Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

czwartek, 7 marca 2019

Para mniejszości i wsparcie wikinga

Poranny autobus z przesiadką. Nagły spadek ciśnienia i nieciekawa pogoda powodują senność i reakcje zombie pasażerów. Jak się okazuje, u niektórych z nich nawet całkowite zatrzymanie pracy mózgu.
Autobus się zapełnia i ogranicza dobrobyt miejsc siedzących. Każdy dobry student wie jednak, że spać da się także na stojąco. Owijam się o rurkę jak wąż o gałąź i ustawiam w pozycji, która uniemożliwi mi upadek w razie utraty przytomności. Powieki robią się cięższe i właściwie jestem już w połowie drogi do objęć Morfeusza. Naprzeciwko mnie siedzi dwójka dzieci w wieku wczesnoszkolnym, a tuż za nimi dwóch młodych mężczyzn, dzielących jedne słuchawki. Panowie wyglądają na niewiele starszych ode mnie i chyba nie dobili jeszcze trzydziestki. Wpatrują się z uśmiechami w jeden ekran i co rusz na siebie spoglądają, wyczekując reakcji drugiej strony na wydarzenia dziejące się w telefonie. Mogliby uchodzić za bliskich kumpli lub przyjaciół, gdyby nie ich splecione dłonie i oczywista chemia bijąca od każdego z osobna.
Panowie najprawdopodobniej są parą. Wyglądają co najmniej uroczo skuleni w swoich kurtkach i wpatrzeni w mały ekranik. Kolejna para - dziewczyna w szaliku, który mógłby pochłonąć ją cała i stworzyć kolorowy kostium mumii, oraz chłopak z neseserem zajmują miejsca przy kasowniku. Jeszcze jedną udaje mi się wyszukać kilka siedzeń dalej. Oboje stoją i podczas kiedy mężczyzna przytrzymuje się górnej rurki, by przy zakrętach zachować stabilność, jego potencjalna dziewczyna lub małżonka wczepia się w jego ramię, tworzące literę "U". Kobieta jet za niska żeby dosięgnąć rurki poziomej, a pionowe są już okupowane przez inne ręce, więc postanawia wesprzeć się na bicku swojego faceta. Jest to jakaś koncepcja.
Poza tym w autobusie znajduje się mnóstwo dzieci i młodzieży, oraz jedna starsza pani z pieskiem na kolanach. 
Nic, co mogłoby odbiegać od normy.
Inaczej twierdzi jednak dwóch mężczyzn w wieku starszym niż średnia pasażerów autobusu. Panowie stoją z tyłu i komentują głośno zachowanie siedzącej pary. (Pozwolę Wam zgadnąć której, bo jest to nadzwyczaj przewidywalne.) Po usłyszeniu pierwszego "je*ane homosie" odwracam się plecami do kierunku jazdy i wyszukuję wzrokiem obywateli.
Są. Dwóch "szepczących" do siebie mężczyzn w szarej i czarnej czapce, ustawionych w strategicznym miejscu przy szybie. Panowie nie mają na tyle odwagi, żeby dać upust swojej homofobii i podejść do ofiar dyskryminacji, ani nawet by wypowiedzieć się na ten temat głośno, ponieważ wiedzą że zostaliby zlinczowani przez przeważającą ilość młodych osób w autobusie. Zamiast tego szepczą do siebie jak para nastolatek na zajęciach. Ustawiają jednak za wysokie volume i kilka rzędów wokół nich odwraca głowy, łapiąc z mężczyznami kontakt wzrokowy. To trochę ich peszy i chwilę jadą w milczeniu, lecz kiedy jeden z chłopców postanawia wesprzeć głowę na ramieniu drugiego, na twarzach mężczyzn maluje się czysta, nieskażona empatią dezaprobata takiego zachowania i pada seria nieprzychylnych komentarzy. Mężczyźni zbyt późno orientują się, że przekroczyli prawo do wolności wypowiedzi i czekają ich nieprzyjemne konsekwencje. Gotowa do strzału przedzieram się przez gąszcz pasażerów, żeby nie robić zamieszania na pół autobusu, ale przede mną do panów dociera pewien mocno zbudowany mężczyzna, który najwidoczniej czas wolny woli spędzać na siłowni, zamiast na obgadywaniu za plecami innych ludzi.
- Macie jakiś problem? - pyta i twarze innych ludzi obracają się w jego stronę.
- Ale o co Ci chodzi? - odpowiada pytaniem towarzysz w szarej czapce.
- Pytam, czy macie jakiś problem, który mogę pomóc Wam rozwiązać.
- Odczep się człowieku.
- Pod warunkiem, że Wy odczepicie się pierwsi.
- Przecież Cię nie zaczepiamy.
- Głupa strugasz gościu? Wasze pie*dolenie słychać kilka miejsc dalej i muszę przyznać, że mi to nie pasuje.
- To niech se pan założy słuchawki - odpowiada odważnie pan w czarnej czapce i liczba otaczających ich, wrogo nastawionych ludzi zwiększa się.
- Ja też słyszałam - odzywa się dziewczyna z miejsca siedzącego - I mnie również to przeszkadza.
- Mnie też.
- Widzisz buraku, przeszkadzasz pasażerom, więc albo piszcie te swoje przezabawne uwagi sms-ami, albo nadawajcie je morsem - rzecze właściciel mięśni, które łamią kości wrogów i dodają je do herbatki.
- Obrońcy uciśnionych ku*wa mać! Ciepłych bronicie? - kontratakuje jeden z mężczyzn i atmosfera gęstnieje jeszcze bardziej. Znajduje się kilku ludzi popierających panów w czapkach, lecz na każdego z nich przypada kilku o odmiennym zdaniu.
W końcu fala dobiega uszu pary w słuchawkach i mimo odcięcia od świata i zaaferowania akcją na ekranie, chłopcy rozglądają się dookoła. Autobus oznajmia, że następnym przystankiem jest Trynek i młodzi mężczyźni zwijają sprzęt, wstają i próbują przedostać się bliżej drzwi. Ich miejsca zostają natychmiast zajęte. Rozmawiają między sobą o czymś i kiedy jeden kiwa przecząco głową, drugi z nich jest już w połowie drogi do naszej grupki.
- Dzień dobry, przepraszam bo słyszałem, że któremuś z panów się coś we mnie nie podobało i chciałbym to usłyszeć osobiście.
- Karol daj spokój - słychać głos drugiego chłopaka, stojącego przy drzwiach.
- A tu panowie mieli jakiś problem, ale już nie mają - odpowiada z uśmiechem następca Pudziana i z ust obywatela w szarej czapce pada nieśmiałe:
- No bo ja to do gejów nic nie mam, ale... -
Najsłynniejsze zdanie, jakim posługuje się 60% przyłapanych na homofobii ludzi. Zapamiętajcie je. To "ALE" jest znaczące.
- ... ale żeby do mnie nie uderzali. I tyle -
Drugie najbardziej popularne zdanie. Możecie robić notatki. Gdybym miała na palcach rąk policzyć ile razy słyszałam je w życiu, musiałabym pożyczyć kilka kompletów dłoni.
Chłopak uśmiecha się do mężczyzny, mimo że ludzie wokół gotują się w sobie i odpowiada:
- Ale o to to się pan nie musi martwić. Nie z takim zachowaniem i aparycją. Jest pan naprawdę całkowicie bezpieczny i pana kolega również -
- Karol, chodź już - nawołuje drugi chłopak i Karol odchodzi życząc wszystkim miłego dnia. Zgaszeni panowie szemrzą coś pod nosem, jednak na tyle niewyraźnie, że nie da się ich zrozumieć.
Może są smutni, że zostali odrzuceni, a może dotarła do nich smutna prawda o ich zaściankowych poglądach i nie spodziewali się wsparcia dla mniejszości. W każdym razie wyglądają na oburzonych i złych.
Jestem naprawdę dumna z większości otaczających mnie w tamtym momencie pasażerów i jeśli któreś z Was to czyta, to wiedzcie, że bardzo podobała mi się Wasza postawa i szybkość reakcji. 
Zwłaszcza syna wikinga, potomka drwala.
W jedności siła.


środa, 6 marca 2019

Sztuka Mariana i Katarzyny

Przystanek autobusowy. Oczekujący ludzie nie spodziewają się przedstawienia, jakie zaraz urządzi tutaj amatorska trupa teatralna "Pijane węgorze". Publiczność wgapiona w telefony nieoczekiwanie odwraca wzrok od urządzeń, gdy na scenę wychodzi Marian - główny aktor ulicznego pokazu. Marian chwieje się i przesączonym procentami głosem rzuca za kulisy:
- Zostaw mnie ku*wo, idź se do niego!
Nie widzimy jeszcze drugiego aktora, ale ta zapowiedź przyciąga spojrzenia ludzi na oświetlony reflektorami samochodów sklepowy róg. Stoi tam ona - Katarzyna, aktorka drugiego planu. Cała zapłakana krzyczy do Mariana:
- Czekaj, no gdzie jedziesz, nie puszczę Cię samego Marian!
Rozpoczyna się akt pierwszy. Kobieta podbiega do mężczyzny i chwyta go za ubrania. Ten odpycha ją i aktorka ląduje na ziemi, wczepiając się w brudne gacie Mariana. Nie wiemy, jakie są między nimi relacje. Zaczyna być budowane napięcie.
- Puszczaj szmato! - rzecze postać pierwszoplanowa.
- Nie puszczę - odpowiada Katarzyna, przytulając się mocniej do nogi.
Cóż za gra aktorska, cóż za emocje. Publika jest coraz bardziej zaaferowana.
- Kaśka ku*wa puszczaj! Ja i tak pojadę.
- Nie! Nigdzie nie pojedziesz!
- Pojadę!
- Nie pojedziesz!
Nie wiemy czy pojedzie, oraz gdzie pojedzie, ale jak się zaraz nie przesunie to autobus zrobi z trupy najpłastszy teatr świata. Marian zauważa jednak niebezpieczeństwo w porę i z Katarzyną u nogi przesuwa się bliżej przystanku. Teraz można nie tylko podziwiać przedstawienie z bliska, ale również sztachnąć się czystym aktorstwem o zapachu Żubrówki, gdyż pokaz okazuje się być w 4D.
Część publiczności opuszcza swoje miejsca. Być może nie mogą znieść narastającego napięcia, lub też zbyt mocno zaciągnęli się esencją sztuki.
Akt drugi - "Romeo i Julia".
Marian usiłuje uwolnić nogę, jednak Katarzyna wczepiona jak koala w drzewko nie pozwala mu na ten manewr.
- Niech pani go puści! - krzyczy ktoś z publiczności. Aktorzy w swoim pełnym profesjonalizmie nie zwracają uwagi na hecklera i kontynuują przedstawienie.
Dwoje ludzi. Mężczyzna, próbujący odzyskać wolność i wirująca wokół niego kobieta, potrzebująca bliskości. Jakież to symboliczne.
Akt trzeci rozpoczyna się wjazdem na przystanek straży miejskiej, której znudziło się patrolowanie pustych ulic i postanowiła interweniować w niecodziennej sytuacji. Okazuje się, że mają oni znaczącą rolę w przedstawieniu i stanowią tło pod przyszłe zdarzenia.
- Proszę puścić tego pana - mówi jeden z funkcjonariuszy do zapłakanej Katarzyny.
- Nie ja go nie puszczę!
- Co się tu dzieje? - pyta drugi strażnik, opuszczając samochód.
- Odczepcie ją - krzyczy Marian i usiłuje przekuśtykać do nadjeżdżającego autobusu. Trzech panów próbuje przekonać jedną kobietę do opuszczenia nogi, lecz ona tylko mocniej zaciska uścisk. Spodnie zaczynają zsuwać się z właściciela i wkrótce Marian zostaje w bokserkach. Opanowanie mężczyzny mówi nam, że wszystko przebiega zgodnie ze scenariuszem. Czy w ślad za spodniami pójdą również bokserki i okaże się, że to teatr dla dorosłych? Wszyscy czekają w napięciu. W końcu Kasia słabnie i puszcza nogę.
- Nie! Marian wracaj! - krzyczy pełna rozpaczy do mężczyzny, wsiadającego w samej bieliźnie i opuszczonych spodniach do autobusu. Tragedia większa, niż w końcowej scenie "Titanica". Ma się wrażenie, że to już koniec, że porzucenie będzie napisem kończącym sztukę, jednak funkcjonariusz wyciąga mężczyznę z autobusu.
- Najpierw sobie wszystko wyjaśnimy - mówi do zszokowanego Mariana. Katarzyna wygląda na szczęśliwszą, jej twarz jaśnieje. Marian ma za to zamiar przyłożyć strażnikowi, jednak rezygnuje w ostatniej chwili. Cóż za plot twist.
Przedstawienie kończy się cliffhangerem. Strażnicy odprowadzają dwójkę bohaterów do samochodu i w całym tym przejęciu, nawet nie kłaniają się publiczności.
Najwidoczniej zapomnieli wyjść z roli, bo nie skasowali nawet za bilety.
Dobrze oceniam to przedstawienie, mimo że aktorom w mundurach zabrakło dramatyzmu to ciekawie uzupełniali scenę. Mam nadzieję na kontynuację i więcej takich ulicznych improwizacji. Wersja demo bardzo mnie przekonała.

wtorek, 5 marca 2019

Etyka zoologicznych

W sklepie zoologicznym mężczyzna ze szczeniakiem na rękach zakupuje wyprawkę.
- Karmę jeszcze potrzebuję 
- Polecam Royal Canin - odpowiada natychmiast sprzedawca, który mutację przeszedł maksymalnie kilka lat temu.
- A macie Acanę, albo Orijena? 
- Nie ma na stanie, można zamówić, ale polecam Royala 
- A Brit chociaż? Macie Brit? - nie poddaje się kupujący i widać, że wie czego szuka.
- Dla szczeniąt akurat nie mamy, ale mamy Royala 
- Co pan z tym Royalem w kółko i w kółko, przecież to wcale nie jest taka dobra karma, zna pan skład? 
- Tak, znam 
- I mimo to pan poleca? 
Młodzieniec przy kasie wzdycha i odpowiada z rezygnacją:
- Ja to muszę polecać, bo mnie inaczej wywalą. Pan myśli, że ja nie wiem co jest lepsze, ale co z tego?
- To wbrew sumieniu pan to poleca? Dobrze, że nie Pedigree.
- Sumieniem się nie najem. Etyka zawodowa to jedno, a to co chce szef to drugie. Mam jeszcze zamiar polecić panu przysmaki na bazie zbóż i szelki, które nie nadają się na młodego psa, bo zniszczą mu łopatki.
- Dobrze wiedzieć.
- Jako, że jest pan opornym klientem, muszę ulec. To co zamawiać Acanę, czy Orijena? - pyta z uśmiechem sprzedawca.
- Daj pan Orijena.
A ja chciałam składać tam CV...

poniedziałek, 4 marca 2019

Mężczyzna, który nie znosił zwierząt

Pewien mężczyzna nie tolerował zwierząt. Nie cierpiał ich. Nie przejawiał wobec nich nawet okruchu sympatii. Było to problematyczne, ponieważ rodzina mężczyzny kochała wszystko, co miało futro i poruszało się na czterech nogach. Jego żona posiadała dwa koty, syn psa, a córka konia.
Pan domu nie zbliżał się do pupili i oczekiwał tego samego w zamian. Nie chciał ich dotykać, nie chciał na nie patrzeć, ani do nich mówić. Starał się udawać, że ich tam nie ma, mimo że codziennie mijał psie miski, kocie zabawki i końskie siano. Rodzina musiała zaakceptować taki stan rzeczy i unikać konfliktów o podłożu zwierzęcym. Czworonogi instynktownie omijały mężczyznę, czując jego wrogość i będąc przepędzane w przeszłości.
Pewnego dnia rodzina dostała informację o pogrzebie bliskiej osoby. Jedno z nich musiało zostać, by pilnować dobytku i zwierząt. Po długich dyskusjach i wielu kłótniach wyznaczona została głowa rodziny. Zmarł ktoś od strony żony, a dzieci nie mogły zostać same, więc wybór był oczywisty.
- Będę je karmił, ale nie oczekujcie, że będę wokół nich biegał. Dostaną jedzenie, to wszystko ode mnie. Żadnego głaskania, rzucania patyczków, ani mówienia jak do dziecka. Pies dostanie miskę i otwarte drzwi. Koty tak samo. Konia mogę wyprowadzić na padok, ale nie będę na nim jeździł. Te trzy dni wytrzyma i to nie podlega negocjacjom - zaznaczył mężczyzna, kiedy jego bliscy wsiadali do samochodu. Rodzina martwiła się o zwierzęta, ale nie miała wyboru. Wszyscy liczyli, że przez te trzy dni nie zdarzy się nic strasznego. Każde z nich dzwoniło do domu, by dowiedzieć się co ze zwierzętami, ale otrzymywali tylko zdawkowe "żyją" i to musiało im wystarczyć.
Kiedy po trzech dniach samochód z kobietą i dziećmi zaparkował na podjeździe, radości nie było końca. Zwierzęta skakały wokół właścicieli i ocierały się o ich nogi, dzieci głaskały je i przytulały, jakby nie widziały ich od lat. Mężczyzna spoglądał na to z dezaprobatą i kiwał głową.
Kilka dni później zauważyłam znajomego psa. Nie było z nim jednak nastoletniego chłopca, a dorosły mężczyzna. Przypominał nieco ojca nastolatka, ale to było niemożliwe. Nie z jego podejściem do zwierząt. Przez późną porę i ograniczoną widoczność mogłam pomylić psy, a nawet ludzi, jednak mimo to przy najbliższej okazji opowiedziałam o tym rodzinie. Na początku mi nie wierzyli, ale potem spojrzeli po sobie i zaczęli przyznawać, że ojciec faktycznie zachowywał się ostatnio dziwacznie. Był przyłapywany na karmieniu konia marchewką, mimo że nie musiał tego robić. Złapany na gorącym uczynku odpowiadał z wyrzutem, że "marchew jest już stara i i tak się do niczego nie nada więc zamiast wyrzucać dał ją zwierzęciu". Córka sprawdziła warzywa i były zupełnie świeże. Żona mężczyzny wyznała, że kiedy nikt nie widział mąż przesiadywał na schodach, jak to miał w zwyczaju kiedy wychodził zapalić, lecz wokół niego kręcił się pies. Mogłaby przysiąc, że raz nawet mężczyzna go pogłaskał, ale wmówiła sobie że wszystko jej się przywidziało. Koty również zasypiały bliżej fotela, zajmowanego przez głowę rodziny, mimo że nie robiły tego nigdy wcześniej. Za każdym razem przyłapany mężczyzna peszył się i odpychał zwierzęta, jednak sytuacje się powtarzały.
W końcu rodzina spytała go otwarcie, czy wychodził w nocy z psem na spacer. Ojciec odpowiedział tylko oschle jak zwykle "Usłyszałem coś na zewnątrz, więc poszedłem sprawdzić czy się ktoś nie kręci. Wziąłem kundla w razie czego, żeby darmozjad się na coś przydał". Z mojej perspektywy wyglądało to na zwykły spacer i mężczyzna sam chyba nie wierzył w swoje usprawiedliwienia. Nie miał zamiaru jednak przyznać, że polubił zwierzęta. Nie chciał też rozmawiać o tych trzech dniach, kiedy był z nimi sam. Jedyną odpowiedzią, jaką udawało się uzyskać było: "Dawałem im żreć i wody. Jak coś potrzebowały to szły na podwórko, co jeszcze chcecie usłyszeć?".
Okazało się jednak, że jednej nocy zerwała się nawałnica, a deszcz zalewał całe podwórko. Sąsiedzi twierdzili, że mężczyzna uspokajał konia, który wystraszył się hałasu, nakrył go derką i wpuścił psa z kotami do domu. Zwierzaki były przemoczone i brudne, dlatego takie zachowanie było zadziwiające.
Pan domu oczywiście wyparł się wszystkiego, twierdząc, że sąsiad wymyślił zdarzenie.
Kiedy syn przyszedł do ojca z prośbą o przygarnięcie drugiego psa ze schroniska i aprobatą matki, był w niemałym szoku, gdy usłyszał: "Ale Ty się będziesz nim zajmował. Ma się do mnie nie zbliżać i niczego nie zafajdać. Ponosisz pełną odpowiedzialność". Nikt nawet nie podejrzewał pozytywnego rozpatrzenia wniosku i chłopak ulotnił się nim ojciec zdążył zmienić zdanie.
Do tej pory nie wiadomo jakie wydarzenia doprowadziły do tak diametralnej zmiany mężczyzny wobec zwierząt, ale coraz częściej przyłapywano go na spoufalaniu się z psem, czy koniem. Rodzina przestała pytać i udawała, że niczego nie dostrzega, żeby nie niszczyć tej delikatnej więzi.
Taki stan rzeczy trwa do dziś i głowa rodziny coraz mniej się z tym ukrywa.
Wychodzi na to, że czasem wystarczy dać komuś więcej przestrzeni i nie naciskać tak mocno, żeby osiągnąć coś czego nie dało się osiągnąć latami.

niedziela, 3 marca 2019

Kazik - Mietek król browara

Na ogrodzonym placu zabaw bawią się dzieci. Ich rodzice siedzą na przyległych do obiektu ławkach i obserwują swoje latorośle. Wokół placu zabaw przewijają się ludzie z psami, jako że całość otaczają tereny zielone.
Po śmietnikach grzebie mister Kazik / Mietek, reagujący na każde imię, które poprzedza wyraz "wódeczka". Król browarku 2010 poszukuje butelek i wszystkiego co nada się na recykling. Towarzysz Mietek dba więc o środowisko naturalne i walczy z zanieczyszczeniem planety.
Z ławki słychać głos kobiety, która też walczy, ale na innym froncie.
- Sracie wszędzie tymi psami, potem wbiegną w to dzieci i śmierdzi na całym placu - krzyczy do nastolatki z Dalmatyńczykiem wściekła matka. Mogła za obiekt swoich żalów wybrać pana z Owczarkiem, który również stał nieopodal, ale mężczyzna był zbyt mięsisty i napakowany. Nastolatka była oczywistym wyborem.
- Ale ja mam worki i sprzątam, więc jak mają w coś wdepnąć. Plac jest ogrodzony do tego - broni się dziewczyna.
- Ale wrzucacie to do tych koszy i śmierdzi. Poza tym, tam pod krzakiem leży gówno. Posprzątaj je. 
- Jak wysadzacie dzieciaki pod krzaki to też śmierdzi, a nie widziałam żeby któraś sprzątała. Poza tym, to nie mojego psa, ja po nim sprzątam. Cudzych zbierać nie będę.
Tego już za wiele, miarka się przebrała. Obrończyni placu zabaw w natarciu już ma zamiar wyzwać młodocianą od gówniar i smarkuli, kiedy wyciągając ze śmietnika butelkę po Tyskim odzywa się mister Kazimierz:
- To moje gówno.
Głowy wszystkich obracają się w stronę płynącego z rozbujanego mężczyzny głosu. Dzieci przerywają zabawę na huśtawkach i patrzą na króla browarku oczami pełnymi niedowierzania.
- Tak - kontynuuje Mieciu - Moje. Ja nasrałem i co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Atakującą oszołomiło, ale po chwili dochodzi do siebie i podejmuje przerwany atak. Nastolatka z szeroko otwartymi ustami ulatnia się razem z psem, korzystając z tarczy, jaką stworzył mister Kazik.
- To niech pan to teraz posprząta, tu się dzieci bawią! - warczy kobieta, wstając z ławki. Prawdopodobnie po to, żeby dodać sobie odwagi, centymetrów i zabrzmieć poważniej.
- A ma królowa woreczek? Bo ja nie dysponuję woreczkiem.
Kupa oczywiście nie należy do mężczyzny. Nie należy do żadnego człowieka, to ewidentnie psia kupa. Jak się je zbiera już przeszło siedem lat, to jest się specjalistą. Mieczysław twardo upiera się jednak, że to jego i ma zamiar ją pozbierać. Waleczny rycerz nastolatki otrzymuje woreczek, podchodzi do zasuszonych cukierków, zbiera je i zaglądając kolejno do przyławkowych śmietników wybiera jeden na miejsce zrzutki.
- Co pan?! To tu będzie teraz śmierdziało! Dzieci się tu bawią - szarżuje ponownie kobieta.
- Po pierwsze królowo - rzecze Kazik, wrzucając worek do wybranego śmietnika - To te Wasze gówniaki w pieluchach mają gorsze ekstre... ektrementa, a po drugie wrzucam tylko tam gdzie już przeszukałem. A po trzecie jeszcze, to w tym koszu jest pielucha, która śmierdzi bardziej, można sprawdzić, się nachylić, ja się znam, mam doświadczenie. Jeszcze po czwarte... czwarte? Tak, chyba cztery teraz. Po czwarte to te szczyle na placu zabaw takie czyścioszki i wychuchane, ale niejeden z nich sobie w dupsku grzebał i to potem wąchał, albo smarował po ścianie. Co taka oburzona, nie jest tak? Teraz to się nikt nie przyzna, ale to normalne jest, więc już skończ pani udawać, że dopiero co z perfumerii żeście wyszli i psy w spokoju zostawcie.
Po tym oświadczeniu obrońca uciśnionych zbiera swoje torby, przelicza znalezione dobro i przy akompaniamencie westchnień niedowierzania rodziców na ławkach, maszeruje z uśmiechem do monopolowego.


sobota, 2 marca 2019

Zamykajcie drzwi na noc

W naszym domu panuje pewna zasada. Kto wieczorem wchodzi przez drzwi ostatni, zamyka je na klucz. Jako, że na Morfinowe spacery chodzę tylko ja i często opuszczamy mieszkanie po północy, obowiązek pilnowania tej reguły spada na mnie.
Tego dnia było jednak inaczej. Ostatnia wchodziła moja mama, wracająca z urodzin koleżanki. Była to godzina druga w nocy i czekając na nią, przysypiałam przed komputerem. Pies był po spacerze, siostra już spała. Rodzicielka weszła, przebrała się i udała w kimono. Słysząc jej chrapanie postanowiłam zrobić to samo. "Po drodze" odwiedziłam jeszcze lodówkę, celem przejrzenia jej zawartości i wracając korytarzem odruchowo złapałam za klamkę. Drzwi były otwarte. Przekręciłam klucz i niosąc tosty w jednej ręce, a keczup w drugiej skierowałam się do swojego pokoju. Sen całkowicie mnie opuścił. Oglądałam jakiś mało spektakularny kanał, kiedy usłyszałam mocne szarpanie za klamkę drzwi wejściowych. Dochodziła czwarta, więc albo ktoś wracając z imprezy pomylił drzwi, albo w budynku panował pożar. Podbiegłam do wizjera. Na klatce schodowej panował mrok. Światło było uruchamiane na czujnik ruchu, więc cokolwiek to było, już sobie poszło. Zakładałam pomyłkę któregoś z nietrzeźwych sąsiadów. W końcu, żeby dostać się na klatkę trzeba dysponować kluczem, albo znać pin.
Dnia następnego okazało się, że rodzina mieszkająca obok nas również słyszała szarpanie, ale kiedy podeszli do wizjera, nie ujrzeli tam nikogo. Sytuacja była na tyle dziwna, że żaden z mieszkańców nie chciał przyznać się do pomyłki, a zajście miało miejsce na długości całego bloku i tylko na parterze. Ktoś obszedł siedem klatek, dostał się do środka i próbował wejść do najbliższych mieszkań.
Tego samego dnia odwiedziła nas policja, pytając czy w nocy nie działo się nic niepokojącego. Wszyscy zgodnie opowiedzieli o zdarzeniu.
Policjanci szukali zbiegłego pacjenta z zaburzeniami psychicznymi. Mężczyzna mógł być niebezpieczny i kierował się twierdzeniem "Jeśli ktoś ma otwarte drzwi, znaczy że przyjmuje gości". Nie wiadomo jak dostawał się do klatek, ale według zeznań obiegł w ten sposób kilka bloków i cudem zawsze trafiał na zamknięte drzwi.
Ciarki przeszły mi wtedy po plecach, ponieważ gdyby nie moje nocne podjadanie, moglibyśmy mieć w nocy gościa, którego zamiarów nikt nie znał. 
Od tego dnia zawsze sprawdzam drzwi, niezależnie od tego kto wchodzi przez nie ostatni.

piątek, 1 marca 2019

Ufajcie psim instynktom

Opowiem Wam dzisiaj historię o zaufaniu.

Nie ma co się oszukiwać, w ostatnim czasie nie czułam się najlepiej. Kilka miesięcy temu zaczęłam miewać bóle głowy. Mimo, że ostatni ból głowy miałam za dzieciaka, nie uznałam tego za żadną anomalię. Takie rzeczy się przecież zdarzały, zwłaszcza przy dużych wahaniach ciśnienia i przy tym co działo się z pogodą za oknem. Żyłam wtedy w większym stresie niż zazwyczaj i pochłonięta przygotowaniami do egzaminów zignorowałam tak pozornie błahy problem. Ból przychodził nagle, obejmował całą czaszkę, obezwładniał mnie na kilka sekund i odchodził tak szybko jak się pojawiał. Nie przypominał niczego co znałam, ale właściwie rodzajów bólu głowy znałam do tej pory niewiele. 
Wmówiłam sobie, że to normalne.
Budziłam się wykończona (to znaczy bardziej niż zwykle) i zasypiałam w sposób niekontrolowany. Potrzebowałam drzemek, choćby kilkuminutowych, żeby dotrwać do końca dnia. Zaczęłam sypiać dłużej niż zwykle. Nigdy do tej pory nie potrzebowałam aż takiej ilości snu. Moja koncentracja zmalała do tego stopnia, że każde pytanie wymagało powtórzenia, żebym zrozumiała jego treść. Byłam nieobecna i wszystko robiłam na autopilocie.
Twierdziłam, że to normalna sytuacja, a problemy ustąpią, kiedy zaliczę sesję. 
Martwiło mnie natomiast nietypowe zachowanie Morfiny. Pies zawsze chodził za mną, kiedy opuszczałam pokój i kładł się tam, gdzie mógł mieć mnie na oku, nigdy jednak nie było to tak intensywne. Świnek wpakowywał się na kolana i kładł na mnie głowę kiedy spałam. Potrafił spać na siedząco, żeby tylko mieć ze mną kontakt i dotykać nosem mojej twarzy. Zaczęło się też intensywne lizanie odkrytych rąk i próby wchodzenia na łóżko.
Morfina to pieszczoch, ale takie zachowanie było przesadą nawet biorąc pod uwagę jej możliwości. Do tej pory wolała też spać u siebie, ponieważ na łóżku było jej zwyczajnie za ciepło. 
Zaniepokojona wybrałam się do weterynarza. Lekarz wysłuchał objawów, zrobił podstawowe badania i odparł, że psisko jest zupełnie zdrowe, nic nie wskazuje na depresję i najwidoczniej wymaga mojej zwiększonej atencji. Zostałam poinformowana, że "przylepność" i zachowanie psów może zmieniać się z wiekiem i jest to normalna kolej rzeczy. Nieco uspokojona wróciłam do domu i zaakceptowałam nowy porządek, składający się na psa przyklejonego do mnie pyskiem 24/7.
Bóle głowy stały się rzadsze, za to powróciły paraliże senne - zjawisko, które odeszło w zapomnienie kiedy skończyłam dziesięć lat. Wstanie z łóżka zajmowało mi coraz więcej czasu. Postawiłam nawet w pokoju czujnik dwutlenku węgla, myśląc że się podtruwam przez sen na tak małym metrażu z ograniczoną wentylacją. 
Czujnik nigdy nie zapiszczał, a sytuacja stawała się uporczywa. Potrafiłam też budzić się z psimi faflami na czole. Uznałam, że muszę się do tego przyzwyczaić, tak jak do natarczywego lizania. Dziwiło mnie trochę, że byłam jedynym obiektem zwiększonej psiej miłości, ale z drugiej strony to ja spędzałam z nią najwięcej czasu.
Dla świętego spokoju wybrałam się do lekarza. Opowiedziałam o objawach, a doktor z miną męczennika stwierdził, że muszę się więcej wysypiać i mniej stresować. Dodał też, że wszyscy się starzejemy i że nie mogę oczekiwać od organizmu tego samego poziomu energii co kiedyś. Uświadomiłam lekarza, że mam 24 lata, śpię obecnie więcej niż kiedykolwiek w życiu, nie wybieram się jeszcze na emeryturę i opuściłam gabinet.
Znalazłam inną przychodnię, gdzie doktor podszedł do tematu z ciut większym zaangażowaniem.
- Pali pani? - spytał
- Nie - odparłam
- Pije alkohol częściej niż raz w tygodniu? -
- Nie - 
- Proszę odpowiadać szczerze, bo nie będę mógł pani pomóc -
- Nie piję alkoholu -
- Jakieś inne *ekhem* substancje lub używki? -
- Nie -
- Zmierzymy ciśnienie i wejdzie pani na wagę -
- Ok -
- Ma pani nadwagę, ale nie jest to jeszcze otyłość -
- Tak, wiem -
- Powinna pani zmienić tryb życia na zdrowszy -
- Tak, wiem. Czy to ma związek? -
- Cóż, może mieć. Zrobi pani badania krwi i wróci tu z wynikami -
Tak też zrobiłam. Wyniki wyszły książkowo. 
Lekarz zlustrował papier z laboratorium i zaczął zastanawiać się nad wysłaniem mnie do psychologa. Nie miałam nic przeciwko takiej wizycie. Konsultacja dobiegła końca, ja wstałam z krzesła i uderzona bólem głowy który był mi już znajomy usiadłam na krześle ponownie. Lekarzowi wybełkotałam, że tak to wygląda i zaraz mi przejdzie, ale na moją rękę zakładany był już sprzęt do mierzenia ciśnienia. Doktor spojrzał na aparat, na mnie i ponownie na aparat. Moja głowa wracała już do normy, więc poinformowałam lekarza, że już mi lepiej.
- Chyba może pani sobie darować tego psychologa. Zdaje się, że wiem w czym problem -
Musiałam zostać w poczekalni, gdzie moje ciśnienie zostało zmierzone w odstępach czasowych jeszcze kilkukrotnie. Dostałam skierowanie na dokładniejsze badania i poznana została przyczyna moich problemów. Przyczyna jak najbardziej fizyczna i będąca naroślą, której w miejscu jej przebywania nie powinno być. Zostały podjęte szybkie (w miarę) kroki przywrócenia mnie do stanu używalności.
Po interwencji medycznej bóle głowy nie wróciły, paraliże senne odeszły, a ja wróciłam do ilości godzin przeznaczonej na sen, jaka była dla mnie normą przed zdarzeniem.
Co jednak ciekawsze Morfina wróciła na swoje posłanie, przestała mnie natarczywie lizać, przyklejać się do mnie pyskiem i wpychać się na kolana. Zaczęła zachowywać się normalnie, tak jak wcześniej. Dalej wszędzie za mną chodziła i trzymała się blisko, ale to był jej naturalny stan.
Dotarło do mnie, że ona wiedziała. Nie wiem dokładnie jak, ale ona wiedziała. Czuła, że coś jest nie tak. Może pachniałam inaczej, może mój organizm wysyłał sygnały które tylko jej wrażliwy nos mógł odebrać. Starała mi się to przekazać, ale bez użycia mowy było to skomplikowane i utrudnione.
Morfina zachowywała się dziwnie nie ze względu na siebie, a na mnie.
Chyba powinniśmy czasem bardziej ufać naszym czworonożnym przyjaciołom.
I starać się zrozumieć to, co chcą nam przekazać.
Dzięki Świnku, masz u mnie duże ciacho.