Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 14 czerwca 2019

Cała prawda o tatuażach

Na pewno macie czasem tak, że przeglądacie sobie internet leżąc na łóżku i właściwie przysypiając scrollujecie kolejne zdjęcie słodkich piesków, kotków, czy małych dzieci. Widzicie zdjęcia znajomych z wakacji, jakieś filmiki o gotowaniu, czy makijażu, porady jak sobie radzić z upałem, bąbelka koleżanki, aż tu nagle natrafiacie na artykuł, który algorytmy Facebooka uznały za interesujący dla Was.
Klikacie z ciekawości, bo tematyka raczej Was średnio obchodzi, ale chcecie sprawdzić co ludzie o tym myślą.

Wchodzicie w sekcję komentarzy w której trwa wojna miedzy dwoma stronami o sprawy tak mało dla Was istotne, że nie potraficie wyobrazić sobie mniejszego problemu który mógłby doprowadzić do podziału setek dorosłych ludzi.
Nie macie ochoty brać w tym udziału, więc wycofujecie się po cichu, unikając kontaktu wzrokowego i licząc, że drapieżniki jeszcze Was nie wyczuły.

Mnie też to ostatnio spotkało. Z tym, że ja zostałam i z popcornem (nie szczurem) w dłoni oglądałam jak płonie Rzym.

Patrzyłam sobie jak jakiś Golden pochłaniał ogórka i kiedy przesunęłam stronę, Facebook zaproponował mi artykuł czasopisma religijnego.
Trochę kulą w płot, ale skoro już algorytmy się uparły, postanowiłam zajrzeć.
Artykuł opowiadał o sensie tatuaży z perspektywy katolika i człowieka niewierzącego. Szczerze mówiąc był średni. Niby przedstawiał obie strony, ale sam autor przychylał się bardziej ku religijnej wartości i jego brak bezstronności mógł kłuć niektórych czytelników w oczy.

Dowiedziałam się na przykład, że:
"Historycznie rzecz ujmując, ozdabianie ciała w podobny sposób było znane poganom, stąd też w Księdze Kapłańskiej spotykamy taki zwrot: „Nie będziesz się tatuować. Ja jestem Pan!” (Kpł 19, 28b). Jest także wspomniany już zwrot z Nowego Testamentu, w którym Paweł Apostoł przypomina, że ludzkie ciało ma być „świątynią Ducha Świętego” (1 Kor 6, 19)."
 I pod spodem pytanie:
"Dzisiaj tatuaż nie jest formą ślubowania złożonego bogom. Czym więc jest?"
Nie wiem. Ozdobą? Formą wyrażenia siebie? Przypominajką o jakimś ważnym wydarzeniu w naszym życiu, ukochanej osobie, albo życiowych wartościach?
Tatuaż może mieć wiele znaczeń, albo nie mieć ich wcale i być po prostu dodatkiem.
Autor artykułu wziął to w swoich refleksjach pod uwagę, ale zbył to przykładem Angeliny Jolie i Brada Pitta, którzy usunęli sobie kilka tatuaży, ponieważ przypominały im one o chwilach których nie chcieli pamiętać.
W całym artykule nie było jednak słowa o tym, że tatuaże są bezwzględnie złe, ani o tym, że ludzie je noszący powinni płonąć na stosach.
Zawsze pod takimi artykułami zaglądam jednak w sekcję komentarzy.

Nie rozczarowałam się.

Zarówno na samej stronie, jak i na odnośniku na Facebooku toczyła się batalia (głównie osób wierzących) z nielicznymi osobami które znalazły się tam przypadkiem i chciały jedynie wyrazić swoje poparcie dla takiej formy sztuki.

Komentarze ociekały tam jadem i dowiedziałam się z nich, że tatuaże to oddech szatana na skórze, znak bestii i objaw psychicznej choroby. 
Nie żartuję, przytoczę ciekawsze perełki (można w nie kliknąć, żeby je troszkę powiększyć i ułatwić sobie czytanie).

Nie wiem czy wiecie, ale tatuaże są objawem poważnych problemów psychicznych. Komentarze nie kłamią:








Według niektórych są też krzykiem o atencję, kiedy nie ma się żadnych umiejętności ani niczego do pokazania:




I robią je ludzie którym portfel nie mieści się do kieszeni:



Hasło "nie osądzaj nikogo po wyglądzie" tutaj nie działa:



Tu na przykład dowiadujemy się, że tatuaże są bramą dla demonów:




Ponieważ Adam Szustak (polski prezbiter rzymskokatolicki, dominikanin) wcale nie ma tatuaży. Absolutnie. To by z niego czyniło dziecko Lucyfera przecież.

Tatuaże są bardzo niebezpieczne:


To oczywiście moja własna opinia, ale jeśli trochę tuszu na skórze zakłóca czyjąś całą wiarę i światopogląd, to czy ta ideologia nie stoi przypadkiem na słabych fundamentach?
Może warto umocnić tę świątynię Ducha w sobie, zamiast przejmować się tym co robi z nią ktoś inny?
Just sayin.

Im głębiej w las tym więcej grzybów (głównie trujących).



Nie no, pewnie. W sumie dlaczego nie?

Idąc z kolei tą logiką...


Wszyscy wierzący powinni chodzić zarośnięci jak sam Mojżesz i unikać fryzjera jak ognia. To samo z paznokciami, makijażem, czy kolczykami.

Tutaj tak bardziej troskliwie:


A to mój osobisty faworyt, jak stoicie to usiądźcie:


To był ten moment kiedy nie utrzymałam herbaty w ustach i zrosiłam nią monitor. Tatuaże są grzybem duszy. Zapamiętajcie sobie.
Ta osoba wraca również żeby nam powiedzieć, że:


Serdecznie dziękujemy.

W tym całym biczowaniu znalazł się jednak jeden człowiek, z którego opinią się w pełni utożsamiam:



Jak i kilka głosów innych głosów:



Szczerze mówiąc świetnie się bawiłam czytając te komentarze. W jakiś sposób bawi mnie ból jaki czują niektórzy ludzie rozmawiając o tematach, które ich bezpośrednio nie dotyczą.
Bawiłam się tak dobrze i było mi tak wesoło, że aż Morświn przyszedł sprawdzić czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku.
Postanowiłam zakryć nazwiska i pseudonimy osób komentujących.
Zrobiłam to na wszelki wypadek, żeby zablokować ewentualną falę hejtu w stosunku do tych ludzi. Mówcie co chcecie, mnie poprawili oni dzień.
Poza tym nie uważam żeby nienawiść miała zwalczyć nienawiść.
To się jeszcze nigdy nie udało.
Zastanawia mnie jednak jedno...
Jeśli tutaj powiało takim miłosierdziem, to wyobraźcie sobie co się musi dziać pod tematami poświęconymi homoseksualizmowi, albo polityce? 
Podejrzewam, że sam Mojżesz by tego morza miłości, dobroci i zrozumienia nie rozstąpił.

Ten post nie jest atakiem na religię i ludzi wierzących. Skomentowałabym te wypowiedzi w ten sam sposób gdyby pochodziły na przykład z grupy miłośników koła garncarskiego.
Jednak zwłaszcza ludzie religijni powinni chyba patrzeć sercem. Mylę się?
Wydaje mi się, że tego właśnie naucza kościół.

Uważam, że każdy ma prawo do własnych decyzji, wierzenia w co chce, kochania kogo chce, chodzenia w czym chce i robienia ze swoim ciałem co chce, dopóki nie krzywdzi tym innych.

Skoro ludzie mają prawo do wolności wypowiedzi, dlaczego piszę o tym post? Przecież oni tylko wyrażają opinię.

Cóż, jak mawiała moja babcia: 
"Z wyrażaniem opinii jest jak z dupą. Każdy ma własną i nie powinien się nią chwalić dopóki ktoś go o to nie poprosi"
Jest również różnica w powiedzeniu...
 "Nie lubię tatuaży, nie podobają mi się one. Ciężko mi się do nich przekonać"
a powiedzeniu...
 "Tatuaże są obrzydliwe, Ty jesteś obrzydliwy, nie zbliżaj się do mnie, uważam, że jesteś gorszym człowiekiem niż ja, ponieważ masz tusz na skórze. Bóg Cię nie kocha, jesteś marionetką Szatana"
Jestem pewna, że każdy widzi różnicę.

Nie definiuję człowieka ze względu na jego wygląd, a ze względu na charakter, osobowość i to jak traktuje mnie i swoje otoczenie.
Rozumiem, że pierwsze wrażenie jest ważne i czasem czyjś wygląd nie odpowiada naszym standardom, ale często przy bliższym poznaniu okazuje się, że nasze oczy się myliły i powinniśmy spojrzeć trochę głębiej. 
To jakbym pewnego dnia stwierdziła, że nie lubię łysych ludzi (bo powody) i traktowała ich zupełnie inaczej przez to, że zgolili sobie głowę. Mogłabym stwierdzić, że mnie to obrzydza, ponieważ kojarzy mi się z kulturą więzienną, ergo rani moje wizualne postrzeganie tego człowieka.

Nie wiem jak Wy, ja nie widzę w tym sensu.

"Ale to ludzie decydują o swoim wyglądzie, więc proszą się o osąd!"

Nie, wcale nie.
Ludzie podejmują decyzję jak chcą wyglądać, ale to Wy podejmujecie decyzję jak na to zareagować. 
To czy się tym przejmiecie, czy Was to obejdzie, oraz jak się zachowacie wobec drugiego człowieka to Wasza decyzja. Podjęta świadomie przez Was.

Powtórzę się, ale będę to mówić do skutku.
Traktujmy innych tak jak sami chcemy być traktowani.
Czy chcielibyśmy żeby po naszym wyjściu od fryzjera, albo ze sklepu z ubraniami ktoś obcy podszedł do nas i opiniował głośno nasz ubiór i uczesanie?
Osobiście czułabym się nieswojo.
To jednak tylko moja, prywatna opinia.

Tutaj link do artykułu, gdyby ktoś miał ochotę się zagłębić:

Gość Niedzielny

Przypominam żeby przed wejściem odłożyć pochodnie i widły. Proszę nikogo nie atakować i zachowywać się kulturalnie. 
Dziękuję.

czwartek, 13 czerwca 2019

Zagrajmy w grę

Chciałabym żeby każdy z Was przyjął na moment pewien życiowy scenariusz i potraktował go jako własny na czas czytania tego postu.
Taka zabawa.
Gotowi?

Załóżmy, że masz przyjaciela. Zarówno wiek, jak i płeć jest tutaj bez znaczenia. Możesz mieć więcej przyjaciół, kumpli i znajomych, ale to jest Twój najlepszy przyjaciel.
Twój przyjaciel jest niemową. Nie jest głuchoniemy, po prostu nie mówi. W życiu nie wykrztusił z siebie dźwięku który znaczyłyby dla Ciebie cokolwiek. Słyszy za to świetnie.
Nie zna migowego, nie potrafi pisać i można powiedzieć, że jest lekko opóźniony. Nie jakoś szczególnie. Nie zrozumie o co chodzi w fizyce kwantowej, ale posiada podstawy.
Mimo utrudnień, rozumiesz co chce Ci przekazać. Macie świetny kontakt. Łączy Was nić porozumienia jakiej nie masz z nikim innym. 
Właściwie jest dla Ciebie jak rodzina.
Przyjaciel nie za bardzo ma się gdzie podziać, więc proponujesz mu by z Tobą zamieszkał. Miejsca jest dość. Twój przyjaciel jest Ci za to bardzo wdzięczny i stara się nie zakłócać domowego spokoju. Zachowuje się najlepiej jak tylko potrafi.
Ten przyjaciel jest znakomitym słuchaczem. Potrafi godzinami wpatrywać się w Ciebie kiedy opowiadasz mu o swoim dniu, o tym jak Cię wkurzył szef, czy jak bardzo nie znosisz oliwek na zapiekance. Temat nie ma znaczenia. Przyjaciel zawsze słucha i potakuje. Zawsze jest skupiony i chłonie każde Twoje słowo jak gąbka, niezależnie od tego czy jest w stanie zrozumieć treść wypowiedzi.
Zawsze jest przy Tobie, zawsze Cię wspiera i wczuwa się w wydarzenia jakie miały w miejsce. W sytuacje które Cię dotknęły.
Jest szczęśliwy, kiedy Ty jesteś szczęśliwy.
Jest zły, kiedy Ty jesteś zły.
Jest smutny i przygnębiony kiedy widzi, że coś Cię dręczy.
Stara się wtedy poprawić Ci nastrój. Próbuje wszystkiego i kiedy wszystko zawodzi, po prostu siedzi obok i jest.
Ponieważ czasem właśnie tego potrzeba.
Na co dzień świetnie się dogadujecie i dobrze bawicie we własnym towarzystwie. Łatwo przekonać go do odkrywania nowych rzeczy i testowania, czy jakaś aktywność i zabawa mu się spodoba. On też pokazuje Ci wiele ciekawych miejsc i sposobów na zabicie nudy, o których wcześniej nie miałeś pojęcia.
Czasem Cię drażni. 
Jak każdy przyjaciel. 
Miewacie spięcia o to, że nabałaganił, czy że kontakt jest z nim strasznie utrudniony. I chociaż to nie jego wina masz wrażenie, że wszystko byłoby prostsze gdyby po prostu powiedział o co mu chodzi.
Ale nie może.
Nie potrafi.
Jest taki od urodzenia, nie ma na to wpływu.
Przez większość czasu te braki i defekty nie stanowią żadnego problemu. 
Wiesz, że zawsze możesz polegać na swoim przyjacielu, że wyciągnie Cię z najgorszego doła i niejednych problemów. 
Spędza przy Tobie czas kiedy jesteś chory, zmartwiony, albo po prostu czujesz się źle. Opiekuje się Tobą i wspiera całym sobą. 
Wiesz, że gdybyś zrobił coś głupiego i wszyscy by się odwrócili, on by został. Zostałby nawet gdybyś dopuścił się wobec niego najgorszego.
To ten typ przyjaciela który kiedy dowie się, że zabiłeś człowieka, zacznie się zastanawiać gdzie go zakopać i na jak długo Cię ukryć.
Żyjesz tak sobie przez lata. Ze swoim niemym przyjacielem.
Pewnego dnia poznajesz dziewczynę / chłopaka. 
Zakochujesz się, uważasz, że jest to najwspanialsza osoba na świecie.
Twój przyjaciel nie jest zazdrosny. Wspiera Cię, w końcu to Twój wingman. Pragnie dla Ciebie jak najlepiej. Jeśli Ty jesteś szczęśliwy, on jest szczęśliwy.
Przyjaciel chce poznać wybrankę Twego serca i skomplementować jej gust, bo wybrała najfajniejszego człowieka na świecie.
Organizujesz spotkanie.
Coś jest nie tak.
Twój przyjaciel stara się jak może żeby tylko dobrze wypaść. Chce żeby Wam się udało.
To po drugiej stronie wyczuwasz napięcie.
Dziewczyna / chłopak nie są przekonani. Z jakiegoś powodu Twój przyjaciel nie przypadł do gustu światłu Twojego życia. Nie polubi go. Wiesz to już teraz.
Chcesz żeby się lubili. W końcu to dwie najważniejsze dla Ciebie istoty.
Jednak nic z tego. 
Pomimo starań nie ma nici porozumienia.
Nie wiesz czy brak przychylności dla przyjaciela wynika z tego, że nie mówi, czy może z tego, że z Tobą mieszka.
Twoje przyszłe fiancé chce żeby przyjaciel się wyprowadził.
Nie może z Wami mieszkać, nie przy takich relacjach.
Rozumiesz, że musisz mu to przekazać. Nie powinieneś czuć się winny, w końcu jest dorosły i na pewno zrozumie. Możecie się dalej spotykać, ale musi znaleźć sobie inne lokum. Przecież i tak już mu pomogłeś.
Potrzebujesz prywatności. To przecież nie robi z Ciebie jeszcze złego człowieka, prawda?
Zbierasz się w sobie i idziesz obgadać to z przyjacielem.
Nie jest zły. Nie gniewa się. W pełni rozumie sytuację i konieczność podjęcia przez Ciebie takiej decyzji.
Nie ma jednak gdzie się podziać. 
Oprócz Ciebie nie ma nikogo. 
Jest zupełnie sam.
Dociera do Ciebie, że sam sobie nie poradzi.
Chcesz mu pomóc, ale tu nie może zostać.
Proponujesz podwórko. Namiot, zapewniony ekwipunek. Wszystko co jest mu potrzebne.
Przyjaciel się zgadza i jest wdzięczny, że nie wyrzucasz go na ulicę. Obiecuje nie przeszkadzać i nie wchodzić w drogę nowemu mieszkańcowi.
To wystarcza jednak tylko na jakiś czas.
Twoja druga połówka uważa sytuację za absurdalną. Żąda pozbycia się przyjaciela. Nie jesteś w stanie wygrać argumentami, ani prośbą.
Musisz zdecydować.
Ponownie idziesz więc pogadać z przyjacielem i ponownie tłumaczysz mu sytuację. On nie chce być ciężarem, widzisz to w jego oczach. Jednak dalej nie ma się gdzie podziać.
Zastanawiasz się nad ośrodkiem dla bezdomnych. Mógłby tam zostać, a Ty mógłbyś go odwiedzać. Czy jednak byłbyś w stanie patrzeć mu po tym wszystkim w oczy?
Wybaczyłby Ci, nie masz co do tego wątpliwości. Jak byś się jednak z tym czuł? Jak zdrajca i ostatni kretyn.
Nie, to nie jest dobre rozwiązanie. Co jeśli spotkacie go przypadkiem na ulicy podczas rodzinnego spaceru? Będzie niezręcznie.
Boli Cię też myśl, że mógłby sobie znaleźć nowego przyjaciela. Być tym, kim był dla Ciebie, tylko dla kogoś innego.
To jest najgorsze. Tego byś nie zniósł.
Tej niepewności co u niego i co teraz robi.
Wymyślasz inny plan.
Pakujesz przyjaciela do samochodu i zabierasz go na przejażdżkę. Znowu jesteście tylko we dwóch, tak jak było kiedyś. Tęsknisz za tymi czasami, ale wiesz, że nigdy już nie wrócą. Musisz iść do przodu. Nie możesz oglądać się w przeszłość.
Spoglądasz na przyjaciela.
Jest szczęśliwy. Zawsze był kiedy gdzieś razem jechaliście.
Dopadają Cię wyrzuty sumienia, ale odganiasz je wizją przyszłości. Przecież i tak musiałbyś to zrobić. Jeśli nie teraz, to za kilka lat. Pewnie i tak Twoje dzieci by go nie polubiły, albo prędzej czy później zacząłby Ci działać na nerwy.
To jedyne wyjście.
Zatrzymujecie się w lesie, wysiadacie z samochodu i wchodzicie na ścieżkę. Mijacie krzaki z malinami i jeżynami. Twój przyjaciel uwielbia jeżyny.
Mówisz mu, że gdyby to zależało od Ciebie mógłby z Wami zostać.
Mówisz mu, że Ci przykro.
Przyjaciel przytakuje i nie przestaje się uśmiechać. Rozumie. Wie, że to nie Twoja wina, że tak po prostu wyszło.
Schodzicie ze ścieżki i wchodzicie głębiej w las. Tu nie ma już ludzi i wścibskich spojrzeń. Nikt tędy nie chodzi. Za dużo tu pokrzyw i pajęczyn.
Siadacie pod drzewem. W ciszy.
Nie możesz się teraz rozkleić, właśnie teraz musisz pokazać siłę i stanowczość.
Prosisz przyjaciela żeby podał Ci ręce i się nie ruszał.
Robi to. Ufa Ci. Dlaczego miałby Ci nie ufać? Jesteście najlepszymi przyjaciółmi.

Wyciągasz z plecaka łańcuch i oplatasz nim ciało przyjaciela. Najpierw ręce, potem korpus. Koniec przypinasz do drzewa kłódką. Jesteś stanowczy i precyzyjny. Nie może za Tobą pójść. Nie może się uwolnić.
Kładziesz butelkę wody u stóp przyjaciela. Sam nie wiesz po co. Żeby przedłużyć mu cierpienia i dać fałszywą nadzieję? A może widzisz cień szansy, że ktoś go jednak znajdzie?
Patrzysz mu po raz ostatni w oczy.
Widzisz w nich dezorientację, strach, ale i mały płomyk nadziei. Nadziei, że to tylko taki żart, zaraz odwiążesz go od drzewa i wrócicie razem do domu.
To się nie stanie. Teraz już nie możesz się wycofać.
Żegnasz się i odchodzisz.
Nie musisz zakładać mu knebla. Nawet gdyby potrafił mówić, nikt by go tu nie usłyszał.
Wsiadasz do samochodu i zastanawiasz się, czy gdyby ktoś go w porę ocalił, to kiedy spotkałbyś go na ulicy byłby w stanie Ci to wybaczyć?
Pewnie tak. Przecież zawsze Ci wszystko wybaczał.
Po jakim czasie skończy mu się woda? Umrze z przegrzania, czy odwodnienia?
Jak długo będzie cierpiał?
Musiałeś to zrobić. Jeśli będziesz sobie to powtarzać dostatecznie długo, to w końcu w to uwierzysz. Nie miałeś wyjścia. 
To była jedyna opcja.
Masz ochotę wrócić tu za jakiś czas i sprawdzić czy zastaniesz odpięty łańcuch, czy może wysuszone zwłoki.
Lepiej nie.
Czego nie widać, tego nie żal.
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom, wieloletnią przyjaźń i szansę na opuszczenie domu. Poza tym, był niemową i nie miał nikogo. Tak naprawdę wyświadczyłeś mu przysługę. Miałby się tłuc po tym świecie całkiem sam, bez nikogo? Przecież nie mógł być przy Tobie do końca życia, a sam by sobie w życiu nie poradził. Ograniczyłeś mu tylko zbędne cierpienie.
O, widzisz. Już myślisz o nim w kategoriach przeszłości. "Był", nie "jest". Było fajnie, ale wszystko kiedyś przemija.
Podjąłeś słuszną decyzję...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co? 
Nie podoba się scenariusz? 
No dobra, to weźmiemy inny, nie ma problemu.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Pakujesz przyjaciela do samochodu i zabierasz go na przejażdżkę. Znowu jesteście tylko we dwóch, tak jak było kiedyś. Tęsknisz za tymi czasami, ale wiesz, że nigdy już nie wrócą. Musisz iść do przodu. Nie możesz oglądać się w przeszłość.
Spoglądasz na przyjaciela.
Jest szczęśliwy. Zawsze był kiedy gdzieś razem jechaliście.
Dopadają Cię wyrzuty sumienia, ale odganiasz je wizją przyszłości. Przecież i tak musiałbyś to zrobić. Jeśli nie teraz, to za kilka lat. Pewnie i tak Twoje dzieci by go nie polubiły, albo prędzej czy później zacząłby Ci działać na nerwy.
To jedyne wyjście.
Zatrzymujecie się przed przejazdem kolejowym i wysiadacie z samochodu.
Twój przyjaciel nie wie dlaczego tu jesteście, ale nie wymaga od Ciebie wyjaśnień. 
Nie chce sobie psuć niespodzianki.
Światła i powolne opuszczanie się szlabanu sygnalizują, że za chwilę będzie tędy przejeżdżać 90-tonowa maszyna. 
Przechodzisz pod szlabanem i trzymając swojego przyjaciela za rękę prowadzisz go na tory. Stajecie na nich razem. Z daleka już widać pędzący pociąg.
Doskonale go stąd widać.
Maszynista za to nie widzi Was wcale.
Spoglądasz na przyjaciela.
W jego oczach widzisz dezorientację, strach, ale i mały płomyk nadziei. Nadziei, że to tylko taki żart i zaraz wrócicie razem do domu.
To się nie stanie. Teraz już nie możesz się wycofać.
Mocno ściskasz rękę przyjaciela, kiedy maszyna zbliża się do Was w zastraszającym tempie.
Przyjaciel nie ucieka, nie wyrywa się. Ufa Ci. Dlaczego miałby Ci nie ufać?
Maszynista w końcu Was zauważa. Próbuje wyhamować, ale wie, że mu się to nie uda. Pociąg z piskiem i iskrami usiłuje się zatrzymać. Jest już kilka metrów od Was.
Uskakujesz w ostatniej chwili.
Twój przyjaciel nie. 
Zostaje na torach. 
Jego ciało niesione jest na czele pociągu jak osobliwy transparent.
Wracasz do samochodu.
Zastanawiasz się czy zginął na miejscu, czy dopiero po chwili.
Co jeśli przeżył?
Nie. Nie mógł przeżyć. Siła uderzenia była tak wielka, że kropelki jego krwi wypływające zapewne z nowo powstałego otworu w czaszce ubrudziły Ci koszulę.
Nowiutka koszula. No trudno, może się spierze.
Ciekawe jak daleko pociąg wywlecze zwłoki Twojego przyjaciela? Czy kiedy maszyna się zatrzyma i jej kierowca odkryje na szybie rozciapane kawałki mięsa, które kiedyś może przypominały jakieś stworzenie, będzie bardziej zdegustowany, czy wystraszony?
Dobrze, że Ty nie będziesz musiał tego oglądać.
Jeszcze miałbyś koszmary.
Może kiedyś znajdziesz na spacerze z rodziną kawałek jego ubrania, albo oko na żyłce?
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom, wieloletnią przyjaźń i szansę na opuszczenie domu. Poza tym, był niemową i nie miał nikogo. Tak naprawdę wyświadczyłeś mu przysługę. Miałby się tłuc po tym świecie całkiem sam, bez nikogo? Przecież nie mógł być przy Tobie do końca życia, a sam by sobie w życiu nie poradził. Ograniczyłeś mu tylko zbędne cierpienie.
O, widzisz. Już myślisz o nim w kategoriach przeszłości. "Był", nie "jest". Było fajnie, ale wszystko kiedyś przemija.
Podjąłeś słuszną decyzję...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co? Też nie?
No dobra...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Jeśli staniecie na skraju jakiegoś wysokiego mostu i "przypadkiem" go z niego zrzucisz, to będzie po prostu nieszczęśliwy wypadek.
Jeśli nie zginie na miejscu, to może chociaż połamie sobie nogi i nie będzie mógł się za Tobą powlec.
Będzie cierpiał. 
Będzie przeraźliwie cierpiał, ale Ty będziesz cierpiał bardziej jeśli tego nie załatwisz.
Jest szansa, że ktoś go znajdzie. Może się nim zajmie. Będzie mu woził soczki do szpitala i zostaną najlepszymi przyjaciółmi.
Tego przecież byś nie przeżył...
Może wystarczy jak zrzucisz go głową w dół, dla pewności?
Kiedy jego czaszka roztrzaska się o jezdnię jak nabrzmiały arbuz i wypłynie z niej mózg z jakąś wodnistą cieczą, będziesz mieć pewność, że już nie wstanie.
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

...
Nie no, taka wersja też odpada?
Niech Ci będzie...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Gdzieś w piwnicy masz przecież siekierę.
Jest może trochę tępa, ale powinna sobie poradzić.
Wystarczy, że każesz mu położyć głowę na konarze i nie ruszać się przez chwilę.
Kilka cięć i po sprawie. Głowa i tak nie była mu do niczego potrzebna. 
Przecież nie mówił, racja?
Będzie trochę zamieszania i bałaganu. Trzeba będzie zmyć czymś krew z trawnika, ale to bardzo prosty i poręczny sposób.
Kaci istnieli od wieków, więc widocznie byli potrzebni.
Jak mocno hukniesz, to może nawet nie zacznie uciekać bez głowy po podwórku. Zawsze można najpierw odrąbać mu nogi w kolanach.
Na kikutkach nie pobiegnie.
Co jeśli nie trafisz?
Jeśli uderzysz w głowę, może zginie na miejscu, ale będzie strasznie dużo juchy i galarety. Jeśli dostanie w ramię, zacznie się wić i ciężko będzie przekonać go żeby był spokojny.
Można pożyczyć od kogoś broń.
Jest bardziej pewna. Jedna kulka i po sprawie. Dużo mniej sprzątania i zamieszania.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie? 
Ok, czekaj.
No to, to już Ci się musi spodobać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Dużo cichszy i spokojniejszy.
Zwiążesz mu razem wszystkie kończyny, wybetonujesz butki i po prostu wrzucisz do rzeki.
Taka zabawa w chowanego pod wodą.
Łyknie to, jest za głupi żeby tego nie łyknął.
Może w przyszłym wcieleniu będzie syrenką. 
Gdzieś na pewno wypłynie, ale przy odrobinie szczęścia będzie to już z dala od Twojego domu.
Gdyby Cię z tym powiązali byłyby problemy.
Po co to wszystko? Po co Ci zabawy z policją?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~


(...) Wymyślasz inny plan.
Trucizna. Dodasz mu to do żarcia, to się nawet nie zorientuje.
Jasne, trochę się pomęczy zanim umrze, ale lekarzowi wmówisz, że nie masz pojęcia co się stało.
Może samobójstwo?
Był niemową w końcu...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Też nie pasuje?
Nie ma problemu. 
W tym scenariuszu opcji jest nieskończenie wiele.
 W końcu coś wybierzemy.
Hm?
Nigdy byś tego nie zrobił?
A gdyby się okazało...

... że ten przyjaciel od początku był psem?
Zwierzęciem po prostu.
Może być dowolnym.

No dalej, przecież to tylko kundel.
Nie mówi, nie myśli i nie czuje.
Do tego przeszkadza.

Jak można pozwolić, żeby pies zniszczył Ci życie?
Plany?
Marzenia?
Nie komponuje się w grafiku.
Nie ma dla niego miejsca.

To co? 
Która opcja?
Czemu go komuś nie oddać?
Nie zawieść do schroniska?


I patrzeć na te wszystkie ludzkie spojrzenia pełne pogardy?
Nie żartuj.
Czułbyś się fatalnie.
Ten cały oskarżycielski wzrok...
... ton głosu jakbyś kogoś zdradził.
Nie, nie.
Trzeba to załatwić na miejscu.

Po cichu i bez świadków.
Przecież i tak nikt by go nie chciał.
Ma już swoje lata.
A tak, kto wie?
Może trafi do psiego nieba?

Starczy?
Wiesz co jest najgorsze?
Najgorsze jest to, że dla niektórych to nie tylko durna zabawa.
Dla niektórych to życie.
Ludzie... znaczy...
"Ludzie" świadomie podejmują takie decyzje.
Te historie dzieją się codziennie.
Każdego dnia jakieś zwierzę ginie z rąk kogoś, kogo uważało za opiekuna i przyjaciela, tylko dlatego, że te osoby nie chcą borykać się z "oskarżycielskim spojrzeniem", czy patrzeć jak ich pupil jest szczęśliwy w innym domu.
Z jakiegoś powodu nie mogą tego znieść.
Decydują się więc na krok, za który nie powinni nigdy otrzymać przebaczenia. Od nikogo.
Decydują się zabić przyjaciela.
Nie jest istotne czy ma on łapy, ogon, kopyta, czy ręce. Z jakiegoś powodu dla nich ma to jednak znaczenie. Jeśli ktoś nie mówi, znaczy że nie odczuwa bólu i nie cierpi.
Morderstwo jest morderstwem.
(Nie mylić z eutanazją)
Mam dość patrzenia na ogłoszenia adopcyjne porzuconych w lesie psów, czy podtopionych kotów.
Za każdym razem czuję się jakbym dostawała w twarz. Chodzę całymi dniami i myślę co siedzi w głowach takich ludzi. 
Jakim cudem uznali to za najlepszą możliwą opcję?
Jak oni mogą w nocy spać?
Czy to jeszcze są ludzie?
I wiesz co?
Nie znajduję odpowiedzi.
Zalewa mnie fala nowych scenariuszy które jakiś anonimowy człowiek przetestował na swoim biednym towarzyszu, a ja dalej nie wiem.
Obojętność?
Desperacja?
Poczucie wstydu?
Strach?
Bezsilność?
Znieczulica?
Co to jest? 
Co to jest i dlaczego to się pojawia tak często?
Nie wiem już nawet co ja czuję widząc kolejne zdjęcia i czytając kolejne informacje. Już nawet nie czuję złości. Czuję pełną bezsilność.
Czuję się jak ktoś kto stoi na statku o którym wie, że zatonie i nie jest w stanie nic z tym zrobić. Może więcej nie wsiąść na żaden statek, ale to nie znaczy, że uratuje ten konkretny i że następne przestaną tonąć.
Wiem, że ten post ma już przekroczony limit słów, ale musiałam go napisać.
Musiałam, bo czuję się chora.
Każdy kto to przeczytał pewnie zastanawiał się co jest nie tak z psychiką autorki? Dokąd to prowadzi? Kto postąpiłby w ten sposób?
Każdy odpowiada "ja bym tego nigdy nie zrobił".
Skoro jednak nikt by tego nie zrobił...
...to skąd te wszystkie ofiary?

środa, 12 czerwca 2019

Dwóch Gumisiów i zebra

Normalni ludzie kiedy mają do zrobienia masę rzeczy, po prostu się za to zabierają.
Ja, kiedy mam do zrobienia masę rzeczy, wychodzę na spacer z psem by przemyśleć swoje życie, podjęte decyzje i znaleźć motywację żeby nie rzucić tym wszystkim w cholerę. Zazwyczaj długość spaceru jest wprost proporcjonalna do ilości zadań i obowiązków jakie na mnie czekają.
Podczas kiedy maszerując ze Świniakiem u boku rozmyślam nad sensownością justowania tekstu (który po takim zabiegu wszędzie się rozjeżdża i czyta się go tragicznie) natrafiam na pewien dość codzienny, jednak zaskakujący obrazek.
Dwóch mężczyzn stoi po drugiej stronie przejścia dla pieszych. Z tym, że stoi to znaczne naciągnięcie rzeczywistości. Panowie są jak krzywa wieża w Pizie. Opierają się prawu grawitacji.
Jeden z mężczyzn obniża lot i maca stokrotki - nazwijmy go ogrodnikiem.
Drugi natomiast zachwyca się architekturą słupa i usiłuje wcisnąć wielki, żółty przycisk, służący do informowania sygnalizacji świetlnej, że ma się ochotę przejść. Gość znajduje się twarzą bardzo blisko przycisku i wygląda jakby składał zamówienie w Macu.
Wygląda na to, że albo oboje dostali udaru słonecznego, albo są pod wpływem soku z Gumijagód. Postanawiam pomóc mężczyznom i wciskam guzik po ich przeciwnej stronie. Kiedy zmierzam na trawnik, do mego nosa dochodzi woń zmieszanego cydru i wódki. 
Jestem studentem, znam się na tym.
Składający zamówienie przygląda się mrygającemu na czerwono guziczkowi jak jaskiniowiec który przypadkiem odkrył ogień i zwraca się do swojego kolegi który podziwia właśnie faunę i florę mikroświata na trawniku.
- Macieeej. Maciej wstawaj, bo włączyłem. Macieeej.
Maciej jest jednak zajęty. Macha na kolegę ręką i przygląda się mróweczkom. W jego głowie lektorem tej scenerii jest zapewne Krystyna Czubówna.
- Macieeej - mężczyzna szarpie ogrodnika za ramię i usiłuje przekonać go do przybrania pozycji dwunożnej.
- Neeee - wydobywa się z Macieja - Ty zabraeś! - przemawia do kolegi, patrząc mu głęboko w oczy. Co zabrał i komu zabrał już się jednak nie dowiadujemy, bo głos ze słupa oświadcza towarzystwu, że można bezpiecznie przejść na drugą stronę. Zielony ludzik ma takie samo zdanie w tym temacie.
- Maciek ku*wa zielone, chodź! - dzielny człowiek podnosi towarzysza nadprzyrodzoną mocą i razem suną przez pasy. Ramię w ramię. Idą jak torpeda. Pana Macieja ogrodnika jednak zaczyna przeważać nieco do przodu i dziób jego statku obniża lot. Kolizja jest nieunikniona. Pan Maciej po serii piruetów ląduje twarzą na jezdni, pomimo włączenia awaryjnego hamowania rękami. Jego wingman spieszy z pomocą i próbuje wznieść rannego kolegę. Będzie po tym pamiątka.
Zielony ludzik zaczyna mrugać i gaśnie po chwili, ustępując miejsca czerwonemu koledze. Wciskam ponownie guzik i na wszelki wypadek wchodzę na ulicę, przed modlącymi się na niej ofiarami procentów. Kierowcy zauważą stojącego człowieka z psem szybciej niż dwóch tarzających się na ziemi jegomościów. Szkoda by było stracić życie pod kołami w takim stanie.
Morfina z zainteresowaniem przygląda się ogrodnikowi o twarzy Wiedźmina, zaoranej asfaltem od brody po czoło i stwierdzając, że człowiek pachnie zachęcająco postanawia poszturchać go nosem. Pan Maciej przebudza się ze swojego snu księżniczki i widok puchatego łba kilka centymetrów od jego twarzy jest dla niego mocnym zastrzykiem energii. Człowiek na czterech przebiega po pasach niczym antylopa i podpierając się o kosz na śmieci usiłuje wstać. Jego przyjaciel stoi oniemiały na przejściu, przed którym zaczynają zbierać się samochody. Zauważając ponowne pojawienie się zielonego ludzika opuszcza powoli zebrę i dołącza do kolegi. Razem z Morświnem ewakuujemy się z jezdni. Misja zakończona sukcesem, panowie przeszli na drugą stronę. 
Mijając wielbicieli sfermentowanych jabłek słyszę jeszcze z ust Macieja:
- Nie piję więcej. Alee nie namaawiaj mnie. Nie piję więcej. Nie. Poedziałem Ci, nie. Co ja widziałem. Nie uwierzyszsz. Widziaem, takie. Takie potwore widziaem. Tu stała, o tu.
- To Ty w domu w lustro nie patrz Maciej. Bo zobaczysz następną - uprzedza kumpel pana Macieja. 
- Nie pije więcej. Nie pijeee - odpowiada człowiek skaryfikacja i razem bujają się od słupa do słupa, usiłując ogarnąć jak działa chodnik.
Morfina lekiem wzmacniającym abstynencję.
Potwierdzone info.

wtorek, 11 czerwca 2019

Upał... żar... dajcie jeszcze!

Nie wiem jaki u Was jest obecnie klimat (mieszkacie w różnych częściach kraju, a nawet świata), ale u nas sam Szatan postanowił usiąść tyłkiem na miasto, zalewając żarem całą okolicę.
Topią się lody, mrożonki i ludzka skóra. Jest taki gorąc, że można robić sadzone na ulicy bez patelni.




44 Stopnie Celsjusza o godzinie 18:30. Mordor. Upał wykańcza mi zwierzęta. Morświn z zapałem pochłania lodziki i szuka najchłodniejszej paneli w mieszkaniu, a nosiciele dżumy...



... obierają taktykę na naleśnika i starają się nie ruszać bez potrzeby. Dla Masła żadna nowość...



Ludzie snują się po ulicach z parasolami, kremami z filtrem i rozpaczliwie szukają cienia. 
Tymczasem mnie taka temperatura ani trochę nie przeszkadza.
Jestem w stanie zrozumieć cierpienie innych związane z obecnym klimatem, jednak mnie nie wadzi on wcale. Nie potrafię się utożsamić, ponieważ osobiście energię życiową pobieram ze słońca i ciepła jakie ono daje.
Uwielbiam gorąc. Im cieplej tym lepiej. Często w sezonie letnim pracuję całe dnie będąc wystawiona na słońce w najgorsze upały, bez żadnej ochrony poza czapką. Woda jest dla mnie odpowiednia do kąpieli tylko jeśli jest powszechnie uważana za wrzątek. Nie ważne czy na zewnątrz jest trzy stopnie, dwadzieścia, czy sześćdziesiąt. Woda ma PAROWAĆ. Nie jestem fanką chłodnych kąpieli. Nawet w lato. 
Ludzie nurkujący miedzy krami lodu i w wodzie na minusie są dla mnie bardziej niezrozumiali niż Ci którzy najpierw wlewają do talerza mleko, a dopiero później wsypują do niego płatki.
Obecna pogoda jest więc dla mnie idealna. Gdyż jam jest córka słońca, zrodzona z płomieni, matka smoków... poniosło mnie, ale pozdrawiam fanów "Gry o Tron".
Myślę, że wiecie do czego zmierzam.
Niestety jako, że w życiu nie można mieć wszystkiego, za swoje umiejętności przetrwania na pustyni płacę wysoką cenę.
Nie znoszę zimna.
Poniżej piętnastu stopni to dla mnie mróz. Chodzę wtedy po domu zawinięta w burrito z koca. Jestem bardzo podatna na odmrożenia i nie potrafię się zagrzać. W zimę obserwować mnie można tylko jako owiniętą kulę z otworem na oczy i nos. Mam na sobie wtedy tyle warstw ubrań, że uniemożliwiają mi zginanie kończyn.
Ludzie latem narzekają, że jest im za gorąco, a zimą, że jest im za zimno. Dla mnie nie ma stanu "za gorąco". Może być tylko za zimno.
Może najlepiej przedstawić to graficznie:

Inni ludzie:

Ja:



Wydało mi się to dziwne, więc już kilka lat temu poszłam z tym problemem do lekarza. Doktor przyjrzał się tarczycy, ciśnieniu krwi, kilku innym parametrom i stwierdził, że wszystko jest w porządku i tak po prostu mam.
Moi bliscy dostają od upałów migreny, zaburzeń łaknienia i wstrętu do poruszania się. Jednak podczas kiedy oni siedzą przyklejeni do wentylatorów z miną zombie, ja mam ochotę porozstawiać wszędzie koszyczki i zebrać sobie trochę tego słonka na zimę, żebym nie musiała znowu połowę sezonu przesiedzieć wtulona w kaloryfer, z farelką przy twarzy.
Znam ludzi których najlepszym przyjacielem w lato jest otwarta lodówka, przy której można postać.
Moim jest suszarka, nastawiona na "max".
W czym jest więc problem?
Jak wspomniałam wcześniej moje zwierzęta nie podzielają entuzjazmu wynikającego z oświadczeń termometra. Ze szczurami nie ma większego problemu. Najwyżej przeleżą wybieg. Morfinę jednak muszę zmuszać do ruchu ponad potrzeby fizjologiczne. Jej stawy nie mogą się zastać ze względu na dysplazję, mięśnie muszą być w dobrej formie. Udaje mi się przekonać pączka do opuszczenia jamy tylko ciastkami i propozycją cienia, oraz namoczonym futrem.
Nikt się jednak nie lituje nade mną, kiedy w środek zimy muszę biegać za ptyśkiem w śniegu po pas, bo córa mrozu i epoki lodowcowej postanawia być najaktywniejsza kiedy termometry wskazują minus dziesięć i więcej. To są temperatury przy których powinnam się zawinąć w gruby koc i zasnąć zimowym snem, a nie wychodzić na wielogodzinne podróże w nieznane z lodołamaczem na smyczy, oblepiona kulkami śniegu i ledwo żywa.
Pod tym względem się nie dobrałyśmy. Nasze termostaty nadają na innych falach.
Ja kwitnę przy upałach, ona przy nich więdnie.
Ona ożywa przy mrozach, ja przy nich czuję się jakbym walczyła o każdą minutę mojego życia.
Właściwie nie ma złotego środka. Albo jest jej za gorąco, albo mnie jest za zimno.
Miłość jednak wymaga poświęceń. Dlatego utrzymuję najniższą temperaturę pokoju jaką tylko się da i dlatego chodzę ze Świniakiem godzinami w zamieć i gradobicia.
Wiem, że sprawia jej to taką samą radość jak mnie wystawienie się na słońce niczym jaszczurka.
To, że mnie to nie odpowiada jest mało istotne. 
Robię to, bo kiedyś w dalekiej przyszłości będę za tym tęsknić. Za śniegiem w butach, brakiem czucia w palcach i odmrożonymi uszami. Nikt tak jak ona nie wyciągnie mnie na wiele godzin poza dom, kiedy temperatura przekroczy moją strefę komfortu. Tylko ta puchata łapa i przyklejony do niej dzwonek są w stanie mnie do tego zmusić.
Póki co jednak mam szansę naładować akumulatory i przygotować się mentalnie na przyszłe mrozy i spacery w zaspach.
Tak, jest gorąco, a komary są wredne, o kleszczach nie wspominając. W zimę jednak będzie za zimno, a grypa też nie jest niczym fajnym, więc proszę przestać narzekać i dać latu trwać.
Dziękuję za uwagę.


poniedziałek, 10 czerwca 2019

Pajęczaki, sierściuchy i pełzaki

Mam pewnego znajomego.
Ma zamiłowanie do pająków, węży, płazów i owadów wszelakich.
Zbiera je jak Pokemony, a jego pokój to jedno wielkie terrarium. Są tam żabki, ptaszniki, małe węże, stonogi, gekony, karaluchy i wszelkiego rodzaju stworzenia powszechnie uważane za "wstrętne".
Legenda głosi, że kiedy był mały i pierwszy raz zobaczył sporego pająka, podbiegł do niego krzycząc "szczeniaczek!". Tak naprawdę nikt jednak nie wie skąd się wzięła jego miłość do zwierząt egzotycznych. Nikt w jego rodzinie nie podziela jego pasji. Ciężko nawet znaleźć kogoś, kto ma jakiekolwiek zwierzę.
Jakiś czas temu jego siostra znalazła na środku pokoju olbrzymiego Parecznika. Jak każda młoda kobieta w jej wieku, zaczęła panicznie krzyczeć i szukać czegoś do utłuczenia potwory. Z pomocą przybiegł starszy brat. Zamiast zająć się jednak spanikowaną dziewczynką, ukląkł i podniósł stawonoga z ziemi, ganiąc rodzeństwo za wystraszenie stworzonka. Zauważył, że zwierz był mało ruchliwy więc zajął się nim jak najlepiej potrafił i po kilku dniach kiedy stwór poczuł się lepiej, wypuścił na wolność z daleka od domu.
Ludzie mają go za dziwaka. Rodzina, znajomi, sąsiedzi, obcy. On jednak po prostu lubi tego rodzaju stworzenia. Nikogo tym nie krzywdzi, nikogo nie przymusza do podzielenia pasji.
Znajomy ma też pewien problem. Nie przepada za zwierzętami powszechnie uważanymi za słodkie. Niektóre z domowych pupili napawają go lękiem. 
Wszystko co sięga za kolano i posiada zęby jest dla niego potencjalną maszyną do zabijania. Kiedy widzi na ulicy kota, przechodzi na drugą stronę i unika z nim kontaktu wzrokowego. Nie potrafi też przełamać się i wziąć na ręce chomika siostry. Nigdy nie miał do czynienia z tego rodzaju zwierzętami i nie wie jak się z nimi obchodzić. Nie ma pojęcia co znaczą wysyłane przez nich sygnały, ani jak na nie zareagować. Wszystko co zna potrafi pełzać, ma łuski, albo więcej niż dwie pary kończyn.
Człowiek który rozczula się nad ptasznikiem i boi się podejść do psa wydaje nam się dziwny, jednak dokładnie tacy sami dla niego wydają się ludzie którzy obcują z tymi współczesnymi wilkami i nie boją się wsadzić im ręki do pyska pełnego zębów, mogących bez problemu amputować dłoń w dwadzieścia sekund. Wąż wczepiony w jego rękę zębami jadowymi to żaden problem, ale gdyby zadrapał go kot, czy szczur, pewnie dostałby traumy i nie wiedziałby jak sobie z tym poradzić.
Jestem pełna szacunku i podziwu dla tego człowieka. Dla sposobu w jakim obcuje ze skorpionami i innym jadowitym dobrem tego świata. Zupełnie jakby do tego właśnie został stworzony. Nigdy nie wiedziałam, że on takim samym szacunkiem i podziwem darzy mnie. Nas. Każdego kto ma "odwagę" trzymać w domu zwierzęta futerkowe, czy ptaki i tworzyć z nimi więź.
Kiedy po raz pierwszy weszłam do jego domu, zatrzymał mnie przed swoim pokojem i uprzedził, że nie będzie to typowy widok. Wiedziałam o tym, ale byłam podekscytowana jak małe dziecko przed świętami. Kiedy drzwi się otwarły ujrzałam za nimi dżunglę. Miał rację. To nie był pokój jakiego można było oczekiwać, to było swoiste przejście do Narnii. Do krainy pełnej stworzeń których nie widuje się na co dzień. Nie chciałam jednak uciec, chodziłam po pomieszczeniu jak po zoo i pochłaniałam spojrzeniem to całe kolorowe i jadowite dobro. 
Spytał czy chcę potrzymać pająka. Nie namawiał mnie, po prostu spytał. Pamiętam do dziś, że była to Arizona Blonde / Desert Blonde (Aphonopelma chalcodes). Trzymałam to włochate, stojące spokojnie stworzenie i nie wiedziałam jak się zachować. Czy można je pogłaskać? Patrzeć na nie? Oddychać przy nim? Znajomy patrzył na mnie jak na człowieka z innej planety. Dla niego było to oczywiste, jednak dla mnie stanowiło to kompletną nowość.
Nie spodziewałam się, że jego wizyta w moim domu przebiegać będzie podobnie. Uprzedziłam go, że posiadam psa i gryzonie. Upewniłam się też, że na pewno jest na takie spotkanie gotowy. Spotkanie dla większości ludzi normalne i naturalne, dla niego jednak nowe i stresujące. 
Znajomy wchodził do mojego domu jak do jaskini niedźwiedzia. Musiałam wyglądać tak samo wchodząc do jego pajęczej kryjówki. Zatrzymałam rozmerdaną Morfinę w drzwiach i odsunęłam ją od przybysza dając mu trochę przestrzeni i czasu na oswojenie. Stał w kącie i z malującym się przerażeniem starał się oddychać jak najciszej. W jego oczach Świniak był olbrzymim smokiem, gotowym usmażyć go żywcem w korytarzu mojego mieszkania.
Spytałam, czy chce ją pogłaskać. Odparł, że wolałby nie. Nie był gotowy. Pies był dla niego za duży. Popatrzył przez kraty na szczury w klatce, kątem oka zerkając na trzymaną przeze mnie puchatą bestię i zdecydował, że póki co wystarczy mu atrakcji.
Uszanowałam jego decyzję. W końcu on też nie wyrzucił na mnie zawartości swoich terrariów wbrew mojej woli. Pozwolił mi się oswoić stopniowo i zabrał pająka kiedy uznałam, że mi wystarczy. Jego lęk i ostrożność były dla mnie niezrozumiałe, ale tak samo niezrozumiały był dla niego mój dystans do jego zwierząt.
Niestety nie wszyscy skłonni są do empatii. Kiedy odwiedzał ludzi posiadających psy, koty, czy fretki większość z nich nalegała by się z nimi przywitał, wziął na ręce, czy pogłaskał. Ludzie nie zauważali, że sama obecność tych stworzeń go paraliżuje, że nie sprawia mu to przyjemności i że jest to dla niego obce. Bo przecież jak można się bać takiego słodkiego kociaka, czy małego szczeniaka? Kiedy Ci sami ludzie odwiedzali jego dom i wchodzili do jego królestwa w którym czuł się pewnie, on respektował ich niechęć do witania się i głasków. Równie dobrze mógł wymuszać na znajomych kontakt, tak jak oni robili to z nim. Nigdy jednak tego nie zrobił. Znosił również dzielnie uwagi o "obrzydliwości" i "ohydztwie" jego żyjątek. Uwagi, które były częste, jednak których właściciele futrzaków sami nie chcieliby usłyszeć.
Jego mały kuzyn który jako jedyny w rodzinie bronił pasji znajomego znalazł swoją własną odpowiedź na pytanie dlaczego chłopak woli mniejsze i bardziej drapieżne towarzystwo, niż zwierzęta popularne i przyjęte jako urocze.
- Bozia zsyła różnych Aniołów Stróżów dla zwierząt. Widocznie Ty dostałeś pod opiekę te wszystkie pająki, węże i robale. Ktoś się przecież nimi też musi zajmować - rzekł raz młodzieniec i taka wersja przypadła do gustu właścicielowi fauny lasu tropikalnego.
Każdy człowiek jest inny. Nie należy nikogo skreślać tylko ze względu na odmienny sposób widzenia, zainteresowania, czy styl bycia. Dając sobie szansę na poznanie "tego dziwaka" można zobaczyć siebie po drugiej stronie lustra, w której to my jesteśmy "dziwakami".
Nie zmuszajmy innych do przejęcia naszego punktu widzenia tylko dlatego, że wydaje nam się właściwy i oczywisty. Niektórzy potrzebują więcej czasu żeby zobaczyć drugą stronę.
Nie narzucajmy się.
Bądźmy empatyczni.
Starajmy się zrozumieć.
A może pewnego dnia ktoś pogłaszcze smoka i okaże się, że ten wcale nie miał zamiaru spalić go żywcem, że nie każdy pająk jest śmiertelnie jadowity, a nie każdy pies wściekły. Może dojrzymy piękno tam, gdzie wcześniej go nie widzieliśmy.
Może czyimś kolejnym krokiem będzie Pyton Tygrysi, a może będzie do szczur hodowlany.
Nie ma to znaczenia, bo postęp jest postępem i nadejdzie w swoim czasie. W swoim własnym, niewymuszonym czasie.

niedziela, 9 czerwca 2019

Normalność na wagę złota

Niedziela. Godziny poranne. Dzwonią kościelne dzwony. Nieco ciszej i delikatniej niż zwykle, ale jednak dostatecznie głośno żeby zmusić organizm do rozwarcia powiek. Oczom moim ukazuje się puchate stworzenie z pyskiem przy mojej twarzy i łapą na dzwonku. Więc to nie kościół. Włosiane dmucha mi w twarz ciepłym powietrzem i łapą stara się wymacać przycisk dający jej władzę.
Spoglądam na zegarek. Jest ósma. Nie tak źle. 
Odsuwam od siebie żywą suszarkę i postanawiam narzucić na siebie cokolwiek. Jest niedziela rano. Nikt nie zauważy, że wyglądam jak menel, z guziczkiem poduszki odciśniętym na policzku i fryzurą alpaki schowaną pod czapką. Wkładam buty, nie zastanawiając się zbyt długo czy są moje i czy maja parę i wychodzimy. Morfina zwiedza i obwąchuje. Puszcza raz strumyczek żeby nie było, że wyżebrała wyjście zupełnie bez przyczyny, ale ja doskonale wiem dlaczego wyszliśmy. Nie ma to nic wspólnego z potrzebami fizjologicznymi. Ptysiowi po prostu nie podoba się pomysł długiego, nieprzerwanego snu.
Nagle znikąd podbiega do nas mały człowiek i uwiesza się na szyi Świniaka. Morfina merda i zabiera się do wylizania twarzy dziewczynki. Dziecko się cieszy i cieszy się głaskane futro, gdyż każdy kontakt z ludzką ręką to dobry kontakt.
- Agnieszka! - dobiega nas dźwięk wściekłej samicy i dziecko aż podskakuje. Głos kobiety idealnie nadawałby się na agresywny budzik. Dziewczynka klepie psa i podbiega do matki schowanej za drzewem.
- Co Ci tyle razy mówiłam? - pyta kobieta dziecka.
- Ale piesek - podskakuje dziewczynka i wskazuje paluszkiem na wciąż rozwaloną na plecach puchatą bestię.
- Pytam co Ci kazałam robić jak chcesz pogłaskać pieska?
- Zapytać?
- Właśnie. Zapytałaś pani?
- Nie... Ale piesek nie gryzie, zobacz.
- Nie ważne, że nie gryzie. Musisz pytać. Może być chory, albo pani może nie mieć ochoty żebyś głaskała jej pieska. Jak pani powie nie, to znaczy nie, ale najpierw trzeba spytać. Tak?
- Tak...
- To co musisz zrobić?
- Spytać.
- No.
Dziecko podchodzi do nas ponownie i staje w znacznej odległości. Nie odklejając wzroku od Morfiny pyta najcichszym głosikiem jaki jest w stanie z siebie wydobyć.
- A czy można pogłaskać pieska?
- Jasne - odpowiadam i dziecko wraca do przeglądu psiego futra.
- Tylko nie po głowie, nie wszystkie psy lubią po głowie - poucza rodzicielka - Po boku głaskaj, albo po brzuszku.
Dziewczynka podąża za instrukcją i przyjmuje podawane przez Morświna łapy. Mój beżowy ziemniak leży na grzbiecie, zajmując pół chodnika i mrużąc oczy odpala ogonowe śmigiełko.
- No chodź już, nie zawracaj pani głowy - woła matka swe potomstwo.
- Ok - odpowiada zadowolony brzdąc i zmierza do rodzicielki.
- Wróć, co się mówi?
- Aaaa. No tak.
Dziecko wraca, mówi uroczyste "dziękuję" i truchcikiem kieruje się do kobiety.
Niby nic, ale miło widzieć starania matki w wychowaniu małego człowieka. Tym bardziej, że obecnie podchodzi się do puchatków na smyczy jak do dobra publicznego które zawsze musi mieć ochotę na zabawę, lubić dzieci i z którym "można zrobić wszystko", inaczej jest niewychowane i wredne.
Każdy pies to osobny charakter, osobowość i inna historia. Nie znając jego przeszłości i wkładając go do jednego worka ze wszystkimi psami świata, stajemy się ignorantami którzy narażają siebie i swoje dzieci.
A wystarczy tak niewiele.
Tylko jedno pytanie żeby uniknąć nieporozumień.

sobota, 8 czerwca 2019

Nowa rasa socjopaty

Na spacerze zaczepia mnie elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku. Akurat kiedy myślami jestem między sokiem z arbuza, a biokatalizatorami.
Jest siódma rano, Morfina zażądała spaceru ubijając dzwonek łapą jak schabowego na niedzielę. To nie znaczy jednak, że jestem już do końca wybudzona i nadaję się do rozmowy z drugim człowiekiem.
Mężczyzna nokautuje moje zaspane oblicze uśmiechem i wskazując na psa zaczyna do mnie mówić. Chyba jednak rozmowa będzie nieunikniona.
- Piękny pies.
- Dziękuję.
- Ja właściwie w nietypowej sprawie.
Świetnie. Uwielbiam nietypowe sprawy o siódmej rano. Zwłaszcza od nieznajomych którzy wczesnym rankiem wyglądają jakby wiedzieli co robią w życiu i mają ściśle określony plan. Nie znam tego stanu.
- Proszę, o co chodzi.
- O tego psa właśnie. Widzi Pani, obserwuję Was od dawna...
Czerwona lampka zapala mi się tak szybko, że przytomnieję i rozglądam się dookoła. Jak na złość żywej duszy. Jestem jednak pewna, że ktoś by mnie usłyszał i że pamiętam jeszcze chociaż część zajęć samoobrony. Na wszelki wypadek obracam klucze od mieszkania w dłoni tak żeby w razie potrzeby mogły posłużyć za kastet.
- ... spokojnie, nie jestem stalkerem - uśmiecha się mężczyzna.
Mnie jednak do śmiechu nie jest. To jest dokładnie to zdanie, jakie wypowiedziałby stalker.
- Po prostu widziałem panią wiele razy na spacerze i zdążyłem poznać pani psa. Właściwie to jest suczka, zgadza się? Widziałem, że kuca zamiast podnosić nogę.
- Zmierza pan do czegoś konkretnego? Czekają na mnie znajomi i jak się za chwilę nie pojawię, będą zmartwieni.
To nie brzmi prawdopodobnie, ale niech wie, że w razie mojego zaginięcia ktoś natychmiast zacznie mnie szukać.
- Jasne. Już przechodzę do konkretów. Co by pani powiedziała gdybym chciał odkupić pani psa za bardzo duże pieniądze?
- Że jest pan szalony - odpowiadam bez zastanowienia. Człowiek jednak zamiast się obrazić, albo znokautować mnie prawym sierpowym pogłębia uśmiech i kontynuuje wywód.
To socjopata, nie ma innej opcji. Nie zabił mnie jeszcze tylko dlatego, że chce to zrobić po cichu, nie brudząc garnituru. Przed oczami mam teraz wszystkie serie z Hannibalem Lecterem. Skończę jako jego kolacja. Będę jednak stawiać opór, tak łatwo mnie na grilla nie wepchnie.

- Rozumiem. Może wyjaśnię. Widzi pani, tworzę nową rasę. Chcę stworzyć psy o wybitnym węchu i umiejętnościach przetrwania. Może nieco wrócić do korzeni. Szukam więc takich egzemplarzy jak ona. Można powiedzieć do kolekcji.
- Proszę? - pytam, bo mam wrażenie, ze utknęłam gdzieś między snem i rzeczywistością i nie podoba mi się to miejsce. Wypowiadane przez człowieka słowa nie mają dla mnie sensu. Zupełnie jakby mówił w obcym języku.
- Chciałbym odkupić pani suczkę, której umiejętności węchowe podziwiałem wielokrotnie żeby razem z innymi moimi wyselekcjonowanymi psami była podstawą nowej rasy.
Czubek. Socjopata i czubek. Dlatego właśnie nie wychodzi się z domu przed dziewiątą. Patrzę na mężczyznę i zastanawiam się czy mówi poważnie, czy gdzieś ukryta jest kamera z której wyleci confetti i wielki napis "Mamy Cię".
- Tworzy pan nową rasę - odpowiadam żeby mieć pewność, że informacje prawidłowo dotarły do mózgu.
- Dokładnie.
- I stalkuje pan ludzi żeby ocenić czy ich psy się do tego nadają, a potem próbuje pan je od tych ludzi odkupić.
- Stalkuje to za duże słowo. Ja tylko obserwuję.
- Jest pan z FCI?
- Nie.
- Jakieś Stowarzyszenie, albo inny związek?
- Nie. Jestem wolnym strzelcem.
- Zdaje pan sobie sprawę, że takie celowe rozmnażanie jest nielegalne?
- Nie jest dopóki nie biorę za to pieniędzy. Na razie moje szczeniaki nie nadają się jeszcze na sprzedaż. Tworzenie rasy wymaga czasu.
- Ma pan jakieś doświadczenie w tym temacie?
- Mam psy od dwudziestu lat.
- Pytam o zawodowe doświadczenie. Profesjonalne. Przelane na papier.
- Nie.
- Żadnego?
- Żadnego.
- A kim pan jest z zawodu jak mogę spytać?
- Agentem nieruchomości, ale psy to moja pasja.
- Aha. Wie pan co nawet nie wiem jak to skomentować. Nie spytał pan nawet czy suka ma jakieś wady genetyczne które mogą przejść na te pana wyselekcjonowane szczenięta. Nie ma pan pojęcia o rozmnażaniu i żadnego doświadczenia, do tego zaczepia pan obcych ludzi na ulicy...
- Wady genetyczne droga pani to cena jaką trzeba zapłacić za wybicie wysoko jednej cechy. Wszystko ma swoje koszty.
- Panie. Ten pies ma taką dysplazję i zwyrodnienia, że teoretycznie nie powinien już chodzić, problemy z sercem i guzy w całym ciele. Czy pan się dobrze czuje?
- Fakt, nie jest najmłodsza, ale to ostatni moment na szczeniaki. Naprawdę płacę sporo. Nikt pani tyle za nią nie da co ja. Ponadto szczenięta dzielę na pół, co pani na to? Kilka piesków za jednego.
- Ta pana "hodowla" ma jakąś nazwę?
- Jeszcze nie.
- A gdzie się znajduje?
- Nie mamy stałej siedziby.
- Po pierwsze mógłby mi pan oferować miliony i bym się nie zgodziła, bo to moja rodzina. Nie handluję rodziną. Po drugie jest pan ostatnią osobą której bym powierzyła coś więcej niż rzeżuchę. To co pan robi jest skrajnie nieodpowiedzialne i chore. Takie zabawy się zawsze źle kończą.
Człowiek przestaje się uśmiechać. Chyba przesadziłam, a mogłam siedzieć cicho.
- Chce się pani targować, rozumiem. Proszę podać swoją ofertę.
- Moja oferta jest taka. Teraz pan odejdzie i nigdy pana więcej na oczy nie zobaczę, a jak zobaczę, nawet przyglądającego się z daleka jak ostatni creep, to wykręcę na telefonie numer policji i im pan będzie tłumaczył swoje hodowlane zapędy.
- To pani ostateczna decyzja?
- Owszem. Nie próbowałabym też innych sposobów. Suka jest wysterylizowana, zaczipowana i dobrze znana w okolicy. Żadnych szczeniaków nie będzie.
- Takie marnotrawstwo talentu. Szkoda. Wielka szkoda. No nic, to życzę miłego dnia - mówi mężczyzna i odchodzi.
Nie ruszam się z miejsca dopóki mężczyzna nie zniknie mi z oczu. Miałam już do czynienia ze świrami, ale ten osobnik jest ich liderem. Zastanawia mnie też, czy udało mu się przekonać już kogoś do sprzedaży psa i kim byli Ci ludzie.
Jednocześnie wiem, że dopóki nie będzie produkował szczeniaków na wielką skalę, nie zainteresują się nim żadne służby. Nie wiem nawet jak się nazywa ten człowiek. 
Wiem jednak, że jeśli zobaczę jego facjatę ponownie w ruch pójdzie numer 112.
Takiego poranka się nie spodziewałam.