Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

sobota, 19 października 2019

Problematyczna dyszka

W ostatniej chwili wpadam na przystanek autobusowy (jak zwykle). Linia ku mojej uldze spóźnia się o kilka minut, więc mam jeszcze czas na zakup biletu w automacie i tym samym oszczędzenie sobie przepłacania u kierowcy.
Zdaję sobie sprawę, że moja poranna organizacja czasu jest fatalna, prawdopodobnie przez piętnaście drzemek ustawionych po budziku.

Szperając w portfelu w poszukiwaniu drobnych, kątem oka zauważam kobietę, która podchodzi do ławki, schyla się po coś, przygląda podniesionemu obiektowi i chowa go do kieszeni. Nie mam czasu zastanawiać się co znalazła kobieta, bo przez zamroczony umysł próbuję dotrzeć do tego jakiej kategorii bilet kupić. Nie, żebym nie kupowała tych samych od kilku lat.

Transakcja kończy się sukcesem i wyglądając mojego numeru na wesołym, żółtym pojeździe, zauważam, że do kobiety podchodzi dwóch mężczyzn, którzy jeszcze przed chwilą stali obok mnie.

- Przepraszam, nie znalazła Pani przypadkiem moich pieniędzy? - pyta jeden z panów i dziewczyna, wyjmując słuchawki z uszu, zaczyna badawczo przyglądać się przybyszom.
- Znalazłam jakieś pieniądze, to prawda - odpowiada po chwili.
- No, to moja dyszka - mówi mężczyzna, wyciągając przed siebie rękę i sugerując tym samym, że chciałby odzyskać pieniądze.
Kobieta już sięga do kieszeni, najwidoczniej będąc uczciwą i nie chcąc okradać obywateli, ale w tym momencie zza zakrętu wychodzi starsza kobieta, popychając przed sobą balkonik i zaglądając pod ławki.
- Przepraszam, szuka Pani czegoś? - pyta kobieta, przerywając na chwilę transakcję z panami.
- Zgubiłam tu gdzieś pieniążki. Dziesięć złotych. To były pieniądze na leki. Nie widziała Pani może? Teraz mi braknie.
Kobieta spogląda to na mężczyzn, to na kobietę i widać, że szuka w ich oczach odpowiedzi.
Znalazła dziesięć złotych, a teraz okazuje się, że powinna znaleźć dwadzieścia.
- Ale bo... - zaczyna, ale zniecierpliwieni panowie pospieszają ją ruchem ręki.
- Chwila. Ja znalazłam jeden banknot. Ktoś kłamie - mówi bardziej do siebie niż do zgromadzonych.
- Znalazła Pani moje dziesięć złotych? - pyta z nadzieją staruszka.
- Raczej moje dziesięć złotych - odpowiada mężczyzna - Muszę kupić bilet, może Pani szybciej?
Widać, że dziewczyna nie wie co robić. Nie może przecież spytać o numer banknotu. To byłoby absurdalne. Ze zgubionymi przedmiotami jest dużo prościej. Wystarczy poprosić o szczegółowy opis. Może faktycznie oboje zgubili taką samą kwotę pieniędzy w tym samym czasie, ale byłoby to wielkim zbiegiem okoliczności. No i gdzie w takim razie podział się drugi banknot? Ktoś teoretycznie mógł znaleźć go wcześniej, ale sprawa jest podejrzana. Mężczyźni prawdopodobnie widzieli moment znalezienia pieniędzy, a stali na tyle blisko, że byli również w stanie określić nominał i skorzystać z okazji na darmową gotówkę. Nikt jednak nie wie tego na pewno, a oczernianie obcych ludzi widocznie kłóci się z sumieniem dziewczyny. Z drugiej strony staruszka nie wygląda jakby kłamała.
- To czyje są te pieniądze? - pyta dziewczyna, licząc na szczerą odpowiedź.
- Moje - mówi pewnie mężczyzna - Mówię przecież.
- Pan też zgubił dziesięć złotych? - pyta staruszka - Jakiś pechowy dzień chyba.
Nadjeżdża mój autobus i dziewczyna najwidoczniej też ma zamiar do niego wsiąść, bo oddaje dychę mężczyźnie i wyciąga z portfela kolejną, wręczając ją kobiecie.
Oboje dziękują, z tym że staruszka dużo wylewniej i kobieta wsiada do żółtego pojazdu.

Bilans jest ujemny. Zamiast dziesięciu złotych na plusie, dziewczyna wylądowała z mankiem na dychę, ale przynajmniej postąpiła zgodnie z własnym sumieniem i nie będzie się musiała zastanawiać czy oceniła sytuację prawidłowo i oddała pieniądze właściwej osobie.

Zdaje się, że spokój ducha był dla niej ważniejszy.


piątek, 18 października 2019

Demony, anioły, dwa bąble i wróżka

Spacer z jasnym i puchatym, oraz ciemnym i gładkim. Jedno wącha ogrodzenie przedszkola, drugie planuje unicestwienie świata, gryząc namiętnie swoją smycz.
Tuż obok przechodzi dorosła kobieta z dwójką dzieci, trzymanych za ręce.
- Zobaczcie, pieski - mówi do potomków - To białe to dziewczynka, a to czarne chłopczyk.
- Skąd Pani wie? - pytam, podejrzewając, że zajrzano psom pod ogony.
- No bo jasna to dziewczynka, a ciemne to chłopiec.
- Ale mogłoby być na odwrót. Jasny mógłby być pies, a ciemna suka.
- Proszę takich wyrazów nie używać przy dzieciach - rzuca kobieta, zakrywając po jednym uchu u każdego dziecka, bo przecież przez jedno nie usłyszą.
- Ale to jest normalne nazewnictwo.
- Można ładniej powiedzieć. Sunia, dziewczynka. Poza tym to by było dziwne jakby jasny był chłopcem, a ciemna dziewczynką.
- Aha. To Pani zdaniem nie ma na świecie czarnych samic i białych samców.
- No są, ale nie w zestawieniu.
Że what?
- Można pogłaskać? - pyta w końcu kobieta, kiedy dzieci wyszarpują jej ramiona ze stawów.
- Jasne, proszę - odpowiadam.
- Idźcie pogłaskać białego pieska.
- Czarnego też można, lubi dzieci - dodaję, bo Piksel widząc małe ludziki, szoruje już grzbietem o chodnik i odpala napęd ogonem.
- Nie, czarnego to nie. Czarne to gryzą.
- Ten nie gryzie.
- Czarne ogólnie gryzą i groźne są. Białe to są grzeczne. Tak z natury mają.
W głowie automatycznie zaczyna mi lecieć czołówka z "Adama i Ewy" - "ona i on, niebo i grom".
- Pani tak na poważnie? - pytam, bo już w sumie nie wiem czy nie łapię żartu, czy kobieta mówi serio.
- No tak, chodźcie już, bo ten czarny Was zaczepia - mówi matka dzieci, po czym zbiera latorośle, pod które wczołgiwał się Piksel i odchodzi.

Rasizm.
Rasizm i seksizm.
Rasizm i seksizm w czystej postaci.

środa, 16 października 2019

Czy da się zabić kreatywność?

Niech pierwszy rzuci pączkiem (kamienie są niebezpieczne) ten, kto nigdy nie odpłynął na chwilę na zajęciach. 
To może być podstawówka, gimnazjum (którego teraz już nie ma, a które było szkołą przetrwania, przynajmniej w mojej miejscowości), liceum, technikum, zawodówka, studia, może nawet jakieś szkolenie, czy coaching w pracy. Przedszkola nie biorę pod uwagę, bo poziom zgromadzonej tam energii wystarczyłby do zasilenia niedużej miejscowości do pięciuset mieszkańców w energię elektryczną.
Każdemu chociaż raz zdarzyło się stracić kontakt z rzeczywistością i przenieść się myślami w jakieś ciekawsze miejsce, ignorując wypowiadającego się człowieka, lecz dla niepoznaki, patrząc mu prosto w oczy.

Odkąd jestem na studiach, walczę o ten kontakt z rzeczywistością cały czas. Moja koncentracja wychodzi na spacer zazwyczaj już w dziesiątej minucie wykładu (przypominam, że jeden wykład trwa standardowo 1,5 h) i nie wraca dopóki nie usłyszy "Dziękuję za uwagę, widzimy się w środę, przygotujcie to o co prosiłem". Co przygotować? Na kiedy przygotować? Po co przygotować? Tego nie wie nikt, bo moja grupa składa się z trzech osób, z których jedna na co dzień żyje w swoim świecie i nie utrzymuje kontaktu z resztą. Na początku było nas jedenastu, ale sesja zbiera ciężkie żniwa. Można więc uznać, że obecnie jestem na studiach indywidualnych, zwłaszcza kiedy ktoś zdecyduje się rozchorować.
Moja walka o zachowanie kontaktu nie jest jednak zwykłą walką. Nie tylko uciekam myślami do tego co będzie na obiad, albo co się aktualnie dzieje w domu, ale też znużenie odbiera mi świadomość. Głos prowadzącego jest na tyle usypiający, że muszę zmieniać swoją pozycję co 15 sekund by uniknąć zamknięcia się powiek. W ostateczności zmuszam się do liczenia paneli na ścianie, albo ozdabiania boków notatek. Nie ma lekko, jak się ma trzy osoby w klasie, to trzeba sobie radzić. W tłumie kilku śpiących studentów nie zostałoby nawet zauważonych, ale my nie mamy tego komfortu.

Niedawno usłyszałam od kogoś, że "szkoła zabija kreatywność".

Zadania typu "Co autor miał na myśli?", albo interpretacja obrazów coraz rzadziej opierają się na indywidualnym widzeniu świata, a coraz częściej na zgadywaniu jakiej odpowiedzi spodziewa się nauczyciel, albo komisja maturalna. Jest temu bliżej do wróżbiarstwa niż do interpretacji, ponieważ nawet jeśli myślisz dobrze, lecz niestandardowo, to nie myślisz dobrze. Nieszablonowe podejście i wybijanie się z tłumu nie są promowane. 
Sytuacja stała się absurdalna do tego stopnia, że kilka lat temu Jerzy Sosnowski został poproszony o interpretację swojego własnego felietonu „Sztuka jako schody ruchome” i jak się później okazało, nie wstrzelił się w klucz, czego skutkiem było pomniejszenie ilości punktów jaką dostał z analizy swojej własnej twórczości. Jak się okazuje, egzaminatorzy wiedzą co autor tekstu miał na myśli lepiej niż sam autor.
Długo krążył też mit jakoby Szymborska miała nie zdać matury z własnego wiersza, ale został on zdementowany przez jej sekretarza.

Przedmioty artystyczne, w których można było wykazać się wyobraźnią i pomysłem, zostały wyłączone z programu nauczania po ukończeniu podstawówki.

Zadania powierzane uczniom ograniczają się raczej do podążania za wskazówkami i określonym schematem, niż przecieraniem własnych szlaków.

Nie można temu zaprzeczyć, jak więc to jest z tą kreatywnością?

Mam teorię, że człowiek z natury jest kreatywny. Może mieć mniejszą, lub większą wyobraźnię, ale nie da się zmienić go w robota, postępującego zero-jedynkowo. Używamy wyobraźni, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Sny, rozmyślania o wakacjach, czy wyobrażenia przyszłości - do tego wszystkiego nie stosujemy klucza. To nie musi mieć sensu, logiki, ani znaczenia, ale każdy człowiek i tak czasem odpływa, dryfując po tylko sobie znanym oceanie. Jest to naturalna reakcja na nudę i brak bodźców. Mózg lubi być zajęty, a to czym się zajmie ma już dla niego drugorzędne znaczenie.

Moim zdaniem bardziej prawdziwe jest więc stwierdzenie: "Szkoła zabija kreatywność na jednej linii, ale kreuje ją na drugiej".

Już objaśniam.

Załóżmy następujący scenariusz:

W klasie siedzi osoba. To może być dziewczynka, chłopiec, obojnak, nie ma to większego znaczenia. Tak samo jak wiek tej osoby i stopień jej wykształcenia. Nudzimy się przecież na każdym etapie rozwoju. Wystarczy nam informacja, że jest to człowiek. Nazwijmy go Kiwi, bo dlaczego nie? Kiwi może być imieniem bezosobowym.
Nasz Kiwi walczy z zamykającymi się powiekami. Nauczyciel przechadza się po klasie i wykłada. Co wykłada, tego niestety nasz Kiwi nie może wiedzieć, ponieważ znajduje się teraz myślami pomiędzy kolacją, wyimaginowanym ludzikiem, odstawiającym porkour na tablicy i szafce w rytm ulubionej piosenki, a mangą, którą człowieczek ma zamiar dokończyć wieczorem. Tak naprawdę mógłby rozmyślać o czymkolwiek, skutek byłby ten sam. Kiwi jest bardzo pochłonięty zabawą długopisem i całkowicie zatracony w swoich planach i wyobrażeniach.
Wtedy to Kiwi słyszy swoje imię, padające z ust nauczyciela i obraca się w jego stronę. Nauczyciel stoi z założonymi rękami i łypiąc wrogim spojrzeniem, wyczekuje odpowiedzi. Kiwi zaczyna się peszyć. Nie słyszał pytania, jak więc miałby udzielić odpowiedzi?
- No, słucham - pada z ust nauczyciela - Co Ty o tym myślisz?

Teraz Kiwi może podjąć następujące warianty działania:

a) Może milczeć i uciekać wzrokiem po klasie, licząc, że ktoś życzliwy mu podpowie.
b) Może odpowiedzieć "tak", lub "nie", licząc, że to nie było pytanie na rozwinięcie, typu "gdzie mieszkał Napoleon?".
c) Może poprosić o powtórzenie pytania, spotykając się z odpowiedzią "Jakbyś uważał, to byś wiedział", lub czymś równie ambitnym.
d) Może przyznać się, że nie uważał i przeprosić za brak skupienia, narażając się tym samym na wezwanie rodziców, uwagę w dzienniczku, czy inną formę nagany.
e) Może wymyślić jakiś absurdalny powód, dla którego nie może odpowiedzieć na zadane pytanie. Konwencja Genewska, etyka wyznania, czy przekonań, ból gardła, pilna potrzeba pójścia do toalety, złe samopoczucie, to już jak fantazja poniesie.

Jako, że Kiwi jest osobą prawdomówną i szczerą, a rodzice zawsze powtarzali, że to dobra cecha, człowiek ten decyduje się na wariant "d".

- Nie uważałeś, tak? To proszę, podziel się ze wszystkimi czym byłeś tak zajęty - odpowiada nauczyciel i Kiwi wie już, że dokonał złego wyboru. Nie może przecież zacząć przy całej klasie opowiadać o tym, że wyobraził sobie patyczanego ludzika, odprawiającego freestyle po klasie i łysej głowie profesora, czy też o tym, że zastanawia się czy Yuga pocałuje w końcu Ryosuke, bo mój boże, ileż można. 
Nie. 
Prawda prawdą, ale tego powiedzieć nie może. To by mu zniszczyło reputacje i naraziło na zrobienie z siebie pośmiewiska i klasowego dziwaka. Kiwi zaczyna więc kombinować. Musi być szybki, kreatywny, ale zarazem wymyślić coś, w co nauczyciel będzie w stanie chociaż trochę uwierzyć.
- Przepraszam, chodzi mi po głowie taka piosenka i nie potrafi wyjść - odpowiada, częściowo zgodnie z prawdą i jest z siebie bardzo dumny.
- Naprawdę? A cóż to za ciekawa piosenka, która tak Cię pochłonęła? - męczy dalej nauczyciel, zamiast pogodzić się z tym, że nie każdego obchodzi mitoza i mejoza i przejść z tym faktem do porządku dziennego.

Czerwony alarm. W mózgu Kiwi wszystko przyspiesza i przetwarza informacje na najwyższych obrotach. Ma powiedzieć, że naprawdę lubi tę piosenkę z reklamy musztardy, której tak wszyscy nienawidzą? Wykluczone. Tu trzeba czegoś neutralnego. Może jakaś wymijająca odpowiedź.

- Coś z telewizji - odpowiada Kiwi - Z jakiejś reklamy, pewnie Pan nie zna.
- Może jednak znam, klasa chętnie posłucha o Twoich zainteresowaniach, zwłaszcza tych na lekcji.
Szlag. Sytuacja przypomina te chwile, kiedy obgaduje się nauczyciela na kartce, lub rysuje jego karykaturę i przekazuje koledze dwie ławki dalej, a ten nie wytrzymuje i zaczyna się śmiać, więc nauczyciel nalega na oddanie mu kartki i wyjaśnienie co tak ucznia rozbawiło. Najbezpieczniejszą opcją jest wtedy zjedzenie kartki. Trochę celulozy jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a są rzeczy, które ciągną się za człowiekiem latami.
Kiwi nie może jednak zjeść swojego mózgu, a to on odpowiedzialny jest za całe zamieszanie. Robi więc w głowie szybki katalog piosenek, użytych w reklamach, które nie zniszczyłyby jego dobrego imienia.
Kiwi analizuje ile minut zostało do końca zajęć i przeprowadza obliczenia, pomagające ustalić jak długo musi mówić, by przerwał mu dźwięk dzwonka. Waży każde słowo, owija w bawełnę i mataczy, ścigając się z czasem.
Udaje mu się i chociaż grono pedagogiczne twierdzi, że "dzwonek jest dla nauczyciela", uczniowie mają swoje zasady, mówiące o tym, że należy jak najszybciej opuścić klasę po usłyszeniu znanego sobie sygnału. W ten sposób ćwiczy się zdolności ewakuacyjne w razie pożaru, czy wybuchu bomby.

Czy Kiwi wie o czym była lekcja? 
A skąd.
Czy nauczyciel przypadkiem zmusił Kiwi do wykazania się kreatywnością i umiejętnością szybkiego podejmowania decyzji, oraz analizy i statystyki w zakresie oceniania ryzyka?
Jak najbardziej.

Należy pamiętać, że jabłko oglądane z różnych perspektyw dalej pozostanie jabłkiem. Niezależnie od tego czy będzie widziane z góry, z dołu, z boku, czy ze środka. Jeśli ściśniemy te jabłko, wypłynie z niego sok, zwłaszcza kiedy jest młode i świeże. Nawet jeśli będziemy się starać tak zgnieść jabłko, żeby nic się z niego nie sączyło, to musimy się liczyć z tym, że ten sok i tak znajdzie inne ujście.

Tak samo jest z kreatywnością. Tłamszona w jednym miejscu, wyjdzie z innej strony, niekoniecznie takiej jakbyśmy się spodziewali.

wtorek, 15 października 2019

Jeden z głowy

Jest na naszym osiedlu kilka psów, które zasłużyły na miano zawodowych japaczy. 
Już spieszę z wyjaśnieniem określenia. 
Japacz - to potocznie pies, który szczeka przez 90% swojego spaceru, a przez pozostałe 10% usiłuje oderwać swoją głośną głowę od ciała, używając obroży jako gilotyny. Zazwyczaj do tej grupy należą pieski kieszonkowe, których żądza mordu i przerost ego są cztery razy większe od instynktu samozachowawczego i trzeźwej oceny sytuacji.
Hersztem bandy japaczy jest tutaj Jogi - York, którego mamusia ewidentnie zapatrzyła się na Jamnika. Jogi dowodzi gangiem składającym się z dwóch Maltańczyków, trzech Ratlerów, kilku Chihuahua i bliżej nieokreślonej sarenki wielkości śniadaniówki, z absolutnym brakiem szyi.

Jogi pomiata i gardzi wszystkim, co ma więcej niż pięć kilogramów i okazuje to, startując do nóg przeciwnika z dźwiękiem kosiarki i obnażonymi zębami, usiłującymi zadać obrażenia, których nie są w stanie zadać. Wygląda to jak atak małego, nakręcanego rekina. Nie jest to groźne, ponieważ pies jest w stanie objąć szczęką jedynie futro, ale bywa bardzo denerwujące i uciążliwe.
Właścicielka psa nic sobie nie robi z jego wyczynów, dopóki to Jogiemu nie dzieje się krzywda. Wtedy kobieta potrafi wejść głosem w strefę ultradźwięków i sprawić by zdezorientowane wieloryby rozbijały się o skały, a nietoperze z głośnym piskiem lądowały na szybach samochodów.
Jej psu wolno wszystko, ponieważ "on nic nikomu nie zrobi, bo jest mały". Z tego samego powodu Jogi nigdy nie ma na sobie smyczy, ani obroży. 
Miejscowi koneserzy Amareny i chrzczonego piwa "U Stasia" już od dawna robią zakłady o to czy pies zginie w końcu w paszczy broniącego się Mastifa, czy jednak ubiegnie go jakiś rozpędzony samochód, któremu ujadacz wpadnie pod koła. Najwidoczniej właścicielka pieska nie kocha go zbyt mocno i bardzo chce się o tym pewnego dnia przekonać.

Tego dnia wyszłam na wieczorny spacer z dwójką osobników:
Morfiną, zwaną puchatym łabędziem po Esmeronie i Pikselem, zwanym nieślubnym synem szatana, pogromcą wszystkiego co żywe, niszczycielem dusz i dealerem ADHD.
Było już dość ciemno i gdyby nie odblaskowa obroża, potomek Lucyfera byłby dla mojego oka właściwie niewidoczny. Wiedziałam jednak, że mam przy sobie oba psy, ponieważ trzymałam je na smyczy. Urządzeniu nieznanym właścicielce Jogiego. Małe i skrzeczące, widząc swojego odwiecznego, puchatego wroga w postaci Morfiny, bez zastanowienia ruszyło w naszym kierunku, przebiegając przez ulicę, oraz trawnik i wydając z siebie charakterystyczne, wysokie *jap* *jap*.
Szarża małego traktorka przerodziła się w pełen sprint i pies właściwie szybował już w powietrzu, pełen nadziei, że może tym razem uda się sięgnąć puchatej chociaż do kolana.
Nagle wszystko ustało. Drący się pies zahamował tak nagle, że wzbił małymi stópkami obłoki pyłu. Droga hamowania wyraźnie odznaczała się w piasku czterema, płytkimi rynienkami. Jogi stał i w milczeniu węszył w powietrzu. Zwierz zatrzymał się, ponieważ ujrzał wyłaniającego się zza Morfinowego cielska obcego psa, który zerkał na niego z niepokojem. Wróg był nieznany, ale kwalifikował się wielkościowo do znienawidzonej grupy, więc karzełek ponowił próbę ataku, na którą Piksel odpowiedział krótko, lecz stanowczo - wysuwając się lekko do przodu i wydając trzy, krótkie szczeknięcia.
Książę piekieł nie wykazuje agresji i sam przejawia do niej wrogi stosunek. Świetnie dogaduje się z wszystkimi ludźmi i innymi psami, pod warunkiem, że nie startują do niego z zębami, ani nie próbują w inny sposób wyrządzić mu krzywdy. Ta zasada została złamana i potomek mroku był gotowy walczyć o swoją przestrzeń osobistą. Zdezorientowana Morfina patrząc na to z boku, zajęła już dobre strategicznie miejsce za moimi nogami, obserwując stamtąd rozwój wydarzeń.
Trzy basowe szczeknięcie wybudziły właścicielkę dwóch kilogramów nieszczęścia z amoku i zwołując swym krzykiem delfiny, postanowiła przetruptać szlakiem, pokonanym przej jej psa i wyrwać go z objęć rychłej śmierci.
- Jogi! Do mnie Jogi - wołała kobieta, lecz Jogi, stojąc w bezpiecznej odległości, usiłował właśnie odnaleźć sens życia i podjąć decyzję o zostaniu Kamikaze.
Piksel, stojąc w bezruchu usiłował zahipnotyzować wroga spojrzeniem, nie spuszczając go z oczu i wykonując głową ruchy kobry. Morfina, chowając się za mną, upewniała się, że stoi na tyle daleko, żeby w ostatnim momencie zdążyć wskoczyć mi na ramiona, ale jednocześnie na tyle blisko, żeby obserwować sytuację. Jogi natomiast, skacząc jak mała surykatka, kombinował jak sforsować pierwszą linię obrony, na którą nie spodziewał się natrafić.
- Jogi! - nie poddawała się właścicielka japacza i z całych sił próbowała przechwycić zwinnego jak fretka psa, co udało się gdzieś między osiemnastą, a dwudziestą piątą próbą.
- Takiemu to kaganiec - rzuciła w moją stronę kobieta, podnosząc wydzierającego się namiętnie Yorka.
- Takiemu to smycz i behawiorysta - odpowiedziałam, bo pula u sklepowych Mietków wciąż rosła i nie chciałam, żeby ktokolwiek rozbił bank przez nieodpowiedzialność jednego człowieka.
- Co on by zrobił takimi zębami?
- To nie ma znaczenia.
- Ma! On się tak zachowuje, bo się boi tych wielkich psów, a Pani specjalnie sobie kupiła drugiego, żeby mi straszyć mojego! - rzekła oburzona niewiasta i ruszyła w stronę domu, ściskając wyrywającego się pieska jak śliską rybę. 
Piksel odprężył się dopiero, kiedy zamilkło ostatnie *jap* *jap* i mogliśmy ruszyć dalej.

Czego się dziś dowiedzieliśmy:

  1. Specjalnie "kupiłam" sobie drugiego psa, żeby na złość sąsiadom straszyć nim małe Yorki.
  2. Jeśli coś nie jest w stanie wyrządzić nam większej krzywdy, naszym obowiązkiem jest pozwolić na przekraczanie wszelkich granic.

poniedziałek, 14 października 2019

Znowu tu jesteśmy

Czasem wstęp jest zbędny, przejdźmy więc od razu do rzeczy.

Od pewnego czasu (od dłuższego czasu, szczerze mówiąc) w moim życiu występuje pewien motyw, który przez częstotliwość swojego występowania, traci na elemencie zaskoczenia, zszokowania, zdziwienia i kilku innych słów na "z".

Ten motyw to samobójstwo.

Tak, ja wiem, znowu. Jak liczyliście na wesołą historyjkę, albo recenzję z walki Morfiny i Piksela z kubeczkiem po jogurcie, to muszę Was rozczarować i odesłać do innych postów. Ten będzie o czymś innym.

Schemat wygląda następująco:

Polacy (i Irlandczycy) z jakiegoś powodu bardzo lubią poruszać tematy czyjejś śmierci. Czasem pierwszą rzeczą, którą słyszymy od napotkanego przypadkiem znajomego to: "A słyszałaś, że (ty wstawcie nazwisko znanej osobistości) umarł. W telewizji mówili", albo "No, byłem w sobotę na pogrzebie wujka Staszka. A tak się dobrze trzymał, nic się nie zapowiadało", lub też "Karetka do nas ostatnio podjechała, w nocy, na sygnale i się okazało, że to do sąsiadki spod dwunastki. Wiesz której, tej starszej. Twarz jej zakryli i wywieźli, chyba od razu do kostnicy. Może zawał, albo co". 
Nie oszukujmy się, niemal każdy był chociaż raz w życiu świadkiem takiej rozmowy, czy to za dziecka, czy już jako dorosły człowiek i jest ona częścią naszej egzystencji. Starsi ludzie umierają. Tego nie da się zatrzymać.
Nieco inaczej to wygląda, kiedy mówi się o wypadku, w którym ludzie zginęli nagle i niespodziewanie. Wtedy często pada coś w stylu "Szkoda ich, mogli jeszcze pożyć", albo "Tacy młodzi byli, jeszcze całe życie przed nimi".
U mnie wygląda to jednak bardziej tak:
- Hej, nie widziałem Cię ostatnio. Jak leci?
- Nawet, a u Ciebie?
- Po staremu. Kojarzysz Krzyśka?
- Tego z elektryki?
- No tego.
- To kojarzę, co u niego?
- Nie żyje.
- Kiedy?
- Z tydzień temu.
- Co się stało?
- A jak myślisz?
- Sznur, nóż, tabletki?
- Sznur.
- To jak Monika pół roku temu.
- Monika też?
- Monika też.
- Myślałem, że wyjechała.
- Nie. Balkon, lina, krótka historia.
- No tak, tradycyjnie. Bez udziwnień.

Taki dialog jest dość klasyczny, chociaż w tym przypadku dotyczy głównie osób przed czterdziestką. Powinien szokować, powinien wywoływać jakieś głębsze emocje, czy poruszenie i na początku nawet tak było, jednak kiedy słyszy się podobną historię po raz drugi, szósty i dwunasty, przestaje ona być niewiarygodna i niewyobrażalna, a zaczyna być typowa, klasyczna i normalna.

Problem w tym, że takie sytuacje nigdy nie powinny być uznane za "normalne".

Jakiś czas temu na mojej Uczelni głośno było o sytuacji pewnego młodego człowieka, z którym moja znajoma chodziła kiedyś do jednej grupy, jeszcze na innym kierunku studiów.
Chłopak miał wtedy dziewczynę, ale z powodów bliżej nieznanych rozstał się z nią po pół roku. Ta dziewczyna kilka lat później wyszła za mąż i na Facebooku zagościły zdjęcia z jej ślubu. Ex chłopak, będąc już na końcowym semestrze swej drogi do inżyniera, zaczął pisać z pewnym przedstawicielem własnej płci przez internet. Chłopak był młodszy, ale pełnoletni i znajomość kwitła. Do czasu, kiedy bardzo zdenerwowany ojciec chłopca, uświadomił studenta po drugiej stronie monitora, że jego syn ma lat szesnaście, nie osiemnaście. Zaczęły się groźby policją, oraz wyzywanie od pedofili i pomimo tego, że młodociany zapewniał o swojej pełnoletności, ojciec chłopaka nie dał się uspokoić.
Student spanikował. Nie wiedział co powinien zrobić, ale nie miał zamiaru skończyć w więzieniu (do czego by nie doszło, ponieważ w rozmowach był dowód na to, że został wprowadzony w błąd, a panowie nie spotkali się nawet w realu). Wpadł więc na bardzo głupi pomysł i ukradł z Uczelnianego laboratorium cyjanek potasu, co samo w sobie było bardzo proste. Do laboratorium ma wstęp każdy student, dysponujący kluczem, czy kodem do drzwi i nikt nie nadzoruje jego pracy, zwłaszcza na końcowych semestrach, gdzie laboratoryjne urządzenia i groźne substancje są chlebem powszednim i nikt nie spodziewa się niczego złego. Monitoring również jest częściowy. Tak naprawdę, posiadając klucz i odrobinę zaufania profesorów, można wynieść z obiektu połowę zaopatrzenia, które najczęściej nie jest nawet schowane.


Chłopak zwinął fiolkę, ponieważ chciał ją opróżnić i skończyć w ten sposób ze swoimi problemami i sobą samym. Dlaczego nie wybrał prostszej i "legalnej" metody? Prawdopodobnie nie działał logicznie i nie myślał w tamtym momencie o konsekwencjach. 
Butelki co prawda nie były pilnowane, ale ubytek szybko został zauważony i zgłoszony. Każda uczelnia prowadzi bowiem rejestr wszystkiego co ma na stanie.
Historię znam z drugiej ręki i nie wiem w jakich dokładnie okolicznościach, ale chłopaka odwiedziła policja, która niechcący znalazła substancję zanim została ona użyta. Studenta czeka proces o kradzież własności Uczelni, a mam wrażenie, że areszt nie jest teraz dla niego najlepszym rozwiązaniem. Z bardzo wielu powodów. Jedno jest pewne - chłopak zaszkodził sobie czymś, co według niego miało rozwiązać jego problemy. Mogło się skończyć tragicznie, ale wciąż nie wiadomo jaki będzie finał sprawy.

Pewnie większość z Was nigdy nie miała nieprzyjemności trafić do mieszkania kogoś, kto dopiero co odebrał sobie życie, albo przeczytać listu, który po sobie zostawił.
Jako weteran mogę Wam powiedzieć, że wygląda to zupełnie inaczej niż w filmach, a ofiary swoich myśli zazwyczaj mają otwarte oczy. Już od progu można zorientować się, że coś jest nie tak. Jeśli nie czuć jeszcze specyficznego dla takiej sceny zapachu, to zazwyczaj w mieszkaniu są ślady przygotowań. Natknięcie się na ciało jest tylko kwestią czasu.

Mam nawet zachowaną notatkę (ciężko było nazwać ją listem), która jest ostatnim pożegnaniem. Nikt nie chciał jej zatrzymać, a coś powstrzymywało mnie przed wyrzuceniem jej.
Nie będę cytować całości, ale przytoczę mały fragment, dla zobrazowania stanu w jakim musiała znajdować się ta osoba.
"(...) Wydawało mi się, że nauczyłam się żyć bez miłości. Wydawało mi się, że nauczyłam się żyć bez nadziei. Wydawało mi się, że nauczyłam się żyć bez szczęścia. Okazało się jednak, że nigdy nie nauczyłam się żyć."
"(...) Desperacko czegoś potrzebuję i nie wiem czego, to jak szukanie przedmiotu o nieokreślonym wyglądzie."
"(...) Skoro nie mogłam znieść dzisiaj, cieszę się, że jutro nie nadejdzie."
"(...) Przepraszam, chociaż nie jest mi przykro, gdyż znalazłam spokój. Przynajmniej mam taką nadzieję."
Powtórzę się, ale będę wałkować to w kółko, bo to jedyne co mogę w swoim położeniu zrobić.

Jeśli macie myśli, o których wiecie, że nie powinno ich być w Waszej głowie, czujecie, że nic nie ma sensu, niczego nie osiągnęliście, do niczego się nie nadajecie, nie potraficie znaleźć motywacji i uważacie, że jutro może być tylko gorsze niż dziś, nie bójcie się o tym porozmawiać. Znajdźcie chociaż jedną osobę, która Was wysłucha. To może być rodzina, przyjaciel, specjalista, albo osoba Wam obca, bo czasem przed takimi najłatwiej się otworzyć.

Proszę:

116 111 - Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dzieci i młodzieży. Czynny codziennie w godzinach 12.00-22.00.
22 855 44 32 - Ośrodek Interwencji Kryzysowej – pomoc psychiatryczno-pedagogiczna (poniedziałek – piątek od 8:00 do 20:00).
116 123 - Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym. Czynny od poniedziałku do piątku od godz. 14.00-22.00 (połączenie bezpłatne).
22 425 98 48 - Telefoniczna Pierwsza Pomoc Psychologiczna.
22 654 40 41 - Antydepresyjny Telefon Zaufania Centrum ITAKA (pon., czw. godz. 17-20).

Dla każdego województwa utworzone są też lokalne, całodobowe telefony zaufania. 

Wystarczy wpisać w google: całodobowy, darmowy telefon zaufania + Wasze województwo.

Jasne, że sama rozmowa nie załatwi sprawy, ale to pierwszy krok we właściwą stronę. Bardzo duży krok. Może się nie wydawać, ale czasem samo wyżalenie się komuś potrafi niewyobrażalnie pomóc i rozłożyć ciężar jaki nosicie w ten sposób, by nie utrudniał Wam więcej oddychania.
Może nie od razu traficie na właściwego rozmówcę, może pierwszy psycholog, czy psychiatra nie przypadnie Wam do gustu, ale na Ziemi jest ponad 7,5 miliarda osób. Nie jesteście sami, chociaż czasem można odnieść takie wrażenie.
To bardzo ważne, żeby dać sobie szansę, zanim przejdzie się do rozwiązań ostatecznych.
Może okazać się, że wcale nie będą one konieczne.

Tak, wiem. Żaden ze mnie psychiatra, ani negocjator. Nie jestem specjalistą w dziedzinie psychologii i nie próbuję być. 
Jestem w miarę młoda, można pomyśleć, że niczego jeszcze nie osiągnęłam, niczego nie widziałam. Co ja mogę wiedzieć o życiu? Kto w ogóle mi dał prawo do wypowiadania się o takich rzeczach i mówienia innym co mają robić? Czemu nie zajmę się pisaniem kolejnej historii o codzienności.
Tylko, że to jest dla mnie codzienność. Coś, co otacza nas z każdej strony, staje się naszą codziennością, chociaż wcale się na to nie pisaliśmy. 
Podobnie jak nie pisały się na to osoby, które nie widzą już światła w mroku. 
To nie jest ich wina. 
To się po prosu stało. Takie światło bardzo łatwo jest stracić z oczu. 
Jednak chociaż nie widać już jego źródła, to ono cały czas tam jest. 
Trzeba chwilę pobłądzić w ciemnościach, ale w końcu stanie się ono widoczne. Wystarczy podejść wystarczająco blisko. 
Zdecydowanie łatwiej jest iść przez tę ciemność, trzymając za rękę kogoś, kto zna drogę. 
Zawsze jest ktoś kto zna drogę, tylko nie można bać się zapytać.
Wiem, że to może wydawać się trudne, ale zróbcie to dla siebie. Żeby mieć pewność, że nie będziecie żałować swoich decyzji.

Tylko tyle i aż tyle.

Reszta natomiast musi nauczyć się słuchać. 
Czasem za uśmiechem kryje się cała masa niezrozumiałych emocji. 
Czasem "nic" oznacza "wszystko".

Mówią, że samobójstwo to niemy krzyk o pomoc w samotności.

Trzeba się jednak bardzo postarać, żeby ten krzyk usłyszeć.


niedziela, 13 października 2019

Założenia monitoringu odnośnie dwóch psów

Jeden dzień.
Mam dwa psy dopiero jeden dzień (jeden jest u mnie tymczasowo), a już osiedlowy monitoring w postaci ławeczkowych komandosów i balkonowych sił specjalnych 60+ obczaił sobie wszystko dokładnie i wysnuł własne wnioski.
Wystarczyła im niecała doba.
Na szczęście mam tam swoją wtykę, w postaci blokowej babci Jadzi od chruścików (faworków), która uważa, że obgadywanie innych to grzech i "jak stare melepety nie mają co robić to powinny się nauczyć dziergać na szydełku i rozdawać sweterki bezdomnym ludziom".
Cenię tę kobietę.

Oto lista przypuszczeń i założeń jaka została zrodzona w umysłach, które całe dnie spędzają na szpiegowaniu i obserwacji życia innych ludzi:

1. Zakładam hodowlę i będę rozmnażać psy, żeby drogo sprzedać szczeniaczki i się wzbogacić - warto tutaj nadmienić, że zarówno Morfina, jak i Piksel są wykastrowani. To chyba trochę niweczy moje plany. Cóż za niefart.
2. Wymieniłam starszego i bardziej chorowitego psa na nówkę młodzika - wiadoma rzecz. Zmiana modelu, kiedy poprzedni przestaje być opłacalny w naprawie to przecież chleb powszedni. Ten pomysł musiał zrodzić się, kiedy wychodziłam z Pikselem bez Morfiny (młody ma szybszą przemianę materii i więcej energii, przez co musi wychodzić częściej).
3. Pies mi padł i już zdążyłam nabyć nowego - ten i poprzedni pomysł musiał być dla osiedlowego W-11 rozczarowaniem, kiedy się okazało, że wychodzę na spacery również z dwoma psami jednocześnie.
4. Morfina się oszczeniła i Piksel jest jej synem. Pomijając już wcześniej wspomnianą kwestię kastracji, to spójrzmy na chwilę na to zdjęcie (na wypadek, gdyby kogoś nie było na grupie i nie miał pojęcia jak wygląda Piksel).
Uderzające podobieństwo... i nie mówię tu, że szczeniaki zawsze muszą być podobne do matek, ale come on. Poza tym jak miałabym ukryć psa przez rok na tym metrażu?
5. Piksel jest zaginionym i odnalezionym bratem Morfiny - biorąc pod uwagę, że jest między nimi ponad 6 lat różnicy, jest to raczej mało prawdopodobne. Pokrewieństwo krwi można wykluczyć.
6. Znalazłam Piksela na ulicy - jest to chyba najbardziej logiczne wytłumaczenie, ale nie. Piksel nie należy do grupki psów, które znosiłam do domu, kiedy te błąkały się po okolicy, a ja nie potrafiłam odnaleźć ich właścicieli.
Nie obyło się też bez mojego ulubionego "Chłopa by sobie znalazła, za dzieci się wzięła, a nie psy i psy".

Ludzie jednak zawsze będą gadać, a my robić swoje, nie zawracając sobie głowy ich uwagami, czy teoriami spiskowymi. Fakt jest taki, że mam obecnie na stanie dwa psy, a to czy ktoś uważa, że przeprowadziłam nieudane klonowanie, wyrwałam je ze statku kosmicznego w Nebrasce, czy ukleiłam z gumiżelków, naprawdę mało mnie obecnie obchodzi. W przeciwieństwie do tworzących takie pogłoski, mam co robić w życiu. 
Ktoś się z tymi mutantami musi bawić.  


sobota, 12 października 2019

Empatia, a znieczulica

Wykazujesz dużą empatię w stosunku do innych? 
Potrafisz doskonale postawić się w sytuacji drugiej osoby i przeżywać jej problemy, mimo iż wcale Cię nie dotyczą?
Nie potrafisz znieść cudzego cierpienia?
Potrafisz cieszyć się cudzym szczęściem, nawet kiedy sam nie jesteś w danej chwili szczęśliwy?
Wolisz dawać niż otrzymywać?
Za każdym razem kiedy patrzysz na krzywdę niewinnych, zaczyna mrowić Cię w głowie i klatce piersiowej?
Porzucone pieski, katowane kotki, a może małe dzieci, albo osoby starsze?

Tak?
W takim razie witam i zapraszam, proszę sobie znaleźć wygodne miejsce, gdyż dzisiaj będzie właśnie o tym.

Jeśli jesteś człowiekiem, którego boli cudza krzywda, masz lekko mówiąc przewalone. Wiem co mówię, jedziemy tym samym tramwajem i nie jest on kolorowy.
Co więcej z tego tramwaju nie za bardzo da się wysiąść, a sam w sobie nigdy się nie zatrzymuje.

Czytasz historie w których ktoś skatował dziecko, psa, konia, czy świnkę i jest Ci zwyczajnie przykro. Nie jesteś w stanie pojąć co kieruje tymi ludźmi, skąd w nich tyle agresji, dlaczego znęcają się nad tymi, którzy nie są w stanie się obronić. Zastanawiasz się czy da się temu przeciwdziałać i w jaki sposób to zrobić. Trapi Cię to. Czasem po przeczytaniu historii o kocie, rzuconym z dziesiątego piętra, lub psie, celowo przejechanym przez kierowcę dostawczaka, albo staruszce, którą napadnięto i okradziono ze wszystkiego co miała, robi Ci się źle, nie możesz spać, może nawet jeść. Notorycznie o tym myślisz.
Możesz wtedy czuć różne emocje: złość, zażenowanie, smutek, frustrację, bezsilność. Możesz mieć ochotę przyłożyć oprawcy, a w Twojej głowie rodzą się bardzo wyrafinowane propozycje tortur takiego człowieka.
Rzeczywistość wydaje się nie do zniesienia, a ludzkie zachowania absurdalne, niedorzeczne i okrutne.
Zaczynasz mieć dość. Po pewnym czasie nie potrafisz już znaleźć siły na walkę z wszechobecną głupotą, z której niektórzy ludzie są wręcz dumni.

Dochodzisz do wniosku, że dużo łatwiej by Ci się żyło z coraz częściej występującą znieczulicą, kiedy po prostu ma się każdego gdzieś i wszystko spływa po Tobie jak po kaczce, w którą ktoś dla zabawy wpakował wiadro śrutu.
Ktoś kogoś zabił? Nie Twoja sprawa, co Cię to obchodzi, nawet nie znałeś tych ludzi.
Jakiś typ wydłubał szczeniakowi oczy, po czym nabił go na pręt, śmiejąc się przy tym ze swojego geniuszu, a następnie wrzucił nagranie do internetu? Nie pierwszy, nie ostatni raz. Kto by się przejmował. To tylko pies. Jest ich na świecie dużo.
Ktoś wysmarował kotka benzyną i spalił go żywcem? Pomysłowe, nie ma co. Może będzie z tego kreatywny pracownik.
Tortury na noworodku? Mógł trafić gorzej.
Gwałt? Na porządku dziennym.
Pedofilia, zoofilia, porwania, morderstwa, kradzieże, znęcanie się fizyczne i psychiczne, brak tolerancji, ubóstwo, głód... można wyliczać w nieskończoność.
Problemów jest stanowczo zbyt wiele, żeby móc przeciwdziałać im wszystkim, a skoro nie można ich całkowicie usunąć, po co się nimi przejmować?
Brak współczucia wydaje się dużo prostszą opcją. Świat byłby dużo bardziej znośny i dużo mniej dołujący.
Wystarczy to tylko zaakceptować. Pogodzić się z tym i tyle.

NIE.

Po pierwsze to wcale nie byłoby takie proste. To kim jesteś teraz, zostało ukształtowane na przestrzeni wielu lat przez Twoje otoczenie i Ciebie samego. Nie jest tak łatwo się zmienić. Nie tak naprawdę. Zmiana maski nie sprawi, że zmienisz się także w środku. Możesz mieć żal do swoich rodziców, że utrudnili Ci życie i sprawili, że kierujesz się jakimiś wyższymi wartościami, zamiast być egoistą, który przejmuje się tylko sobą. Przecież tacy mają dużo prościej, dlaczego to Ty masz się wszystkim przejmować? Dlaczego zawsze masz mieć pod górkę?
Moja babcia mawiała: 
"Jeśli jest Ci ciężko, znaczy, że niesiesz coś wartościowego. Wartościowe rzeczy zawsze są ciężkie."
Można porzucić je w każdej chwili i co prawda będzie nam się szło lżej, ale możemy odczuwać pustkę, niedosyt, brak czegoś. To jak szukanie po kieszeniach telefonu, o którym nie pamiętamy, że został w domu, albo łapanie za pasek torebki, której nie mamy przy sobie. Zostają pewne odruchy, których ciężko się pozbyć.
Bez torebki i telefonu będzie nam lżej, tylko czy chcemy się bez nich poruszać?
Może zabrzmi to ckliwie i tanio, ale powiem Wam co kiedyś usłyszała moja mama, a przed nią moja babcia.

  • Nie porównuj się do innych - nie ma na świecie dwóch takich samych osób. Nawet bliźnięta różnią się od siebie.
  • Nie zazdrość - podziwiaj.
  • Nie próbuj się dopasować - nie wciśniesz kwadratowego klocka do trójkątnego otworu bez zmieniania jego kształtu.
  • Żałuj tych, którzy żyją bez miłości - puste serca są lżejsze, ale też mniej wartościowe.
Wybór należy do Ciebie. 
Możesz dalej przeżywać pomysły kolejnego idioty, który pomylił własne dziecko z workiem treningowym, maltretował zwierzę, czy wykazał się okrucieństwem i swoim wybujałym poczuciem władzy i siły w inny sposób, albo możesz uznać to za normalne, wzruszyć ramionami i nie przejmować się w życiu niczym, co nie dotyczy Ciebie bezpośrednio.
Zrób tak, żebyś był szczęśliwy/a ze samym sobą.
Tyle.