Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Dentystyczne dramaty

Godziny wieczorne, gabinet stomatologiczny w moim mieście.
Wchodzę do środka i widzę tłumy. Ludzie siedzą na krzesłach, kanapie, niektórzy nawet na oparciu kanapy. Pani w recepcji informuje mnie, że jest lekki poślizg ze względu na nagłe przypadki bólowe i że mają co najmniej półgodzinne opóźnienie.
 - Może pani jeszcze iść coś załatwić na mieście - mówi recepcjonistka.
 - Nie, dziękuję - odpowiadam, jako że nie mam już innych spraw zaplanowanych na dziś - Tu sobie gdzieś przykucnę.
Nie zabrałam książki, ale lokuję się między krzesłami i przeglądam telefon.
Mija 10 minut, 15, pół godziny.
Z gabinetu wychodzi asystentka stomatologiczna i tłumaczy ludziom w poczekalni, że ich czas oczekiwania przesunął się właśnie do godziny. Większość pacjentów akceptuje taki stan rzeczy. Były nagłe przypadki, opóźnienie jest normalne, to tylko godzina, a pani dentystka jest na zmianie sama. Musi wykonać swoją pracę dokładnie i nie może odwalić fuszerki, a to zajmuje czas. 
Nic się takiego nie dzieje, poczekamy.
Ludzie zgromadzeni na kanapie mają jednak inne zdanie.
 - Jak to tak, byliśmy umówieni na konkretną godzinę - mówi matka dwójki dzieci. Córkę określiłabym na 20 lat, synka na najwyżej 10.
 - Tak jak wszyscy - odpowiada asystentka - Ale nie mamy wpływu na ten poślizg.
 - To jest skandal, moja córka nie może czekać.
 - Czy coś ją boli?
 - Nie, ale się stresuje!
Spoglądam na dziewczynę. Strój mocno metalowy i makijaż który krzyczy "jestem taka mroczna i edgy" sugerowałby, że stres związany z wizytą u dentysty nie jest dla niej tak wielkim wyzwaniem. Młodszy brat pochłonięty jest całkowicie jakąś gierką na telefonie i nawet nie słyszy konwersacji.
Mijają kolejne minuty podczas których dziewczyna obgryza paznokcie i skarży się matce, że ten stres ją kiedyś wykończy i to będzie jej wina. Rodzicielka tłumaczy jej, że przecież dentystka ma znieczulenia, a jej ubytki nie są tak duże żeby czuła przy ich naprawie cokolwiek.
Dentystka w tym czasie woła po trzech pacjentów na raz, lokuje każdego z nich do osobnego pomieszczenia, które są połączone ze sobą drzwiami i podczas kiedy asystentki zajmują się wywiadem u jednej osoby, ona boruje już drugą.
Od samej pani doktor dowiaduję się, że ten młyn trwa od siódmej rano.
Współczuję.

Przychodzi moja kolej i razem z wesołą rodzinką z kanapy wchodzimy do środka. Córka ląduje w pokoju po lewej, synek w pokoju po prawej, a ja siadam w środkowym, dzięki czemu mimowolnie słyszę co dzieje się w pozostałych salach przez otwarte dla zwiększenia wentylacji drzwi. Siadam sobie grzecznie w fotelu i odpowiadam na pytania, podczas gdy druga asystentka każe młodemu odłożyć komórkę na kilka minut. Matka dzieci zamiast siedzieć przy dziesięciolatku, trzyma za rękę starsze dziecko i pilnuje by nie uciekło ono z fotela.
Do mojej sali wpada zmęczona dentystka i podaje mi znieczulenie, bo wie, że raczej zahaczy o miazgę. Po umyciu się i odkażeniu, igłę w dziąsło otrzymuje też młody jegomość w pokoju po prawej.
 - To konieczne? - pyta, ale nie słychać w jego głosie lęku.
 - Tu będzie prawdopodobnie kanałówka. Nie chcę, żeby Cię bolało - odpowiada lekarka.
 - Jak trzeba to ok - rzuca młody i bez piśnięcia przyjmuje zastrzyk.
Podczas kiedy oboje czekamy aż nam znieczuli połowę twarzy, w pokoju po lewej trwają negocjacje z dziewczyną.
 - Ja mogę podać znieczulenie, ale tu naprawdę są tylko powierzchowne zmiany - tłumaczy dentystka - Może spróbujemy bez?
 - Bez znieczulenia nie dam sobie tam wjechać - odpowiada dziewczyna, po czym dodaje - A to będzie bolało?
 - Tylko trochę rozpierało, Twój brat już dostał.
 - Jezu jaka wielka igła. Ja nie chcę, ja wychodzę.
 - Przecież to malutka igiełka, naprawdę to nie boli. Trochę porozpiera, a potem wszystko zdrętwieje. Przecież była już pani wcześniej u dentysty.
 - Ale ja nie chcę, ja wychodzę. Proszę mnie zostawić. Mamo! - drze się dziewczyna i spoglądam na kiwającą z dezaprobatą asystentkę.
 - Panikarze - szepcze pracownica - Tacy są najgorsi.
 - Ona tak zawsze! - dopowiada pacjent z pokoju po prawej do drugiej asystentki - Cienias, a niby taka dorosła.
 - Nie można naśmiewać się z siostry.
 - Ale taka prawda. To cienias jest i histeryczka.
Po kilku stęknięciach i "ałach" znieczulenie zostaje podane i matka dzieci migruje do syna by upewnić się, że wszystko w porządku, po czym od razu wraca do jęczącej córki.
Najpierw zostaje załatwiona sprawa chłopca.
 - Gdyby coś Cię bolało, podnieś rękę - mówi dentystka, lecz chyba nic się takiego nie dzieje, bo lekarka bardzo dziecko chwali i szybko kończy jego kanał. Dziecko mówi niewyraźne:
 - Poczekam na kołytarzu - i wychodzi za drzwi.
Następna w kolejce jest dziewczyna, która sądząc po odgłosach dochodzących z gabinetu, właściwie nie opuszcza ręki.
 - Przecież ja nawet jeszcze nic nie zaczęłam -  mówi lekarka i walczy z pacjentką o otwarcie ust.
Tutaj również robota nie trwa długo, a trwałaby zapewne jeszcze krócej, gdyby dziewczyna nie szalała na krześle. Lekarka finalnie przechodzi do mnie.
 - Przepraszam, że tyle pani czeka. Coś strasznego się dzisiaj dzieje. To możemy zaczynać?
 - Tak, już mnie znieczuliło.
 - Co ona tam miała, że taki dramat? - pyta asystentka - kanałówka?
 - A gdzie tam, kilka rysek - odpowiada dentystka i wkłada mi do ust kabelki i wężyki - Gorsza była ta matka, która patrzyła mi przez ramię i syczała jakbym to jej robiła zęby. W końcu jej kazałam usiąść, bo mi przeszkadzała. Tego młodego to chyba podrzucili do tej rodziny. Nawet nie pisnął.

Zanim wyszłam z gabinetu, matka dzieci pukała do niego trzy razy.
Za pierwszym razem żeby spytać kiedy znieczulenie przestanie działać, bo jej córka się niepokoi, za drugim razem zapytać kiedy można pić, bo jej córka jest spragniona, a za trzecim razem czy tych plomb na pewno nie będzie widać, bo jej córka się martwi jak będzie wyglądać.

Gdybym nie miała ust napchanych stomatologicznym sprzętem, to chyba nie potrafiłabym się opanować. Kiedy wyszłam z gabinetu, kobieta cały czas czekała z dziećmi na korytarzu "bo wolała się upewnić, że to znieczulenie zejdzie i nic się nie będzie działo na miejscu, przy lekarzach".

Chyba trochę tam czekała. Mnie taki zastrzyk puszcza dopiero po trzech godzinach. Cóż, każdy ma swój sposób na spędzanie wolnego czasu.


sobota, 24 sierpnia 2019

Słabo, słabiej, jeszcze słabiej

Tak się złożyło, że niemal cały ostatni dzień spędziłam w łóżku. Nie żeby odespać, czy trochę się poobijać, lecz z przyczyn bólowych. Nie jestem mało odporna, ani przewrażliwiona, ale mój organizm bardzo słabo reaguje na wszelkie środki przeciwbólowe i potrzebuje dużo czasu by je przyswoić. Jeśli wezmę tabletkę, to zadziała ona po pięciu godzinach. Jeśli wypiję rozpuszczony w wodzie proszek, to zadziała on po trzech godzinach. Przywykłam do takiego schematu, ale w niektórych przypadkach jestem wyłączona z życia dopóki nie użyję bardzo silnych leków i nie dam im kilku godzin na to by zaczęły robić swoje.

Kiedy się budzę, wiem już, że następne kilka godzin będzie agonią, więc wlekę swe ciało do kuchni po leki. Tego dnia nie muszę pojawiać się na projekcie, za co jestem bardzo wdzięczna losowi. Byłabym zmuszona stać w laboratorium, zgięta wpół i powstrzymywać się przed upadkiem. Nie było mowy o jakiejkolwiek koncentracji czy skupieniu.

Nie cierpię takich sytuacji, ponieważ nie pozwalają mi na zbyt wiele. Nie mogę się skupić, więc odpadają nawet prace, które mogłabym wykonać w łóżku bez zmieniania pozycji. Nie mogę czytać, nie mogę pisać, nie mogę się poruszać, nie jestem w stanie nawet za wiele myśleć, nie potrafię jeść, ani spać. Skupiam się wtedy głównie na oddychaniu i patrzeniu w ścianę. Nie lubię być bezużyteczna, więc przez ten czas czuję się bardzo źle z faktem, że nic nie robię. Próbuję wyszukiwać sobie zajęcia, które jestem w stanie wykonywać, ale po chwili je porzucam.
Jeśli już jestem nieproduktywna to chciałabym to robić na moich zasadach, a nie kiedy nie mogę nawet obejrzeć filmu.

Kiedy leki zaczynają działać i czuję, że ściany przestają falować wokół mnie, jest to odpowiedni moment na próbę wstania. Muszę się do tego zmusić głównie ze względu na Morfinę. Ból bólem, ale psie potrzeby fizjologiczne nie zostają zatrzymane i o ile ze spacerem dystansowym Morświn może poczekać, tak na szybkie wypróżnienie się musi wyjść. Nikt mnie w tym nie wyręczy.
Wrzucam wtedy na siebie cokolwiek znajduję pod ręką i wspierając się na ścianach i meblach wędruję po smycz. Zakładam buty, robię kilka głębokich wdechów i motywuję się do otwarcia drzwi. Wiem, że psisko zrobi to co musi i wrócę do łóżka, gdzie będę mogła umierać kilka następnych godzin. Staram się nie wykonywać gwałtownych ruchów i przemieszczać się bardzo powoli, będąc wyprostowaną tylko częściowo. Żołądek podchodzi mi do gardła, ale na najbliższym trawniku zostaje załatwiona kwestia opróżnienia pęcherza, więc kieruje mną optymizm. Szukając słupów o które mogłabym się oprzeć wędruję więc z Ptysiem wgłąb zieleni na grubszą sprawę. Powstrzymuję się przed kucnięciem, bo chociaż wiem, że wtedy poczułabym się lepiej, to jestem również świadoma faktu, że mogłabym już nie podnieść się z tej pozycji.

Pies zaczyna kołować i mam ochotę go za to przytulić. Jestem tak szczęśliwa, że zaraz wrócę, że uśmiecham się sama do siebie. Wyciągam już woreczki, kiedy do Morfiny podbija kobieta po czterdziestce, przerywając jej cały proces.
Robi mi się słabo. Tak musi czuć się człowiek, który myśli, że znalazł wodę na pustyni, ale okazuje się to tylko fatamorgana. 
Kobieta ciamkając i pogwizdując podchodzi bez pardonu do cieszącego się psa i zaczyna go miętosić. Pasuje to obu stronom, ale ja jestem bliska płaczu.
- Och jaki Ty jesteś ładny. Lubisz mnie, och jak mnie lubisz. Lubi mnie chyba? - pyta kobieta, obdarowując mnie szerokim uśmiechem.
"Ona tak, ja mniej" - mam ochotę odpowiedzieć, ale tylko kiwam głową. Ból nie jest najlepszym rozmówcą.
- Idź ze mną piesku, muszę iść do lekarza, a tak się boję. No mówię Ci, za mnie idź, albo ze mną idź - pieje kobieta, a ja czuję, że miękną mi nogi. Potrzebuję ławki. Staram się nie myśleć, że gdyby nie ten rozćwierkany przerywnik prawdopodobnie byłoby już po wszystkim. To mi nie pomaga.
- Przepraszam, ale wypadałoby zapytać czy można pogłaskać pieska - mówię najłagodniejszym tonem jaki potrafię z siebie wykrzesać. Nie chcę wyjść na arogancką czy wulgarną, bo kobieta stresuje się wizytą u lekarza i pewnie nawet o tym nie pomyślała. W empatii nie pomaga mi jednak falujący pod nogami grunt.
- Ale ona lubi głaskanie. Prawda, że lubisz? Prawda?
- Może kiedyś pani trafić na psa, który będzie wyglądał łagodnie, ale wcale taki nie będzie.
- Ale ten jest, oj Ty słodki Ty.
- Ja przepraszam, ale musimy już iść. Nie najlepiej się dzisiaj czuję - mówię, powstrzymując podchodzący mi do gardła żołądek i ciągnąc psa, który nie ma zamiaru zrezygnować z dotyku ludzkich rąk.
- Ale on nie chce iść, on chce się głaskać.
Odczuwam emocje, których nie jestem w stanie opisać, ale które ewidentnie są widoczne na mojej bladej, zmęczonej twarzy. Nie mam siły odpowiedzieć. Zaraz po prostu się porzygam i będzie to chyba wystarczająco jasny przekaz.
Kobieta przyssała się do psa jak glonojad i nie ma zamiaru go puścić. Jestem uwięziona. Nie mam przy sobie psich ciastek, ani chęci do przekonywania Morfiny, że jak zaraz ze mną nie pójdzie, to zostanie sierotą.
- Naprawdę musimy już iść - wypowiadam bardzo powoli, uważając na każde słowo. Jestem coraz bardziej zgięta i wyglądam jakbym miała ostre problemy jelitowe, co nie jest przyczyną mojego stanu, ale byłoby chyba lepszą opcją.
- Chwileczkę, niech pani sekundkę poczeka - odpowiada kobieta, ewidentnie widząc, że coś jest ze mną nie tak, po czym woła w kierunku sklepu z którego właśnie wychodzi młoda dziewczyna ze starszą kobietą u boku - Asia! Asia! Asia chodź zobacz jaki pieszczoch.
Wymiękam. Niech ten festiwal molestowania mojego psa trwa, a ja się tu położę na trawce i w spokoju umrę.
Po chwili do rozwalonego na plecach Świniaka dobiega dziewczynka i kładzie dłonie na psim futrze. Wolnym krokiem w moim kierunku zmierza też jej (tak mi się wydaje) babcia.
Czuję jak z każdym wdechem i wydechem ciemnieje mi świat i powtarzam sobie w głowie, że nie mogę zemdleć z psem na smyczy. Gdybym była sama, miałabym to gdzieś, ale nie z Morfiną na smyczy. W pozycji pionowej utrzymuje mnie chyba tylko siła woli, bo nogi i kręgosłup dawno się poddały.
Kiedy do zbiegowiska dołącza starsza kobieta, przygląda mi się i mówi do obu stworzeń, miziających puchate bydlę na trawie:
- Nie przeszkadzajmy już może pani, bo chyba się źle czuje.
Mam ochotę ją przytulić, albo przynajmniej odznaczyć jakimś orderem. Jej córka, będąca jednocześnie matką dziecka odpowiada jednak:
- No już, no bo zobacz jaki pieszczoch, to już szkoda odejść. Jakbym go miała ze sobą u lekarza to by mi było o wiele raźniej. A może pani nas podprowadzi kawałek, to i piesek się przejdzie?
Gdybym miała siłę, to bym się zaśmiała, ale resztki mojej energii starczają mi tylko na spojrzenie pod tytułem "Are you kidding me?", które zdaje się przechwytywać tylko najstarsza członkini gangu.
- To nie jest odpowiedni moment Kasia - rzecze do córki, starając się jednocześnie przekonać najmłodsze pokolenie żeby puściło psa.
- Dziękuję, pójdę już, przepraszam, ale nie dzisiaj - udaje mi się z siebie wyrzucić i jakąś nadludzką mocą odciągnąć Morfinę na bok. Pies orientuje się w sytuacji i odpuszcza, ja jednak nie wiem jak długo dane mi będzie widzieć drogę, zanim zgaśnie ekran.
- Pomóc pani może? - krzyczy do mnie kobieta.
- Nie, dziękuję, poradzę sobie - odpowiadam, modląc się by psie dziecko wróciło do przerwanego procesu. Kucam przy psie i luzuję smycz, żeby miał jakiekolwiek pole do manewru. To koniec, w tej pozycji będę musiała spędzić najbliższe minuty. Niewykluczone, że wrócę do domu na czworaka. Zwierz na szczęście zaczyna krążyć w pozycji kangura, więc siadam na trawie i czekam na końcowe produkty jej przemiany materii jak na zbawienie. Kolory wracają i poprawia mi się ostrość widzenia. Do nosa dociera znajomy zapach, więc przetaczam się bliżej zrzutu kasztanów i zbieram je do worka.
Muszę teraz wyglądać dla otoczenia jak bardzo nietrzeźwa, albo odurzona zakazanymi substancjami osoba, ale nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Lokalizuję najbliżej położony śmietnik i oceniam swoje szanse na dotarcie tam. Teraz są znikome. Muszę tu chwilę posiedzieć i przeczekać.
Siedzę więc z psem na środku trawnika, trzymając w dłoni czarny woreczek z woniejącą zawartością i przełykając z opanowaniem ślinę. Nie mam ochoty na cofkę z żołądka, do tego publiczną, ale możliwe, że nie będę mieć wyboru.
Obserwuję swoje otoczenie jak zaśnieżony film na starym telewizorze i widzę dziecko, które przed chwilą pożegnałam, biegnące w moją stronę.
- Nie - rzucam jej w twarz zanim będzie za późno i musi wyglądać to bardzo teatralnie - Proszę, nie podchodź teraz do psa.
- Asia! - drze się babcia - Miałaś iść tylko do sklepu zobaczyć czy jest tam ta czapka, a nie zaczepiać panią.
Chyba kocham tę kobietę. Jej córka jak zwykle ma jednak inne zdanie i wyraża swój sprzeciw co do takiego traktowania dziecka.
- Przecież pani i tak siedzi. To pójść nie mogła, ale chyba skoro sobie siedzi, to można podejść do psa na chwilę.
Pada jeszcze krótka wymiana zdań pomiędzy kobietami, podczas której usiłuję wstać i wyjść z tego cyrku, zostawiając zdezorientowaną dziewczynkę na chodniku. Docieram do kosza, wyrzucam woreczek i opierając się o metalowy pojemnik zastanawiam się czy dam radę dotrzeć do domu bez hafta, czy skorzystać z okazji, że stoję nad koszem. 
Decyduję się na opcję pierwszą, ale szczerze mówiąc nie pamiętam mojej wycieczki po schodach. Jedyne co pamiętam, to to, że kiedy zamknęłam drzwi mieszkania przytuliłam się do kafelkowanej podłogi i w tej pozycji zostałam przez kolejnych piętnaście minut, zanim zebrałam motywację do przemieszczenia się na łóżko.

Z jednej strony nie lubię zostawiać po sobie złego wrażenia, ale z drugiej strony moim marzeniem jest respektowanie słowa "nie" i przestrzeni osobistej każdego człowieka. Traktowanie psa jak dobro publiczne jest standardowym zachowaniem jednostek ludzkich i nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie dlaczego tak się dzieje.

Tak niewiele, a tak wiele...

piątek, 23 sierpnia 2019

Alfred - koci bodyguard

Chciałabym Wam kogoś przedstawić.
To jest Alfred.


Alfred jak doskonale widać na załączonym zdjęciu jest kotem. Swoje imię otrzymał po Alfredzie Pennyworth. Tak, tym z Batmana. Kamerdyner Bruce’a Wayne’a, zgadza się.

Alfred nie wie, że jest kotem. Alfred sądzi, że jest prywatnym ochroniarzem Oliwii - swojej właścicielki, która chodzi jeszcze do podstawówki. 
Ma się za bodyguarda wielkości Hodora i pilnuje dziewczynki gdziekolwiek by nie poszła.
Kot przyprowadza Oliwię pod szkołę, wraca do domu i przychodzi po nią kiedy dziecko opuszcza placówkę.
Śnieg, ulewa, grad, deszcz meteorytów, reklama karpia w promocji - nic nie jest w stanie powstrzymać Alfreda od wyczekiwania na swoją małą towarzyszkę na ławeczce pod szkołą, tuż obok zdziwionych rodziców oczekujących na swoje pociechy.

Alfred nie jest pieszczochem. Jest w końcu ochroniarzem. Ma ważne zadanie, które wykonuje bardzo profesjonalnie.
Kot nie daje się więc głaskać obcym. Niezależnie od tego czy rękę wyciąga do niego dorosły, czy dziecko, Alfred daje jeden sygnał ostrzegawczy w postaci syku kobry i wystawienia zębów, po czym wbija swoje pazury w zbliżającą się dłoń. Jeśli ręka nie rozumie prostego przekazu, ręka krwawi. Alfred nie żartuje, Alfred jest bardzo poważnym kotem i ma jasne zasady. Głaskać może go tylko jego właścicielka. Comprende?

Kiedy jest sezon wakacyjny i Oliwia nie musi chodzić do szkoły, zazwyczaj uczęszcza na zajęcia taneczne, lub do klubu organizującego zumbę dla dzieci. Alfred odprowadza małą tancerkę pod drzwi, czeka chwilę i wraca do domu. Po kilku godzinach przychodzi po dziewczynkę (jeśli jest ciemno przyjeżdża razem z jej mamą, czekając na tylnym siedzeniu) i razem wracają do domu.
Alfred nie chodzi na smyczy, ani w szelkach. Co by powiedzieli o nim na mieście? Jest bodyguardem na litość boską.

Alfred sprzedaje prawe sierpowe każdemu kto zaczepia dziewczynkę, albo przepycha się z nią na ulicy (nawet w zabawie). Jego ciosy są precyzyjne i silne, a rany po nich goją się długo. Oliwii nikt więc nie dokucza. Alfred skutecznie pozbył się prześmiewców dziewczynki już w pierwszym tygodniu szkoły. Nikt nie obrzuca dziecka śnieżkami, nie ucieka z jej plecakiem, nie droczy się z nią w drodze do domu. Każdy boi się brutalnych ciosów Alfreda.

Alfred nie boi się psów (biedne ofiary systemu z wypranymi mózgami), ale jeśli któryś go zaczepia, lub podejdzie zbyt blisko, dostanie w prezencie oko Skazy z "Króla Lwa". Taka charakteryzacja jest raczej trwała, więc psy zostawiają kota w spokoju. Alfred nie ma nic do zwierząt głaskanych przez swoją panią, nawet jeśli dziewczynka robi to przy nim. Nie jest zazdrosny o jakiś pchlarzy. On stoi nad nimi wyżej w ewolucji. Poza tym zazdrość jest taka prostacka.

Alfred jest nieustraszony. Nie ważne czy napastnikiem jest małe dziecko, inny kot, pies, czy dwumetrowy mężczyzna, kot i tak zrobi sobie z niego poduszeczkę na igły jeśli tylko jego właścicielka poczuje się niekomfortowo.
Gdyby dziewczynkę zaatakowało stado wilków, groźny niedźwiedź, czy smok ziejący ogniem, Alfred bez zastanowienia rzuciłby się na niego z pazurami.

Alfred nie jest agresywny bez powodu. Nie atakuje nikogo tak po prostu. Używa swoich pazurów tylko jeśli jest prowokowany i w obronie swojej małej księżniczki.
Alfred trzyma się blisko dziecka. Czasem spaceruje na ramieniu swojej pani jak Pikachu na ramieniu Asha, a czasem maszeruje dostojnie obok jej nogi. Niezależnie od formy podróży, kot zawsze jest zwarty i skupiony. Musi wypatrywać zagrożenia i uważać na czyhające zewsząd niebezpieczeństwa.

Alfred to kot z charakterem, który nie kładzie uszu przed nikim i ma swój życiowy cel.
Brawo Alfred.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Ares - pies ze wsi

Pewien młody mężczyzna przejął dom na wsi. Dookoła mieszkali wszyscy jego bliscy, a tradycja nieopuszczania tego miejsca była wpisana w całe pokolenia. Na wsi mieszkał jego ojciec, dziad i pradziad, więc mężczyzna nie widział powodu żeby przenosić się do miasta. To miejsce znał i wiedział jakie panują tu zasady.
Mężczyzna (nazwijmy go Adam) miał psa. Był to zwykły kundel, sporej wielkości. Pies jakich na wsi wiele i spełniał on taka samą funkcję jaką spełniało każde zwierzę tego samego gatunku w obrębie wsi. Był żywym alarmem. Ostrzegał przed zbliżającymi się ludźmi i szczekał na przejeżdżające samochody.
Pies umieszczony był na metrowym łańcuchu, w starej beczce po ropie. Jadł to co zostało z posiłku człowieka. Nigdy nie opuszczał swojego miejsca. Tak żyły inne psy i nigdy nie narzekały. W rodzinie Adama trzymano tak zwierzęta od pokoleń. Przecież starsi i mądrzejsi ludzie nie mogli się mylić.
Pies egzystował w ten sposób dwa lata. Nigdy nie był u weterynarza - bo i po co? Przecież nie był chory i nic mu nie dolegało. To był normalny pies stróżujący.

Pewnego dnia, kiedy mężczyzna odśnieżał podjazd, jego pies wszczął alarm. Adam spojrzał przed siebie i ujrzał kobietę, przyglądającą mu się zza płotu. Była grubo ubrana i nie mógł dostrzec jej twarzy, poowijanej szalikiem.
- Biedny pies - powiedziała - Całe życie na łańcuchu.
Mężczyzna spojrzał na nią z pobłażliwością. Jaki biedny? Przecież tak ma każdy pies. Nad czym się tu rozczulać. Kiedy kobieta odeszła, a pies przestał ujadać, Adam podszedł do zwierzęcia, które natychmiast przewróciło się na plecy i zaczęło domagać się pieszczot, wpychając głowę pod rękawicę właściciela.
Mężczyzna wiedział, że postępuje słusznie (tak przecież robił każdy), jednak coś nie dawało mu spokoju.
Włączył komputer, tym razem w celu innym niż zakup części do traktora, czy przejrzenie ofert sprzedaży pól i zaczął przeglądać internet w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytania.
Po kilku godzinach czytania, Adam zgasił monitor. Od tego wszystkiego bolała go już głowa. To o czym czytał w ogóle nie pokrywało się z tym co wiedział. Wiedza przekazywana mu przez jego przodków zupełnie różniła się od tej, którą znalazł w internecie. Nie do końca wierzył temu ustrojstwu na prąd, następnego dnia poszedł więc do biblioteki i poprosił o wszystkie książki o psach jakie znajdowały się na obiekcie. 
Przez następnych kilka tygodni mężczyzna poszerzał swoją wiedzę i czuł się coraz bardziej zdezorientowany.
Jak to się mogło stać?
Czyżby jego ojciec nigdy nie miał takiej książki w ręce?
Przecież wszystko robili inaczej i psy dalej były szczęśliwe.
Czy jednak naprawdę były?
Jak to ocenić?
Problem nie pozwalał Adamowi spać, więc postanowił zająć się jakąś pracą by zmęczenie pomogło mu zwalczyć wewnętrzne poczucie winy.

Mężczyzna zaczął od budy. Z internetu i książek dowiedział się, że beczka po ropie nie jest dobrym pomysłem. Nie trzymała ciepła w zimie - przez co musiał dawać psu więcej jedzenia by był on w stanie się ogrzać, a w lato smażyło mu mózg - co skutkowało zmniejszeniem aktywności psa. Zdarzało mu się przegapiać ludzi.
Postanowił zrobić psu budę z drewna, odpowiedniej wielkości i z solidnym dachem. Tylko żeby oszczędzić na jedzeniu i zwiększyć swoją własną ochronę. Tak przynajmniej sobie powtarzał.
Nim się obejrzał, miał przed sobą śliczny, drewniany domek z okrągłym wejściem. Adam nakładł do środka starych szmat i oddał psu swój zużyty koc, po czym przytwierdził budę i zabrał się za przymocowywanie łańcucha. Z łańcuchem również było coś nie tak. Nie potrafił sobie przypomnieć co dokładnie było problemem, ale pamiętał gdzie znalazł taką informację, więc ponowił poszukiwania. Łańcuch był stanowczo za krótki, a metalowa obroża wrzynała się boleśnie w szyję psa.
- Jeśli dam mu dłuższy łańcuch i skórzaną obrożę, to będzie mu wygodniej i zamiast na bólu, skupi się na pilnowaniu. To może mieć dla mnie korzyści - mówił do siebie, przeszukując sklep budowlany w poszukiwaniu potrzebnych sprzętów - Poza tym łatwiej będzie po nim sprzątać i nie będę musiał go przesuwać, żeby zgarnąć łopatą nieczystości. Trzy metry. Tyle napisali, że powinien mieć łańcuch. To inwestycja - dodał.

W kolejnych tygodniach Adam czytał coraz więcej i zmieniał, oraz udoskonalał wiele rzeczy związanych z Aresem.
Zaprowadził psa do weterynarza i zapłacił za szczepienie, oraz odrobaczanie - bo a nóż jakieś choróbsko przeszłoby na niego.
Całkowicie zmienił psu żywienie. Ze stołowych resztek Ares przeszedł na surowe mięso - nazywano tę dietę BARFem i ponoć mogła przyczynić się do wydłużenia życia. Zapobiegała też problemom układu pokarmowego jakie miał pies, pochłaniając resztki ze stołu. Twardą kupę zbiera się łatwiej i śmierdzi mniej.
Pies został zaczipowany - gdyby się zgubił, albo postanowił uciec. Bez sensu organizować nowego psa, którego się nie zna, skoro można odzyskać poprzedniego.
Adam zabierał też Aresa na spacery - w książkach napisali, że to ogranicza gryzienie łańcucha i wyłamywanie zębów.
Mężczyzna zrezygnował z łańcucha na noc - logicznym było, że pies może lepiej pilnować, kiedy jego ruchy nie są ograniczone. Solidny płot powstrzymałby go przed ucieczką, a w internecie właściciel znalazł informację o tym, że ustawowo zwierzę powinno być swobodne 12 godzin na dobę. Przepisów należało przestrzegać, ponieważ za ich nieprzestrzeganie groziły kary pieniężne. To samo dotyczyło szczepień przeciwko wściekliźnie.
Adam ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu dowiedział się także, że psy to tak naprawdę inteligentne stworzenia i można nauczyć ich wielu przydatnych rzeczy. Mężczyzna wypracował więc ze swoim podopiecznym kilka komend, odkrywając, że łańcuch tak naprawdę nie jest psu do niczego potrzebny. Zwierzę przychodziło na gwizdanie, nie oddalało się i nie uciekało. Buda służyła więc Aresowi kiedy chciał z niej skorzystać, nie kiedy był do tego zmuszony.
Mężczyzna znalazł nawet przyjemność w głaskaniu futrzaka, kiedy ten wylegiwał się na schodach, a on akurat miał przerwę w pracy.
Wcześniej nigdy by o tym nie pomyślał.
Twierdził, że jego pies był szczęśliwy, ale dopiero widząc jego prawdziwe szczęście i mogąc to z czymś porównać, zauważył, że pies wcale nie był zadowolony, będąc na krótkim łańcuchu w beczce i żywiąc się czym popadnie. 
Dlaczego nikt nie powiedział mu wcześniej jak postępować? 
Czemu ludzie robili tyle bezsensownych błędów, które tylko utrudniały im życie?
Dlaczego jego ojciec powielał te błędy?
Przecież był takim mądrym człowiekiem i nauczył go tylu przydatnych rzeczy.
Adam doszedł do wniosku, że żaden człowiek nie wie wszystkiego i nie zawsze tradycja pokrywa się z wiedzą. Informacje zmieniały się na przestrzeni lat i należało za nimi nadążać, inaczej zostawało się w tyle.
Nikt nie chciał zostawać w tyle, to było dla mężczyzny pewne.
Kiedy jednak przedstawił w skrócie wszystko, czego dowiedział się o psach i zaproponował swojemu ojcu zmiany na jego podwórku, spotkał się z wyśmianiem.
- Głupiś Ty - odparł rodziciel - To tylko pies. W książki wierzysz, które napisał obcy, a nie w to co Ci rodzina mówi. Oj Adaś ja myślałem, że Ty mądrzejszy.
- Mądrzejszy dopiero się stałem - odparł zdenerwowany syn - Kiedy się dowiedziałem, że nie muszę tkwić w poprzednim stuleciu. Wymieniłeś konia na traktor, ale innego postępu już nie akceptujesz. To nie ja jestem tu głupi. Nie jest głupim ten, kto przyznaje się do błędu, tylko ten, kto widząc ten błąd dalej go powtarza, udając że go tam nie ma.
Nieporozumienie doprowadziło do podziału, które zostało zażegnane starym, Polskim zwyczajem - przy wódce. Dobre chęci Adama zderzały się jednak ze ścianą, więc przestał próbować.

Pies zestarzał się i zachrypł. Nie był już tak głośny, ani tak czujny, ale mimo to właściciel nie chciał się zwierzęcia pozbywać. Miał do niego jakiś dziwny sentyment, którego nie potrafił wytłumaczyć. Pozwolił nawet Aresowi w chłodniejsze wieczory wchodzić do domu, żeby zagrzał zmarznięte stawy. Pies służył mu dobrze przez wiele lat, Adam był mu winien kawałek miejsca na podłodze w pokoju. Chociaż tak mógł się odwdzięczyć.

Ta historia jest dowodem na to, że nasi przodkowie nie we wszystkim byli mądrzejsi od nas. Człowiek nie zawsze ma rację, a jego podejście da się zmienić. Czasem wymaga to dużego nakładu pracy i cierpliwości, a czasem wystarczy tylko jedno zdanie wypowiedziane przez obcą kobietę, stojącą pod płotem.
Może wystarczyć jeden impuls, który popchnie człowieka dalej.
Kiedy dotknie się jeden klocek domina, posypie się cała linia. Ten pierwszy klocek musimy jednak ruszyć sami.


środa, 21 sierpnia 2019

Pogrzeby

Jest taki tytuł filmu z 1994 roku - "Cztery wesela i pogrzeb". 
U mnie bardziej pasowałoby - "Cztery pogrzeby i wesele", chociaż samych pogrzebów było na przestrzeni dwóch ostatnich lat znacznie więcej.

Od końcówki roku 2017 właściwie tworzy się wokół mnie krąg trupów, który zacieśnia się zwłaszcza od kilku miesięcy.
W 2017 roku na raka zmarła moja babcia. Walczyła długo, ale choroba zajmowała coraz więcej narządów i skończyła na mózgu. Kilka miesięcy później do batalii o własne życie dołączył młodszy brat babci. Jego rak pokonał w kilka miesięcy od wykrycia. Później przyszedł czas na wujka - rak trzustki, ciocię - dwa zawały i trzech kuzynów - wypadek samochodowy, nieudany przeszczep nerki, oraz zawał.
Do końca 2018 roku odbyło się w mojej rodzinie około dwunastu pogrzebów, z czego osobiście byłam może na ośmiu.
Można powiedzieć, że kiedy ma się tak dużą rodzinę, pogrzeby zdarzają się często. Starsze pokolenie umiera, by zrobić miejsce młodszemu. Zwykły krąg życia.

Nie do końca.

Śmierć miała bogate żniwa również wśród młodych i zdrowych. Nie wiem nawet czy nie większe niż wśród starszych i schorowanych. Część z nich straciła życie w wypadku, lub w wyniku błędu lekarskiego. Znaczna część postanowiła sobie jednak pomóc i samodzielnie wybrać końcową datę na swoim nagrobku.
Sznur, żyletka, tabletki, prąd, pędzący pociąg, rzeka, most - przyczyny zgonu były różne, tak samo jak powody dla których następowały.

W samym 2017 pochowano dwie młode osoby. Znajomi. Chłopak - lat 23 i dziewczyna - lat 27. W 2018 liczba wzrosła do pięciu, w przedziale wiekowym 19 - 34. 2019 jeszcze się nie skończył, a ja byłam już na czterech pogrzebach. Pierwszy z nich miał miejsce tuż po nowym roku, ostatni (póki co) dwa tygodnie temu. Dwa z nich odbyły się w mojej rodzinie (kuzynostwo), a dwa poza nią - bliscy znajomi.

Kiedyś samobójców chowano poza cmentarzem, później przy płocie, jak najdalej od centrum, ponieważ dopuszczając się grzechu ciężkiego odbierali sobie prawo do prawidłowego pochówku.
Na szczęście dzisiaj takie praktyki odchodzą w zapomnienie. Byłabym na wielu pozacmentarnych pogrzebach. Stałabym przy wielu grobach pod płotem.

Byłam na wielu stypach i jeśli zmarłym była osoba, która sama zadecydowała o swoim losie, zazwyczaj padało pytanie - dlaczego?

Odpowiedzi były różne, w zależności od wypowiadającej się osoby.
"Nikt nie mógł tego przewidzieć", "Najwidoczniej Bóg chciał mieć ją/jego u swego boku", "Widocznie sobie nie radził/nie radziła".
Czy któreś z nich miały sens?
Żadne? Może wszystkie?
Od znajomego usłyszałam kiedyś, że:
"Ludzka egzystencja opiera się na zagłuszaniu części głosów w swojej głowie. Niektórzy są w tym świetni, a innym nie wychodzi. Jeśli te głosy staną się zbyt hałaśliwe - przegrywasz."
Ta osoba ze swoimi głosami przegrała.
Ludzka głowa nie jest stworzona do przebywania w niej zbyt długo.
Niezależnie od tego czy ktoś podcinał tym ludziom skrzydła, czy podcinali je sobie sami, skutek był jednakowy. Lądowali z hukiem dwa metry pod ziemią, w drewnianej skrzyneczce, na atłasowej poduszce.

Kiedy odeszła moja babcia, na jej pogrzebie pojawił się tłum jakiego nie widywałam nawet na pochodach. Rodzina, znajomi, znajomi znajomych, sąsiedzi. Byli tam moi koledzy, którzy tapetowali jej pokój i koleżanki, które uczyły się od niej jak podrzucać naleśnikami na patelni. To byli obcy jej ludzie, ale byli traktowani jak rodzina i tym samym się odwzajemniali.
Czasem dziwiono się na ulicy, kiedy przy noszeniu zakupów pięć różnych kolorystycznie osób wołało do jednej starszej kobiety "babciu". Dla wszystkich było to jednak wygodniejsze, a określenie "pani" według mojej babci bardzo ją postarzało.
Babcia miała więc dziesiątki wnuków i choć większość z nich była przybrana, wcale tego nie odczuwali.
Ostatnią wolą babci było odpowiednie odzienie. Żądała, by ubrać ją w jej ulubioną, niebieską sukienkę, a gości zmusić do założenia kolorowych strojów. Nie wyobrażała sobie czarnego pogrzebu. To do niej kompletnie nie pasowało.
- Normalnie wrócę i Was będę straszyć - zwykła mówić, więc nikt nie śmiał się przeciwstawiać.
Kolorowy kondukt żałobny ciągnął się przez kilka ulic. Ludzie w jasnych i wesołych strojach podążali za sunącym powoli samochodem i nikt nie zastanawiał się jak musi wyglądać to z boku. Dla wszystkich którzy znali babcię, takie rozwiązanie było oczywiste.
Kwiaty i wieńce nie mieściły się na nagrobku i właściwie zasypywały swoją ilością sąsiadujące pomniki. Niektórzy ludzie nawet nie słyszeli słów księdza, ponieważ byli zmuszeni stać tak daleko.
Najbardziej zdziwiła mnie własna reakcja i to, że nie uroniłam na pogrzebie ani jednej łzy. Wokół mnie szlochali ludzie, a ja czułam się jak wyrodna wnuczka, której nawet nie jest przykro.
Nie czułam smutku, żalu, złości, rozgoryczenia. Nie czułam niczego.
Może to przez fakt, że opiekując się babcią przez ostatnie miesiące widziałam jak powoli uciekało z niej życie. Może nie reagowałam emocjonalnie bo odchodziła po kawałeczku, a nie cała na raz. Może przeżyłam to już wcześniej.
Było to dla mnie nielogiczne i czułam się jak zdrajca, ale nic nie mogłam na to poradzić.

Na pogrzebie mojej babci były tłumy, ale byłam też na takich, na których przybyłych można było policzyć na palcach jednej ręki. Nie dlatego, że chowane osoby nie miały rodziny, tylko dlatego, że postanowiła się ona wyprzeć "słabego elementu, który stchórzył i się powiesił".
"Tchórz", "Słabeusz", "Bezużytek" - takie komentarze można było usłyszeć nad mogiłą ludzi, którzy nie zdołali dobić trzydziestki. Nikt nie wnikał dlaczego, ponieważ nikogo to specjalnie nie obchodziło. Ot, kolejny nienormalny opuścił strefę żywych. No trudno. Nadejdą lepsi.

Na pewnej stypie wraz ze znajomymi wymyśliliśmy zastępcze określenie na samobójców - posłańcy.
Ci ludzie mieli do przekazania bardzo wiele informacji i wartościowych treści, lecz ich wiadomości zazwyczaj nie docierały do punktu docelowego. Większość z nich zostawiała też list pożegnalny, więc termin zdawał się pasować.

Posłańców jednego dnia widywało się jako żywych, a kilka dni później stało się przy ich trumnie. Zazwyczaj nie było się przy tym, co było pomiędzy. Chociaż zdarzały się i takie przypadki.
Moim szczęściem ze wszystkich ofiar własnego umysłu, bezpośrednio po akcie targnięcia się na swoje życie, widziałam tylko dwie.
Obrazy ciała dyndającego na sznurze w przedpokoju i zalanej krwią łazienki ciężko wyrzucić z pamięci. Co ciekawe, obie te osoby miały otwarte oczy. Chyba wolałabym żeby w tamtym momencie były zamknięte.

Oczywiście zdarzali się też niedoszli posłańcy, których dało się odratować. Część z nich jest jeszcze wśród nas, a część postanowiła udoskonalić technikę i nie zepsuć drugiego podejścia.

Przestały mnie dziwić twarze młodych ludzi w trumnach, przestały zaskakiwać telefony z informacjami o czyjejś śmierci w środku nocy, przestały szokować puste pogrzeby.
Tak nie powinno być.
Każdy powinien mieć swoją "kotwicę", która utrzymuje się przy ziemi, jest stabilna i zawsze można na nią liczyć. Większość z tych osób miała swoje kotwice. Były jednak odcinane kiedy okręt zaczynał porywać sztorm, albo same stawały się jego ofiarą.
Kiedy jest się kotwicą zbyt wielu okrętów, samemu zaczyna się tracić grunt.
Może dlatego powinno się mieć kilka kotwic. W razie awarii tych pierwszych.

Rozmawiałam ostatnio ze znajomą. Mówiłyśmy o tym co zrobiła moja babcia i z jakim szacunkiem każdy odniósł się do jej ostatniej woli. Podsumowałyśmy też swoje prośby do ewentualnych pogrzebowych gości i wyszło, że obie chciałybyśmy tego samego. Żeby każdy przyszedł ubrany swobodnie, w tym, w czym mu najwygodniej i żeby ludzie zabrali ze sobą zwierzęta, które mogłyby dawać im emocjonalne wsparcie w takiej sytuacji. 
W realizacji projekt jest trudny. Zdarzają się agresywne i niewychowane zwierzęta, a cmentarz zabrania wprowadzania ich na swój teren.
Pomysł jest dobry, jednak niemal niemożliwy w wykonaniu dla jakiejkolwiek osoby.

Po co powstał ten post i czy ma jakieś znaczenie? Jakieś przesłanie? Pointę?
Tego nie wiem.
Wiem jednak, że mam dość patrzenia na znajome twarze i zgadywania którą następną ujrzę w dębowej trumnie.
W związku z tym ogłaszam oficjalny szlaban na pogrzeby, trwający do odwołania. Z rok co najmniej, jak nie dwa. 

Jeśli ktokolwiek ma zamiar złamać ten zakaz i nie widzi dla siebie innego rozwiązania, mam radę dzięki której kilku posłańców zrezygnowało ze swoich planów.
Weźcie do ręki telefon i zadzwońcie pod numer który widnieje na szczycie listy rozmów. Jeśli to nie zadziała, wybierzcie następny. I kolejny. Nie musicie nawet dzwonić, możecie napisać. 

Jeśli skończy Wam się lista numerów, proszę:

116 111 - Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dzieci i młodzieży. Czynny codziennie w godzinach 12.00-22.00.
22 855 44 32 - Ośrodek Interwencji Kryzysowej – pomoc psychiatryczno-pedagogiczna (poniedziałek – piątek od 8:00 do 20:00).
116 123 - Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym. Czynny od poniedziałku do piątku od godz. 14.00-22.00 (połączenie bezpłatne).
22 425 98 48 - Telefoniczna Pierwsza Pomoc Psychologiczna.
22 654 40 41 - Antydepresyjny Telefon Zaufania Centrum ITAKA (pon., czw. godz. 17-20).

Dla każdego województwa utworzone są też lokalne, całodobowe telefony zaufania. 

Wpiszcie w google: całodobowy, darmowy telefon zaufania + Wasze województwo.

Jeśli zdecydujecie się pójść do psychologa, nie zrażajcie się jeśli pierwszy na liście nie będzie w stanie Wam pomóc. Nie każdy specjalista będzie Wam odpowiadał, niezależnie od tego czy jest to psycholog, kardiolog, czy chirurg.

Szukajcie dalej.

Zostać posłańcem jest zdecydowanie zbyt prosto. Dużo trudniej jest przestać nim być. Nie słuchajcie głosów, które twierdzą, że jesteście do niczego, nigdy nie będziecie tacy jak ktoś inny, czy nic Wam w życiu nie wychodzi, a sytuacja w której się znajdujecie jest bez wyjścia.
Te głosy są dobre tylko w mówieniu. Nie mogą działać. Wy za to możecie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że każdy samobójca ma do siebie przypiętą łańcuchem bestię. Jakieś bardzo niebezpieczne zwierzę i dla każdego jest ono inne. To może być niedźwiedź, tygrys, hiena, czy krokodyl. Nie ma to znaczenia. Jest niebezpieczne i to się liczy. To zwierzę ma w sobie klucz potrzebny do otwarcia kajdan. Każda jedna bestia przypięta do swojego człowieka tylko czeka żeby go zabić. Zrobiłaby to bez problemu. Dzikie zwierzęta są silne i niebezpieczne. Czasem ludziom udaje się uspokoić te zwierzęta. Mogą je otumanić lekami, lub udawać, że nie istnieją, ale prędzej czy później niedźwiedź się ocknie i rozszarpie człowieka na strzępy.
Jedynym sposobem żeby tego uniknąć jest zabicie niedźwiedzia i wyrwanie mu z żołądka kluczyka do wolności. To jednak nie jest proste, nawet jeśli ma się broń, a niemal niemożliwe kiedy walczy się gołymi rękami.
Dlatego takim ludziom potrzebne jest wsparcie kogoś kto poda im odpowiednią broń, albo będzie odciągał uwagę niedźwiedzia dopóki nie pojawią się posiłki.
Nie ma innego wyjścia.
Można albo dać się rozszarpać, albo rozszarpać samemu.

Powiedział to człowiek, któremu udało się zabić własną bestię, zanim ona zabiła jego.
Mam więc wrażenie, że wie o czym mówi.

Powtarzam jeszcze raz.
Szlaban na pogrzeby.
Do odwołania.
To się tyczy wszystkich.
Dziękuję za uwagę.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Polne zapaszki

Od jakiegoś tygodnia rolnicy nawożą pola, znajdujące się na obrzeżach miasta. Niestety powietrze się przemieszcza, a wiatr istnieje, więc bukiet zapachów trafia nawet do górników pracujacych na kopalni.
Szczypta obornika miesza się z delikatną nutą pleśniowego sera i aromatem samczej pachy, po czym dociera do nozdrzy niewinnych ofiar systemu płucnej wymiany gazowej. Obrywa każdy kto potrzebuje do życia tlenu, bez wyjątku.
Pola jednak nawieźć trzeba, więc 60 procent obywateli akceptuję sytuację. Pozostałe 40 przesiaduje na ławkach, gdzie odór jest jeszcze większy niż w mieszkaniu i robi to, co Polak robi najlepiej - narzeka.
Misterem maruderstwa jest pewien starszy pan, mieszkający samotnie i szczujący swoją laską wszystko co bezczelnie żyje w jego otoczeniu. Głównymi wrogami mężczyzny są ulotkarze - "bo wszędzie te papiery wrzucają, a mnie niepotrzebne", właściciele psów - "bo wszędzie nimi srają" i właściciele bombelkow - z podobnego powodu co właściciele psów.

Tym razem dostało się zwierzętom.
- Śmierdzi! - woła mężczyzna, tupiąc laską o chodnik przy ławeczce - To przez te zwierzęta. Pełno zwierząt. Wszędzie. Ludzie całe stada do domu sprowadzają. Wieś z miasta robią, niedługo świnie zaczną do bloków sprowadzać, albo konie. Wszędzie robią te zwierzęta i potem śmierdzi. Bo brudne są. Wytruć trzeba.
- Przecież to z pól tak wali - odzywa się sąsiad, wyrzucający śmieci do kontenera - Rolnicy nawożą.
- A co to tak wali Twoim zdaniem, he? Gnój zwierzęcy.
- Twój też, sąsiedzie, fiołkami nie pachnie. Tylko mniej wartościowy jest.
- Swojego Ci wąchać nie każę, a smrody zwierzęce w całym mieście czuć. Szkodniki.
- A chlebek to się chce jeść, co? Kukurydzę też. To w sklepach nie rośnie, trzeba zasiać, zebrać, przetworzyć.
- Śmierdzi! Ja z tym do Urzędu miasta pójdę i do Prezydenta jak będzie trzeba.
- A mnie na przykład nie pasuje zapach dymu z papierosa i alkoholu. A ja nad sąsiadem mieszkam i patrz sąsiedzie co za zbieg okoliczności, że te dwa zapachy zawsze od sąsiada wylatują i się za sąsiadem wloką. Chyba to zgłosić gdzieś muszę. Do Prezydenta może.
- To jest moja sprawa co sobie robię we własnym domu.
- A to rolników sprawa co sobie robią na własnych polach. Oboje tak samo zapachem życie uprzykrzacie, tylko oni przez chwilę, a sąsiad od lat. Czas na siebie spojrzeć. Niech sąsiad wdycha na zdrowie, to naturalne aromaty. Może sąsiadowi maruderstwo przejdzie. Pamiętać, że przy tych oparach palić nie wolno, bo wybuchnie - rzuca mężczyzna i zmywa się do domu zanim staruszek rozpocznie litanię od nowa.

Spokój od palenia staruszek miał na dwa dni, bo za każdym razem jak próbował podpalić fajeczkę, odrzucał ją na bok, mówiąc:
- No posmak gówna ma, psia krew. Jak tu palić. Gówna nie będę palić.

Wychodzi, że mężczyzna miał rację i faktycznie na zdrowie misterowi wyszło. Chyba powinni częściej nawozić.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Madka matce wilkiem

Mam znajomą, która była wolontariuszką w domu dziecka od szesnastego roku życia. Jako wrażliwa osoba, o łagodnym usposobieniu, bardzo emocjonalnie podchodziła do swojej pracy. Widziała niejedno i chociaż podczas każdej adopcji rozpierała ją radość i duma, to tych wesołych chwil było zdecydowanie mniej niż tych przytłaczających i smutnych. Szala przeważała się na stronę goryczy tak mocno, że po kilku latach musiała zrezygnować, by ratować to co zostało z jej zdrowia psychicznego. To, czego była świadkiem, zostało w niej jednak na zawsze.

Po odejściu z wolontariatu, skończyła szkołę, wzięła ślub i razem z mężem postanowili starać się o adopcję. Wybrali sierociniec, złożyli papiery i po spełnieniu warunków ich dom stał się bogatszy o jednego członka rodziny. Sześcioletnia dziewczynka, która w domu dziecka spędziła dwa lata, była bardzo nieśmiała i cicha. Wymagała pracy nad pewnością siebie, którą odebrała jej patologiczna rodzina i pobyt w sierocińcu. Dziewczynka nie widziała na jedno oko i pomimo zabiegów, jak i przeprowadzanych badań, szanse na odzyskanie pełnej sprawności były nikłe. Nie przeszkadzało jej to jednak i nie zwracała na swoją wadę szczególnej uwagi.
Początki nie były łatwe. Dziecko budziło się w nocy z krzykiem, miewało koszmary i napady paniki. Powrót do normalności kosztował nowych rodziców wiele wysiłku, ale dzięki wsparciu psychologa, dziewczynka uspokoiła się i ilość napadów spadła do minimum.
Cała trójka tworzyła razem pełną, szczęśliwą rodzinę.
Któregoś poranka dziewczynka spytała przybranych rodziców czy może mówić do nich "mamo" i "tato", zamiast "ciociu" i "wujku". Była to jedna z tych chwil, na których samo wspomnienie młoda mama zalewała się łzami. 

Adopcja, chociaż jawna, była w rodzinie znajomej tematem tabu. Wszyscy wiedzieli, że para adoptowała dziecko, ale każdy zachowywał się jakby dziewczynka przybyła do rodziny na chwilę i zaraz miała ją opuścić. Nawet przybrana babcia nie potrafiła przełamać się i okazać dziecku uczuć, które dziewczynka dopiero poznawała, mimo że większość jej rówieśników znała je doskonale. Miłość dostawała głównie od rodziców, lecz była to miłość w zwiększonych dawkach.

Pewnego dnia (było to dwa lata po adopcji) znajoma wraz z córką, w drodze na plac zabaw, spotkała swoją kuzynkę z niemowlakiem w wózku i siedmiolatką, przyczepioną do dłoni matki.
Po przywitaniu się, rodzina, która ostatni raz widziała się na święta, zaczęła zwykłą, niezobowiązującą rozmowę.
Temat (jak to wśród matek bywa) szybko przeszedł na dzieci.
- Twoja już płynnie czyta? - spytała kuzynka znajomej.
- Tak, już coraz lepiej. Mieliśmy trudności przez to jedno oczko, ale teraz już sama sobie czyta książeczki.
- Aha, no moja to już od roku właściwie. Wcześnie zaczęła, zdolna jest. Filipek pewnie też wcześnie zacznie.
- Jak on słodko śpi - odparła znajoma, przyglądając się owiniętemu w bety dziecku.
- Prawda? Ty byś tak nie chciała? Nie tęsknisz za takim malutkim słodziakiem?
- Nie. Ja już mam jednego słodziaka i na razie mi wystarczy.
- Ale wiesz, takie swoje to zupełnie co innego.
- Lila, nazbierasz mamie kwiatków? - spytała znajoma swojej córki, widząc dokąd zmierza rozmowa.
- Tych żółtych, czy stokrotek? 
- Możesz mi pomieszać taki ładny bukiecik. Może znajdziesz gdzieś koniczynkę, to też możesz wrzucić.
- Dobrze. Ola, idziesz ze mną? - spytała dziewczynka, spoglądając na znajome dziecko w podobnym wieku, trzymające matkę za rękę.
- Nie, ja nie chcę - odparła Ola i Lila pobiegła na trawnik sama.
- Co Ty insynuujesz? - spytała znajoma, obrzucając kuzynkę gniewnym spojrzeniem.
- No, ale ja nic złego przecież. Tylko, że Lilka to nie jest Twoja córka, tylko przybrana. Ja tylko spytałam czy nie chcesz mieć własnego dziecka. Takiego z Twojej krwi.
- Lilka to jest moja córka. Moja własna i jeśli jeszcze raz ją w ten sposób znieważysz, do tego przy niej, nie ręczę za siebie.
- Aleś Ty nerwowa. Właściwie dlaczego Wy nie macie własnych dzieci? Z tego co wiem, to oboje jesteście płodni, żadnych problemów chyba nie miałaś natury ginekologicznej.
- Jesteś bezczelna...
- Moim zdaniem to marnotrawstwo. Wiesz ile par się stara o dzieci, a nie może? A tutaj Wy możecie, to zamiast robić to adoptujecie obce.
- Skończyłyśmy rozmowę. Raczej nie wpadnę na święta. Nie wpraszaj się też do mnie na kawę. Nie jesteś mile widziana.
- Ale bez nerwów. Patrz logicznie. To, że ona do Ciebie mówi mamo, to jeszcze nie oznacza, że nią jesteś.
- Słucham?
- Matką się stajesz jak rodzisz w bólach. Jak dzielisz z dzieckiem pępowinę i trzymasz je dziewięć miesięcy pod sercem.
- Niby masz dwójkę dzieci, ale gówno wiesz o byciu matką. Matka to nie tylko dawczyni jajeczka. Jeśli tego nie pojmujesz, to strasznie współczuję Twoim dzieciom. Kiedyś spadniesz ze swojego ego na swoje IQ i się roztrzaskasz jak arbuz lecący z dziesiątego piętra.
- O, jaka ważna. Przyznaj się. Nie chciałaś mieć rozstępów w tej swojej idealnej figurze i trochę się przemęczyć, co? Zawsze byłaś mało odporna na ból.
- Nie znam pani, proszę odejść.
- Jak dla Ciebie ważniejsza jest sylwetka i brak bólu, to z Ciebie żadna matka! Idź na łatwiznę jak zawsze.
- Proszę więcej nie zaczepiać ani mnie, ani mojego dziecka, bo będę zmuszona wezwać policję - odparła znajoma i podeszła szybkim krokiem do swojej córki, pochłoniętej zbieraniem stokrotek.
- Nie czekamy na ciocię? - spytała dziewczynka, spoglądając na szybko oddalający się wózek i niemal biegnącą przy nim dziewczynkę.
- Nie, ciocia miała coś ważnego do załatwienia.
- Pokłóciłyście się?
- Nie. No co Ty.
- Słyszałam jak ciocia krzyczała, to przeze mnie?
- Nie i nigdy tak nie myśl. Ciocia ma jakieś dziwne humory i myśli, że pozjadała wszystkie rozumy.
- Pani w starym domu nam mówiła, że w pewnym wieku wszystko zaczyna ludzi denerwować i im przeszkadzać. To znaczy, że stryczeli.
- Stetryczeli.
- Ciocia też steryrczała?
- Chyba tak kochanie. Chyba tak.
- Szkoda, jej też robiłam bukiecik.

Właśnie w takich chwilach zastanawiam się czy osoby ograniczone nie powinny uczyć się mówić dopiero kiedy udowodnią, że mają do powiedzenia coś naprawdę sensownego.