Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 7 lutego 2019

Pazurek, piórko i ogonek

Dwa wrogie obozy w jednym bloku. Po prawej wielbiciel kotów i futrzastych stworzeń wolnożyjących. Po lewej fanatyczka gołębi i pierzastych kulek lotnych.
Nieprzyjaciel z obozu pazurka dokarmia mikro tygrysy mlekiem, resztkami z obiadu i czymkolwiek nie znajdzie w lodówce. Zazwyczaj nie chce mu się schodzić do misek rozstawionych pod balkonami, więc gra w kosza z balkonu. W większości przypadków nie trafia, ale się nie poddaje i zrzuca z piętra resztki jak zawodowy żołnierz granaty.
Tymczasem w okopach hortensji i stokrotek trwa przygotowywanie bułek i chlebów. Okruchy, a czasem i całe bułkowe pociski lecą z balkonu jak ryż na weselu. Trzepot skrzydeł odzywa się jeszcze zanim pieczywo dotknie ziemi.
Marsz pod balkonami zaczyna być przeprawą przez zaminowane aktywne pole bitwy. Można wejść w ziemniaczaną papkę i oberwać starą rybą, żeby kilkanaście metrów dalej zostać obsypanym okruszkami.
Obozy walczą o to kto da więcej i które zwierzę przejmie kontrolę nad podwórkiem. Gołębie mają przewagę liczebną, jednak koty likwidują pierzastych żołnierzy regularnie i pojedynek pozostaje nierozstrzygnięty.
Generał koci pazur i generałowa gołębie piórko czują do siebie tylko jeden rodzaj emocji - czystą nienawiść.
Mieszkańcom bloku bardzo nie odpowiada podwórkowa sytuacja gnijącego jedzenia, zafajdanego prania i kociej plagi, więc pod białą flagą idą porozmawiać z dwoma obozami.
Gołębiowej królowej tłumaczą, że ptaki tak naprawdę nie powinny jeść pieczywa i jeśli bardzo chce karmić pierzastych przyjaciół może dawać im ziarna, a najlepiej gdyby sypała je tylko w karmnikach, które może mieć na balkonie.
- Bzdura - odpowiada kobieta - Gołębie zawsze jadły chleb i są zdrowe i okrągłe. Ziarno jest dobre dla kur. Zajmijcie się lepiej tym mordercą ptaków, to wszystko jego wina -
Mieszkańcy maszerują więc do drugiego obozu. Kociemu królowi tłumaczą, że choć utarło się dawać kotom mleko i resztki, to wcale nie jest to dla nich takie zdrowe. Można też karmić zwierzęta kupując im karmę, lub dając mięso do misek, nie na całym podwórku.
- Pies je kości, mysz ser, a kot mleko - odpowiada mężczyzna - Lepiej się zajmijcie tą wariatką od gołębi -
Żaden z frontów nie chce się poddać. Administracja wytacza więc pismo, które mówi o zakazie dokarmiania zwierząt z balkonów pod groźbą wysokich mandatów.
Wojna trwa dalej.
Nic się nie zmienia.
Właściciele psów omijają balkonowy skwerek, żeby żaden wilkowaty nie podjął się próby oczyszczenia gnijącego podwórka. Ludzie nie przechodzą już nawet trawnikiem, bo boją się oberwać resztkami.
Mijają tygodnie, miesiące i lata.
Pewnego dnia gołębiowa królowa dostrzega w piwnicy szczura. Wszędzie są porozrywane worki z zapasami i małe, czarne bobki. Panika! Szczur, ratunku!
Rozstawione zostają trutki, z których szczury nic a nic sobie nie robią. Gryzoni przybywa z każdym dniem. Koty wylegują się leniwie na skwerku i obserwują marsz szczurów do piwnicy. Nie mają zamiaru ich łapać, są przekarmione i ledwo mogą się poruszać.
Gryzonie opanowują kolejne piwnice, aż zainfekowany zostaje cały blok.
Wezwany zostaje deratyzator.
- Ja je mogę wypędzić, ale całe jedzenie będzie trzeba wyrzucić. Poza tym niewiele to da, przyjdą nowe, one wchodzą z zewnątrz, uchylonymi oknami - mówi mężczyzna - Muszą mieć gdzieś kolonię -
Poszukiwania kolonii trwają. Kilku sąsiadów widzi w nocy jak szczury wchodzą pod korzenie starego drzewa. Decyzja o usunięciu drzewa i wypędzeniu kolonii. Okna zamknięte w całym bloku, spod wyrywanych korzeni wybiegają szczury, cały strumyk szczurów. Małe, średnie i duże, jakieś kilkadziesiąt sztuk. Ludzie obserwują przez okna cały proces.
Operacja zakończona sukcesem. Deratyzatorzy odchodzą, zostawiając za sobą rachunek i prośbę, by uprzątnąć podwórko z resztek, które zwabiły tu te stado. 
Znikną resztki, nie pojawią się szczury. Jeśli stan trawnika się nie poprawi kolonia wróci, lub zadomowi się nowa.
Do wrogich obozów zaczyna docierać powaga sytuacji i szkody w żywności jakie każdy musiał ponieść. Mieszkańcy są wściekli, wysyłają na oba fronty rachunki za zmarnowane jedzenie i listy z pretensjami. Król i królowa zostają sami. Nikt już nawet nie mówi im dzień dobry.
Generałowa gołębie piórko stawia karmnik i chociaż dalej karmi ptaki chlebem, to robi to już na swoim balkonie. Generał koci pazur uznaje swoją wygraną i ogranicza ilość odpadków, jaką wrzuca do misek. Czasem fatyguje się nawet na dół, żeby nie zanieczyszczać mięsem trawników.
Szczury nie wracają. Mieszkańcy zaczynają ponownie rozmawiać z dwoma obozami, mimo że one nie potrafią porozumieć się ze sobą.
Konflikt trwa choć jest mniej agresywny i widoczny. Nikt nie pogodzi zwaśnionych królestw, nikt nawet nie próbuje. Najważniejsze że nie narzucają już one sposobu życia pozostałym mieszkańcom.
Dzięki czasom pokoju między piórkiem i pazurkiem udało się przepędzić ogonki.
Wspólny wróg po raz kolejny motywuje do łączenia sił.
Ciekawe na jak długo.

środa, 6 lutego 2019

Łańcuszek pobudki

Moi sąsiedzi kupili sobie kanarki.
Wcześniej nie mieli żadnych zwierząt, więc ucieszyłam się faktem że przygarnęli pierzastych przyjaciół. 
Radość trwała do momentu w którym usłyszałam ich śpiew o 3 nad ranem. Mój sen ciężko zakłócić jest koncertem Behemotha, co dopiero takim cichym ćwierkaniem, jednak Morfina ma co do tego inne zdanie. Wyczulone psie uszy namierzają ptasie serenady i uznając je za dźwięki natury przebudzającej się ze snu, stwierdzają że czas wstawać. Ten pies ma skojarzenia, o których wcześniej nie miałam pojęcia i najwidoczniej śpiewające ptaszki oznaczają dla niej nastanie poranka. Nastanie poranka z kolei oznacza obudzenie tego ludzkiego ziemniaka co to się wyleguje na łóżku obok, bo jeszcze zaśpi na zajęcia i się nie zdąży pobawić piłeczką. W ruch idzie więc dzwonek i uderzanie łapą w nos ziemniaka. Możliwe, że moja twarz też kojarzy jej się z dzwonkiem.
Część z Was powie, że to przypadek. Też tak sądziłam.
Ptaki śpiewają o różnych godzinach. Czasem rozpoczynają koncert o pierwszej w nocy, czasem o szóstej rano. Dopóki nie zaczną koncertu wszystko jest w porządku, lecz kiedy tylko odezwie się jeden z nich Morfina podnosi głowę, nasłuchuje chwilę (ta chwila trwać może nawet godzinę), po czym maszeruje dziarsko do dzwonka, żeby naparzać w niego łapą. Próbowałam zagłuszyć kanarki muzyką, ale niestety ani Eminem, ani Linkin Park, ani nawet Panic! At the Disco nie dali rady zmylić psiego słuchu. Wybaczcie chłopaki, Świnek woli dźwięki natury.
Czując się bezsilna i nie mając zamiaru wstawać o 2 w nocy na spacerek, który odbył się godzinę temu idę do sąsiadów z delikatną prośbą ustabilizowania mikrodrobiu, bo mi się zegar biologiczny psa poprzestawiał. Pukam, drzwi się otwierają i wyjaśniam w skrócie z jakim problemem przychodzę. Sąsiedzi prawdopodobnie nawet nie zdają sobie sprawy z sytuacji, więc proponuję im przetestowane przez znajomych sposoby: zakrywanie klatki ciemną chustą przepuszczającą powietrze, dawanie im smakołyków w zabawkach, które muszą wydobyć, lub przeniesienie ptaków gdzieś gdzie nie pali się tyle światła. Dodaję też że absolutnie nie mam nic przeciwko kanarkom i jeśli nie da się rozwiązać problemu to jakoś przeżyję, ale byłabym wniebowzięta gdybym mogła przespać przynajmniej dwie noce tygodniowo w całości.
Sąsiad słucha uważnie, zaprasza mnie na herbatę i woła żonę.
- Widzi pani, nam też to już trochę działa na nerwy - odpowiada mężczyzna - Na początku śpiewały tylko z rana, potem postanowiły krzyczeć też w nocy. Ja przepraszam, ale nie za bardzo mamy co z tym zrobić. Chusta na nie nie działa, próbowaliśmy i cisza była pierwsze 10 minut. Możemy spróbować je przenieść i pokombinować z zabawkami ale nic nie obiecuję. Ja tam śpię jak zabity, ale żonę one strasznie budzą. Pytaliśmy już poprzedniego właściciela i on powiedział że u niego ptaki śpiewały rzadko -
- A to jest parka? -
- Nie, to są dwa samce -
- A były wcześniej też razem? -
- Nie, on je trzymał osobno ale tak że się widziały. Nie dziobią się ani nie walczą, więc chyba wszystko gra -
Do pokoju wchodzi żona sąsiada.
- Masz je rozdzielić - mówi - Niech się widzą, ale niech mieszkają w dwóch klatkach. Zaraz jedziesz po drugą klatkę, jeśli to ma zadziałać to warto spróbować, bo ja ich nadawania więcej nie zniosę. Są jakieś granice. Ich śpiew jest śliczny, ale po kilku godzinach to tortury -
Dopijam herbatę i dziękując opuszczam mieszkanie. Sąsiad rad nie rad schodzi do samochodu by pojechać po drugą klatkę.
Niestety, problem po kilku dniach nie znika, jednak udaje się ustalić jego przyczynę.
- Kot - rzecze sąsiad, kiedy otwieram mu drzwi - One ćwierkają bo słyszą kota, który się drze za ścianą. Może ma ruję czy coś -
- Ale jest pan pewny? -
- Tak. Jak tylko zaczyna miauczeć, to one zaczynają się drzeć -
Decydujemy przejść się oboje do właścicielki kotów i omówić z nią sprawę.
Drzwi się otwierają, a ja z sąsiadem tłumaczymy kobiecie na zmianę w czym leży problem. Mam deja vu. Jeśli sąsiadka stwierdzi, że jej kot miauczy przez jakiegoś wyjącego psa, to ja się wypisuję z tego łańcuszka. Niech już sobie śpiewają.
- A miauczy, no miauczy. Ruję ma to miauczy. To tak chwilę będzie. Potem druga dostanie i trzecia i będzie spokój -
- Ile pani ma tych kotów? - pyta zaskoczony sąsiad.
- Cztery, ale jedna wysterylizowana. One przestaną, musicie im dać trochę czasu -
- No dobrze. Mam nadzieję, że to tu leży problem bo już mi brakuje pomysłów -
Wracamy oboje do domów, pełni nadziei że problem skończy się z nastaniem końca kocich śpiewów.
Tak też się dzieje. Koty się uspokajają, kanarki zaczynają śpiewać tylko nad ranem, Morfina nie uderza w dzwonek jak szalona. Mam tylko nadzieję, że na moim psie zamyka się ten szalony łańcuszek i że jej dzwonek nie pobudza do działania jakiegoś innego zwierzaka w bloku. Jeśli tak, trzeba będzie coś z tym zrobić jednak póki co żadnych zastrzeżeń co do dzwonka od nikogo nie usłyszałam.
Problem trwa dalej. Sąsiadka ma 3 aktywne wokalnie koty, każdy z nich przechodzi ruję 3-6 razy w roku, ale mogą nawet co miesiąc, a każda ruja trwa od kilku dni do dwóch tygodni. Jakby tego nie liczyć, jeśli kalendarzyki kotek się na siebie nie nałożą jestem skazana na budzenie się o nietypowych godzinach, a właścicielka ptactwa na chroniczne bóle głowy.
Sytuacja ma jednak światełko w tunelu. Właścicielka miauczących puchatków zdecydowała się wysterylizować wszystkie kotki, ponieważ obawia się ich ucieczki i chce zapobiec niechcianym ciążom.
Wyczekuję tej chwili jak dziecko prezentów świątecznych, ale mam wrażenie, że właścicielka kanarków wyczekuje jej bardziej. To może być pierwsza w historii sterylizacja kotów zakończona przyjęciem z oficjalnymi podziękowaniami i wręczeniem kwiatów.

wtorek, 5 lutego 2019

Pradziadek cwaniaczek

Mój pradziadek w wieku 32 lat zachorował na raka krtani. Lekarze zdecydowali się na laryngektomię. Dla nieświadomych, jest to zabieg polegający na wycięciu krtani. 
Traci się możliwość wydawania dźwięków, więc mówienie ogranicza się do szeptania. Nieliczni są w stanie zrozumieć osobę po operacji. Głównie są to osoby z bliskiego otoczenia, które przyzwyczajają się do "szmerowego" mówienia.
Istnieją oczywiście specjalne aparaty (sztuczna krtań), które ułatwiają mówienie ale brzmi się z nimi dość nietypowo i robotycznie.
Pradziadek twierdził, że to nie dla niego i "nie będzie dzieci straszył", więc nie używał aparatu. Kiedy przyjeżdżaliśmy do niego na wakacje trudności ze zrozumieniem pojawiały się tylko w pierwszych dniach. Później stawało się to dla nas normalne i naturalne.
Posiadanie takiego otworu w szyi sprawia, że powietrze w większości wdychane i wydychane jest nie przez nos, jak to miało miejsce do tej pory, a właśnie przez tę dziurkę. 
Tego właśnie dotyczy dzisiejsza historia.
Kiedy na świecie nie było jeszcze nawet mojej mamy, pradziadek wracając z pracy obserwował grupkę młodych ludzi, którzy urządzali zawody we wsadzaniu głowy do wiadra pełnego wody. W czasach kiedy hazard nie był tak rozwinięty ludzie ze wsi radzili sobie organizując gambling na własną rękę. Zasady były proste, kto wytrzyma dłużej z głową pod wodą - wygrywa. Praktyka i chęć wygranej sprawiała, że na podwórkach wyrastali przyszli specjaliści od nurkowania głębinowego. Pewnego dnia pradziadek owinął szyję szalikiem i podszedł do grupki, pytając czy i on może spróbować. Młodzi roześmiali się widząc osobę starszą od nich o 15 lat, do tego mówiącą jak Darth Vader bez głosu.
- Na pewno? My tu na pieniądze się bawimy, a pan już jest stary. Żeby nie było żeśmy oszukiwali, mamy lepsze płuca - odrzekł jeden z nich.
Pradziadek wyciągnął portfel i położył go na stole z pulą pieniędzy.
- Wchodzę za wszystko - odparł typowym dla niego szeptem i chłopcy szybko zrobili mu miejsce przy wiadrze, licząc na szybki zarobek. Zadowolony pradziadek wsadził głowę do wiadra i czekał. Czas mijał a młodzi zaczęli się niepokoić, że obcy mężczyzna utonął więc wyciągnęli jego głowę.
- Co jest? - odpowiedział obciekający wodą pradziadek - Nie skończyłem -
- Na pewno? żeby się pan nie utopił -
- Spokojna Twoja głowa, wiem co robię -
Głowa pradziadka wróciła pod wodę, a zaniepokojeni chłopcy czekali aż wynurzy się na powierzchnię. Czekali 15 sekund, pół minuty, minutę, kilka minut. Mężczyzna pobijał wszelkie rekordy, więc postanowili mu przerwać i pogratulować zwycięstwa. Młodzi ludzie nie chcieli jednak rezygnować z pieniędzy, zorganizowali więc dogrywkę... i kolejną... i jeszcze jedną. Zmachani, niedotlenieni i ledwo żywi zmuszeni byli oddać cały swój przegrany dobytek.
- Jak pan to robi? To jest niemożliwe! - spytał jeden z uczestników zawodów.
Pradziadek odsłonił wtedy szyję i odpowiedział z uśmiechem, że przez cały czas mógł oddychać i nie potrzebował do tego nosa ani ust. Jego proces wymiany powietrza zaczynał się wcześniej. Młodzi byli oburzeni tak jawnym oszustwem, lecz zanim zdążyli zażądać zwrotu pieniędzy pradziadek sam oddał im łupy. Nie miał zamiaru ich okradać, a jedynie dać nauczkę.
- Nie bawcie się w hazard, zawsze znajdzie się kanciarz, który Was ogołoci - odrzekł, zabierając swój portfel - I nie palcie papierosów, bo skończycie jak ja. Paskudny nałóg - dodał, po czym zostawiając młodzież w szoku i niedowierzaniu odszedł w kierunku drogi do domu.
Więcej nie widział chłopców z wiadrem, więc albo poskutkowało, albo przenieśli się w bardziej ustronne miejsce.


[1] http://onkologopeda.pl/?q=aktualnosci/%C5%9Bwi%C4%99-laryngektomowanych

poniedziałek, 4 lutego 2019

Psi rycerze i groźny smok

Wracam z zakupów. Na chodniku mijam dwie starsze panie, intensywnie o czymś rozprawiające na środku przejścia. Wokół kobiet biegają luzem dwa, niewielkie psy. Jednym z nich jest mocno przekarmiony Jamnik, a drugim bukiet ras w różowych szeleczkach. Oba słodziaki rzeźbią fosę wokół swoich właścicielek, które mimo wymijających ich w pośpiechu ludzi nie raczą przesunąć się nieco w bok, żeby upłynnić ruch chodnika. Zza rogu wyłania się kobieta z psem na smyczy. Zwierzak wygląda na miks Owczarka.
Poprawiając siatki przypadkiem podsłuchuję kawałek rozmowy starszych pań.
- Ja to tym dużym psom nie ufam wcale. Nigdy nie wiadomo co im do głowy przyjdzie - rzecze jedna z kobiet.
- Bo to od wilka pochodzi, to wiesz? - odpowiada natychmiast druga.
Jak dobrze mądrych posłuchać...
Panie, gestykulując zawzięcie próbują przekonać siebie nawzajem jak niebezpieczne i nieposkromione potrafią być psy powyżej kolana. Owczarkowate idzie grzecznie przy nodze, podczas gdy właścicielka odwraca jego uwagę i odgradza go ciałem od rozmawiających kobiet.
Małe i gniewne w różowych szelkach z warkotem kosiarki rzuca się do nóg większego psa. Miłość do ciastek na krótkich nóżkach orientuje się w sytuacji i również dołącza do szarży koleżanki, mimo że oba psy nie sięgają większemu psu powyżej uda.
- Kapsel *gwizd* *gwizd* Kapsel! Do mnie Kapsel - zdziera gardło starsza pani, przerywając rozmowę z koleżanką.
- Fili! Zostaw pieska, Fili! - dołącza druga.
Ani Kapsel ani Fili nic sobie jednak nie robią z nawoływań i pogwizdywań. One mają misję. Muszą otoczyć i zatłuc smoka i uwolnić księżniczkę na drugim końcu smyczy. Waleczny duch w małym ciałku nakazuje im walczyć. 
Właścicielka Owczarka po tuningu stara się jak może żeby skoncentrować na sobie psa, ale małe podgryzacze nie ułatwiają zadania. W końcu smok nie wytrzymuje i odwarkuje maluchom, odganiając je uzębionym pyskiem od swoich nóg.
Starsze panie wpadają w panikę. Magicznie w ich rękach pojawiają się smycze. Ciumkając i gwiżdżąc próbują złapać swoje futrzane pociechy, które wchodzą w drugie stadium wściekłości. Paróweczek zostaje pochwycony pierwszy. Krótkie nóżki i wypchany bojlerek nie pozwalają mu na ucieczkę. Bukiet ras walczy dalej i niebezpiecznie blisko podbiega do warczącej coraz głośniej paszczy. W końcu udaje się pochwycić również księżniczkę w różu i panie niosąc małe traktorki wracają na miejsce docelowe, znajdujące się na środku chodnika. Właścicielka Owczarkowatego uspokaja psa, poprawia smycz w dłoni i idzie dalej. Pies odwraca się za siebie, ale po chwili odpuszcza i drepcze przy nodze swojej pani. Małe gniewne nie odpuszczają, dopóki smok nie zniknie im całkowicie z oczu. Tym razem się nie udało. Właścicielki puszczają swoje psiaki na ziemię i oswobadzają je ze smyczy.
- Mówiłam pani, nie ma co ufać dużym psom - odzywa się zmachana niewiasta, obserwując swoją węszącą księżniczkę.
- Z nimi nigdy nie wiadomo - potwierdza właścicielka paróweczki, po czym wracają do przerwanej brutalnie rozmowy.
 ¯\_(ツ)_/¯

niedziela, 3 lutego 2019

Szybki spacer

Kiedy wiem, że nie będzie mnie w domu przez pewien czas zabieram świniaka na dłuższy spacer połączony z zabawą. Mnóstwo właścicieli aktywnych psów jest zmuszonych do takich działań, żeby zapobiec niszczeniu przedmiotów czy wielogodzinnemu wyciu. Morfina nie ma lęków separacyjnych i nie zniszczyła w swoim życiu niczego celowo, więc w moim przypadku chodzi głównie o jej komfort. Po powrocie najada się, idzie spać i zazwyczaj przesypia czas kiedy nie ma mnie w domu. Nie lubię martwić się, że psu się nudzi albo nie dostał takiej dziennej dawki ruchu, jaką powinien.
Autobus tego dnia miałam o dziewiątej i wiedząc, że wrócić mogę dość późno, około godziny czwartej zwlekłam swe ciało z łóżka i prowadzona przez szczęśliwą Morfinę opuściłam mieszkanie.
Spacer, piłka, ćwiczenia węchowe, odpoczynek na ławce, zdobywanie gór, zabawa z innymi psami, głaski publiczności. Morświn może i jest śledziem, ale śledziem zdobywcą. Spokojne spacerki nie są dla niej, ona potrzebuje rozrywki.
Za klamkę ponownie złapałam w okolicach godziny siódmej. Byłam bardziej ubłocona niż pies i obie wymagałyśmy szybkiego ogarnięcia. Świniak dostał papu i biorąc w pysk miśka udał się na legowisko. Po uszykowaniu się i upewnieniu, że spakowałam wszystko co potrzebne odkryłam że mam jeszcze bonusowe pół godziny do autobusu. W sam raz, żeby wyjść na szybkie siku i opróżnić psi pęcherz do końca.
Obroża, smycz, kołowanie przed blokiem. Szybka zrzutka soczku i powrót do klatki.
- Patrz pan, wychodzą te ludzie na chwilę z psem przed dom tylko, lenie - usłyszałam z ust starszego pana, stojącego na środku chodnika i dyskutującego z innym starszym panem. Nie znałam ich, na pewno nie byliśmy sąsiadami.
- A potem się dziwią, że takie tłuste te psy są - odpowiedział drugi z panów.
- Nie tylko psy, właściciele też. Co się dziwić jak to zero ruchu ma, tacy ludzie nie powinni mieć psa, jeszcze takiego wielkiego. Taki wielki pies to nie do bloku się nadaje, tylko do domu z ogrodem -
- O właśnie, jak już to małe -
Udając, że nie słyszę weszłam do klatki, odstawiłam psa, który wrócił dokończyć drzemkę, zgarnęłam torbę i wyszłam na spotkanie z autobusem, mijając po drodze mężczyzn stojących w dalszym ciągu na chodniku.
Lekcje na dziś: 
1. Duże psy tylko do domku z ogrodem, 
2. Małe psy nie potrzebują ruchu, 
3. Nikt nie wie o Tobie więcej niż obcy ludzie, nawet Ty.

sobota, 2 lutego 2019

Zwierzęce aniołki według bliźniaczek

Psy umierają szybciej niż ludzie, ta informacja nie jest niczym nowym. Dzieje się tak ponieważ psie organy zużywają się znacznie szybciej niż ludzkie, zwłaszcza u przedstawicieli dużych ras.
Dzieci mają jednak inne pojęcie o śmierci niż dorośli, często szukają jej przyczyny i to nie natury biologicznej.
W końcu to dziecko wyszło z tezą, że "Psy umierają szybciej, ponieważ ludzie muszą uczyć się jak być dobrymi i kochać, podczas gdy psy wiedzą to od początku i nie potrzebują tyle czasu na ziemi".
Kiedy pilnowałam ostatnio bliźniaczek, będących jeszcze na etapie podstawówki wywiązała się rozmowa o śmierci zwierząt, jako że niedawno odszedł ich kot - Rysiek. Nie odróżniam tych dzieci, są zbyt podobne, więc muszę polegać na ich szczerości kiedy pytam o imiona. Jestem świadoma że mogą się czasem podmieniać, ale na te małe, słodkie klony nie ma sposobu. Jedna z dziewczynek ma na imię Basia, a druga Kasia, żeby było jeszcze zabawniej.
Bliźniaczki są najgrzeczniejszymi dziećmi jakie przyszło mi pilnować w ostatnim czasie i podczas kiedy ja przygotowywałam im coś do jedzenia, one siedziały grzecznie przy stole w pokoju obok i rysowały. Nawet ich rysunki bywały podobne, mimo że dzieci mają różne zainteresowania i przelewają na kartkę inne obiekty. Między dziewczynkami wywiązała się rozmowa, którą dobrze słyszałam, krojąc ogórka w kuchni. Całość dotyczyła powodu śmierci Ryśka i brzmiała mniej więcej tak:
- Myślisz, że on jest w niebie? -
- Na pewno, gdzie indziej miałby iść, zwierzęta nie idą do piekła. Widziałaś kiedyś na obrazach zwierzęta w piekle? -
- Nie, ale w niebie też nie widziałam -
- A ja widziałam. W jakiejś książce był obraz lwa i owieczki obok siebie w chmurkach -
- Wiem, że musiał umrzeć bo był stary i chory, ale czemu Bóg właściwie zabiera zwierzęta? Bo byłoby ich za dużo? Ale gdyby nie umierały nie musiałyby rodzić się nowe -
- Słyszałam gdzieś, że psy to aniołki wysłane do pilnowania ludzi i nie mogą mówić, żeby nie kontaktować się z człowiekiem. Ja myślę, że wszystkie zwierzęta to aniołki -
- Szkoda że nie mogą mówić. Byłoby czasami prościej, jak je na przykład coś boli -
- No -
Tutaj nastąpiła krótka przerwa w dyskusji, po czym jedna z dziewczynek podjęła rozmowę na nowo.
- A aniołki ptaszki mają nowe skrzydełka, czy zostają im te co miały? No bo pieskom, kotkom i innym zwierzątkom pewnie wyrastają jak trafiają do nieba, ale ptaszki mają już skrzydełka -
- Ja myślę, że im zostają ale mają jakieś ulepszenia, żeby im nie było smutno. Jakieś fajne dodatki i nietoperze pewnie też, bo po co im drugie skrzydła -
- No racja -
Kolejna krótka przerwa.
- Ja myślę, że Bóg zsyła aniołka na ziemię w zwierzątkach, żeby one sprawdzały czy ich właściciel jest dobrym człowiekiem i czy może iść do nieba. Muszą szybciej iść do nieba niż człowiek, żeby przekazać Bogu i żeby on mógł się przygotować -
- Taki test? -
- No, taki test. Chyba dlatego zwierzęta umierają szybciej -
- Jak myślisz, co o nas powiedział Rysiek? -
- Chyba że jesteśmy dobrymi ludźmi. Jakby Bóg spytał mnie, to bym powiedziała że Rysiek był dobrym kotkiem, więc on pewnie myśli podobnie -
- Mam nadzieję, że nas wpuszczą. A Ci co ich zwierzęta powiedzą że byli złymi ludźmi idą do piekła? -
- Na pewno. Jak ktoś bił zwierzaka, albo mu robił krzywdę to gdzie ma iść? Musi iść do piekła -
- Masz rację -
- Tylko co z ludźmi, którzy nie mają zwierząt. Albo no wiesz, z tymi co je muszą zabijać na przykład kurczaki, albo świnki. Jemy kurczaki i świnki przecież -
- No mnie się wydaje że wtedy to zależy czy ten człowiek był dobry zanim zabił to zwierzę. Wiesz, czy go nie bolało specjalnie. A Ci co nie mają zwierząt pewnie są obserwowani przez takie dzikie. Jak gołębie, albo wróbelki, które są wszędzie -
- Takie obce aniołki? -
- Właśnie. Takie aniołki patrolujące. Jak kamery -
- Ja bym wolała być czyimś aniołkiem niż takim ogólnym -
- Ja też, ale oni się pewnie zmieniają i jak umiera jakieś zwierzę, to ten aniołek przychodzi jako inne -
- To Rysiu trafi teraz do innej rodziny i będzie na przykład chomiczkiem? -
- Pewnie tak, ale nie wiem na pewno, tak mi się wydaje -
- Mam nadzieję, że się nim będą dobrze zajmować -
- Ja też -
- Wiesz jakich aniołków mi szkoda najbardziej oprócz tych co mają złych ludzi? -
- No? -
- Tych w schroniskach albo bez domu. No bo muszą całe życie siedzieć w jednym miejscu i czasami nikt ich nie weźmie i one wtedy mają złą opinię o ludziach i jak Bóg je pyta, to one mówią, że ludzie są źli. A oni tylko nie poznali tych właściwych ludzi. Wiesz o co mi chodzi? -
- Tak, ale myślę, że właśnie dlatego się zmieniają. Że potem idą do dobrych ludzi i już nie uważają, że wszyscy ludzie są źli, to ma sens -
- A co jak dla jednych zwierząt ludzie są mili, a dla innych nie? Wtedy jeden aniołek powie że to był dobry człowiek i może iść do nieba, a drugi powie że ma iść do piekła, co wtedy? -
- Ja myślę, że wtedy Bóg decyduje, albo zsyła jakiegoś wyszkolonego aniołka, żeby on odpowiedział. Tylko czemu ktoś miałby być dobry dla jednego zwierzaka, a dla drugiego nie, to bez sensu. Jak ktoś jest dobry to jest dobry i tyle -
- Pewnie tak, ale takie pająki, albo komary? Nikt nie jest miły dla komara -
Chwila ciszy.
- To mogą być takie aniołki obserwujące pracę tego aniołka głównego. Takie na chwilę, żeby sprawdzić czy dobrze wykonuje swoje zadanie. Dlatego szybko giną -
- Ale niektórzy ludzie mają pająki jako zwierzątka -
- To wtedy nie. To pewnie zależy od pająka - 
- Chciałabym jeszcze Rysia zobaczyć, może jako inne zwierzątko. Myślisz, że byśmy go poznały? -
- Myślę że tak, ale on musi sprawdzić też innych ludzi. Może wyślą nam innego aniołka ale też będzie fajny jak Rysiek -
- Fajnie by było -
Wtedy podałam kolację, a rozmowa nigdy nie powróciła. Cieszę się jednak, że byłam jej świadkiem.
Okazuje się, że anioł stróż jest źle przedstawiany na obrazach.
Wersja bliźniaczek i puchate aniołki podobają mi się znacznie bardziej.

piątek, 1 lutego 2019

Prywatny sposób na naukę

Proces uczenia się jest bardzo zróżnicowany u wielu ludzi. Każdy ma swoją własną, unikalną technikę do wyrycia w mózgu rzeczy które nigdy więcej mu się nie przydadzą, ale są mu potrzebne na egzamin czy kolokwium, a nie sposób zapamiętać ich w sposób logiczny. Trzeba je po prostu wykuć.
Pewnie wielu z Was nie dotyczy już ten problem, ale dla studentów zaczyna się właśnie "system eliminacji studentów jest aktywny" (skrót: sesja) i należy zastanowić się jak zapamiętać cały semestr w jedną noc. Jak zmusić mózg do pochłonięcia miliona niezrozumiałych treści tylko po to, by następnego dnia mógł zwrócić to na kartkę papieru.
Ja mam swój własny sposób i jest to jedyna metoda działająca w moim przypadku.
Nauka w łazience.
Ja wiem, brzmi dziwnie i nietypowo. Właściwie dlaczego w łazience? Przecież pokój jest dużo lepiej przystosowany. Jest miły, przyjazny, ma kolorki na ścianach, jest przytulny. Właśnie w tym problem. Do nauki potrzebuję pomieszczenia które mnie nie rozprasza, w którym nie ma na czym zawiesić oka na dłuższą chwilę i które przede wszystkim nie posiada łóżka. Mój mózg jest prosty w obsłudze, widzi łóżko - chce mu się spać. To samo dzieje się po owinięciu kocem. Reakcja natychmiastowa "O, czas na drzemkę". Nie. Czas na naukę, ale jest tak zimno że w samym swetrze nie da rady.
To dlaczego nie kuchnia, albo korytarz?
Korytarz jest zbyt zimny, tamtejsze temperatury odpowiadają tylko niedźwiedziom polarnym i Morfinie. Dziwię się, że nikt do tej pory nie postawił tam flagi zdobywców najmroźniejszych terenów świata. Jeśli chodzi o kuchnię to tutaj jest pułapka. Lodówka. Jak już wiemy, mój mózg uwielbia proste skojarzenia i kiedy widzi wielką, białą szafę z jedzeniem z automatu robię się głodna. Każdy ma swoją ulubioną rzecz do zagryzania podczas filmów czy nauki. Moją jest marchewka z czekoladą. Możecie śmiało oceniać, jesteśmy na etapie w którym mówię Wam, że uczę się w towarzystwie muszli sedesowej, więc jest mi wszystko jedno. Dlaczego marchewka z czekoladą? Nie mam pojęcia, co więcej to zestawienie smakuje mi tylko jak mam przed nosem zeszyt do fizyki kwantowej, albo inną równie pasjonującą lekturę. Nie jest to marchewka PRZED czekoladą albo PO czekoladzie. Nie, nie, to jest marchewka Z czekoladą. Razem. Gdybym miała uczyć się w kuchni, w lodówce dnia następnego brakowałoby połowy produktów, bo kiedy skończyłaby się ulubiona przegryzka przeszłabym do pochłaniania całej reszty. Zazdroszczę ludziom, którzy w stresie nie potrafią nic jeść, ja jem wtedy podwójnie.
Zostało nam więc tylko jedno pomieszczenie spełniające warunki - łazienka. Fakt, czasem trzeba wyjść, żeby udostępnić miejsce reszcie rodziny, która idzie tam w innych celach i czasem potem trzeba wietrzyć, ale od czego są odświeżacze powietrza. Psik psik i całe pomieszczenie znów pachnie morską bryzą. W łazience jest jednak zimno, jako że sąsiaduje ona z korytarzem i jest naprzeciwko zewnętrznych drzwi. Koc odpada, omówiliśmy to już wcześniej. Zabieram więc kurtkę, materiał na całą noc i migruję do łazienki, żeby wyjść z niej nad ranem, ze zwycięsko bolącą głową. Jeśli się nad tym zastanowić łazienka jest idealna. Ile razy można liczyć kafelki, albo czytać opakowania szamponów? Po jakimś czasie to robi się jeszcze nudniejsze niż materiał i łatwiej jest się skoncentrować.
Mijają minuty, godziny, mam wrażenie że również lata. Materiał nie jest prosty i wymaga brutalnego zapamiętywania siłowego. Od dwudziestu minut czytam to samo zdanie, które nie chce pozostać w głowie mimo najlepszych chęci. Dokładniej:


Z jakiś powodów to zdanie nie podoba się głowie. Krążę więc po pomieszczeniu 2x2 i powtarzam je z różnymi tonacjami głosu w kółko. 
- Metodą okluzji w żelu poliakryloamidowym, aminocylaza pleśniowa, L-aminokwasy i L-asparaginowy kwas z fumaranu amonowego. Fumaran amonowy, aminocylaza pleśniowa, żel poli... poliakryloamidowy - dodaję zerkając po raz kolejny na kartkę.
W okolicach godziny 20:15 kiedy zastanawiam się na głos z czego ten kwas L-asparaginowy był produkowany, z junkersa dobiega głos:
- Furman amonowy! -
Odwracam się w stronę źródła dźwięku i odruchowo odpowiadam:
- Dziękuję... -
Sąsiad popełnił mały błąd w nazwie, ale można mu to wybaczyć, ze względu na niewyraźny system przekazu. Cieszę się, że dostarczam wiedzę z zakresu literatury szkół wyższych całemu pionowi. E.coli bądź co bądź jest jak najbardziej na miejscu podczas wieczornego posiedzenia na tronie królów. 
Zastanawiam się tylko ilu sąsiadów dzięki moim technikom uczenia się przy myciu zębów, czy kąpieli zdobyło wiedzę w dziedzinie im do tej pory nieznanej i czy powinnam zacząć pobierać jakąś prowizję.