Mój pies przerósł dziś sam siebie.
Podczas spaceru, widząc jakąś górkę, kawałek zieloności i trzy inne, bawiące się psy, postanawiam być dobrą matką i uwolnić fokę ze smyczy co by się wyhasała z kolegami i koleżankami.
Pieski wesoło biegają, podgryzają się po nogach i ślinią sobie nawzajem uszy, czyli typowa zabawa dorosłych zwierząt, które w duszy wciąż mają trzy miesiące.
Matka natura okazuje się być jednak okrutna i wychodzi na to, że to wielkie i szare co zasłania słońce to jednak bokiem nie przejdzie i w oddali grzmoty zaczynają sobie robić perkusję z pobliskich samochodów. Sekundy później pierwsze krople deszczu oznajmiają mi że czas udać się w stronę domu, bo zaraz trzeba będzie tam biec, a to w mojej obecnej kondycji mogłoby bezpośrednio przyczynić się do mojego przedwczesnego zgonu.
Błyskawice mrygają, deszcz zaczyna padać z większą częstotliwością i dyskoteka się rozkręca. Psy wołane czy też nie rozbiegają się wystraszone zaburzeniami pogody i ładują się pod wózki, do torebek, czy na ramiona właścicieli, żeby tylko nie zmoknąć i uciec od tych swoistych fajerwerków. Rozglądam się za moim pączkiem z nadmiernym owłosieniem i dostrzegam, że stoi na samym szczycie górki, dumna niczym posąg i patrzy gdzieś w dal. Nawołuję, pogwizduję, a chmury z szarych robią się granatowe, tymczasem Morfina - królowa burzy, siostra gromów postanawia stać na szczycie górki i przyglądać się oddalającym się w popłochu ludziom. Oberwanie chmury, ja przekrzykując grzmoty wciąż próbuję ściągnąć na dół psa, lecz moje dziecko Thora stoi dalej z podniesioną głową i wywalonym jęzorem nie zwracając uwagi na deszcz, grzmoty, czy błyskawice. O nie, nie, ona jest teraz w wyższym stadium zrozumienia, w innym wymiarze, medytuje tam o rzeczach o których ludziom się nawet nie śniło, a ja lezę pod górę w mlaszczących butach i ze strumieniem spływającym z moich włosów i pleców. Docieram na szczyt, zapinam władczynię sztormów na smycz i schodzimy razem na dół, po drodze wykonując parę eleganckich zjazdów z telemarkiem. Na tym etapie jestem tak mokra, że nie opłaca mi się już biec do domu, więc powoli do niego człapiemy. Jakieś dziesięć metrów od klatki schodowej zaczyna się ewidentnie przejaśniać. Kogoś to dziwi? Mnie też nie właśnie. Na klatce, pod zadaszeniem stoi sąsiad:
- Ojej, złapało Was? -
Mam ochotę odpowiedzieć, że nie. Że zrobiłam sobie po prostu prysznic w pobliskiej fontannie, a ta burza to zbieg okoliczności.
- Ja to Pani zazdroszczę. Ten Pani pies to się ani burzy nie boi, ani deszczu. Mój to by zaraz do domu uciekał, a ten to mokrutki wraca i jeszcze się cieszy. Skarb taki pies, naprawdę fajny, tylko suszyć go pewnie długo trzeba, taki mokrutki teraz jest, aż z niego kapie! Nie wiem kto bardziej mokry jest, Pani, czy ten pies -
Odpowiadam że prawdopodobnie ja, chociaż pod suszarką dłużej będzie siedział pies.
- Taki dziwny pomysł chodzić w deszczu ale nie, nie, ja nie oceniam. Dobrze, że pies znosi te Pani dziwności. Bardzo dobry pies, bardzo dobry -
Tak... bardzo dobry pies, też tak uważam.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
sobota, 14 lipca 2018
czwartek, 12 lipca 2018
Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka
Mam znajomego, który również ma Goldena. Oprócz Goldena, ma też jednak pewien problem.
Ludzie często mylą tę rasę z Labradorem, Owczarkiem podhalańskim, a bywało że nawet z Shiba inu. Jeśli ktoś pyta mnie "co to za rasa?", odpowiadam. Jednak nie czuję wewnętrznej potrzeby uświadamiania każdej żywej istoty która odważyła się pomylić Goldena z Labem, czy innym podobnym psem (nie oszukujmy się, te dwie rasy wizualnie różnią się od siebie tylko ilością futra), oraz wyładowywania swojej frustracji za tą pomyłkę na człowieku który śmie nie znać całej księgi kynologicznej na pamięć. Nie obrażam się więc za długowłosego Labradora, małego Podhalana, czy kundla. Dla obcych ludzi mój pies może być dalmatyńczykiem na sterydach, naprawdę niewiele mnie to obchodzi.
Mój znajomy jednak... no to jest zupełnie inna historia.
Uznaje, że skoro już posiada rasowego psa, do tego z dobrej hodowli (czego nie omieszkuje zaznaczać przy każdej rozmowie z innym właścicielem psa), to ludzie powinni, ba, nawet muszą o tym fakcie wiedzieć. Tym samym każdy nieszczęśnik, któremu Golden pomyli się z Labradorem dostaje darmowy wykład o różnicach anatomicznych i zdolnościach obu ras, żeby już nigdy nie przyszło mu do głowy popełnić tego błędu. Próbowałam z nim rozmawiać i przekonać go żeby trochę odpuścił ale najwidoczniej uznał za swoje powołanie uświadomić cały glob jak wygląda Golden Retriever, jak to się pisze, jakie są jego wymiary i czym powinno się go żywić.
Pewnego dnia spotkaliśmy się na spacerze i tak się złożyło że szliśmy w tym samym kierunku. Nasze futra wesoło plątały nam się między nogami, a w naszym kierunku, merdając ogonem zmierzał mniej więcej podobnej wielkości pies z właścicielem na drugim końcu smyczy. Zwierzołki odstawiając helikopter ogonem zaczęły obwąchiwać się po tyłkach, jednocześnie dostając z liścia wachlarzem futra osobnika którego obwąchiwały.
Rozpoczął się festiwal radości psów, które znalazły jakiś piękny wyciamkany badyl i zaczęły się ganiać po zielonej trawce. Nasza trójka natomiast stała na uboczu, uważnie obserwując lawirujące między drzewami psy. Kolega postanowił zabłysnąć i pochwalił drugiego właściciela słowami "piękny Pit bull".
Mężczyzna najpierw pobladł, potem pociemniał, a na końcu stał się niemal przezroczysty i z wyrzutem odrzekł:
- To jest Amerykański staffordshire terrier -
- Proszę? -
- Potoczna nazwa to Amstaff... -
- Oh -
- ... ale jest ona nieprawidłowa i powinno się używać pełnego nazewnictwa -
- Tak, przepraszam. Pomyliłem się -
- Naprawdę nie wiem jakim trzeba być ignorantem, żeby pomylić dwie, bardzo różne rasy -
- Tak, mówiłem już, nie chciałem Pana urazić -
- Jeśli nie ma się pewności wystarczy zapytać -
- Byłem przekonany że to Pit bull -
- Chce Pan mi powiedzieć że szczeniak po czempionach nie wygląda na swoją rasę? Proszę Pana to jest chodzący wzorzec! -
- Jasne, ja tylko... -
- To jest już naprawdę przesada, ten pies kosztował więcej niż samochód z salonu -
Zabrałam Morfinę i oddaliłam się machając zawstydzonemu i zdezorientowanemu znajomemu na pożegnanie. Sądząc po zdenerwowaniu właściciela Amstaffa, był przed nim długi wykład odnośnie ras i cen za które można je nabyć.
Cóż, trafił swój na swego.
Ludzie często mylą tę rasę z Labradorem, Owczarkiem podhalańskim, a bywało że nawet z Shiba inu. Jeśli ktoś pyta mnie "co to za rasa?", odpowiadam. Jednak nie czuję wewnętrznej potrzeby uświadamiania każdej żywej istoty która odważyła się pomylić Goldena z Labem, czy innym podobnym psem (nie oszukujmy się, te dwie rasy wizualnie różnią się od siebie tylko ilością futra), oraz wyładowywania swojej frustracji za tą pomyłkę na człowieku który śmie nie znać całej księgi kynologicznej na pamięć. Nie obrażam się więc za długowłosego Labradora, małego Podhalana, czy kundla. Dla obcych ludzi mój pies może być dalmatyńczykiem na sterydach, naprawdę niewiele mnie to obchodzi.
Mój znajomy jednak... no to jest zupełnie inna historia.
Uznaje, że skoro już posiada rasowego psa, do tego z dobrej hodowli (czego nie omieszkuje zaznaczać przy każdej rozmowie z innym właścicielem psa), to ludzie powinni, ba, nawet muszą o tym fakcie wiedzieć. Tym samym każdy nieszczęśnik, któremu Golden pomyli się z Labradorem dostaje darmowy wykład o różnicach anatomicznych i zdolnościach obu ras, żeby już nigdy nie przyszło mu do głowy popełnić tego błędu. Próbowałam z nim rozmawiać i przekonać go żeby trochę odpuścił ale najwidoczniej uznał za swoje powołanie uświadomić cały glob jak wygląda Golden Retriever, jak to się pisze, jakie są jego wymiary i czym powinno się go żywić.
Pewnego dnia spotkaliśmy się na spacerze i tak się złożyło że szliśmy w tym samym kierunku. Nasze futra wesoło plątały nam się między nogami, a w naszym kierunku, merdając ogonem zmierzał mniej więcej podobnej wielkości pies z właścicielem na drugim końcu smyczy. Zwierzołki odstawiając helikopter ogonem zaczęły obwąchiwać się po tyłkach, jednocześnie dostając z liścia wachlarzem futra osobnika którego obwąchiwały.
Rozpoczął się festiwal radości psów, które znalazły jakiś piękny wyciamkany badyl i zaczęły się ganiać po zielonej trawce. Nasza trójka natomiast stała na uboczu, uważnie obserwując lawirujące między drzewami psy. Kolega postanowił zabłysnąć i pochwalił drugiego właściciela słowami "piękny Pit bull".
Mężczyzna najpierw pobladł, potem pociemniał, a na końcu stał się niemal przezroczysty i z wyrzutem odrzekł:
- To jest Amerykański staffordshire terrier -
- Proszę? -
- Potoczna nazwa to Amstaff... -
- Oh -
- ... ale jest ona nieprawidłowa i powinno się używać pełnego nazewnictwa -
- Tak, przepraszam. Pomyliłem się -
- Naprawdę nie wiem jakim trzeba być ignorantem, żeby pomylić dwie, bardzo różne rasy -
- Tak, mówiłem już, nie chciałem Pana urazić -
- Jeśli nie ma się pewności wystarczy zapytać -
- Byłem przekonany że to Pit bull -
- Chce Pan mi powiedzieć że szczeniak po czempionach nie wygląda na swoją rasę? Proszę Pana to jest chodzący wzorzec! -
- Jasne, ja tylko... -
- To jest już naprawdę przesada, ten pies kosztował więcej niż samochód z salonu -
Zabrałam Morfinę i oddaliłam się machając zawstydzonemu i zdezorientowanemu znajomemu na pożegnanie. Sądząc po zdenerwowaniu właściciela Amstaffa, był przed nim długi wykład odnośnie ras i cen za które można je nabyć.
Cóż, trafił swój na swego.
czwartek, 5 lipca 2018
Nagroda złotej szumowiny wędruje do...
Czytałam ostatnio artykuł o rodzinie, która zasłużyła na tytuł najlepszych ludzi jakich nosiła piękna matka ziemia.
To oczywiście ironia, pozwólcie że szybko streszczę Wam sytuację... i nie pijcie kawy, nie będzie Wam już potrzebna. Podarujemy sobie także nazwiska bo RODO, a nie do twarzy mi w pasiaku.
Rodzina składała się z ojca, matki, dwójki dzieci i psa. Było tak, dopóki pan domu nie stwierdził, że piątka to już tłok i należałoby pozbyć się tego, który nie wypowie się w swojej obronie.
Piękny, kochający psiak trafił do schroniska.
Nie najgorszy scenariusz powiecie? Przecież psom przytrafiają się straszniejsze rzeczy. Właściciel mógł wymierzyć mu sąd ostateczny łopatą albo związać i wrzucić do rzeki, czy też porzucić gdzieś na drodze. O co Ci chodzi Paulina!
Moment, też tak myślałam.
Właściciele pożegnali się z psem i odeszli, łamiąc mu tym samym serce. Pies kilka miesięcy tęsknie patrzył w bramę schroniska, w nadziei że lada moment ujrzy w niej swoich ludzi. Jak każdy pies, zapewne myślał że został tam tylko na chwilkę i właściciele zaraz wrócą... no i wrócili ale nie po niego.
Po kilku miesiącach od zostawienia swojego psa w schronisku ci... ludzie, przyszli tam ponownie żeby zaadoptować innego psa.
Ich członek rodziny siedział pięć metrów dalej, patrząc tęsknie przez siatkę , skomląc i merdając, próbując zwrócić ich uwagę, a oni bez skrupułów wyszli ze schroniska z innym psem.
To jak adoptować dziecko z sierocińca i po kilku miesiącach wymienić je na nowe. Mogę sobie tylko wyobrazić zagubienie i zdezorientowanie tego zwierzęcia, kiedy jego rodzina wyszła zostawiając go znowu samego.
Mogli chociaż wybrać inne schronisko.
Historia skończyła się dobrze dla psa i znalazł nowych, kochających ludzi, z którymi zamieszkał.
Myślę, że można to nazwać Happy Endem.
Psu życzę długiego i radosnego życia z nowymi właścicielami, natomiast co do poprzedniej rodziny... mam nadzieję że dla takich ludzi jest wyznaczone specjalne miejsce w piekle.
To oczywiście ironia, pozwólcie że szybko streszczę Wam sytuację... i nie pijcie kawy, nie będzie Wam już potrzebna. Podarujemy sobie także nazwiska bo RODO, a nie do twarzy mi w pasiaku.
Rodzina składała się z ojca, matki, dwójki dzieci i psa. Było tak, dopóki pan domu nie stwierdził, że piątka to już tłok i należałoby pozbyć się tego, który nie wypowie się w swojej obronie.
Piękny, kochający psiak trafił do schroniska.
Nie najgorszy scenariusz powiecie? Przecież psom przytrafiają się straszniejsze rzeczy. Właściciel mógł wymierzyć mu sąd ostateczny łopatą albo związać i wrzucić do rzeki, czy też porzucić gdzieś na drodze. O co Ci chodzi Paulina!
Moment, też tak myślałam.
Właściciele pożegnali się z psem i odeszli, łamiąc mu tym samym serce. Pies kilka miesięcy tęsknie patrzył w bramę schroniska, w nadziei że lada moment ujrzy w niej swoich ludzi. Jak każdy pies, zapewne myślał że został tam tylko na chwilkę i właściciele zaraz wrócą... no i wrócili ale nie po niego.
Po kilku miesiącach od zostawienia swojego psa w schronisku ci... ludzie, przyszli tam ponownie żeby zaadoptować innego psa.
Ich członek rodziny siedział pięć metrów dalej, patrząc tęsknie przez siatkę , skomląc i merdając, próbując zwrócić ich uwagę, a oni bez skrupułów wyszli ze schroniska z innym psem.
To jak adoptować dziecko z sierocińca i po kilku miesiącach wymienić je na nowe. Mogę sobie tylko wyobrazić zagubienie i zdezorientowanie tego zwierzęcia, kiedy jego rodzina wyszła zostawiając go znowu samego.
Mogli chociaż wybrać inne schronisko.
Historia skończyła się dobrze dla psa i znalazł nowych, kochających ludzi, z którymi zamieszkał.
Myślę, że można to nazwać Happy Endem.
Psu życzę długiego i radosnego życia z nowymi właścicielami, natomiast co do poprzedniej rodziny... mam nadzieję że dla takich ludzi jest wyznaczone specjalne miejsce w piekle.
piątek, 15 czerwca 2018
Strefa postoju
Wychodząc dzisiaj z marketu, usłyszałam rozpaczliwe nawoływanie pewnej starszej pani, która kręciła się w pobliżu stoiska dla rowerów. Wokół niej zebrało się już kilka osób. Niektórzy z nich trzymali przy uchu telefon, jak się później okazało dzwoniąc na policję. Staruszka była w histerii, nawołując i szlochając na zmianę.
Jak się okazało, pani zostawiła pod marketem 7- miesięcznego Pomeriana, lecz kiedy wyszła ze sklepu już go nie było.
Z całego zamieszania dosłyszałam tylko, że:
" Ja go tu zawsze zostawiałam i nic się nie działo, weszłam do sklepu tylko na pół godzinki, to jest prawie dorosły pies i ponad wszystko... jest tu przecież specjalna strefa postoju dla psów"
Strefa faktycznie jest, jednak ten kto pieska zabierał doskonale wiedział, że nie ma tam ani kamer, ani przeszklenia ze sklepu. Nikt nic nie zauważył, nawet jeśli byli świadkowie, zapewne pomyśleli że to właściciel zabiera psa.
Oczywista wina staruszki ale czy pośrednio też nie sklepu?
Wydaje mi się że takie stanowisko nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza pod sporym marketem i stawianie takiego znaku nie było do końca przemyślaną decyzją.
Jak się okazało, pani zostawiła pod marketem 7- miesięcznego Pomeriana, lecz kiedy wyszła ze sklepu już go nie było.
Z całego zamieszania dosłyszałam tylko, że:
" Ja go tu zawsze zostawiałam i nic się nie działo, weszłam do sklepu tylko na pół godzinki, to jest prawie dorosły pies i ponad wszystko... jest tu przecież specjalna strefa postoju dla psów"
Strefa faktycznie jest, jednak ten kto pieska zabierał doskonale wiedział, że nie ma tam ani kamer, ani przeszklenia ze sklepu. Nikt nic nie zauważył, nawet jeśli byli świadkowie, zapewne pomyśleli że to właściciel zabiera psa.
Oczywista wina staruszki ale czy pośrednio też nie sklepu?
Wydaje mi się że takie stanowisko nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza pod sporym marketem i stawianie takiego znaku nie było do końca przemyślaną decyzją.
wtorek, 12 czerwca 2018
Nawigator
Linią którą zazwyczaj dojeżdżam na uczelnię jeździ pewien staruszek, który przyjaźni się z kierowcą autobusu. Wchodzi za przednią bramkę i staje tuż przy szybie kabiny kierowcy, żeby przez całą trasę toczyć z nim konwersację, lub żeby po prostu zająć najlepsze miejsce obserwacyjne.
Dzisiaj jednak życie postanowiło staruszka zaskoczyć.
Wszedł do autobusu jak co dzień, stanął przy bramce i zatrzymał się. Coś było nie tak.
Na miejscu kierowcy wcale nie siedział jego przyjaciel, lecz młoda kobieta o krótkich, blond włosach.
- A gdzie Kazimierz? - spytał zaskoczony staruszek, przysuwając się bliżej szyby, jakby chciał się upewnić czy może jego oczy nie dowidzą znajomej, zarośniętej twarzy. Jednak jakkolwiek by się nie przyglądał, kierowca nie wyglądał na Kazimierza.
- Na zwolnieniu, dzisiaj ja jestem -
- Nie Kazimierz? -
- Nie, Joanna jestem -
Staruszek spochmurniał i spojrzał na zamykające się drzwi autobusu. Teraz nie mógł już wysiąść i musiał jechać. Postanowił wiec zająć miejsce na samym przedzie autobusu, tuż obok kobiety, z którą czasem również zamieniał kilka zdań.
Jeśli myślicie, że mężczyzna zaczął luźną pogawędkę lub po prostu siedział grzecznie na swoim miejscu, nie odzywając się... to się mylicie.
Z jakiegoś powodu pan uznał, że kobietę stanowczo trzeba poinstruować jak kierować pojazdem i gdzie skręcać, ponieważ sama nigdy nie ogarnie tej skomplikowanej maszyny.
- Ale źle pani skręca, musi pani większe koło zrobić. Zahaczy pani... a tu przystanek! Dlaczego pani nie staje! -
- Na tym przystanku się nie zatrzymujemy, tylko na żądanie -
- Kazimierz to zawsze stawał! -
- Daj rzesz prowadzić tej kobiecie, przecież wie co robi - odezwała się znajoma nawigatora, siedząca obok niego.
- Kazimierz to jednak lepiej prowadzi. Nie Pani wina. Młoda jeszcze i do tego kobieta -
- A co?! Że jak kobieta, to już nie potrafi prowadzić tak? - kobieta na siedzeniu obok nawet nie starała się ukryć oburzenia
- Potrafi tylko, że gorzej. O, tu na przykład Kazimierz by tak wyminął, że byśmy byli już z przodu i tutaj na linię najechaliśmy. Kazimierz by nie najechał -
Pani prowadząca autobus zdawała się nawet nie słyszeć marudzącego dziadka i robiła swoje, jednak znajoma mężczyzny nie miała zamiaru siedzieć cicho:
- Kazimierz i Kazimierz, ożeń się z nim jak jesteś tak w niego wpatrzony. Stary jest już, oczy nie te, ludzi drzwiami przycina, hamuje zbyt nagle i na zakrętach zarzuca, że ludzie latają po całym autobusie. Na przewóz kartofli, to by się nadawał ale na ludzi to już nie te lata. Prowadź kochanieńka -
Mężczyzna już chciał coś odpowiedzieć ale autobus zaczął hamować i starszy pan zmuszony był trzymać się poręczy i obserwować jak pojazd wymija kurę, która akurat postanowiła przejść się środkiem szosy i nic nie robiła sobie z autobusu.
- Widzisz? - rzuciła kobieta, szturchając sąsiada w ramię - Kazimierz by ci tutaj zrobił rosół, a tak kurka chodzi i żyje -
Mężczyzna do końca jazdy coś marudził pod nosem ale nie nawigował już głośno kierowcy i pozwolił reszcie pasażerów cieszyć się spokojem.
Dzisiaj jednak życie postanowiło staruszka zaskoczyć.
Wszedł do autobusu jak co dzień, stanął przy bramce i zatrzymał się. Coś było nie tak.
Na miejscu kierowcy wcale nie siedział jego przyjaciel, lecz młoda kobieta o krótkich, blond włosach.
- A gdzie Kazimierz? - spytał zaskoczony staruszek, przysuwając się bliżej szyby, jakby chciał się upewnić czy może jego oczy nie dowidzą znajomej, zarośniętej twarzy. Jednak jakkolwiek by się nie przyglądał, kierowca nie wyglądał na Kazimierza.
- Na zwolnieniu, dzisiaj ja jestem -
- Nie Kazimierz? -
- Nie, Joanna jestem -
Staruszek spochmurniał i spojrzał na zamykające się drzwi autobusu. Teraz nie mógł już wysiąść i musiał jechać. Postanowił wiec zająć miejsce na samym przedzie autobusu, tuż obok kobiety, z którą czasem również zamieniał kilka zdań.
Jeśli myślicie, że mężczyzna zaczął luźną pogawędkę lub po prostu siedział grzecznie na swoim miejscu, nie odzywając się... to się mylicie.
Z jakiegoś powodu pan uznał, że kobietę stanowczo trzeba poinstruować jak kierować pojazdem i gdzie skręcać, ponieważ sama nigdy nie ogarnie tej skomplikowanej maszyny.
- Ale źle pani skręca, musi pani większe koło zrobić. Zahaczy pani... a tu przystanek! Dlaczego pani nie staje! -
- Na tym przystanku się nie zatrzymujemy, tylko na żądanie -
- Kazimierz to zawsze stawał! -
- Daj rzesz prowadzić tej kobiecie, przecież wie co robi - odezwała się znajoma nawigatora, siedząca obok niego.
- Kazimierz to jednak lepiej prowadzi. Nie Pani wina. Młoda jeszcze i do tego kobieta -
- A co?! Że jak kobieta, to już nie potrafi prowadzić tak? - kobieta na siedzeniu obok nawet nie starała się ukryć oburzenia
- Potrafi tylko, że gorzej. O, tu na przykład Kazimierz by tak wyminął, że byśmy byli już z przodu i tutaj na linię najechaliśmy. Kazimierz by nie najechał -
Pani prowadząca autobus zdawała się nawet nie słyszeć marudzącego dziadka i robiła swoje, jednak znajoma mężczyzny nie miała zamiaru siedzieć cicho:
- Kazimierz i Kazimierz, ożeń się z nim jak jesteś tak w niego wpatrzony. Stary jest już, oczy nie te, ludzi drzwiami przycina, hamuje zbyt nagle i na zakrętach zarzuca, że ludzie latają po całym autobusie. Na przewóz kartofli, to by się nadawał ale na ludzi to już nie te lata. Prowadź kochanieńka -
Mężczyzna już chciał coś odpowiedzieć ale autobus zaczął hamować i starszy pan zmuszony był trzymać się poręczy i obserwować jak pojazd wymija kurę, która akurat postanowiła przejść się środkiem szosy i nic nie robiła sobie z autobusu.
- Widzisz? - rzuciła kobieta, szturchając sąsiada w ramię - Kazimierz by ci tutaj zrobił rosół, a tak kurka chodzi i żyje -
Mężczyzna do końca jazdy coś marudził pod nosem ale nie nawigował już głośno kierowcy i pozwolił reszcie pasażerów cieszyć się spokojem.
czwartek, 7 czerwca 2018
Gacek w natarciu
Wakacje coraz bliżej, a dzieciaki z sąsiedztwa nie wiedząc co zrobić z nadmiarem wolnego czasu wymyśliły sobie zabawę w dzwonienie domofonem i uciekanie z miejsca zbrodni.
Frajda tym większa, że po niedawnej wymianie słuchawek, dźwięk jaki się z nich wydobywa morduje skutecznie uszy wszystkich posiadaczy decybelami z pogranicza syreny alarmowej.
Jako, że mieszkam na parterze poczułam się w obowiązku przepędzenia dziesięciolatków. Kiedy wychodziłam one uciekały, lecz gdy wracałam do domu one również wracały tyle że pod domofon i zabawa toczyła się dalej.
Żebym nie wyszła na stetryczałą, moim sąsiadom również średnio podobała się ta forma rozrywki.
Dzieci, dopiero uspane przez swoich rodziców zaczynały płakać, psy wyć, a dorośli rzucać soczystymi "pojebało Was, małe gnojki?", co spotykało się z salwami śmiechu po drugiej stronie słuchawki.
Jako, że mieszkam na parterze poczułam się w obowiązku przepędzenia dziesięciolatków. Kiedy wychodziłam one uciekały, lecz gdy wracałam do domu one również wracały tyle że pod domofon i zabawa toczyła się dalej.
Żebym nie wyszła na stetryczałą, moim sąsiadom również średnio podobała się ta forma rozrywki.
Dzieci, dopiero uspane przez swoich rodziców zaczynały płakać, psy wyć, a dorośli rzucać soczystymi "pojebało Was, małe gnojki?", co spotykało się z salwami śmiechu po drugiej stronie słuchawki.
Zabawa nie miała zamiaru się skończyć, więc po raz kolejny otworzyłam drzwi, żeby postać sobie trochę na korytarzu w nadziei że dzieci znudzą się i uciekną.
Zatrzymałam się jednak na wycieraczce. Na przeciwko mnie, przy schodach kucał mój sąsiad, trzymając swojego wyżła za obrożę. Kiedy mnie zauważył przyłożył wskazujący palec do ust i zakradł się bliżej drzwi wyjściowych. Wycofałam się nieco ale dalej obserwowałam co robi mężczyzna. Kiedy dzieciaki po raz kolejny wcisnęły przyciski domofonu, sąsiad z szybkością Usaina Bolta dopadł do drzwi, otworzył je i krzyknął:
- A może ktoś chce pobawić się z Gacusiem? -
Pies wypadł przez otwarte drzwi, a reszta była chaosem. Dzieci, przeciskające się jeden przez drugiego na schodach, jakaś dziewczynka niemal jadąca po poręczy, chłopiec przeskakujący po 3 schody na raz, drugi prawie jadący na plecach swojego kolegi. Wszystkie przerażone i piszczące, rozbiegły się w różnych kierunkach, podczas gdy pies patatajał to za jednym to za drugim dzieckiem, liżąc je po twarzach i wesoło poszczekując. Jemu jednemu podobała się taka zabawa.
Towarzystwo rozbiegło się w ciągu niecałej minuty, pies został przywołany i zziajany wrócił z sąsiadem na górę.
Tego dnia domofon nie zadzwonił już ani razu... co raczej nie powinno nikogo dziwić.
Towarzystwo rozbiegło się w ciągu niecałej minuty, pies został przywołany i zziajany wrócił z sąsiadem na górę.
Tego dnia domofon nie zadzwonił już ani razu... co raczej nie powinno nikogo dziwić.
niedziela, 3 czerwca 2018
Jaki specjalista?
Pewnego dnia obudziłam się w środku nocy z potwornym bólem oczu i całkowitym brakiem możliwości ich otwarcia.
Na wpół ślepo wykręciłam numer do lekarza ale jako że była to noc, do tego weekend skierowano mnie na ostry dyżur do szpitala. Dopiero później okazało się, że to jakiś dziwny, zmutowany wirus, pierwotnie pochodzący od wielbłądów (nie pytajcie jak to złapałam, bo sama się do tej pory zastanawiam)... teraz jednak byłam zmuszona dowiedzieć się dlaczego zaczynam krwawić z oczu i czy już wzywać egzorcystę. Żebym nie zabrudziła poczekalni, wręczono mi nerkę i kazano udać się do rejestracji. Czekałam grzecznie w kolejce, trzymając swój numerek i kompletnie nie mając pojęcia, czy uda mi się go dojrzeć na ekranie monitora. Dotarłam jednak jakoś do okienka rejestracji, jedną ręką macając po ścianie, żeby na nic nie wpaść, drugą przytrzymując nerkę pod wciąż kapiącym krwią okiem. Wydłubałam z kieszeni kartę NFZ i podałam ją bardzo flegmatycznej pani w okienku, która wyglądała jakby robiła już co najmniej trzecią zmianę i to bez kawy. Po 10 minutach wstukiwania moich danych w komputer, pani spojrzała przeciągle na moje spuchnięte oblicze i rzekła:
- Do jakiego specjalisty zapisać? -
Myślałam, że żartuje ale kobieta dalej patrzyła na mnie wyczekująco.
Widząc, że o tej godzinie mało kto jest przytomny i rozumiejąc, że ta kobieta ma w obowiązku spytać odpowiedziałam, że do okulisty ale miałam szczerą ochotę powiedzieć, że potrzebny mi ginekolog, bo chyba krwawię nie tą stroną co powinnam.
Na wpół ślepo wykręciłam numer do lekarza ale jako że była to noc, do tego weekend skierowano mnie na ostry dyżur do szpitala. Dopiero później okazało się, że to jakiś dziwny, zmutowany wirus, pierwotnie pochodzący od wielbłądów (nie pytajcie jak to złapałam, bo sama się do tej pory zastanawiam)... teraz jednak byłam zmuszona dowiedzieć się dlaczego zaczynam krwawić z oczu i czy już wzywać egzorcystę. Żebym nie zabrudziła poczekalni, wręczono mi nerkę i kazano udać się do rejestracji. Czekałam grzecznie w kolejce, trzymając swój numerek i kompletnie nie mając pojęcia, czy uda mi się go dojrzeć na ekranie monitora. Dotarłam jednak jakoś do okienka rejestracji, jedną ręką macając po ścianie, żeby na nic nie wpaść, drugą przytrzymując nerkę pod wciąż kapiącym krwią okiem. Wydłubałam z kieszeni kartę NFZ i podałam ją bardzo flegmatycznej pani w okienku, która wyglądała jakby robiła już co najmniej trzecią zmianę i to bez kawy. Po 10 minutach wstukiwania moich danych w komputer, pani spojrzała przeciągle na moje spuchnięte oblicze i rzekła:
- Do jakiego specjalisty zapisać? -
Myślałam, że żartuje ale kobieta dalej patrzyła na mnie wyczekująco.
Widząc, że o tej godzinie mało kto jest przytomny i rozumiejąc, że ta kobieta ma w obowiązku spytać odpowiedziałam, że do okulisty ale miałam szczerą ochotę powiedzieć, że potrzebny mi ginekolog, bo chyba krwawię nie tą stroną co powinnam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
