Ostatniej nocy wiał okrutny, bardzo silny wiatr. Psie potrzeby są bezlitosne, więc po molestacji dzwonkiem moich uszu, opatuliłam się najszczelniej jak tylko mogłam i z wąską przerwą na oczy i nos wyszłam na zewnątrz. Nie brałam smyczy, jako że liczyłam na szybkie siku przed blokiem i powrót do ciepełka. Dłuższy spacer był zaliczony wcześniej.
Kiedy tylko wyszłam z klatki uderzył mnie podmuch tak silny, że wyginał mniejsze drzewka. Morfina w swoich trzydziestu kilogramach miała problem opierać się siłom natury i jej prosty zazwyczaj kurs na trawnik zmienił się w slalom. Futro powiewało, uszy trzepotały, ogon poruszał się we wszystkich kierunkach, próbując utrzymać równowagę. Okazało się że Świnek przygotowywał się do grubszej zrzutki. Królowa falującego futra usiłowała obrócić się w każdym możliwym kierunku, ale kiedy tylko wyginała grzbiet, traciła stabilność i przeważało ją do przodu. Gdyby nie refleks przednich łap, jej pysk lądowałby w błocie. Po kolejnej nieudanej próbie spojrzała na mnie wymownie, jakbym potrafiła zatrzymać wiatr i robiła jej na złość. Stanęłam więc przy jej pysku, żeby swoim ciałem odciąć ją chociaż częściowo od wiatru i mieć to już za sobą.
Udało się. Morfi bujała się, walcząc o równowagę, ale pozycja była na tyle stabilna, że mogła przystąpić do części drugiej procesu.
Wtedy zobaczyłam lecący prosto na mnie, niesiony podmuchami pusty worek na śmieci. Stałam naprzeciwko psa, więc była duża szansa trafienia tego swoistego latawca w psi tyłek, przerywając tym samym proces którego przerywać nie chciałam. Wygięłam się do przodu, żeby móc go złapać w locie. Wyglądaliśmy teraz jak dwóch tancerzy, chcących uformować figury tetrisa.
Niestety manewr mi się nie udał, worek leciał za nisko i nakrył sobą ogon i połowę psiego tyłka. Morfina spanikowała. Coś ją dotknęło i próbowało pożreć. Z głośnym piskiem przebiegła pomiędzy moimi nogami i zaczęła uciekać w stronę ławki, obiegając ją dookoła i wracając w moją stronę. Śmieciowy worek już dawno się od niej odkleił i poleciał w swoją stronę, ale ona o tym nie wiedziała. Próbowałam ją zatrzymać słownie, ale napędzana siłą paniki niczego nie słyszała. Wykonywała właśnie trzecie okrążenie trawnika. O dogonieniu jej nie było nawet mowy, więc postanowiłam poczekać aż będzie mnie mijać czwarty raz i zablokować ją ciałem. Udało mi się, ale tylko dlatego że biegła wolniej. Zziajana stanęła i zaczęła oglądać się za siebie. Po zapewnieniach, że nic już jej nie goni trochę się uspokoiła, ale o kontynuacji przerwanego procesu mogłam zapomnieć. Kilka godzin później zostałam obudzona w celu dokończenia dzieła.
Wyszłam ponownie, tym razem na smyczy, żeby łatwiej było mi ją zatrzymać gdyby kolejny worek, czy inny liść miał czelność znowu ją zaatakować.
Świnek się naprężał i oglądał histerycznie za siebie. Musiałam stanąć od strony jej ogona, żeby w końcu się załatwiła, mając pewność że nic nie pożre jej od tyłu.
Odwaga tego psa zadziwia mnie każdego dnia.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
piątek, 15 lutego 2019
czwartek, 14 lutego 2019
Maraton Buldoga i choroby wrodzone
Wiedzieliście, że psy też mogą mieć zakwasy?
Zapewne tak. Psie zakwasy pojawiają się rzadko i znikają szybciej, jako że w mięśniach tych zwierząt zachodzą inne reakcje chemiczne niż w naszych i są one zazwyczaj w dużo lepszej kondycji od ludzkich. Są jednak ludzie, którzy nie dopuszczają do siebie takiej myśli.
Wiele lat temu, kiedy Morfina była jeszcze małą, włosianą, nieforemną kulką o za długich kończynach względem reszty ciała, miałam znajomą z Buldogiem francuskim. Jej pies miał wtedy trzy lata i był typowym kanapowcem. Spacer w pięć minut, żarełko, łóżeczko. Taki psi Garfield.
Pewnego dnia zebraliśmy się grupką znajomych i postanowiliśmy wybrać się na pieszą wycieczkę do lasu - 40 km w dwie strony. Przyszykowałam psu torbę, jako że wiedziałam iż przez większość trasy będę puppera niosła. Zabraliśmy prowiant, psy i spotkaliśmy się w ustalonym miejscu.
Właścicielka Buldoga przyszła z pociechą, która była z tego faktu bardzo niezadowolona.
- Masz coś, żeby go nieść jak się zmęczy? - spytał jeden z członków wyprawy.
- Bo co? Bo to że masz Huskiego, to mój od razu nie da rady? -
- Nie o to chodzi. On nie jest przyzwyczajony, a mój tak. Poza tym nie oszukujmy się, Buldogi nie są anatomicznie stworzone do maratonów -
- Da radę - odpowiedziała krótko dziewczyna i zamknęliśmy temat, chcąc uniknąć kłótni.
Już po pierwszych kilometrach Buldog zaczął z siebie wydawać dźwięki niezadowolenia i z nadzieją spoglądał na Morfinią głowę, wystającą z mojej torby.
- On też się zmieści - zagaiłam do właścicielki - Mogę go chwilę ponieść, niech sobie odpocznie -
- Nie trzeba, da radę -
Odpuściłam.
W połowie drogi zrobiliśmy postój na napojenie i nakarmienie siebie i psów. Wtedy to właśnie Buldog zaległ na chodniku i chrapiąc głośno udał się na drzemkę. Kiedy próbowaliśmy go obudzić, udawał że śpi i przysuwał się coraz bliżej torby. Ewidentnie nie miał zamiaru uczestniczyć więcej w wycieczce. Odmawiał wstania i dalszego marszu.
Udało nam się przekonać właścicielkę, żeby niosła go w mojej torbie, kiedy Morfina będzie szła. Mogli się przecież zmieniać.
Skończyło się na tym, że większość drogi powrotnej płaski pychol spędził w torbie, a Morfina na moich rękach i oba psy były z tego bardzo zadowolone.
Następnego dnia miałam problemy, żeby unieść ręce powyżej poziomu ramion. Ubranie się było nadludzkim wyczynem i winić za to mogłam tylko powrotną trasę i fakt, że niosłam psa na rękach zamiast w torbie.
Na spacerze tego dnia spotkałam ponownie właścicielkę anty spacerowicza. Pies nie mógł podnieść nogi, żeby obsikać drzewko i tuptał w miejscu na sztywnych łapach.
- On też ma zakwasy? - spytałam, widząc ile trudu sprawia Buldogowi każdy krok.
- Nie - odparła natychmiast dziewczyna - On tak zawsze chodzi -
Nie wydawało mi się to prawdą, ale odpuściłam.
Mimo, że cierpiałam, byłam z siebie dumna. Szczeniaka nie można forsować, a mnie udało się tego dokonać, niosąc go całą drogę z przerwami na rozprostowanie łap i potrzeby fizjologiczne.
Kilka miesięcy później okazało się, że Morfina cierpi na ciężki przypadek dysplazji i potrzebna jest operacja, żeby jej stan się nie pogarszał.
Po zabiegu właściwie cały tył psa znajdował się w gipsie, a brzdąc dostał ograniczenie ruchu przez 6 tygodni. Nie wiem, czy ktoś z Was próbował kiedyś powstrzymać pełnego energii szczeniaka przed ruszaniem się przez 1,5 miesiąca, ale nie jest to łatwe zadanie.
Znosząc po raz kolejny psa ze schodów spotkałam właścicielkę Buldoga. Powiedziałam jej o dysplazji i o zabiegach, na co ona odparła:
- Bo pies to się musi ruszać, nawet jak nie chce. Masz to swoje noszenie w torbie -
Zapewniłam ją, że gdybym przeforsowała jej stawy, wynik byłby tylko gorszy.
- Jakoś mojemu nic nie jest -
Tłumaczenie, że to wina genów i wrodzonych predyspozycji, które mają zazwyczaj większe psy nie przyniosły efektów.
Dziewczyna krytykowała głośno fakt, że stosuję się do zaleceń lekarza i ograniczam psu ruch, że wnoszę i znoszę go po schodach, że zabraniam mu bawić się z innymi psami, że jeżdżę z nim na rehabilitację, bo przecież "pobiegałby sobie i by było to samo".
Właścicielka Buldoga przestała się śmiać i zaczęła mnie unikać, kiedy u jej psa zdiagnozowano problemy z oddychaniem, wynikające z takiej budowy pyska. Choroba wrodzona o podłożu genetycznym, która objawy dała dość późno, lub nie zostały wcześniej zauważone.
Pewnego dnia przyszła mnie przeprosić. Musiała wyjechać i bała się zostawić psa w obcych rękach.
Zgodziłam się go pilnować.
Czy przez to przeprosiny były nieszczere? Nie, ale uważam że sytuacja ją zmobilizowała i gdyby nie wyjazd nigdy bym ich nie usłyszała.
Moja babcia miała na takie sytuacje specjalne hasełko.
"Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku".
Zapewne tak. Psie zakwasy pojawiają się rzadko i znikają szybciej, jako że w mięśniach tych zwierząt zachodzą inne reakcje chemiczne niż w naszych i są one zazwyczaj w dużo lepszej kondycji od ludzkich. Są jednak ludzie, którzy nie dopuszczają do siebie takiej myśli.
Wiele lat temu, kiedy Morfina była jeszcze małą, włosianą, nieforemną kulką o za długich kończynach względem reszty ciała, miałam znajomą z Buldogiem francuskim. Jej pies miał wtedy trzy lata i był typowym kanapowcem. Spacer w pięć minut, żarełko, łóżeczko. Taki psi Garfield.
Pewnego dnia zebraliśmy się grupką znajomych i postanowiliśmy wybrać się na pieszą wycieczkę do lasu - 40 km w dwie strony. Przyszykowałam psu torbę, jako że wiedziałam iż przez większość trasy będę puppera niosła. Zabraliśmy prowiant, psy i spotkaliśmy się w ustalonym miejscu.
Właścicielka Buldoga przyszła z pociechą, która była z tego faktu bardzo niezadowolona.
- Masz coś, żeby go nieść jak się zmęczy? - spytał jeden z członków wyprawy.
- Bo co? Bo to że masz Huskiego, to mój od razu nie da rady? -
- Nie o to chodzi. On nie jest przyzwyczajony, a mój tak. Poza tym nie oszukujmy się, Buldogi nie są anatomicznie stworzone do maratonów -
- Da radę - odpowiedziała krótko dziewczyna i zamknęliśmy temat, chcąc uniknąć kłótni.
Już po pierwszych kilometrach Buldog zaczął z siebie wydawać dźwięki niezadowolenia i z nadzieją spoglądał na Morfinią głowę, wystającą z mojej torby.
- On też się zmieści - zagaiłam do właścicielki - Mogę go chwilę ponieść, niech sobie odpocznie -
- Nie trzeba, da radę -
Odpuściłam.
W połowie drogi zrobiliśmy postój na napojenie i nakarmienie siebie i psów. Wtedy to właśnie Buldog zaległ na chodniku i chrapiąc głośno udał się na drzemkę. Kiedy próbowaliśmy go obudzić, udawał że śpi i przysuwał się coraz bliżej torby. Ewidentnie nie miał zamiaru uczestniczyć więcej w wycieczce. Odmawiał wstania i dalszego marszu.
Udało nam się przekonać właścicielkę, żeby niosła go w mojej torbie, kiedy Morfina będzie szła. Mogli się przecież zmieniać.
Skończyło się na tym, że większość drogi powrotnej płaski pychol spędził w torbie, a Morfina na moich rękach i oba psy były z tego bardzo zadowolone.
Następnego dnia miałam problemy, żeby unieść ręce powyżej poziomu ramion. Ubranie się było nadludzkim wyczynem i winić za to mogłam tylko powrotną trasę i fakt, że niosłam psa na rękach zamiast w torbie.
Na spacerze tego dnia spotkałam ponownie właścicielkę anty spacerowicza. Pies nie mógł podnieść nogi, żeby obsikać drzewko i tuptał w miejscu na sztywnych łapach.
- On też ma zakwasy? - spytałam, widząc ile trudu sprawia Buldogowi każdy krok.
- Nie - odparła natychmiast dziewczyna - On tak zawsze chodzi -
Nie wydawało mi się to prawdą, ale odpuściłam.
Mimo, że cierpiałam, byłam z siebie dumna. Szczeniaka nie można forsować, a mnie udało się tego dokonać, niosąc go całą drogę z przerwami na rozprostowanie łap i potrzeby fizjologiczne.
Kilka miesięcy później okazało się, że Morfina cierpi na ciężki przypadek dysplazji i potrzebna jest operacja, żeby jej stan się nie pogarszał.
Po zabiegu właściwie cały tył psa znajdował się w gipsie, a brzdąc dostał ograniczenie ruchu przez 6 tygodni. Nie wiem, czy ktoś z Was próbował kiedyś powstrzymać pełnego energii szczeniaka przed ruszaniem się przez 1,5 miesiąca, ale nie jest to łatwe zadanie.
Znosząc po raz kolejny psa ze schodów spotkałam właścicielkę Buldoga. Powiedziałam jej o dysplazji i o zabiegach, na co ona odparła:
- Bo pies to się musi ruszać, nawet jak nie chce. Masz to swoje noszenie w torbie -
Zapewniłam ją, że gdybym przeforsowała jej stawy, wynik byłby tylko gorszy.
- Jakoś mojemu nic nie jest -
Tłumaczenie, że to wina genów i wrodzonych predyspozycji, które mają zazwyczaj większe psy nie przyniosły efektów.
Dziewczyna krytykowała głośno fakt, że stosuję się do zaleceń lekarza i ograniczam psu ruch, że wnoszę i znoszę go po schodach, że zabraniam mu bawić się z innymi psami, że jeżdżę z nim na rehabilitację, bo przecież "pobiegałby sobie i by było to samo".
Właścicielka Buldoga przestała się śmiać i zaczęła mnie unikać, kiedy u jej psa zdiagnozowano problemy z oddychaniem, wynikające z takiej budowy pyska. Choroba wrodzona o podłożu genetycznym, która objawy dała dość późno, lub nie zostały wcześniej zauważone.
Pewnego dnia przyszła mnie przeprosić. Musiała wyjechać i bała się zostawić psa w obcych rękach.
Zgodziłam się go pilnować.
Czy przez to przeprosiny były nieszczere? Nie, ale uważam że sytuacja ją zmobilizowała i gdyby nie wyjazd nigdy bym ich nie usłyszała.
Moja babcia miała na takie sytuacje specjalne hasełko.
"Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku".
środa, 13 lutego 2019
Wdech i ostrożnie rozbrajamy
Jeśli macie w domu psa i wychodzicie z nim na spacer, oraz zbieracie jego produkty przemiany materii, ta sytuacja prawdopodobnie przydarzyła Wam się chociaż raz.
Wychodzicie z domu. W jednej ręce smycz, w drugiej woreczki. Nosiciel kleszczy na drugim końcu linki kołuje, szukając odpowiedniego miejsca na spuszczenie bomby. Kołujecie razem z nim, bo smycz krótka, a przecież procesu nie będziecie przerywać. W kuckach zwierzę obeszło już pół podwórka. Wygląda jak włochaty Smeagol. W końcu udaje się znaleźć to jedne, jedyne, idealne miejsce. Przyglądacie się procesowi defekacji, kiedy dociera do Was zapach z siłą uderzeniową małej car-bomby. Woń jest ciężka i odbiera Wam dostęp tlenu. Zastanawiacie się kiedy Wasz pies zdążył wrąbać kilogram kiszonych jaj i skąd je wziął. Zakładacie worek na rękę, nabieracie powietrza i schylacie się po skarby. Oczy Wam łzawią, ale po omacku docieracie do aktywowanej broni biologicznej. Czujecie się jak saper. Każdy ruch wyrzuca w powietrze nową porcję skażenia. Macie wrażenie, że dziura ozonowa powiększa się trzykrotnie. Niechcący wciągacie powietrze. To był błąd. Macie wrażenie, że właśnie odkryliście położenie zaginionej Atlantydy i że spokojnie ogarnęlibyście Esperanto.
Pies postanawia pozbyć się dowodów i zakopać miejsce zbrodni. Cała ziemia i trawa wyrwana z korzeniami leci Wam prosto w twarz. To przynajmniej częściowo pomaga oprzytomnieć i wrócić na zadaną wysokość. Kryzys zażegnany. Narzędzie masowej zagłady obezwładnione.
Rozglądacie się dookoła. Najbliższy kosz na gówienka znajduje się na drugim końcu miasta, ponieważ futrzak wybrał dla swoich wydzielin taką, a nie inną lokalizację. Postanawiacie nie zwracać uwagi na marudzących ludzi i z braku pomarańczowego pojemnika szukacie jakiegokolwiek. Jest. Daleko na horyzoncie, dwie ulice dalej. Macie nadzieję, że uda Wam się dotrzeć bez utraty przytomności. Psu w tym czasie zbiera się na czułości. Zaczepia przypadkowych przechodniów, którzy postanawiają podrapać zwierzaka i zagrać w 20 pytań. Przy szóstym nie są już w stanie utrzymać się na wdechu, więc odchodzą. Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. Za każdym razem uśmiechacie się przepraszająco i staracie się odejść do miejsca docelowego podróży. Mijacie wycieczkę z przedszkola, narąbanych uczniaków, babcię z bloku obok, dziesięciu znajomych i sznur migrujących dinozaurów. Każdy musi dotknąć pieska i spojrzeć na Was jakbyście w worku nieśli wyłącznie swoje wydzieliny, bo te psie zostały na pewno zabrane przez motylki w plecaczkach z tęczy i brokatu.
Ilość mijanych ludzi jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do intensywności zapachu wydobywającego się z worka.
Przedzieracie się przez tłum, jest coraz duszniej. Na ostatniej prostej zastanawiacie się czy nie wykonać pchnięcia kulą, ale obawiacie się detonacji materiałów niebezpiecznych w torebce.
Odkładacie delikatnie bombę do śmietnika i oddalacie się w pośpiechu. Powietrze. Tlen. Meldujecie wykonanie zadania, kiedy Wasz pies znowu wygina grzbiet w pałąk. Produkcja zwiększyła obroty i postanawia przerzucić się na bursztyn w płynie o zapachu kiszonej kapuchy i śledzia w skarpecie.
Wykonujecie szybkie obliczenia mające na celu ustalenie jak zebrać do worka płynną maziaję i ponownie nabieracie powietrza.
Karierę płetwonurka macie po takim treningu zapewnioną.
Tylko czemu nikt do tej pory nie wpisał spacerów z psem na listę sportów ekstremalnych?
Wychodzicie z domu. W jednej ręce smycz, w drugiej woreczki. Nosiciel kleszczy na drugim końcu linki kołuje, szukając odpowiedniego miejsca na spuszczenie bomby. Kołujecie razem z nim, bo smycz krótka, a przecież procesu nie będziecie przerywać. W kuckach zwierzę obeszło już pół podwórka. Wygląda jak włochaty Smeagol. W końcu udaje się znaleźć to jedne, jedyne, idealne miejsce. Przyglądacie się procesowi defekacji, kiedy dociera do Was zapach z siłą uderzeniową małej car-bomby. Woń jest ciężka i odbiera Wam dostęp tlenu. Zastanawiacie się kiedy Wasz pies zdążył wrąbać kilogram kiszonych jaj i skąd je wziął. Zakładacie worek na rękę, nabieracie powietrza i schylacie się po skarby. Oczy Wam łzawią, ale po omacku docieracie do aktywowanej broni biologicznej. Czujecie się jak saper. Każdy ruch wyrzuca w powietrze nową porcję skażenia. Macie wrażenie, że dziura ozonowa powiększa się trzykrotnie. Niechcący wciągacie powietrze. To był błąd. Macie wrażenie, że właśnie odkryliście położenie zaginionej Atlantydy i że spokojnie ogarnęlibyście Esperanto.
Pies postanawia pozbyć się dowodów i zakopać miejsce zbrodni. Cała ziemia i trawa wyrwana z korzeniami leci Wam prosto w twarz. To przynajmniej częściowo pomaga oprzytomnieć i wrócić na zadaną wysokość. Kryzys zażegnany. Narzędzie masowej zagłady obezwładnione.
Rozglądacie się dookoła. Najbliższy kosz na gówienka znajduje się na drugim końcu miasta, ponieważ futrzak wybrał dla swoich wydzielin taką, a nie inną lokalizację. Postanawiacie nie zwracać uwagi na marudzących ludzi i z braku pomarańczowego pojemnika szukacie jakiegokolwiek. Jest. Daleko na horyzoncie, dwie ulice dalej. Macie nadzieję, że uda Wam się dotrzeć bez utraty przytomności. Psu w tym czasie zbiera się na czułości. Zaczepia przypadkowych przechodniów, którzy postanawiają podrapać zwierzaka i zagrać w 20 pytań. Przy szóstym nie są już w stanie utrzymać się na wdechu, więc odchodzą. Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. Za każdym razem uśmiechacie się przepraszająco i staracie się odejść do miejsca docelowego podróży. Mijacie wycieczkę z przedszkola, narąbanych uczniaków, babcię z bloku obok, dziesięciu znajomych i sznur migrujących dinozaurów. Każdy musi dotknąć pieska i spojrzeć na Was jakbyście w worku nieśli wyłącznie swoje wydzieliny, bo te psie zostały na pewno zabrane przez motylki w plecaczkach z tęczy i brokatu.
Ilość mijanych ludzi jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do intensywności zapachu wydobywającego się z worka.
Przedzieracie się przez tłum, jest coraz duszniej. Na ostatniej prostej zastanawiacie się czy nie wykonać pchnięcia kulą, ale obawiacie się detonacji materiałów niebezpiecznych w torebce.
Odkładacie delikatnie bombę do śmietnika i oddalacie się w pośpiechu. Powietrze. Tlen. Meldujecie wykonanie zadania, kiedy Wasz pies znowu wygina grzbiet w pałąk. Produkcja zwiększyła obroty i postanawia przerzucić się na bursztyn w płynie o zapachu kiszonej kapuchy i śledzia w skarpecie.
Wykonujecie szybkie obliczenia mające na celu ustalenie jak zebrać do worka płynną maziaję i ponownie nabieracie powietrza.
Karierę płetwonurka macie po takim treningu zapewnioną.
Tylko czemu nikt do tej pory nie wpisał spacerów z psem na listę sportów ekstremalnych?
wtorek, 12 lutego 2019
Problem Kauczuka
Spotykam czasem na spacerach psa imieniem Kauczuk.
Kauczuk jest ośmioletnim, niedużym psem po przejściach. Został zabrany ze schroniska, gdzie trafiał regularnie po każdej poprzedniej adopcji.
Łącznie było ich sześć.
Za każdym razem powód oddania był inny: alergia, narodziny dziecka, agresja psa.
Wolontariusze schroniska z każdą adopcją byli coraz ostrożniejsi i uprzedzali nowych właścicieli o problemach psa. Kauczuk był agresywny w stosunku do małych psów i innych zwierząt. Świetnie dogadywał się z większymi psami i końmi, ale wszystko co było mniejsze od niego doprowadzało go do furii. W stosunku do ludzi był przesłodki i uwielbiał się przytulać. Zapewne to przesądzało o decyzjach i skazywało psiaka na częste zmiany rodzin.
Teraz Kauczuk przebywał jednak w rękach właściciela, który sprawiał wrażenie że wie co robi i świadomego problemów psa. Czekała ich długa droga, ale nowy właściciel z pomocą specjalisty walczył dzielnie o wyciszenie agresji swojego futrzastego przyjaciela.
Kauczuk zna Morfinę. Jako, że jest większa dogadują się bezproblemowo. Potrafią razem spacerować i razem się bawić. Czasem psiakowi zdarza się warknąć kiedy Morfi szybciej dobiegnie do rzuconego patyka, ale Świnek dzieli się wtedy zdobyczą i pokazuje że nic się nie dzieje i nikt mu niczego nie próbuje odebrać.
Tego dnia mijając się z właścicielem Kauczuka na chodniku, zatrzymaliśmy się na chwilę żeby wymienić ze sobą kilka zdań. Oba psy na smyczach usiłowały dojść do porozumienia w sprawie leżenia w zamarzniętej kałuży. Dziura z lodem była jedna, a chętnych dwóch i psiaki po chwili zdecydowały, że jak każdy wsadzi łapę do środka, to akurat zmieszczą się po połowie.
Na chodniku raźnym krokiem szła kobieta z Shih tzu na smyczy automatycznej. Widząc nas uznała za stosowne dołączyć do kółeczka wraz ze swoim psem. Czujne oko właściciela Kauczuka wypatrzyło niewiastę i zatrzymało ją w połowie drogi słowami:
- Proszę nie podchodzić, ten mniejszy się rzuci -
Kobieta stanęła i przyglądając się z uśmiechem naprężającemu się już psu rzekła radośnie:
- Ale on jest taki słodki. Moja nic nie zrobi. To jest pies, czy suka? -
- Pies, ale to nie ma znaczenia. Mój może jej zrobić krzywdę. Naprawdę, proszę nie podchodzić -
Właścicielka psa nie ruszała się z miejsca. Jej suka podchodziła coraz bliżej jeżącego się Kauczuka, nieograniczona rozciągliwą smyczą. Jakby nie istniała blokada.
- Przecież widzę, że nie jest agresywny. Stoi koło tego dużego, to małego się przecież nie będzie bał. Poza tym pies z suką się zawsze dogada -
Ledwo Kobieta zdążyła dokończyć zdanie, Kauczuk wystartował jak bolid Kubicy i gdyby nie refleks jego właściciela, z małej suczki niewiele by prawdopodobnie zostało.
Krzyk niewiasty, fruwające Shih tzu lądujące na rękach, Kauczuk obrócony tyłem i próba przekonania go chrupkami, żeby nie patrzył teraz w stronę suczki.
- Powinien mieć kaganiec! - rzecze wystraszona kobieta, odsuwając się na wszelki wypadek na dalszą odległość.
- Ostrzegałem panią. Którego słowa w zdaniu "Proszę nie podchodzić" pani nie zrozumiała? Naraża pani swojego psa i kiedyś to się może źle skończyć - odparł właściciel agresora, pilnując by głowa psa była zwrócona w stronę Morfiny.
Są ludzie, którzy za nic nie potrafią przyznać się do błędu i właścicielka suki do takich właśnie ludzi należała.
- On tylko dlatego zaatakował że tam jest większa suka. Bo on się jej bał, ale się bał zaatakować większą, więc się rzucił do mojej. To jej wina -
- Pani jest niepoważna. Mój pies nie lubi mniejszych od niego psów, dlatego zaatakował. Pytanie było dlaczego pani nie zabrała psa, kiedy o to prosiłem? -
- To jest nienormalne! - rzuciła kobieta i z psem na rękach oddaliła się, oglądając za siebie.
Długo jeszcze próbowałam dojść do logiki niewiasty, ale byłam zmuszona się poddać.
Pozostaje uznać winę Morfiny, która stała obok...
Kauczuk jest ośmioletnim, niedużym psem po przejściach. Został zabrany ze schroniska, gdzie trafiał regularnie po każdej poprzedniej adopcji.
Łącznie było ich sześć.
Za każdym razem powód oddania był inny: alergia, narodziny dziecka, agresja psa.
Wolontariusze schroniska z każdą adopcją byli coraz ostrożniejsi i uprzedzali nowych właścicieli o problemach psa. Kauczuk był agresywny w stosunku do małych psów i innych zwierząt. Świetnie dogadywał się z większymi psami i końmi, ale wszystko co było mniejsze od niego doprowadzało go do furii. W stosunku do ludzi był przesłodki i uwielbiał się przytulać. Zapewne to przesądzało o decyzjach i skazywało psiaka na częste zmiany rodzin.
Teraz Kauczuk przebywał jednak w rękach właściciela, który sprawiał wrażenie że wie co robi i świadomego problemów psa. Czekała ich długa droga, ale nowy właściciel z pomocą specjalisty walczył dzielnie o wyciszenie agresji swojego futrzastego przyjaciela.
Kauczuk zna Morfinę. Jako, że jest większa dogadują się bezproblemowo. Potrafią razem spacerować i razem się bawić. Czasem psiakowi zdarza się warknąć kiedy Morfi szybciej dobiegnie do rzuconego patyka, ale Świnek dzieli się wtedy zdobyczą i pokazuje że nic się nie dzieje i nikt mu niczego nie próbuje odebrać.
Tego dnia mijając się z właścicielem Kauczuka na chodniku, zatrzymaliśmy się na chwilę żeby wymienić ze sobą kilka zdań. Oba psy na smyczach usiłowały dojść do porozumienia w sprawie leżenia w zamarzniętej kałuży. Dziura z lodem była jedna, a chętnych dwóch i psiaki po chwili zdecydowały, że jak każdy wsadzi łapę do środka, to akurat zmieszczą się po połowie.
Na chodniku raźnym krokiem szła kobieta z Shih tzu na smyczy automatycznej. Widząc nas uznała za stosowne dołączyć do kółeczka wraz ze swoim psem. Czujne oko właściciela Kauczuka wypatrzyło niewiastę i zatrzymało ją w połowie drogi słowami:
- Proszę nie podchodzić, ten mniejszy się rzuci -
Kobieta stanęła i przyglądając się z uśmiechem naprężającemu się już psu rzekła radośnie:
- Ale on jest taki słodki. Moja nic nie zrobi. To jest pies, czy suka? -
- Pies, ale to nie ma znaczenia. Mój może jej zrobić krzywdę. Naprawdę, proszę nie podchodzić -
Właścicielka psa nie ruszała się z miejsca. Jej suka podchodziła coraz bliżej jeżącego się Kauczuka, nieograniczona rozciągliwą smyczą. Jakby nie istniała blokada.
- Przecież widzę, że nie jest agresywny. Stoi koło tego dużego, to małego się przecież nie będzie bał. Poza tym pies z suką się zawsze dogada -
Ledwo Kobieta zdążyła dokończyć zdanie, Kauczuk wystartował jak bolid Kubicy i gdyby nie refleks jego właściciela, z małej suczki niewiele by prawdopodobnie zostało.
Krzyk niewiasty, fruwające Shih tzu lądujące na rękach, Kauczuk obrócony tyłem i próba przekonania go chrupkami, żeby nie patrzył teraz w stronę suczki.
- Powinien mieć kaganiec! - rzecze wystraszona kobieta, odsuwając się na wszelki wypadek na dalszą odległość.
- Ostrzegałem panią. Którego słowa w zdaniu "Proszę nie podchodzić" pani nie zrozumiała? Naraża pani swojego psa i kiedyś to się może źle skończyć - odparł właściciel agresora, pilnując by głowa psa była zwrócona w stronę Morfiny.
Są ludzie, którzy za nic nie potrafią przyznać się do błędu i właścicielka suki do takich właśnie ludzi należała.
- On tylko dlatego zaatakował że tam jest większa suka. Bo on się jej bał, ale się bał zaatakować większą, więc się rzucił do mojej. To jej wina -
- Pani jest niepoważna. Mój pies nie lubi mniejszych od niego psów, dlatego zaatakował. Pytanie było dlaczego pani nie zabrała psa, kiedy o to prosiłem? -
- To jest nienormalne! - rzuciła kobieta i z psem na rękach oddaliła się, oglądając za siebie.
Długo jeszcze próbowałam dojść do logiki niewiasty, ale byłam zmuszona się poddać.
Pozostaje uznać winę Morfiny, która stała obok...
poniedziałek, 11 lutego 2019
Kiwi, kiwi, kiwi, kiwi
Okienko. Co zrobić z trzygodzinnym okienkiem w zajęciach? Do domu opłaca się wrócić tylko tym, którzy mieszkają na miejscu. Reszta najczęściej maszeruje do bufetu, albo włóczy się po mieście.
Tak jest i tym razem. W oczekiwaniu na kolejne zajęcia grupa się rozdziela. Część udaje się do akademików na popołudniową drzemkę, lub żeby zjeść obiad, a część zostaje w budynku uczelni. Na tę drugą część składam się ja oraz moja koleżanka. Siedzimy, rozmawiamy, popijamy herbatę, kiedy podchodzi do nas znajomy.
- Cześć dziewczyny, okienko? Sprawa jest -
- Jaka? -
- Bo kupiłem kiwi w promocji i trochę przesadziłem z ilością. A ono się okazało tak dojrzałe że nie wytrzyma do jutra. Lubicie kiwi? -
Zerkam na gościa w poszukiwaniu objawów zgazowania, ale źrenice ma w normie.
- Kiwi? Zapraszasz nas na jedzenie kiwi? -
- No. Sam nie dam rady tego zjeść -
- Po co kupiłeś tyle kiwi? -
- Tanie było! -
Spoglądam na koleżankę, ona przytakuje. Decyzja podjęta.
- No dobra, w sumie i tak nie mamy co robić -
Tym oto sposobem przyjmujemy nietypową propozycję i maszerujemy do akademika. Wchodzimy do pokoju. Kiwi jest wszędzie. Na stole, na podłodze, na krzesłach.
- Ileś Ty tego kupił?! - pytam.
- Sześć kilo, ale nie bój nic. Mamy jeszcze dwóch ziomków do pomocy -
Faktycznie. Przy kaloryferze siedzi dwóch studentów mechaniki i dłubie łyżeczkami w owockach.
- Czyś Ty zwariował? Kupiłeś sześć kilo kiwi? -
- Właściwie to siedem, ale kilogram już poszedł. Ok, wiem. To był błąd. Liczyłem, że część zabiorę do domu, ale one nie wytrzymają do weekendu. Pomóżcie -
Szybką matematyką wychodzi że każdy z nas musiałby zjeść ponad kilogram.
Powodzenia.
Znajomy widzi naszą niepewność i rzuca szybkie:
- Tyle ile dacie radę. Zawsze coś ubędzie -
- No dobra, dawaj sprzęt - rzuca koleżanka i siadamy w kółeczku. Wygląda to komicznie. Jak jakiś rytuał ofiarowania kiwi owocowemu bóstwu. Brakuje tylko świec i mistrza ceremonii.
Dostajemy łyżeczki, nożykiem nie dałoby rady. Owoce są jak naprężone balony i ma się wrażenie że mogą wybuchnąć w każdej chwili. Są jak mus w skorupce, ale smakują całkiem nieźle.
Z każdą minutą przybywa skórek, a ubywa włochatych kuleczek. Na twarzach towarzystwa zaczyna malować się jednak coraz większa niepewność.
- Dobra, wiecie co? Tak samo to nie wejdzie. Idę po czystą -
Męska część towarzystwa jakby weseleje i wykazuje nagły przypływ determinacji.
- Będziecie pić? - pyta koleżanka.
- Tylko trochę -
- Ja odpadam - oświadczam, opróżniając kolejne kiwi - Mam jeszcze dzisiaj zajęcia -
Koleżanka dołącza i jako grupa abstynentów obserwujemy proces opróżniania butelki Żołądkowej Gorzkiej.
Gdzieś tak w połowie flaszki jeden z mężczyzn oświadcza, że:
- W sumie kiwi to takie małe arbuzy, tylko są zielone i mają włosianą skorupkę zamiast twardej -
Reszta przytakuje, jakby doszedł do jakiegoś niesamowitego odkrycia. To ma tyle sensu jak stwierdzenie, że jabłko to taka gruszka tylko bardziej kulista.
Zabawa zaczyna się przy drugiej butelce.
Jeden z towarzyszy z bladą twarzą wyciąga telefon i szperając w nim zaczyna z niepokojem przyglądać się owocom. Zapewne googluje, czy można przedawkować kiwi i jakie są objawy. Drugi z nich zaczyna zastanawiać się czy mają kota, głaszcząc zwierzę po głowie. Najwyraźniej jadł te bardziej sfermentowane okazy. Trzeci odkrywa zaskoczony, że może być uczulony, bo jego mama nie dawała mu jakiś owoców jak był mały i to mogło być kiwi. Spogląda na zjedzoną ilość i zaczyna obliczać koszty trumny i pogrzebu.
Grupa pijąca zastanawia się wspólnie, czy można mieszać kiwi z innymi owocami i czy efekt będzie taki sam jak po zmieszaniu alkoholu. Jeden z nich zaczyna mieć stan podgorączkowy (na pewno po kiwi, gdzie tam od wódki) i żegna się ze światem, oświadczając że bardzo wszystkich szanuje, a najbardziej Marylę Rodowicz.
Chwilę później jeden ze studentów przytula kaloryfer, a dwójka śpiewa znane hity jak "Dziś prawdziwych kiwi już nie ma", "Kiwi na biegunach" czy "Jadą kiwi kolorowe".
Został kilogram kiwi. Ani ja, ani koleżanka nie jesteśmy w stanie już na nie patrzeć, postanawiamy się wycofać zanim zwrócimy to co udało nam się przełknąć.
Drzwi otwierają się nagle i wchodzi kolejny lokator. Wszędzie walają się łupinki kiwi. Gość ma minę jakby zastał nas siedzących na workach z kokainą.
- Co tu się dzieje? -
- Szymuuuś. Szymek chcesz kiwi? Już mało zostało, a my już nie dajemy rady -
Wymykamy się życząc reszcie miłego dnia i wracamy na zajęcia. W naszych żyłach płynie teraz czysty sok z kiwi i żołądki nie są z tego powodu zachwycone. Słuchając o wirnikach, staramy się nie patrzeć na animacje by utrzymać buzującą fontannę wewnątrz organizmu. Jest ciężko, ale jakoś się udaje.
Mam wrażenie, że już nigdy nie spojrzę na kiwi w ten sam sposób.
Znajomych widzimy na zajęciach dopiero dwa tygodnie później, więc pewnie odchorowywali zielone dobro.
Wnioski wysuwają się same.
Kiwi to słaba zagrycha, a promocje nie zawsze działają na korzyść.
Tak jest i tym razem. W oczekiwaniu na kolejne zajęcia grupa się rozdziela. Część udaje się do akademików na popołudniową drzemkę, lub żeby zjeść obiad, a część zostaje w budynku uczelni. Na tę drugą część składam się ja oraz moja koleżanka. Siedzimy, rozmawiamy, popijamy herbatę, kiedy podchodzi do nas znajomy.
- Cześć dziewczyny, okienko? Sprawa jest -
- Jaka? -
- Bo kupiłem kiwi w promocji i trochę przesadziłem z ilością. A ono się okazało tak dojrzałe że nie wytrzyma do jutra. Lubicie kiwi? -
Zerkam na gościa w poszukiwaniu objawów zgazowania, ale źrenice ma w normie.
- Kiwi? Zapraszasz nas na jedzenie kiwi? -
- No. Sam nie dam rady tego zjeść -
- Po co kupiłeś tyle kiwi? -
- Tanie było! -
Spoglądam na koleżankę, ona przytakuje. Decyzja podjęta.
- No dobra, w sumie i tak nie mamy co robić -
Tym oto sposobem przyjmujemy nietypową propozycję i maszerujemy do akademika. Wchodzimy do pokoju. Kiwi jest wszędzie. Na stole, na podłodze, na krzesłach.
- Ileś Ty tego kupił?! - pytam.
- Sześć kilo, ale nie bój nic. Mamy jeszcze dwóch ziomków do pomocy -
Faktycznie. Przy kaloryferze siedzi dwóch studentów mechaniki i dłubie łyżeczkami w owockach.
- Czyś Ty zwariował? Kupiłeś sześć kilo kiwi? -
- Właściwie to siedem, ale kilogram już poszedł. Ok, wiem. To był błąd. Liczyłem, że część zabiorę do domu, ale one nie wytrzymają do weekendu. Pomóżcie -
Szybką matematyką wychodzi że każdy z nas musiałby zjeść ponad kilogram.
Powodzenia.
Znajomy widzi naszą niepewność i rzuca szybkie:
- Tyle ile dacie radę. Zawsze coś ubędzie -
- No dobra, dawaj sprzęt - rzuca koleżanka i siadamy w kółeczku. Wygląda to komicznie. Jak jakiś rytuał ofiarowania kiwi owocowemu bóstwu. Brakuje tylko świec i mistrza ceremonii.
Dostajemy łyżeczki, nożykiem nie dałoby rady. Owoce są jak naprężone balony i ma się wrażenie że mogą wybuchnąć w każdej chwili. Są jak mus w skorupce, ale smakują całkiem nieźle.
Z każdą minutą przybywa skórek, a ubywa włochatych kuleczek. Na twarzach towarzystwa zaczyna malować się jednak coraz większa niepewność.
- Dobra, wiecie co? Tak samo to nie wejdzie. Idę po czystą -
Męska część towarzystwa jakby weseleje i wykazuje nagły przypływ determinacji.
- Będziecie pić? - pyta koleżanka.
- Tylko trochę -
- Ja odpadam - oświadczam, opróżniając kolejne kiwi - Mam jeszcze dzisiaj zajęcia -
Koleżanka dołącza i jako grupa abstynentów obserwujemy proces opróżniania butelki Żołądkowej Gorzkiej.
Gdzieś tak w połowie flaszki jeden z mężczyzn oświadcza, że:
- W sumie kiwi to takie małe arbuzy, tylko są zielone i mają włosianą skorupkę zamiast twardej -
Reszta przytakuje, jakby doszedł do jakiegoś niesamowitego odkrycia. To ma tyle sensu jak stwierdzenie, że jabłko to taka gruszka tylko bardziej kulista.
Zabawa zaczyna się przy drugiej butelce.
Jeden z towarzyszy z bladą twarzą wyciąga telefon i szperając w nim zaczyna z niepokojem przyglądać się owocom. Zapewne googluje, czy można przedawkować kiwi i jakie są objawy. Drugi z nich zaczyna zastanawiać się czy mają kota, głaszcząc zwierzę po głowie. Najwyraźniej jadł te bardziej sfermentowane okazy. Trzeci odkrywa zaskoczony, że może być uczulony, bo jego mama nie dawała mu jakiś owoców jak był mały i to mogło być kiwi. Spogląda na zjedzoną ilość i zaczyna obliczać koszty trumny i pogrzebu.
Grupa pijąca zastanawia się wspólnie, czy można mieszać kiwi z innymi owocami i czy efekt będzie taki sam jak po zmieszaniu alkoholu. Jeden z nich zaczyna mieć stan podgorączkowy (na pewno po kiwi, gdzie tam od wódki) i żegna się ze światem, oświadczając że bardzo wszystkich szanuje, a najbardziej Marylę Rodowicz.
Chwilę później jeden ze studentów przytula kaloryfer, a dwójka śpiewa znane hity jak "Dziś prawdziwych kiwi już nie ma", "Kiwi na biegunach" czy "Jadą kiwi kolorowe".
Został kilogram kiwi. Ani ja, ani koleżanka nie jesteśmy w stanie już na nie patrzeć, postanawiamy się wycofać zanim zwrócimy to co udało nam się przełknąć.
Drzwi otwierają się nagle i wchodzi kolejny lokator. Wszędzie walają się łupinki kiwi. Gość ma minę jakby zastał nas siedzących na workach z kokainą.
- Co tu się dzieje? -
- Szymuuuś. Szymek chcesz kiwi? Już mało zostało, a my już nie dajemy rady -
Wymykamy się życząc reszcie miłego dnia i wracamy na zajęcia. W naszych żyłach płynie teraz czysty sok z kiwi i żołądki nie są z tego powodu zachwycone. Słuchając o wirnikach, staramy się nie patrzeć na animacje by utrzymać buzującą fontannę wewnątrz organizmu. Jest ciężko, ale jakoś się udaje.
Mam wrażenie, że już nigdy nie spojrzę na kiwi w ten sam sposób.
Znajomych widzimy na zajęciach dopiero dwa tygodnie później, więc pewnie odchorowywali zielone dobro.
Wnioski wysuwają się same.
Kiwi to słaba zagrycha, a promocje nie zawsze działają na korzyść.
niedziela, 10 lutego 2019
Kłótnia w mięsnym i psie niewolnictwo
Lokalny mięsny. Godziny popołudniowe.
- Dwie porcje rosołowe proszę - mówi kobieta na początku kolejki.
- Rosołek będzie? - pyta ekspedientka.
- Nie, to dla pieska, się mu ugotuje -
- Ale tu pani ma mało mięska. Może jakieś udko dać? -
- Nie, on kości zje -
- Nie daje się kości z kurczaka psu, zwłaszcza ugotowanych - odzywa się kobieta bliżej mnie.
- Bzdura. Kości są zdrowe... na kości -
- Ale nie takie małe, bo mogą się powbijać w przełyk -
- Jakoś mu się nigdy nie wbiły, a pani co? Pewnie tą sproszkowaną chemią karmi swojego -
- To jest sucha karma dobrej jakości. Jest tam dużo mięsa i... -
- Jasne - przerywa kobieta obsługiwana przy ladzie - Wierz pani dalej w to co piszą. Ja widziałam jak pani z nim wychodzi i powiem pani tyle że to nie jest zdrowy pies. A obroża i smycz to znęcanie się. Tak się kiedyś niewolników prowadziło. Mój normalnie chodzi bez niczego jak człowiek -
- Coś jeszcze oprócz tych porcji? - wtrąca ekspedientka.
- Ty mi o znęcaniu będziesz mówić? Ty się lecz na głowę kobieto, Ty swojego psa udusisz kiedyś tymi kośćmi -
- Prędzej Ty swojego tą obrożą -
- On ją nosi dla bezpieczeństwa wariatko! To jest miasto, jeżdżą samochody, a co jak ucieknie? -
- Jakby Cię kochał to by nie uciekł, ale kogoś takiego nie może kochać skoro się nad nim znęcasz. Pewnie mu jeszcze czipa wszczepiłaś jak maszynie jakiejś -
- Może po Twojego karakana nikt by się nie schylił, ale mojego ktoś chciałby ukraść. Jest zabezpieczony przynajmniej -
- Dwa czterdzieści trzy - próbuje się przebić ekspedientka.
- Do animalsów Cię trzeba zgłosić -
- To Ciebie trzeba zgłosić! -
Kobieta płaci i wychodzi razem ze swoimi porcjami. Nastaje błoga cisza.
Wychodzi na to, że właściciel właścicielowi nierówny, chociaż w tym przypadku słowo "właściciel" nie wydaje się odpowiednie.
W końcu za bardzo kojarzy się z niewolnictwem.
- Dwie porcje rosołowe proszę - mówi kobieta na początku kolejki.
- Rosołek będzie? - pyta ekspedientka.
- Nie, to dla pieska, się mu ugotuje -
- Ale tu pani ma mało mięska. Może jakieś udko dać? -
- Nie, on kości zje -
- Nie daje się kości z kurczaka psu, zwłaszcza ugotowanych - odzywa się kobieta bliżej mnie.
- Bzdura. Kości są zdrowe... na kości -
- Ale nie takie małe, bo mogą się powbijać w przełyk -
- Jakoś mu się nigdy nie wbiły, a pani co? Pewnie tą sproszkowaną chemią karmi swojego -
- To jest sucha karma dobrej jakości. Jest tam dużo mięsa i... -
- Jasne - przerywa kobieta obsługiwana przy ladzie - Wierz pani dalej w to co piszą. Ja widziałam jak pani z nim wychodzi i powiem pani tyle że to nie jest zdrowy pies. A obroża i smycz to znęcanie się. Tak się kiedyś niewolników prowadziło. Mój normalnie chodzi bez niczego jak człowiek -
- Coś jeszcze oprócz tych porcji? - wtrąca ekspedientka.
- Ty mi o znęcaniu będziesz mówić? Ty się lecz na głowę kobieto, Ty swojego psa udusisz kiedyś tymi kośćmi -
- Prędzej Ty swojego tą obrożą -
- On ją nosi dla bezpieczeństwa wariatko! To jest miasto, jeżdżą samochody, a co jak ucieknie? -
- Jakby Cię kochał to by nie uciekł, ale kogoś takiego nie może kochać skoro się nad nim znęcasz. Pewnie mu jeszcze czipa wszczepiłaś jak maszynie jakiejś -
- Może po Twojego karakana nikt by się nie schylił, ale mojego ktoś chciałby ukraść. Jest zabezpieczony przynajmniej -
- Dwa czterdzieści trzy - próbuje się przebić ekspedientka.
- Do animalsów Cię trzeba zgłosić -
- To Ciebie trzeba zgłosić! -
Kobieta płaci i wychodzi razem ze swoimi porcjami. Nastaje błoga cisza.
Wychodzi na to, że właściciel właścicielowi nierówny, chociaż w tym przypadku słowo "właściciel" nie wydaje się odpowiednie.
W końcu za bardzo kojarzy się z niewolnictwem.
sobota, 9 lutego 2019
Groźny cukiereczek
Wracam z Morfiną ze spaceru. Właściwie do pokonania zostaje nam ostatnia prosta. Na horyzoncie stoi mężczyzna z małym psem na smyczy. Psiak sięga nieco powyżej kostki. Płaski pyszczek, rozmiar chlebaka i za duże uszy, które stoją wbrew prawom grawitacji, chyba tylko dzięki sile woli. Gdyby pies się postarał pewnie mógłby na nich odlecieć. Słowem - sama słodycz. Cukierek wypatruje Morfi i zmienia się w rybę na żyłce. Dwa kilogramy furii wije się jak wąż i ujada wściekle swoim cienkim głosikiem.
Postanawiam przejść na drugą stronę ulicy, żeby nie denerwować karzełka. Po co ma się wściekać. Kiedy docieram do pasów dźwięk ujadania staje się jakby bliższy i dołącza do niego nawoływanie mężczyzny. Drobne gniewne biegnie w naszym kierunku na pełnej prędkości, powiewając uszami jak flagą i ciągnąc za sobą smycz, która musiała wyślizgnąć się z dłoni właściciela. Mężczyzna biegnie za psem krzycząc jego imię, ale krótkie nóżki napędzane nienawiścią okazują się szybsze. Morfina wycofuje się lekko widząc rozpędzony, wokalny pocisk i merda zawzięcie ogonem chcąc zapewnić małego kosmitę, że przybywa w pokoju i nie ma wrogich zamiarów. Takie sygnały nie działają na księcia ciemności, który z warkotem małego niedźwiedzia zmniejsza skutecznie dzielący nas dystans. Morfina tracąc nadzieję na pokojowe rozwiązanie sytuacji chowa się za moimi nogami i obdarza mnie spojrzeniem pt. "On chce mnie zabić, interweniuj". Wysuwam się do przodu, gotowa przyjąć psie zęby na siebie. To nie byłby pierwszy raz. Moja kartoteka pogryzień jest bogatsza nawet od Morfinowej właśnie przez takie sytuacje. Pocieszam się faktem, że mniejsze zęby bolą mniej i jak będę mieć szczęście nie przejdą przez kurtkę. Jeśli pies będzie próbował mnie wyminąć i dostać się do Świniaka, ucierpią odkryte dłonie, ale nie takie stworzenia były już w nie wczepione. Morfina kuli się w sobie kiedy niespodziewanie pies-szybowiec zatrzymuje się dwa metry od nas. Jego furia zmienia się w niepewność. Z daleka puchaty wróg wyglądał zapewne na mniejszego. Cukierek dalej ujada, ale zachowuje dystans bojąc się podejść bliżej do sporo większego psa. Chęć mordu podpowiada mu żeby nie przerywać szarży, jednak instynkt samozachowawczy ma inne plany.
Właściciel dobiega do psa i łapie za smycz, odciągając potworę, która czując opór linki znowu zaczyna swój taniec węgorza.
- Bardzo panią przepraszam, wyrwał się skubaniec -
- Nie no, nic się nie stało -
- Kurczę, jakby ten pani mu się odwinął to by nie było co zbierać -
Spoglądam na Morfi, która widząc ujarzmioną bestię powoli odkleja się od moich nóg.
- Wie pan, to by raczej nie nastąpiło - odpowiadam i patrzę jak mężczyzna odchodzi, biorąc uszatka na ręce.
Drobince wraca tryb mordercy.
- Skończ się wydzierać, gówno byś zrobił. Tylko w pysku jesteś mocny - przemawia do psa właściciel - Jak większość ludzi. Taki chojrak a przed chwilą nie byłeś taki cwany kozaku -
Coś w tym jest.
Coś w tym kurczę jest.
Postanawiam przejść na drugą stronę ulicy, żeby nie denerwować karzełka. Po co ma się wściekać. Kiedy docieram do pasów dźwięk ujadania staje się jakby bliższy i dołącza do niego nawoływanie mężczyzny. Drobne gniewne biegnie w naszym kierunku na pełnej prędkości, powiewając uszami jak flagą i ciągnąc za sobą smycz, która musiała wyślizgnąć się z dłoni właściciela. Mężczyzna biegnie za psem krzycząc jego imię, ale krótkie nóżki napędzane nienawiścią okazują się szybsze. Morfina wycofuje się lekko widząc rozpędzony, wokalny pocisk i merda zawzięcie ogonem chcąc zapewnić małego kosmitę, że przybywa w pokoju i nie ma wrogich zamiarów. Takie sygnały nie działają na księcia ciemności, który z warkotem małego niedźwiedzia zmniejsza skutecznie dzielący nas dystans. Morfina tracąc nadzieję na pokojowe rozwiązanie sytuacji chowa się za moimi nogami i obdarza mnie spojrzeniem pt. "On chce mnie zabić, interweniuj". Wysuwam się do przodu, gotowa przyjąć psie zęby na siebie. To nie byłby pierwszy raz. Moja kartoteka pogryzień jest bogatsza nawet od Morfinowej właśnie przez takie sytuacje. Pocieszam się faktem, że mniejsze zęby bolą mniej i jak będę mieć szczęście nie przejdą przez kurtkę. Jeśli pies będzie próbował mnie wyminąć i dostać się do Świniaka, ucierpią odkryte dłonie, ale nie takie stworzenia były już w nie wczepione. Morfina kuli się w sobie kiedy niespodziewanie pies-szybowiec zatrzymuje się dwa metry od nas. Jego furia zmienia się w niepewność. Z daleka puchaty wróg wyglądał zapewne na mniejszego. Cukierek dalej ujada, ale zachowuje dystans bojąc się podejść bliżej do sporo większego psa. Chęć mordu podpowiada mu żeby nie przerywać szarży, jednak instynkt samozachowawczy ma inne plany.
Właściciel dobiega do psa i łapie za smycz, odciągając potworę, która czując opór linki znowu zaczyna swój taniec węgorza.
- Bardzo panią przepraszam, wyrwał się skubaniec -
- Nie no, nic się nie stało -
- Kurczę, jakby ten pani mu się odwinął to by nie było co zbierać -
Spoglądam na Morfi, która widząc ujarzmioną bestię powoli odkleja się od moich nóg.
- Wie pan, to by raczej nie nastąpiło - odpowiadam i patrzę jak mężczyzna odchodzi, biorąc uszatka na ręce.
Drobince wraca tryb mordercy.
- Skończ się wydzierać, gówno byś zrobił. Tylko w pysku jesteś mocny - przemawia do psa właściciel - Jak większość ludzi. Taki chojrak a przed chwilą nie byłeś taki cwany kozaku -
Coś w tym jest.
Coś w tym kurczę jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)