Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

środa, 18 września 2019

Odyn, pies z misją

Znajomy, który obecnie jest dumnym posiadaczem trzech, przygarniętych z fundacji Owczarków, opowiedział nam o początku swojej przygody z psami.
Ku naszemu zaskoczeniu zdradził nam, że kiedy był dzieckiem wcale nie lubił zwierząt. Wszystko zaczęło się od Odyna...


~~~~~~~~~~

Kiedy byłem małym, introwertycznym i samolubnym gnojkiem, rodzice postanowili sprawić mi zwierzątko. Nie miałem znajomych i nie odnajdywałem się w kontaktach międzyludzkich, więc po kilku latach obserwacji mojej samotności stwierdzili, że potrzebny mi towarzysz.
Nie lubiłem zwierząt. To nie jest tak, że ich nienawidziłem, ale ciężko było mi je znieść. Były strasznie atencyjne, nieprzewidywalne i wymagały opieki. Na zajmowanie się nimi schodziło bardzo dużo czasu, do tego w zamian otrzymywało się tylko zaślinioną podłogę i kupy do sprzątania.
Coś potwornego.

Robiłem wszystko, żeby odciągnąć rodziców od tego pomysłu. Obiecywałem, że nawet kijem zwierzaka nie tknę i będą się musieli nim zajmować całkiem sami. Nie miałem zamiaru go karmić, czesać, wyprowadzać, głaskać, czy nawet wpuszczać do pokoju. To było ostatnie czego mi było trzeba.
Rodzice stwierdzili jednak, że będzie to zwierzę rodzinne i oni również będą się nim zajmować. Ja miałem tylko wybrać gatunek. Musiałem pogodzić się z ich decyzją, ale wolałem nie zostawiać im wyboru. Postanowiłem wybrać zwierzaka i więcej nie zwracać na niego uwagi.
Wybrałem psa. 
Nie cierpiałem psów, ale kotów, gryzoni i ptaków nie cierpiałem jeszcze bardziej. Pies był więc mniejszym złem. 

Następnego dnia rodzice pojechali do schroniska i rozradowani przeciskali się między klatkami, pełnymi zaślinionych i brudnych zwierząt. Większość z nich szczekała, albo warczała. Nie podobało mi się tam. Miałem ochotę wyjść, ale wiedziałem, ze dopóki starsi nie wybiorą jakiegoś kundla, nigdzie stąd nie ucieknę. Nie potrafiłem ich zrozumieć. Patrzyli na te brzydkie, zafajdane kluchy za kratami z taką fascynacją, jakby oglądali żywe dinozaury i co chwilę pytali:
- A ten? A ten jak Ci się podoba? A może tamten?
Jakby to miał być mój pies. Myślałem, że wyraziłem się jasno, nie chciałem mieć z tym małym potworkiem nic wspólnego. Nie obchodziło mnie którego wybiorą, wszystkie były paskudne.
W końcu wybrali jakiegoś przysadzistego wilczura. Krata została otwarta, a pracownica schroniska zaczęła im opowiadać historię życia psa, który miał z nami zamieszkać. Nie słuchałem. Miałem to gdzieś. Czułem się jak w jakiejś kiepskiej telenoweli. Ojciec wziął sierściucha na smycz, podpisał jakieś papiery i wcisnął go do samochodu. W końcu mogliśmy wrócić do domu.

Pies wabił się Odyn i byłem bardzo zadowolony z faktu, że rodzice nie kazali mi się nim zajmować. Mijałem go kiedy wychodziłem do szkoły i przeganiałem, kiedy próbował wślizgnąć się do mojego pokoju. Nie wchodziłem mu w drogę i liczyłem, że on zrobi to samo. Ceniłem sobie swoją osobistą przestrzeń i nie miałem zamiaru z nikim jej dzielić. Zwłaszcza z jakimś śmierdzącym futrzakiem.
Nie chciałem go dotykać, już wystarczy, że musiałem na niego patrzeć. Nie wiem czy pies wyczuwał wtedy moją wrogość, ale poza kilkoma próbami zbliżenia się do mnie, nie przekraczał wyznaczonej granicy. Chyba wiedział, że i tak nic nie wskóra. Nie lubiłem go. Nie zasłużył sobie na to, ale ja po prostu od początku go nie chciałem. Decyzja o adopcji należała do moich rodziców, nie do mnie.

Kilka miesięcy po adopcji Odyna, w środku nocy obudziło mnie jego szczekanie. Ten pies nigdy nie szczekał, nawet kiedy odwiedzali nas znajomi, więc był to pierwszy raz kiedy usłyszałem jego głos. Znienawidziłem go jeszcze bardziej. Po cholerę wydzierał się w środku nocy i budził wszystkich swoim ujadaniem.
Po chwili do szczekania dołączyły krzyki mojego ojca i przekonany, że psu właśnie się obrywa za jego absurdalne zachowanie, owinąłem się kocem i zasnąłem ponownie.
Rano mama uświadomiła mnie, że w nocy ktoś próbował włamać się do domu. Szczekanie Odyna i zapalające się światła odstraszyły intruzów, ale gdyby nie pies mogliśmy zostać wtedy obrabowani... albo gorzej.
Rodzice byli zachwyceni i bardzo dumni z psa. Uważali go za bohatera. Ja tego tak nie widziałem. Pies bronił swojego terenu i przede wszystkim siebie. To był instynkt samozachowawczy, a nie żadne bohaterstwo. Robił to, co do niego należało.

Kiedy nadeszła zima, zachorowałem. Miałem wysoką gorączkę i majaczyłem, podczas kiedy rodzice wciskali we mnie najróżniejsze leki, zioła i herbatki. Oglądałem telewizję i starałem się zasnąć, kiedy zobaczyłem psi łeb, wciskający się przez uchylone drzwi.
- Wynoś się Odyn! - zacharczałem, niezdolny do krzyku. Nie miałem ochoty na towarzystwo tego zaślinionego potwora. Chciałem odpocząć. Byłem chory i należało mi się trochę spokoju. Pies jednak nie posłuchał i wdarł się do mojego pokoju. Nie miałem siły wstać i go wyrzucić. Zawołałem więc mamę i poprosiłem ją o usunięcie psa. Zrobiła to, chociaż starała się mnie przekonać, że przydałoby mi się towarzystwo. Ja uważałem inaczej.
Odyn przez cały tydzień nie ruszył się spod drzwi. Pilnował ich tak długo, jak długo byłem chory. Mijałem go kiedy wychodziłem do łazienki i widziałem go przez szybę, kiedy mama przesuwała go żeby móc wejść do pokoju. Gdyby nikt nie podsuwał mu jedzenia i wody pod nos, prawdopodobnie nic by nie jadł. Nie chciał nawet wychodzić do ogrodu. Załatwiał szybko swoje potrzeby i zaraz wracał, żeby pilnować dalej drzwi.
Nie wzruszało mnie to. Zachowanie psa było dziwne, ale i tak nigdy ich nie rozumiałem. Zwierzęta były nieobliczalne. Nie wiadomo co chodziło im po głowie.

Pewnego dnia podczas śniadania, mama opowiadała mi jak Odyn obronił ją przed bezpańskimi psami, które kręciły się pod sklepem.
Spojrzałem wtedy na psa, leżącego na podłodze i wpatrującego się tęsknie w nasze talerze i zauważyłem, że zamiast lewego oka ma wielki, czerwony krater, który zakrywała powieka.
- Stracił wtedy oko w walce? - spytałem mimochodem, chociaż nie byłem tym specjalnie zainteresowany.
- Nie - odpowiedziała zaskoczona - Przecież on od początku nie miał oka, no co Ty?
W jej głosie wyczuwałem wyrzut. Jakby to była moja wina, że do tej pory nie przyglądałem się z bliska temu włochatemu pyskowi. Po prostu nie zauważyłem takiego detalu, nie rozumiałem dlaczego towarzyszyły temu oskarżycielskie spojrzenia. Matka chciała mi powtórzyć historię pracownicy schroniska, ale ja nie byłem nią zainteresowany. Skończyłem płatki i opuściłem kuchnię najszybciej jak się dało.

Byłem dość buntowniczym dzieckiem i czułem się bardzo nierozumiany. Zwłaszcza przez własnych rodziców. Kiedy ostro się pokłóciliśmy, albo dostawałem szlaban, zazwyczaj uciekałem z domu. Znajdowali mnie rodzice, albo policja, bo nie odchodziłem zbyt daleko. Raz postanowiłem jednak uciec nocą do lasu. Nie pamiętam już o co byłem tak wkurzony, ale stwierdziłem wtedy, że nigdy nie pozwolę się znaleźć i moi rodzice więcej mnie nie zobaczą. Mieli psa, więc żadna strata. Był grzeczniejszy i bardziej pożyteczny ode mnie. Nie wiedziałem nawet czy będą próbowali mnie szukać, ale niewiele mnie to wtedy obchodziło. Spakowałem plecak, wziąłem latarkę w dłoń i wymknąłem się oknem. Biegłem najszybciej jak tylko potrafiłem, słysząc za sobą ujadanie tego przygłupa z jednym okiem i mając świadomość, że zaraz obudzi nie tylko moich rodziców, ale całą okolicę.
Zatrzymałem się dopiero na ścieżce prowadzącej do lasu i właśnie wtedy usłyszałem za sobą sapanie. Byłem przerażony. Nagle opuściła mnie odwaga. Myślałem, że to jakiś potwór i zaraz pożre mnie w tej ciemności, a policjanci kilka dni później znajdą tu moje szczątki. To nie był jednak żaden potwór. To był Odyn, który zachodząc mi drogę i szczekając, usiłował zaciągnąć mnie z powrotem do domu.
Odpychałem go i kazałem się wynosić, ale przykleił się do mnie i nie miał zamiaru odpuścić. Wszedłem więc do lasu i miałem nadzieję, że tam zgubię natręta. Pies nie opuszczał mnie jednak na krok, cały czas popychając mnie w przeciwną stronę i ujadając najbardziej piskliwym głosem, jaki kiedykolwiek słyszałem. Już po chwili w lesie zrobiło się przeraźliwie zimno, a niepokojące odgłosy dookoła usadziły mnie pod konarem wielkiego drzewa. Nie chciałem tu być, ale honor nie pozwalał mi wracać. Odyn wcisnął się na mnie swoim wielkim cielskiem i dogrzewał przez kilka godzin, dopóki zwabieni szczekaniem psa nie pojawili się rodzice z latarkami.
Byłem na niego wściekły, chociaż gdyby nie on, wyprawa najpewniej skończyłaby się dla mnie zapaleniem płuc.

Kiedy przesiadywałem na podwórku i rozkładałem na części samochodziki, pies próbował zachęcać mnie do zabawy, przynosząc mi patyki i piłki. Rzucałem mu je tylko kiedy nikt nie widział. Nudziłem się i nie miałem nic ciekawszego do roboty, więc równie dobrze mogłem poćwiczyć trochę rzuty. Nie chciałem jednak żeby ktoś pomyślał, że spoufalam się z psem. To by było niedorzeczne.

Pewnego dnia Odyn zachorował. Okazało się, że ktoś przerzucał przez ogrodzenie zatrute jedzenie. Nie wiedziałem dlaczego ktokolwiek mógł to robić, ale byłem wściekły. Nie miałem pojęcia co mną kierowało. Nie lubiłem Odyna. Nie zależało mi na nim, a jednak byłem bliski furii i wyrwałbym ręce temu, kto ośmielił się go skrzywdzić. Porównywałem to do całuśnych ciotek, które przyjeżdżały na święta i tarmosiły mnie za policzki, powtarzając "Ale Ty wyrosłeś". Nie cierpiałem ich, ale były rodziną i nie życzyłem im źle.
Pies tylko leżał i piszczał, podpięty pod kroplówki. Nie chciał jeść, pić, ani się bawić. Widać było, że cierpiał, a weterynarz nie dawał nam zbyt wielkich nadziei.
Pamiętam, że pierwszy raz popłakałem się wtedy ze względu na psa. Siedziałem przy nim i mówiłem mu, że jeśli teraz odejdzie, to go znienawidzę i już nigdy nikt się do niego nie odezwie.
- Jeśli Ci chociaż trochę zależy, to zostaniesz - mówiłem - Dla rodziców. Jak nie, to znaczy, że nigdy Ci nie zależało i byłeś tu tylko dla żarcia.
Oczywiście pies nie miał żadnego wpływu na swoje zdrowie, ale udało mu się wrócić do żywych. Od tej pory mógł jeść tylko bardzo delikatne jedzenie. Podanie czegokolwiek spoza ściśle dobranego menu, kończyło się wymiotami i potwornym bólem brzucha.
Od tej pory pilnie obserwowałem trawnik w poszukiwaniu śmieci i zamykałem psa na noc w domu. Nie miałem zamiaru znowu tego przeżywać.
Czasem Odyn włamywał się do mojego pokoju i wczołgiwał się pod łóżko. Pozwalałem mu na to tylko dlatego, że nie miałem siły go stamtąd wyciągać.

Zajęło to trochę czasu, ale przekonałem się do niego. Nie śmierdział aż tak bardzo jak mi się wydawało i nie był aż tak uporczywy. Czasem potrafił mnie nawet rozbawić.

W końcu spytałem mamy jak to się stało, że stracił jedno oko. Nie żebym był zainteresowany, po prostu, tak żebym wiedział.
- Odyn został oddany do schroniska po tym jak ugryzł nastolatka, który wsadził mu do oka śrubokręt. Jego rodzina stwierdziła, że jest agresywny.
Sam bym ugryzł kogoś kto wsadziłby mi do oka śrubokręt. Było dla mnie oczywistym, że wina leżała wyłącznie po stronie nastolatka. To nie była rodzina Odyna. Nie oddaje się członków rodziny dlatego, że próbują się bronić przed torturami. W ogóle się ich nie oddaje, ani nie torturuje.
Byłem bardzo zły na tego nastolatka. Obiecałem sobie, że jeśli się kiedyś spotkamy, sam mu wydłubię oko. Tylko, że ja pozwolę mu się ugryźć w odwecie.
Nigdy nie spotkałem tego małego psychopaty. Gdybym go spotkał, pewnie oglądałbym część życia zza krat.

Odyn był mi przyjacielem przez wiele lat. Przez długi czas właściwie jedynym przyjacielem. Sam nie wiem dlaczego się do niego przekonałem. Równie dobrze wcale nie musiało tak być. Mogłem unikać go do końca życia i nigdy bym się nie dowiedział co straciłem.
Pewnie sam nie zdecydowałbym się na krok który zrobili moi rodzice. Postawili wszystko na jedną kartę i ta karta okazała się wygrana.

Pamiętam jak pewnego dnia siedziałem na ganku i obierałem ziemniaki. Spojrzałem wtedy w jedno oko wilczura i dotarło do mnie, że to nie on tu jest potworem. W tej bajce złym charakterem był człowiek. Pogłaskałem go wtedy i chyba sam pies był tym faktem zaskoczony.

Byłem na niego zły tylko dwa razy. Kiedy zachorował po zjedzeniu trutki i wiele lat później, kiedy znalazłem go martwego pod moim łóżkiem. Odszedł przez sen, nie budząc nikogo i nie zwracając na siebie uwagi. Wymknął się jak cień bez pożegnania. Nie zdążyłem mu nawet powiedzieć ile dla mnie znaczył, jak wiele mu zawdzięczałem. Wiedziałem, że brałem więcej niż byłem mu w stanie kiedykolwiek dać i on wcale nie był o to zły. Nie zwracał uwagi na moje humory, ani brak zaangażowania. Był cierpliwy i postanowił na mnie poczekać.
Byłem zły, że się nie pożegnał, dopóki nie zrozumiałem, że odszedł bez bólu i cierpienia. Nie chciałem żeby cierpiał. Miałem mu jednak do powiedzenia tyle rzeczy, których nie chciałem mu powiedzieć wcześniej.
Może wiedział, że nie potrafię rozmawiać otwarcie i dlatego to zrobił.
Może nie chciał wprawiać mnie w zakłopotanie, albo widzieć wodospadu moich łez. 
Może wtedy byłoby mu trudniej.

Teraz wiem, że jeśli chce się coś komuś powiedzieć, należy to zrobić od razu. "Później" może zmienić się w "nigdy" i żal będziemy mogli mieć tylko do siebie.

Mam nadzieję, że Odyn wybaczył mi brak czułości i zrozumienia w tamtych latach, tak jak ja wybaczyłem mu, że zostawił mnie całkiem samego.
Był najlepszym psem na świecie i to on nauczył mnie, że miłość, czy przyjaźń potrafią być trudne i bolesne, ale są tego warte.

Może kiedyś się spotkamy i będę miał okazję wytarmosić tego śmierdzącego kluska.

                                   

wtorek, 17 września 2019

O człowieku, który przyprowadzał zoo

Kiedy pracowałam jeszcze jako technik, w małym gabinecie weterynaryjnym, w małej wiosce, gdzie dojechać dało się tylko rowerem, mieliśmy pewnego ciekawego klienta.

Młody mężczyzna, koło trzydziestki, który odwiedzał nasz gabinet co kilka dni, za każdym razem przyprowadzając inne zwierzę. Gość był lekko niepełnosprawny. Nie chwalił się tym, ale można było to stwierdzić z obserwacji i rozmowy. W niczym mu to nie przeszkadzało, a jego pamięć spokojnie załatwiłaby mu robotę w NASA.

Pierwszego dnia mężczyzna przyprowadził do szczepienia trzy szczeniaki w typie Jack Russell Terrier. Opowiedział o ich mamie (ojciec nieznany) i jak przebiegł poród, oraz, że młodzież wkrótce zostanie wydana do nowych domów.
Pieski zostały zaszczepione, otrzymały medaliki i zaświadczenia, po czym opuściły gabinet.

Kilka dni później ten sam człowiek przyszedł z czarnym kotkiem, który utykał na łapę. Okazało się, że przyczyną był kawałek drutu, który wbił się zwierzakowi w poduszkę. Po krótkiej walce z kotem i odkażeniu rany, pacjent został odesłany do domu.

Z końcem tygodnia mężczyzna znowu pojawił się w gabinecie, tym razem prowadząc na smyczy wielkiego Berneńczyka na kroplówkę uzupełniającą. Kroplówka skapywała przez dobrą godzinę, ale pies wykazał się spokojem i ogromną cierpliwością. Tak samo jak człowiek, z którym przyszedł.

W następnym tygodniu mężczyzna przyprowadził nam chorą klacz, małe koźlątko z brakiem łaknienia i kilka kotów. Wielokrotnie przychodził też po najróżniejsze specyfiki i witaminy dla kur. Trafiało do nas wszystko, od pisklaków po buhaje, a mężczyzna stał się najczęściej odwiedzającym nasz gabinet człowiekiem w historii.
Zawsze uśmiechnięty, zawsze uważny i stosujący się do zaleceń.
Do tego gość miał niewyobrażalną pamięć i potrafił przypomnieć sobie co i kiedy dostało każde zwierzę jakie do nas przyprowadził, w ciągu ostatniego roku.
Osobiście go podziwiałam.

Pewnego dnia nie wytrzymałam i spytałam szefową o tego zagadkowego człowieka. Wiedziałam, że przychodził tutaj jeszcze przed moją kadencją, więc liczyłam, że lekarka będzie w stanie odpowiedzieć mi na pytanie: Skąd mężczyzna ma takie zoo i dlaczego zajmuje się samotnie tak dużą ilością różnych zwierząt?
- To nie są jego zwierzęta. On nie ma żadnych - odpowiedziała szefowa.
- Ale jak to? - spytałam - To on pracuje dla jakiejś fundacji czy coś takiego?
- A gdzie tam. Jak skończy pomagać ojcu na swoim podwórku, to chodzi po całej wsi i pyta czy ktoś nie potrzebuje wysłać zwierzaka to weterynarza, bo "akurat idzie". Ludzie już go tu znają, więc mu ufają. Dają pieniądze i zwierzaka, a on wraca do nich z rachunkiem i resztą. To są wszystko zwierzęta obcych ludzi.
- On za to coś dostaje?
- Nie. Tak sam z siebie to robi. Chyba bardzo lubi zwierzęta i to dlatego. Swoich mieć nie może, bo jego rodzice już w takim wieku, że nie mają siły, a uważają, że on sam sobie nie poradzi. Jak dla mnie to on właśnie jest bardzo odpowiedzialny. Nie dość, że się rodzicami zajmuje, po zakupy biega, w polu pracuje, to jeszcze przez to, że tu przychodzi ma dużo informacji i niemałą wiedzę na daną chwilę. Jak go kiedyś spytałam czemu nie powie tym ludziom żeby sami przyszli do gabinetu, bo w końcu daleko nie mają, to mi powiedział, że oni nie mają czasu i są zajęci, a dla niego to żaden problem, bo on tak lubi. No to mu przecież nie zabronię.

Widywałam tego człowieka przez cały mój pobyt w tym gabinecie i z tego co wiem, odwiedza go nadal. Deszcz, śnieg, wiatr, czy uparte zwierzę nie były dla niego żadnym problemem. Kilkukrotnie przyprowadzał osłoniętego derką konia, czy schowane pod kurtką koty, samemu moknąc w strugach wody, lejącej się z nieba.
Spytany dlaczego nie zabrał płaszcza, albo parasola, ale koń ma na sobie derkę, odpowiedział tylko:
- Bo on nie może zmoknąć. Jest pacjentem, ja nie jestem. Ja go tylko przyprowadziłem, bo sam nie znał drogi.

Cenię takich ludzi i życzę im jak najlepiej.

poniedziałek, 16 września 2019

Chrupki

Grypa.
W zależności od odporności danego osobnika, może trwać od kilku dni do kilku tygodni, a jej objawy są zależne od wielu czynników.
Mam to szczęście w nieszczęściu, że u mnie grypa trwa 1-2 dni, ale siła z jaką uderza równa się nadejściu tsunami. Objawy pogarszają się z minuty na minutę i w ciągu godziny wiem już, że jestem załatwiona.
Wysoka gorączka (mój rekord to 42 stopnie), mdłości, ból mięśni, zawroty głowy i brak łaknienia to standard. Czasem dochodzi do tego ból gardła, czy katar, ale te objawy pojawiają się u mnie naprawdę rzadko.

Tak się nieprzyjemnie złożyło, że choróbsko dopadło mnie akurat kiedy miałam bardzo ambitne plany. Byłam bardzo niezadowolona z faktu odłożenia ich w czasie na rzecz falujących ścian i bezczynnego siedzenia w łóżku. Nie mogłam czytać, nie mogłam pisać, nie mogłam nawet patrzeć w ekran. Wszystko bujało się i kołysało.
Postanowiłam to wyspać, żeby maksymalnie skrócić czas w którym musiałam użerać się z własnym organizmem. 
Ile można jednak spać? 
Musiałam znaleźć sobie jakieś zajęcie żeby nie oszaleć z bezczynności.
Właśnie wtedy do mojego pokoju zostały wrzucone kukurydziane chrupki.

System w naszej rodzinie jest prosty. Jeśli ktoś jest chory - izoluje się go, żeby nie zaraził reszty. Jest to bardziej opłacalne i nie napędza domina zarazy. Zakażonemu wydziela się więc przestrzeń do życia i pozwala tylko na spacery do toalety i kuchni. W ostateczności można wrzucać do pokoju przypadkowe produkty spożywcze i ograniczyć podróże po maksymalnie małym metrażu do minimum. Nie ma jednak co liczyć na rozpieszczanie, kakałko i gorące herbatki. Takich opcji nie ma w pakiecie.

Nie byłam głodna, ale i tak sięgnęłam po chrupki. Musiałam jakoś zabić nudę, a to był jedyny obiekt w pokoju, który falował jakby mniej. Może ze względu na swój kształt.

Wtedy mój ugotowany wysoką temperaturą mózg wpadł na genialny pomysł.
Rzeźby z chrupek.
Zanim zaczniecie oceniać, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie sklejał kukurydzianych chrupek na ślinę.
Jako że byłam chora, postanowiłam użyć wody jako kleju, zamiast rozsiewającego zdradzieckie zarazki płynu gębowego i przysunęłam kubek bliżej siebie.

Nie wiem dlaczego, ale w tamtym momencie przypomniały mi się zajęcia z AutoCada i nasze zaliczenie w postaci kubeczków.
Ukleiłam więc to:




Żeby kubeczek nie był pusty, dokleiłam kwiatuszki.



Potem powstała miseczka...



... i sztućce.



I na tym skończyła się moja twórczość, bo paczka chrupek została opróżniona.
Praktyczne?
Nie.
Ładne?
Też nie, ale i tak zostało zjedzone, więc to bez znaczenia.

Właśnie dlatego nie mogę chorować...

niedziela, 15 września 2019

Karteczki z zaletami

Jestem bardzo sentymentalna i nie potrafię wyrzucić niczego co wywołuje wspomnienia. Ja wiem, żadna nowość.
W portfelu poza zdjęciami bliskich, milionem wizytówek i rachunków od weterynarza, mam też zęby mleczne Morfiny i pewną małą, pozgniataną karteczkę, o której zupełnie zapomniałam. 
Nie, pieniędzy tam nie ma, wolne żarty.
Ta karteczka pochodzi jeszcze z czasów liceum i pamiętam dokładnie jak powstała.

Pewnego dnia nasza wychowawczyni odkryła, że wśród jej uczniów istnieją podziały na grupy. Potrafiliśmy pracować zespołowo, ale naturalnym było, że z 30 osób kogoś lubiło się bardziej, a kogoś mniej. Czasem obozy były wrogie i antagonistyczne, a czasem były po prostu obojętne. Każdy miał własne zainteresowania, styl bycia i poglądy, więc dopasowywał znajomych do swojego schematu, żeby nie męczyć się w ich towarzystwie.
Wychowawczyni się to jednak nie podobało i miała ambicję na psychologa, więc postanowiła zmusić nas do stworzenia jednej, wielkiej, szczęśliwej rodziny.
Ten plan skazany był na porażkę.
- Każdy dostanie karteczkę - powiedziała - Będę czytać nazwiska, a Wy musicie wymienić co najmniej trzy dobre cechy tej osoby, za które ją cenicie, a potem anonimowo wrzucimy te karteczki do czapki i każdy otrzyma ode mnie taką karteczkę ze swoimi cechami. Powykreślam te, które się powtarzają.
- A jak ktoś nie ma dobrych cech? - spytał ktoś z klasy.
- Każdy ma dobre cechy - odparła wychowawczyni.
- A co jeśli nie lubimy tej osoby? Mamy jej wymyślać cechy na siłę?
- Na pewno znajdziesz chociaż trzy dobre cechy, nawet o swoich wrogach, których w tej klasie nie powinieneś mieć.
- To będzie fałszywe.
- Może, ale i tak to zrobisz.
- I nieszczere...
- Jeszcze jakieś pytania? Wolicie taką opcję, czy kartkóweczkę z trzech ostatnich lektur? Bo ja jestem otwarta na propozycje. Nikt? Ok, to pierwsze nazwisko.
Przez kolejne 45 minut przepalaliśmy zwoje mózgowe, próbując wymyślić osobom, które wewnętrznie darzyliśmy szczerą nienawiścią, jakieś zalety. To sprawiało każdemu ból i mam wrażenie, że wcale nas do siebie nie zbliżało. Tak samo jak zmuszanie do pracy w grupach mieszanych, w których zazwyczaj i tak pracowała tylko jedna osoba, zupełnie nie słuchająca pomysłów reszty. Dużo łatwiej było z osobami, które się naprawdę ceniło. 

Następnego dnia każdy dostał od nauczycielki karteczkę ze swoimi zaletami i musiał ją publicznie przeczytać, ignorując prychania i śmiechy obozów przeciwnych.




Czy każdy wiedział, że napisane tam cechy są wymuszone i nieszczere?
Oczywiście, że tak, nie byliśmy głupi. Większość ludzi z klasy, z dobrej, nieprzymuszonej woli nigdy by tego nie napisała.
- Widzicie? Jak chcecie, to macie sobie coś miłego do powiedzenia - powiedziała zadowolona z siebie nauczycielka, nie wiedząc, że na przerwie i tak każdy wyjaśni sobie swój stosunek do drugiej strony i nie będzie on taki pozytywny.
Ważne jednak, że wychowawczyni czuła się spełniona i wykonała swoją misję zbawienia świata.

Pomysł był dobry, ale na wykonaniu polegliśmy. Jeśli to naprawdę miałoby zadziałać i wnieść coś do sposobu postrzegania samego siebie, należałoby wprowadzić pewne innowacje: 

  • Przede wszystkim nie należy zmuszać nikogo do wymyślania zalet innej osoby na siłę. Jeśli ktoś nie potrafi ich podać, widocznie ich w tej osobie nie widzi.
  • Uważam, że ważne jest zarówno dowartościowanie się, jak i świadomość swoich błędów i zachowania. Lepsze byłyby więc dwie kolumny: wady i zalety. W ten sposób mogłyby się wykazać osoby, które nie mają nam nic miłego do powiedzenia. Najgorsza szczerość jest lepsza, od najlepszego fałszu, a poznanie własnych wad może nam pozwolić na samodoskonalenie.
  • Kartki każdy powinien dostać sam dla siebie. Nie widzę powodu dla którego ktoś musiałby się nimi dzielić z resztą. Projekt powinien zmuszać do przemyśleń nad samym sobą, a nie powodować niezręczność i dawać pozwolenie do śmiania się z kogokolwiek.
Jednak nawet z kartek, które dostaliśmy można było wyciągnąć jakąś lekcję.
Każdy człowiek ma jakieś zalety, jednak jeśli ktoś nie potrafi powiedzieć o nas nawet trzech dobrych słów, znaczy to, że może staramy się trochę za słabo by druga osoba była w stanie nasze dobre cechy zauważyć. Może nie są one dla niej widoczne nie bez powodu...
... albo jest ona dupkiem, 
który celowo pomija w kimś wszystko co dobre.
Jedno z dwóch.

sobota, 14 września 2019

Ojciec, a matka

Mam znajomego. Lat 28, dwójka dzieci, w tym jedno biologiczne. Dwie córki, jedna w wieku 6 lat, druga lat 4. Kiedy miał 20 lat związał się z dziewczyną, która już w tamtym czasie była alkoholiczką. Próbował wyprowadzić ją na prostą i na początku nawet mu to wychodziło. Rok później dowiedziała się, że jest w ciąży i obiecała sobie, że wszystko się zmieni. Przestała pić i imprezować, skupiła się też na rodzinie. Chłopak jej się oświadczył i pobrali się w pół roku po narodzinach dziecka. Rodzina była przeciwna, ale młodzi nikogo nie słuchali. wierzyli w prawdziwą miłość, oraz przeznaczenie.
Cóż, przynajmniej on wierzył.
Ona natomiast zdradzała go na prawo i lewo. Zaszła w drugą ciążę i po urodzeniu kolejnego potomka, oraz przeprowadzeniu badań na ojcostwo, okazało się, że drugie dziecko ma innego ojca. Kobieta tak długo błagała o wybaczenie i obiecywała poprawę, że mąż się zlitował. Przejął też ojcostwo nad drugą pociechą. Uznał je za swoje.
Happy end?
Nie do końca.
Laska wróciła do balowania w ledwo rok po ostatniej ciąży. Nie interesowała się dziećmi, wracała nad ranem, kompletnie pijana, wszczynała awantury. Odmawiała terapii i spotkań z psychologiem. Znajomy wystąpił o rozwód i ograniczenie praw rodzicielskich. Chciał walczyć o dzieci, jednak jak się okazało, nie miał z kim walczyć. Małżonka nie pojawiła się na pierwszej rozprawie, a na drugą przyszła pijana, usiłując przekonać sędziego, że jest dobrą matką i to mąż robi z niej potwora. 
To była prosta sprawa.
Sąd chciał przyznać matce dzieci prawo do widzeń, lecz ona odparła:
- Jeśli nie mogę ich mieć w całości, to nie chcę ich wcale.
W ten sposób rezygnując z dzieci całkowicie. W wieku 26 lat mężczyzna został rozwodnikiem z dwójką dzieci. Odciął się od ex małżonki (co nie było trudne, bo sama unikała kontaktu) i postanowił wychować córki na porządnych ludzi.
Nie mógł liczyć na pomoc rodziny. Dość miał też komentarzy bliskich, które sprowadzały się do "A nie mówiłam, że tak będzie?". Stwierdził więc, że poradzi sobie sam.

Było ciężko. Mężczyzna musiał brać nadgodziny żeby utrzymać siebie i dzieci, oraz opłacić opiekę dla córek, ale mimo to znajdował dla nich czas. Bawił się z nimi, zabierał na spacery, wyjeżdżał na wakacje. To on nauczył je jak się wiąże buty, czyta książki i robi kanapki. To on przekazywał im życiowe wartości, czytał do snu, opatrywał zadrapania, nie spał po nocach kiedy były chore. Wszystko co wiedziały w swoim wczesnym etapie dzieciństwa zawdzięczały jemu.
Nie pozwalał by czuły się niechciane, niekochane, czy gorsze.
Wychowywał je najlepiej jak potrafił.
Zrobił to, chociaż zewsząd słyszał, że sobie nie poradzi, oraz że ojciec nigdy nie zastąpi dzieciom matki. Słuchał komentarzy o tym, że potrzebna mu jest kobieta i że sąd nigdy nie powinien pozwolić żeby dwójkę dzieci wychowywał mężczyzna. Pojawiały się nawet głosy popierające ex małżonkę, jakoby najgorsza matka miałaby być lepsza od najlepszego ojca.

Teraz dziewczynki stają się coraz bardziej samodzielne. Są ze sobą zżyte i pomagają jedna drugiej. Starsza wkrótce pójdzie do pierwszej klasy. Jest łatwiej niż było, co nie znaczy, że jest prosto.
Dzieci nie pamiętają matki, lub nie chcą jej pamiętać. 
Czy chciałyby mieć pełną rodzinę? 
Na pewno, jak wiele z nas. 
Świat nie jest jednak idealny i wiele jest na nim samotnych matek i samotnych ojców. Jestem pewna, że dziewczynki z czasem całkowicie zatracą potrzebę posiadania drugiego rodzica, zwłaszcza kiedy podrosną na tyle by dowiedzieć się o nim prawdy.
Znajomy dalej słyszy o tym jak to zniszczył rozwodem strukturę rodziny i zaburzył swoim córkom dzieciństwo. Mówią mu to ludzie, którzy kompletnie nie znają jego życiowej sytuacji i polegają na swoim własnym, perfekcyjnym modelu rodziny. Przecież za rozpad małżeństwa zawsze musi być odpowiedzialny facet, czyż nie? Dużo lepiej gdyby oddał dzieci do jakiejś pełnej rodziny. Takiej z ojcem i matką. Zwłaszcza z matką, ponieważ jak wiadomo, dziewczynki powinna wychowywać kobieta. Kto im powie o chłopakach i miesiączce? Skąd facet miałby o tym wiedzieć? Będzie bardzo niezręcznie. Powinien znaleźć kobietę. Jakąkolwiek, żeby pełniła rolę matki. Nie da się wychować normalnych dzieci bez matki. Matka jest potrzebna. Z takiej dysfunkcyjnej rodziny wyrosną dysfunkcyjne dzieci, nie ma innej możliwości.

Nie. Są rodziny z dwojgiem rodziców różnych płci, jednej płci, jednym rodzicem, albo z żadnym. Są też rodziny z wieloma rodzicami (ojciec, matka, ojczym, macocha), lub związki poligamiczne.
Każda struktura jest dobra, dopóki spełnia swoją rolę. Liczba członków rodziny nie ma tutaj żadnego znaczenia.


Cenię znajomego za cierpliwość, ponieważ mnie takie komentarze doprowadziłyby do wybuchu, którego nie byłby w stanie ugasić żaden ocean. On natomiast wpuszcza te uwagi jednym uchem, a wypuszcza drugim. "Życzliwi" sąsiedzi nasyłali mu na głowę opiekę społeczną i kontrole z MOPS-u, ponieważ "To facet, to nie wiadomo co tam robi z tymi małymi dziewczynkami, a oni słyszeli krzyki". Nie wykryto jednak żadnych nieprawidłowości. Dzieci mają własne pokoje, są czyste, schludnie ubrane i najedzone. Mają zabawki, odpowiednie przybory i znajomych. Przede wszystkim są jednak dobrze wychowane.
Sąsiadów nosi, ponieważ nie mogą nic zrobić, a ludzi na placu zabaw zżera ciekawość.
Nie przejmują się tym jednak ani dziewczynki, ani ich ojciec.
Zapytane:
- A gdzie jest Wasza mama? 
Odpowiadają:
- Nie ma jej. Mamy tatę. Siedzi tam.
Matka przeszła dla nich do świata mitów i legend. Jak Święty Mikołaj, albo Zajączek Wielkanocny. Niby istnieją, ale nikt nie widuje ich na co dzień.

Zaskakujące jest to, że samotna matka w tej samej sytuacji byłaby normą, natomiast jeśli chodzi o ojca, jest to ewenement społeczny, wywołujący poruszenie i zainteresowanie niczym kości dinozaurów znalezione pod sklepikiem z drożdżówkami.

Osobiście życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że najgorsze już za nimi.
Podziwiam to jak sobie poradzili, pomimo niesprzyjających warunków i wścibskiego społeczeństwa.


piątek, 13 września 2019

Trzy łapy na cztery

Moi dalsi sąsiedzi (dwa bloki różnicy) mają Labradora o trzech łapach. Pies miał amputowaną lewą, przednią kończynę ze względu na złe traktowanie u poprzednich właścicieli i rozszerzającą się martwicę. Zwierz sobie radzi, ale ze względu na swój stan i wiek, nie porusza się już tak szybko jak jego w pełni sprawni koledzy. Właściciele wychodzą więc z trójnogiem na powolne spacery i robią częste przerwy na ławkach.

W ich rodzinie była ostatnio impreza urodzinowa, na którą przyjechało kilka osób z sąsiednich miast. Po obiedzie i torcie część z nich wybrała się na spacer, żeby ułożyć w żołądku masę jedzenia, jaka przed chwilą została pochłonięta. Wśród spacerowiczów znalazł się również wyjątkowo niecierpliwy kuzyn, któremu bardzo przeszkadzało ślimacze tempo narzucone przez psiaka.
- Co on się tak wlecze? - marudził - Wolniej to już można tylko stać.
- Jakbyś nie zauważył, ma tylko trzy łapy - odparł właściciel futrzaka.
- A ja chodzę na dwóch i co z tego?
- Na jednej też byś nie był za szybki.
- On ma trzy, to żadne upośledzenie. Powinien mieć normalne tempo, albo go zostawiajcie w domu.
- Jak chcesz to się przebiegnij, pies też musi wyjść - zakończył mężczyzna i dyskusja skończyła się na dźwiękach niezadowolenia i stękaniu kuzyna.

Ze względu na wypity na imprezie alkohol, część gości zdecydowała się przenocować u solenizanta.
Solenizant natomiast wymknął się z domu kiedy wszyscy już spali i po chwili wrócił już dużo weselszy.
- Udało się? - spytała jego żona.
- No ba - odpowiedział mężczyzna i również udał się na spoczynek.

Nad ranem nadpobudliwy kuzyn poszedł do sklepu po świeże pieczywo, wrócił jednak po chwili, zdyszany, trzymając pustą torbę. Musiał biec po schodach.
- Ktoś mi buchnął koło! - krzyczał.
- Co? - spytał leniwie gospodarz.
- Ktoś mi pod*ieprzył koło w samochodzie. Całe. Na cegłach z jednej strony stoi.
- No to co?
- Jak to co? Jak ja do domu wrócę?
- No normalnie, na trzech.
- Porypało Cię? Na trzech kołach mam jechać?
- Rowery i motocykle mają dwa i sobie radzą. Żadne upośledzenie - powiedział mężczyzna, patrząc w twarz kuzyna, przepełnioną niedowierzaniem i zdezorientowaniem i powstrzymując się od śmiechu przyznał, że to on pożyczył kółeczko i zaraz mu je z powrotem zamontuje.

Chciał tylko udowodnić, że czasem nawet posiadając 3/4 niezbędnego napędu, ciężko jest korzystać z reszty w takim tempie jak posiadając całość.

czwartek, 12 września 2019

Psy - urodzeni mordercy

Byłam ostatnio świadkiem bardzo dziwnej konwersacji między właścicielami psów, które beztrosko biegały po górce, a człowiekiem, który przyszedł popatrzeć na zwierzęta.

Mężczyzna w dość oryginalny sposób komentował zarówno opanowanie i agresję niektórych psów. Kiedy jakieś zwierzę startowało z zębami, mówił "instynkt mu się odzywa, chyba najwyższy czas", a kiedy przychodziło się łasić odpowiadał "niedawno chyba zagryzał".
Zmieszani właściciele w końcu spytali obcego o co mu tak właściwie chodzi i uzyskali odpowiedź, której się raczej nie spodziewali.
- To macie psy, a nie wiecie? - powiedział z zaskoczeniem mężczyzna, składając palce w daszek. Wszystkich czekał długi wykład z psiej psychologii, niekoniecznie poparty nauką i faktami.
- Psy pochodzą przecież od wilków. Naturalnym instynktem wilków jest zagryzienie czegoś co jakiś czas - mówił - To rozładowuje ich napięcie i frustrację, dlatego nie są agresywne w stosunku do członków własnego stada, bo tą agresję przelewają gdzie indziej. Z psami jest podobnie, tylko w mniejszym stopniu. Z kotami zresztą też. Jak kot siedzi w domu i nie wychodzi, to w końcu zacznie drapać właściciela i go gryźć, a jak wychodzi i sobie coś czasem upoluje, to jest spokojny i zrelaksowany. Psy też sobie muszą coś czasem złapać i zagryźć i jest spokój na jakiś czas. Jak nie, to chodzą cały czas wkurzone i mogą być niebezpieczne.
- Ale co niby zagryźć? - spytał właściciel starszego Owczarka.
- A to już wedle uznania. Gołębia, myszkę, kreta, co tam znajdzie.
- Pan jest niepoważny. Wilki zagryzają zwierzęta, bo polują. Muszą polować, żeby jeść, psy nie.
- Takie są fakty, natury nie da się oszukać. Lepiej chyba poświęcić czasem wróbla, niż się narażać, że pies się na kogoś rzuci. Ten pies jest bardzo spokojny, więc się pewnie wyładował niedawno.
- Nie. Jedyne co on rozrywa, to pluszaki.
- No to jest taki sztuczny zamiennik, ale też działa na krócej. Ten jest taki pobudzony, to pewnie by musiał już coś dziabnąć.
- Pan jest nienormalny.
- Bez takich, dobrze? Akurat ja się na psach znam. Teraz to ludzie chcą je uczłowieczać tak bardzo, że nawet nie znają ich podstawowych potrzeb, dyktowanych przez instynkt.
- Proszę Pana - odezwała się starsza kobieta - Mój pies ma już 10 lat i całe życie był łagodny, to co Pan tu opowiada to są jakieś zaściankowe poglądy przynajmniej sprzed pół wieku. Większych głupot nigdy nie słyszałam.
- A ja widzę, że ten pies jest zestresowany i przez to będzie żył krócej niż by mógł. Jak chcecie to sobie dalej wmawiajcie, że Wasze psy są szczęśliwe i spokojne. Paranoja jakaś, żegnam. Nie powinniście mieć zwierząt jak o takich oczywistościach nie wiecie - powiedział mężczyzna i oburzony zszedł z górki, zostawiając niedowierzających właścicieli na szczycie.

Teraz się zastanawiam kiedy instynkt biednej, zniewolonej Morfiny w końcu przemówi i pies rzuci się komuś do szyi, ponieważ nigdy niczego nie zagryzł.
Siedzę na bombie zegarowej.