Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 21 marca 2019

Walka o cukierki

Na jednym końcu trawnika stoi Morfina w pozie żerującego kangura i kołując po własnej orbicie próbuje wybrać idealną pozycję na rozpoczęcie operacji "Uwolnić orkę".
Na drugim końcu mężczyzna z trójką dzieci i małym psem również oczekują na dary psich jelit. Młodociani składają się na dwie dziewczynki i jednego chłopca. Nawet najwyższe z nich nie sięga mężczyźnie do pępka, więc zakładam że chodzą jeszcze do podstawówki.
Rozpoczyna się wyścig z czasem. Czyje kasztany dotkną trawnika pierwsze? Kto otrzyma tytuł złotego wypróżniacza 2019? Oczekiwanie pełne napięcia i synchroniczną defekację przerywa mniejsza dziewczynka, szturchając dorosłego palcem.
- Mogę dzisiaj ja pozbierać?
Zerkam z niedowierzaniem na adoratorkę psich produktów przemiany materii i oceniam wiek na maks 5 lat. Ja w jej wieku bawiłam się tylko kupkami znalezionymi w piaskownicy i błędnie ocenionymi jako glina.
Druga dziewczynka wchodzi przed mniejszą pełna oburzenia.
- To ja miałam tym razem pozbierać, ona była ostatnio - oświadcza.
- To ja chcę wyrzucić do kosza! - zaklepuje chłopiec, sprytnie unikając walki z płcią przeciwną, która ma przewagę liczebną i zajmując stanowisko do tej pory nieporuszone w dyskusji.
Zaczynam zastanawiać się czy jeszcze śpię, ale zapach przerobionej karmy uświadamia mi, że to się dzieje naprawdę. Morfina wygrała zawody, ale ma to teraz małe znaczenie. W obozie po przeciwnej stronie trawnika trwa walka.
- Tym razem zbierze Aga, a Jacek wyniesie do kosza. Ty Zosia sobie pozbierasz jak oni będą w szkole i będziesz miała całą dla siebie - dodał mężczyzna, widząc narastającą złość dziewczynki. Zadania zostają przydzielone i wszyscy w zgodzie robią co wywalczyli.
Zbieram swoje dobro z trawnika i dociera do mnie, że powinnam być wdzięczna losowi. Mam całe te brązowe szczęście dla siebie i nie muszę się z nikim dzielić, ani walczyć o kolejność zbierania. Jestem na uprzywilejowanej pozycji.
Nie wiem co tu się właśnie stało i jak mężczyzna to osiągnął, ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

środa, 20 marca 2019

Judo dla niezdecydowanych

Kiedy byłam jeszcze na poprzednim kierunku studiów, obowiązkowy w-f należało zaliczyć już w pierwszym semestrze (obecnie drugi i trzeci). 
Jako, że grupa słabo się jeszcze znała i ciężko było nam złapać kontakt wybór obieralnej dziedziny sportu nie był łatwy. Część dziewczyn poszła na koszykówkę, część na siatkówkę, a część na piłkę nożną.
Na środku hali w której odbywały się zapisy stało również kilka niezdecydowanych osób, spoglądających na przydziałowe plakietki. Nie czułam się dobrze w żadnej dziedzinie, więc krążyłam razem z nimi od stanowiska do stanowiska. Byliśmy zdezorientowani i przytłoczeni wyborami, które nie zadowoliłyby nikogo. Ani nas, ani drużyn dla których bylibyśmy utrapieniem. Jedyne opcje, które nie wydawały się torturą (szachy i tenis stołowy) miały już komplet chętnych.
Snuliśmy się po hali w nadziei na odnalezienie czegokolwiek, w czym nie bylibyśmy beznadziejni. Właściwie traciliśmy już nadzieję, lecz wtedy ktoś zauważył machającego do nas niskiego mężczyznę, stojącego w rogu ze swoim małym stoliczkiem. Wyglądał przyjaźnie, więc uznając zgodnie brak zagrożenia zdecydowaliśmy się podejść bliżej i zobaczyć co jegomość miał do zaoferowania.
Okazało się, że niski człowieczek wykładał judo i mieszane techniki walki. Zdziwił nas tym, bo wyglądał raczej na gracza krykieta.
- To co, zapisać Was? - spytał uświadamiając nas, że byłybyśmy jego pierwszą dziewczęcą grupą od wielu lat, nie licząc kilku chłopaków ze starszych roczników. Był bardzo przekonywujący i wyglądał na miłego, spokojnego człowieka więc podpisałyśmy dokument, który w późniejszym czasie okazał się być naszym cyrografem z szatanem w czarnym Kimonie.
Już po pierwszych zajęciach zrozumiałyśmy, że popełniłyśmy potworny błąd. Sama rozgrzewka wywołała w grupie napady astmy i bóle mięśni z których posiadania nikt nie zdawał sobie nawet sprawy. Mała sala była obita materacami aż po sam sufit i szybko zorientowaliśmy się dlaczego. Ludzkie ciała, duże i małe fruwały po pomieszczeniu jak motylki, kiedy uśmiechnięty mężczyzna prezentował rzuty i dźwignie. Bardzo szybko załapaliśmy podstawy, a przede wszystkim jak się poddawać i upadać. Dotarło do nas również, że z mistrzem nie ma dyskusji.
Nie umiałeś przewrotu? Dwa ruchy ręki i już byłeś po salcie. Wchodzenie na linę było problemem? Dzięki drobnej pomocy prowadzącego okazywało się, że jednak się dało. Coś Cię bolało? Dopóki kość nie wystawała z jakiegoś znaczącego miejsca na ciele, lub nie wylewał się z Ciebie wodospad krwi nie było nawet mowy o taryfie ulgowej.
W pierwszym tygodniu składaliśmy się z jednego, wielkiego, fioletowego siniaka i mieliśmy problem z podstawowymi ruchami. Nie mogliśmy się sami ubrać, uczesać, czy wejść po schodach. Nie wiem jak to się stało, ale zakwasy miałam nawet na szczęce.
Mimo swojej pulchności wykonywałam wszystkie polecenia mężczyzny, bez względu na własne ograniczenia. Wiedziałam, że albo zrobię to sama, albo on mi w tym pomoże. Wolałam pierwszą opcję.
Pamiętam jak podszedł do mnie na któryś ćwiczeniach i odbierając mi koleżankę z którą ćwiczyłam nakazał trenowanie na nim. Gość był jak wykuty z metalu, w ogóle nie czuł bólu. Można było go tłuc i łamać kości dźwignią, a on nawet nie westchnął. Mogłam spokojnie robić swoje bez obaw, że stanie mu się krzywda.
- Twoje gabaryty dają Ci przewagę - usłyszałam, usiłując przydusić go kolanem podczas kiedy on przyglądał się nitkom w swoim szlafroczku.
Myślałam wtedy, że się nabija, jednak on kontynuował.
- Im więcej ktoś musi nosić tym silniejsze ma mięśnie, chyba że całymi dniami siedzi. To Ci daje dużą przewagę i efekt zaskoczenia, bo zazwyczaj atakujący nie spodziewa się oporu ze strony kobiety, która nie wygląda na wysportowaną.
- Ale przecież w judo nie chodzi o siłę, tylko o technikę - odparłam, naciskając mocniej.
- Nie chodzi, ale to nie znaczy, że nie możesz tego wykorzystać.
Zastanawiałam się właśnie czy ten facet w ogóle posiada gardło, ale zanim zdążyłam to odkryć leżałam już obezwładniona, badając z bliska strukturę materaca. Zdążyłam odklepać przegraną zanim połamał mi resztę kości i przyjęłam do wiadomości, że od tego momentu będę w parze z facetami ze względu na moją domniemaną krzepę. Nie byłam z tego powodu najszczęśliwsza, ale wszystko było lepsze niż trenowanie z nim.
Okazało się, że uśmiechnięty gremlin miał rację.
Byłam wolniejsza i miałam nieco opóźnione reakcje, ale kiedy udało mi się kogoś powalić, albo zablokować to było to bezpowrotne. Uwolnienie się było niemożliwe i udawało się tylko prowadzącemu, który techniką węża w kilka sekund był w stanie oswobodzić się z każdej dźwigni.
Mężczyzna przechadzał się po salce, obserwując działania każdej osoby i czasem zabierał kogoś na bok, żeby pokazać mu czym może się wyróżnić. Drobne osoby zyskiwały na szybkości i unikach, a także łatwiej im się było wywinąć. Te wyższe nadrabiały zasięgiem, a cięższe siłą. Żeby zaliczyć przedmiot musieliśmy się bardzo wysilić i brać uwagi mistrza do serca, ponieważ walka zaliczająca odbywała się właśnie z nim.
Po pierwszym semestrze zmieniłam dyscyplinę na coś spokojniejszego i mniej bolesnego, a za mną podążyła znaczna część ćwiczących, ale każdy wyniósł z tych zajęć poza bólem kręgosłupa jakąś ważną informację.
Przede wszystkim zrozumieliśmy, że każdą słabość można zamienić w atut tylko trzeba ją najpierw zaakceptować.
Niby banalne, ale takie rzeczy wychodzą dopiero w praktyce w pakiecie z siniakami i wstrząśnieniem mózgu.

wtorek, 19 marca 2019

Prawda o Świętym Mikołaju

Pewna rodzina postanowiła przekazać swojemu kilkuletniemu potomkowi bolesną prawdę o Mikołaju. Nie za bardzo wiedząc jak podejść do tematu by nie zniszczyć dziecku psychiki, ale jednocześnie zaserwować mu czyste fakty rodzice wzięli malucha na kanapę i zaczęli rozmawiać. Młody słuchał uważnie i z coraz szerzej otwartymi oczami wpatrywał się w swych stwórców.
Matka z ojcem na zmianę obrabiali delikatny temat, obserwując reakcję pociechy i ciesząc się, że nie doprowadzili go jeszcze do płaczu na jaki byli przygotowani. Przedstawiali różne argumenty. Jak takie, że kiedy pojawiał się Mikołaj zawsze znikał jakiś członek rodziny, albo że czasem nie pojawiał się wcale za to prezenty magicznie znajdowały się pod choinką kiedy tylko dziecko wychodziło do łazienki, jak również fakt, że podrostek nigdy nie widział śladów sań czy reniferów. Opisano mu nawet bardziej naukowe fakty o tym, że renifery nie potrafią latać zwłaszcza z czerwonym tłuściochem i worem prezentów w saniach, że w jedną noc nikt nie potrafiłby obejść wszystkich domów na całym świecie oraz, że nikt nigdy nie znalazł bazy Mikołaja. To wszystko dało się wyjaśnić magią, ale rodzice dziecka uznali, że czas by syn zaczął żyć w realnym świecie, w którym zamiast magii mamy green screen i efekty specjalne.
Brutalne podejście, ale kim jestem żeby oceniać.
Na zakończenie wyjaśnione chłopcu zostało, że to mama i tata zawsze kupowali mu te wszystkie prezenty.
Dziecko przyjęło to nad wyraz spokojnie. Nie zadawało żadnych pytań, nie przejawiało niepokoju czy smutku. Tylko słuchało. Kiedy rodzice skończyli monolog zaniepokoili się uśmiechem rosnącym na twarzy ich syna. To nie były emocje których się spodziewali. Może czegoś nie zrozumiał albo myślał, że żartujemy? - zastanawiali się, więc spytali o to młodego.
- Przecież ja wiem, że dorośli nie wierzą w Mikołaja - odparł synek - On istnieje, tylko Wy o tym nie wiecie. A skoro istnieje, a do tej pory te wszystkie prezenty kupowaliście mi Wy, to znaczy że Mikołaj jest mi winny za te wszystkie lata masę zabawek!
Jak się zapewne domyślacie dalsze przekonywania nic nie wniosły i młody ekonomista tych świąt oczekiwał będzie nadwyżki za wszystkie ominięte lata.
Mikołaj będzie miał sporo wydatków...

poniedziałek, 18 marca 2019

Domowy test na zwierzętach

Przeprowadzam czasem testy na zwierzętach.
Bez paniki, proszę odwołać policję - testy są psychologiczne.
Tym razem wpadłam na pomysł sprawdzenia jak z problemem poradzi sobie pies, a jak szczury. Do malutkiego kartoniku wypchanego chusteczkami wpakowałam pachnące papu (kurczak plus warzywa) i szczelnie zamknęłam całość. Żeby dostać się do środka trzeba było pokombinować.
Pierwszą kandydatką do testu została Morfina. Pies przyglądał się pudełeczku, obwąchał je z każdej strony, wziął w paszczu i wręczył mnie. Nie kiwnęła łapą, żeby rozgryźć zagadkę. Sygnał był jasny.
"Mamu otwórz, bo tam w środku coś jest, a ja nie umiem."

Zachęcanie do otwarcia pudełka skończyło się spojrzeniem suki pt.:
"Ale przecież to jest pudełko. Przedmiot. Nie wolno niszczyć przedmiotów. Otwórz to i się nie wygłupiaj." Swoją wymowną minę poparła surykatką na dwóch łapkach i byłam zmuszona ulec...
Spodziewałam się, że szczury będą pracować zespołowo. Nic bardziej mylnego. Kiedy tylko pudełeczko wylądowało w klatce przejął je Popcorn i z furią godną seryjnego mordercy zaczął rzucać nim po klatce, jakby chciał je zamordować. Ten prymitywny i agresywny sposób zadziałał i kartonik nie miał szans z brutalnością gryzonia. Kiedy mistrz judo dostał się już do zawartości, groził braciom i odgradzał się od nich jak Smeagol strzegący skarbu. Wyjęłam go, żeby pozostała dwójka miała jakiekolwiek szanse i do klatki wleciał drugi kartonik. Wpadł pod sam nos Masła. Szczur powąchał pudełko, dotknął je łapką i uważając zagadkę za zbyt męczącą uznał, że mu się to nie kalkuluje i nie opłaca. Gryzoń nawet nie spróbował dostać się do pachnącej zawartości mimo, że leżała mu pod nosem. Było mu zbyt wygodnie i nie miał nic przeciwko Karmelowi, który podniósł kartonik i zaniósł go na hamaczek. Ostatni walczący wygryzł w pudełku kilka dziurek, poobracał nim w łapkach i zrzucił ze szczytu klatki. Zawartość rozsypała się na ziemi, co nie mogło pozostać niezauważone przez leniwca siedzącego w domku. Masło wyszedł z kryjówki, przeciągnął się ospale i podreptał do jedzenia. Cwaniak przyszedł na gotowe. Oba szczury się najadły i mogłam wpuścić Popcorna do klatki bez obawy, że znowu będzie odgrywał sceny z "Władcy Pierścieni".
Podsumowując, mam: 
  1. Niezaradnego życiowo psa, który od rozwiązywania problemów ma swoich ludzi, 
  2. Opętanego szczura demolkę, syna szatana,
  3. Koalę w złym ciele, który za chwilę nie zmieści się przez drzwiczki klatki,
  4. Gościa od brudnej roboty, który musi pomagać leniwemu bratu.
Ale sobie dobrałam ekipę...

niedziela, 17 marca 2019

Rant o prywatności

Lubicie jak Wam się obcy wtrącają w życie?
Nie żartujcie, że nie. Każdy to uwielbia.
To takie świetne uczucie, kiedy nieznajomi Wam ludzie (pomińmy już rodzinę) zadają pytania na tematy prywatne, które zupełnie nie powinny ich obchodzić.

Coś w stylu: "No, to kiedy sobie znajdziesz jakiegoś kawalera/pannę?", albo kiedy już kogoś macie "No, to kiedy wesele?", lub też "No, a dzieci kiedy planujecie?".
Jakby celem życiowym każdej jednostki ludzkiej było podporządkowanie się ogólnie dobranemu schematowi, bo inaczej wartość człowieka w strukturze społecznej w ogóle nie będzie brana pod uwagę.
W końcu zadaniem kobiety jest wyjście za mąż, urodzenie dziecka (najlepiej kilku) i opieka nad domem, podczas kiedy mężczyzny - zbudowanie domu, zasadzenie drzewa, spłodzenie syna i zarabianie na to wszystko. 

Mamy rok 2019, a niektórzy ludzie wciąż nie potrafią dostrzec, że podział obowiązków uległ zmianie, że mamy równość i każdy może robić co chce i z kim chce. Teraz kobieta może sadzić drzewo i budować dom, a mężczyzna opiekować się dziećmi, lub też oboje mogą podróżować po całym kraju i w nosie mieć stałe konstrukcje i roślinność.
Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy kończysz dwudziesty rok życia i jesteś singlem, posiadającym zwierzęta. Wtedy dopiero zaczyna się zabawa.
"Bo jak Ty sobie kogoś znajdziesz z tym zoo?", "Byś sobie kogoś znalazła/znalazł, a nie czas marnujesz na zwierzaki", "A co jak sobie kogoś znajdziesz i on/ona nie będzie tolerować zwierząt?" i mój osobisty faworyt: "A jak dziecko będzie, to gdzie oddasz?".
Przy tym zestawie pytań należałoby wziąć głęboki wdech i zacząć spowiadać się z życia prywatnego sąsiadowi, który akurat na fajkę wyszedł i troska o przyrost populacji zmusiła go do zadania tych pytań.
Po pierwsze skąd pomysł, że kogoś potrzebuję. To może być dla niektórych szok, ale istnieje na świecie grupa ludzi którzy samotni są z własnego wyboru, a nie dlatego że jeszcze nikogo nie znaleźli i bardzo im z tym dobrze. Ja wiem, szok, przecież nikt nie lubi być sam. Błąd. Niektórzy cenią sobie niezależność i osobistą przestrzeń na tyle, że nie mają zamiaru z nikim jej dzielić. Mają się zmienić tylko dlatego, że tak mówi pan Stanisław z klatki obok? Nie sądzę. 

Po drugie znalezienie partnera/partnerki wcale nie musi wiązać się z reprodukcją. Niektóre pary nie chcą, bądź nie mogą mieć dzieci z różnych powodów. Co jeśli takie pytanie jest dla kogoś niewygodne, czy krępujące? Co jeśli para jest homoseksualna? Co jeśli rani ich fakt, że nie mogą mieć dzieci?
Kogo to obchodzi, o tym nikt nie myśli.
Po trzecie. Jeśli ktoś nie lubi zwierząt, zwłaszcza tych które posiadam jest wielce prawdopodobne, że się nie dogadamy. Problem braku akceptacji rozwiązuje się więc sam.
Po czwarte. Dziecko? Dziecko fantastycznie chowa się ze zwierzakami. Uczy się delikatności, obycia i relacji nie tylko ze światem ludzkim. O co ta histeria?
Kiedy ludzie dowiadują się, że mam w domu sporego psa i trzy szczury, przed oczami staje im ruina jaką zwierzęta musiały zrobić z domu. Im więcej zwierząt, tym silniejsza reakcja.
"Trzy psy?" Jezu, jak Ty miejsce znajdujesz?", "Króliki i papużki? Ale to musi śmierdzieć.", "Koty? Starą panną zostaniesz.", "Szczury i myszy? To przenosi choroby przecież".
To norma. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że kogoś wrażliwego taka reakcja na członków rodziny może ranić. Natomiast o dzieciach nie można już tak powiedzieć.
"Trójka dzieci? Musisz mieć dom w strasznym stanie i na pewno wszędzie śmierdzi. Może je komuś oddaj?" - raczej by nie przeszło, nie uważacie?
Społeczność ma dziwne pojęcie, jeśli chodzi o zwierzęta egzotyczne. "Przecież szczur domowy, a dziki to właściwie to samo. Można go wypuścić na dwór i sobie poradzi". Takie perełki już słyszałam. To jak porównywanie psa do wilka. Idąc tą logiką Morfina powinna teraz poganiać za jakąś sarną w środku lasu.
Pozostaje mi tylko czekać z przygotowanym garnkiem. Dzisiaj jemy dziczyznę.
Smutne jest to, że często tą samą logiką kierują się również członkowie dalszej, lub bliższej rodziny. Te same osoby lubią również podcinać skrzydła na bardzo wczesnym etapie życia. Jeśli na pytanie "To kim będziesz w przyszłości", nie odpowiesz: prawnikiem, lekarzem, dentystą, to właściwie już przegrałeś. Tatuażysta? Animator rysunkowy? Pianista? Baletnica? A co to w ogóle za zawody, wyżyć się nie da, lepiej idź na coś co kompletnie Cię nie interesuje tylko po to żeby zadowolić otoczenie. 
Rodzina powinna wspierać, nie krytykować. Nie powinna wymuszać na kimś swoich niespełnionych ambicji, czy planów. Jeśli ktoś popełni błąd przy wyborze, albo zmieni za jakiś czas zdanie, to nie należy zaczynać od "A nie mówiłem?", tylko popierać dalsze decyzje. Wszyscy szukamy i wszyscy popełniamy błędy, dajmy popełniać je również innym.
Co właściwie ma na celu ten rant? Może kilka takich pytających, lub dręczonych pytaniami właśnie to czyta. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy robią to z troski, czy dobroci serca. Dobre intencje nie zawsze mają jednak dobre skutki. Mnóstwo młodych (i nie tylko) osób do których kierowane są takie pytania i propozycje obrania konkretnej ścieżki życiowej, ma dość takiej troski na co dzień. Jeśli słyszy się to pół swojego życia, to nie kończy się to dobrze dla żadnej ze stron.
Dajmy ludziom trochę prywatności i nie zadawajmy im pytań, na które sami najczęściej nie znają jeszcze odpowiedzi. Jest tyle tematów do rozmów, że naprawdę nie musimy uciekać akurat do tych.
Jeśli ktoś żyje z pięcioma psami i trzema kotami, niech sobie żyje. Najwidoczniej tak mu dobrze. Dwóch facetów razem? Jak najbardziej. Ważne, że są szczęśliwi. Zawód perkusista? Super sprawa, oby tak dalej.
Pamiętajmy, że niezależnie od nacisków z zewnątrz decyzja o stylu życia należy tylko i wyłącznie do jego właściciela.
Nie urabiajmy innych i nie dajmy się urobić innym.
Tyle w temacie. Życzę wszystkim miłego dnia i cierpliwości w walce z zatroskanymi sąsiadami.


sobota, 16 marca 2019

Ludzie kwiaty

Pilnowałam ostatnio dziecka, które według nauczycieli miało problem z rysowaniem. Dziewczynka w tym wieku rysuje głównie za pomocą kółek i kresek, więc zastanawiałam się na czym ów problem mógł polegać. Kolorowała poza krawędziami? Rysowała wszystko w jednym kolorze? Nie dokańczała prac? To jedyne pomysły jakie przychodzą do głowy, kiedy ktoś mówi o problemach w rysowaniu dziecka z wiekiem wciąż określanym jedną cyfrą.
Okazało się, że "problem" jest bardziej specyficzny.
Młoda czasem rysowała zwierzęta i ludzi tak jak powinni wyglądać, ale czasem byli oni kwiatkami. Mamusia-kwiatek, tatuś-kwiatek, piesek-kwiatek, pani z warzywniaka w swojej ludzkiej formie, nauczycielka-kwiatek. Nikt nie wiedział od czego zależy ten wybór i dlaczego niektórzy ludzie lądują na kartce pod postacią stokrotki. Problematyczne stawały się prace pt. "Moja rodzina", czy "Gdzie byłam na wakacjach" bo patrząc na obrazek można by pomyśleć, że palmiarnia na nóżkach z korzonków migruje przez cały kraj i okazjonalnie można ją zauważyć na plażach Bałtyku, czy lokalnym placu zabaw. Próbowano wytłumaczyć dziewczynce, że wyobraźnia jest super sprawą, ale kiedy nauczyciel prosi o narysowanie czegoś w danym temacie, to należałoby się dostosować. Dziecko przytakiwało, ale było na tyle uparte, że dalej rysowało wybrańców w swej kwiecistej postaci. Szukano przyczyny i w końcu, po długiej rozmowie rodziców, nauczycielki i dziecka udało się ustalić co kierowało dziewczynką.
Młoda usłyszała gdzieś zdanie: "Przyjaźń jest jak kwiat. Trzeba ją pielęgnować i się o nią troszczyć, bo inaczej zwiędnie. Tak samo jak kwiatek bez opieki. Nigdy też nie wiadomo co wyrośnie z tego kwiatka, bo dostajemy nasionko. Tak samo nigdy nie wiadomo z kim się zaprzyjaźnimy, to wychodzi samo".
To tak zapadło młodej w pamięci, że od tej pory rysowała wszystkich których lubiła pod postacią kwiatków. W końcu mama była przyjacielem i tata, i króliczek też, i piesek sąsiadów, i inne dzieci w klasie. W normalnej postaci przedstawiała tylko ludzi i zwierzęta których nie znała, lub za którymi nie przepadała. Jednym słowem wszyscy którzy mogli uchodzić za przyjaciół teraz lub w przyszłości byli różyczkami, tulipankami i goździkami. Cała reszta, która nie zasługiwała na ten przywilej lądowała w swojej zwykłej, nudnej formie. Chciała w ten sposób odgrodzić osoby które lubiła, od tych do których nie była przekonana. Uznała, że tak trzeba, no bo niby skąd ktoś ma wiedzieć jaki twórca ma stosunek do ludzi z obrazka? Takie rozwiązanie było oczywiste.
Dziecku stopniowo udało się wytłumaczyć co to porównanie i przekonać do rysowania wszystkich tak jak wyglądają naprawdę, przynajmniej jeśli określał to temat pracy.
Logika mikro świata nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać...

piątek, 15 marca 2019

UFO

Odbieram gremlina imieniem Paweł ze szkoły. Lat sześć i pół, wielokrotnie notowany za dłubanie w nosie i śmianie się na lekcji. Groźny przestępca, wciąż na wolności dzięki swojej zdolności wspinania się po drzewach.
Dziecko przedstawia mi właśnie swoje umiejętności z zakresu zaawansowanej matematyki. Mistrz algebry liczy od jednego do stu. Jesteśmy w połowie drogi do domu, a Pablo dochodzi już do 64, kiedy zaczyna wiać silny wiatr i czarny złowieszczy obiekt zakrywa nam na chwilę niebo. Ptak? Batman? Sowa zwana Batmanem? Nie, to dziwny, niewielki dysk i leci prosto na nas. 
Młody wpada w panikę. Dobrze, że trzymam jego rękę bo mogłabym go nie opanować. Dziecko zapomina o liczeniu, zapomina nawet jak się nazywa i z piskiem wykluwającego się Pterodaktyla drepcze w miejscu, wskazując na dysk palcem. Czarny obiekt się zbliża, lecz dzięki refleksowi odbija się od mojej ręki zamiast od czoła chłopca. Dysk spada na ziemię i po uspokojeniu histerii oboje przyglądamy się mu badawczo.


- Ufo - ocenia Paweł i przytakuje własnemu pomysłowi.
- Nie - odpowiadam, rozglądając się dookoła - To tylko te daszki z latarni. Zobacz, tam już ich nie ma, pewnie wiatr pozrywał.
- To jest ufo, tylko takie bez ludzików w środku - upiera się dziecko.
Wędrujemy dalej. Młody wraca do liczenia, które musi zacząć od nowa, bo zostało mu brutalnie przerwane, więc już nie ciągnę dyskusji nad tajemniczym obiektem.
Coś szturcha mnie w plecy. Odwracam się, licząc że ujrzę tam człowieka który chce zapytać o drogę, godzinę, czy skąd wzięłam to dziecko, bo by się przydało. Zamiast tego widzę drugi dysk. Identyczną kopię poprzedniego. Przez chwilę podejrzewam, że to ten sam jednak widzę, że poprzednik latającego spodka leży na swoim miejscu.
- Drugie ufo - podskakuje Pawełek - Mówiłem Ci. Ten poleciał po tego poprzedniego i też się rozbił!
Staram się wytłumaczyć pędrakowi co to za obiekty, ale poddaję się będąc ignorowana. Niech dziecko ma swój kawałek wyobraźni dla siebie. 


Przez dalszą drogę chłopiec milczy. Rozgląda się po niebie w poszukiwaniu kolejnego statku kosmicznego, zapominając całkowicie o liczeniu.
Kiedy po kilku godzinach zabawy wracają jego rodzice, jedyne co słyszą od progu to:
- Mamo, nas zaatakowało ufo. Było wielkie i czarne. Niania Ci powie, pewnie chcieli nas porwać, ale im się nie udało. Najpierw było jedno, a potem drugie. Pewnie chcieli uratować tych pierwszych, no mówię Ci.
Rodzice patrzą na mnie z niedowierzaniem i nutą troski. Im zapewne dużo prościej będzie wytłumaczyć co się stało.
Wyjaśnienie jest bardzo krótkie i logiczne.
Napadło nas bezzałogowe mini ufo i dobrze, że nie chcieli okupu bo byłabym zmuszona oddać Pawełka.