Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 7 maja 2019

Klatkowy absurd i rant o burakach

We wczorajszym poście pisałam o absurdzie sąsiedzkim. Dzisiaj będzie absurd klatkowy o którym również wczoraj w jednym zdaniu wspomniałam.
Mianowicie - pani sprzątająca klatki.
Jeszcze kilka lat temu kiedy się tu wprowadziliśmy klatki schodowe uważane za przestrzeń wspólną myło się samemu. Na każde piętro przypadają dwa mieszkania, więc co tydzień brało się mopa, wiadro i zasuwało się z nim po korytarzu i schodach. Osoby mieszkające na parterze miały dodatkowo do umycia schody wiodące do piwnicy i schody zewnętrzne, ale w końcu był jeszcze sąsiad obok więc sprzątało się co dwa tygodnie, na zmianę.
Dla mnie żaden problem. Nawet kiedy starsza kobieta z sąsiedniego mieszkania zachorowała i musiałam tę czynność wykonywać co tydzień to zajmowała ona maksymalnie pół godziny. Bez dramatu. Dla starszych osób stanowiło to pewną niedogodność, ale zazwyczaj pomagała im rodzina, albo młodsi sąsiedzi. To nie im przeszkadzała taka rutyna. Najbardziej niezadowolona była "strefa wyższa" - ludzie pracujący za pieniądze nieco większe niż średnia krajowa, ale też bez przesady i uważający, że bieganie z mopem po klatce uwłacza ich godności. Ludzie Ci w porozumieniu ze spółdzielnią ustalili, że najlepszym wyjściem będzie zatrudnienie kogoś do sprzątania co tydzień całej klatki. Mieszkańcy się zgodzili, ponieważ cena była naprawdę niska, a człowiek z natury jest stworzeniem leniwym.
Zaczęła więc przychodzić pewna miła pani która czyściła za nas naszą wspólną przestrzeń. Nie tylko zresztą naszą. Kobieta musiała oblecieć tak trzy sąsiadujące ze sobą bloki, każdą jedną klatkę. Tu zaczyna się absurd, ponieważ oprócz konieczności przyniesienia własnego wiadra, mopa i środków czyszczących pani musiała po skończonej pracy zebrać podpis jednego z mieszkańców klatki do zeszytu. Miało to stanowić dowód dobrze wykonanej pracy. 
Nic strasznego - powiecie?
Cóż. Zapomnieliście, że ludzie są wredni. Ktoś za kilka groszy wyręcza ich z przykrego obowiązku, a oni zachowują się jakby nagle zaczęli należeć do rodziny królewskiej, ponieważ "płacą to wymagają". Kobieta naprawdę się starała, ale znaleźli się życzliwi którzy odmawiali podpisu ponieważ według nich praca nie była wykonana dobrze. Takim ludziom nie pasowałoby nawet gdyby wysprzątała klatkę na kolanach ze ścierką i pumeksem. To jest klatka schodowa na miłość boską, nikt tam nie będzie jadł z ziemi, albo puszczał raczkujących dzieci. Jednak odmawiali. A to szyba miała smugi, a to środek do podłogi nie pachniał jak należy. Kobieta miała wyznaczony czas jaki mogła przeznaczyć na każdą klatkę, więc wszelkie poprawki znacznie ten czas wydłużały. Jeśli się spóźniła narzekały osoby z sąsiedniej klatki, bo przecież to czy będzie posprzątane w sobotę o 15, czy o 16 ma olbrzymie znaczenie. Koniec końców kobieta została zwolniona, mimo wstawienia się za nią niektórych mieszkańców. Wyleciała przez kilku aroganckich gnojków którym się zachciało być panami na włościach, chociaż na co dzień wykonywali podobną pracę.
Przyszła kolejna kobieta, równie sympatyczna. Uprzedziliśmy ją, że niektórzy tutaj są roszczeniowi i że ma się tym specjalnie nie przejmować, a po podpis przychodzić do nas. Nie wiedzieliśmy, że problem leży głębiej. Kobiecie uwłaczano, krzyczano na nią i kazano jej wykonywać pracę spoza jej zakresu obowiązków, bo przecież "dostaje za coś pieniądze". Sami nigdy by się za taką cenę nie użerali z ludźmi, ale oni mieli prawo wymagać. Kobiecie nie chciano dać nawet wody do wiadra, ponieważ "woda kosztuje". Rozumiecie to? Nie wiem czy według tych ludzi ta pani miała myć klatkę śliną, czy taszczyć z domu własną wodę, ale to zakrawało na mobbing. Znalazło się na szczęście kilku normalnych którzy udostępnili swoją wodę, ale do głowy by mi nie przyszło, że można być tak bezczelnym. Znaleźli się nawet tacy, co mieszkając w bloku obok składali skargę, że nasza klatka nie jest dokładnie umyta. Czy ktoś obserwował przez lornetkę, albo przychodził na inspekcję wszystkich klatek tego nie wiem, ale guzik powinna obchodzić ich cudza strefa. Ja byłam zadowolona, a to ja byłam między innymi mieszkańcem mytej klatki więc całej reszcie dookoła należał się tylko i wyłącznie środkowy palec.
Pewnego dnia kobieta zapukała do nas i oprócz podpisu najcichszym głosem jaki kiedykolwiek słyszałam spytała, czy mogłaby prosić szklankę wody. Co to w ogóle jest za pytanie, oczywiście że tak. Spytałam czy nie chciałaby może herbaty, albo kawy, ale odmówiła. Z jeszcze większą skruchą poprosiła o dolewkę po opróżnieniu szklanki i zaczęła przepraszać, ale nie wzięła dzisiaj własnej. Wyjątkowo, bo zawsze nosi i jak trzeba to ona zapłaci. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co powiedzieć. Odparłam, że przecież to woda i zawsze może zapukać jeśli będzie spragniona. To wydawało się tak normalne, że nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś w środku lata może odmówić pracującej ciężko na klatce kobiecie szklanki zakichanej wody. Ona nie prosiła o koniak, prosiła o wodę. Żaden człowiek, do tego w cywilizowanym kraju nie powinien się kajać żeby dostać szklankę wody do jasnej anielki. Nie wierzyłam, że ktoś mógł jej odmówić, ale tak się stało. Dlatego nie chciała pytać, ale miała do umycia jeszcze inne klatki, a strasznie chciało jej się pić. Jakiś sąsiad powiedział jej, że przyszła tu pracować a nie pić wodę, rozumiecie?
Jak to usłyszałam miałam ochotę napełnić dzbanek lodem, przejść się do tego człowieka i wręczyć mu go wylewając zawartość na głowę, ale kobieta nie chciała przyznać kto jej odmówił. Nie chciała mieć problemów.
Pracuje u nas do tej pory. Zawsze uśmiechnięta. Mimo buraków którzy specjalnie otrzepują swoje zabłocone buciska na świeżo umytą podłogę, do tego robiąc to na jej oczach i mimo roszczeniowych buców którzy odmawiają spragnionemu wody. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że to im każdy pożałuje szklanki wody i będą schnąć aż nie wyschną na wiór.
Tutaj mały apel. To, że ktoś pracuje na niższym stanowisku od nas i wykonuje pracę inną niż tą którą wykonujemy my sami nie upoważnia nas do traktowania tego człowieka w innych kategoriach. Zwłaszcza jeśli jest sympatyczny. Nie utrudniajmy innym i tak już ciężkiej dla nich pracy. To nie jest niewolnik, ani popychadło, to człowiek i to często dużo bardziej wartościowy od nas. Nie wiadomo jaki w przyszłości spotka nas los i czy nie będziemy zmuszeni również zacząć wykonywać pracy, o której wcześniej myśleliśmy w innych kategoriach. Wtedy na pewno nie chcielibyśmy być traktowani w sposób w jaki sami poprzednio taką osobę traktowaliśmy.
Szanujmy się nawzajem i miejmy chociaż odrobinę empatii. Karma wraca i nawet jeśli dzisiaj czujemy się jak szlachcice, to jutro możemy zostać zdegradowani do "zwykłego pospólstwa" którym wcześniej tak gardziliśmy.
Życzę wszystkim na wysokich stanowiskach (mówię tu oczywiście o osobach z zaburzeniami ego, wiem że stanowisko nie zawsze definiuje człowieka) żeby choć na jeden dzień musieli zmienić swoją prace i poziom życia na niższy i ujrzeli samych siebie z boku. Bo tylko wtedy dotarłoby do nich jakimi ludźmi są na co dzień i jak bardzo nie potrafiliby znieść siebie samych. Pamiętajmy, że nawet jeśli jesteśmy na szczycie piramidy finansowej, to zawsze znajdzie się ktoś wyżej od nas. Zawsze.

poniedziałek, 6 maja 2019

Zakaz posiadania zwierząt

Nasza spółdzielnia mieszkaniowa wpadła na pomysł całkowitego zakazu posiadania zwierząt w bloku. Jak można się spodziewać nie przypadło to do gustu mieszkańcom, którzy pupile posiadali. Jakby nie było - byliśmy w większości. Postanowiliśmy dowiedzieć się o co z tym chodzi i uświadomić głównego zarządcę, że takie działanie jest nielegalne, a jego żądanie wzięte z kosmosu.
Mężczyzna zdziwił się naszą wizytą i przedstawił nam "dowody" jakie zostały mu dostarczone razem z petycją o wprowadzeniu zakazu. W skład dowodów wchodziły: zdjęcie brudnego śladu łapki na schodach, odchody na trawniku, nagranie audio szczekającego psa i zaświadczenie od alergologa o posiadaniu uczulenia na sierść zwierzęcą. Okazało się, że petycje napisała pewna starsza pani mieszkająca w ostatniej klatce, razem ze swoimi dobrymi koleżankami z kółka różańcowego. Nie znałam osobiście kobiety, ale słyszałam już o moherowych siłach specjalnych i ich misjach.
Oświadczyliśmy, że przeważająca część mieszkańców zgłasza sprzeciw i w ciągu najbliższego tygodnia zostaną dostarczone odpowiednie dokumenty. Cała sytuacja była absurdalna, ale właśnie tym absurdem postanowiliśmy walczyć. Kto mieczem wojuje od miecza ginie.
Razem z "kontrpetycją" dostarczyliśmy ustawę, mówiącą o nielegalności takiego działania, nagranie płaczących dzieci, zdjęcia porozrzucanych po klatce gum do żucia, puszek, ulotek, butelek, odciśniętych na szybie śladów rączek zanurzonych wcześniej w czekoladzie (mieliśmy nadzieję, że to czekolada), zużytych prezerwatyw znajdujących się w obrębie klatki, pobitego szkła, zaświadczenie od alergologa mówiące o uczuleniu na kurz i roztocza czterech osób (w tym moje), a nawet oświadczenie od pani sprzątającej klatkę, że sprząta głównie odpady ludzkie, nie zwierzęce. Kobieta jest bardzo miła swoją drogą i kiedy przychodzi po podpis, że dobrze wykonała swoja pracę (kolejny administracyjny absurd) zawsze wita się z psem i oferuje mu głaski.
Liczyliśmy, że będą to wystarczające dowody w sprawie kto tu najbardziej brudzi i przeszkadza społeczeństwu. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać. Po raz kolejny udowodniono nam, że logika nie jest mocną stroną biurokracji, a głowa odcięta hydrze odrasta ponownie. Co prawda petycja została uchylona, ale nie zignorowana całkowicie. Od tej pory mieszkańców miała obowiązywać całkowita cisza nocna od godz. 22 do 7 rano. Dostaliśmy nawet wyszczególnienie co się na tę ciszę składało. Ograniczone poruszanie się po klatce schodowej (bo powoduje to trzaskanie drzwi i przeciągi, co powinno przeszkadzać bardziej komuś mieszkającemu na parterze - jak mnie, a nie babci mieszkającej na trzecim piętrze), całkowity zakaz wyprowadzania zwierząt w tych godzinach (bo powody) i ograniczenie jakichkolwiek sygnałów dźwiękowych które mogłyby wpływać na samopoczucie mieszkańców. Idąc tą logiką zwierzęta starsze, schorowane, lub szczenięta potrzebujące wyjść w celach fizjologicznych na zewnątrz od 22 nie miałyby takiej możliwości. Nie wiem jak widziała to administracja, ale jedyną opcją zostawało chyba tylko wysadzanie na sedes albo przez balkon. 
Ponowna wycieczka do zarządcy, ponowna dyskusja i zostawiony przez nas dokument z podpisami wszystkich, którzy nie zgadzali się na takie traktowanie.
Jeśli ktoś myśli, że to koniec to bardzo się myli.
Zarządca pod naciskiem moher komando ugiął się i zastosował pismo o zakazie trzymania w domu zwierząt egzotycznych, które zostały przez niego wyszczególnione. W sumie pozwalano tylko na koty i psy, co mogło być uznane za sukces w takiej sytuacji. Trzecia z kolei wycieczka właścicieli wszystkich zwierząt (w ramach solidarności) w celu dowiedzenia się w czym przeszkadzają węże, gryzonie, króliki, fretki i wszelkie ptactwo innym mieszkańcom, skoro zwierzęta te opuszczają mieszkanie tylko w drodze do weterynarza, ponadto większość z nich zachowuje całkowitą ciszę. Kiedy usłyszeliśmy argument o przenoszeniu chorób egzotycznych musieliśmy walczyć by nie zabić tego człowieka śmiechem i zaproponowaliśmy jedynie dokształcenie się w temacie zanim podejmie kolejne kroki i wyśle do nas pismo o nakazie zakładania zwierzętom skarpetek w ramach utrzymania ciszy nocnej.
No teraz to już musi być koniec sprawy.
A gdzie tam. Schwarzenegger w berecie ponownie nawiedził zarządcę i grożąc znajomościami (synem prawnikiem i zięciem policjantem) nakazał natychmiastową eksmisję wszystkich zwierząt nie zaszczepionych przeciwko wściekliźnie, oraz utworzenia listy posiadanych stworzeń przez każdego mieszkańca. Problem polega na tym, że prawny obowiązek szczepień przeciwko wściekliźnie dotyczy tylko psów. Dla innych zwierząt jest to działanie dowolne, a w niektórych przypadkach takie szczepionki nawet nie istnieją.
Kolejny dokument, kolejna ustawa.
Mam niejasne wrażenie, że to jeszcze nie koniec i że staruszka tak szybko nie odpuści. Byłabym jednak wdzięczna gdyby jej zażalenia miały jakiekolwiek podstawy prawne, bo możemy się tak bawić jeszcze długie lata.

niedziela, 5 maja 2019

Majowy deszczyk

Pada. Tak właściwie to leje. Jakbym miała to opisać dokładniej to powiedziałabym, że bóstwo deszczu dostało depresji i teraz ryczy przez cały dzień. Stoję z psem, bez parasola, kaptura ani żadnej ochrony przed soczkiem z chmur, bo kiedy wychodziłam to się nawet nie zapowiadało. Przywykłam. Takie zmiany pogody już mi nawet nie przeszkadzają. Zmoczona wata cukrowa na drugim końcu smyczy czuje się fantastycznie. Stoi w pozycji wystawowej i z przymrużonymi oczami wciąga powietrze, pozwalając kroplom wody wpływać z nosa prosto do zatok. Pies miał się załatwić, ale zdaje się zapomniał o tak błahej sprawie na rzecz cieszenia się podwórkowym prysznicem.
Przez kurtynę wody przechodzi również staruszka z małym szczeniakiem Goldena na smyczy i kilkuletnim chłopcem u boku. Nie mają parasola, ale wyposażeni są w kaptury. Naiwniacy, omija ich darmowe mycie głowy. Piesek zwiedza i obwąchuje podczas kiedy ludzki szczeniak zawodzi wniebogłosy. Że mokro, że zimno, że chce do domu. Babcia nachyla się do niego i mówi:
- Z cukru nie jesteś, nie rozpuścisz się. Poza tym od majowego deszczyku się rośnie.
Chłopiec mnie zauważa i po chwili spogląda na Morfinę zajmującą się teraz odnajdywaniem swojego Zen. Patrzy na szczeniaczka, na Morfinę i znowu na szczeniaczka. W końcu odwraca się do staruszki i wskazując na mojego Świniaka pyta:
- Babciu, to ile ten piesek już tam stoi?
Babcia uśmiecha się i mówi:
- Ja znam tego pieska, on ma siedem lat.
- Babciu, ale ja muszę w poniedziałek do przedszkola...
Młody myślał, że ja tam od siedmiu lat stoję w deszczu, żeby mi psa powiększyło z rozmiaru S do XL i się wystraszył, że on ze swoim też tak będzie musiał.
Oj chłopcze. Gdyby to tak działało, to miałabym już Doga niemieckiego wielkości ciężarówki...

sobota, 4 maja 2019

Lucy?

Siedzę z Morświnem na ławce i obserwuję czarnego Jamnika który usiłuje zakopać jakiś kamień. Ten jednak nie ma zamiaru ustąpić. Kiedy dół okazuje się być za płytki pies wyciąga z niego kamyczek i ponawia próbę. Właścicielka paróweczki łapie ze mną kontakt wzrokowy i z rogalem na ustach zmierza w moją stronę, ciągnąc psa za sobą i mówiąc do niego:
- Patrz Mikuś, to Lucy, no idź się przywitać z Lucy.
Rozglądam się dookoła, ale nie zauważam innych ludzi z psami. Musi chodzić o mnie. Kobieta podchodzi i jej ręce lądują na Morfinowej głowie. Świniak jest wniebowzięty i słabo ją obchodzi, że widzi tę panią pierwszy raz w życiu.
- No co tam Lusia, co powiesz? - pieje niewiasta podczas kiedy Jamnik obwąchuje niepewnie uszy mojego psa. Ogon Morfiny wyraża zachwyt dla zaistniałej sytuacji i nie ma nic przeciwko byciu Lusią.
Czuję, że zaszło nieporozumienie więc nachylam się w stronę kobiety i rzucam coś w stylu:
- Przepraszam, ale to nie jest Lucy, ani Lusia. Chyba się pani pomyliła.
- Co też mi pani mówi, przecież poznam tego psa wszędzie. Tak samo się kładzie i tak samo piszczy, tak samo reaguje na Mikusia. To Lucy. A gdzie jest Basia? Czemu pani ją wyprowadza? Jet pani rodziną? Sąsiadką? Nie widziałam pani wcześniej.
Kobieta patrzy na mnie wyczekująco, Morfina obdarza mnie spojrzeniem pełnym wyrzutu mówiącym "Tylko spróbuj mi zepsuć mizianko. Jestem Lusia, dotarło?", a Jamnik świdruje mnie swoimi ciemnymi oczkami jakby chciał powiedzieć "Tej, ale to nie jest Luśka. To jest jakaś tania podróbka, w co Ty pogrywasz?".
- Niech pani spojrzy na obrożę. Tam jest zawieszka z imieniem - mówię w końcu.
- No faktycznie imię inne, ale to jest Lucy. Lucy! Lusia! Widzi pani? Reaguje na imię!
- Niech pani zawoła tym samym tonem "Alojzy", albo "Stefan" też zareaguje.
- Ale to jest Lucy. Poznam wszędzie tego psa! Niech się pani nie rusza, ja dzwonię po właścicielkę.
- Proszę bardzo - odpowiadam i wsłuchuję się w miarowe dźwięki nawiązywania połączenia.
- Basia? - mówi do słuchawki kobieta - Basia sprawdź czy Lucy jest na posesji. Sprawdź szybko! Ale jak to jest? Niemożliwe. Przecież patrzę na nią teraz. Sprawdź czy masz dobrego psa. Jesteś pewna? Czemu pytam? Bo tutaj jest identyczny pies, reaguje na imię Lucy i tak samo się zachowuje. No dobra jak jesteś pewna to dobrze.
Kobieta rozłącza się i następuje niezręczna cisza, w której patrze jej głęboko w oczy. Mniej pewna siebie niewiasta zabiera Jamnika pod pachę i ku niezadowoleniu Morfiny odchodzi rzucając w moją stronę:
- Tym razem się pani upiekło, ale niech pani uważa.
Na co mam uważać już się jednak nie dowiaduję, bo kobieta przebiera nóżkami szybciej niż mały pajączek.
Morfina odprowadza ją spojrzeniem pełnym smutku i obdarowuje mnie westchnięciem dezaprobaty.
Bowiem czym jest własna tożsamość wobec głasków.

piątek, 3 maja 2019

Jak powinno wyglądać zwierzę idealne (zdaniem kilkulatka) - prosta instrukcja

Pilnowałam ostatnio małego chłopca. W przedszkolu rozmawiali o zwierzątkach, a konkretnie o tych domowych. Pani przedszkolanka spytała gnomów jakie zwierzę według nich jest idealne. Dzieci rzucały pomysłami, a mikrus siedział przy stoliku i nie potrafił wymyślić nic innowacyjnego. Z rybką nie da się pobawić, kotek czy piesek mają futro które wszędzie się sypie, koń jest za duży i nie można trzymać go w domu, ptaki nie są specjalnie pro ludzkie, a gryzoniom zdarza się pomylić palec z marchewką.
Postanowiliśmy narysować więc jak według niego takie zwierzę idealne powinno wyglądać. Właściwie rysowałam ja, bo młody potrafił wyczarować kredkami tylko słoneczko i patyczane ludziki.
Nie zważając na mój brak talentu zaczęliśmy wzorzec od psa. W końcu to zwierzę domowe i dość popularne, a do ideału niewiele mu brakowało. Przynajmniej ja tak uważałam.



Uznaliśmy jednak, że sypiące się futro jest uporczywe w sprzątaniu, czesaniu i usuwaniu z ubrań. Ponadto wielu ludzi ma alergię. Pazurki hałasują przy chodzie i czasem niechcący można zostać podrapanym. Młody uznał również, że zęby nie są temu zwierzęciu potrzebne, ponieważ będzie jadło miękkie owoce i zmielone obiadki.

Nie miałam za dużo do gadania, chłopiec najwyraźniej chciał stworzyć najbardziej pacyfistyczne i pokojowe stworzenie na ziemi.
Usunęliśmy więc sierść, zęby i pazury jako, że zostały uznane za zbędne.



Spytałam chłopca co według niego powinien mieć taki zwierzak. Liczyłam na przypływ wyobraźni, ale nie spodziewałam się, że bez zastanowienia odpowie...
- Skrzydła!
Daliśmy więc naszemu łysemu psu skrzydła.


Ze skrzydłami był jednak problem. Według mnie złapanie uciekającego psa samo w sobie jest wyzwaniem, ale gdyby ten pies posiadał dodatkowo funkcję latania zadanie stałoby się całkowicie niewykonalne.
Okazało się, że mój problem wcale nie jest problemem dla małego stworzyciela, ale coś było nie tak na innym podłożu.
Pióra sypałyby się i robiły bałagan, a przecież z tego powodu pozbyliśmy się sierści. Niektórzy (wliczając w to mnie) mają do tego alergię na pierze. Takie skrzydła nie mogły więc zdać egzaminu.
Natomiast takie:



Takie likwidowały problem bałaganu i uczulenia całkowicie.
Według chłopca zwierzak wyglądał jednak bezbronnie. Mógł co prawda uciekać i to dość szybko biorąc pod uwagę skrzydłowy napęd, ale odebraliśmy mu pazury i zęby które mogły stanowić jakąś obronę. 
Nie chcieliśmy jednak żeby w obronie stworzenie mogło wyrządzić komuś nieumyślnie krzywdę.
Daliśmy mu więc rogi.



Zakręcone, baranie rogi. Cel był prosty: uniknięcie przebicia napastnika i zrobienia z niego szaszłyka jak miałoby to miejsce przy porożu jelenim. Takie rogi mogły nabić siniaki, ale nie zabić. Były więc dobrą opcją do samoobrony.
Chłopiec uznał także, że skoro nasze zwierzę potrafi latać, powinno też móc pływać.
Potrzebne mu były odpowiedni ogon i płetewki.



Zwierzak zaczynał przypominać połączenie Vaporeona (kto oglądał Pokemony ten wie), oraz smoka. Zaczęłam się zastanawiać czy ktokolwiek chciałby trzymać w domu taką abominację. Ktoś poza kilkulatkiem.
Według karzełka wyglądał epicko, ale pojawił się kolejny problem. Nie był zbyt uroczy, więc niektórzy ludzie nie byliby przekonani. Poza tym przez ten brak futra byłoby mu strasznie zimno.
Dodaliśmy więc kilka modyfikacji...



... które nie sądzę żeby jakoś specjalnie pomogły temu biednemu, łysemu, bezzębnemu stworzeniu. Dostał kwiatuszka na dupsko rodem z "My Little Pony", szaliczek i buciki. Otrzymał też dar w postaci oczu, nosa i wibrysów żeby cokolwiek widział i czuł.
Tak oto powstał unikatowy model bezzębnego, antyalergicznego, niehałasującego potworka z funkcją latania i pływania. Prototypy dostępne w różnych wariantach kolorystycznych oraz rozmiarach od S - wielkość Chihuahua, przez L - formatu psa średniej wielkości, aż do XL - wersji jeździeckiej i Jumbo - przewoźniczej wersji na 12 osób.
Jestem troszkę zaniepokojona, ale młody szalony doktor wyglądał na bardzo zadowolonego z efektów. Teraz tylko mieć nadzieję, że nie będzie miał nigdy dostępu do laboratorium i że nie zaczną go fascynować zabawy na kodzie genetycznym.
Świat może tego nie udźwignąć.

czwartek, 2 maja 2019

Kiedy zwierzę jest wybredne

Zwierzęta potrafią być wybredne jeśli chodzi o jedzenie.
Nie mówię tutaj o Morfinie i Maśle, bo to słabe przykłady. Najwidoczniej to "M" na początku imienia jest magiczne i powoduje wzrost łakomstwa o 50% niezależnie od gatunku. Tym osobnikom jest zupełnie wszystko jedno co otrzymują i są wdzięczni za każdy posiłek. 
Pozostała dwójka ma natomiast swoje preferencje.
Testowałam różne karmy: Mixerama, JR Farm, Niezłe Ziółko, Versele-Laga. Osobom nie posiadającym gryzoni nic te nazwy nie powiedzą, ale możecie mi zaufać że są to dobrze zbilansowane karmy, które zawierają wszystko co szczur powinien jeść... o ile to zje.
Cwaniaki w pierwszej kolejności wybierały z karmy krewetki i mączniki (ja wiem, krewetki - nawet ja takich rzeczy nie jem, dobrze że nie kawior) później kawałki suszonych owoców i warzyw, resztę natomiast zostawiały. Nasionkami, pestkami i ziołami opiekował się Masło, który nie wybrzydza. Denerwował mnie jednak fakt, że rozpieszczone ogony zostawiały w misce połowę karmy i nie miały zamiaru jej dokończyć. Postanowiłam je przetrzymać. Głodny szczur przestanie wybrzydzać i zje ładnie nasionka, które zostały dobrane specjalnie pod jego puchatą dupkę. Strajk trwał jeden dzień i karma zniknęła.
Sukces?
Nie do końca, znalazłam ją później pochowaną po kątach klatki i to tylko dlatego, że przyłapałam Masło wydłubującego ziarenka spod kuwety i upychającego je sobie do pyszczka. Panowie Popcorn i Karmel odmawiali więc spożycia pełnowartościowych nasionek, oni byli żądni białka. Zdawali się nie znać pojęcia przebiałczenia i swojej piramidy żywienia. Oprócz tego w klatce wiecznie panował nieład i walające się skorupki orzechów, łupinki słonecznika, dyni i drobniejsze okruszki karmy, które w codziennym czyszczeniu doprowadzały mnie do szału. Paprochy były wszędzie, włączając w to nawet gryzoniowe futro. Sytuacja powtarzała się za każdą karmą i traciłam nadzieję, że chłopaki kiedykolwiek przestaną przebierać i zjadać tylko najlepsze kąski.
Wtedy ujrzałam ją - Versele-Laga Complete. Na opakowaniu wielkimi literami wypisane było "zapobiega selektywnemu zachowaniu zwierząt". Ktoś w końcu wpadł na pomysł żeby wziąć te wszystkie ziarenka i pestki, zmielić je i połączyć razem w kuleczkach. Skład nie był powalający, ale nie był też zły. Był po prostu przeciętny, więc postanowiłam spróbować.
Myśląc, że właśnie małe śmierdziuchy przechytrzyłam wróciłam zadowolona do domu. Żadnego więcej przebierania, żadnych okruszków czy chowania niechcianego jedzenia po klatce. Od tej chwili będą zjadać wszystko.
Wsypałam karmę do miski i oczom moim ukazały się takie oto urocze serduszka:


Glizdy obdarzyły mnie spojrzeniem pełnym pogardy, ale ja czułam się zwycięzcą. Przechytrzyłam 300 g inteligencji. Gdzie mój puchar?
I co, myślicie że skończyły się moje problemy? Że teraz to już wszystko musiało być dobrze, no bo jak rozdzielić coś co wygląda jak psia karma? Jak to posegregować na warzywa, owoce, nasionka i kurczaka?
Widzicie... okazuje się, że się da:


Selektywnie przebrały karmę zapobiegającą selektywnemu przebieraniu, rozumiecie to?
Ja po prostu nie mogę wygrać...

środa, 1 maja 2019

Kostka lodu

Podczas przesypywania kostek lodu z pojemnika do dzbanka jedna kosteczka wybrała się w podróż, opuszczając swoich sześciennych braci i postanowiła pozwiedzać kuchnię. Ruchem ślizgowym sunęła po podłodze aż nie natrafiła na kudłaty filar znajdujący się w pobliżu lodówki. Filar schylił się, powąchał kosteczkę i spojrzał na mnie. Skoro lód i tak spadł na podłogę nie widziałam przeciwwskazań żeby Morfina się nim poczęstowała. Uszczęśliwiony zwierz zamerdał i kosteczka zniknęła w czeluściach paszczy puchatej bestii. W normalnej sytuacji nie zobaczyłaby już światła dziennego, ale Świnek zdecydował, że na razie nie ma ochoty na deser więc odłoży go sobie na legowisko i wróci do niego kiedy już wyżebrze w kuchni trochę dobroci. Kostka lodu została więc wypluta na poduchę i zostawiona "na później". Biedny pies nie miał pojęcia o właściwościach fizycznych lodu ani o tym, że nie pozostaje on w stałym stanie skupienia na długo więc kiedy wrócił mocno się zdziwił. Wata cukrowa ze smutną miną biegała po całym domu i próbowała wywęszyć zgubę, obrzucając mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem. Zupełnie jakbym to ja zabrała zachomikowany lód i zostawiła na jej poduszce mokrą plamę. Obwąchiwała miejsce w którym zostawiła kostkę tak długo, że poduszka wyschła od powietrza wydmuchiwanego przez psie nozdrza. Kiedy poszukiwania nie przyniosły rezultatów pies przyszedł do mnie, położył łeb na kolanach i westchnął ciężko. Ktoś jej buchnął lód który sobie odłożyła. W jej oczach widziałam tyle pytań. Dlaczego ktoś to zrobił? Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe? Czy kosteczka jeszcze kiedyś wróci?
Tyle smutku z powodu zwykłej kostki lodu, która nie wytrwała próby czasu.
Pełna depresja.
Byłam zmuszona dać jej kolejną kostkę z zamrażarki tylko dlatego, że nie mogłam znieść jej udręczonego spojrzenia. Puchatek uradowany, że kosteczka się odnalazła (jak ona przeszła sama do tej dziwnej zimnej szafy?) zabrała ją i zaczęła memlać na miejscu. Podejrzewam, że bała się ponownego zniknięcia kwadratowej wody w magicznych okolicznościach, które nie były dla niej jasne.
Najważniejsze, że kostka przestała się ukrywać i dała się zjeść.
Niedobra kostka.