Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Zbyt realny sen


Miałam dzisiaj bardzo realistyczny sen.

Normalnie nie przykładam do tego uwagi i nawet jeśli pamiętam co mi się śniło, to z momentem przebudzenia przestaje mnie to obchodzić. Teraz jest jednak inaczej i mimo że mam mnóstwo pracy, nie potrafię się na niczym skupić, bo moje myśli analizują poszczególne sceny tego koszmaru wbrew mojej woli. 

Pomyślałam, że pozbędę się tego prześladowania, przelewając je na papier... taki wirtualny papier. Nigdy tak tego nie załatwiałam, ale nie mam nic do stracenia, a nie mogę zmarnować całego dnia przez skupianie się na chorych wyobrażeniach mojego zmęczonego mózgu.

Nie wiem czy projekcja była przypadkowa i mój umysł po prostu postanowił torturować mnie akurat dzisiaj, czy zadecydowało o tym to, że położyłam się spać o 4 rano z bólem brzucha. Myślę, że była to mieszanina wszystkiego po trochu.

Sen, jak już wspomniałam, był bardzo realistyczny i przedstawiał się w następujący sposób:


Jeśli ktoś nie jest pełnoletni lub źle znosi drastyczne sceny, proszony jest o opuszczenie wpisu.

Był wieczór. Ułożenie pomieszczeń, wielkość i umeblowanie mojego mieszkania znacząco różniły się od obecnego, ale wiedziałam, że znajduję się w swoim domu. Wiedziałam też, że moja mama umarła i z jakiegoś powodu mną i siostrą zajmowała się druga żona mojego ojca. 

Było to chyba ze wszystkiego najmniej realne, ponieważ jestem już od dawna pełnoletnia, więc w przypadku śmierci mojej mamy, to ja przejmuję opiekę nad niepełnosprawną siostrą i nie potrzebuję do tego pomocy osób trzecich. Zwłaszcza osób trzecich, których nie darzę zbyt dużą sympatią.

Nie wiem gdzie był mój ojciec, ale nie było go w mieszkaniu. Moja... macocha? Sprowadziła do mieszkania człowieka, który wyglądał jak lżejsza wersja Salety. Łysy, barczysty, wysoki, mówiący niskim głosem, z karkiem większym niż garb wielbłąda. Nie wiem czy uważałam, że to jej kochanek, czy tylko znajomy, ale niewiele mnie to obchodziło. Podałam siostrze leki, włączyłam jej telewizor i położyłam spać, przymykając drzwi do jej pokoju. Na jej pościeli leżała Morfina i jako że zasnęła z głową na brzuchu mojej młodszej wersji, zostawiłam ją tam gdzie była. 

Wyciągnęłam z szafki ręcznik i skierowałam się do łazienki. W korytarzu wyminęłam się z barczystym człowiekiem, którego imienia nie znałam, ale jego twarz była mi dziwnie znajoma i zauważyłam, że zmierzał on do pokoju mojej siostry. Jeśli obcy (poniekąd) mężczyzna kieruje się późnym wieczorem do pokoju nieletniego rodzeństwa, to powinien być to czerwony alarm. Z jakiegoś powodu mężczyzna pomimo swojej masy był bardzo szybki i zwinny, więc niemal natychmiast zniknął mi z oczu. Dystans między mną, a pokojem magicznie zwiększył się trzykrotnie i zanim dotarłam do miejsca docelowego, usłyszałam krzyk i skomlenie Morfiny. Nie wiem czy kiedykolwiek włożyłam więcej wysiłku w bieg przez sen, ale wszyscy wiemy jak to wygląda. Nogi poruszają się jakby były obciążone betonem i wysiłek włożony w bieg nie przekłada się na otrzymywaną prędkość. Kiedy w końcu dotarłam do drzwi, w pokoju panowała cisza, przerywana tylko cichymi łupnięciami - odgłosem, który wydaje z siebie łapka na muchy, uderzająca w miękką poduszkę. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam martwe ciało mojego psa, leżące na równie martwym ciele mojej siostry. W pozbawione życia zwłoki rytmicznie wbijał się wielki nóż, przechodząc w całości przez Morfinę i przebijając się do młodej, umieszczonej pod nią. Cały psi bok i klatka piersiowa były otworzone. Widziałam kości żeber pozbawione skóry i fragmenty mięsa, które spadały na prześcieradło, razem ze zmieszanym potokiem psiej i ludzkiej krwi, która kapała na podłogę. Ciała nie reagowały już na dźgnięcia, były jak gumowe manekiny. 

Mimo że wiedziałam, że w obu tych istotach nie ma już życia, stanęłam pomiędzy nimi, a mężczyzną i starałam się go odepchnąć. To była pierwsza reakcja. Gość był jak góra i chociaż użyłam (moim zdaniem) sporej siły, to nie przesunął się o milimetr i tylko patrzył na mnie pozbawionymi emocji oczami, dzierżąc w dłoni zakrwawiony nóż. Zostałam odepchnięta na szafę i przybita do niej nożem z nadludzką siłą. 

Mówią, że we śnie nie czuje się bólu, ale mogłabym przysiąc, że czułam go doskonale. 

Zaczęłam się osuwać, ale nóż zalegał głęboko w drzwiach szafy i moje przesunięcie spowodowało tylko powiększenie rany i zatrzymanie się ostrego narzędzia na żebrach. Z tyłu głowy siedziało mi, że nie wolno wyciągać obiektów wbitych w ciało, bo może to doprowadzić do krwotoku, ale nie miałam innej możliwości. Musiałam się jakoś wydostać. Mężczyzna w tym czasie wyszedł z pokoju, więc próbowałam wyciągnąć nóż. Moim celem było okno, które z jakiegoś powodu znajdowało się na poddaszu.

Poddasze na pierwszym piętrze, gdzie nad nami mieszkali jeszcze ludzie?

Przedmiot został jednak wbity z taką siłą, że nie miałam szans go z siebie wydobyć.

A słabym człowiekiem nie jestem.

Postanowiłam więc przedrzeć się przez jego rękojeść, zostawiając ostrze wbite w szafę. Musiałam się spieszyć, bo słyszałam zbliżające się rozmowy między żoną mojego ojca, a jej partnerem w zbrodni. Odepchnęłam się od szafy i poczułam jak tracę jakiś fragment mojego brzucha. Kiedy się obejrzałam, część mięsa spoczywała na rękojeści jak szaszłyk. Pozostawiając za sobą ślad z krwi, wspięłam się na okno i otworzyłam je akurat w momencie, kiedy dwójka wcześniej wspomnianych ludzi znalazła się w pokoju. Mężczyzna próbował mnie chwycić, ale złapał tylko za kawałek mięsa (wyglądało to jak fragment więzadła), które rozwinęło się jak serpentyna, kiedy spadłam na dół, lądując z pluskiem na chodniku. Nagle z tyłu głowy pojawiła się myśl, że gość ma broń i będzie teraz do mnie strzelał, więc zaczęłam uciekać slalomem, ponieważ wtedy ponoć ciężej trafić w cel. Kiedy znalazłam się już prawie za rogiem budynku, a kule trafiały pod moje nogi, ale nie we mnie, jak spod ziemi wyrósł ten sam oprawca i wbijając bagnet z pistoletu...

Pistolet z bagnetem. Ciekawa rzecz.

... w moją szyję, zagroził, że strzeli jeśli nie przestanę uciekać. Podnosząc pistolet, ze mną na jego końcu, jak szmacianą lalkę, wrócił do mieszkania. Zaczęłam wyrzucać z siebie fontannę krwi. Dusiłam się i widziałam coraz mniej wyraźnie. Nie wiem jaką różnicę zrobiłby mi postrzał w gardło, które właśnie zostało otwarte nożem, ale pomyślałam o tym dopiero, kiedy zostałam rzucona w róg pokoju, w którym stół zasłany był białym obrusem i przygotowany na kolację dwóch osób.

Nie mogłam się ruszyć i czułam, że się wykrwawiam. Powtarzałam do siebie szeptem, że nie mogę zasnąć, bo wtedy już się nie obudzę. Jakbym miała jakąkolwiek szansę przeżyć coś takiego. Nie wiem dlaczego nie zostałam dobita do końca, ale mężczyzna poinformował moją macochę, że musi umyć ręce, bo jej zabrudzi obrus i zostawiając zakrwawiony nóż na talerzu, przeszedł do łazienki. Po pokoju zaczęły krzątać się dwie kucharki w czepkach. Jedna z nich była młoda, druga nieco starsza i bardziej tęga. Kobiety znosiły potrawy na stół, podczas kiedy ja walczyłam o powietrze i utrzymanie świadomości w kącie pomieszczenia.

Młodsza z kucharek spoglądała na mnie z niepokojem i próbowałam jej przekazać w jakiś sposób, że ma wezwać policję i pogotowie. Stukałam palcem w podłogę, starając się Morsem wystukać jej wiadomość SOS. Robiłam do odwrotnie, bo zamiast "... _ _ _ ...", stukałam "_ _ _ ... _ _ _", ale kobieta i tak zorientowała się o co chodzi i poinformowała o tym swoją starszą koleżankę, która jakby się zastanowić, mogła być jej matką.

Jakby zakrwawiony nóż i dogorywająca w rogu osoba, zalana czerwoną posoką były niewystarczającymi sygnałami do wezwania pomocy.

Niestety kobiety były mało dyskretne i obie skończyły jako szaszłyki nadziane na krzesło, położone jedna na drugiej. Zastanawiające było jak zabiło je jedno dźgnięcie na wysokości przepony, podczas kiedy ja od dłuższego czasu utrzymywałam się przy życiu z otwartą jamą brzuszną i szyją. Miałam właśnie podzielić ich los, kiedy w kuchni wybuchł pożar i macocha ze swoim bodyguardem postanowili wyewakuować się z mieszkania. Ogień wdzierał się do pokoju, a ja zostałam odcięta od drogi ucieczki. Ponownie usłyszałam skomlenie psa, więc uznałam, że Morfinie udało się jednak przeżyć. Przeczołgałam się do korytarza, gdzie znalazłam mrugającą i piszczącą psią głowę, oddzieloną od reszty ciała, która znajdowała się poza zasięgiem mojego wzroku. Zabrałam głowę, która zaczynała już zajmować się ogniem i skuliłam się razem z nią gdzieś w kącie, modląc się o jakiś wybuch gazu, który szybko zakończyłby sprawę i uchroniłby mnie przed spaleniem się żywcem. 

Obudziłam się, ściskając poduszkę dokładnie w ten sam sposób, w jaki jeszcze przed chwilą ściskałam głowę Morfiny. Mokra twarz świadczyła o tym, że płakałam przez sen. Usiadłam na łóżku, sprawdziłam legowisko na którym smacznie chrapała Morfina i przeszłam do pokoju, w którym spały mama z siostrą. Wszystko było w porządku. Brzuch dalej mnie bolał i z jakiegoś powodu bolała mnie też szyja - prawdopodobnie przez skuloną pozycję, w jakiej spałam.

Od wybudzenia minęło już kilka godzin, a ja wciąż mam przed oczami ułożone na sobie zwłoki i skomlącą psią głowę, którą za wszelką cenę chciałam jakoś przyczepić do zaginionego ciała. Nawet nie macie pojęcia z jakim trudem zakładałam dzisiaj Morfinie obrożę na szyję. 

I tak, wiem, że to sen i nie ma większego znaczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jakoś to za mną chodzi.

sobota, 4 kwietnia 2020

Motylka i myszki


Kiedy byłam mała, spotkałam pewną dziewczynkę w moim wieku. 

Dziewczynka ta miała pewien sekret.

Nie znosiła motyli.

Nie bała się ich, ale wzbudzały w niej obrzydzenie i odrazę. Dla innych były one piękne, delikatne i kolorowe, dla niej - odrażające. Barwne skrzydełka wcale jej nie zachęcały. Uważała, że to miotające się potwory, które nie potrafią nawet prosto latać. Dziewczynka nienawidziła tylko motyli, reszta owadów była jej obojętna. Darzyła szacunkiem nawet mrówki, które ciężko pracowały na to, co miały. W przeciwieństwie do tych "kolorowych obiboków".
Szczególnym rodzajem nienawiści darzyła ćmy. Były jeszcze gorsze. Wlatywały do domu, kiedy tylko mogły i pojawiały się bez zaproszenia. Podlatywały do światła, które je zabijało i nie potrafiły wylecieć nawet przez szeroko otwarte okno. Uważała je za głupszych i brzydszych kuzynów motyli dziennych, a przecież już te były okropne.

Dziewczynka lubiła chodzić do kościoła, ale budynek otaczały łąki, po których w ciepłe dni latało mnóstwo owadów, w tym również motyli. Była to jedyna droga, więc dziewczynka przebiegała cały odcinek, żeby tylko nie musieć oglądać tych odrażających kreatur, pląsających między kwiatami.

Motyle nigdy nie zrobiły jej nic złego, w przeciwieństwie do pszczół, którym zdarzało się żądlić, natarczywych komarów, mszyc zjadających rośliny, czy zjadających plony stonek. Żadne owady nie były jednak w jej oczach tak okropne jak motyle. Nie mogła znieść tego jak wyglądają, poruszają się i przepoczwarzają te stworzenia. Nie chciała ich rysować, czytać o nich, ani o nich słuchać. 

Jej największym pragnieniem było, żeby wszystkie motyle świata po prostu zniknęły.

Dziewczynka zaczęła zrażać do siebie rówieśników. Nie dlatego, że nie lubiła motyli, a ze względu na jej przekonanie, że nikt nie powinien ich lubić. Każdy, kto miał choćby obojętny stosunek do tych owadów, był dla niej zaburzony. Nie wiedziała jak można było się nimi zachwycać, albo mówić, że nie robią nikomu różnicy. Każdy powinien widzieć jak są paskudne i okropne oraz podzielać jej zdanie.

Kiedy dziewczynka dowiedziała się, że moja babcia bardzo lubi motyle, przestała się ze mną zadawać, ponieważ uznała, że ja myślę tak samo. Tak naprawdę nie zwracałam na nie uwagi. Ich istnienie było mi zupełnie obojętne.

Dziewczynka zyskała pseudonim - Motylka.

Nasza podstawówka sąsiadowała z gabinetem weterynaryjnym, więc kiedy po zajęciach przebywaliśmy na boisku, mogliśmy przyglądać się pacjentom, zmierzającym do gabinetu. Chłopak z mojej klasy wypatrzył Motylkę jak szła do weterynarza ze swoją mamą, niosąc coś w małym pudełku. Okazało się, że dziewczyna miała w domu myszki i jedna z nich zwichnęła łapkę w kołowrotku.
Po szkole szybko rozniosło się, że Motylka ma w domu myszy. Ktoś coś przeinaczył, ktoś coś dodał i wyszła bardzo nieprzyjemna plotka o tym, że dziewczyna na pewno mieszka w brudnym domu, który opanowały gryzonie. Dzieci w tym wieku są okrutne i bezwzględne. Zaczęły się wyzwiska, dokuczanie, a nawet przepychanki. Motylka została całkowicie odizolowana, chociaż już wcześniej zadbała o to, żeby nie mieć zbyt wielu przyjaciół. Przezywali ją nawet Ci, którzy jej nie znali i robili to tylko dlatego, że większość tak robiła. Tak działa siła tłumu.

Dziewczynka nigdy nie była brudna i miała duży, piękny dom, ale przypięta do niej łatka bardzo utrudniała jej życie. Nie rozumiała dlaczego ludzie tak negatywnie reagują na gryzonie. Przecież to były tylko małe, łaciate myszki, do tego bardzo czyste. Dlaczego oceniali, skoro nie znali tych zwierzątek?

Można powiedzieć, że karma wróciła ze zdwojoną siłą.

Niestety historia Motylki nie kończy się zbyt dobrze. Dziewczynka zaczęła wdawać się w bójki, ponieważ czuła się coraz bardziej atakowana. Po szkole rozniosło się, że jest agresywna i można oberwać w nos za samo krzywe spojrzenie. Dzieci zaczęły się bać i sytuacja tylko się pogorszyła. 

Kiedy pewnego dnia Motylka usłyszała w klasie swoje imię, poprzedzające salwę śmiechu, nie wytrzymała i rzuciła w kolegę z klasy nożyczkami. Nauczycielka wyszła po dziennik i nie było jej wtedy w sali. Teoretycznie powinna wezwać kogoś, kto popilnowałby w tym czasie dzieci, ale zniknęła przecież tylko na chwilę. Polała się krew i w klasie wybuchła panika. Wszyscy wybiegli na korytarz, włącznie ze zranionym chłopakiem. Nauczycielka znalazła nas na schodach i wezwała nauczyciela na zastępstwo, podczas kiedy sama zabrała ze sobą atakującą i atakowanego. Jedno z nich trafiło do higienistki, drugie do dyrektora. Zostali wezwani rodzice dwójki, a nas uspokoiła dopiero nauczycielka z małym wsparciem pani woźnej.
Chłopak oberwał tylko w rękę i rana nie była głęboka, ale jako że równie dobrze mógł dostać w oko, Motylkę czekały większe konsekwencje. Atakowanie uczniów pięściami było niepokojące, ale używanie do tego ostrych narzędzi było niedopuszczalne. Dziewczynka przez dłuższy czas nie przychodziła do szkoły, a my spekulowaliśmy dlaczego. Chłopak zarzekał się, że wcale o niej nie wspominał i coś jej się uroiło. Nie wiem jak było naprawdę, siedziałam za daleko, żeby usłyszeć i byłam zajęta bazgraniem po zeszycie.

Krótki czas później się przeprowadziliśmy i byłam zmuszona zmienić szkołę. Nie za sprawą Motylki. Kiedy byłam mała, przeprowadzaliśmy się dość często, dlatego nigdzie nie mogłam się zaaklimatyzować. Z czasem przestałam też próbować i stałam się tym cichym dzieckiem z tyłu klasy, które z nikim nie rozmawia. Nie nawiązywałam znajomości, ponieważ wiedziałam, że wkrótce i tak się pewnie przeniesiemy i będę musiała wszystkich pożegnać i poznać nowych ludzi.

Nie wiem więc jak się skończyła historia Motylki. W tamtych czasach kontakt z innymi dziećmi był utrudniony, a ja nie miałam w tamtej klasie tak bliskich przyjaciół, żeby pisać do nich listy. Pewnie część dzieci stwierdziła, że moja przeprowadzka miała bezpośredni związek z agresją Motylki, bo nastąpiła tak nagle, że nie zdążyłam się z nikim nawet pożegnać. Nie było to prawdą, ale siła domysłów zazwyczaj zwycięża i jestem pewna, że nie pomogło to w trudnej sytuacji dziewczynki, która od początku była jednym, wielkim nieporozumieniem.

Jedni powiedzą, że dziewczynka dostała dokładnie to, na co zasłużyła, inni stwierdzą, że zawiniły dwie strony, a jeszcze inni, że dziecko tak naprawdę nie było niczemu winne i to, co je spotkało nigdy nie powinno się wydarzyć.

Już jako dziecko uważałam, że to wszystko nie miało sensu. Konflikt, który urósł do tej skali zaczął się od motyli i kilku myszek. Nie potrafiłam pojąć jak to się właściwie stało. Wiele dzieci było prześladowanych z najróżniejszych powodów i w zależności od szkoły miało to różne natężenie. Zamykanie w ciemnej szatni, wyzwiska, pobicia. Ja nauczyłam się je ignorować, tak jak większość ofiar. Tutaj problem wymknął się spod kontroli. Winą można się dowolnie przerzucać, ale to niczego nie zmieni. Wpływ na to, co się stało miało wiele czynników.

Małe problemy małych dzieci powinny być traktowane tak samo poważnie jak problemy dorosłych, bo chociaż dla tych ostatnich skala zagrożenia i szkodliwości może wydawać się mikroskopijna, to ignorowanie tych malutkich problemów może doprowadzić do naprawdę przykrych konsekwencji.

Pobicie jest pobiciem, niezależnie od tego czy biją się pięciolatki, czy dorośli ludzie. "Dzieci już tak mają" nie jest żadnym uzasadnieniem. Tolerancji i właściwego rozwiązywania problemów należy uczyć już od najmłodszych lat.

W przeciwnym razie możemy liczyć na taki właśnie mało piękny (ale jakże w tym przypadku dosłowny) efekt motyla*.



* Efekt motyla - "trzepot skrzydeł motyla w Ohio może spowodować burzę piaskową w Teksasie. Pozornie błahe zdarzenia mogą zmienić bieg historii".

piątek, 3 kwietnia 2020

Puzzle z babcią


Kiedy rak skrupulatnie pożerał moją babcię i zostawiał w jej mózgu luki, opiekowałyśmy się nią na zmianę tak, żeby zawsze miała kogoś przy sobie. Jednego dnia byłam to ja, drugiego moja mama, a trzeciego ciocia - starsza siostra babci. 

W ostatnim stadium choroby babcia nie mogła już chodzić i chociaż mieszkała na parterze, jej wyjścia na zewnątrz ograniczały się do balkonu. Zapominała słów, osób, czasem trudno jej było nawet przypomnieć sobie jak się nazywała.
Żeby ćwiczyć to, co zostało z jej pamięci, przynosiłam memo, karty i puzzle. Babcia nigdy nie była dobra w puzzle, ponieważ nie układała ich w swoim życiu zbyt wiele, ale bardzo chciała się nauczyć. Wyglądało to tak, że z tysiąca kawałków umieszczała kilka ostatnich, ale i tak była z siebie dumna. Ja też byłam z niej dumna.

Pewnego dnia przyszłam do babci na swoją zmianę. Pomogłam jej się umyć, zjeść, rozwiesiłam pranie i usiadłyśmy do puzzli. Tego dnia babcia pamiętała schemat. Wiedziała, że najpierw należy odwrócić kartoniki obrazkami do góry, potem rozłożyć je z boku, ułożyć ramkę i szukać elementów według wzoru na opakowaniu.

- A to gdzie ma iść, Paulinko? - spytała babcia zachrypiałym głosem, trzymając w palcach malutki element układanki.
- To jest chyba fragment oka, to musisz znaleźć inne fragmenty oka i dać na środek.

Babcia przyjrzała się fragmentowi i dalej trzymając go w dłoni, zaczęła wnikliwie studiować moją twarz. Często to robiła, przyzwyczaiłam się do tego.

- Jaki mamy dzień tygodnia? - spytała.
- Jest środa babciu - odparłam, szukając listków wśród mrowia zielonych elementów.
- Coś się stało? Jakaś taka jesteś.
- Nie, nic. Nie martw się tym.
- Jestem stara, a nie głupia.
- Nic się takiego nie stało, poważnie.
- To mnie jednak masz za głupią.
- Nie.
- To mów.

Miałam po prostu gorszy dzień, ale babcia była uparta i wiedziałam, że nie odpuści. Opowiedziałam jej więc o nieprzyjemnościach na uczelni, kłótni z przyjaciółką, problemach w domu i wszystkim, co tego dnia można było zaliczyć do porażek. Babcia słuchała i oglądając trzymany w palcach element, spytała:

- A jaki mamy dzień tygodnia.
- Środa babciu - odparłam, wracając do puzzli. Na pewno już zapomniała o czym przed chwilą do niej mówiłam. Jej umysł był jak sito. Zostawały w nim tylko większe fragmenty.
- A co się stało?
- Ale co?
- Że jesteś taka jakaś nieswoja.
- Nic babciu.
- Mów.

Postanowiłam powtórzyć cały wywód ponownie, pomijając mniej znaczące fragmenty. To nie była jej wina, tak teraz działała jej głowa.
Babcia słuchała i kiedy skończyłam, spytała:

- To wszystko?
- Tak - odparłam.
- Na pewno?
- To mało?
- Nie wiem. Mało? Jaki mamy dzień tygodnia?
- Środa babciu.

Sitko miało coraz grubsze oczka i zatrzymywało coraz mniej informacji.

- Powiesz mi co się stało? - spytała po chwili babcia, więc westchnęłam i powtórzyłam historię, ograniczając się jedynie do zajęć na uczelni i kłótni z przyjaciółką.
- I to wszystko?
- Tak - odparłam, chociaż pominęłam większą część opowiadania.
- A jaki jest dzień tygodnia?
- Jest środa. Babciu, nie widziałaś takich fragmentów z narożników? - zapytałam, rozglądając się po stole. Poza fragmentem, który od początku babcia trzymała w dłoni, brakowało jeszcze trzech puzzli. Pamiętałam, że kiedy ostatnim razem chowałam układankę, to była ona kompletna. Kartoniki musiały spaść na podłogę, ale nigdzie nie mogłam ich znaleźć.

- Czego szukasz? - zapytała babcia.
- Brakuje trzech puzzli. Ten co trzymasz możesz wsadzić na środek.
- A to one są ważne?
- No tak, bez nich nie ułożymy do końca.
- A to ważne, żeby ułożyć do końca?
- No... tak.
- Ale to tylko rogi. Są mało ważne. Czy też są ważne?
- Są tak samo ważne - odparłam, dalej przeszukując stół.
- To czemu je pomijasz? - spytała babcia.
- No właśnie nie pomijam. Przecież ich szukam.
- A ja nie o tym mówię.
- A o czym?
- Jaki mamy dzień tygodnia?
- Babciu, jest środa. Naprawdę zapomniałaś?
- To powiesz mi co się stało, czy mam czekać do czwartku?
- Mówiłam Ci już. Coś w szkole mi nie poszło i pokłóciłam się z kimś.
- I to tyle? Tyle wystarczyło, żeby Ci popsuć humor na cały dzień? Za głupią mnie masz?
- Nie babciu.
- No chyba raczej tak, jak mi takie farmazony pociskasz.
- Co?
- Jajco. Powiesz mi w końcu co się naprawdę stało? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że się przejmujesz pierdołami.
- Tak się po prostu nazbierało.
- Jak nie chcesz mówić, to ja Ci powiem. Martwisz się, że niedługo umrę. Tylko nie wiem po co. Wiecznie nikt nie żyje i raczej to jest wiadome. Ja już jestem stara, to czas zrobić miejsce nowym.
- Co Ty w ogóle mówisz babciu?
- Cicho. Nie babciuj tu teraz. Boisz się, że jak już kopnę w kalendarz, to zostaniesz z tym wszystkim sama. Tylko, że ludzi jest bardzo dużo.
- Ale nie są Tobą - odparłam, wstając i idąc do kuchni. Nie chciałam, żeby babcia widziała, że mnie to rusza.
- Wszystko ma swój czas, a mój termin ważności się kończy. Poradzisz sobie. Zazwyczaj jak się coś traci, to zyskuje się coś nowego. To trzeba patrzeć na to nowe, a nie na to stare, co się straciło.
- Możemy zmienić temat?
- Nie. A teraz zrobisz tak - odparła babcia, otwierając drugą dłoń, w której schowała brakujące puzzle.
- Ty je skitrałaś? Ale po co.
- Zabrałam fragmenty, bo Ty też je zabierałaś, unikając prawdziwej odpowiedzi. Jak się babcia pyta o co chodzi, to się babci nie ściemnia. Nie dałaś pełnego obrazka, to ja Ci też nie dałam.
- A co Ci miałam powiedzieć?
- Prawdę?
- To są moje zmartwienia.
- Pitu, pitu. Po pierwsze uczelnia to jedne wielkie problemy, więc nie istnieje coś takiego jak "problemy na uczelni", bo to stały element - powiedziała babcia, wkładając puzzla do narożnika - Po drugie każdy się czasem kłóci. O co poszło?
- Powiedziałam coś, co nie zostało zaakceptowane i tyle.
- Coś o sobie?
- W sumie tak...
- To jak ktoś Cię nie akceptuje, to nie jest Twoim przyjacielem. Nie zmieniaj się pod czyjeś dyktando. To następne - kontynuowała babcia, wkładając kolejny brakujący fragment na właściwe miejsce - Po trzecie... to nie wiem co tam było, ale to mało ważne i po czwarte, to Ty się nie masz martwić co zrobisz jak już mnie nie będzie, bo sobie doskonale poradzisz. Nie możesz być smutna już w środę, bo do końca tygodnia daleko. A przyjdź na pogrzeb w czarnym, to Cię wciągnę do środka. I patrz, ułożone, widziałaś?
- Ładnie.
- Dotarło do Ciebie, czy powtórzyć mam?
- Dotarło.
- To herbatkę zrób i włącz ten program o babach co myślą, że są miss świata. Pośmiejemy się.

Trolling babci level master.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Legitymowanie przechodniów i próba kradzieży córy sztormów


W związku z obecną sytuacją w całym kraju, ostatnio często mijam na spacerach patrole straży miejskiej, czy policji. 

Funkcjonariusze nie robią nic specjalnego. Przyjeżdżają, by skontrolować osoby przebywające na kwarantannie, przechadzają się po podwórkach, żeby sprawdzić czy nikt nie siedzi na zabezpieczonych taśmą placach zabaw, nocą patrolują ulice i chodniki. 

Czasem, kiedy o drugiej nad ranem stoję nieruchomo przy trawniku i wpatruję się w przestrzeń, zwalniają i obserwują mnie przez chwilę. Ruszają dalej, kiedy dostrzegają krążącego dookoła psa. Człowiek, który znajduje się na zewnątrz o drugiej w nocy jakoś od razu staje się mniej podejrzany, jeśli trzyma w dłoni smycz.

Kilka dni temu wracałam z Morfiną ze spaceru, owinięta szalikiem, w rękawiczkach jednorazowych, które postanowiłam zakładać, ponieważ środki dezynfekujące stworzyły już na moich dłoniach otwarte rany. Przechodziłam ścieżką rowerową, która do niedawna była pełna ludzi. Na drodze znajdowałam się ja, Morfina spuszczona ze smyczy i sprawdzająca każde krzaki, dwóch strażników miejskich, biegacz i czterech wielbicieli Amareny. Zabawne jak zapach alkoholu zaczął wzbudzać w ludziach zaufanie i sympatię, ale panowie dalej zwracali na siebie uwagę. Strażnicy Teksasu w maseczkach zauważyli rozbujany chód kwartetu sunącego chodnikiem i podeszli do obywateli, którzy wewnętrzne odkażanie mieli już za sobą.

- Dzień dobry, nie przebywamy w zgromadzeniach powyżej dwóch osób - przemówił jeden z funkcjonariuszy - Powinno być między panami więcej odstępu.

Zamiast odpowiedzieć, że "tak, oczywiście, już się rozchodzimy i każdy osobno wróci do domu", jeden z testerów alkoholu spanikował, rozejrzał się dookoła, wyhaczył spojrzeniem Morfinę i wybełkotał:

- Bo my z psem, z psem jesteśmy.

Spojrzałam na mężczyznę, zastanawiając się dlaczego widok munduru działa na niego w ten sposób i stwierdziłam, że może w swoim zamroczeniu mnie nie zauważył. Objętościowo zajmuję jednak trochę przestrzeni, więc chyba należałoby taką wadę wzroku skonsultować z okulistą.

- Z psem panowie są? A gdzie ten pies? - zapytał strażnik, na co jeden z odpowiadających zaczął gwizdaniem przywoływać Morfinę, która żądna kontaktu z człowiekiem, wyrwała sprintem w kierunku obcego człowieka, wytwarzając merdającym ogonem wiatr o sile tornada. Patrzyłam na to z zażenowaniem, ale stanowcze "Morfina!" przeteleportowało zwierza z powrotem do mnie. Zapięłam puchatej smycz i podjęłam dalszy marsz wzdłuż linii trawnika, zastanawiając się czy zostanę zgarnięta na przesłuchanie w sprawie narkotyków teraz, czy za sekundę.

- Z tą panią panowie jesteście? - zapytał funkcjonariusz - Bo to chyba jej pies. 

Głowy zgromadzonych odwróciły się w moją stronę, a błagalne spojrzenia panów walczących z grawitacją sugerowały mi, że powinnam potwierdzić taką wersję zdarzeń. Z jednej strony głupio człowiekowi nie pomóc, ale z drugiej kłamanie władzy jest chyba wbrew prawu, poza tym odkażeni sami zaczęli plątać się w zeznaniach i użyli do tego bezprawnie mojego psa, który ma problemy z pojęciem lojalności i rozpoznawaniem właściciela.

- Ja tu jestem tylko z nią - odezwałam się w końcu, wskazując na falujące na wietrze i strażnicy pokiwali zgodnie głowami.

- Nieładnie tak kłamać. Proszę zachować większy odstęp i chodzić dwójkami, dobrze? - zganili delikatnie procentowy gang świeżaków i kiedy panowie posypali się jak kręgle i po chwili zwątpienia rozeszli się na cztery strony świata, funkcjonariusze ruszyli dalej, przechadzając się drogą i kontynuując sprawdzanie okolicy.

Poczułam się trochę jak zdrajca, ale też zdałam sobie sprawę, że za faktem, iż rzeczywiście był to mój pies przemawiała tylko smycz i znajomość imienia, znajdującego się na obroży.

Too close...

środa, 1 kwietnia 2020

Drewniany stoliczku


Porozmawiamy dzisiaj o pewnym stole.

W naszej rodzinie meble to przedmioty zdobyczne lub pseudo-antyki (przedmioty tak stare, że powinno się je wyrzucić, bo nie mają wartości materialnej, ich wartość użytkowa jest niska, ale sentyment nie pozwala się ich pozbyć lub wymienić na nowe).

W pokoju stoi drewniany stół, który jest bardzo niski i sięga tak mniej więcej za kolano, licząc od ziemi. Stół ten przybył do nas w spadku po ciotce, która użytkowała go przez 7 lat. Nie jest ani piękny, ani nadzwyczajny, ale stół to stół, a kiedy go dostaliśmy, nasz właśnie był na wykończeniu. Ciotka zmarła 18 lat temu, więc stół ma łącznie 25 lat i przeszedł z nami już cztery przeprowadzki, w tym dwie przez pół Polski.

Jako że koronawirus, siedzenie w domu, zdalne nauczanie i utrata poczytalności, to wpadł mi do głowy pomysł, żeby wymienić filcowe nakładki w nogach stołu.
Wyobraźcie sobie stan psychiczny mózgu, który uznaje to za ekscytującą przygodę.

Zabrałam się do roboty. Obróciłam mebel kopytkami do góry i rozpoczęłam operację zmiany obuwia, kiedy to zauważyłam coś, czego nigdy wcześniej w tym stole nie widziałam. 

Drewniana wajcha. 

Jako inżynier odczułam niepohamowaną potrzebę sprawdzenia do czego owa wajcha służy. Jestem prostym człowiekiem, który kieruje się bardzo prostą zasadą: widzisz wajchę, szarpiesz wajchę (i nie jest to eufemizm).
Obróciłam stół bokiem i odkryłam wyżłobienia. Przesunęłam drewienko po wyżłobieniach i przenosząc się z jednego końca mebla na drugi, szarpałam wajchami na zmianę, czując coraz większe zdziwienie.
Wiedziałam, że stół ma funkcję rozkładania się wszerz, ale nikt z nas nie wiedział, że można sprawić, by stał się wyższy.



Pół mojego życia jadłam właściwie na kolanach, podczas kiedy drewniany cwaniak miał opcję upgrade'u, tylko nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

Teraz ten sam stół sięga mi do biodra. Szkoda tylko, że potrzeba było 25 lat, żeby odkryć tę funkcję.

Wniosek nr 1:

Jeśli widzisz wajchę, to należy za nią szarpnąć, bo na pewno do czegoś służy.

Wniosek nr 2:

To, że znamy coś (lub kogoś) wiele lat, nie znaczy wcale, że wiemy już o tym (lub o nim) wszystko.
W dalszym ciągu możemy być zaskoczeni ile jeszcze zostało nam do odkrycia.

wtorek, 31 marca 2020

Szpitalny post Oliego

28 lutego - piątek ~~~~

Pierwszy dzień pobytu w szpitalu.
Przydzielono mnie do sali, którą przerobiono z sześcioosobowej na trzyosobową, usuwając zbędne łóżka i zwiększając dystans pomiędzy tymi, które zostały. Wszystko za sprawą wirusa.
W sali znajduje się już jedna osoba. Chłopak ma na imię Arek i ma tylko jedno płuco, które wkrótce stanie się niecałym płucem.
Mój nowy sąsiad wita mnie słowami "No w końcu tu kogoś przysłali, już myślałem, że chcą z tej sali zrobić izolatkę" i ogólnie jest sympatyczny. 
Myślę, że się dogadamy.

29 lutego - sobota ~~~~

Nie wiem czy szpital ma jakieś godziny odwiedzin, ale wiem, że Łukasz stanowczo nagina zasady. Pielęgniarki śmieją się, że nawet matki nie przebywają tyle czasu przy niemowlakach. Cwaniak zdołał już przekupić Arka pomarańczami i nastąpiła wymiana numerów "tak na wszelki wypadek", więc mogę się nastawić na całodobowy nadzór rodzicielski.
Ta nadopiekuńczość powinna być obiektem badań specjalistów.

1 marca - niedziela ~~~~

Łukasz właściwie tu mieszka. 
Wiem, że się martwi, ale troszeczkę przegina.
Arek twierdzi, że powinienem odpuścić i być wdzięcznym.
Zapytałem jak często on ma odwiedziny.
Odparł, że odkąd tutaj leży, a jest tu już kilka tygodni, jego dziewczyna odwiedziła go dwa razy, ponieważ mieszka dość daleko.

- Ona nie lubi szpitali - powiedział - Unika ich jak tylko może. W domu mam sześcioro rodzeństwa, najmłodsze bliźniaczki mają kilka miesięcy. Moi rodzice nigdzie się nie wybierają.

Nie zauważyłem też, żeby ktoś do niego dzwonił, ale nie chcę być nietaktowny i poruszać tematu. Może kontaktują się głównie przez wiadomości tekstowe.
Arek ma rację. Mam wielkie szczęście.

2 marca - poniedziałek ~~~~

Operacja miała odbyć się o dwunastej, ale została przesunięta na czternastą, a następnie na piętnastą. Muszę być na czczo, ale brak jedzenia przeszkadza mi teraz najmniej. Nie jestem głodny.
Dlaczego ja się właściwie stresuję? Nie ma takiej potrzeby. Chyba udzieliło mi się od Łukasza. Zmiana nie jest złośliwa. Lekarze ją wytną i wrócę do domu. Może nawet jeszcze w tym tygodniu.

- Stresujesz się? - pyta Arek. 

Aż tak to widać?

- Troszkę. Wiem, że to głupie.
- To Twoja pierwsza operacja, co?
- Niezupełnie. Pierwsza na płuca, ale technicznie już druga. Z tym, że z tej pierwszej niewiele pamiętam.
- Też się stresowałem przed pierwszą. Martwiłem się, że się nie wybudzę albo, że coś pójdzie nie tak. Po trzeciej mi przeszło.
- No nie planuję mieć kolejnych.
- I prawidłowo. Jak mogę Ci coś podpowiedzieć, to mam mały protip.
- Dajesz.
- Wyobraź sobie każdą osobę z personelu jako jakiś owoc albo warzywo.
- Co? Po co?
- Zaufaj mi. Siedzę w temacie już trochę czasu. Wiem co tu serwują dożylnie i jak to działa.
- Ok i co dalej?
- Jak Cię wezmą na salę operacyjną i będą usypiać, to każą Ci liczyć od dziesięciu w dół. Wytrwali dojeżdżają maks do piątki.
- No, ok i co wtedy?
- Nie licz w głowie, tylko wyobraź sobie, że musisz zrobić sałatkę i obierasz każdy ten owoc, czy tam warzywo ze skórki, kroisz i wrzucasz do miski.
- Ale po co?
- Zaufaj mi, po prostu tak zrób i powiesz mi jak wstaniesz.
- Trochę to socjopatyczne tak kroić w kostkę własnych lekarzy.
- Nigdy tak o tym nie myślałem, ale możesz mieć rację.

O 15 siostra kalafior zabiera mnie z sali.

- Baw się dobrze - mówi Arek i po zmierzeniu ciśnienia przez doktor ogórek, anestezjolog pomarańcz wraz z siostrą kiwi podają mi znieczulenie. Dookoła krzątają się znajome twarze, takie jak: siostra liczi, pielęgniarz banan i doktor marakuja. Są też nowi. Doktora pietruszkę i siostrę cytrynkę widzę po raz pierwszy. 

Zaczynam od obierania warzyw, więc pierwszy ze skóry zostaje obdarty doktor pietruszka i doktor ogórek. Kiedy zabieram się do krojenia w plastry cytryny, odkrywam, że wszystkie owoce i warzywa zamieniły się kolorami. Różowa cytryna i czerwony banan tańczą dookoła miski, w której piruety kręcą niebieskie liczi. Wszystko pływa i po chwili na stół wjeżdżają ziemniaki. Są surowe, ale pchają się do miski, więc próbuję odgrodzić je od reszty, ale one nie dają za wygraną i wskakują takie ubłocone do środka. Owoce się ewakuują, wszędzie pełno ziemi i piasku. Rozglądam się za kranem, ale widzę tylko odkurzacz, który kręci kisiel. Ktoś mnie woła. Nie wiem skąd te owoce i warzywa znają moje pełne imię, ale któreś wzywa pomocy.
"Budzimy się, halo, budzimy" woła głos. 
Kiedy się odwracam, nastaje ciemność. Słyszę głos siostry liczi, ale powieki są takie ciężkie.

- Dalej, dalej, otwieramy oczy - powtarza siostra, więc rozchylam powieki. Kolory dalej pływają swobodnie po pokoju jak bardzo jaskrawa zorza polarna, ale siostra ma kształt człowieka. Dziwne.
W tle coś hałasuje i brzmi zupełnie jak ten odkurzacz do kisielu. Czuję, że ten kisiel wypełnia moją głowę, płuca, brzuch i przez to wszystko jestem strasznie ciężki. Chcę zapytać gdzie reszta sałatki i jak został rozwiązany problem ubłoconych ziemniaków, ale rura od odkurzacza zalega mi w ustach. Pewnie przez nią został wpompowany cały ten kisiel.

3 marca - wtorek ~~~~~

Kisiel jest wszędzie i zaczyna się przelewać i rozpierać mnie od środka. Nie wiem ile jeszcze chcą go we mnie wpompować, ale to nie skończy się dobrze.
Chcę powiedzieć to siostrze poziomce, ale nie mogę otworzyć oczu.
Jestem zmęczony.
Mój sen zakłóca tylko buczenie maszyny do kisielu i kroki sałatki owocowej.

4 marca - środa ~~~~

Lekarze zadają mi pytania. Całą masę pytań. Próbuję na nie odpowiadać, ale słowa nie opuszczają moich ust. Poruszanie się jest niemożliwe, mówienie skomplikowane, a oddychanie trudne.
Nie czuję bólu, chociaż gdzieś z tyłu głowy wiem, że powinienem. Wszystko jest bardzo ciężkie i wypełnione kisielem.
Zauważyłem, że z boku mam zamontowane wentylki. Może do wypompowywania nadmiaru kisielu.

5 marca - czwartek ~~~~

Udaje mi się formować słowa.

- Może pan poruszyć palcem wskazującym prawej ręki?
- Tak.
- Proszę to zrobić.

Ten brak zaufania...

- Dobrze. Najmniejszym palcem lewej ręki?
- Tak.
- Proszę to zrobić.

Daleko jeszcze?

- Palcami lewej nogi?
- Mogę poruszyć wszystkimi na raz i mieć to z głowy?

Jestem tak potwornie ciężki.

- Widzę, że humorek dopisuje. Jutro przeniesiemy pana z powrotem.

Tylko gdzie jest to z powrotem?

6 marca - piątek ~~~~

Wróciłem do sali Arka. Nie wróciłem na własnych nogach, przywiozła mnie siostra truskawka... znaczy Zuza. Siostra Zuza.

- Trochę Ci to zajęło, dobrze się bawiłeś? - pyta Arek.

Nie wiem który element chce nazwać dobrą zabawą, ale zgaduję, że chodzi mu o to, że widzę kolory.

- Co Ty mi nagadałeś?
- Ale, że co?
- Z tymi sałatkami, owocami, co to jest?
- Chciałem Cię rozluźnić, wtedy znieczulenie szybciej wchodzi i mniej agresywnie.

Kolorowy wiatr blaknie, ale dalej za mną podąża.

- Ty wiesz co tam się działo?
- Ale co?
- Ta sałatka nie była normalna.
- Ale haj Ci wjechał dobrze, czy źle?
- To znaczy?
- No widziałeś fajne rzeczy, czy na przykład coś próbowało Cię zabić, udusić, zeżreć żywcem?
- Tam była różowa cytryna.
- Czyli dobrze.

Czuję się jednocześnie wiotki, wysuszony i bardzo, bardzo ciężki. Zastanawiam się gdzie jest mój bok, ale kiedy spoglądam w dół, wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Jest tak jakby było zdrętwiałe, ale bez efektu mrowienia.
Jestem przesmażony i gumowaty.
Jak stare frytki.

7 marca - sobota ~~~~

Chce mi się spać, ale nie mogę zasnąć, ponieważ męczy mnie jedno zagadnienie.
Siostra Brygida zmieniła kroplówkę i powiedziała mi o tym, że ją zmienia. Siostra Brygida ma bardzo gładkie dłonie, pewnie dużo je nawilża.

Kroplówka.
Kropla i "lówka".
Kropla, ponieważ kulki z wody i one kapią w środku tego plastikowego. Czy to jest "lówka"? Czym właściwie jest "lówka"? Może "lufka", tylko ludzie zaczęli to źle wymawiać. Tylko czy "lufka" to tam gdzie kapie, ten woreczek, czy wężyk dożylny. Wenflon nazywany jest motylkiem. Wężyk to wężyk. Tylko ta "lówka" jest z niczego.

- Arek, wiesz czym jest "lówka"?
- Co?
- No "lówka".
- ... nie?
- Szkoda.

Arek też nie wie. Może "lówka" to coś jak "rówka" w słowie "motorówka". Tam też jest motor i... a nie, to będzie "ówka", nie "rówka", bo te "r" jest do motor.

Przyszedł Łukasz. Może jego spytam.

Owce nie mogą jeść frytków. Frytek? Frytków.
CZY PO TO PRZYSZŁY TE ZIEMNIAKI? CHCIAŁY ZATRUĆ OWCE ARKA?!!

8 marca - niedziela ~~~~

Ta "lówka" nie daje mi spokoju.
Spytałem siostry Agnieszki, ale ona nie wiedziała.
Mam wrażenie, że Arek wie, tylko to przede mną ukrywa.

9 marca - poniedziałek ~~~~

- Musi pan wstawać i chodzić po sali więcej. Na korytarz nie wolno.
- Dobrze. Teraz?
- Jak najwięcej się da. Tylko szwów nie zerwać i uważać na kroplówki. Z tym słupkiem chodzić.
- Dobrze.
- Boli mocno?
- Tak umiarkowanie.
- To chodzić. Może trochę mocniej boleć.
- Dobrze.
- Dobrze? Żadnego marudzenia i mówienia, że nie?
- Pani tu rządzi. Ja się nie znam na tym.
- Dogadamy się. Tylko chodzić.

10 marca - wtorek ~~~~

Szpital wstrzymał wszystkie odwiedziny z powodu wirusa.
To cios dla Łukasza, ale jeszcze większy dla mojego telefonu.
Chodzę po sali, bo siostra kazała chodzić, a na korytarz nie wolno.
Operacja Arka została przesunięta, znowu.
Ogrywa mnie we wszystko, ale jest w porządku. Powinniśmy go zwerbować.

11 marca - środa ~~~~

- Chodzi pan?
- Chodzę?
- Chodzi?
- Chodzi, potwierdzam - mówi Arek.
- To chodzi dalej. Boli bardziej?
- Trochę bardziej.
- To chodzi.

12 marca - czwartek ~~~~

Jestem potwornie zmęczony.
Muszę spać.
Ale muszę też chodzić.
Lunatykowanie wydaje się dobrym kompromisem.
Mój telefon jedzie na rezerwie, ale nie mam siły go naładować.
Arek go dla mnie naładuje.
Wiszę mu przysługę.

13 marca - piątek ~~~~

Coś jest nie tak.
Wszystko jest w porządku, ale jednak coś jest nie tak.
Kisiel wrócił i teraz jest bardziej jak cement.
Cement jest w moich żyłach, płucach, głowie, jest wszędzie.
Wszystko jest rozmazane i rozmyte.
Głosy są niewyraźne i spowolnione.
Nie mogę się ruszać.
Nie mogę myśleć.
Nie mogę oddychać.

Nie potrafię.

? - #$% ~~~~ [14 marca - sobota]

?

?? - #$% ~~~~ [15 marca - niedziela]

_

??? - #$% ~~~~ [16 marca - poniedziałek]

__

???? - #$% ~~~~ [17 marca - wtorek]

Zimno.

????? - #$% ~~~~ [18 marca - środa]

Głos.
Damski głos.
Coś mówi.
Znam ten głos.
Jest prawdziwy, czy wyobrażony?
Nie wiem.

Zimno.

?????? - @#$ ~~~~ [19 marca - czwartek]

Ten głos.
Inny, ale dalej znajomy.
Zniknął.
Może to ten sam głos.

Dlaczego tu jest tak zimno.

Dlaczego coś rozrywa mi mięśnie.

Nie mogę się ruszyć.

Nie mogę nic powiedzieć.

Nie mogę oddychać.

Ale oddycham.

?

20 marca - piątek ~~~~

- Budzimy się.

To ten głos. Tylko teraz układa się w słowa.

- Wystarczy spania, wstajemy.

To do mnie?

- Otwieramy oczy panie Oliwierze. Nie próbujemy się ruszać, ani mówić, dobrze?

Żaden problem. 

- Słyszy mnie pan? Proszę mrugać raz na "tak" i dwa razy na "nie", rozumie pan?

*Tak*

- Bardzo ładnie. Mrugamy raz na "tak", dwa razy na "nie" i nie próbujemy mówić, dobrze? Proszę się nie stresować.

Nie stresuję się, ale byłoby prościej jakby coś nie siedziało mi na klatce piersiowej i nie torowało sobie drogi do środka bardzo tępym narzędziem. 

- Napędził nam pan stracha. Proszę podążać oczami za światłem. Samymi oczami, dobrze? I staramy się oddychać powoli i płynnie.

Czuję jak każdy wdech oddziela mi mięso od kości. Tak ma być?

- Czuje pan to?

*Tak*

Chociaż bardziej czuję to, że ktoś rozciął mnie na pół i zapomniał poskładać.

- A to?

*Tak*

- Dobrze, a to?

**Nie**

- Tego pan nie czuje?

**Nie**

A powinienem?
Ktoś mi powie o co chodzi i dlaczego ktoś przejechał po mnie piłą łańcuchową?

- No dobrze, nad tym jeszcze popracujemy. Pamięta pan co się stało?

**Nie**

A coś się stało?

Czuję olbrzymią potrzebę snu. Oczy zamykają się wbrew mojej woli. Głos dalej coś mówi, może nawet o coś pyta, ale ja nie mam już siły odpowiadać. 
Wszystko staje się ciemniejsze i cichnie.
Wszystko oprócz tego rozpierającego bólu, który z niewiadomych powodów zaczyna pulsować i przemieszczać się na resztę ciała.

Kiedy się ponownie budzę, znajduję się już w innym pomieszczeniu. Dziwnie znajomym. Ludzie w białych fartuchach szturchają mnie igłami i mówią jeden przez drugiego, wymagając odpowiedzi. Kilka razy mylę *Tak* z **Nie**.
Nie wiem co to za zamieszanie, ale jestem potwornie zmęczony.

- Czujepanból?

*Tak*

- Jestpangowstaniezidentyfikować?

Co jestem w stanie zrobić?

**Nie**?

- Jestdozniesienia?

Nie.

*Tak*

Czekaj, co?

- Możepanporuszyćpalcamilewejręki?

Chwila. Lewa?

- Proszęspróbować.

Najpierw mi powiedzcie która to lewa.

- Damypanutrochęodpocząć.

A co z tą lewą?

- Wrócimypóźniej. Niechpanwypoczywa.

Czemu tu jest tak zimno i dlaczego tak ciężko się myśli? Oddycha? Porusza palcami?

Odchodzą. Lewa to chyba ta...

- Ale nawywijałeś stary - słyszę głos i rozpoznaję twarz.

O, znam go. Arek? Arek.

- Wiesz co się w ogóle stało?

Ale z czym?

**Nie**

- Dostałeś niewydolności. Reanimowali Cię i wylądowałeś na OIOM-ie pod respiratorem. Wiesz co to respirator?

Chyba tak.

*Tak*

- Wprowadzili Cię w śpiączkę farmakologiczną. Leżałeś tam kilka dni...

Jak kilka dni? Śpiączka? Co?

- ... nie oddychałeś samodzielnie. Twoje serce też przestawało pracować. Niewiele, a byś się przekręcił. Nie mówię za szybko? Nadążasz?

*Tak*

- Zrozumiałeś co do Ciebie mówili lekarze?

Nie bardzo.

**Nie**

- No próbowali Cię kilka razy uruchomić, ale Twoje płuca nie chciały pracować. Serce Ci chyba nawet raz stanęło, czy coś takiego. Rozumiesz wszystko?

*Tak*

- Nie możesz teraz mówić, bo żeby podpiąć Cię do respiratora musieli Cię zaintubować. Wsadzić Ci taką rurę do gardła. Ona Ci poraniła wszystko i przez jakiś czas będziesz miał problemy z mówieniem. Lekarze twierdzą, że coś masz z nogami. Nie czujesz ich?

**Nie**

- To Ci powinno przejść wszystko. Mocno Cię boli?

*TAK*

Boli, rozrywa, wybucha. Nazwij to jak chcesz.

- To Ci się teraz wszystko rozkręciło, bo zmniejszają Ci przeciwbólowe. Jakbyś nie mógł wytrzymać, to wprowadzą Cię znowu w śpiączkę.

**Nie**

Żadnej śpiączki.

- Wiem, że nie chcesz, ale wtedy nie czujesz bólu i można pozwolić się organizmowi zregenerować. Tylko z drugiej strony to osłabia narządy, więc pewnie by chcieli tego uniknąć. Dobrze, że wróciłeś. Wszyscy się strasznie martwili. Twój chłopak to wychodzi z siebie.

O Boże... Łukasz. Kilka dni... śpiączka...

- Napisałem mu, że jesteś na sali i wszystko gra, żeby się przestał martwić. Tylko może nie rób już tak więcej, ok?

Ten panikarz nie słyszał nic ode mnie przez kilka dni. Nie jest dobrze.

- Oli, jesteś tam? 

*Tak*

- Możesz ruszać palcami w ręce?

Chyba... może trochę.

*Tak*

- Nie wiem czy dasz radę, ale może chcesz mu coś napisać? Nie za bardzo wiem jak go uspokoić, a pewnie się zaczniesz martwić, że on się martwi. W końcu myślał, że umierasz. Trudno mu się dziwić. Rozmawiać jeszcze nie dasz rady, ale może krótkiego sms-a wystukasz? Myślisz, że dasz radę?

*Tak*

Dziękuję. Mam nadzieję, że aż tak nie panikował.

- To pogadam z nim chwilę, Ty odpocznij i przyniosę Ci mój telefon, Twój się zdążył rozładować.

Ok. 

To jest trudniejsze niż myślałem, że będzie. Gorzej się rusza tymi palcami niż jakby były kompletnie zamrożone. Dobra. Krótko i zwięźle.
Nikt nie uprzedzał, że muszę oddychać w tym samym czasie.
Wielozadaniowość jest trudna.

Dobra. "N", "i", "g". Klawiatura zawsze tak wygląda? Pierdzielić polskie znaki, ogarnie przekaz.



Taką trochę rozbebłaną frytką, ale frytka to frytka.

Spać. 

21 marca - sobota ~~~~

Zgiąć palce.
Wyprostować palce.
Zgiąć.
Wyprostować.
Zgiąć...

- Naładowałem Ci telefon.

Kciuk w górę.
Wdzięczność.

- Zanim zaczniesz mówić, to ogarniesz migowy. Pogadaj z tym swoim, bo Ci jeszcze zawału dostanie i tyle będzie.

Jak tylko odzyskam głos, to go opierdzielę.

A jak zacznę ruszać nogami, to nakopię mu do tyłka.

Potem go przytulę, ale najpierw mu nakopię. Panikarz jeden. Jakbym się gdziekolwiek bez niego wybierał. Nie może się gamoń głodzić, bo mnie się przytrafił mały wypadek.

Żadne z nas nie może żyć bez drugiego, ale to nie znaczy, że ma umrzeć z głodu.

Chcę raport z tego ile zjadł i spał. Tak.

Musze ogarnąć w oddychanie, bo to się nie może powtórzyć. Dobrze, że go Damian przygarnął. Zdaje się, że wiszę przysługę wszystkim.

22 marca - niedziela ~~~~

Spać.

23 marca - poniedziałek ~~~~

Tak jakbym zaczynał być głodny. Mam nadzieję, że przynajmniej Łukasz je już normalnie.

- Mają nam wrzucić nowego - mówi Arek.
- Mhm - charczę.

Cudowny ze mnie sąsiad. Taki rozmowny...
Mam wrażenie, że aplikowali mi te rurki przez tarkę.

Pielęgniarka wręcza mi butelkę z wodą i wężykiem do kroplówki i mówi:

- Płuca ćwiczyć. Rozprężać. Wdech robić, powietrze przez rurkę do butelki wypuszczać powoli i długo, żeby bąbelki były. Rozumie? Jak tak, to wykonać.

Zostało mi tylko kiwać głową. Nie mam ochoty zaprzeczać siostrze Brygidzie. Przeraża mnie.

Pokazuję Arkowi moje rozmowy z Łukaszem i dopisuję "Chce mi dom zmienić w szpital".

- Chciałbym, żeby to o mnie się ktoś tak martwił. Poza tym on ma rację. Maszyna do tlenu Ci się przyda. Ten oczyszczacz powietrza w sumie też.

I ty przeciwko mnie...

- Jak długo się znacie, jeśli to nie jest jakiś sekret?

"7" - piszę.

- Miesięcy?

"7 lat"

- A od kiedy ze sobą jesteście?

"7 lat. Niecałe."

- Wow. Szybko poszło.

"To trochę skomplikowane. A Ty?"

- Z Martą? 2 lata będzie.

"Stresujesz się dzisiejszą operacją?"

- Ja? Coś Ty. Będzie taka jak każda inna. Zasnę. Wybiorę się na wycieczkę LSD, obudzę się, trochę poleżę i wrócę do domu.

"Owocki?"

- Ja tam bardziej liczę na obrane owocki, ale w ludzkiej formie. Tak wiesz, z zachowaniem kształtów tam gdzie trzeba, zwłaszcza tej siostry co była wczoraj... Nie patrz tak na mnie, żartuję.

"Tylko nic nie nawywijaj"

- Nie ma problemu. Ty patrz i się ucz jak to się robi.

Do naszej sali przywożą gościa po trzydziestce. Właściwie wyminął się z Arkiem. Sprawia wrażenie, jakby miał do mnie coś osobistego. Nie tylko do mnie. Do pielęgniarek, lekarzy i ptaków za oknem.

Żadnego "cześć", ani "dzień dobry". Jak ma na imię dowiaduję się po tym jak mówią do niego pielęgniarki.

- Panie Mariuszu, proszę się przenieść na łóżko.
- No chyba ile razy mam mówić, że jak wstaję, to mnie boli?
- Ale na łóżko przenieść się pan musi.
- Nic nie muszę.

Czy on oczekuje, że siostra Zuza go przeniesie? Gość ma masę sztangisty.

- Dobrze. To zostawię tu pana i się pan przeniesie jak pan będzie gotowy, a ktoś potem odbierze wózek.

Mariusz zostaje więc na wózku i kiedy siostra wychodzi z sali, podnosi się zdenerwowany i przenosi na łóżko.

- Na nic nie można liczyć. Na co te składki idą? - mamrocze i zakopuje się w pościeli.

Może jest po prostu zmęczony albo coś go boli.
Jak nas wszystkich.

W nocy Mariusz postanawia puszczać muzykę na głośniku i rozkręcać imprezę.

Nie odzywam się nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie mam jeszcze głosu.

Do sali wchodzą pielęgniarki i próbują wytłumaczyć nowemu, że cisza obowiązuje wszystkich.

- Przecież cicho puszczam!
- Tu są też inni pacjenci i może im to przeszkadzać.
- Ej Ty tam. Przeszkadza Ci muza?
- Proszę się zachowywać.

Mariusz nie zamierza się jednak zachowywać i techno dyskoteka oraz słowne przepychanki z pielęgniarkami trwają całą noc. Zaproponowałem słuchawki, ale albo nie zostałem usłyszany, albo sąsiad nie chciał mnie usłyszeć. 

24 marca - wtorek ~~~~

Dalej charczę, ale można mnie już zrozumieć.

Nowy próbuje wymykać się na papierosa. Po raz pierwszy podjął dzisiaj próbę kontaktu ze mną i zapytał czy mam fajki. Kiedy odparłem, że nie, spytał czy "ten drugi" ma. Również zaprzeczyłem.

- Akurat. Wszyscy raka płuc macie z powietrza, nie? Samoluby. Jeszcze okna ku*wy pozamykały.

Miałem dzisiaj zaplanowaną rozmowę przez Skype'a, ale przy nim chyba nic z tego nie będzie.

- Ale co Ty robisz? Nie potrafisz się wkłuć? Ile lat szkoły pokończyłaś, żeby wenflonu nie potrafić zmienić?

Czy on musi być taki podły? Biedna siostra Zuza.

- Niech się pani nie martwi. Niektórzy tutaj wstali dzisiaj lewą nogą - mówię, głosem Vadera.

Moduł chrypa włączony. Brzmię jakbym jarał od czterdziestu lat.

- A Ty co, czopek? Że pigułom włazisz w tyłek? - kontratakuje Mariusz.

Kiwam tylko głową. Szkoda strun głosowych.

Ponoć ludzie z grupy bardzo się o mnie martwili, kiedy Krysia informowała ich w sytuacji. Poproszę ją o screeny. Niepotrzebnie ich martwiła. Drobne problemy techniczne mogły przytrafić się każdemu.

25 marca - środa ~~~~

Muszę podziękować im wszystkim za troskę. Niesamowite jak Ci ludzie się przejmują.
Kochani są.

26 marca - czwartek ~~~~

Ma humorek, czy nie, jeśli ja muszę znosić jego nocne koncerty, narzekania i marudzenie, to on zniesie pół godziny rozmowy na Skype przez słuchawki. Nie mówię głośno, więc nie powinno mu to przeszkadzać. Później mają przywieść Arka. Muszę się wyrobić zanim przyjedzie, żeby mu nie zakłócać snu.

Tak jak myślałem. Ledwo się połączyłem, a gość już ma problemy. Nie wiem co mu tak właściwie nie pasuje, ale Rudej bardziej nie pasuje, że jemu nie pasuje i gdyby tutaj stała, polałaby się krew.

- No panie Oliwier, wstajemy dzisiaj - mówi siostra Brygida - Przyniosłam podpórkę, sobie pan wstaniesz na podpórkę. Starczy leżenia. Nogi pan czuje?
- Tak.
- Ruszać może?
- Tak.
- To wstaje, hop, hop. Stara się nie glebnąć.

Okazuje się, że mięśnie rąk bardzo się przydają, kiedy nogi nie do końca są jeszcze obudzone. Okazuje się też, że jak się stoi, to bardziej rwie bok, klatka piersiowa i połowa brzucha, ale tak jakby utrzymuję się w pozycji pionowej i jestem w stanie wykonać kilka kroków.

- Od tlenu będziemy odchodzić. W powietrzu też jest. Tyle panu wystarczy. W nocy jeszcze damy na tlen.
- Dobrze...
- Trzyma się? Stoi? I ładnie. Próbować chodzić. Chyba nie chce na wózku jeździć jak książę obok, co?
- Mam zamiar stąd wyjść o własnych siłach.
- I ładnie.
- To do mnie było? - przebudza się Mariusz - Nie życzę sobie rozmawiania o mnie za moimi plecami.
- To nie koncert życzeń. Zaraz panu przyniese taki sam stojaczek i będziecie sobie obaj w kółeczko dreptać.
- O nie. Mnie za bardzo boli, żebym mógł wstawać i chodzić.
- Guzik prawda, a nie boli. Przyniese i ma chodzić.

Lewa.
Prawa.
Przerwa.
Lewa.
Większa przerwa.
Co jest z tymi nogami?

- I po co robisz co kazała? Przecież jej tu nie ma.
- Nie mam zamiaru zadzierać z siostrą Brygidą. Poza tym przyzwyczaiłem się do chodzenia jednak.
- Lizo-dup. Ja pier*olę. Baba mi będzie mówić co mam robić. Chyba sam lepiej wiem jak mogę wstawać, a jak nie.

Jeszcze tylko kilka dni. Im szybciej to opanuję, tym szybciej stąd wyjdę.

Przywieźli Arka. Głównie śpi. To dobrze, niech śpi. Jak się śpi, to mniej boli.

27 marca - piątek ~~~~

Coraz lepiej mi to idzie. Może do wypisu uda mi się wrócić do normy z tym chodzeniem. Tylko na tlenie to jednak lepiej szło. Można się uzależnić od tlenu?

- Oli, coraz dłuższe te przerwy robisz. Przebieraj nogami, bo poskarżę Brydzi - mówi Arek, leżący w łóżku na zabawowej kroplówce.
- Cwaniak na dragach się nie powinien odzywać.
- Hehe, łazikuj.

- Z nikim normalnym mnie nie mogli położyć. Zakichany szpital.
- Nie unoś się Mariuszek, bo Ci żyłka pęknie - odpowiada Arek do zirytowanego życiem sąsiada.
- Nie jesteśmy na "Ty".
- Tak jest proszę pana.

Z tego wszystkiego najbardziej będzie mi brakowało właśnie Arka. I siostry Zuzy. I może trochę siostry Brydzi...

28 marca - sobota ~~~~

- Jak stąd wyjdziesz Arek i cała ta pandemia się skończy, to obiecaj, że się dasz zaprosić na zapoznanie z resztą.
- No raczej. Ponoć mnie przygarniacie do gangu, to głupio by było nie znać członków tego gangu albo znać tylko dwóch.
- A spróbuj tylko zerwać kontakt.
- Powiedział ten co mało nie zjechał.
- Shut up...

Dostałem kule. Takie do chodzenia. Wygodniejsze i dużo cichsze.

Wyciągają mi też wentylki... znaczy dreny. Dreny.

29 marca - niedziela ~~~~

Szwy zdjęte.
To już jutro.
Jutro będę wolny. Będę mógł wrócić do domu i wygarnąć panikarzowi za akcję z głodówką.
Kocham go, ale jest niemożliwy.

Z Arkiem też jest lepiej. Chyba obędzie się bez krzywych akcji. Mam nadzieję.
Może zabiorą Mariusza na ten opóźniony zabieg, to Arek będzie miał trochę spokoju.

30 marca - poniedziałek ~~~~

Wolność. Dzisiaj będę wolny. Za chwilę dostanę wypis i mam nadzieję nigdy więcej tutaj nie trafić. Ktoś mi zabrał miesiąc z życia, a mogłem zmarnować ten czas w przyjemniejszy sposób.

Czekaj. Jak to działało? Wait...

- Co się tak zastanawiasz nad tymi sznurówkami? - pyta Arek.
- Będziesz się śmiał, ale nie mogę sobie przypomnieć jak się je wiąże.

Hahahaha... no nie.

- Jaja se robisz?
- No nie, serio. Czekaj, ja to ogarnę za chwilę.
- A na jedną pętelkę wiązałeś zawsze, czy dwie?
- Jedną.

Arek bierze do ręki słuchawki i wiąże je jak sznurówki.

Dobra, teraz pamiętam.

Powtarzam po nim i drugi but idzie już bez problemu.

- Dzięki. Nie wiem co to był za zawias.
- Spoko, tak się czasem zdarza. Może się okazać, że wiele małych rzeczy Ci wypadło z głowy. To wraca po czasie.
- To było dziwne uczucie. Miałeś tak kiedyś?
- Dawno temu. Wiosłowałem widelcem w zupie, wiesz jaką wszyscy dookoła mieli zabawę?
- Domyślam się.

Czas się zbierać. Zabrałem wszystko?

- Ale dzwoń czasami - mówi Arek.

Nie znoszę pożegnań, ale nie żegnamy się przecież na zawsze.

- Jasne, że będę. Wychodź stąd szybko.
- Postaram się. Nawet ładnie się to goi tym razem. Pozdrów tam Szyszka.
- Dzięki za wszystko. Odwdzięczę się jak już to się wszystko ogarnie.
- Spoko, zmykaj.

Łukasz nie może wejść do szpitala, więc czeka na mnie na zewnątrz. Dobrze, że torba nie jest ciężka i mam kule. Polubiłem je. Pewnie trochę będę za nimi tęsknić jak nie będę ich już potrzebował.
Wchodzę do windy, zjeżdżam na dół, zabieram dokumenty, wychodzę z budynku i trafiam prosto w uścisk histeryka. Nie ma zamiaru mnie wypuścić i wcale mi to nie przeszkadza. Ja też nie mam takiego zamiaru. Za bardzo się stęskniłem.

- Nigdy więcej mi tak nie rób, słyszysz?
- Nie mam zamiaru, tylko Ty też tak nie rób - odpowiadam i opuszcza mnie cała złość na niego.

Ale i tak mu nakopię za to wszystko, tak profilaktycznie.


(Więcej rozmów między Olim, Szyszkiem, Arkiem i całą resztą można znaleźć na Morfinowej grupie na Facebooku: Codzienna dawka Morfiny - grupa na fb)