Wychodząc dzisiaj z marketu, usłyszałam rozpaczliwe nawoływanie pewnej starszej pani, która kręciła się w pobliżu stoiska dla rowerów. Wokół niej zebrało się już kilka osób. Niektórzy z nich trzymali przy uchu telefon, jak się później okazało dzwoniąc na policję. Staruszka była w histerii, nawołując i szlochając na zmianę.
Jak się okazało, pani zostawiła pod marketem 7- miesięcznego Pomeriana, lecz kiedy wyszła ze sklepu już go nie było.
Z całego zamieszania dosłyszałam tylko, że:
" Ja go tu zawsze zostawiałam i nic się nie działo, weszłam do sklepu tylko na pół godzinki, to jest prawie dorosły pies i ponad wszystko... jest tu przecież specjalna strefa postoju dla psów"
Strefa faktycznie jest, jednak ten kto pieska zabierał doskonale wiedział, że nie ma tam ani kamer, ani przeszklenia ze sklepu. Nikt nic nie zauważył, nawet jeśli byli świadkowie, zapewne pomyśleli że to właściciel zabiera psa.
Oczywista wina staruszki ale czy pośrednio też nie sklepu?
Wydaje mi się że takie stanowisko nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza pod sporym marketem i stawianie takiego znaku nie było do końca przemyślaną decyzją.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
piątek, 15 czerwca 2018
wtorek, 12 czerwca 2018
Nawigator
Linią którą zazwyczaj dojeżdżam na uczelnię jeździ pewien staruszek, który przyjaźni się z kierowcą autobusu. Wchodzi za przednią bramkę i staje tuż przy szybie kabiny kierowcy, żeby przez całą trasę toczyć z nim konwersację, lub żeby po prostu zająć najlepsze miejsce obserwacyjne.
Dzisiaj jednak życie postanowiło staruszka zaskoczyć.
Wszedł do autobusu jak co dzień, stanął przy bramce i zatrzymał się. Coś było nie tak.
Na miejscu kierowcy wcale nie siedział jego przyjaciel, lecz młoda kobieta o krótkich, blond włosach.
- A gdzie Kazimierz? - spytał zaskoczony staruszek, przysuwając się bliżej szyby, jakby chciał się upewnić czy może jego oczy nie dowidzą znajomej, zarośniętej twarzy. Jednak jakkolwiek by się nie przyglądał, kierowca nie wyglądał na Kazimierza.
- Na zwolnieniu, dzisiaj ja jestem -
- Nie Kazimierz? -
- Nie, Joanna jestem -
Staruszek spochmurniał i spojrzał na zamykające się drzwi autobusu. Teraz nie mógł już wysiąść i musiał jechać. Postanowił wiec zająć miejsce na samym przedzie autobusu, tuż obok kobiety, z którą czasem również zamieniał kilka zdań.
Jeśli myślicie, że mężczyzna zaczął luźną pogawędkę lub po prostu siedział grzecznie na swoim miejscu, nie odzywając się... to się mylicie.
Z jakiegoś powodu pan uznał, że kobietę stanowczo trzeba poinstruować jak kierować pojazdem i gdzie skręcać, ponieważ sama nigdy nie ogarnie tej skomplikowanej maszyny.
- Ale źle pani skręca, musi pani większe koło zrobić. Zahaczy pani... a tu przystanek! Dlaczego pani nie staje! -
- Na tym przystanku się nie zatrzymujemy, tylko na żądanie -
- Kazimierz to zawsze stawał! -
- Daj rzesz prowadzić tej kobiecie, przecież wie co robi - odezwała się znajoma nawigatora, siedząca obok niego.
- Kazimierz to jednak lepiej prowadzi. Nie Pani wina. Młoda jeszcze i do tego kobieta -
- A co?! Że jak kobieta, to już nie potrafi prowadzić tak? - kobieta na siedzeniu obok nawet nie starała się ukryć oburzenia
- Potrafi tylko, że gorzej. O, tu na przykład Kazimierz by tak wyminął, że byśmy byli już z przodu i tutaj na linię najechaliśmy. Kazimierz by nie najechał -
Pani prowadząca autobus zdawała się nawet nie słyszeć marudzącego dziadka i robiła swoje, jednak znajoma mężczyzny nie miała zamiaru siedzieć cicho:
- Kazimierz i Kazimierz, ożeń się z nim jak jesteś tak w niego wpatrzony. Stary jest już, oczy nie te, ludzi drzwiami przycina, hamuje zbyt nagle i na zakrętach zarzuca, że ludzie latają po całym autobusie. Na przewóz kartofli, to by się nadawał ale na ludzi to już nie te lata. Prowadź kochanieńka -
Mężczyzna już chciał coś odpowiedzieć ale autobus zaczął hamować i starszy pan zmuszony był trzymać się poręczy i obserwować jak pojazd wymija kurę, która akurat postanowiła przejść się środkiem szosy i nic nie robiła sobie z autobusu.
- Widzisz? - rzuciła kobieta, szturchając sąsiada w ramię - Kazimierz by ci tutaj zrobił rosół, a tak kurka chodzi i żyje -
Mężczyzna do końca jazdy coś marudził pod nosem ale nie nawigował już głośno kierowcy i pozwolił reszcie pasażerów cieszyć się spokojem.
Dzisiaj jednak życie postanowiło staruszka zaskoczyć.
Wszedł do autobusu jak co dzień, stanął przy bramce i zatrzymał się. Coś było nie tak.
Na miejscu kierowcy wcale nie siedział jego przyjaciel, lecz młoda kobieta o krótkich, blond włosach.
- A gdzie Kazimierz? - spytał zaskoczony staruszek, przysuwając się bliżej szyby, jakby chciał się upewnić czy może jego oczy nie dowidzą znajomej, zarośniętej twarzy. Jednak jakkolwiek by się nie przyglądał, kierowca nie wyglądał na Kazimierza.
- Na zwolnieniu, dzisiaj ja jestem -
- Nie Kazimierz? -
- Nie, Joanna jestem -
Staruszek spochmurniał i spojrzał na zamykające się drzwi autobusu. Teraz nie mógł już wysiąść i musiał jechać. Postanowił wiec zająć miejsce na samym przedzie autobusu, tuż obok kobiety, z którą czasem również zamieniał kilka zdań.
Jeśli myślicie, że mężczyzna zaczął luźną pogawędkę lub po prostu siedział grzecznie na swoim miejscu, nie odzywając się... to się mylicie.
Z jakiegoś powodu pan uznał, że kobietę stanowczo trzeba poinstruować jak kierować pojazdem i gdzie skręcać, ponieważ sama nigdy nie ogarnie tej skomplikowanej maszyny.
- Ale źle pani skręca, musi pani większe koło zrobić. Zahaczy pani... a tu przystanek! Dlaczego pani nie staje! -
- Na tym przystanku się nie zatrzymujemy, tylko na żądanie -
- Kazimierz to zawsze stawał! -
- Daj rzesz prowadzić tej kobiecie, przecież wie co robi - odezwała się znajoma nawigatora, siedząca obok niego.
- Kazimierz to jednak lepiej prowadzi. Nie Pani wina. Młoda jeszcze i do tego kobieta -
- A co?! Że jak kobieta, to już nie potrafi prowadzić tak? - kobieta na siedzeniu obok nawet nie starała się ukryć oburzenia
- Potrafi tylko, że gorzej. O, tu na przykład Kazimierz by tak wyminął, że byśmy byli już z przodu i tutaj na linię najechaliśmy. Kazimierz by nie najechał -
Pani prowadząca autobus zdawała się nawet nie słyszeć marudzącego dziadka i robiła swoje, jednak znajoma mężczyzny nie miała zamiaru siedzieć cicho:
- Kazimierz i Kazimierz, ożeń się z nim jak jesteś tak w niego wpatrzony. Stary jest już, oczy nie te, ludzi drzwiami przycina, hamuje zbyt nagle i na zakrętach zarzuca, że ludzie latają po całym autobusie. Na przewóz kartofli, to by się nadawał ale na ludzi to już nie te lata. Prowadź kochanieńka -
Mężczyzna już chciał coś odpowiedzieć ale autobus zaczął hamować i starszy pan zmuszony był trzymać się poręczy i obserwować jak pojazd wymija kurę, która akurat postanowiła przejść się środkiem szosy i nic nie robiła sobie z autobusu.
- Widzisz? - rzuciła kobieta, szturchając sąsiada w ramię - Kazimierz by ci tutaj zrobił rosół, a tak kurka chodzi i żyje -
Mężczyzna do końca jazdy coś marudził pod nosem ale nie nawigował już głośno kierowcy i pozwolił reszcie pasażerów cieszyć się spokojem.
czwartek, 7 czerwca 2018
Gacek w natarciu
Wakacje coraz bliżej, a dzieciaki z sąsiedztwa nie wiedząc co zrobić z nadmiarem wolnego czasu wymyśliły sobie zabawę w dzwonienie domofonem i uciekanie z miejsca zbrodni.
Frajda tym większa, że po niedawnej wymianie słuchawek, dźwięk jaki się z nich wydobywa morduje skutecznie uszy wszystkich posiadaczy decybelami z pogranicza syreny alarmowej.
Jako, że mieszkam na parterze poczułam się w obowiązku przepędzenia dziesięciolatków. Kiedy wychodziłam one uciekały, lecz gdy wracałam do domu one również wracały tyle że pod domofon i zabawa toczyła się dalej.
Żebym nie wyszła na stetryczałą, moim sąsiadom również średnio podobała się ta forma rozrywki.
Dzieci, dopiero uspane przez swoich rodziców zaczynały płakać, psy wyć, a dorośli rzucać soczystymi "pojebało Was, małe gnojki?", co spotykało się z salwami śmiechu po drugiej stronie słuchawki.
Jako, że mieszkam na parterze poczułam się w obowiązku przepędzenia dziesięciolatków. Kiedy wychodziłam one uciekały, lecz gdy wracałam do domu one również wracały tyle że pod domofon i zabawa toczyła się dalej.
Żebym nie wyszła na stetryczałą, moim sąsiadom również średnio podobała się ta forma rozrywki.
Dzieci, dopiero uspane przez swoich rodziców zaczynały płakać, psy wyć, a dorośli rzucać soczystymi "pojebało Was, małe gnojki?", co spotykało się z salwami śmiechu po drugiej stronie słuchawki.
Zabawa nie miała zamiaru się skończyć, więc po raz kolejny otworzyłam drzwi, żeby postać sobie trochę na korytarzu w nadziei że dzieci znudzą się i uciekną.
Zatrzymałam się jednak na wycieraczce. Na przeciwko mnie, przy schodach kucał mój sąsiad, trzymając swojego wyżła za obrożę. Kiedy mnie zauważył przyłożył wskazujący palec do ust i zakradł się bliżej drzwi wyjściowych. Wycofałam się nieco ale dalej obserwowałam co robi mężczyzna. Kiedy dzieciaki po raz kolejny wcisnęły przyciski domofonu, sąsiad z szybkością Usaina Bolta dopadł do drzwi, otworzył je i krzyknął:
- A może ktoś chce pobawić się z Gacusiem? -
Pies wypadł przez otwarte drzwi, a reszta była chaosem. Dzieci, przeciskające się jeden przez drugiego na schodach, jakaś dziewczynka niemal jadąca po poręczy, chłopiec przeskakujący po 3 schody na raz, drugi prawie jadący na plecach swojego kolegi. Wszystkie przerażone i piszczące, rozbiegły się w różnych kierunkach, podczas gdy pies patatajał to za jednym to za drugim dzieckiem, liżąc je po twarzach i wesoło poszczekując. Jemu jednemu podobała się taka zabawa.
Towarzystwo rozbiegło się w ciągu niecałej minuty, pies został przywołany i zziajany wrócił z sąsiadem na górę.
Tego dnia domofon nie zadzwonił już ani razu... co raczej nie powinno nikogo dziwić.
Towarzystwo rozbiegło się w ciągu niecałej minuty, pies został przywołany i zziajany wrócił z sąsiadem na górę.
Tego dnia domofon nie zadzwonił już ani razu... co raczej nie powinno nikogo dziwić.
niedziela, 3 czerwca 2018
Jaki specjalista?
Pewnego dnia obudziłam się w środku nocy z potwornym bólem oczu i całkowitym brakiem możliwości ich otwarcia.
Na wpół ślepo wykręciłam numer do lekarza ale jako że była to noc, do tego weekend skierowano mnie na ostry dyżur do szpitala. Dopiero później okazało się, że to jakiś dziwny, zmutowany wirus, pierwotnie pochodzący od wielbłądów (nie pytajcie jak to złapałam, bo sama się do tej pory zastanawiam)... teraz jednak byłam zmuszona dowiedzieć się dlaczego zaczynam krwawić z oczu i czy już wzywać egzorcystę. Żebym nie zabrudziła poczekalni, wręczono mi nerkę i kazano udać się do rejestracji. Czekałam grzecznie w kolejce, trzymając swój numerek i kompletnie nie mając pojęcia, czy uda mi się go dojrzeć na ekranie monitora. Dotarłam jednak jakoś do okienka rejestracji, jedną ręką macając po ścianie, żeby na nic nie wpaść, drugą przytrzymując nerkę pod wciąż kapiącym krwią okiem. Wydłubałam z kieszeni kartę NFZ i podałam ją bardzo flegmatycznej pani w okienku, która wyglądała jakby robiła już co najmniej trzecią zmianę i to bez kawy. Po 10 minutach wstukiwania moich danych w komputer, pani spojrzała przeciągle na moje spuchnięte oblicze i rzekła:
- Do jakiego specjalisty zapisać? -
Myślałam, że żartuje ale kobieta dalej patrzyła na mnie wyczekująco.
Widząc, że o tej godzinie mało kto jest przytomny i rozumiejąc, że ta kobieta ma w obowiązku spytać odpowiedziałam, że do okulisty ale miałam szczerą ochotę powiedzieć, że potrzebny mi ginekolog, bo chyba krwawię nie tą stroną co powinnam.
Na wpół ślepo wykręciłam numer do lekarza ale jako że była to noc, do tego weekend skierowano mnie na ostry dyżur do szpitala. Dopiero później okazało się, że to jakiś dziwny, zmutowany wirus, pierwotnie pochodzący od wielbłądów (nie pytajcie jak to złapałam, bo sama się do tej pory zastanawiam)... teraz jednak byłam zmuszona dowiedzieć się dlaczego zaczynam krwawić z oczu i czy już wzywać egzorcystę. Żebym nie zabrudziła poczekalni, wręczono mi nerkę i kazano udać się do rejestracji. Czekałam grzecznie w kolejce, trzymając swój numerek i kompletnie nie mając pojęcia, czy uda mi się go dojrzeć na ekranie monitora. Dotarłam jednak jakoś do okienka rejestracji, jedną ręką macając po ścianie, żeby na nic nie wpaść, drugą przytrzymując nerkę pod wciąż kapiącym krwią okiem. Wydłubałam z kieszeni kartę NFZ i podałam ją bardzo flegmatycznej pani w okienku, która wyglądała jakby robiła już co najmniej trzecią zmianę i to bez kawy. Po 10 minutach wstukiwania moich danych w komputer, pani spojrzała przeciągle na moje spuchnięte oblicze i rzekła:
- Do jakiego specjalisty zapisać? -
Myślałam, że żartuje ale kobieta dalej patrzyła na mnie wyczekująco.
Widząc, że o tej godzinie mało kto jest przytomny i rozumiejąc, że ta kobieta ma w obowiązku spytać odpowiedziałam, że do okulisty ale miałam szczerą ochotę powiedzieć, że potrzebny mi ginekolog, bo chyba krwawię nie tą stroną co powinnam.
środa, 30 maja 2018
Co się tu wydarzyło...
Jeśli mieszka się w mieście, nawet tym niewielkim, często ciągnie człowieka na spacery z dala od samochodów, spalin, hałasu i cywilizacji. Czasem idzie się przed siebie, nie specjalnie nawet wiedząc dokąd niosą nogi.
Często psi nos wyciągał mnie już w miejsca o których nie miałam pojęcia że istnieją, chociaż znajdowały się tak blisko.
Tym razem nie odeszliśmy nawet tak daleko. Minęliśmy sady, ule i pola i skręciliśmy na dziką łąkę. Z daleka wciąż było widać bloki i wieżowce.
Morfina buszowała w trawie, a ja przyglądałam się dziko rosnącej roślinności, kiedy zachowanie psa zwróciło moją uwagę. Suka zaczęła intensywnie tropić zarówno z powietrza jak i z ziemi. Nie zdziwiło mnie to aż tak, nawet w mieście często spotyka się zwierzynę rodzaju zająca, czy lisa. Poszłam jednak za psem i znalazłam obiekt zainteresowania jej nosa:
Często psi nos wyciągał mnie już w miejsca o których nie miałam pojęcia że istnieją, chociaż znajdowały się tak blisko.
Tym razem nie odeszliśmy nawet tak daleko. Minęliśmy sady, ule i pola i skręciliśmy na dziką łąkę. Z daleka wciąż było widać bloki i wieżowce.
Morfina buszowała w trawie, a ja przyglądałam się dziko rosnącej roślinności, kiedy zachowanie psa zwróciło moją uwagę. Suka zaczęła intensywnie tropić zarówno z powietrza jak i z ziemi. Nie zdziwiło mnie to aż tak, nawet w mieście często spotyka się zwierzynę rodzaju zająca, czy lisa. Poszłam jednak za psem i znalazłam obiekt zainteresowania jej nosa:
Nic nadzwyczajnego. Większe wydają się należeć do sarny, mniejsze do dzika lub małej sarenki. Typowe ślady bytu dzikiej zwierzyny na obrębie miasta, zwłaszcza że jakiś kilometr dalej znajdował się las.
Jednak szybko oprócz śladów, znaleźliśmy też nogę, która je pozostawiła.
Dosłownie...
Oderwana raciczka dość sporej (sądząc po wielkości nogi) sarny raczej nie napełniała optymizmem, jednak wiedząc doskonale że w naszych lasach nie ma drapieżników większych od lisa, postanowiłam iść jeszcze kawałek dalej, gdzie odkryłam kolejny trop:
Ślady nie wyglądają na duże na zdjęciu ale były naprawdę spore. Przykładając do nich łapę Morfiny, były od niej stanowczo większe, mimo że odciski zostawiane przez mojego psa do małych nie należą.
Jako, że zaczynało się ściemniać, a dziwny zapach zdradzał, że za zakrętem możemy odnaleźć resztę sarny, zwinęłam psa, który przegrywa nawet w starciu z gołębiem i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Doskonale zdawałam sobie sprawę, że w naszych lasach nie ma wilków, jednak te ślady musiałby zostawić naprawdę spory pies, oscylujący w rozmiarach bernardyna, czy kaukaza.
Nie miałam najmniejszej ochoty zetknąć się w półmroku ze zdziczałym zwierzęciem, które było w stanie w pojedynkę (nie zauważyłam więcej śladów w tym obrębie) dorwać i poćwiartować dorosłą sarnę na części.
A ja się martwiłam o kleszcze w tych lasach...
poniedziałek, 28 maja 2018
Empatia poziom master
Moja siostra ma epilepsję. Choroba po tylu latach stała się już dla nas normą, jednak dziewczyna ma przez nią pewne ograniczenia, między innymi ruchowe. Krótkie dystanse pokonuje na nogach, jednak te długie ze względu na ryzyko wywołania napadu i przy okazji rozbicia sobie głowy przejeżdża na wózku inwalidzkim.
Miała dzisiaj ze swoją klasą wycieczkę do teatru jedno miasto dalej i dzielący dystans klasa z nauczycielami postanowiła pokonać komunikacją miejską. Nie był to pierwszy tego typu wypad i nigdy nie sprawiało to żadnych problemów. W klasie oprócz mojej siostry wózkiem porusza się jeszcze jedna dziewczyna. Idzie to jednak zawsze sprawnie i nikt nie musi na nikogo czekać, czy nikomu pomagać.
Grupa ustawiła się na przystanku, autobus zajechał, uczniowie wsiedli do środka i zaczęli kasować bilety, tymczasem kierowca został poproszony o opuszczenie platformy, żeby można było wjechać wózkami.
Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy opuścił (razem ze swoim kolegą) kabinę kierowcy, wyszedł na zewnątrz i zaczął dyskusję na temat przewozu takich osób. Pan twierdził bowiem, że prawo pozwala mu przewozić tylko jeden wózek na raz i obojętne jest dla niego czy jest to spacerówka dziecięca czy wózek inwalidzki, a jako że w środku jest już jedna pani z dzieckiem, to nie podejmie się przewozu, chyba że wyprosi tą panią to wtedy jedna osoba może wjechać. Całość była wypowiedziana bardzo ordynarnie i mało przyjemnie.
Autobus był w połowie pusty, a kobieta z dzieckiem odsunęła się nawet na koniec pojazdu, żeby było jeszcze więcej miejsca niż w ogóle było potrzebne.
Dorośli próbowali rozmawiać z kierowcą, jednak ten zaproponował tylko wezwanie policji, żeby rozwiązać sprawę. Szczerze? Gdyby nie to, że ci niewinni ludzie cały ten czas czekali w środku i tak już opóźnionego autobusu, pewnie by tak zrobiono. Jednak mając na uwadze, że te osoby zapewne spieszyły się do pracy lub szkoły (godziny poranne), grupa oszczędziła im dalszego czekania i drzwi zostały przez kierowce zamknięte. Na przystanku zostali tylko wózkowicze, którzy jeszcze przez długi czas nie potrafili uwierzyć w to co się tu właśnie stało, nie mówiąc o tym że było im zwyczajnie przykro.
Zostały wykonane telefony do KZKGOP i bardzo miła pani odpowiedziała, że nie ma ani w przepisach ich firmy, ani państwowych nic o ilości przewożonych wózków, o ile oczywiście autobus nie jest przepełniony i nie ma możliwości wciśnięcia się do środka. Kilkukrotnie zostaliśmy przez nią przeproszeni i skierowani na dział skarg.
Tak naprawdę nie chodzi nam o jakąś karę czy problemy dla tego kierowcy ale bardziej o rozmowę, żeby takie sytuacje nie powtórzyły się w przyszłości.
Empatia jeszcze nikogo nie zabiła, za to jej brak zazwyczaj powoduje problemy.
Miała dzisiaj ze swoją klasą wycieczkę do teatru jedno miasto dalej i dzielący dystans klasa z nauczycielami postanowiła pokonać komunikacją miejską. Nie był to pierwszy tego typu wypad i nigdy nie sprawiało to żadnych problemów. W klasie oprócz mojej siostry wózkiem porusza się jeszcze jedna dziewczyna. Idzie to jednak zawsze sprawnie i nikt nie musi na nikogo czekać, czy nikomu pomagać.
Grupa ustawiła się na przystanku, autobus zajechał, uczniowie wsiedli do środka i zaczęli kasować bilety, tymczasem kierowca został poproszony o opuszczenie platformy, żeby można było wjechać wózkami.
Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy opuścił (razem ze swoim kolegą) kabinę kierowcy, wyszedł na zewnątrz i zaczął dyskusję na temat przewozu takich osób. Pan twierdził bowiem, że prawo pozwala mu przewozić tylko jeden wózek na raz i obojętne jest dla niego czy jest to spacerówka dziecięca czy wózek inwalidzki, a jako że w środku jest już jedna pani z dzieckiem, to nie podejmie się przewozu, chyba że wyprosi tą panią to wtedy jedna osoba może wjechać. Całość była wypowiedziana bardzo ordynarnie i mało przyjemnie.
Autobus był w połowie pusty, a kobieta z dzieckiem odsunęła się nawet na koniec pojazdu, żeby było jeszcze więcej miejsca niż w ogóle było potrzebne.
Dorośli próbowali rozmawiać z kierowcą, jednak ten zaproponował tylko wezwanie policji, żeby rozwiązać sprawę. Szczerze? Gdyby nie to, że ci niewinni ludzie cały ten czas czekali w środku i tak już opóźnionego autobusu, pewnie by tak zrobiono. Jednak mając na uwadze, że te osoby zapewne spieszyły się do pracy lub szkoły (godziny poranne), grupa oszczędziła im dalszego czekania i drzwi zostały przez kierowce zamknięte. Na przystanku zostali tylko wózkowicze, którzy jeszcze przez długi czas nie potrafili uwierzyć w to co się tu właśnie stało, nie mówiąc o tym że było im zwyczajnie przykro.
Zostały wykonane telefony do KZKGOP i bardzo miła pani odpowiedziała, że nie ma ani w przepisach ich firmy, ani państwowych nic o ilości przewożonych wózków, o ile oczywiście autobus nie jest przepełniony i nie ma możliwości wciśnięcia się do środka. Kilkukrotnie zostaliśmy przez nią przeproszeni i skierowani na dział skarg.
Tak naprawdę nie chodzi nam o jakąś karę czy problemy dla tego kierowcy ale bardziej o rozmowę, żeby takie sytuacje nie powtórzyły się w przyszłości.
Empatia jeszcze nikogo nie zabiła, za to jej brak zazwyczaj powoduje problemy.
piątek, 25 maja 2018
To tylko pies
Opowiem Wam dzisiaj historię pewnego psa.
W pewnej małej miejscowości gdzieś w Polsce pewien człowiek przeprowadził prostą kalkulację: rasowy pies + rasowa suka = pieniążki ze szczeniaczków. Dużo pieniążków ze szczeniaczków.
Człowiek ten założył hodowlę, jednak nie chcąc tracić na interesie produkował masowo mioty sześciu różnych ras. Były tam Bernardyny, Labradory, Owczarki i wiele innych. W kojcach 3 metry na 3 metry upchniętych było po 6 suk. Niedożywionych, z obrażeniami od walk między sobą o kawałek przestrzeni i jedzenie. Wszystkie - szczenne czy też jeszcze nie, leżały w błocie, które robiło za substytut świeżej wody. Kiedy jedna suka kończyła rodzić, następna zaczynała i biznes się kręcił. Szczenięta ogłaszane w internecie jako "pieski rasowe, rodowodowe z hodowli domowej" przechowywane były w garażu, stanowczo zbyt wcześnie odstawione od matek i trzymane z daleka od nich.
Hodowca w nosie miał "zbędne" papierki i Związki Kynologiczne. Nabywca pieska otrzymywał więc piękny, sfabrykowany rodowód, na zielonym kartoniku, wypisany przez specjalistę od gołębi. Gołąb? Pies? Jeden diabeł, ważne żeby zgadzały się banknoty.
W tym przybytku nazywanym dalej hodowlą narodziło się 11 szczeniąt pewnej rasy, wystawionych za korzystną cenę 600 zł. Matka nie dawała rady wykarmić wszystkich ale jako że żyłę złota trzeba podtrzymać przy życiu do przyjazdu kupców, szczeniaki które nie dopchały się do cycka karmione były butelką. Następnie szybko przestawione zostały na karmę z marketu (bo po co przepłacać) oraz wodę ze studni, podawaną raz dziennie. Nie wszystkie potrafiły wywalczyć sobie jedzenie, którego nie wystarczało dla całej jedenastki, więc najsłabsze z nich chodziły głodne i spragnione.
Małe, słodkie szczeniaczki rozchodziły się jak świeże bułeczki. Jednak nowi właściciele zabierali ze sobą te duże i silne, nie małe i wątłe. Po pewnym czasie wszystkie maluchy zostały sprzedane, mając niecałe dwa miesiące życia.
Wszystkie oprócz jednego.
Została najmniejsza, najsłabsza suczka z całego miotu. Od swojego hodowcy dostała tylko najtańszą karmę, brudną wodę i imię - Aza.
Chętnych na ostatnie maleństwo było kilku. Pierwsi widząc warunki w jakich trzymane były psy wyjechali tak szybko jak przyjechali, drudzy w drodze po odbiór suczki zderzyli się z tirem na autostradzie i wylądowali w szpitalu, ostatnia para zadzwoniła tylko raz ale nie przyjechała na umówione spotkanie.
Hodowca uznał pieska za pechowego i postanowił zrobić z Azy sukę rozpłodową. Czekało ją rodzenie co roku aż do momentu całkowitego wyeksploatowania i padnięcia z wycieńczenia.
Hodowla szybko jednak zyskała renomę pseudo hodowli. Biznes został zamknięty, a psy wyprzedane.
Aza trafiła do młodej, niepełnoletniej właścicielki, która nie za bardzo miała doświadczenie w opiece nad psem. Do tego dziewczyna nie wiedziała jakie są konsekwencje wzięcia na barki psa z pseudo hodowli. Zakochała się jednak w tej małej, puchatej kulce i postanowiła dokształcić się w trybie przyspieszonym. Wypożyczyła wszystkie możliwe książki o wychowaniu i opiece nad psem. Zakupiła wyprawkę i specjalistyczną karmę mając już wtedy świadomość, że szczeniak nie może jeść dłużej paszy z biedronki. Suczka rosła szybko i była bardzo pojętna. Zachowania czystości w domu nauczyła się już w pierwszym tygodniu swojego pobytu, razem z kilkoma komendami. Jako że jej miot mało przebywał z matką piesek nie tęsknił i łatwo zniósł aklimatyzacje w nowym otoczeniu.
Sielanka?
Nie do końca. Jak można się było domyśleć suczka zaczęła przejawiać problemy zdrowotne. Po wizycie u weterynarza okazało się że zwierzę jest zarobaczone, ma pchły i wszoły. Książeczka zdrowia mówiła że szczeniak był odrobaczany ale wyniki badań wskazywały na coś innego. Problem został szybko rozwiązany tabletkami i kroplami. Wszystko wróciło do normy... na niecałe 3 dni, kiedy to silne wymioty żółcią i krwią zmusiły nową właścicielkę do kolejnej wizyty u weterynarza. Diagnoza - zapalenie wątroby i niewydolność trzustki. Przyczyna nieznana, lecz badania krwi wykluczały zatrucie. Koszty leczenia były spore i właścicielka wiedząc że będąc osobą niepełnoletnią i wciąż się ucząc nie dostanie jeszcze pracy wychodziła z psami sąsiadów, żeby zarobić na żywienie i leczenie pieska. 5 zł na godzinę nie wystarczało jednak na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że dotychczasowe problemy okazały się wierzchołkiem góry lodowej. Rodzina starała się pomóc finansowo lecz wszyscy byli teraz w dołku i nie było to proste.
Suczkę udało się wyleczyć. Wszystko zaczynało się układać i przez 2 miesiące było spokojnie. Na zmianę zaczęły występować alergie pokarmowe i skórne, zapalenia uszu, oczu, wybroczyny skórne, zapalenie jelit. Wtedy to po raz pierwszy właścicielce została zasugerowana eutanazja pieska. Odmówiła i nalegała na leczenie, chociaż budżet ledwo dźwigał taką sytuację. Szczeniak przestał chorować dopiero kiedy skończył 7 miesięcy. Przestał na chwilę, ponieważ pewnego dnia odmówił spaceru oraz jedzenia, zaczął kuleć i podwijać nogę pod siebie. Kolejna wizyta u weterynarza, kolejny rachunek. Tym razem winny okazał się nacisk kręgów szyjnych na nerwy. Początkowa diagnoza nie potwierdziła się jednak w badaniach lecz to nie przeszkadzało weterynarzowi w kontynuowaniu leczenia. Kiedy stan się nie poprawiał, lekarz bojąc się stracić klienta zawyrokował problemy z nerkami i również rozpoczął leczenie w tym kierunku. Na tym etapie właścicielka suczki konsultowała się już z innymi weterynarzami, powoli zaczynając wątpić w kompetencje dotychczasowego lekarza, którego kolejnym pomysłem były problemy z jajnikami, które zasugerował ponieważ suka do tej pory nie miała cieczki. Cieczka jak na zawołanie pojawiła się 2 dni później i właścicielka psa pożegnała się z weterynarzem raz na zawsze. Odwiedziła kolejnych pięciu innych specjalistów, ponieważ piesek wciąż kulał i nie zapowiadało się żeby miał przestać. Szóstemu lekarzowi udało się w końcu zdiagnozować zwichnięcie rzepki i odesłał psa do kliniki ortopedycznej dla zwierząt. Do tej pory na diagnozę i niewłaściwe leczenie przeznaczone zostały setki złotych. Miało się dopiero okazać że zostaną jeszcze przeznaczone tysiące.
Specjalista ponowił zdjęcie RTG i przyznał że problem jest znacznie głębszy niż zwichnięcie rzepki. Suka miała zaawansowaną dysplazję stawów biodrowych tylnych łap i łokciowych przednich oraz liczne zwyrodnienia.
Weterynarz ortopeda powiedział że pies przestanie chodzić całkowicie w ciągu najbliższych miesięcy. Po raz drugi zasugerowane zostało uśpienie zwierzęcia i po raz drugi spotkało się to z odmową. Przeprowadzona została pectinectomia, operacja korygująca rzepkę oraz przepisane zostały leki mające spowolnić postęp choroby. Operacja była kontrowersyjna i lekarz sam nie wierzył żeby przyniosła długotrwałe korzyści. Przez 8 tygodni właścicielka nosiła sukę po schodach 12 razy dziennie i zapewniała jej rehabilitację. Rodzina zebrała się i pożyczyła pieniądze, żeby tylko pies był w stanie funkcjonować. Przyjaciele pomagali w przewozie suki do różnych specjalistów w różnych miejscach Polski, ponieważ rodzina nie posiadała sprawnego samochodu. Właścicielka psa wszystko co miała (a miała niewiele) inwestowała w swoja małą, puchatą przyjaciółkę i wiedziała że choćby miała nosić swojego wielkiego psa codziennie na rękach żeby mógł wyjść na trawę, czy czuwać przy nim całą noc kiedy nie może spać lub podawać leki, zrywając się ze szkoły i ryzykując pogorszeniem stosunków z nauczycielami... to i tak będzie to robić.
To była jej rodzina, teraz już nie było odwrotu ani drugiej opcji.
Operacja poskutkowała i chociaż chód psa był zaburzony to mógł on chodzić i biegać względnie normalnie. Stosując pewne ograniczenia sukę czekało w końcu normalne życie. Tak się przynajmniej wydawało.
Trzy lata później odezwało się serce. Zdiagnozowano zapaść powysiłkową i zasugerowano ograniczenie uprawiania sportów do chodzenia i truchtu oraz krótkich, niemęczących sesji biegania.
Żeby rozruszać stawy i zapewnić sercu odpowiednią opiekę pies przemierzał u boku swojej pani kilkanaście kilometrów dziennie.
Kolejne problemy pojawiały się i znikały jednak właścicielka nie planowała poddać się na żadnym zakręcie, obojętnie jak ostry i niebezpieczny by się okazał.
Ludzie obserwowali to wszystko z nieukrywaną litością. Pytali dziewczynę po co to robi, bo przecież "można kupić innego psa", "on się tylko męczy", "to są olbrzymie koszta".
Odpowiedź była zawsze ta sama: To jest członek rodziny, nie przedmiot który można zostawić lub wymienić kiedy zacznie się psuć. To nie jest "tylko pies" to aż pies.
Często następowało wywracanie oczami i próby przetłumaczenia własnej ideologii, która opierała się na tym że to tylko zwierze i jeśli sprawia tyle problemów to nie ma sensu go trzymać.
Strzępili tylko język.
Suka na razie ma się nieźle, póki co nowe choroby trzymają się z daleka, a z dotychczasowymi właścicielka radzi sobie z pomocą leków. Psa wciąż czekają długie spacery i zakaz ganiania za innymi psami dłużej niż 5 minut.
Czasem trzeba sukę ponieść, bo bolą ją łapy, czasem trzeba zarwać noc żeby zbierać z podłogi efekty zatrucia i złego samopoczucia, czasem trzeba spędzić na zewnątrz większość doby, ponieważ tylko to odwraca uwagę od choroby i pomaga się chwile przespać. Jednak tych dobrych chwil jest znacznie więcej, dlaczego każdy zauważa tylko złą stronę?
Suka miała ciężki start ale wcale nie okazała się pechowa jak na początku zakładano. Wniosła więcej szczęścia niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Żeby to się jednak stało trzeba było odciąć się od złej przeszłości, którą zapewnił suczce pseudo hodowca.
Właścicielka zaczęła więc od początku i kiedy przyniosła małą, puchatą kuleczkę do domu zmieniła jej imię.
Z Aza na Morfina.
W pewnej małej miejscowości gdzieś w Polsce pewien człowiek przeprowadził prostą kalkulację: rasowy pies + rasowa suka = pieniążki ze szczeniaczków. Dużo pieniążków ze szczeniaczków.
Człowiek ten założył hodowlę, jednak nie chcąc tracić na interesie produkował masowo mioty sześciu różnych ras. Były tam Bernardyny, Labradory, Owczarki i wiele innych. W kojcach 3 metry na 3 metry upchniętych było po 6 suk. Niedożywionych, z obrażeniami od walk między sobą o kawałek przestrzeni i jedzenie. Wszystkie - szczenne czy też jeszcze nie, leżały w błocie, które robiło za substytut świeżej wody. Kiedy jedna suka kończyła rodzić, następna zaczynała i biznes się kręcił. Szczenięta ogłaszane w internecie jako "pieski rasowe, rodowodowe z hodowli domowej" przechowywane były w garażu, stanowczo zbyt wcześnie odstawione od matek i trzymane z daleka od nich.
Hodowca w nosie miał "zbędne" papierki i Związki Kynologiczne. Nabywca pieska otrzymywał więc piękny, sfabrykowany rodowód, na zielonym kartoniku, wypisany przez specjalistę od gołębi. Gołąb? Pies? Jeden diabeł, ważne żeby zgadzały się banknoty.
W tym przybytku nazywanym dalej hodowlą narodziło się 11 szczeniąt pewnej rasy, wystawionych za korzystną cenę 600 zł. Matka nie dawała rady wykarmić wszystkich ale jako że żyłę złota trzeba podtrzymać przy życiu do przyjazdu kupców, szczeniaki które nie dopchały się do cycka karmione były butelką. Następnie szybko przestawione zostały na karmę z marketu (bo po co przepłacać) oraz wodę ze studni, podawaną raz dziennie. Nie wszystkie potrafiły wywalczyć sobie jedzenie, którego nie wystarczało dla całej jedenastki, więc najsłabsze z nich chodziły głodne i spragnione.
Małe, słodkie szczeniaczki rozchodziły się jak świeże bułeczki. Jednak nowi właściciele zabierali ze sobą te duże i silne, nie małe i wątłe. Po pewnym czasie wszystkie maluchy zostały sprzedane, mając niecałe dwa miesiące życia.
Wszystkie oprócz jednego.
Została najmniejsza, najsłabsza suczka z całego miotu. Od swojego hodowcy dostała tylko najtańszą karmę, brudną wodę i imię - Aza.
Chętnych na ostatnie maleństwo było kilku. Pierwsi widząc warunki w jakich trzymane były psy wyjechali tak szybko jak przyjechali, drudzy w drodze po odbiór suczki zderzyli się z tirem na autostradzie i wylądowali w szpitalu, ostatnia para zadzwoniła tylko raz ale nie przyjechała na umówione spotkanie.
Hodowca uznał pieska za pechowego i postanowił zrobić z Azy sukę rozpłodową. Czekało ją rodzenie co roku aż do momentu całkowitego wyeksploatowania i padnięcia z wycieńczenia.
Hodowla szybko jednak zyskała renomę pseudo hodowli. Biznes został zamknięty, a psy wyprzedane.
Aza trafiła do młodej, niepełnoletniej właścicielki, która nie za bardzo miała doświadczenie w opiece nad psem. Do tego dziewczyna nie wiedziała jakie są konsekwencje wzięcia na barki psa z pseudo hodowli. Zakochała się jednak w tej małej, puchatej kulce i postanowiła dokształcić się w trybie przyspieszonym. Wypożyczyła wszystkie możliwe książki o wychowaniu i opiece nad psem. Zakupiła wyprawkę i specjalistyczną karmę mając już wtedy świadomość, że szczeniak nie może jeść dłużej paszy z biedronki. Suczka rosła szybko i była bardzo pojętna. Zachowania czystości w domu nauczyła się już w pierwszym tygodniu swojego pobytu, razem z kilkoma komendami. Jako że jej miot mało przebywał z matką piesek nie tęsknił i łatwo zniósł aklimatyzacje w nowym otoczeniu.
Sielanka?
Nie do końca. Jak można się było domyśleć suczka zaczęła przejawiać problemy zdrowotne. Po wizycie u weterynarza okazało się że zwierzę jest zarobaczone, ma pchły i wszoły. Książeczka zdrowia mówiła że szczeniak był odrobaczany ale wyniki badań wskazywały na coś innego. Problem został szybko rozwiązany tabletkami i kroplami. Wszystko wróciło do normy... na niecałe 3 dni, kiedy to silne wymioty żółcią i krwią zmusiły nową właścicielkę do kolejnej wizyty u weterynarza. Diagnoza - zapalenie wątroby i niewydolność trzustki. Przyczyna nieznana, lecz badania krwi wykluczały zatrucie. Koszty leczenia były spore i właścicielka wiedząc że będąc osobą niepełnoletnią i wciąż się ucząc nie dostanie jeszcze pracy wychodziła z psami sąsiadów, żeby zarobić na żywienie i leczenie pieska. 5 zł na godzinę nie wystarczało jednak na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że dotychczasowe problemy okazały się wierzchołkiem góry lodowej. Rodzina starała się pomóc finansowo lecz wszyscy byli teraz w dołku i nie było to proste.
Suczkę udało się wyleczyć. Wszystko zaczynało się układać i przez 2 miesiące było spokojnie. Na zmianę zaczęły występować alergie pokarmowe i skórne, zapalenia uszu, oczu, wybroczyny skórne, zapalenie jelit. Wtedy to po raz pierwszy właścicielce została zasugerowana eutanazja pieska. Odmówiła i nalegała na leczenie, chociaż budżet ledwo dźwigał taką sytuację. Szczeniak przestał chorować dopiero kiedy skończył 7 miesięcy. Przestał na chwilę, ponieważ pewnego dnia odmówił spaceru oraz jedzenia, zaczął kuleć i podwijać nogę pod siebie. Kolejna wizyta u weterynarza, kolejny rachunek. Tym razem winny okazał się nacisk kręgów szyjnych na nerwy. Początkowa diagnoza nie potwierdziła się jednak w badaniach lecz to nie przeszkadzało weterynarzowi w kontynuowaniu leczenia. Kiedy stan się nie poprawiał, lekarz bojąc się stracić klienta zawyrokował problemy z nerkami i również rozpoczął leczenie w tym kierunku. Na tym etapie właścicielka suczki konsultowała się już z innymi weterynarzami, powoli zaczynając wątpić w kompetencje dotychczasowego lekarza, którego kolejnym pomysłem były problemy z jajnikami, które zasugerował ponieważ suka do tej pory nie miała cieczki. Cieczka jak na zawołanie pojawiła się 2 dni później i właścicielka psa pożegnała się z weterynarzem raz na zawsze. Odwiedziła kolejnych pięciu innych specjalistów, ponieważ piesek wciąż kulał i nie zapowiadało się żeby miał przestać. Szóstemu lekarzowi udało się w końcu zdiagnozować zwichnięcie rzepki i odesłał psa do kliniki ortopedycznej dla zwierząt. Do tej pory na diagnozę i niewłaściwe leczenie przeznaczone zostały setki złotych. Miało się dopiero okazać że zostaną jeszcze przeznaczone tysiące.
Specjalista ponowił zdjęcie RTG i przyznał że problem jest znacznie głębszy niż zwichnięcie rzepki. Suka miała zaawansowaną dysplazję stawów biodrowych tylnych łap i łokciowych przednich oraz liczne zwyrodnienia.
Weterynarz ortopeda powiedział że pies przestanie chodzić całkowicie w ciągu najbliższych miesięcy. Po raz drugi zasugerowane zostało uśpienie zwierzęcia i po raz drugi spotkało się to z odmową. Przeprowadzona została pectinectomia, operacja korygująca rzepkę oraz przepisane zostały leki mające spowolnić postęp choroby. Operacja była kontrowersyjna i lekarz sam nie wierzył żeby przyniosła długotrwałe korzyści. Przez 8 tygodni właścicielka nosiła sukę po schodach 12 razy dziennie i zapewniała jej rehabilitację. Rodzina zebrała się i pożyczyła pieniądze, żeby tylko pies był w stanie funkcjonować. Przyjaciele pomagali w przewozie suki do różnych specjalistów w różnych miejscach Polski, ponieważ rodzina nie posiadała sprawnego samochodu. Właścicielka psa wszystko co miała (a miała niewiele) inwestowała w swoja małą, puchatą przyjaciółkę i wiedziała że choćby miała nosić swojego wielkiego psa codziennie na rękach żeby mógł wyjść na trawę, czy czuwać przy nim całą noc kiedy nie może spać lub podawać leki, zrywając się ze szkoły i ryzykując pogorszeniem stosunków z nauczycielami... to i tak będzie to robić.
To była jej rodzina, teraz już nie było odwrotu ani drugiej opcji.
Operacja poskutkowała i chociaż chód psa był zaburzony to mógł on chodzić i biegać względnie normalnie. Stosując pewne ograniczenia sukę czekało w końcu normalne życie. Tak się przynajmniej wydawało.
Trzy lata później odezwało się serce. Zdiagnozowano zapaść powysiłkową i zasugerowano ograniczenie uprawiania sportów do chodzenia i truchtu oraz krótkich, niemęczących sesji biegania.
Żeby rozruszać stawy i zapewnić sercu odpowiednią opiekę pies przemierzał u boku swojej pani kilkanaście kilometrów dziennie.
Kolejne problemy pojawiały się i znikały jednak właścicielka nie planowała poddać się na żadnym zakręcie, obojętnie jak ostry i niebezpieczny by się okazał.
Ludzie obserwowali to wszystko z nieukrywaną litością. Pytali dziewczynę po co to robi, bo przecież "można kupić innego psa", "on się tylko męczy", "to są olbrzymie koszta".
Odpowiedź była zawsze ta sama: To jest członek rodziny, nie przedmiot który można zostawić lub wymienić kiedy zacznie się psuć. To nie jest "tylko pies" to aż pies.
Często następowało wywracanie oczami i próby przetłumaczenia własnej ideologii, która opierała się na tym że to tylko zwierze i jeśli sprawia tyle problemów to nie ma sensu go trzymać.
Strzępili tylko język.
Suka na razie ma się nieźle, póki co nowe choroby trzymają się z daleka, a z dotychczasowymi właścicielka radzi sobie z pomocą leków. Psa wciąż czekają długie spacery i zakaz ganiania za innymi psami dłużej niż 5 minut.
Czasem trzeba sukę ponieść, bo bolą ją łapy, czasem trzeba zarwać noc żeby zbierać z podłogi efekty zatrucia i złego samopoczucia, czasem trzeba spędzić na zewnątrz większość doby, ponieważ tylko to odwraca uwagę od choroby i pomaga się chwile przespać. Jednak tych dobrych chwil jest znacznie więcej, dlaczego każdy zauważa tylko złą stronę?
Suka miała ciężki start ale wcale nie okazała się pechowa jak na początku zakładano. Wniosła więcej szczęścia niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Żeby to się jednak stało trzeba było odciąć się od złej przeszłości, którą zapewnił suczce pseudo hodowca.
Właścicielka zaczęła więc od początku i kiedy przyniosła małą, puchatą kuleczkę do domu zmieniła jej imię.
Z Aza na Morfina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








