żona.
Godzinami słuchałam o tym, że nie powinnam wychodzić ze znajomymi, bo to nas od siebie odsuwa. Logicznym dla niej było, że skoro ona nie chce iść na spotkanie, ja również nie powinnam tego robić. Często odwoływałam takie wyjścia żeby spędzić czas z nią.
Strzelała fochy kiedy poszłam ze znajomymi do kina, ponieważ ona nie chciała iść ze względu na rodzaj filmu. Obrażała się kiedy nie zawsze mogłam odebrać telefon i urządzała ciche dni kiedy okazywało się, że schudłam parę kilo.
Obie miałyśmy problemy z wagą. Nie walczyłam z tym. Czasem coś traciłam, czasem przybierałam. Nigdy nie mogłam jednak zrzucić więcej niż ona. To byłoby powodem do sprzeczek.
Zaczęła odchudzać się zaraz przed moimi urodzinami. Wtedy jeszcze urządzałam kameralne imprezy dla kilku osób. Nie jadła frytek, ciasta, ani lodów, bo się odchudzała. Musiała też wyjść wcześniej mimo, iż obiecała zostać na noc. Przełożyła sobie zmianę w pracy żeby następnego dnia zdążyć na paznokcie i zrobienie brwi do salonu.
Założyła konto na portalu randkowym. Była bardzo wybredna i odrzucała większość kandydatów ze względu na ich wygląd. Sama jednak nakładała tony make-up'u i szykowała się godzinami do sesji selfie, z której mogła wybrać tylko to jedno, jedyne zdjęcie.
Kiedy powiedziałam jej, że przecież i tak kiedyś będzie musiała się z wybrankiem spotkać i on zobaczy, że nie rozmawia z tą samą dziewczyną którą widział na zdjęciu - obraziła się. Twierdziła, ze wygląda tak samo jak na obrobionych fotografiach i zazdroszczę jej dbania o siebie.
Nie znosiła szczerości, chciała poklasku.
Zadając mi pytanie czy dobrze w czymś wygląda nie oczekiwała, że odpowiem szczerze. "Tak", "Nie", "Może załóż coś innego, ta spódnica jest stanowczo za krótka i wyglądasz w niej jak desperatka". Ponoć po prostu byłam zawistna.
Godzinami słuchałam o tym, że facetom chodzi tylko o jedno i dlaczego ona nie może znaleźć kogoś normalnego.
Odpowiadałam, że nie szuka normalnych. Szuka księcia z bajki na białym koniu, z sześciopakiem na brzuchu i milionami w portfelu.
Zgadliście - obrażała się.
Kiedy dowiedziała się o blogu, wyśmiała go. Uznała, że szukam atencji i te historie nie są warte czytania. Twierdziła, że tracę czas. 
Dała mi nawet radę - usuń go i przestań się ośmieszać.
Podziękowałam za radę i postanowiłam się do niej nie dostosowywać. Afera była nieunikniona.
Kiedy zachorowała, w szpitalu odwiedzali ją tylko rodzice i ja. Miała pretensje, że nie przychodzę częściej. Trwała jednak sesja i wracałam do domu późnymi wieczorami, kompletnie wykończona. Nie byłabym w stanie chodzić do szpitala codziennie. Dreptałam tam jednak za każdym razem kiedy poprosiła mnie o zakupy w sklepie, czy rozmowę.
W końcu przyjaciółce się nie odmawia.
Dowiedziałam się, że się głodziła. Była tak zdesperowana żeby schudnąć, że okłamywała wszystkich (włącznie z lekarzami) i przez cały dzień wrzucała w siebie tylko kawę i kilka wafli ryżowych. Wmawiała mi, że je obiady, oszukiwała mnie. Dowiedziałam się o tym od jej koleżanki z sali i poczułam się zdradzona. Próbowałam jej wytłumaczyć, że nie tędy droga i głodząc się tylko spowalnia swój metabolizm. Przekonywałam ją, że robi sobie krzywdę i są dużo lepsze metody które przynoszą szybkie efekty. Pytałam czemu odrzucała każdą moją propozycję wyjścia na siłownię, czy bieżnię. Mogłyśmy chodzić na dłuższe spacery jeśli nie znosiła wyczerpującego ruchu.
Wpadła w szał, kazała mi się nie wtrącać i wyrzuciła mnie z sali.
Napisałam do jej rodziców, ponieważ się o nią martwiłam. Poprosiłam żeby przyjrzeli się temu co je i porozmawiali z jej lekarzem.
Nawrzucała mi za to w sms-ach i kazała zniknąć z jej życia. Twierdziła, że tak nie zachowuje się przyjaciel, że przyjaciel powinien stać za nią murem i ją wspierać.
Moja definicja przyjaźni nie była jednak oparta na "skacz za nią z mostu", tylko "jeśli będzie na tyle głupia żeby skoczyć z mostu, musisz zrobić wszystko żeby ją powstrzymać i ratować jej tępe dupsko".
W kolejnych dniach usiłowałam porozmawiać z nią na spokojnie, ale nie odpisywała na wiadomości i nie odbierała telefonów.
Kilka dni później spytała mnie czy mogę zrobić jej zakupy. Uznałam to za swoiste "przepraszam" i podjęcie próby wrócenia do regularnych posiłków.
Kupiłam wszystko z listy i zaniosłam do szpitala. Zabrała siatki, podziękowała i pomaszerowała na górę, ponieważ za chwilę miała dostać kroplówkę.
Kiedy wróciłam do domu spytałam w wiadomości jak się czuje. Nie odpisała, ale pomyślałam, że zasnęła. W kolejnych dniach widziałam jak odczytuje moje wiadomości, ale na żadną z nich nie odpowiada.
Spytałam czy ma zamiar mnie ignorować i pisać tylko kiedy będzie czegoś potrzebować. W odpowiedzi otrzymałam pełną zażaleń wiadomość z której dowiedziałam się, że ona teraz nie może się denerwować i że moje wieczne pretensje jej nie pomagają. Kazała mi do siebie nie pisać.
Odpuściłam, chociaż żadnych pretensji w moich wiadomościach nie było.
Dałam jej tydzień. Skoro nie chciała ze mną rozmawiać, postanowiłam dać jej przestrzeń. Po tygodniu obserwacji jak na portalach społecznościowych oznacza swoich "najlepszych przyjaciół" z pracy, których wcześniej przy mnie obgadywała i określała jako najgorszych, napisałam.
Słuchałam pretensji, że nie interesowałam się nią przez cały tydzień.
Zgłupiałam. Tłumaczyłam jej, że przecież taka była jej decyzja, że chciała spokoju i ja jej go dałam. Rozłączyła się.
Po jej wyjściu ze szpitala rozmawiałyśmy jeszcze w cztery oczy, ale to nie było już to samo. Dyskusja wydawała się wymuszona i miałam wrażenie, że ona wolałaby być gdziekolwiek indziej, byle nie tu. Było dla mnie oczywistym, że dalej jest obrażona i winą za to obarcza mnie.
Jak zwykle.
Na spokojnie poruszyłam temat jej oszustw z jedzeniem, traktowania mnie jak powietrze, chorobliwej zazdrości. Usłyszałam:
"Ja już taka jestem i się nie zmienię. Jeśli kiedykolwiek miałabyś kogoś na stałe, to nie mogłabyś się już ze mną przyjaźnić, bo ja bym się czuła odrzucona. Jak Ci to nie pasuje to odejdź".
Nie wierzyłam w to co słyszałam. To nie była ona, ktoś musiał ją podmienić. Co się z nią stało?
Wtedy dotarło do mnie, że to właśnie cała ona, że była taka od początku tylko albo tego nie zauważałam, albo nie chciałam zauważyć. Dużo łatwiej było to wyprzeć. Myślałam, że człowiek dąży do samodoskonalenia, że chce zmieniać swoje wady i złe nawyki. Zrozumiałam jednak, że niesprawiedliwym byłoby  wywierać na niej presję zmiany tylko dla mojego dobra. Odpowiedziałam, że w takim razie chyba odejście będzie najsensowniejszym rozwiązaniem dla nas obu. Zgodziła się i każda z nas poszła w swoją stronę.
Bardzo szybko znalazła sobie mój substytut. Nowi przyjaciele nie przychodzili jej odwiedzać, ani nie martwili się stanem jej zdrowia, jednak mieli wspólne zainteresowania i mogli chodzić razem na zakupy, także win-win.
Nie rozmawiałyśmy od miesięcy.
Ostatnio mijałyśmy się na ulicy. Powiedziałam "cześć" jej i "dzień dobry" jej mamie, ale odpowiedź padła pod nosem, bez kontaktu wzrokowego i tak jak odpowiada się natrętnemu sąsiadowi.
Na początku zastanawiałam się co zrobiłam źle. Zakładałam, że to ja schrzaniłam sprawę i chciałam ją koniecznie naprawić. W końcu przyjaciółka wielokrotnie pomagała mi kiedy trzeba było przypilnować Morfiny przez kilka godzin, albo zawieść ją do weterynarza, czego ja nie mogłam zrobić ze względu na brak samochodu w rodzinie. Nie mogłam być taka niewdzięczna.
Jednak tak naprawdę zawozili mnie jej rodzice, ponieważ ona mimo posiadania prawa jazdy bała się samochodu. Poza tym była to usługa wymienna. Ja przychodziłam podawać zastrzyki jej zwierzętom żeby nie musiała z nimi codziennie odwiedzać kliniki i przy okazji zaoszczędziła kilka groszy. Chodziłam tam nawet kiedy nie czułam się pewnie, ponieważ groziła, że więcej się do mnie nie odezwie jeśli ją w tamtej chwili zostawię.
Pilnowałam też jej domu kiedy wyjeżdżała z całą rodziną na kilka tygodni. Podlewałam kwiaty, wietrzyłam mieszkanie żeby nie zatęchło, siedziałam wieczorami z zapalonymi światłami żeby potencjalni złodzieje nie widzieli pustego mieszkania.
Kiedy moja babcia była w złym stanie i wymagała całodobowej opieki, to właśnie ona wyrzucała mi, że nie potrafię się postawić rodzinie i przez to nie mam na nic czasu. Kiedy odmówiłam jej wyjazdu na basen, bo musiałam zajmować się babcią - obraziła się.
Następnego dnia babcia już nie żyła.
Nie usłyszałam przepraszam, nigdy go nie usłyszałam.
Wierzę, że w każdym konflikcie winne są obie strony. Na pewno nie byłam bez skazy i może czasem zbyt surowo oceniłam jej ubiór czy zachowanie. Doszło do mnie jednak, że ta przyjaźń była toksyczna od samego początku. Odrzucała możliwość istnienia kontaktów z innymi ludźmi, nawet rodziną. Nie było w niej niczego zdrowego mimo, że czasem dobrze spędzałyśmy razem czas.
Jestem wdzięczna za wszelką pomoc przy Morfinie i zawsze będę. Niezależnie od tego jaki mamy do siebie stosunek druga strona zawsze może liczyć na moją pomoc przy zastrzykach jeśli będzie to potrzebne, ponieważ zwierzęta nie są niczemu winne. Ze względu na swoją upartość i honor nie poprosi o nią. Będzie wolała zawieść zwierzęta do kliniki. 
Ja zapewne nie mogłabym liczyć już na żadną pomoc i jest to dla mnie zrozumiałe.
Podczas tego ostatniego, niewinnego wyminięcia na ulicy dotarło do mnie, że teraz jesteśmy sobie obce. Pomimo siedmiu lat znajomości, według niej powinnyśmy udawać, że się nie znamy. 
Jeśli tak ma być, to w porządku.
Wcześniej miałabym do siebie żal za pisanie o tym publicznie. Zachowuję jednak anonimowość tej osoby i biorę pod uwagę fakt, że ona w przeszłości nie miała oporów rozmawiać o mnie z obcymi ludźmi. Według jej zasad jest to więc w porządku.
Nie czuję się winna i nie czuję do niej żalu.
Czasem jesteśmy zaślepieni wizją kogoś jaka istnieje w naszym sercu i zakrywa nam jego faktyczny wizerunek, podsuwany przez naszą głowę.
Nie warto tkwić w toksycznych związkach, przyjaźniach, czy środowisku ogółem.
Lepiej dojrzeć do tego później niż wcale.
Zatem spaliłam ten most. Most po którym nigdy nie powinnam wracać i w którego stronę nie powinnam nawet patrzeć. Ten most zgnił już dawno temu i prędzej czy później zawaliłby się pode mną, zrzucając mnie w przepaść.
Nie żałuję.

P.S. Jeśli to czytasz, bo wiem, że mimo nienawiści do bloga czasem na niego spoglądałaś żeby móc mi potem rzucić jego "bezsensownością" w twarz, to chciałabym Ci coś powiedzieć.
Mam nadzieję, że wiedzie Ci się jak najlepiej. Nigdy nie życzyłam Ci źle i teraz też tego nie robię. Może teraz jesteś szczęśliwsza. Może ja w pewnym stopniu byłam też toksyczna dla Ciebie. Wiem, że pewnie nie czujesz się temu winna, bo według Ciebie wina nigdy nie leżała po Twojej stronie i to też jest w porządku. W końcu "Ty to Ty" i "nigdy się nie zmienisz".
Gdybyś jednak miała problem ze zwierzętami i potrzebowała pomocy nie wahaj się zapytać. Nie musimy ze sobą rozmawiać. Mogę przyjść, zrobić co potrzeba i wyjść bez słowa. To nie jest też kwestia honoru, zachowujmy się jak dorośli którymi jesteśmy.
Ten most jest spalony, ale zawsze można położyć jednorazową kładkę która po chwili zostanie zdjęta. Ta kładka jest jednak dostępna tylko w sprawach zwierząt.
Życzę zdrowia i mówię to całkowicie szczerze.
Pozdrawiam, (ex) przyjaciółka.

czwartek, 6 czerwca 2019

Odzienie wierzchnie to przeżytek

Chyba nigdy nie zrozumiem fenomenu ludzi którzy do komunikacji miejskiej wsiadają jakby wchodzili do sauny.
Prawdopodobnie wiecie o kim mówię. Są to panowie (na panie jeszcze nie natrafiłam), zazwyczaj grubo po czterdziestce, o budowie ciała od "ostatni raz jadłem w czterdziestym szóstym", po Thora w "Endgame". Nigdy nie jest to jednak klata zwykłego Thora.

Pomijając już kwestie wizualne, bo zarówno bojlerki jak i obwisłe skórki nieszczególnie mają się czym pochwalić (to też kwestia gustu), to wparadowanie do autobusu w samych gaciach jest mało praktyczne. Mówiąc "w gaciach" mam na myśli zwykłe bokserki, aczkolwiek zdarzało się, że i bardziej skąpą bieliznę. Gdyby to chociaż były shorty...
Cieszy mnie, że panowie nie wstydzą się swoich ciał i nie mają na ich punkcie kompleksów, ale dobry władco chroń nas przez tymi ludźmi, którzy kiedy tylko ujrzą na termometrach coś więcej niż 20 stopni postanawiają, że ubranie nie jest im więcej potrzebne, bo przecież ciepło i po co się człowiek ma pocić. Problem polega na tym, że człowiek i tak się poci. Niezależnie od tego czy jest odziany, czy też nie.
Autobus latem to jedna, wielka puszka śmierci, w której panuje temperatura zawsze wyższa co najmniej o 5 stopni od tej którą można cieszyć się na zewnątrz. Co za tym idzie, wszyscy oswobodzeni z ubrań panowie zmieniają się nagle w małe syrenki, na których można urządzać wyścigi kropel potu spływających po plecach. To chodzące naklejki. Przylepce, które będą kleić się do wszystkiego co znajdzie się na ich orbicie: rurki, kasownika, szyby, innego człowieka. Jest to mało komfortowe dla reszty pasażerów, zwłaszcza tych w bezpośrednim otoczeniu. Autobusy bywają naprawdę upchane i zapewne nikt nie ma ochoty przytulać się do obcego, spoconego faceta po którym płynie Niagara przy trzydziestu pięciu stopniach.
To nie jest jednak istotne, bo i tak nie ma się wyjścia, a Ci ludzie są wszędzie. Jeśli miałabym napisać co zdziwiło mnie w takim typie ludzi najbardziej, to powiedziałabym, że mocno starszy pan w spodenkach Sabrinkach (dla nieświadomych, to te spodenki co zakrywają mniej niż bielizna i uwalniają połowę pośladków) z taką ilością luźnej skóry, że można było sobie z niej robić zakładki i łabędzie origami. Musiał schudnąć co najmniej 40 kg.
Pamiętam, że kiedy go ujrzałam nie mogłam odwrócić wzroku mimo, że zniesmaczał mnie ten widok. To tak jak patrzeć na nagrania z paskudnej operacji - nie chce się tego widzieć, ale jednocześnie nie można się  powstrzymać. To wydarzenie zostawiło na mnie głęboki ślad i podejrzewam, że tego człowieka będę pamiętać jeszcze na łożu śmierci.
Z jednej strony jestem wdzięczna, że Ci ludzie uznają chociaż dolne odzienie (w mniejszy lub większy sposób, ale uznają). Byłabym jednak bardziej wdzięczna gdyby dorzucili do kompletu jeszcze koszulkę. Najcieńszą, najbardziej przewiewną koszulkę jaką znajdą, ale jednak koszulkę.
Po pierwsze wcale nie byłoby im w niej dużo cieplej, po drugie nie miałabym ochoty wypalić sobie oczu po jednym przejeździe przez dwa miasta, po trzecie powierzchnia lepiąca zostałaby znacznie ograniczona i zwiększyła komfort przejazdu pozostałych pasażerów.
Mam też kompromis dla bardziej opornych nudystów z cenzurą. Topy. Jeśli już koniecznie coś musi się wietrzyć, to stanowczo lepszy od full negliżu jest styl na Kubusia Puchatka i odkryty brzuch. 
Jest to już jakaś opcja. Nie satysfakcjonuje ona nikogo, ale po tym można poznać dobry kompromis.
Przysięgam, że jeśli spotkam jeszcze jednego rozebranego w autobusie to osobiście ubiorę go w to co będę akurat miała pod ręką - fartuch, worek na śmieci, szarą taśmę izolacyjną, albo po prostu wręczę dyszkę i poproszę o taniec na rurze. Stylizacja jest gotowa, a i sprzętu w komunikacji miejskiej nie brakuje, więc do dzieła kowboju.

środa, 5 czerwca 2019

Tężnia solankowa

Niedawno w naszym mieście postawiona została tężnia solankowa.



Dla nieświadomych jest to taka duża konstrukcja z drewna i gałęzi która obecnie służy jako olbrzymi inhalator, dookoła którego ustawione są ławki.
Pomimo tablicy z zasadami mówiącymi o przebywaniu w pobliżu tężni maksymalnie pół godziny dziennie ze względów zdrowotnych, zawsze znajdą się ludzie którzy nie posiedli umiejętności czytania ze zrozumieniem i w myśl "im więcej, tym lepiej" przebywają na ławkach całymi dniami. Od siódmej rano do siódmej wieczorem można spotkać ich z nosem przy samej ściance, wciągających aerozol z soli jak dobrą kokainę. Tacy ludzie uważają dobro publiczne za własne, a miejsce na ławce za prywatne, przyznane dożywotnio przez zasiedzenie.
Tężnia jest oblegana jak każda nowa atrakcja i z czasem ludzie się do niej po prostu przyzwyczają. Stoi ona jednak w centrum "pająka" którego odnogi prowadzą zarówno do sklepów, jak i parku, siłowni, oraz psiej górki. Chcąc, nie chcąc, żeby dostać się do tych miejsc trzeba przejść obok tężni, albo zasuwać zarośniętym trawnikiem.

Jako, że kleszcze tylko czekają na taką okazję w trawach po pas, decyduję się przejść chodnikiem w drodze do psiego pola. Tuż obok człapie Morświn na smyczy. 
Wokół tężni tłumy. Wszystkie ławki zajęte. Ludzie którzy się nie załapali stoją obok. Wszystko oblężone jest po obu stronach konstrukcji.
Na drewnianym ruszcie siedzą dzieci i usiłują wepchnąć coś w szpary podłogi którymi przepływa woda. Najwidoczniej rodzice w nosie mają wielki znak "Nie dotykać elementów urządzenia".
- Ej, wyjdź z tym psem - słyszę głos z tłumu. Rozglądam się dookoła szukając innych psów, ale zdanie wypowiedziane było chyba do mnie.
- Słucham? - pytam żeby zidentyfikować źródło głosu.
- No gdzie z tym psem leziesz? - odpowiada mężczyzna topless. Skóra pokryta dziarami w stylu "Tylko Bóg może mnie oceniać" i "Bóg, Honor, Ojczyzna", oraz pet w ręce uświadamiają mi, że nie powinnam wdawać się w polemikę.
Ktokolwiek pali papierosy pod samą tężnią przeczy zasadom logiki i zdrowego rozsądku.
- To chyba nie jest pana sprawa gdzie "z psem lezę" - odpowiadam i kontynuuję marsz. Mężczyzna nie daje mi jednak odejść. Ciumkając peta podchodzi bliżej (chyba myśli, że robi na mnie wrażenie jego kurczęca sylwetka) i rzuca:
- Moja sprawa właśnie. Regulamin czytała? Z psami nie wolno.
- Czytała - odpowiadam - Z psami nie wolno przebywać na terenie tężni. Terenie który obejmuje konstrukcję, ławki i określoną średnicę pająka. Chodnik którym się poruszam już się do tego terenu nie wlicza. 
- Ale tu się moje dzieci bawią!
- Właśnie widzę. W regulaminie zdaje się jest zapis o nie wrzucaniu niczego do odpływów tężni, jak również o zakazie dotykania elementów konstrukcji. Ten papieros zdaje się też jest wbrew zasadom, nie wspominając o tym, że przeszkadza pan osobom dookoła, włączając w to pana dzieci. Tu się ludzie przychodzą inhalować solanką, a nie Viceroyami.
Gość rzuca peta na ziemię, gasi go butem i podchodzi bliżej, stanowczo zaburzając już moją osobistą przestrzeń. Wygląda jakby chciał mi przyłożyć.
- Jednocześnie przypominam, że tuż za nami znajduje się monitoring i kamera na której dokładnie będzie widać zarówno pana twarz, jak i twarze pana pacholąt. Może pan pomachać do straży miejskiej - mówię zanim człowiek zdąży zrobić kolejny krok.



Mężczyzna mierzy mnie spojrzeniem, spogląda w oko miejskiej kamery i wraca do mnie.
- Wypier*alaj z tym psem, ale w podskokach.
- Zaraz jak tylko podniesie pan to co pan upuścił i zabierze dzieci z dala od tężni. Ławki są wystarczająco blisko urządzenia.
Nie wiem dlaczego to powiedziałam. Czuję jednak jak słowa same opuszczają moje gardło i nie mam nad nimi pełnej kontroli. Nie powinnam w ogóle dyskutować z tym człowiekiem. Powinnam odejść i dać spokój. Jednak stoję w jednym miejscu i mierzę się z mężczyzną spojrzeniem, trzymając psa lekko za sobą na wszelki wypadek.
- Pani ma trochę racji - odzywa się staruszek z laską, zajmujący jedno z ławeczkowych miejsc - Przy dzieciach pan w ogóle nie powinien palić. To niezdrowe jest.
Gość jest zmieszany. Teraz nie wie już na kogo patrzeć. Rzuca do staruszka:

- Zajmij się pan swoimi sprawami - po czym wraca do dzieci, oglądając się na mnie z miną godną teatralnego aktora.
Gdyby tylko spojrzenie mogło zabijać.

Nie ruszam się z miejsca. W jakiś sposób strasznie przeszkadza mi ten pet na ziemi i dzieci bawiące się w wodzie. Wcześniej nawet nie zwróciłabym na to uwagi, ale teraz mnie to drażni.
- Czego tam jeszcze stoisz? - woła mistrz gołej klaty, więc odpowiadam z uśmiechem.
- Czekam aż pan to podniesie i zabierze dzieci z rusztu.

- To się ku*wa nie doczekasz. Wypier*alaj.
- Ej, ale jak się pan odzywa do kobiety? - kontynuuje staruszek. Nie znam go, ale czuję, że jesteśmy w tej samej drużynie. 
- A bo mnie wku*wia.
Czas mija. Dzieci dalej się pluskają, gość szpera po kieszeniach, wyciągając i chowając paczkę papierosów, a ja dalej stoję w tym samym miejscu, patrząc na niego. Wiem, że to co robię może podpadać pod prowokację, ale trafił na mój gorszy dzień. Jestem uparta. Będę tu stać choćby do wieczora.
Mężczyzna ma wielką ochotę zapalić. Widzę to po chodzących nogach, nerwowości i pocieraniu rękami o spodnie. Przebywam w otoczeniu palaczy, widziałam to miliony razy.
- Czego tam stoisz? - słyszę po raz szósty i przypomina mi się fragment odcinka "Miodowych lat" który widziałam wielokrotnie w przeszłości.



Mimowolnie się uśmiecham i prawdopodobnie wyglądam teraz jak socjopata, szczerząc się do wkurzonego mężczyzny. Jego nałóg wygrywa z silną wolą i chęć zapalenia wyciąga z tężni zarówno jego, jak i jego dziatwę.
Peta oczywiście nie podnosi. To by uwłaczało jego godności.
Sama go podnoszę i wrzucam do kubła na śmieci. Gdyby tam został nie dawałby mi spokoju.
Jeśli tylko Bóg może oceniać tego mężczyznę, to mam nadzieję, że spojrzał na niego, pokiwał głową i stwierdził, że w przyszłym wcieleniu będzie właśnie psem. Jeśli natomiast nie planuje reinkarnacji, to może chociaż podsunięcie mu Xenny Extra zamiast cukierków pozwoliłoby temu panu na samotną kontemplację na tronie filozofów i dojście do jakiś życiowych, głębokich wniosków.

wtorek, 4 czerwca 2019

Wychowanie dwubiegunowe

Na naszym osiedlu mieszka pewna rodzina. Młode małżeństwo z kilkuletnią córeczką. Rodzice dziewczynki mają skrajnie różne podejście do wychowania dziecka i mam wrażenie, że powodowało to u niej dezorientację do momentu w którym nauczyła się rozróżniać zasady jakie panują przy tacie, a jakie przy mamie.
Matkę dziewczynki można określić jako bardzo zapobiegawczą i nieco nadopiekuńczą. Przede wszystkim jest jednak osobą z obsesja na punkcie czystości i zarazków. Pod ręką zawsze znajduje się Asept, żel dezynfekujący, nawilżone chusteczki i cała pozostała apteczka. Dziecko przy rodzicielce chodzi w ślicznych, pastelowych sukienkach i warkoczyku.
Mama zabrania jej jednak się brudzić, przez co dziewczynka nie może bawić się na placu zabaw (w piasku załatwiają się koty, a przecież Toksoplazmoza czyha), biegać z innymi dziećmi (jeszcze się przewróci i ubrudzi), ani dotykać psów (nosicieli zarazków i pcheł). Młoda przy mamie nie je też czekolady ani lodów żeby nie pobrudzić sukienki i świat zwiedza głównie na rękach rodzicielki.
Kiedy dziecko pewnego razu przewróciło się i zdarło kolano (nic groźnego, zdarty naskórek) jej matka przeniosła ją w panice na ławkę i zaczęła wykonywać serię skomplikowanych zabiegów dezynfekcyjno-zabezpieczających. Po przeprowadzonej operacji dziewczynka została popsikana połową apteki, owinięta gazą i plasterkami w Barbie, po czym wylądowała w objęciach matki i już ich nie opuściła.
Ojciec małej ma zupełnie inne podejście do sprawy. Dziecko wydaje się przy nim szczęśliwsze. Również chodzi w sukienkach, ale przy mężczyźnie widziałam ją też w dresach i skarpetkach nie do pary. Ma pozwolenie na zabawę z innymi dziećmi, wtulanie się w psy (nawet te zabrudzone), skakanie po kałużach i wcinanie lodów cała twarzą. Po spacerze z tatą wygląda jak ja, kiedy wracałam do domu po całym dniu zabawy na żużlu - obdarta, brudna od stóp do głów, zasapana i z piaskiem we włosach. Nadawałam się wtedy tylko do przeniesienia z wycieraczki prosto do wanny. Na rany i otarcia tatuś ma prostą metodę - podmuchać, pocałować i wypuścić. Jeśli rana krwawi - przemyć wodą utlenioną i wypuścić. Jeśli są siniaki - spytać czy udało jej się złapać zająca i wypuścić.
Dziecko jest dwoma różnymi osobami w zależności od tego z kim przebywa.

Przy mamie - młoda dama, która herbatę pija przez słomkę, a po każdym dotknięciu klamki przeciera ręce chusteczką.
Przy tacie - córka wojny, mistrzyni zamku z piasku i poskromicielka ubłoconych psów.
Kiedyś dziecko zdenerwowało się o coś na mamę i wyrzuciło jej w twarz co myśli o zasadzie "psów się nie dotyka, bo są brudne".
- One są czyste, tatuś mi pozwala - wypowiadała stojąc przed rodzicielką z nieukrywanym oburzeniem.
- Są brudne i mogą mieć pasożyty.
- Tata ma rację!
- Z czym?
- Z tym, że dziczejesz na starość.
- Doprawdy? - zdziwiła się matka - A co jeszcze ciekawego tatuś Ci mówi na mój temat?
- Że zaczynasz zrzędzić jak babcia - kontynuowała dziewczynka nie widząc, że pakuje ojca w pułapkę.
- Tak?
- Tak! I że Twoje perfumy tyle kosztują, a pachną jak jej szafa!
Kobieta pokiwała w zastanowieniu głową, wypowiedziała sakramentalne "No to ja już sobie z tatusiem porozmawiam w domu" i zwinęła potomstwo na ręce.
Ktoś tu zdaje się będzie miał ciche dni...

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Jak pisklę kawki zdominowało mi psa

Morfina jest psem który w miejscach dozwolonych chodzi bez smyczy. Jeśli teren jest oddalony od ulicy, nie ma na nim zbyt wielu ludzi i innych zwierząt, Świniak hasa sobie na waleta w samej obroży. Pozwalam jej na to, ponieważ pomijając zaćmienia komórek mózgowych spowodowane przegrzaniem, czy panem rozdającym ciasteczka, włosiane wie co znaczy "stój", "zostaw", czy "do mnie". Latem przekaz jest dużo wolniejszy niż zimą. Powodem są wysokie temperatury, które wydłużają drogę z odbiornika (ucha) do analizatora (mózgu) i powodują opóźnioną reakcję hamowania napędu na cztery. Kiedy temperatura wzrasta powyżej dwudziestu stopni Morfina włącza tryb oszczędzania energii i z przymrużonymi oczami człapie przed siebie dopóki nie przyciągnie jej jakiś zapach, albo nie usłyszy komunikatu o podjęciu manewru skręcania.
Nie jest zainteresowana zabawą, krzyczącymi dziećmi, ani deszczem meteorytów. Jedyne co ją obchodzi to ławeczka i kępki trawy które można namiętnie przeżuwać w drodze do ławeczki.

Słoneczko - wróg kokosowej princessy numer jeden, jest nieubłagane i już od siódmej rano przypieka swym brakiem miłosierdzia stworzenia futrzane. Morfi w trybie zombie maszeruje łapa za łapą, upewniając się raz na jakiś czas czy na pewno podążam tuż za nią. Smycz nie jest potrzebna. Ludzie nie wypełzli jeszcze ze swoich nor, psów dookoła brak, a topiąca się pianka nie wygląda jakby miała chęć się oddalić bez pozwolenia.
Ciszę przerywa rozdzierający krzyk. Zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Skrzek ewidentnie dobiega z góry. Podczas kiedy ja inwigiluję okoliczne dachy, mój puchaty towarzysz drepcze dalej, nie przejmując się odgłosami z piekieł. Po chwili krzyk powtarza się i narasta do kilku głosów. To kawki. Krążą nisko nad moją głową i lawirują miedzy latarniami. Kiedy dostrzegają wąchającą coś przy drzewie Morfinę teleportują się tuż przy niej, drąc się wniebogłosy. Morświn dostrzegając nieprzychylne zachowanie ptaków odchodzi od drzewa, chcąc uniknąć konfliktów. Skoro to drzewo należy do ptaszków, to ona nie będzie go wąchać. Nie ma problemu.
Czarne ptaki nie przestają jednak krzyczeć i przeskakując na coraz niższe gałęzie zdzierają gardła chcąc odstraszyć bestię której obiektem zainteresowania stała się zauważona ławeczka. Wacie cukrowej nie dane jednak dotrzeć do oazy. Drogę zastępuje podlotek i machając nieukształtowanymi w pełni skrzydełkami podskakuje bliżej psa. Świniak patrzy na małe i rozwrzeszczane i nauczony ustępować wszystkiemu co się rusza zawraca żeby obejść ptaszka. Pisklak nie odpuszcza i chcąc pokazać, że odwagę większą ma od kuperka stroszy te piórka które już mu zdążyły wyrosnąć i z postawą maczo podchodzi do psich nóg. Dwa szybkie dziobnięcia uświadamiają Morfinie, że kawka chce rozlewu krwi i igrzysk. Beżowy pacyfista wykonuje kilka machnięć ogonem i rozpłaszcza się na chodniku, chcąc najwidoczniej poinformować ptaszka, że może sobie zabrać zwycięstwo walkowerem. Czarne i gniewne nie odpuszcza i nokautując mi psa spojrzeniem kobry zaczyna go okładać małym dziobkiem przy aprobacie kraczących kolegów siedzących na drzewie.
Podchodzę do czegoś, co kiedyś ewolucyjnie było potomkiem wilka i staram się odgonić ptasie dziecię, które się znęca nad leżącym.
Ptak na początku próbuje podskakiwać, ale widząc przewagę w wielkości ucieka na bezpieczną odległość, śpiewając pieśń swoich ludzi. Kryzys zażegnany, Morświn wraca do poprzedniej pozycji i maszeruje do ławki, prosząc mnie spojrzeniem o mały postój.
Ptaszek idzie za nami i chociaż pozostaje w bezpiecznej odległości mamy świadomość kto tu jest królem dzielnicy i trawnikowym stróżem prawa.
Takiej potęgi pióra nie okryją.






niedziela, 2 czerwca 2019

Noc szczura i poranek psa

Późną nocą, czy też jak kto woli wczesnym rankiem budzi mnie odgłos perkusji. Zastanawiając się co za pacan uderza w bębny o piątej rano przypominam sobie, że mam szczury. Spoglądam na klatkę w której panuje dzikie party i szczerze mówiąc ciężko mi ogarnąć spojrzeniem to co widzę. 
Maślany kima w misce, podczas kiedy Popcorn usiłuje przewrócić ją do góry nogami razem z bratem, a Karmel szuka szczęścia, łapiąc swoimi długimi łapiszczami za kartonik z karmą znajdujący się poza klatką. Pomimo wybiegu, trzech panów roznosi energia i postanawiają zmienić troszkę aranżację wnętrza. Posprzątana przed dwoma godzinami klatka wygląda obecnie jak wytwór chaosu. Kuweta zakryta kocem, koszyki porozrzucane po całym terenie, szmatki poupychane do tunelu, poidełko trzymające się na słowo honoru, kartonowe pudełko rozerwane na strzępy. Jedzenie wszędzie.
Zupełnie jakbym nie posiadała trzech szczurów, a diabła tasmańskiego, wiewiórkę i koalę.
Kukurydz realizuje swój misterny plan i Masło ląduje poza miską. Deszcz karmy, ziarenka fruwają jak confetti. Odmawiając opuszczenia jedynego sensu swojego życia, tłusty wciska się pod przewróconą do góry dnem miskę, wędrując z nią na plecach po klatce. W tym dziwnym żółwiku wystaje tylko ogon. 
Skarmelizowany odkrywając, że karma jest jednak za daleko, porywa szmatkę i zeskakuje z nią z samej góry, szybując jak na latającym dywanie. Scena z "Al#adyna" zaliczona. Produkcji Walta jednak nie koniec, ponieważ tłusty i pykający bawią się w "Króla l#a" na krawędzi półki. Popcorn ewidentnie odgrywa Skazę i usiłuje zrzucić większego brata (który wciąż jest żółwikiem) z półki. Masło wydając z siebie dźwięki nietoperza zapiera się łapkami i zdaje się nie ma ochoty na szybką podróż na dół.
W tym czasie cukrowy postanawia ponowić próbę zdobycia kartonu. Bierze rozpęd i uderza ciałem w bok klatki. Nie wiem, czy chce przesunąć całą konstrukcję, czy przecisnąć się między szczebelkami, ale ten plan nie ma fizycznych podstaw by zadziałać.
Pisk nasila się i jest dublowany. To Masło ratuje się przed upadkiem wisząc na ogonie brata jak na lianie. Kukurydz nie jest zachwycony i po zmianie planów próbuje jednak wciągnąć brata na górę. Płynne przejście do "Tarza#a".
Kiedy wstaję młodzież zastyga i patrzy na mnie jak na drapieżnika, po czym zaczyna się myć udając, że nic się nie dzieje i oni tu sobie grzecznie siedzą. Karmel łapie ze mną kontakt wzrokowy kiedy jego łapka jest już w połowie za klatką i cofa ją powoli do środka. Metoda na tyranozaura nie działa jednak na ludzi. Człowiek widzi nawet bardzo wolny ruch.
Następuje szybki wymarsz z klatki, błyskawiczne uprzątniecie pozostałości po imprezie i ponowne wpuszczenie szarańczy. Każdy dostaje po orzechu i znęcając się nad nową zabawką udaje się w swój róg klatki. Wolę odgłos uderzania orzechem o pręty i próby rozgryzienia go niż kolejny odcinek "Gwiezdnych W#jen" w wykonaniu gryzoni.
Każdy z nich ma swoją taktykę. Maślany książę wsadza orzech do koszyka i nakrywa go własnym ciałem. Możliwe, że liczy na jego wyklucie. Jeśli tak, to czeka go rozczarowanie. Popcornowa destrukcja, król furii rzuca orzechem po całej klatce i wykonuje na nim chwyty jakich nie powstydziłby się zawodowy wrestler. Popcorn natomiast trzyma chwilę orzecha, po czym podchodzi z nim do drzwiczek i mierzy mnie spojrzeniem. Nie tym razem cukrowy, tym razem musisz poradzić sobie sam. Kiedy szczur nie uzyskuje pomocy przechodzi do planu "b" i wgryza się namiętnie w łupinkę nie spuszczając mnie z oczu.
Morfina się przebudza dokładnie w momencie w którym wracam do łóżka. Przeciąga się i patrzy namiętnie w moją stronę. Kiedy nie uzyskuje atencji podchodzi do dzwonka i merdając ogonem oświadcza mi spojrzeniem "wyjdziesz sama, albo zmuszę Cię żebyś wyszła, niewolniku".
Moje własne zwierzęta się nade mną znęcają...

sobota, 1 czerwca 2019

Problemy z wymijaniem

Spacer nr 15 247. Morfina na smyczy, z pyskiem przy moim kolanie. Idziemy dość szybko, właściwie truchtem bo za godzinę powinnam być już na zajęciach z finansów. Z naprzeciwka, ku nam, noga za nogą kroczy starszy pan z rosłym, białym psem na smyczy, sięgającym mu do połowy uda. Na oko miks Cane Corso z Mastifem angielskim, ale to bez znaczenia.
Pierwsza zasada wymijania się dwóch psów mówi o tym, że zwierz ma iść możliwie jak najbliżej nogi opiekuna i po jego zewnętrznej stronie. Tak żeby psy odgrodzone ciałami nie miały ze sobą kontaktu.
Schematycznie powinno to wyglądać tak:


I na początku faktycznie wygląda, Morfina zmienia nogę z lewej na prawą płynniej niż znikają moje pieniądze z konta po wizycie u weterynarza, a biały Molos idzie już po właściwej stronie od początku.
Niestety kiedy tylko właściciel psa nas zauważa, harmonię szlag trafia i ręka dzierżąca smycz zostaje zmieniona. Człowiek cmokając do Świniaka krzyczy z daleka:
- Pies, czy suka?
Musi widzieć jakim tempem idziemy, nie ma opcji żeby nie widział. Odpowiadam jednak w biegu:
- Suka.
Jakby to miało w tym momencie jakieś znaczenie.
Słowo to okazuje się być zaklęciem zwalniającym uścisk mężczyzny i pozwalającym smyczy na opadnięcie na ziemię. Początkowo wydaje mi się, że smycz wyślizgnęła się człowiekowi z ręki, ale kiedy mężczyzna zachęca psa do pobiegnięcia w naszą stronę uświadamiam sobie, że to zabieg celowy.
Białe i wielkie toczy się ku nam. Jestem zmuszona przystanąć. Mój pośpiech na nic się teraz nie zda. Psy się zaraz spotkają.
Mężczyzna kroczy dumnie za pieszczoszkiem i z uśmiechem na twarzy rzecze:
- Dobrze, że nie pies, bo by się rzucił. Suki lubi.
Staram się oddychać głębiej i wypuścić pokłady nagromadzonej frustracji razem z powietrzem.
- No dobrze, a nie chce pan wiedzieć, czy moja lubi psy? Może jest agresywna, ma cieczkę, lub cokolwiek innego i naraża pan teraz swojego psa na pogryzienie.
- Pani, on to się obroni jak go ugryzie. Poza tym ta rasa to nie gryzie. Te Labradory to łagodne są.
Raz, dwa, trzy...
- Nie wie pan tego. Każdy pies jest inny, niezależnie od rasy.
- Przecież się grzecznie witają.
... dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście...
- A jakby miała cieczkę, to najwyżej by były szczeniaczki.
... sto czterdzieści sześć, sto czterdzieści siedem...
- Proszę pana. Normalnie nie mam nic przeciwko witaniu się psów. Teraz jednak mi się spieszy i widział pan to po tym, że skróciłam psa i krokiem Korzeniowskiego szłam w przeciwną stronę. Proszę więc wziąć psa na smycz.
- No niech się przywitają.
... tysiąc osiemset cztery, tysiąc osiemset pięć...
- Już się przywitały, mi się naprawdę teraz spieszy, więc pobawią się kiedy indziej. Jak go pan nie zabierze będzie za nami szedł i utrudniał odejście.
- Chodź no tu, bo pani jest jakaś nawiedzona - odpowiada człowiek z kwaśną miną podnosząc smycz z ziemi.
Odchodzimy. Pan jednak zmienia kierunek i podąża za nami. Idzie powoli, ale trudno mi skupić na sobie Morfinę, która ogląda się na szczekającego za nią psa.
Pozostaje liczyć do miliona i próbować zdążyć na ostatni autobus.